Maj

Andrzej Rejman

Nie dla ciebie maj zielony…

1_Jezioro_Spychowskie_maj_2016Jezioro Spychowskie, pow Szczytno maj 2016

Wiersz napisany przez Salinę Baniewicz w 1949 roku w Warszawie do syna, Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944.

2_Antoni_Baniewicz_1923-1944NIE DLA CIEBIE

Nie dla Ciebie znów zawitał w nasze strony
rozśpiewany, roześmiany – maj zielony,
Nie dla Ciebie złote słońce śle promienie,
lecz o Tobie szumia lasy i strumienie.

Nie dla Ciebie pachnie dzisiaj kwiat jabłoni;
Nie dla Ciebie konik polny w trawie dzwoni;
i obłoki po tym niebie turkusowym
nie do Ciebie płyną szlakiem opalowym

Wczesnym rankiem z liści klonu krople rosy
nie opadną już na Twoje jasne włosy
Powiew wiosny Twego czola nie opala
i nie nęci cichym pluskiem srebrna fala.

Antoni Baniewicz (1923-1944)

Ciebie nawet wiatr gwałtowny nie ochłodzi
i w wytchnieniu po Twej pracy – nie przeszkodzi;
a wołanie nieszczęśliwych żywych ludzi
do żadnego czynu Ciebie – nie obudzi.

Mój Syneczku, mój rodzony, mój jedyny –
już nie widzisz, jak tu rosną jarzębiny,
jak ruszają niespokojnie gałęziami,
jakby płaczące nad powstańców mogiłami.

Mój Syneczku, mój jedyny, mój rodzony –
nie dla Ciebie zakwitł znowu maj zielony;
nie dla Ciebie sypnął zlotem światlocieni…
chyba tylko łka po Tobie – szmer strumieni.

Salina Baniewicz Warszawa, 1949 r.

Festiwal piosenki natrętnej VIII

W niedzielę to ja pisałam o tej podróży…

Tomasz Fetzki

Epitafium dla frajera, czyli natręctwo zapośredniczone

Trzeba powiedzieć otwarcie: ta rajza miała rys szaleństwa, żeby już nie stwierdzić wprost, iż była kompletnie wariacka. W jeden dzień przemierzyć kraj wszerz, poczynając od Lublina, zrobić przy tym krótkie acz treściwe repetytorium z historii Polski (wizyty w Lubartowie, Kocku, Dęblinie, Kozienicach, Warce, Grajewie i Żyrardowie), pozostawić Szefową Blogu w Świebodzinie na blokach startowych do ostatniego skoku ku Berlinowi, i jeszcze zdążyć wraz z Viatorką zasiąść, pięć minut przed rozpoczęciem koncertu, na widowni zielonogórskiej filharmonii! Nooo, chapeau bas!

Koncert dała Piwnica pod Baranami. Jubileuszowy, wszak sześćdziesięciolecie… I jak zwykle pełen prezentacji różnorodnych, a smakowitych.

I dwa natręctwa męczą po tym koncercie Viatora. I trwa to już dwa tygodnie. Jedno wprost związane z Piwnicą, drugie pośrednio. Dziś będzie o tym drugim. Za czas jakiś – o pierwszym.

Piosenka Przyjacielu na błękitach, skomponowana i śpiewana przez Piotra Kubowicza, jest piękna sama w sobie. Ale, skoro przywołuje Jonasza Koftę, musiała Viatorowi przypomnieć inny utwór, jonaszowy właśnie. Zresztą ten utwór i tak by kiedyś w końcu wrócił. Zawsze wraca. Cyklicznie, można by rzecz. Bo też i cyklicznie staje się aktualny. Tak w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym. Niestety.

Niestety, można stracić miłość: to nie takie trudne niestety, wystarczy dokładnie przyjrzeć się ludziom. Można stracić wiarę; właściwie to cud, że się ją jeszcze ma! Można nawet stracić nadzieję (to wtedy, gdy nikogo nie ma obok, tylko szepcąca, służalcza próżnia…). Nie można tylko stracić godności. Nie wolno, za żadną cenę!

Ot, frajer z ciebie, mój Viatorze. Nie można? Nie wolno? Popatrz: godność wyprzedaje się na samym początku. Za grosze. Właściwie – srebrniki. Za tak marne grosze, iż litość by brała dla tych sprzedawców, gdyby nie to, że obrzydzenie bierze.

I jeszcze jedno, zanim zaczniecie słuchać, siostrzyczki i braciszkowie spod jednej anatemy. Nie chciałby Viator trącać strun emfazy, ale musi to powiedzieć, gdyż zawsze tak uważał: wykonanie Janusza Gajosa jest absolutnie GENIALNE. Żeby w kilka sekund przeistoczyć się z mędrca i poety w kaprawego, prymitywnego pijaczynę, takiego mrożkowego Edka, który, gdy tylko nadarzy się okazja, weźmie nas za mordę? Nooo, chapeau bas!

***

Video niedostępne. Sorry. 

My, emigranci…

Start http://www.archiwumemigranta.pl

otwarcieME1

W maju 20015 r., w Gdyni, w budynku dawnego Dworca Morskiego, otwarte zostało Muzeum Emigracji. Po roku ruszył pierwszy portal z emigracyjnymi historiami Polek i Polaków.

100 emigracyjnych historii już online!

Ruszyła strona www.archiwumemigranta.pl, na której można obejrzeć, wysłuchać bądź przeczytać emigracyjne historie Polek i Polaków. Muzeum Emigracji w Gdyni udostępniło pierwszych sto historii ze swojego archiwum. O emigracji opowiadają m.in. Agnieszka Holland, Mariusz Czerkawski, Czesław Mozil czy Zbigniew Boniek. Teraz archiwum działa globalnie i każdy kto chciałby opowiedzieć o doświadczeniu swoim bądź swoich bliskich, może to zrobić online.

Strona pozwala szukać historii według klucza kraju, nazwiska, tematu bądź dekady. Historiom towarzyszą biogramy, portrety a nierzadko także fotografie z domowych archiwów bądź inne pamiątki. Najstarsza historia sięga 1908 roku i jest nią bogato ilustrowana, porywająca historia rodu Petrylów. Przeżycia z pracy w kopalni w Chicago Jana Petryli z 1908 roku, jak i historię rozproszonej dziś po świecie rodziny poznajemy z perspektywy jego prawnuczki. Barbara Jędrys podjęła się próby rozrysowania drzewa genealogicznego i zadbania o rodzinne relacje pomimo setek kilometrów dzielących krewnych. Pani Barbara powierzyła Muzeum swoje wspomnienia na długo przed otwarciem placówki w maju zeszłego roku.

Muzeum szuka i dokumentuje emigracyjne relacje w projekcie pod nazwą Archiwum Emigranta. Budują go wywiady audio, filmy, jak i spisane historie Polaków z całego świata. W archiwum są już relacje z 28 krajów, najliczniej reprezentowane są Stany Zjednoczone i Anglia, ale nie brakuje też tak egzotycznych kierunków jak Liberia, Tajlandia czy Arabia Saudyjska.

Historią Polski jest dla nas historią wszystkich Polaków – zarówno tych żyjących w kraju, jak i poza jego granicami. Chcemy, aby ten wielogłos emigrantów, reemigrantów i imigrantów inspirował do dyskusji i debaty społecznej na temat dawnej i współczesnej emigracji.– komentuje start projektu, Karolina Grabowicz-Matyjas, dyrektorka placówki.

Nie ma dwóch takich samych historii emigracyjnych. W Archiwum Emigranta znajdziemy szczęśliwe historie sukcesów „naszych” za granicą, jak i przymusowe wyjazdy związane z wojną, Marcem ’68, czy emigracją solidarnościową. Wyjątkowo poruszająca jest opowieść „dzieci maharadży”, Jerzego Tomaszka i jego siostry Iwony Świętochowskiej, których siedmioletnia wędrówka prowadziła od Iranu, przez osiedle dla polskich sierot maharadży Jam Saheb Digvijaysinhji w Balachadi, po obozy dla uchodźców w Afryce. Do Polski powrócili szczęśliwie w trójkę, razem w z mamą, w 1947 roku, osiedlając się na stałe w Bytomiu.

W portalu obejrzeć można również m.in. wywiady z uciekinierami z PRL. Konstanty Bilewicz opowiada o swojej sensacyjnej ucieczce na pokładzie Stefana Batorego, kiedy to z narażeniem życia podszywał się pod członka załogi, by przedostać się do Kopenhagi. Emigrował w 1973 – „niewłaściwe pochodzenie” i udział w wydarzeniach grudniowych stały się przyczyną prześladowań ze strony władzy PRL, które skłoniły go do emigracji.

Gros emigracyjnych historii to jednak współczesne doświadczenia Polek i Polaków. Dowiadujemy się z nich, dlaczego wyjechali, jak żyje im się na emigracji, co w nich zmieniła, jakie mają trudności, z czego są dumni. Opowiadają o swoich marzeniach, czasem iluzjach, tęsknotach i oczekiwaniach. Archiwum Emigranta to dzieło otwarte, które Muzeum buduje razem z Polakami i Polkami z całego świata. Każdy może dodać swoją część tej wielkiej opowieści.

Kluczową częścią projektu jest archiwum historii mówionej. Muzeum prowadzi działania badawczo-dokumentacyjne w różnych regionach świata. W 2015 roku swój finał miał polsko-amerykański projekt „Oblicza Polonii: Mieszkańcy Hamtramck” odkrywający historię wyjątkowej polskiej enklawy spod Detroit. Niegdyś dziewięciu na dziesięciu mieszkańców miasta było Polakami. Dziś na ulicach słyszy się 26 języków, a społeczność tworzą migranci z Polski, Bangladeszu, Jemenu, Bośni czy Ukrainy. Wywiady i zdjęcia Polaków z Hamtramck budują jedną z kolekcji tematycznych na stronie archiwumemigranta.pl.

 Aktywnie poszukujemy ważnych tematów emigracyjnych, ciekawych bohaterów czy środowisk, które warto zbadać i udokumentować. Nasza działalność badawcza jest też sprzężona z projektami kulturalno-edukacyjnymi, które szeroko interpretują historie emigrantów. Dzięki temu możemy tłumaczyć historię jak i współczesne, migracyjne zmiany na świecie prezentując wiele, osobistych – często diametralnie różnych od siebie – perspektyw. – podsumowuje Olga Blumczyńska, koordynatorka archiwum historii mówionej w MEG.

otwarcieME2

Kontakt dla mediów:

Joanna Wojdyło
Rzeczniczka

j.wojdylo@muzeumemigracji.pl
T: 606 167 972

Olga Blumczyńska
koordynatorka archiwum historii mówionej
o.blumczynska@muzeumemigracji.pl

T: 735 955 617

***

Zdjęcia z otwarcia Muzeum: Ewa Maria Slaska

Podróż przez Polskę

Ewa Maria Slaska

Byłam…

Byłam w Polsce. W dwóch dużych miastach i kilku małych. Polska jest piękna, nawet ta w ruinie, wyglądała jak kosz kwiatów. Było słonecznie i wszędzie kwitły sady… Kocham Polskę.
Polska jest obrzydliwa, nawet w tej nie zrujnowanej czają się złe myśli, zacofanie, ciemnogród, przepisywanie historii na nowo i po swojemu… Nie cierpię Polski.

Gender (2)

Na wyższej uczelni gazetki ścienne jak za czasów komuny, tylko zamiast socjalistycznych hasełek Gender i Chazan. Nie doczytałam, ale zdaje się, że jest felietonistą-komentatorem w jakiejś obskuranckiej gazecinie. Twierdzi, że wirus Zika nie uprawnia aborcji i powołuje się na deklarację episkopatu… Brazylii.

W pięknym mieście, w którym mordowano Polaków i Żydów, dominują tablice upamiętniające Piłsudskiego, Legiony, Żołnierzy Wyklętych, ofiary socjalizmu, Katyń i Smoleńsk. Pozostała część Historii przestała się liczyć.

Tak będzie wszędzie po drodze, dopóki nie opuścimy “prawdziwej” Polski i nie wjedziemy na autostradę.

tablice

Gdzie niegdzie pozostają resztki po pamięci, można by rzec – pamiątkowe śmieci…

pamiatkowesmieci

Czasem wchodzisz i masz poczucie, że jesteś “u siebie”, jest dobrze, po franciszkańsku wręcz…

podroz po polsce (42)

…dobra kawa, wegetariańskie jedzenie, książki, sztuka, filozofia… właściciele z dużym poczuciem humoru i smaku potrafili zrobić coś wśród ruin, podoba ci się. Kupujesz książkę, pijesz kawę…

kawiarnia

I oglądasz dekoracje. Takie miłe: Żyd z pieniążkiem, papużka na katarynce, podkowa nad drzwiami…Cóż to za problem, że Żyd z pieniążkiem? Czepiam się. Wiem.

W całym mieście śluby. Kolejka do ślubu, kolejka ślubów, kolejka do składania życzeń. Takie same panny młode, takie same nogi…

podroz po polsce (18)
podroz po polsce (19)

Właśnie rzucam w kosmos retoryczne pytanie, dlaczego? Dlaczego wszystko jest takie samo, gdy w zaułku pojawia się dziewczyna z Malczewskiego i Przybyszewskiego…

podroz po polsce (15)

To też Polska… Ta młoda para uratowała moją podróż po kraju ojczystym. Jeszcze nie wszystko zabrali oni, sklonowani, tacy sami, ciemni, bez cienia własnej myśli, jeszcze są ta dziewczyna i jej mąż, i ich świadkowie…

PS. Wracam do Berlina. Sąsiad (aka Berlin-Knipser) podsyła mi kilka nowych zdjęć. Jaka to ulga, gdy po porcji patetycznego patriotyzmu wraca się do berlińskiej arogancji, ironii i luzu. Golasy i pomnik słonia… Niech żyje Berlin!



Słowo o patriotyzmie

Roman Brodowski

Festiwal Poloneza

Historia Polski, historia polskiego narodu, zwłaszcza ta na przestrzeni ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat pokazuje, jak szybko niezgoda społeczna może osłabić znaczenie państwa i to zarówno pod wzgędem militarnym jak i politycznym.

Pomijając okres przedrozbiorowy, czasy Konfederacji Barskiej i I rozbioru pozbawionej już wcześniej suwerenności na rzecz caratu Polski, dokonanego na mocy układu Rosyjsko-Pruskiego zawartego w lutym 1772 roku, przypomnę nieco późniejsze fakty z naszej historii, czyli czas Sejmu Czteroletniego, uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz II rozbioru, będącego następstwem podziałów w narodzie, jakie nastąpiły w wyniku jej uchwalenia.

Odebranie wielu dotychczasowych przywilejów zarówno magnaterii jak i szlachcie (między innym zakaz udziału szlachty w sejmikach, czy też zmiejszenie wpływów magnatów na wybór króla), zniesienie Liberum Veto oraz zapewnienie równości wszystkim wyznaniom religijnym, istniejącym na terenie królestwa, nie były jedyną „kością niezgody”, ale to właśnie te założenia ustawy doprowadziły do zawiązania się wśród jej przeciwników konfederacji zwanej (od nazwy miasteczka, gdzie się zawiązała) Targowicą.

Targowiczanie (w skład których wchodziły wibitne postaci elity polskiego społeczeństwa jak na przykład: Stanisław Szczęsny Potocki, hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki, hetman polny koronny Seweryn Rzewuski oraz znakomita elita kościoła katolickiego) nie mając dostatecznej siły, by zapobiec procesowi wdrażania w życie uchwalonych przez Sejm nowych przepisów prawa, zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny, aby ta nie dopuściła do przeprowadzenia reform. W konsekwencji na Rzeczpospolitą ruszyła stutysięczna armia rosyjska. O wiele mniej liczne Wojsko Polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego, mimo spektakularnych zwycięstw pod Dubienką i Zieleńcami, nie było w stanie obronić państwa.

Epilogiem wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku i rządów Targowicy był II rozbiór Polski, dokonany w styczniu 1793 roku przez Rosję i Prusy. W 1795 roku nastąpił kolejny rozbiór, po którym Polska przestała istnieć na geopolitycznej mapie świata. Kolejne 125 lat naród polski walczył różnymi sposobami o zachowanie swojej tożsamości religijnej i społecznej, o zachowanie języka oraz tradycji.

Pominę tu zrywy patriotyczne Polaków w postaci powstań ogólnonarodowych i lokalnych, tym niech zajmują się historycy – broń Boże pseudo, jakich dzisiaj mamy pod dostatkiem, a skupię uwagę na roli ludzi kultury. To właśnie oni wierszem, prozą, muzyką, pobudzali polski naród do trwania, bezustannie przypominając o jego przeszłości, zaszczepiali nadzieję, nawoływali do walki. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin, Moniuszko, to tyko niektórzy z tych, którym jesteśmy wdzięczni za ich narodowe dzieła.

Wśród nich był ktoś, kogo nie sposób pominąć, ktoś o kim wie prawie że każdy maturzysta, każdy meloman i … każdy Polak. Mowa tu o twórcy Poloneza „Pożegnanie z Ojczyzną”, zwanego potocznie Polonezem Ogińskiego.

Książę Michał Kleofas Ogiński urodził się w 1765 roku był nie tylko kompozytorem, tworzącym polonezy, walce, mazurki czy też marsze (Marsz polskich Legionów w Lombardii), ale był też senatorem w rządzie Aleksandra I, walczącym o sprawy Polaków, żyjących w rosyjskim zaborze.

Dlaczego wspominam właśnie jego i właśnie dzisiaj?

Odpowiedź jest związana z corocznym „Festiwalem Poloneza”, jaki od 23 lat odbywa się w małym prowincjonalnym miasteczku na naszych byłych Kresach a dzisiaj na terenie Białorusi, w Słonimiu nieopodal Kosowa – miejsca urodzin Tadeusza Kościuszki. To właśnie w tym miasteczku przed laty polska patriotka, nauczycielka, więźniarka z Sybiru, pani Leonarda Rewkowska, dla przypomnienia postaci Kleofasa księcia Ogińskiego, zorganizowała po raz pierwszy „Festiwal Poloneza”. Pani Leonarda była pierwszą przewodniczącą oddziału słonimskiego Stowarzyszenia Polaków na Białorusi oraz założycielką Domu Polskiego w Słonimiu. Jako współtwórczyni zespołu folklorystycznego, mimo podeszłego już wieku, do dzisiaj wraz z nim śpiewa nasze polskie narodowe pieśni.

Wracając do festiwalu – na przestrzeni lat z małej lokalnej imprezy przeszkształcił się w wielkie międzynarodowe wydarzenie, odbywające się zawsze w ostatnią sobotę maja. Rozpoczyna się wczesnym porankiem od przemarszu barwnych zespołów folklorystycznych po nadbrzeżnym bulwarze przepływającego przez miasto kanału – Kanału Ogińskiego (nota bene budowniczy kanału, Michał Kazimierz Ogiński, był kuzynem ojca kompozytora).

Następnie na ustawionej na secesyjnym ryneczku scenie odbywa się Konkurs różnych form przedstawiania utworu Ogińskiego (ale nie tylko jego), począwszy od tańca, poprzez interpretacje muzyczne, a na żywym słowie skończywszy. Przegląd trwa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. Po czym zarówno Jury festiwalu jak i jego uczestnicy udają się na wspólny obiad. Po południu wyłonieni zostają laureaci konkursu. Później, po ogłoszeniu wyników i wręczenie nagród (dokonuje tego zazwyczaj przedstawiciel ministerstwa kultury Białorusi), odbywa się występ laureatów. Wieczorem zaś zaczyna się festyn i trwa do północy.

Dzięki moim białoruskim przyjaciołom i ja kolejny już raz będę uczestniczył w tej patriotycznej imprezie, zorganizowanej przede wszystkim dla naszych kresowych rodaków, którzy do dzisiaj walczą o swoją polską tożsamość narodową, przekazując młodszym pokoleniom Kresowian tradycję, kulturę i historię swoich przodków.

Reblog: Pani Irenka 2

Karolina Kuszyk

Targowica

Ooo, w kościele to ja już, pani, dawno nie byłam, bo ciągle mam z tym biodrem. Ale Dawidek mi opowiadał, że ludzie u nas na mszy wychodzili. Na mszy po prostu wychodzili z kościoła. Nie żeby normalnie, na papierosa czy żeby na tych tam komórkach coś napisać. Wychodzili i nie wracali. Tego to jeszcze nie było. Pani do kościoła nie chodzi? Ale tak po prostu niepraktykująca czy jakiegoś innego wyznania pani jest? A, niewierząca. No, ja przecież nic nie mówię, każdy musi po swojemu i ze swoim sumieniem. Ale też czasy teraz takie, że wierzyć trudno. W telewizji pani widziała?

Ja nastawione na jedynkę mam, chociaż syn mówi, niech mamusia już tej jedynki nie ogląda, bo to teraz inna telewizja jest zupełnie. No ale jak tu nie oglądać, jak ja przyzwyczajona jestem całe życie, prawie dzień w dzień. Kazik mój mnie tak przyuczył, zawsze mówił, Irenka, trzeba patrzeć, żeby człowiek wiedział, co się dzieje na świecie, nie tak tylko, jak to mówią, czubek własnego nosa i koniec. Patrz ze mną, aby do tej pogody, sportu już nie musisz przecież. No i ja tak przy nim zawsze dziennik i dziennik. Chociaż czasem to mi nawet ździebko się przykrzyło przy tym dzienniku, do kuchni sobie chciałam wyjść, robotę miałam czy coś, a on tylko siedź i siedź. I jak umarł, to ja już potem nie umiałam bez tego patrzenia. Bo jak sobie na dziennik siadam, to mi się tak nawet jakby ździebko zdaje, że Kazik zaraz też przyjdzie i usiądzie. Czasem to nawet co powiem do tego jego fotela starego.

Ale z tym z kościoła wychodzeniem to znowu o tą całą aborcję się rozchodzi, pani. Podobnież teraz takie ma nastać prawo, że już wcale a wcale ta kobieta nie będzie mogła usunąć, nawet jak dziewczynka taka, nastolatka, pani przecież sama wie, jak jest na świecie, różne rzeczy się zdarzają. Z tych dyskotek wracają. Gwałty nie gwałty, albo tak jest, że dziecko zagrożone albo matka. No a ta sprawa co była, jakiś rok temu czy dwa, co w Faktach o niej pisali i w ogóle wszędzie. Pani! Ja tam nie mówię, życie poczęte musi mieć uszanowanie, ale jak od początku wiadomo, że ono nie przeżyje, to życie, to na co kobiecie było rodzić? Lekarze sumienia nie mają, pani. Ale podpisują. Jak to jest – sumienia nie ma i podpisuje, że coś tam, sumienia. Jak pani mówi? Klauzulę? Niech będzie i klauzulę. Ale sumienia to w tym nie ma żadnego.

wiadomosci

I znakiem tego protestu teraz to z kościoła wychodzenie, i nawet nie że same kobiety, mężczyźni też, nie powiem, i to mi się nawet bardzo podobało, że oni tak też za tymi kobietami. No bo jaki to porządek, pani, żeby księża takie rzeczy nakazywali i jakieś baby takie stare z tej ich partii, jak ja, co już dawno po tym, jak to mówią, klimaterium, co już im się tam mało co przytrafi. Śmieje się pani, a mnie wcale nie jest do śmiechu. No, i jak ta jedna kobieta krzyczała i wyszła z kościoła w końcu, a raczej tak ją bardziej wyprosili, to taka inna wychodzi z ławki i krzyczy za nią targowica, targowica. To się w końcu syna pytam, Mietek, co to ta targowica, czy to jakieś brzydkie słowo obraźliwe jest. Bo to nie pierwszy raz słyszałam, w telewizji ostatnio ciągle targowica to, targowica tamto. A Mietek mówi, że teraz tak oni mówią na tych wszystkich, co przeciwko rządowi są. I że ta targowica to taka umowa była zdradziecka, ale aż dawno, dawno, jeszcze jak ta szlachta była, panowie i wszystko, i jak oni tym zaborcom, Ruskim przede wszystkim, i Niemcom, Polskę oddali na podzielenie, zdradzili można powiedzieć, i to się właśnie nazywało targowica. I potem od tego w Polsce zabory nastały. To ja się pytam, czy to w tym sensie, że się targowali o Polskę z tymi zaborcami, bo czego targowica. Targowica to najprędzej od targu pochodzi. I czy tu też jakieś targowanie odbywa się. Ale syn mówi, że mamusiu, to tak się to miasto nazywało, gdzie oni te rozbiory jakby podpisywali. A potem jeszcze powiedział, i od tego czasu to ja coś za bardzo spać nie mogę, mamusiu, tych zdrajców to oni potem karali przez powieszenie. Żeby z tej targowicy, pani, czasem znowu jakiego wieszania nie było. Tylko co targowica ma do aborcji, tego to już nie bardzo zrozumiałam, a pani wie może?

***
I jeszcze raz to samo? To proszę TU, na blogu o Pani Irence…

Pałac na Marymoncie po śmierci króla

marymontpalac1Co działo się z Pałacem królowej Marysieńki na warszawskim Marymoncie po śmierci Jana III Sobieskiego? Kto w nim mieszkał? Kto go niszczył a kto rozbudowywał?

Jerzy Siemiginowski-Eleuter, Jan III Sobieski pod Wiedniem (Wikimedia Commons)

Anna Dobrzyńska

PO ŚMIERCI KRÓLA…

Przez jakiś czas po śmierci męża, królowa Marysieńka korzystała z pałacu, dopóki nie wyjechała do Włoch. Po jej śmierci pałac odziedziczył królewicz Konstanty – najmłodsze dziecko królewskiej pary, z tych które dożyły dorosłości. Królewicz, który przeszedł do historii jako „utracjusz”, nie przyczynił się do rozkwitu posiadłości, pałac popadł w zapomnienie.

ZA SASÓW…

Następnie pałac został odkupiony przez Augusta II i kolejno przejęty przez jego syna Augusta III. To były dobre czasy dla Marymontu. Rezydencja uległa gruntownej przebudowie, założono ogród ozdobny, duży zwierzyniec, winnice, zbudowano pawilony dla polujących na wilki, pojawiły się domki dla łowczych, organizowano doroczne winobrania oraz występy trup aktorskich.

marymontpalac (2)Waldemar Świerzy „Nowy poczet władców Polski” – Ojciec i syn – August II Mocny i August III Sas

Zarówno ojciec jak i syn organizowali tu przyjęcia i polowania. August II organizował polowania z ogromnym rozmachem. W 100 rocznicę bodaj największego z nich „Kurier Warszawski” napisał, że do lasu wpuszczono wówczas ogromną ilość zwierząt: 4 żubry, 3 niedźwiedzie, 44 jelenie, 200 saren, 80 dzików odyńców, które następnie przez 2-3 dni wybijano. Brało w tym udział łącznie – około  4900 osób: panów, paniczów, strzelców i chłopów naganiających zwierzynę.
Ale syn miał jeszcze większą fantazję łowiecką. Za czasów Augusta III bowiem, już nie tylko wpuszczano do lasu zwierzynę, ale naprędce posadzono dorodny las! Stało się to za sprawą księcia Hieronima Radziwiłła. Drzewa posadzono na terenie rozciągającym się od Lasu Bielańskiego do Marymontu.  Zaangażowano do tego celu tysiące ludzi i wpuszczono: dziki, wilki, łosie, żubry i niedźwiedzie – łącznie 600 sztuk. W polowaniu udział wzięło 300 strzelców i tyle samo sfor ogarów. Po dwóch dniach polowania odbyła się uczta, na której wypito – 300 beczek węgrzyna. Cała impreza kosztowała Radziwiłła – ponad milion złotych…. Za panowania Sasów, pałac został przebudowany na willę myśliwską.

Ale Marymont słynął nie tylko z łowów. Znany był również jako miejsce pojedynków. Tu przyjeżdżali panowie, by w honorowy sposób rozwiązać swoje konflikty, a publika często towarzyszyła takim wydarzeniom. Dlatego też Marymont nazywany był „krwawym”. Między innymi zginął tu Adam Tarło – wojewoda lubelski. Walczył z Kazimierzem Poniatowskim i prawdopodobnie dobity został przez sługę Czartoryskich.

SASCY DZIERŻAWCY…

Wraz ze śmiercią Augusta III skończyły się, dla Marymontu czasy, gdy zamieszkiwały go „koronowane głowy”. Zgodnie z obowiązującym prawem pałac przeszedł na własność elektorów saskich, a ci oddali go w dzierżawę. Nowymi użytkownikami stali się kolejno: poseł angielski –Wrought i marszałek koronny – Franciszek Rzewuski. Sascy najemcy o pałac dbali. Pierwszy – uporządkował posesję oraz wybudował amfiteatr widokowy, udostępnił całość dla publiczności. To sprawiło, że Marymont stał się idealnym miejscem na letniskowe wypady. Drugi zaś najemca – idąc w ślad za Sasami – rozwinął tu tradycje myśliwskie. Organizował polowania, dobudował stajnie, zasadził szpaler krzewów. Ogród i park połączył i ogrodził. W ten sposób teren został – zamknięty – dla osób postronnych… Skończyła się na Marymoncie sielanka dla ludu…

OD INSUREKCJI KOŚCIUSZKOWSKIEJ DO NIEPODLEGŁEJ POLSKI…

Sielanka się skończyła tym bardziej, że wybuchała Insurekcja Kościuszkowska. Na szczęście pałac wyszedł ze starcia z wojskiem pruskim obronną ręką, czego nie można powiedzieć o większości pozostałych budowli na Marymoncie, które zostały doszczętnie spalone. Pałacyk ocalał ale został sprzedany rządowi pruskiemu – w 1796 roku.

Dalsze losy Marymontu były burzliwe jak i losy Polski. Utworzono tu kolejno: Szkołę Agronomiczną, koszary wojsk carskich, schronisko dla nieuleczalnie chorych im. Św. Józefa oraz – po odzyskaniu niepodległości – koszary wojska polskiego w dawnym budynku Szkoły Agronomicznej, a w pałacu, który w tym czasie wydawnictwa II RP opisywały jako pozbawiony prawie zupełnie cech zabytkowych – urządzono kaplicę, którą opiekowało się duszpasterstwo wojskowe.

PRZEBUDOWA…

marymontpalac3

Kapelanem stacjonujących tu żołnierzy był bł. ks. Michał Sopoćko. Dzięki jego staraniom dokonano przebudowy budynku, który rezydujący tu wcześniej żołnierze rosyjscy zamienili w ruinę. Budynek został przebudowany, według projektu ppłk. Henrycha, w stylu eklektycznym, z klasycystycznym tympanonem i barokową attyką.

Kaplica podczas rozbudowy, 1924 rok.

Warto wiedzieć, że ów kapelan był spowiednikiem i duchowym przewodnikiem św. Siostry Faustyny – mistyczki, znanej na całym świecie, która spisała doznane objawienia Jezusa w „Dzienniczku”- przetłumaczonym obecnie na wiele języków. Relikwie błogosławionego kapelana znajdują się w kościele, jak i, od XVIII wieku, relikwie św. Cecylii.

OBECNIE…

Kaplica, odbudowana ze zniszczeń II wojny światowej, pełni do dziś swoje funkcje. Obecnie związani są z nią księża Marianie.  I tu historia zatoczyła w pewnym sensie koło… Gdyż pierwszy właściciel i „budowniczy” pałacu na Marymoncie – Jan III Sobieski był z Marianami bardzo ściśle związany. Bł. O. Stanisław Papczyński – założyciel zgromadzenia był, według świadków, spowiednikiem króla. Właśnie jemu Jan III Sobieski polecał zawierzenie Maryi losów Polski, przed bitwą pod Chocimiem. A po zwycięstwie, już jako król, wsparł tworzący się  Instytut Marianów i nadał mu wiele królewskich przywilejów.

marymontpalac (4)Kościół parafialny pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, przekształcony z pałacu królowej Marysieńki. Ul. Gdańska 6a,  2016. Fot. Anna Dobrzyńska

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…
…
myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.

Slaska na niedzielę

Ewa Maria Slaska

Trampki miód malina

Nie jestem jakąś specjalną maniaczką trampek i tenisówek, nie byłam nią też w młodości, ale tak wtedy jak i dziś nie da się funkcjonować bez trampek. Wtedy, gdy chodziłam na rajdy harcerskie, trampki i tenisówki były tanie. Dziś już tanie nie są.

To moje trampki All Stars czyli conversy. Kupiłam je kilka lat temu i zapłaciłam majątek, bo są wysokie do pół łydki i mają różową podszewkę. Znacznie później dowiedziałam się, że wyprodukowano je w Chinach czyli za grosze. To znaczy Chińczykom zapłacono grosze, a ja kupiłam markę i zapłaciłam majątek w euro.

Nie lubię chińskich produktów od czasu, gdy ktoś mi opowiedział, że Chińczycy wyprodukowali jakąś chemiczną papkę, która nie jest miodem, ale pachnie, smakuje i wygląda jak miód. Czyli można zbić majątek, sprzedając durnym Europejczykom miody z taśmy fabrycznej a nie z ula. Drogie miody, a to dlatego, że tanich się nie opłaca fałszować. Właściwie dobra informacja dla tych, którzy nie kupują w drogich sklepach.

Wczoraj przy kolacji dowiedziałam się z kolei, że Chińczycy przysyłają europejskim zielarzom niby to szalenie cenne i drogie zioła, powiedzmy mandragorę, które jednak mandragorą nie są i nie mają żadnych leczących właściwości. Myk polega na tym, że sprzedaje się je w postaci jakiejś brei, a autentyczność takich  papek sprawdza się przy pomocy elektrycznego urządzenia, zwanego spektografem. Papka musi dać wykres podobny do wyniku EKG z pikiem (czyli najwyższym  punktem) w jakimś konkretnym miejscu i konkretnej wysokości. Mandragora tu, liście maliny ówdzie. Kontrolę jakości ziół można też przeprowadzać za pomocą chromatora, który analizuje skład chemiczny i pokazuje wynik jako barwę. Chromatora nie da się oszukać. Ale… No tak, spektograf jest wprawdzie drogi, kosztuje plus minus tyle, co samochód, ale i tak jest mniej więcej sto razy tańczy od chromatografu. Więc wszyscy używają spektografu. A Chińczycy to wiedzą.

Czy to jest jasne? Na pewno nie, mnie trzeba to było trzy razy tłumaczyć. I nadal nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, co ci Chińczycy zrobili albo jak do tego doszli, ale pojęłam, że odkryli, iż np. liście malin zmieszane ze sproszkowanymi igłami sosny dają pik dokładnie w tym samym miejscu, w jakim pojawia się pik mandragory. Albo co lepsze – w ogóle nie trzeba ani malin ani sosny, tylko jakaś chemia daje ten pik. Na wykresie poniżej pik liści malin, mandragory w sieci nie znalazłam. Pewnie dlatego, żeby nikt nie ukradł pika.

malinyniemandragora

Mandragora rośnie w Chinach, jest rzadka, trzeba ją sprowadzać i kosztuje majątek, a liście malin można zerwać z krzaka podczas pierwszego lepszego naszego środkowoeuropejskiego spaceru, dlatego sprzedaż malin zamiast mandragory to naprawdę sam miód.

Papka zamiast miodu, liście malin zamiast mandragory, drogie trampki zamiast tanich trampek. Daliśmy się wpakować w pułapkę taniego badziewia i zrobiliśmy to dobrowolnie. Pszczoły umierają, ale hurra! jest przecież papka udająca miód.

I tak dalej, że zacytuję Vonneguta.  To piękny chwyt literacki pozwalający opuścić wywody, które wszyscy znamy i wrócić do sedna rzeczy. Kusi mnie, żeby uznać, iż sednem jest biblijna mandragora, ale będę twarda, po raz kolejny zacytuję mistrza i powiem tylko, że mandragora wygląda jak ludzik, jest męska i żeńska, krzyczy, gdy się ją wyrywa z ziemi, od zawsze była magicznym lekiem i tak dalej…

I tak dalej, proszę państwa, wracamy do trampek. Noszę je nadzwyczaj rzadko i dlatego zdziwiłam się, gdy któregoś dnia obudziłam się rano myśląc o trampkach.

Podczas porannej kawy na balkonie ustaliłam ze swoimi myślami, że rozmyślamy o książce Słoneczne wino / Dandelion wine Raya Bradbury’ego, w której jest piękny rozdział o trampkach. Douglas Spaulding, 12-letni chłopiec budzi się w domu dziadków. Jest pierwszy dzień wakacji w roku 1928, w małym miasteczku na środkowym zachodzie Stanów. Gdy ma się 12 lat, wakacje to cała wieczność pełna niezwykłych niespodzianek. Douglas wie jednak, że nie ma idealnych wakacji bez trampek. Nowych pięknych trampek, które jak magiczny dywan przeniosą go przez wszystkie cudowne dni rozpoczynającego się właśnie lata. Nie ma jednak mowy o tym, żeby ktoś mu te trampki kupił. Idzie więc do sklepu z obuwiem i wygłasza najpiękniejszą przemowę o byciu chłopcem, jaką w życiu można wygłosić tylko wtedy, gdy ma sią 12 lat i czegoś się tak naprawdę, naprawdę chce.  Opowiada jak będzie biegł prędzej niż wiatr, wypełniając wszystkie nałożone mu zadania, aż uzbiera się suma wystarczająca, by kupić trampki…

Dopijam kawę i otwieram komputer. Do roboty, Ewa. W mailach list od Tereski, która pracuje w schronisku dla uciekinierów: Azuz pilnie potrzebuje trampek!

Azuz ma 12 lat. Dzwonię do Tereski i mówię, że kupię mu trampki.

Reblog pro domo sua

gazeta pisarzyNie chciałam, uwierzcie mi, przechwalać się tutaj wywiadem, jakiego udzieliłam Magdzie Parys dla Gazety Pisarzy czyli specjalnego wydania Gazety Wyborczej. No więc – nie chciałam, ale muszę, bo po prostu zalewa mnie potok pytań o tekst wywiadu, a tu ktoś nie ma dostępu, a ktoś limitu, a ktoś znowu cholera wie czego… Publikuję więc tu ten artykuł i będę Wam wszystkim wysyłać linki… I dajcie Wy mi święty spokój, a jak jesteście z Berlina, to przypominam, że pilnie poszukuję rolek i rower(k)ów dziecinnych dla “naszych dzieci”, bo jest wiosna i rok 2016…

A jak ktoś chciałby się więcej dowiedzieć, to zapraszam na stronę założoną przez Viktora Kucharskiego, Polacy w Berlinie bez nienawiści.

razan we wrotkach!

Na zdjęciu Razan, syryjska dziewczynka, w nowych rolkach, dostarczonych jej przez “dobrą wróżkę” – foto Iwona B.

Polacy, spełnijcie swój obowiązek! Polska wolontariuszka opowiada o pomocy uchodźcom w Berlinie

Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Rozmowa z Ewą Marią Slaską, pisarką, dziennikarką, blogerką, która jako wolontariuszka pomaga w Berlinie uchodźcom. Uciekinierka polityczna, wyjechała z Polski w styczniu 1985 r., a w 1986 r. otrzymała w Berlinie azyl polityczny.

MAGDALENA PARYS*: Polski rząd wzbrania się przed pomaganiem uchodźcom, wielu rodaków to popiera. A jak reagują Polacy mieszkający w Niemczech?

EWA MARIA SLASKA: W Berlinie i na polsko-niemieckim pograniczu mnóstwo Polek pomaga uciekinierom. Wszystkie mówią to samo: “Teraz trzeba się wstydzić, że się jest Polakiem”. Te dziewczyny są wspaniałe. Hania Hakiel zabiera uchodźców do Polski na święta. Magda Więsko zorganizowała zbiórkę rowerów. Ania Alboth wciągnęła pół Polski w akcję zbierania darów. Monika zrobiła wystawę zdjęć z drogi, którą przeszli. Lucy zaprasza na grilla dla uchodźców i mieszkańców swojej przygranicznej wioski… To samo robią Niemcy. Zaraz jadę do wioski, w której wyremontowano domek dla informatyka z Syrii. Mieszkańcy wystąpią jako poręczyciele, by mógł sprowadzić rodzinę. To są wspaniałe akcje. Prawdziwa pomoc to nie tylko dawanie pieniędzy, ale przede wszystkim serce.

Ciekawe, bo we wschodnich Niemczech codziennie płoną schroniska dla uchodźców…

– Wiem, że to do siebie nie pasuje. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale sama nie spotkałam się z przemocą. Nawet gdy po moim wykładzie o pomocy uchodźcom protestowali neonaziści, wszystko przebiegło spokojnie.

Powszechnie mówi się, że uchodźcy to młodzi mężczyźni…

– W ośrodku, w którym pracuję jako wolontariuszka, ok. 80 proc. mieszkańców stanowią Syryjczycy i Afgańczycy, głównie rodziny. Mężczyzn jest dużo, ale pamiętajmy, że droga uchodźcy to kilka tysięcy kilometrów na piechotę. Nie każdy chce zabrać żonę w ciąży czy małe dzieci. Ale i ich, niestety, widać na tych niekończących się szlakach.

A komórki i drogie ciuchy, które noszą?

– A co w tym złego? Komórka to zwykły element naszej codzienności. Mało tego, nam mniej potrzebny niż im w drodze do nas. W komórkach są mapy, trasy, drogi. Nawigacja. Jak przejść przez kilkanaście państw bez takiego kompasu? Otrzymują je od tych, którzy organizują im ucieczki. To jest w cenie “usługi”. W czasie drugiej wojny światowej komórek nie było, ale gdyby były, Żydzi całowaliby ręce tych, którzy je wymyślili. Przecież dzięki nim mogliby ratować siebie i swoje rodziny od Zagłady. Przez komórkę możesz się skontaktować z pośrednikiem. A potem z pozostawioną gdzieś daleko rodziną.

Nie jesteś podejrzliwa?

– Mój mistrz z Czerwonego Krzyża Nouri Dehkordi, który przed laty w olbrzymim berlińskim schronisku dla uchodźców kierował pracą opiekunów, powtarzał: nie zadawać pytań. Nie jesteśmy policją. Jeżeli chcę się czegoś dowiedzieć, mogę zapytać, ale on ma prawo nie odpowiedzieć.

Kim był Dehkordi?

– Wspaniały człowiek, Kurd z Iranu, członek Komunistycznej Partii Kurdyjskiej (KPK), dwukrotny uchodźca polityczny – uciekał przed policją szacha Rezy Pahlawiego, a potem przed ajatollahem Chomeinim. Zginął w 1992 r. w zamachu irańskich agentów na grecką restaurację Mykonos w Berlinie, gdzie delegacja KPK prowadziła rozmowy z politykami emigracyjnymi. O tym było swego czasu bardzo głośno.

A jak ty trafiłaś teraz do domu uchodźców?

– Przypadkiem. W sierpniu zeszłego roku robiłam materiał o schronisku, a w międzyczasie okazało się, że potrzebne są ręce do roboty.

Z dziennikarki stałaś się wolontariuszką?

– Telefon znajomego przerwał miły wieczór z rodziną: “Przyjeżdżaj, pomóż wydawać kolację”. Pracowałam do godz. 23, zamierzałam wracać do domu, ale dotarła nowa grupa, dwieście osób. To było latem zeszłego roku. Kilka miesięcy później zaczęłam regularną pracę w tym ośrodku. Ale w marcu zamieniłam ją na wolontariat – bo wolontariusz może pomagać, a etatowiec tonie w biurokracji. Najgorsza jest przepaść między tym, co na górze – kanclerz Merkel i jej “damy radę” – a tym, jak wygląda opieka nad uchodźcami.

Czyli?

– Biurokracja i jeszcze raz biurokracja. Zamiast uprościć procedury, żąda się wypełniania ton papierów. Do pracy przychodzą ludzie, którzy zachowują się jak trybiki wielkiej maszyny. Byle się nie narazić. Plus niekompetencja, negatywna selekcja, ignorancja. Zdarzyło się, że wyrwałam tłumaczowi list z rąk – bo nie zauważył, że to skierowanie dzieci do szkoły. A Nouri w latach 80. i 90. wspaniale zorganizował pracę opiekunów w berlińskim ośrodku dla uchodźców. Nie przywożono paskudztw w kotłach. Na miejscu była pielęgniarka, lekarz, opieka do dzieci. Oczywiście nie oznaczało to, że ośrodek był rajem na ziemi.

Z kolei teraz szybciej następuje uznanie prawa do azylu lub przyznanie statusu uchodźcy, uciekinier szybciej dostaje zwykły zasiłek, kurs integracyjny, prawo do pracy.

Czyli są i zmiany na lepsze…

– To zależy od miejsca. Wiele czasu pożera stanie w kolejkach do urzędów. Uchodźcy trochę się uczą i pracują na terenie schroniska (wolno im przez 80 godz. miesięcznie). Wykonują proste czynności: gotują, wynoszą śmieci, sortują odzież. Zarabiają euro na godzinę i umieją się z tego cieszyć.

Jacy oni w ogóle są?

– Gdy przyjeżdżają, to – Boże! – tacy zmęczeni! Zmęczeni i kochani jednocześnie. Ledwo żyją, ledwo stoją na nogach, ale dziękują. Jest w nich tyle wdzięczności. Zaprzyjaźniłam się z rodziną, która ujęła mnie już pierwszej nocy – ich synek podszedł do okienka, powiedział “drei Kaffee bitte” i uśmiechnął się.

Nie dość, że pracujesz z uchodźcami, to jeszcze mieszkasz blisko dawnego lotniska Tempelhof, obecnie największego ich skupiska w Berlinie. Nie boisz się?

– Gdy wracam po nocy, trochę się boję. Ale nie ich – uchodźców, tylko – ich, mężczyzn. Jak każda kobieta. Ale nie wolno się bać! I nie wolno słuchać wiadomości! Oczywiście, warto wiedzieć, co się dzieje, ale nie wolno zwracać uwagi na zdania: “Zbliżają się miliony uchodźców”. To tylko liczby. Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Angela Merkel wcześniej też była sceptyczna wobec uchodźców. Pamiętam, jak palestyńska dziewczynka, płacząc przed kamerami, spytała, dlaczego jej rodzina ma być deportowana. Kanclerz odparła: “Niestety, mamy taką politykę”.

– Ale krótko potem obiecała, że Niemcy pomogą wszystkim uchodźcom. Od tego czasu bardzo ją polubiłam. Wygrał czynnik ludzki. W Polsce próbuje się go umniejszyć, mówiąc, że pomoc się Niemcom opłaca, bo Unia płaci za uchodźców. Skoro się tak opłaca, dlaczego Polska ich nie bierze? Szefowa miasteczka namiotowego dla uchodźców na pytanie, czy mam zorganizować zbiórkę darów z Polski, odpowiedziała, że nie, bo wtedy Polacy przestaliby mieć wyrzuty sumienia, a nie o to chodzi. “Wy, Polacy – powiedziała – powinniście stanąć na ulicy i wrzeszczeć na ten swój rząd. Pomoc to nasz chrześcijański obowiązek”.

* Laureatka Literackiej Nagrody UE za książkę “Magik”, za chwilę ukaże się jej najnowsza powieść “Biała Rika”.

gazeta

Foto: Julita B.