4 czerwca / 4. Juni / 4th of June

W Polsce i w Berlinie

Z Warszawy…

Zdjęcia z sobotniej manifestacji, było pięknie, myślę, że było około 50 tysięcy osób.

5.06.2016

Andrzej Rejman

32 2 3 7 8 11 12 13 18 25 27 30 31

Z Berlina (reblog)…

04 czerwca w Berlinie, pikieta demokratyczna pod budynkiem byłej Ambasady RP na ulicy Unter den Linden

Pikieta w odbyła się w pięknej, ciepłej i serdecznej atmosferze. Mamy w Berlinie przyjaciół demokracji i ludzi rozumiejących o co toczy się gra.
Przyszliśmy świętować pierwsze wolne, bądź jak niektórzy chcą częściowo wolne, wybory z 1989 roku. Wybory, które zmieniły Polskę, Europę i w konsekwencji świat. Ten czas w Polsce, ta energia i ci ludzie dokonali czegoś wielkiego. Wywalczyli nam bez rozlewu krwi prawdziwą wolność.

Dla mnie czymś niesamowitym jest fakt, że mogłam stać z mikrofonem w ręce, parę metrów od Bramy Brandenburskiej i głośno po polsku mówić o tym czym jest wolność i demokracja. Fakt, że mogliśmy się właśnie w tym miejscu spotkać, gdzie 27 lat temu byłoby to absolutnie niemożliwe! Nie ma już Niemieckiej Republiki Demokratycznej i nie ma wrogich Zachodnich Niemiec. Nie ma granic.
Po pikiecie pożegnaliśmy się z przesympatyczną ekipą policyjną, która ochraniała nasze spotkanie i spokojnie przeszliśmy przez Bramę i zjedliśmy bagietkę w Tiergarten. Ta zwykła scena z życia mówi więcej czym jest sukces projektu Europa niż tysiące haseł.

Zawaliliśmy przez lata sprawę tworzenia naszego, polskiego mitu wolności, mitu zwycięstwa. Jesteśmy niesamowitym narodem, który nie wie, bądź nie dowierza, jak wielki jest. Nie wierzymy, że i od nas zależy powodzenie tego, czym jest wspólna Europa. Zachowujemy się jakbyśmy nie wiedzieli, że wygraliśmy w roku 1989 mistrzostwa świata i ciągle oczekujemy, że inni nas dowartościują. Czas z tym skończyć. Osiągnęliśmy sukces, którego nikt nam nie odbierze.
Podkreślaliśmy, że jesteśmy częścią wspólnej Europy. Podkreślaliśmy dumę z osiągnięć Polski wypracowanych przez ostatnie 27 lat. Pokazaliśmy, że jesteśmy. My, Polacy, obywatele Europy.

Dziękujemy każdemu, kto się do nas w to upalne popołudnie dołączył! Dziękujemy za mocne wsparcie i obecność grupy KOD z Kolonii. Rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, pisaliśmy „Jakiej Polski chcemy”. Byliśmy razem.

Na koniec wspomnieliśmy też i tych, którym się nie udało w 89 roku i chwilę później spotkaliśmy, stojącego dosłownie sto metrów od nas, samotnego chłopaka z Chin z plakatem o masakrze na placu Tienanmen w 89 roku. Dziękował nam Polakom za słowa wsparcia, powiedział, że przez cały dzień podchodzą do niego Polacy i z nim o tym rozmawiają. Bardzo, ale to bardzo poruszyło mnie to spotkanie.
Wolność jest jak powietrze.

Ula Ptak
Berlin, 5.06.16

W Gdańsku… Piknik w parku Reagana

Pięknie i wesoło. Mnóstwo znajomych. Kto chce – może się zapisywać do KOD! Podobno formularze są już na stronie KOD, ale tak naprawdę to jeszcze nie ma…

piknik

piknikkolage

5.06.2016 Ewa Maria Slaska

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Was nun, Gül?

Anne Schmidt

Haushaltsgeld

Unsicher schaut Gül Frau Schulz an; diese nickt zornig.

“Hast du deinen Bruder angezeigt?” Sie ist ziemlich sicher, dass Gül es nicht getan hat. So ist es!

Gül, die  nach dem Aufenthalt im Krankenhaus und danach im Frauenhaus in die Wohnung ihrer Eltern zurückgekehrt war, hatte sich völlig in sich zurückgezogen. In ihrem Handy waren die Nummern ihrer Freundinnen gelöscht, sodass sie niemandem – ausser Emine – ihr Herz ausschütten konnte. Emine redete ihr immer gut zu und überzeugte sie davon, dass sie mal wieder ausgehen müsse, um andere Menschen kennen zu lernen. Aber Gül traute sich nicht, saß den ganzen Tag in ihrem Zimmer, hörte Musik und horchte auf die Schritte auf dem Korridor.

Ihr Bruder schlich nicht draussen herum, denn der wohnte inzwischen am Kottbusser Tor. Ihre Schwestern hatten inzwischen geheiratet und wohnten ein paar Straßen weiter; sie kamen nur selten zu Besuch. Ihr Vater hielt sich kaum zu Hause auf: Entweder war er im Teehaus oder in der Moschee am Columbiadamm.

Ihre Mutter ging einmal in der Woche in die Passionskirche, um sich von Laib und Seele Lebensmittel gegen einen kleinen Obulus einpacken zu lassen; der Vater gab ihr zu wenig Haushaltsgeld.

Gül litt darunter, sich von ihrer Mutter bekochen zu lassen, gespendeten Kuchen zu essen.

Eines Tages raffte sie sich auf und ging zur Bank. Sie hatte immer gespart, was sie in den Ferien und später als Putzfrau verdient hatte. Ihre Mutter wusste nichts von ihrem Konto, denn die hätte sonst alles Geld für sich reklamiert, für die vielen Ausgaben, die sie wegen ihrer Tochter gehabt hatte. In diesem Punkt war Gül hart geblieben: Ihr Konto war ihr einziger geheimer Besitz.

Der Gang zur Bank brachte für Gül die Wende, denn auf der Bank sprach sie eine junge, hübsche Frau an, die sie nicht sofort erkannte. Es war Nuren, ihre Freundin aus der Schulzeit. Nuren umarmte sie und sprudelte über vor Freude. Gül erinnert sich mit glänzenden Augen an das Wiedersehen. “Von da an war meine Einsamkeit weg. Nuren gab mir die Telefonnummern von Jenny und Betty und ab sofort konnte ich von meinem Zimmer aus täglich mit ihnen quatschen. Ich habe ihnen nichts von meinem Bruder erzählt, nur von meiner Zwangsheirat. Nuren kennt viele Frauen, denen dasselbe passiert ist. Meistens wurden sie in die Türkei gelockt unter dem Vorwand, eine sterbende Oma oder einen todkranken Opa zum letzten Mal besuchen zu müssen. Nuren selber hatte eine Ausbildung zur Erzieherin gemacht und sich eine eigene Wohnung gesucht. Betty war inzwischen Lageristin geworden und Jenny Fachverkäuferin für Kosmetika.

“Jenny war – wie früher – die unternehmungslustigste von den Dreien und überredete mich eines Tages, am nächsten Abend mit mir in eine deutsch-türkische Disco zu gehen. Als Jenny mich am nächsten Abend abholen wollte, war ich fest entschlossen, nicht mitzukommen. Ich hatte den ganzen Tag gegrübelt und fühlte mich kraft- und lustlos. Meine Mutter hatte mehrmals an die Tür geklopft und mir Essen und Tee angeboten, aber ich hatte nicht reagiert. Plötzlich stand Jenny vor der Tür. Meine Mutter hatte ihr die Wohnungstür aufgemacht, obwohl sie sie nicht leiden kann. Sie ist für sie der Inbegriff der deutschen Schlampe. Als Jenny mich sah, reagierte sie sehr einfühlsam: Sie nahm mich an den Arm und redete mit mir, wie mit einem Kind. Ich hatte noch mein Nachthemd an und Jenny ahnte, dass ich nicht mitgehen wollte. Sie drückte mich auf einen Stuhl und fing an, ganz vorsichtig mein Haar zu bürsten. Während der Zeit summte sie einen der gängigen türkischen Popsongs und immer, wenn das Schmatzen vom Küssen kam, drückte sie mir ein Küsschen auf die Wange. Sie zog mich ins Badezimmer, damit ich mir den Schlaf aus dem Gesicht wusch und schob mich vor den Spiegel. Sie holte ihr Schminktäschchen aus ihrem Rucksack und zog meine Lippen nach. Mehr bräuchte ich nicht, meinte sie, ich sei schön genug, so wie ich sei. Nur die Mundwinkel müsse ich aus ihren Ecken heben, damit nicht jeder mich für eine übellaunige Tussi halte. Dann holte sie ihr Handy aus der Tasche, umarmte mich und machte ein Selfie von uns. Sie zeigte es mir und ich sah, dass meine Mundwinkel immer noch zu tief hingen.

>>Nun ist Schluss mit Trauer<<, sagte sie, holte ein Top aus dem Schrank, befahl mir, meine engsten Jeans und das Top anzuziehen und ließ mich vor dem Spiegel im Flur Maß nehmen. >>Turnschuhe genügen, du brachst keine High Heels<<, meinte sie und lachte bei der Vorstellung. Sie rief meiner Mutter einen frechen Abschiedsgruß zu, den die nicht verstand, aber freundlich erwiderte und zog mich auf die Straße.”

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?

Varsaviana Ani Dobrzyńskiej

Anna Dobrzyńska

Do stolicy – pod górkę

To że Warszawa w XVII wieku zaczęła pełnić funkcję stolicy – powszechnie wiadomo. Stało się tak za sprawą Zygmunta III Wazy, który po pożarze Wawelu potrzebował nowej siedziby a także z powodu sejmów polsko-litewskich, dla których najlepszą siedzibą okazał się warszawski Zamek Książąt Mazowieckich – usytuowany w połowie drogi między Krakowem a Wilnem.

A jak było ze stołecznością Warszawy? Przypatrzmy się dokładniej.

Otóż król Zygmunt III Waza, któremu to warszawiacy zawdzięczają ustołecznienie ich miasta, nie był wcale pierwszym władcą rezydującym na Zamku. Czynili tak już wcześniej Zygmunt August i Stefan Batory, sprowadzając się czasowo do Warszawy w trakcie prowadzenia wojny z Rosją. Zygmunt III Waza do Warszawy nie przeniósł się od razu, zaraz po pożarze na Wawelu. Musiał czekać aż 16 lat, do 1611 roku gdyż Zamek Książąt Mazowieckich (obecnie Zamek Królewski), był właśnie w trakcie gruntownej przebudowy – projekt zakładał barokową bryłę z pięciokątnym dziedzińcem wewnętrznym i trzema bramami, usytuowanymi na osiach prostopadłych. Tak zmodernizowany Zamek jak i całe jego otoczenie musiało robić na warszawiakach duże wrażenie, bo tak pisał o Warszawie Adam Jarzębski, autor pierwszego przewodnika po mieście, z 1643 roku.

Panie, gdym wszedł właśnie w Rynek,
Pięknym widział tam budynek,
(…)Barzo kamienice śliczne,
W Rynku, także i uliczne,
Błyszczą się od złota prawie,
Nie masz takich w Czersku, Rawie.

A jakie wrażenie robiła Warszawa na przyjezdnych?

Jeśli oprzemy się na XVIII-wiecznej Encyklopedii Diderota – to raczej nie najlepsze. Znajdziemy tam taki opis:

To zwykła dziura, zamieszkana przez kupców i rzemieślników.
Choć jest stolicą nie posiada nawet kurii biskupiej.

stolica1

Bellotto Canaletto.
Plac zamkowy, po prawej stronie – kamienica Johna.

Ale nawet po wstępnym zakończeniu budowy i przeprowadzce króla nie wszystkie urzędy państwowe przeniosły się do Warszawy. I tak – Trybunały Koronne miały nadal siedziby w Lublinie, Piotrkowie i Łucku (Wołyń), Trybunał Skarbowy pozostał w Radomiu, a Skarb Koronny i urząd Prymasa – w Krakowie. Główny kościół, do którego uczęszczali na Msze święte królowie, czyli dzisiejsza bazylika archikatedralna, doczekała się tego awansu dopiero w 1798 roku. Do tego czasu pozostawała tylko kolegiatą.

Kolejnym utrudnieniem, z którym Warszawa musiała się zmierzyć na swojej drodze do stołeczności, były „jurydyki”, a więc prywatne miasteczka należące do króla, magnaterii lub duchowieństwa. Warszawa w prawidłowym tego słowa znaczeniu była jedną z jurydyk, obejmującą obecne Stare Miasto i była „oblepiona” pozostałymi miasteczkami, których było około 20. Każda z jurydyk rządziła się samodzielnie a władza państwowa w zakresie porządku i bezpieczeństwa ograniczała się do przestrzeni – a dokładniej mili – od aktualnego miejsca zamieszkania króla. To znacznie utrudniało rozwój Warszawy jako miasta stołecznego i odróżniało ją od innych stolic europejskich. Jeżeli jeszcze zważymy na fakt, iż królowie lubili zmieniać swoje siedziby… mamy do czynienia z miastem gdzie prawo zmienia się w zależności od tego gdzie król się budzi i gdzie zasypia… A gdzie zatem budzili się i zasypiali owi monarchowie? Rezydowali we wspomnianym już Zamku Królewskim, w Wilanowie, w Pałacu Saskim i Łazienkach Królewskich.

stolica2

Bellotto Canaletto. Elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1764 roku na Woli

W kwestii ceremonii państwowych Warszawa również odbiegała od innych stolic, gdyż większość kluczowych dla państwa uroczystości miała miejsce w Krakowie. W Warszawie odbywały się co prawda wszystkie wolne elekcje, lecz koronacje, dużo ważniejsze rangą, przeprowadzane były Wawelu. Wyjątek stanowiły cztery koronacje, królów: Stanisława Leszczyńskiego (1705 rok) i Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764 rok) a także żon królewskich: Cecylii Renaty – żony Władysława IV Wazy (1637 rok) i Eleonory Marii Habsburg – żony Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1670 rok). Miała miejsce też piąta koronacja, niechlubna dla państwa polskiego, pewnie z tego powodu często pomijana w opracowaniach, koronacja cara Mikołaja I Romanowa (1829).

Car Mikołaj choć był zaborcą i co do tego nikt nie ma wątpliwości, równocześnie przysłużył się stołeczności Warszawy, nadając jej oficjalną rangę stolicy, w aktach prawnych Konstytucji z 1815 roku! Jednakże wybuch powstania listopadowego i detronizacja cara z pozycji króla Polski, zaowocowała odebraniem Królestwu Polskiemu Konstytucji a zatem Warszawa znów oficjalnie stolicą nie była…

Dopiero w niepodległej Polsce – doczekała się tego tytułu.

Cóż… początki bywają trudne.

Samobójca z Cmentarza Tatarskiego

Ewa Maria Slaska

Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…

Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie

Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.

Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867  powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.

Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.

Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.

Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.

Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.

Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.

alikijadwinia

Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.

Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.

Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.

Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.

Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/09/serce-zaklete-w-kamieniu-historia-pewnej-smierci-i-pewnego-grobowca/#ixzz48EvIQgmI

http://kumukia.ru/article-82

 

Kolejne lektury sprzed lat

Lech Milewski

Dutch doll looking face

Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:

October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.

Po prawej – holenderska lalka.

Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934.
Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.

Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.

W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).

Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.

Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to Kisch – KLIK.

W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze  pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.

Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.

W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.

Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.

Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.

W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.

Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.

Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.

12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.

Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.

To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.

Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…

A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.

Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.

A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez  Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.

Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.

Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.

Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.

Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.

W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.

Man at the crossroads

Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.

Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.

Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…

Festiwal piosenki natrętnej IX

Tomasz Fetzki

Dezyderata, czyli natręctwo kojące (ot, taki skromny oksymoron…)

Zasiada Viator za stolikiem kawiarnianym w jednym z miasteczek Wielkiego Księstwa Merkantylii i Arrogantii. Kelner przez sztuczny uśmieszek cedzi: Vous desirez, monsieur?

No właśnie, czegóż by Pielgrzym pragnął? Tutaj tego nie dostanie. To, co oferują, jest przesolone, nieświeże, kwaśne, zwietrzałe, twarde, suche i przeterminowane, lub, w najlepszym razie, mdłe. Szkoda fatygi. A kafejka pełna! Gwar, zabawa i radosna konsumpcja trwają se w najlepsze. Nie to, żeby Viator wyniośle trwał ponad wszystkim, co niegodne jego wyrafinowanego gustu. Nic z tych rzeczy! Ale absmak, gorycz w ustach… Niestety, nie uda się. Czaruj innych, kelnerku z zębami solidnie potraktowanymi wybielaczem!

Wszystkie knajpki przy rynku i reprezentacyjnych arteriach oblężone przez orły, sokoły, lwy tudzież tygrysy, pawie i papugi. Głośne i napastliwe, można by rzec – są udręką ducha. Dla Wędrowca miejsca tutaj brak. Viator, między nieudaczniki życiowe policzon, mknie jakąś intuicją chorą wiedziony tam, gdzie swój azyl znalazły bezbronne i zagubione łosie oraz osły. Do piwnicy… pod Baranami.

Dopiero w niej znajduje to, co rzeczywiście winno być pragniętym. Oczywiste to prawdy? Tak! Banalna treść? W rzeczy samej! I cóż z tego? Siedzi umęczony Pielgrzym w piwnicznym półmroku i chłonie te słowa. Od dwudziestu kilku lat chłonie i zawsze z doskonałym dla duchowej równowagi skutkiem.

Zanim posłuchamy, jedno spostrzeżenie à part. Jeszcze nastolatkiem będący i Dezyderatę czytający, miał Viator (czy raczej Mały Jaś Wędrowniczek) pewien problem. Zbyt nowocześnie od strony formalnej, jak na datowane 1692 rok, brzmiały mu słowa utworu. Składał to wszakże na karb niedostatków stylistycznych tłumacza. Dziś wie (Cioteczka Wikipedia jasno o tym mówi) że utwór jest znacznie młodszy. I cóż z tego? Odarty z patyny czasu traci coś ze swej trafności? Niczego nie traci. Raczej zyskuje. Viator na primier szczególnie aktualnie odczuwa tę frazę: Przyjmuj spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Ciekawe czemu?

Ten sam maj, inne wiersze

Andrzej Rejman

Maj 2016

telewizji nie mogę oglądać już… za dużo wszystkiego…
czytać gazety? po co…
lepiej spojrzeć na przepływające chmury…
i na księżyc nocą – gdy już chmury przepłyną i niebo czyste

chmury_22_maja_16

(Na moje życzenie Autor wczoraj zrobił zdjęcie chmur – bo uważam, że robi ładne zdjącia chmur)

A może sięgnąć do tego, co inni przeżyli…

Posłuchajcie czytając.


Salina Baniewicz

(matka Antoniego Baniewicza ps. “Wilczyński”, Powstańca Warszawy 1944)

ZA PRĘDKO…

Znowu zakwitły drzewa obficie,
W powietrzu unosi sie zapach bzu
I chociaż wszędzie pulsuje życie –
Spokojny smutek rozlany jest tu.

Tu nieszczęśliwe, samotne matki
Nie słyszą wiwatów, okrzyków, braw;
Tutaj na grobach bawią sie bratki
Wśród szmaragdowych pachnących traw.

Wonna konwalia w ukryciu rosnie
Perłowe dzwoneczki chowając w cień,
Który je chłodem pieści zazdrośnie
W pogodny, ciepły, wiosenny dzien.

Słońce przesiewa złote promienie
Przez młodą zieleń wysokich drzew…
I budzi sie nagle tęskne wspomnienie.
Jak kiedys gdzieś dawno słyszany śpiew.

Powaga śmierci w ciszę się wtłacza;
Wzrok wbity w ziemie, nie siega w dal;
Świadomość – bolesne zmczenie otacza;
Z napisów na płytach wyziera żal.

Unicestwiając śmierc wszystkich jednoczy –
biednych, bogatych, dobrych i złych…
Piasek zalepił ich martwe oczy
I głos ich smiały na zawsze ścichł.

Tuz obok starca – młodzieniec leży;
Zdawałoby się, że nie ma tu klas…
Lecz oto szeregi mogił żołnierzy –
za prędko je zniszczył bezwzględny czas.

Czyż w naszych sercach nic nie zostało
Dla tych, co ginęli we własnej krwi?
Na polu bitew męstwo konało,
By dziś mogły dla nas zakwitnąć bzy…

1951

PAJĘCZYNA

W gasnącym świetle wczorajszych dni
Umiera przeszłość skrwawiona…
Zwisa nad oknem pajęcza sieć
podarta, postrzępiona.

Niedawno ja pająk misternie snuł,
Pracował zawzięcie, gorliwie,
Czatując z ukrycia, czyhał na łup
I zdobycz porywał łapczywie.

Tak było wczoraj, bo teraz już
Nie ma pająka na ścianie
I niepotrzebny pajęczyn strzęp
Wkrótce zmieciony zostanie.

Człowiek, dla siebie budując dom
Z betonu albo z granitu –
Chciałby w nim zawsze szczęśliwie żyć
Spokojnie, wśród dobrobytu.

Lecz życia ludzkiego mozolny trud
W przestworzach też się rozpłynie,
I zginie w wieczności po nim ślad,
Jak po tej pajęczynie.

Czas całe globy kruszy na pył
I z pyłu tworzy planety…
W gasnącym świetle minionych chwil
przeszłość umiera … niestety.

1950

NIE WARTO…

Nie warto myślami sięgać daleko,
fantazją nimi kierować.
Nie warto być pewnym, że życia krótkiego
uda się nie zmarnować.

Nie warto prawdy szukać w zwątpieniu,
nie warto wątpić w młodości,
gdy siły jeszcze nie wyczerpane
i serce pełne ufności.

Nie warto za wiele wymagać od losu
i walczyć z przeznaczeniem.
Nie warto płomienia ludzkiej niezgody
Próbować gasić sumieniem.

Nie warto się martwić, że sen o szczęściu
zostanie przerwany brutalnie
przez rzeczywistość, która na nowo
umysłem zawładnie realnie.

Nad zagadnieniem buty po śmierci
nie warto na próżno się biedzić,
bo tego żaden filozof, czy mędrzec
nie może na pewno wiedzieć.

Nie warto marzenia pieścić nadzieją,
Żeby zawodu nie doznać;
Lepiej wytrwale dążyć do celu
Potęgę nauki poznać.

Nie warto iść ciągle i zawsze pod górę,
by w przepaść się nie stoczyć;
bezpieczniej zamieszkać wśród pól w dolinie
i dom swój opieką otoczyć.

Po pracy długiej, mozolnej – nie warto
czekać na ciszę wytchnienia,
które przychodzi zwykle za późno,
nie dając ukojenia.

Nie warto się cieszyć, że dzień wczorajszy
Już nigdy nie powróci,
Bo teraźniejszość wroga, bezwzględna
Tę radość złośliwie ukróci.

Nie warto kołatać do drzwi zamkniętych
Dla smutnych i opuszczonych
I opowiadać nikomu nie warto
O latach w udręce spędzonych.

Nie warto zapomnieć o tych, co siebie
Na stosie ofiarnym złożyli,
Którzy największa odwagą – jedynie
Nieznaną mogiłę zdobyli.

Nie warto wierzyć, że sprawiedliwość
Krzywdy wynagrodzi.
Nie warto żałować, że w mrok nieistnienia
Samotne życie odchodzi.

Nie warto się dziwić, że człowiek zwyczajny
Nie dopomoże w potrzebie,
Lecz przede wszystkim pamiętać należy:
Nie warto żyć tylko dla siebie.

1950