Za tydzień w Warszawie o feniksach

Pasjonujące!
Galeria Supermarket Sztuki zaprasza na spotkanie
 XXXX
SYNDROM FENIKSA

TEORIA SINUSOIDY TWÓRCZEJ
XX 
z artystką i kuratorką Galerii Szarej Joanną Rzepką-Dziedzic.
Spotkanie poprowadzi kuratorka, krytyczka i kulturoznawczyni Monika Weychert-Waluszko
 
21 czerwca 2016 / wtorek / godz. 19.00 
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88, Warszawa
 
!cid_FDFAD293-AB8E-4B5B-ABEC-3FCDD5CDD3A9@chello
 
Podczas spotkania zapoznamy się z autorską koncepcją Syndromu Feniksa, opisującą sinusoidalny sposób funkcjonowania osobowości twórczych. Joanna Rzepka-Dziedzic od kilku lat obserwuje i bada to zjawisko zarówno na podstawie własnych przeżyć, jak również doświadczeń osób ze środowisk twórczych, którymi się otacza, poprzez prowadzenie od kilkunastu lat galerii sztuki współczesnej. 
 
W ciągu ostatniego roku, w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrealizowała serię spotkań i rozmów zarówno z reprezentantami grup twórczych, jak i z przedstawicielami środowisk naukowych, lekarskich, czy religijnych. Dzięki temu skonfrontowała ze sobą doświadczenia i poglądy m.in. artystów i krytyków sztuki z często odmiennym podejściem psychiatrów, psychologów, coachów, dietetyków, chrześcijańskich i wschodnich przewodników duchowych, astrologów, etc. Joanna Rzepka-Dziedzic “Syndrom Feniksa” nazywa wieloetapowym projektem życia. W planach jest książka, seria wystaw, współpraca z artystami przy realizacji dość zagadkowych na ten moment prac. 
 
W rozmowach przeprowadzonych w ramach projektu udział wzięli m.in.: Zenon W. Dudek – psychiatra, Maciej Ścibór – psychoterapeuta, Karina Michałowska – psychiatra, Małgorzata Marczewska – coach, Aleksandra Żochowska – instruktorka jogi, Taras Statsiv – lekarz medycyny naturalnej, anonimowy przewodnik duchowy – babtysta, Agnieszka Obszańska – dziennikarka, Robert Rient – dziennikarz, oraz kuratorki i kuratorzy: Marta Kołakowska, Monika Weychert-Waluszko, Marta Kownacka, Stachu Ruksza, Karol Hordziej, a także artystki i artyści: Zuzanna Janin, Karolina Breguła, Katarzyna Majak, Maciej Chodziński, Sławek Brzoska, Michał Frydrych, Karol Radziszewski.
————
Syndrom Feniksa – (gr. sýndromos ‘zbieżny’ – med. zespół objawów charakterystyczny dla obrazu klinicznego określonej choroby; gr. Phoíniks, łac. Phoenix, mit. gr. mityczny święty ptak żyjący w Arabii, umierający w płomieniach i odradzający się z popiołów co 500, a wg innych źródeł co 1000 lat).
 
W psychologii, medycynie i psychiatrii s.f. oznacza stany skrajnego ożywienia i zamierania funkcji ciała i całej osobowości polegające na cyklicznym doświadczaniu pobudzenia energetycznego i inflacji psychicznej (ożywienia, mocy, boskości) oraz wycofania, izolacji i alienacji psychicznej. Faza „życia” wyraża się w podejmowaniu nadludzkiego wysiłku psychofizycznego, ekspansywnej aktywności, której towarzyszą zwykle pobudzenie, pewność siebie, przejrzystość umysłu, brak potrzeby snu, natchnienia artystyczne i duchowe. Fazę „śmierci” cechuje spadek aktywności, wyczerpanie psychofizyczne i deficytowe objawy psychiczne i somatyczne, jak apatia, abulia, mutyzm, utrata pamięci i koncentracji, brak apetytu i zanik libido, senność, spadek odporności immunologicznej.
 
Stany skrajnego ożywienia mogą przejawiać się silną i narzucającą się afektywną i intelektualną ekspresją (ekstrawersja), a stany wycofania z radykalnym obniżeniem kontaktu w rzeczywistością zewnętrzną (introwersja), ascezą, ograniczeniem relacji społecznych (izolacja) i naturalnych potrzeb psychofizycznych, jak odżywianie, percepcja zmysłowa, sen i ruch. Dochodzi do zaostrzenia przewlekłych chorób organizmu, a świadomość jednostki ulega dezorientacji i depersonalizacji.
 
W kulturze, sztuce i religii s.f. jest powiązany znaczeniowo z kultem ofiary z człowieka, zwierząt i innych form życia, a także syndromem Prometeusza (ofiarny dobroczyńca), Dionizosa (samoofiarowanie boga), Chirona (zraniony uzdrowiciel), Asklepiosa (lekarz zbawca) i Mesjasza (zbawca człowieka i zbawca świata).
 
* Opracowanie wg Leksykonu psychiatrii grecko-egipskiej wg Chirona z Asklepiady (VI w. p.n.e.)
 
————
Joanna Rzepka-Dziedzic (ur. 1979) – artystka wizualna, fotografka, kuratorka, edukatorka.
W 2004 r. ukończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych (obecnie Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu, oraz w 2014 na Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie.
Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2015 r. 
Od 2004 roku współprowadzi niezależną instytucję kultury – Galerię Szarą (do 2015 r – w Cieszynie, od 2016 w Katowicach). W ramach tej działalności brała udział w organizacji ponad 100 wystaw z udziałem kilkuset artystów. Przygotowała setki godzin warsztatów i spotkań z zakresu sztuki współczesnej i Nowych Mediów. Współorganizowała kilkadziesiąt koncertów i kilka festiwali. Organizowała też konferencje, redagowała i wydawała książki. Obecnie pracuje nad projektem Syndrom Feniksa – autorską koncepcją sinusoidalnego sposobu funkcjonowania osobowości twórczych.
————
rys. sinusoidy – Michał Gayer
————
Projekt “Syndrom Feniksa” zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
————
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88
00-840 Warszawa 
Fundacja Supermarket Sztuki
ul. L. Narbutta 45/11
02-536 Warszawa
tel. 502 602 718

Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

Na zakręcie

Konrad Sałagan    

czyli poszukiwanie Warszawy

Przełom maja i czerwca 2016 – i oto jesteśmy trochę dalej, dwa kroki za progiem, w epoce „dobrej zmiany”, tu w Warszawie. W Polsce również, nie przeczę. Zatem jako pospolity dreptak peregrynuję sobie po Warszawie, by np. uchwycić lub wyczuć ducha epoki. Niestety nie mam ani drugiego dziecka, ni trzeciego, czyli nie należy mi się subsydium a la „dobra zmiana”. Skazany więc jestem w swych peregrynacjach na miejską komunikację. Może to i dobrze, bo bliżej do zwykłej rzeczywistości, tu i teraz, do codziennego życia mojego ukochanego miasta.

Sen o Warszawie

Tak, tak jak o Warszawie śpiewał Czesław Niemen („Sen o Warszawie”, 1969) – w pewnym sensie szukam pozostałości tej pieśni, na Bielanach (gdzie mieszkam), Żoliborzu, Mokotowie i dalej. Permanentnie szukam od lat, i muszę stwierdzić, że śladów pieśni o Warszawie Czesława Niemena, które mogłyby np. pozostać w zaułkach, zakręconych ulicach, parkach i skwerach, a przede wszystkim w twarzach ludzi, tych śladów jest coraz mniej. Indywidualne odczucie? Tak i nie.

Co ma do tego epoka „dobrej zmiany”? W ramach gry pionkami i figurami na szachownicy? Przesada. Gra toczy się wyłącznie pionkami w politycznej socjotechnice, jako prymitywne i szybkie warcaby. Co to ma do rzeczy?

Odpowiem nie wprost, z perspektywy śmietników na osiedlach – aktualnie brak selekcji śmieci, walająca się żywność, chleb, a to trwa już od epoki Gierka. Na kontenerach nie ma precyzyjnej informacji, jakie wyrzucać śmieci i gdzie – co tam dyrektywa Unii Europejskiej. Pamiętam z lat 60 śmieciarzy, którzy objeżdżali np. Marymont (Kotku, to taka elitarna zona, pełna legendy i znaczenia, kiedyś wypełniona ogrodami, sadami i prywatnymi warsztatami). Śmieciarze należeli w tamtych czasach do majętnych, z „niczego” potrafili robić pieniądze. Teraz nawet punkty skupu na wtórne materiały są nieliczne.

Legendarny, a zarazem socrealistyczny dworzec PKS Marymont rozebrano jeszcze przy końcu lat 90 XX w. vis a vis ul. Marymonckiej, początek ul. Żeromskiego. Nikogo nie pytając o zgodę. Tam w dworcowym barze leczył kaca ciemnym piwem np. Zdzisław Maklakiewicz „Maklak” (1927-1977). A przecież w latach 50 XX w. zbierano na ten budynek społeczne pieniądze, w formie tzw. cegiełek. Na tym terenie wybudowano, przełom 2014/2015, nowe i olbrzymie bloki, projektowane z szablonów komputerowych. A w pasie parteru ciąg siedzib banków (Kotku, gorący kartofel – bierz natychmiast kredyt na powyższe dziuple). Ten bankowy ornament u podstawy powtarza się w Warszawie w prężnie budowanych „na dziko” ruderach, które mają ponoć znamiona nowoczesności.

Piruety bez roweru

Jednak rower należy zostawić w domu, iść lekką stopą, nie zapominając o piruetach. Decyduje o tym nadmiar samochodów, dość podłej marki, rozsypanych wszędzie, gdzie tylko wolne miejsce na chodniku. Kierowcy takich „rzęchów”, kiedy już im się uda wytoczyć na prostą, nie honorują praw rowerzystów, ni pieszych. No rzeczywiście, ponoć w takim Kairze samochody jeżdżą na ulicach we wszystkich kierunkach świata plus dodatkowe, bliżej nieokreślone. W Warszawie jest zarejestrowanych ok. trzy razy więcej samochodów w stosunku do mieszkańców – i zagracone ulice to pokazują. Idylliczny „resorak” jako gadżet z przedszkola, fantazmat dobrobytu, trzyma w ryzach polskie społeczeństwo od 27 lat. Oczywiście, patrzę przez pryzmat Warszawy (tylko jakiej Warszawy?). To nie dzieje się samo – są to raczej efekty socjotechniki, efekty społecznych warcabów.

Oprócz nadmiaru zdezelowanej blachy, dla której właściwym miejscem jest złomowisko, a nie ulice Warszawy, znakomicie rozwija się, powiedzmy, subkultura przeglądaczy komunikatorów elektronicznych. Zjawisko, jak wydaje się, ma jakiś aspekt erotyczny, coś w konwencji psychologicznej Sigmunda Freuda. Nieprzespany sen na jawie z przykrótką koszulką nocną. Szczególnie dotyczy to homo pauperis. Ach, zapomniałbym – a do tego wszechobecna latająca budka telefoniczna, autentycznie żywa, nieprzeliczona liczba głów, zmora Warszawy tu i teraz. Piruety, uniki, omijanie łukiem są skutecznymi sposobami poruszania się po mieście, by gdziekolwiek dotrzeć, choćby do kina „Wisła” na pl. Wilsona. „Wisła” przetrwała. Tak, bo kina: „Tęcza” i „Światowid” od lat nie istnieją. Zostały zniszczone, by można było założyć wyszynki z panienkami.

Pałac Stalina i trzy kolumny

2 czerwca 2016 byłem na ul. Szkolnej, blisko od ul. Świętokrzyskiej i ul. Marszałkowskiej, Śródmieście. O godz. m/w 19, już po załatwieniu spraw spojrzałem przed wejściem do stacji Metro Świętokrzyska na Pałac Kultury i Nauki im. tow. Stalina (Kotku, nikt nie wyrzucił patrona z ewidencji). A dalej w podniebnej perspektywie trzy kolumny, hotel Marriott i dwa nowe budynki, jakieś poskręcane w tęsknocie za natchnieniem i harmonią. Pomyślałem, ot, strzelista konkurencja wobec socrealistycznego Pałacu Stalina, zarazem symbolu zniewolenia Polski, Warszawy, antytezy wobec potęgi smaku, a nawet absurdu technologicznego. Chodzi o zużycie energii oraz mediów, a także produkcję ścieków. Najwyższy wodospad ścieków w Polsce. Dwa budynki, trochę na prawo, oczywiście z mojego punktu widzenia, wydawały się jeszcze większym nieporozumieniem. Jak ktoś nie ma poczucia proporcji, wiedzy o kompozycji przestrzennej, ba, a przenosi reguły świata wirtualnego w konkretną rzeczywistość, to „masz jak w mordę”, i oto masz – ale decyzję o budowie podejmują notable i biurokraci. Oto symptomy choroby psychicznej, która stymuluje przygodność życia codziennego w Warszawie, jak przypuszczam.

Wyjście z kanału

Na stany nieważkości, te kreowane przez chaos architektoniczny Śródmieścia, jest lekarstwo. Wchodzimy do Metra, czyli wycofujemy się do kanału. W zasadzie lubię wynurzać się z warszawskiego Metra na Ursynowie (Kotku, to na południe od Śródmieścia, w prostej linii, zapytaj ludzi, to powiedzą, na której stacji kanału wyjść). Gdy już jestem na powierzchni, szukam ławki, palę papierosy i zagłębiam się w lekturę, powiedzmy, poematy chińskich mistrzów zen (Wu Yansheng, Potęga oświecenia. Poematy chińskich mistrzów zen, Warszawa 2015). Tak zakonspirowany obserwuję ludzi. Na Ursynowie często spotyka się, nawet w nadmiarze, ludzi szczupłych lub o korpulencji normalnej; piękne dziewczyny i chłopaki; z inteligentnym wyrazem twarzy ludzi starszych, w średnim wieku, młodych. Rozmawiają ze sobą, prowadzą dzieci i uczą ich świata – tu prawie nie ma latających żywych budek telefonicznych, ni otumanionego swoim gadżetem elektronicznym homo pauperis. Ursynów jest raczej zoną Carla Gustava Junga, jeśli chodzi o preferencje psychologiczne. I epoka „dobrej zmiany” może się tu nie zainstalować. Brak śmieci – pilnie więc gaszę papierosa w wyznaczonym miejscu.

Królowa pustyni

8 kwietnia 2016 byłem na premierze filmu (premierze w polskich kinach) Wernera Herzoga „Królowa pustyni” (premiera, Berlin 2015), oczywiście, że w kinie „Wisła”. Rzecz opowiada o przełomie epok, o zmianach politycznych na Półwyspie Arabskim u początku XX w., o tworzeniu granic przy pomocy ekierki, narodzin potęgi dynastii Saudów, regresie Imperium Osmańskiego – na kanwie biografii Gertrude Margaret Lowthian Bell (1868-1926) – brytyjskiej podróżniczki, pisarki, alpinistki, doradcy politycznego i archeolog. Plemiona zamieszkujące Półwysep Arabski nazywały Gertrudę Bell Królową Pustyni, jako znawczynię kultury, różnorodności etnicznej i obyczaju. Brytyjscy politycy nie słuchali zbyt uważnie Królowej Pustyni, nie korzystali z jej wiedzy o mozaice kultur Półwyspu Arabskiego. Traktowali ją raczej przedmiotowo. W efekcie złych decyzji politycznych przerwano ciąg tradycji, a konsekwencje tego uczyniły pustynię płaską i pustą. Film przedstawia przyczyny współczesnej totalnej emigracji – ludzi wykorzenionych. Przyszła więc epoka płaska i pusta, a właściwie została politycznie sprowokowana.

Czarna flaga na plaży

Warszawa przekształca się w betonową pustynię. Przestaje być również miastem, a staje się zbiorowiskiem ruder, architektury z szablonów wirtualnej przestrzeni. Na wybiegach, szczególnie na szerokim chodniku przy dawnych Domach Towarowych Centrum (wzdłuż ul. Marszałkowskiej od Rotundy PKO na północ do ul. Świętokrzyskiej) kroczą dziewczyny: zbyt chude na wysokich koturnach; te o krótkich i grubych łydkach na umiarkowanie płaskim obuwiu; bliżej nieokreślone, przebiegają staccato z naręczem pękatych toreb. Interesujący materiał, inspirująca sekwencja klatek taśmy filmowej, moim zdaniem, dla takich twórców – Peter Bogdanovich (film „Papierowy księżyc”, 1973), Werner Herzog (film „Szklane serce”, 1976), David Lynch (film „Człowiek słoń”, 1980).

Rzeczywiście (Kotku, stan z 1 czerwca 2016, godz. 21:45-22:15) nad budynkami byłych Domów Towarowych Centrum wisi papierowy księżyc. A na powierzchni przed budynkiem staccato kroków, rzeczywiście, które stymuluje szklane serce. A przy okazji, ludzie-słonie niepostrzeżenie wciągnęli na maszt czarną flagę. Pływanie i kąpiel zabronione. Tak, na naszej plaży. Jest inaczej, Kotku?
Warszawa, 5 czerwca 2016

Uzupełnienie

  1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), który wychował się w Warszawie, ul. Hoża 11 (dziś ten budynek nie istnieje), a potem w latach 20 i 30 XX w. mieszkał na ul. Brackiej 23 (zachowały się jedynie oficyny). Odniesienie do Witkacego jest tu istotne – mój sposób patrzenia na Warszawę ma charakter m/w ekspresjonistyczny. A do tego wspominam o twórcach filmowych, którzy inspirowali się i kinem ekspresjonistycznym, teatrem oraz malarstwem.
  2. Pod spodem zamieszczam specjalnie dobrany link na YouTube do utworu Czesława Niemena „Sen o Warszawie”, jego wypowiedzi jak powstał ten utwór, filmie, który pokazuje Warszawę i ludzi z okresu PRL.

Mozart…

Lech Milewski

… w Polsce

Mozart w Polsce?

Ktoś ma wątpliwości? Posłużę się mocnym argumentem – słowami matki…
Pani Mozart w liście do swojego starszego syna pisała – “…Twój brat ma posadę w Polsce“. (Źródła 6)
Rzeczony brat był nieco dokładniejszy. W liście do wydawcy Breitkopf und Hartel pisał: “Informowałem uprzednio Panów ze Lwowa o moim przyjeździe do Galicji“.

Uporządkujmy nieco fakty. Wolfgang Amadeusz Mozart urodził się w 1756 roku. W roku 1772 nastąpił I rozbiór Polski i Galicja ze Lwowem dostała się w austriackie ręce. Mozart miał wtedy już 16 lat a więc wszystko może się zgadzać.
Nie zgadzają się jednak inne dane – Wolfgang Amadeusz Mozart nie miał brata. Wprawdzie Wolfgang był najmłodszy z siedmioosobowego rodzeństwa to jednak pięcioro dzieci zmarło i przy życiu pozostała tylko siostra – Maria Anna znana jako Nannerl.
Autor listu miał 17 lat, ale korespondencja pochodzi z 1808 roku. Matka miała na imię Konstancja.

Skoro już wszystko jasne to mogę wreszcie zacząć pisać bez przekrętów.

Zacznijmy od małżeństwa.
Wolfgang Amadeusz Mozart w wieku 6 lat został zaproszony na cesarski dwór. Cesarzowa Maria Teresa brała go na kolana. Gdy pewnego dnia przewrócił się na śliskiej posadzce pomogło mu wstać piętnaste  z kolei dziecko cesarzowej, starsza od Mozarta o rok córka imieniem Maria Antonina.
Mozart podziękował i zadeklarował: pani jest nadzwyczajna, ja się z panią ożenię.
Małżeństwo nie doszło do skutku. Maria Antonina nie straciła głowy dla muzycznego geniusza, wyszła za mąż z wyrachowania i straciła głowę z innych powodów. Inna rzecz, że i tak przeżyła Mozarta o dwa lata.

Bracia

Wolfgang Amadeusz ożenił się dopiero 20 lat po tej pierwszej deklaracji, w wieku 26 lat, w roku 1782. Na dodatek ożenił się nie z tą panną, z którą chciał. Zakochany był bowiem w Alojzji Weber a ożenił się z jej młodszą siostrą Konstancją.
Podczas dziewięciu lat małżeństwa urodziło im się sześcioro dzieci, z czego przeżyło dwóch chłopców – urodzony w 1784 roku Karl Thomas i urodzony w lipcu 1791 roku, zaledwie cztery miesiące przed śmiercią Mozarta, Francis Xaver Wolfgang.

Wydawać by się moglo, że los chciał wynagrodzić synom swoje zaniedbania w stosunku do ich ojca.
Przede wszystkim Praga. W roku 1795 obu chłopców wziął pod opiekę entuzjasta ich ojca – Franz Xaver Nemetschek. Ich nauczycielem był Frantisek (Xaver) Dušek – jakiś niezwykły krąg Franciszków (I Ksawerych – EMS).
Podczas tego pobytu Francis Mozart wystąpił po raz pierwszy na scenie, na koncercie ku czci swego ojca.

Karl Thomas pozostał w Pradze i zapowiadał się jako świetny pianista. Jednak przed końcem nauki przeniósł się do Włoch i tam zajął się bardziej praktyczną działalnością – KLIK.
Francis Xaver powrócił do Wiednia, gdzie jego nauczycielami byli Antonio Salieri i Jan Nepomuk Hummel.
W roku 1805, w wieku niespełna 14 lat, zadebiutował w Wiedniu jako kompozytor, pianista i dyrygent.
Matka planowała dla niego błyskotliwą karierę. Nazywała go zawsze trzecim imieniem – w dzieciństwie było to Wowi. Później dodała jeszcze Amadeusz. I tak właśnie się podpisywał – W. A. Mozart syn…

Podpis

Podpis Wolfganga Amadeusza Mozarta (ojca) poniżej…

Podpis

W październiku 1808 roku otrzymał posadę nauczyciela muzyki na dworze hrabiego Wiktora Baworowskiego w miejscowości Podkamień w okolicach Lwowa.

Francis, przepraszam Wolfgang Amadeusz syn, pisał do matki: “Od trzech miesięcy nie jestem w naszym ukochanym rodzinnym mieście, ale w Galicji, kilka mil od Lwowa, zatrudniony przez hrabiego, aby dawać dwóm jego córkom 4 godziny lekcji muzyki dziennie. W zamian dostaję: 1000 florenów, mieszkanie, wyżywienie, drewno, pranie, itd. za darmo. Tutaj spróbuję wydoskonalić moją sztukę i wtedy, jeśli okoliczności pozwolą, podejmę podróż“. (Źródła 8)

Matka przyjmowała to sceptycznie. W liście do starszego syna pisze: “Odkąd wyjechał do Polski skomponował 3 sonaty na flet i fortepian. Nie zadowala mnie to. Za mało jak na młodego człowieka, który powinien pracować, aby przynosić chwałę sobie i pamięci swego ojca” (Źródła 6).

Ostatecznym dowodem tego sceptycyzmu może być fakt, że gdy Konstancja Mozart likwidowała swe wiedeńskie mieszkanie (wyszła a mąż za duńskiego dyplomatę i przenosiła się do Kopenhagi), to nie wysłała fortepianu swego męża do Lwowa lecz do Mediolanu gdzie właśnie przebywał starszy syn – Karol.

W wielu źródłach napotkałem wzmiankę, że Franciszek Mozart był bardzo skromny i nie usiłował wyjść z cienia sławnego ojca.
Według mnie wykorzystanie obu imion ojca jest dowodem pewnego oportunizmu, ale i rezygnacji z zademonstrowania własnej osobowości.

Wracam do faktów…
Te “kilka mil od Lwowa” to miejscowość Podkamień – KLIK , obecnie Pidkamin, a kilka mil to ponad 110 km.

Jako ciekawostkę dodam, że nazwa miejscowości pochodzi od kolejnego diabelskiego kamienia. Kolejnego, bo dla mnie pierwszy – to ten w Górach Świętokrzyskich, upuszczony przez diabła, który miał zamiar spuścić go na klasztor na pobliskim Świętym Krzyżu.
Okazuje się, że w Polsce są dziesiątki diabelskich kamieni. I nie tylko w Polsce.

Lwów i jego okolice nie były w tym czasie (rok 1809) dobrym punktem startowym dla kariery kompozytora. Francis Mozart pisał listy do wydawcy swego ojca – Breitkopf und Hartel w Lipsku – z prośbą o dostarczenie mu papieru nutowego gdyż “…nie można go dostać we Lwowie a na drodze do Wiednia są zakłócenia“. Te zakłócenia, to wojna między Francją Napoleona i Austrią.

W 1811 przeniósł się z Podkamienia do niezbyt odległej posiadłości Sarki koło Bursztyna, gdzie przebywał jako nauczyciel muzyki na dworze rodziny Janiszewskich.

Dwa lata później usamodzielnił się, przeniósł się do Lwowa gdzie udzielał lekcji muzyki na arystokratycznych dworach. Bardzo istotna była praca na dworze austriackiego radcy dworu Ludwika Kajetana Baroni-Cavalcabò. Uczył tam dwie jego córki Laurę i Julię. Ta druga zyskała później pewną renomę jako kompozytorka. Ważniejsze było poznanie ich matki – Józefiny – była to prawdopodobnie jedyna miłość jego życia.

We Lwowie włączył się w miejscowe życie kulturalne, owocem było wydanie w 1816 roku sześciu polonezów melancholijnych (Opus 17)…

Ten utwór wydaje mi się być dowodem, że Francis Mozart wyraźnie był pod wpływem polskich nastrojów.
Kolejne sześć polonezów (opus 22) było dedykowanych hrabinie Rzewuskiej, a następne dwa (opus 26) hrabinie Głogowskiej.

W 1818 roku Mozart syn wychylił się poza Lwów – grudzień – występy w Moskwie.
Rok 1819 rozpoczął się czteromiesięczną podróżą koncertową po Rosji. W maju wyruszył z kolei w prawie trzyletnią podróż koncertową do Warszawy, Elbląga, Gdańska, Kopenhagi, Hamburga, Berlina, Lipska, Drezna, Pragi, Wiednia, Triestu, Wenecji, Werony, Mediolanu, Zurichu, Frankfurtu, Monachium i Salzburga.
Podczas pobytu w Warszawie, wzorem swego ojca, wstąpił do loży masońskiej.

Do Lwowa powrócił w październiku 1822 roku i po niepowodzeniu projektu założenia szkoły muzycznej zamieszkał w domu państwa Baroni-Cavalcabò. Stamtąd prowadził dość ożywioną działalność muzyczną. Istotnym osiągnięciem było założenie w 1826 roku Cecylia Verein – stowarzyszenia śpiewaczego pod wezwaniem św. Cecylii, patronki muzyki.
W tymże roku, 5 grudnia, dla uczczenia 35 rocznicy śmierci Mozarta, jego syn poprowadził wykonanie mozartowskiego Requiem w prawosławnej katedrze św Jura. (Źródła 5)

W roku 1835 rozpoczęła się seria podróży do Austrii w towarzystwie rodziny Baroni-Cavalcabò. Ostatnia wzmianka o pobycie we Lwowie dotyczy roku 1838 (maj).

W roku 1839 miasto Salzburg zamówiło u niego kantatę z okazji ceremonii odsłonięcia pomnika Mozarta. Franz Xaver odmówił, tłumacząc się brakiem wystarczających zdolności do wykonania tak szlachetnego zadania.
W 1841 roku został mianowany honorowym dyrygentem salzburskiego Mozarteum.

W roku 1842 zmarła jego matka. W tymże roku sporządził testament, w którym swoją spadkobierczynią mianował Józefinę von Baroni-Cavalcabò. Wszelkie rękopisy swego ojca przekazał do Mozarteum.

W czerwcu 1844 roku pojechał do Karlsbadu (obecnie Karlove Vary) leczyć dolegliwość żołądka. Kuracja nie przyniosła rezultatów, zmarł 29 lipca 1844 w Karlsbadzie i tam został pochowany.

Patrząc na całkiem pokaźną ilość jego kompozycji i listę osiągnięć można uznać, że była to całkiem udana kariera kompozytora “drugiej ligi”. Niestety jeśli się nosi nazwisko Mozart, to gra w drugiej lidze nie może zadowolić.

Znany poeta, Franz Grillparzer, podjął ten temat w nekrologu – KLIK.

Na jego kamieniu nagrobnym widnieje napis – cytuję z wersji angielskiej:
May the name of his father be his epitaph, as his veneration for him was the essence of his life.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. Karol Stromenger – Mozart – Polski Instytut Wydawniczy 1962.
3. Mozart Sohn – KLIK.
4. Franz Xaver Mozart – biografia – KLIK.
5. Franz Xaver Wolfgang Mozart – The Lviv (Lemberg) Mozart – KLIK.
6. Galicja Histora – Mozart – KLIK.
7. Lviv today – Legendary Leopolitans – KLIK.
8. Mozarteum – Wystawa – Franz Xaver Wolfgang Mozart, kompozytor o niewielkich zdolnościach? – KLIK.

Reblog: Pani Irenka 3

Karolina Kuszyk

W tych ich tropikach

Długo coś pani nie było… za granicą? A gdzie? A, w Niemczech. W Niemczech to już teraz żadna zagranica, pani. A o, jak raz syn z synową w Berlinie byli, jak to wolne było przez Boże Ciało. Spali tam u takiego jednego Mietka kolegi, co aż za stanu wojennego wyjechał. Dom ten jego kolega pod Berlinem wystawił, podobnież córce, ale córka do Brukseli z mężem wyjechała, to teraz tam sami z żoną siedzą, i miejsca mają a miejsca, i już ich od lat tak zapraszali, to w końcu Mietek mówi, nie ma co, jedziemy. I pojechali.

A najbardziej ze wszystkiego to im się podobało na takim basenie wielkim, hangar tam taki ogromny pobudowany, a w środku same różności. Tropikalna wyspa, pani. Wygląda jak naprawdę gdzieś w tych ich tropikach z tymi palmami. Była pani? Nie? Niech pani jedzie koniecznie, z dziećmi najlepiej, bo tam ślicznie! Zdjęcia syn pokazywał, to wiem. Pawie sobie chodzą, pani, piękne, ogromne, z tymi ogonami, zupełnie jak na wolności, papużki też są, i te inne ptaszki, takie różowe, fikuśne, z takimi szyjkami powyginanymi, ale zapomniałam, jak się nazywają. O, właśnie, flamingi. Synowa mówi, mamusiu, jakie tam cuda, i roślinki, i rybki, i baseny najprzeróżniejsze, i plaże, i ślizgawki takie do wody, na takiej małej to nawet żeśmy się przejechali, i pojeść można, piwo wypić i nawet na zewnątrz wyjść, bo na dworze też tam teraz baseny powystawiali, coś pięknego. Tylko jak tam do tej ich sauny poszli, to im strasznie głupio było, bo zaraz tam jakiś Niemiec do nich wystartował, żeby do gołego rozbierali się, wyobraża sobie pani coś takiego? Syn coś tam nawet próbował dyskutować, że przecież stroje mają na sobie do kąpania, ale ten Niemiec tylko że nein i nein. To wyszli z tej sauny, ale potem zaraz skargę napisali przez internet, no bo kto to widział,  żeby tak ludzi zmuszać, w dodatku Polaków, prawda? Ja nie wiem, czy ci Niemcy to się tak nie wstydzą na goło latać, pani? Synowa tylko głową kręciła i mówi, no mówię mamusi, wszyscy w tych saunach porozbierani do rosołu, nawet takie starszawe, co to już w wieku mamusi, za przeproszeniem, piersi do pasa, co tam jeszcze innego do kolan, i na goło! A im, starsze tym bardziej pokazują! Ale to tylko to jedno, co im się nie podobało. Wszystko inne chwalili, a nie mogli się nachwalić. I pytałam synową szczególnie o te roślinki, co tak tam rosną, sztuczne czy niesztuczne, a ona mówi, mamusiu, prawdziwe najprawdziwsze, sama oglądałam, dotykałam!

Ja to się cieszę, pani, że syn z synową trochę urlopu mieli, odpoczęli sobie, bo teraz syn bez przerwy w niepewności, w nerwach, zwolnią go, nie zwolnią. A Dawidek co i raz biega na te demonstracje, marsze, kody nie kody… syn to się zaraz denerwuje o to, zamiast z nami do Niemiec pojechać, tropiki zobaczyć, to ten zostaje i politykuje. Ja to się tylko tak śmieję po cichu, ale nic nie mówię, bo Mietek, jak był taki dwudziestolatek jak Dawidek, to też tylko polityka i polityka, okrągły stół, wolne wybory, nowej Polski budowanie. Ja tam wszystko pamiętam, pani.

Estakada eschatologiczna

Tomasz Fetzki

Opuszczając ekspresówkę Librec – Praga i kierując się ku staremu miastu jechał Viator wciąż jeszcze dość szybko (siłą inercji, rzecz jasna!). Właściwie cudem tylko jakowymś go wypatrzył. Židovský hřbitov v Turnově. Nie spotkał dotąd na swym szlaku pątniczym takiego miejsca. Nawet paryski Cimetière de Montmartre z przecinającą go Rue Caulaincourt, choć w założeniu zbliżony, nie posiada podobnego genius loci. Takiemu do kompanii przydałby się geniusz poetycki. Jednak cóż robić? Jak się nie ma, co się lubi…

U bram Raju (Czeskiego, ale zawszeć…)

To nie most Sirat
Choć też w zaświat wiedzie
Dusze turnowskich szlifierzy
Granatów i jaspisów
Przez hałas ruchu ulicznego
Przebudzone
Hadesowym wiaduktem
Eschatologiczną estakadą
Ulatują, płyną, jadą

Zde odpočivá
Miláček rodiny:
Marketa Lauferova
1888-1903

Śpij, Marketko u bram raju
Nie daj sobie przerwać snu
Bo zaboli utracone
Piętnaście lat
Smutek zastygł
I zmienił się w romantyzm
Po co go tykać?

4 czerwca / 4. Juni / 4th of June

W Polsce i w Berlinie

Z Warszawy…

Zdjęcia z sobotniej manifestacji, było pięknie, myślę, że było około 50 tysięcy osób.

5.06.2016

Andrzej Rejman

32 2 3 7 8 11 12 13 18 25 27 30 31

Z Berlina (reblog)…

04 czerwca w Berlinie, pikieta demokratyczna pod budynkiem byłej Ambasady RP na ulicy Unter den Linden

Pikieta w odbyła się w pięknej, ciepłej i serdecznej atmosferze. Mamy w Berlinie przyjaciół demokracji i ludzi rozumiejących o co toczy się gra.
Przyszliśmy świętować pierwsze wolne, bądź jak niektórzy chcą częściowo wolne, wybory z 1989 roku. Wybory, które zmieniły Polskę, Europę i w konsekwencji świat. Ten czas w Polsce, ta energia i ci ludzie dokonali czegoś wielkiego. Wywalczyli nam bez rozlewu krwi prawdziwą wolność.

Dla mnie czymś niesamowitym jest fakt, że mogłam stać z mikrofonem w ręce, parę metrów od Bramy Brandenburskiej i głośno po polsku mówić o tym czym jest wolność i demokracja. Fakt, że mogliśmy się właśnie w tym miejscu spotkać, gdzie 27 lat temu byłoby to absolutnie niemożliwe! Nie ma już Niemieckiej Republiki Demokratycznej i nie ma wrogich Zachodnich Niemiec. Nie ma granic.
Po pikiecie pożegnaliśmy się z przesympatyczną ekipą policyjną, która ochraniała nasze spotkanie i spokojnie przeszliśmy przez Bramę i zjedliśmy bagietkę w Tiergarten. Ta zwykła scena z życia mówi więcej czym jest sukces projektu Europa niż tysiące haseł.

Zawaliliśmy przez lata sprawę tworzenia naszego, polskiego mitu wolności, mitu zwycięstwa. Jesteśmy niesamowitym narodem, który nie wie, bądź nie dowierza, jak wielki jest. Nie wierzymy, że i od nas zależy powodzenie tego, czym jest wspólna Europa. Zachowujemy się jakbyśmy nie wiedzieli, że wygraliśmy w roku 1989 mistrzostwa świata i ciągle oczekujemy, że inni nas dowartościują. Czas z tym skończyć. Osiągnęliśmy sukces, którego nikt nam nie odbierze.
Podkreślaliśmy, że jesteśmy częścią wspólnej Europy. Podkreślaliśmy dumę z osiągnięć Polski wypracowanych przez ostatnie 27 lat. Pokazaliśmy, że jesteśmy. My, Polacy, obywatele Europy.

Dziękujemy każdemu, kto się do nas w to upalne popołudnie dołączył! Dziękujemy za mocne wsparcie i obecność grupy KOD z Kolonii. Rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, pisaliśmy „Jakiej Polski chcemy”. Byliśmy razem.

Na koniec wspomnieliśmy też i tych, którym się nie udało w 89 roku i chwilę później spotkaliśmy, stojącego dosłownie sto metrów od nas, samotnego chłopaka z Chin z plakatem o masakrze na placu Tienanmen w 89 roku. Dziękował nam Polakom za słowa wsparcia, powiedział, że przez cały dzień podchodzą do niego Polacy i z nim o tym rozmawiają. Bardzo, ale to bardzo poruszyło mnie to spotkanie.
Wolność jest jak powietrze.

Ula Ptak
Berlin, 5.06.16

W Gdańsku… Piknik w parku Reagana

Pięknie i wesoło. Mnóstwo znajomych. Kto chce – może się zapisywać do KOD! Podobno formularze są już na stronie KOD, ale tak naprawdę to jeszcze nie ma…

piknik

piknikkolage

5.06.2016 Ewa Maria Slaska

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Was nun, Gül?

Anne Schmidt

Haushaltsgeld

Unsicher schaut Gül Frau Schulz an; diese nickt zornig.

“Hast du deinen Bruder angezeigt?” Sie ist ziemlich sicher, dass Gül es nicht getan hat. So ist es!

Gül, die  nach dem Aufenthalt im Krankenhaus und danach im Frauenhaus in die Wohnung ihrer Eltern zurückgekehrt war, hatte sich völlig in sich zurückgezogen. In ihrem Handy waren die Nummern ihrer Freundinnen gelöscht, sodass sie niemandem – ausser Emine – ihr Herz ausschütten konnte. Emine redete ihr immer gut zu und überzeugte sie davon, dass sie mal wieder ausgehen müsse, um andere Menschen kennen zu lernen. Aber Gül traute sich nicht, saß den ganzen Tag in ihrem Zimmer, hörte Musik und horchte auf die Schritte auf dem Korridor.

Ihr Bruder schlich nicht draussen herum, denn der wohnte inzwischen am Kottbusser Tor. Ihre Schwestern hatten inzwischen geheiratet und wohnten ein paar Straßen weiter; sie kamen nur selten zu Besuch. Ihr Vater hielt sich kaum zu Hause auf: Entweder war er im Teehaus oder in der Moschee am Columbiadamm.

Ihre Mutter ging einmal in der Woche in die Passionskirche, um sich von Laib und Seele Lebensmittel gegen einen kleinen Obulus einpacken zu lassen; der Vater gab ihr zu wenig Haushaltsgeld.

Gül litt darunter, sich von ihrer Mutter bekochen zu lassen, gespendeten Kuchen zu essen.

Eines Tages raffte sie sich auf und ging zur Bank. Sie hatte immer gespart, was sie in den Ferien und später als Putzfrau verdient hatte. Ihre Mutter wusste nichts von ihrem Konto, denn die hätte sonst alles Geld für sich reklamiert, für die vielen Ausgaben, die sie wegen ihrer Tochter gehabt hatte. In diesem Punkt war Gül hart geblieben: Ihr Konto war ihr einziger geheimer Besitz.

Der Gang zur Bank brachte für Gül die Wende, denn auf der Bank sprach sie eine junge, hübsche Frau an, die sie nicht sofort erkannte. Es war Nuren, ihre Freundin aus der Schulzeit. Nuren umarmte sie und sprudelte über vor Freude. Gül erinnert sich mit glänzenden Augen an das Wiedersehen. “Von da an war meine Einsamkeit weg. Nuren gab mir die Telefonnummern von Jenny und Betty und ab sofort konnte ich von meinem Zimmer aus täglich mit ihnen quatschen. Ich habe ihnen nichts von meinem Bruder erzählt, nur von meiner Zwangsheirat. Nuren kennt viele Frauen, denen dasselbe passiert ist. Meistens wurden sie in die Türkei gelockt unter dem Vorwand, eine sterbende Oma oder einen todkranken Opa zum letzten Mal besuchen zu müssen. Nuren selber hatte eine Ausbildung zur Erzieherin gemacht und sich eine eigene Wohnung gesucht. Betty war inzwischen Lageristin geworden und Jenny Fachverkäuferin für Kosmetika.

“Jenny war – wie früher – die unternehmungslustigste von den Dreien und überredete mich eines Tages, am nächsten Abend mit mir in eine deutsch-türkische Disco zu gehen. Als Jenny mich am nächsten Abend abholen wollte, war ich fest entschlossen, nicht mitzukommen. Ich hatte den ganzen Tag gegrübelt und fühlte mich kraft- und lustlos. Meine Mutter hatte mehrmals an die Tür geklopft und mir Essen und Tee angeboten, aber ich hatte nicht reagiert. Plötzlich stand Jenny vor der Tür. Meine Mutter hatte ihr die Wohnungstür aufgemacht, obwohl sie sie nicht leiden kann. Sie ist für sie der Inbegriff der deutschen Schlampe. Als Jenny mich sah, reagierte sie sehr einfühlsam: Sie nahm mich an den Arm und redete mit mir, wie mit einem Kind. Ich hatte noch mein Nachthemd an und Jenny ahnte, dass ich nicht mitgehen wollte. Sie drückte mich auf einen Stuhl und fing an, ganz vorsichtig mein Haar zu bürsten. Während der Zeit summte sie einen der gängigen türkischen Popsongs und immer, wenn das Schmatzen vom Küssen kam, drückte sie mir ein Küsschen auf die Wange. Sie zog mich ins Badezimmer, damit ich mir den Schlaf aus dem Gesicht wusch und schob mich vor den Spiegel. Sie holte ihr Schminktäschchen aus ihrem Rucksack und zog meine Lippen nach. Mehr bräuchte ich nicht, meinte sie, ich sei schön genug, so wie ich sei. Nur die Mundwinkel müsse ich aus ihren Ecken heben, damit nicht jeder mich für eine übellaunige Tussi halte. Dann holte sie ihr Handy aus der Tasche, umarmte mich und machte ein Selfie von uns. Sie zeigte es mir und ich sah, dass meine Mundwinkel immer noch zu tief hingen.

>>Nun ist Schluss mit Trauer<<, sagte sie, holte ein Top aus dem Schrank, befahl mir, meine engsten Jeans und das Top anzuziehen und ließ mich vor dem Spiegel im Flur Maß nehmen. >>Turnschuhe genügen, du brachst keine High Heels<<, meinte sie und lachte bei der Vorstellung. Sie rief meiner Mutter einen frechen Abschiedsgruß zu, den die nicht verstand, aber freundlich erwiderte und zog mich auf die Straße.”

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?