Barataria 17 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria (kraj taniochy)

Ewa Maria Slaska (2017) / Silvio Gesell (1922) / Juan Acratillo (1675)

Kraj taniochy

Inne możliwe tytuły: Zdziwiony marksista czyli Cudowna Wyspa Barataria… Może jednak nie marksista tylko socjaldemokrata… A zresztą… Bo wszystko, jak przystało na Baratarię, jest pomieszaniem z poplątaniem i zajęło mi dużo czasu, zanim zdołałam rozsupłać tropy splątane nie gorzej niż przygody Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie (patrz odcinek 15).

Pierwszym autorem opowieści o Kraju taniochy miałby być Hiszpan Juan Acratillo, który w drugiej połowie XVII wieku dokonał analizy gospodarki pieniężnej… Ale to fałszywka, bo naprawdę rozprawkę napisał Belg Silvio Gesell. (Obecnym) Wydawcą jest STRO Social TRade Organisation. Obiecuje ona m.in. uczciwe zarabianie pieniędzy, które nazywa własny pieniądz lub inny pieniądz, a jej celem jest wspieranie gospodarki lokalnej.

Acratillo, ten pierwszy w dzisiejszym wpisie nieistniejący autor o mówiącym nazwisku, to A-Kratus, człowiek negującą wszelką władzę. Jeden z opisywanych przez niego reformatorów gospodarki pieniężnej nazywa się Carlos Marquez (żyjący pół wieku wcześniej niż ten “nasz” Marquez, Gabriel Garcia) to z kolei Karol Marks.

Prawdziwy autor rozprawki, Silvio Gesell, Belg, był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w, co istotne, Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden). Eden został założony w roku 1893 przez 18 niemieckich jaroszy i była to pierwsza w pełni wegetariańska osada na terenie Niemiec. Jej celem było wspieranie dobrych form życia. Niestety, jak to często bywa ze wspaniałymi założeniami teoretycznymi, w okresie międzywojennym Eden na jakiś czas opanowali antysemici i zwolennicy dobrego, prostego, niemieckiego życia w duchu aryjskim. Komuna przetrwała jednak tę faszystowską fazę, istnieje do dziś i żyje tam obecnie 1500 osób. Silvio Gesell mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata od roku 1927 do śmierci.

Carlos Gesell, syn Silvia był jak ojciec szalonym utopistą pragmatycznym, ale opowiemy o nim dopiero za jakiś czas, bo na razie zajmują nas inne tematy.

Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego. W ogromnym skrócie jego teorię można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, co pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie za pomocą opłat dewaluacyjnych, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolnym pieniądzem” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza. Około stu takich lokalnych grup istnieje w Japonii. Najsłynniejsza była “komuna” założona w latach 30 w Wörgl w Tyrolu. Eksperyment był pełnym sukcesem (miasto przeżyło okres niezwykłej prosperity), pisze Wikipedia, i osiągnął znaczny rozgłos na świecie. Został przerwany decyzją sądu na wniosek centralnego banku Austrii pod zarzutem naruszenia monopolu emisji pieniądza.

Gesell mieszkał przez wiele lat w Argentynie, pisał po niemiecku i hiszpańsku. Powiastka o Cudownej Wyspie Baratarii została niby to napisana po hiszpańsku i niby to przetłumaczona na niemiecki. Autor twierdzi we wstępie, że jest w tym wypadku zaledwie tłumaczem i nazywa się Klaus Rosenfeld, a rękopis otrzymał od przyjaciela, Hiszpana, niejakiego Pedra Tramposo, który znalazł manuskrypt Acratilla z roku 1675 w Granadzie podczas porządkowania pewnej prywatnej biblioteki. Oczywiście Tramposo to klasyczny wręcz mieszkaniec Baratarii: jego nazwisko znaczy Oszustwo. Tramposo in Barataria czyli…

Rękopis znaleziony w Granadzie

Wstęp
Podział każdego narodu na bogatych i biednych, na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło.
Dlaczego się tak dzieje? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi.
Pierwszą dał Mojżesz, wprowadzając zakaz posiadania i sprzedaży ziemi, pobierania odsetek i zarządzając tak zwany rok jubileuszowy (siódmy, kiedy to niweluje się wszystkie długi i uwalnia niewolników – przyp. mój: adminka). Co ciekawe, na pytanie o przyczyny rozpadu społeczeństw Likurg dał taką samą odpowiedź jak Mojżesz: trzeba wprowadzić niezbywalność gleby i wymienić złoto na bezwartościowy pieniądz żelazny. Obaj wielcy prawodawcy starożytności, Mojżesz i Likurg, oddzieleni morzem i siedmioma wiekami, upatrywali przyczyn rozpadu społeczeństw w złocie i prywatnej własności ziemi. Teraz zaś, po trzech i pół tysiącach lat, po historii ludzkiej pełnej nieopisanego cierpienia, wracamy do tego pytania i musimy powiedzieć, że Mojżesz i Likurg mieli rację. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadanie złota i nieruchomości.

Odcinek zrobił się już bardzo długi, opis życia Baratonów na wyspie Barataria przenosimy siłą rzeczy do następnego poniedziałku. Tu zaledwie przedsmak i to dla tych, którzy znają niemiecki:

Auf dem gleichen Breitengrad wie Utopia und genau 360 Grad ostwestlich dieser Insel liegt die Insel Barataria. So benannt, weil barato billig heißt und weil auf Barataria alles erstaunlich billig war, und zwar nicht in dem wucherischen Sinne, daß man für wenig Geld viel Ware bekam – was für den, der seine Ware für wenig Geld hergeben muß, ja keinen Vorteil hat – sondern billig im sozialpolitischen Sinne, daß alle Arbeiter, ohne Ausnahme, für wenig Arbeit viel Ware eintauschen konnten. Eine rätselhafte Sache, die wir aber erklären werden.

Die Insel wurde 1612 mit 500 spanischen Familien kolonisiert. Auf der Heimreise gingen die Schiffe mit Mann und Maus unter, und so kam es, daß man in Madrid glaubte, daß mit den Schiffen auch die Kolonisten umgekommen seien und man in der Folge die Insel ganz vergaß. So waren die Baratonen lange Zeit gänzlich von der Welt abgeschnitten.

Zauważyliście, moi mili Czytelnicy? Wyspa Barataria leży o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia.

Legenda o Warszawie – Odcinek I

Osoby grające:

Rosław, grododzierżca – lat ok. 70, wysoki, b. tęgi
Dziwomir – wróż – lat ok. 70, chudy, zgarbiony
Warsz – młody łowca, rybak, dziesiętnik tarczowników
Dabor – stary rybak
Rada – jego żona
Bożenka – ich córka
Dagniew, Tur – druhowie Warsza, młodzi chłopcy
Żywia, Sława – drużki Bożenki, młode dziewczęta
Sułek, dowódca oddziału książęcego

Ryś – pachołek Rosława
Kyś – pachołek Dziwomira,
Tarczownicy, łucznicy
Prusowie – starszyzna i woje
Dzieci
Postacie bajeczne: Syrena – panna wodna, skrzaty, zjawy i duchy leśne
Ryk – pies Bożenki, wilczur

Wiktor Ostrowski

GRÒD NAD BZURĄ
(okolice dzisiejszego Ozorkowa)

Ogólny widok na gród zbudowany wysoko nad brzegiem rzeki.  Od strony rzeki niewielkie podgrodzie z małą przystanią łodzi i tratew rybackich. Dalej błonia, dochodzące do puszczy, które otaczają rzekę, z drugiej strony okala gród, między puszczą a grodem uprawne  pola. Od głównej bramy grodu – droga, idąca dalej przez przesíek,  na zachód /na Gniezno i Poznań, rozgałęzienie – niewidoczne w filmie – na Płock/. Od strony podgrodzia druga brama, węższa.

Gród zabudowany dość ciasno małymi chatami, otoczonymi budynkami gospodarczymi. Większe są tylko chaty: Rosława – grododzierżcy,  Dziwomira, wróża i paru komorników.  Jeszcze mniejsze chaty i biedniejsze – to domostwa rybaków,  zamieszkujących podgrodzie. Przy nich małe ogródeczki, szopy na  sprzęt rybacki i charakterystyczne drągi, na których suszy się sieci.

Zapada wieczór. Z daleka płyną łodzie i tratwy. Rybacy  wracają z całodziennego połowu. Widzimy po kolei kilka łodzi płynących “na pych”. Zatrzymuje się na łodzi starego Dabora. Odpoczywa on łodzi. Córka jego, Bożenka, ciężko pracuje, pchając  łódź długą żerdzią. Tym razem połów był udany i w łodzi widać sieć  pełną ryby. W pewnym miejscu Dabor i Bożenka wskakują do wody i  przeciągają z wysiłkiem łódź przez płyciznę, potem dalej rybak siedzi a Bożenka pcha łódź i śpiewa:

Piosenka Bożenki:

Południce, południce
Dajcie: rybkę na sieć chwycę,
Południce, południce
Odwracajcie gniewne lice…

Dobre Dole, Dobre Dole,
Parę rybek wam pozwolę,
Dobre Dole, Dobre Dole
Ryby na zimę zasolę…

O Dadźboże, o Dadźboże
Proszę cię, proszę w pokorze
O Dadźboże, o Dadźboże,
Daj dostatek mej komorze…

Dobre skrzaty, dobre skrzaty
Strzeżcie mojej biednej chaty,
Dobre skrzaty, dobre skrzaty,
Niech Warsz do mnie pośle swaty…

Max Priesniakow. Daźbóg. 1998 (Wikipedia)

Grododzierżca Rosław kończy posiłek siedząc przed swym domostwem.  Wyjada chciwie resztki z misy i zapija strawę łykami piwa czy miodu.  Potem powoli wstaje i statecznie udaje się na obchód grodu. Po jego  wyjściu zjawia się jego pachołek Ryś i wylizuje miskę sącząc ostatnie krople napoju. Nie wygląda on na głodnego, jest dobrze upasiony, niski i gruby.

Rosław idzie między chatami. Rozmawia łaskawie z rybakami i  rolnikami, ogląda sprzęt, ale przede wszystkim łakomymi oczami taksuje młode dziewczęta. Nic dziwnego – pochował dwie żony, które nie mogły znieść poniewierki i ciągłych razów.

Jedne dziewczyny chowają się do chat, bojąc się nawet spojrzeć  w stronę Rosława, inne, niepomne losu jego żon, patrzą nań przymilnie, myśląc o tym, że los żony grododzierżcy jest jednak lepszy niż ciągła ciężka praca i poniewierka przy rodzicach. Ale Rosław przeważnie patrzy na nie z pogardą – nie są dość dobre dla niego.

Tak rozmyślając, dochodzi do rzeki i patrzy na dopływające  łodzie i tratwy. I właśnie widzi Dabora i Bożenkę, po kolana w wodzie, wyciągających łódź na ląd. Piękna, zgrabna i silna dziewczyna podoba się Daborowi. Wzrok jego z lubością zatrzymuje się na jej nagich ramionach i nogach. Tak! Taka niewolnica mu odpowiada. Toteż stary grododzierżca postanowił. Ale trzeba się naradzić.

Bożenka z Daborem niosą z wysiłkiem napełnioną i zawieszoną  na drągach sieć do domu. Na progu chaty wita ich stara Rada.  Teraz zaczyna się mozolne sortowanie ryb. Zaraz też nadchodzi komornik i on zabiera kilka najpiękniejszych sztuk do swojej sakwy.  Prawie całą resztę oddaje się, a tylko małe, najgorsze sztuki to  pożywienie dla rodziny rybackiej.

Bożenka, mimo zmęczenia całodzienną pracą, nie traci czasu.  Szybko spożywa posiłek, myje się i wkłada nowe giezło. Rozczesuje  jasne włosy i wplata w nie kwiaty. Dziś odbędą się sobótki, i tam  czeka na nią jej miły – Warsz.

Na błoniach za podgrodziem jest wszystko gotowe do zabawy.  Ułożono już stosy. Kilku starszych i młodszych mężczyzn to kapela,  grająca na prymitywnych instrumentach, gęślach, piszczałkach, bębenkach. W gronie młodzieży rej wiedzie Warsz, rybak, łowca, wojownik i tancerz zawołany. Zbierają się chłopcy i dziewczęta, na razie  trzymając się oddzielnie. Na zwalonych pniach drzew zasiadają godnie starsi mężczyźni i kobiety, statecznie pogwarzając. Zapalono  już kilka ognisk. Warsz pierwszy wziął rozbieg i lekko przeskoczył  przez płonące ognisko. Skaczą inni chłopcy. Już rozpoczynają się  tańce. Starzy zachęcają młodzież okrzykami, klaszcząc w dłonie.

Bożenka biegnie po łące, z dala widzi ognie i słyszy muzykę  i śpiewy. Biegnie lekko i wbiega w jasny krąg. Spotkanie Warsza  i Bożenki i od razu – w tan.

Radość panuje wśród młodych. Późną nocą rozchodzą się stateczni starcy, a w ślad za nimi i młodzi. Jeszcze słychać gadki,  jeszcze w cieniu chłopak ściska dziewczynę i w końcu wszystko cichnie – ogniska dogasają.

W grodzie chata wróża Dziwomira, otoczona jest przez ludzi.  Wewnątrz dym się kłębi, widać przez otwarte drzwi od czasu do czasu  błysk ognia i słychać odgłosy wielkiego bębna. Ludzie z zabobonną  trwogą wsłuchują się w odgłosy zwiastujące Dadźboga. Wróżby się skończyły. Do Dziwomira podchodzą kolejno rybacy,  każdy o coś czołobitnie prosi, przedkłada swoje sprawy i każdy składa wróżowi dar. Rybacy się rozchodzą, a wróż przechodzi do swej  chaty, gdzie w komorze ogląda z sytym zadowoleniem zapasy żywności,  futra i inny dostatek.

Wychodzi z chaty, siada na przyzbie, a pachołek jego, Kyś,  przynosi mu dzban syty i dwa kubki. Dwa, bo oto, po chwili zjawia  się Rosław. Dwaj druhowie, którym życie dostatnio płynie i z których każdy na swoją rękę bogaci się, obdzierając najbiedniejszych – szczerze i serdecznie rozmawiają ze sobą. Oni nie mają przed sobą  tajemnic.

Rosław zwierza się ze swych zamiarów w stosunku do Bożenki.  Wróż pochwala wybór druha. Cóż, dziewka jest i piękna, i silna,  i robotna – żona z niej będzie doskonała, a przy tym zawsze pletnią  można jej wybić głupstwa z głowy. Ale Rosław obawia się jednego.  Wie, że Warsz i Bożenka kochają się. Warsz to młody i silny woj.  Takiemu trudno jest przeciwstawić się. Może on ważyć się na wszystko. Wróż radzi czekać, bo może znajdzie się jakieś inne wyjście  z sytuacji.

Ranek. Przesiek w lesie. Przesiekiem pędzi młody woj na  koniu. Nie żałuje konia – sprawa widać jest pilne. Z dala widać  już gród. Jeździec przyspiesza, wpada przez most zwodzony w bramę  i woła Rosława. Straż grodowa doprowadza gońca do grododzierżcy.  Rozkaz księcia, który goniec przywiózł, jest krótki i zaraz po  otrzymaniu zlecenia, Rosław wysyła swego pachołka do Warsza, Dagniewa i Tura.

Wszyscy trzej stawiają się spiesznie. Rosław oznajmia Warszowi: “rozkaz księcia: weźmiesz dziesiątki Dagniewa i Tura i swoją  dziesiątkę. Ruszysz dziś spiesznym marszem pod Płock. Goniec was  poprowadzi. Zabierzcie łuki a szypy, sulice a tarcze, wyładujcie  sakwy żywnością na trzy dni. Idziesz z księciem na Prusów”.

Żałość i rozpacz zapanowały w grodzic. Rodzice żegnają synów, dziewki z płaczem rozstają się ze swymi braćmí, narzeczonymi. Jednak nikt się nie buntuje – rozkaz księcia.

Warsz trzyma w objęciach Bożenkę, uspokaja ją. Bożenka przyrzeka mu: “nie dam się”. Ale jednak wie, że wola Rosława jest nie  do pokonania… Odmarsz oddziału 30 ludzi pod dowództwem Warsza.  Chłopcy nadrabiają minami, ale i im jest niewesoło. Zadowolony  jest tylko Rosław. Przeszkoda – mówi Dziwomirowi – jest pokonana…

Dabor woła Bożenkę i oznajmia jej, że Wróż ma przyjść jako  swat – prosić o Bożenkę na żonę dla Dziwomira. Dabor aż dmie się z  dumy i zadowolenia. Jaki zaszczyt go spotyka. Skończy się ciężka  praca. Wszyscy w grodzie będą go poważać. Dla Bożenki to wielkie  szczęście. Toteż – mówi – jak swat przyjdzie – masz być wesoła,  bo będziesz żyć w dostatku.

Bożenka pada przed ojcem na kolana. Prosi, błaga go o ratunek. Przerywanym głosem, płacząc wyznaje, że ona i Warsz kochają  się. Warsz chce pojąć ją za żonę. Oni młodzi, a tu jej ojciec  chce ją dać staremu. Chce dla niej źle.

Dabor aż zaniemówił ze złości. Jak to, dziewka chce swój  rozum mieć? Nie rozumie swego szczęścia, chce, głupia, całe życie  ciągnąć sieć. Oburzony uporem córki chwyta gruby sznur i z całych  sił bije Bożenkę. Potem wpycha ją do komory i tam zamyka.

Bożenka płacze żałośnie, ale już w jej twarzy zjawia się wyraz uporu i buntu. Nie da się. Postanowiła!

W chacie Dabora zjawia się dostojny gość – Dziwomir. Chata  pięknie wewnątrz wyprzątnięta. Dabor wita gościa czołobitnie,  ale godnie. Dziwomir siadł, pyta o połów ryb. Wyjmuje spod skór  piękny dzban i wiązkę chmielu. Rada podaje ozdobny kubek. Dziwomir mówi: Inny kubek chcę od ciebie, bracie, ten, co chowasz w swej komorze. Oddaj go. Rosław mnie przysłał, bym cię w pokorze prosił,  byście waszą córkę, Bożenkę, zechcieli oddać mu za żonę. Jeśli zgoda  – wypijemy miód – a chmiel tu na ławie leży. Potem omówimy, jak należy, wiano i posagę. A jeśli zgoda – zawołajcie dziewkę – niech wypije on miód z nami.

Dabor długo się zastanawiał, odpił połowę syty i rzucił kubek  wprost w twarz wróżowi. Wróż – jak zwyczaj każe – schwycił kubek  samymi zębami i przechylił go i wypił nie dotykając rękami.

Rada podała z pokłonem placki, sól, wędzone ryby i mięsiwo.

Przyprowadzono Bożenkę. Wróż napełnił kubek, podał dziewce z  ukłonem. Dabor odebrał kubek i siłą wlał nieco w usta dziewki, oddał resztę Radzie, która wypiła miód i zaraz za obie ręce zaprowadziła Bożenkę do komory.

Dabor omawia wiano i posagę, targuje się – jak zwyczaj każe –  wreszcie targi skończone. Dabor odprowadzając wróża, gnie pokłon,  a wróż dostojnie chyli swą łysą czaszkę…

Ranek. W grodzie nikt się nie spieszy do codziennej pracy.  Cały gród czysto uprzątnięty, domostwa przystraja się zielonymi gałęziami. Na grodowym rynku palą się ogniska i wyznaczeni ludzie  pieką na rożnach sarnie udźce, całe tusze świńskie, gdzie indziej  warzą ryby. Stoją wielkie kadzie z piwem i beczułkami syty. Rybacy i rybaczki myją się i czeszą – młode dziewczęta stroją się w odświętne giezła i wplatają kwiaty we włosy. Młodych chłopców jest  niewielu, przecież 30 odeszło z Warszem na wojnę. Sporo jest jednak młodych nicponi, którym nigdy do pracy nieskoro, ale do wypitki i jadła są pierwsi.

U Dabora w odświętnie przystrojonej chacie Rada z kilkoma  starymi kobietami czeszą i odziewają Bożenkę w godowe szaty, nie  zwracając uwagi na rozpacz dziewczyny. Po skończonej robocie – matka zamyka Bożenkę w komorze i – na wszelki wypadek zamocowuje drzwi skoblem. Teraz czekają na “młodego”.

Rosław – w odświętnej szacie – czysto wygolony i – zda się –  odmłodzony, wesoło rozmawia z równie uroczyście przyodzianym wróżem  i kilkoma starszymi rybakami. Sprawdza on starannie wszystkie przygotowania. I jego domostwo jest uprzątnięte i ozdobione. Stoły i  ławy gotowe. Rosław niecierpliwi się, chciałby prędzej zobaczyć  Bożenkę, ale zwyczaj, któremu nawet on nie śmie się sprzeciwić, nie  pozwala na to.

Zbiera się kapela. Kilka starców i starszych kobiet, tworzących jakby świtę – orszak weselny, gromadzi się przy Rosławie.

Wreszcie na dany przez Rosława znak orszak otoczony tłumem,  przy dźwiękach kapeli i  śpiewach weselnych – rusza od domostwa Rosława i kieruje się na podgrodzie, do chaty Dabora.

U progu obejścia dostojnych gości wita Dabor i Rada, częstując  Rosława gościnnym miodem, a potem wchodzą do chaty i otwierają drzwi komory.

I Rosław, i rodzice Bożenki cofają się ze zdumieniem i zgrozą. Komora jest pusta. Dziewki nie ma. Uciekła, za nic mając posłuszeństwo wobec rodziców i świetną przyszłość małżonki Rosława.  Tylko dół wykopany z miękkiej ziemi wskazuje drogę jej ucieczki.

Rosław, czerwony ze złości odwraca się do tłumu i lżąc  go, rozkazuje przerwać nastrój świąteczny i natychmiast bieżyć do  pracy. Słowa swe popiera uderzeniami drąga. Ludzie gromadnie uciekają przed wściekłością Rosława. Ten i ów z młodych nicponi spiesząc się skryć, chwyta po drodze sarni udziec, czy inne jadło i –  po chwili – gród pustoszeje. Zostaje tylko Rosław i gromada pachołków, oczekująca teraz na dalsze rozkazy, które – domyślają się oni  słusznie – muszą zaraz otrzymać. Niepodobieństwem jest przecież,  żeby Rosław zrezygnował z przeprowadzenia swojej woli.

Tak też się staje. Rosław rozkazuje pachołkom chwytać sznury   i kije, biec za uciekinierką i doprowadzić ją do niego. Obiecuje  swą wdzięczność tym, którzy schwytają Bożenkę.  Gromada ciurów uzbraja się i biegną szeroką nagonką w stronę  puszczy, bo tylko w puszczy mogła się ukryć Bożenka.

Jeden z pachołków – po drodze – wbiega do obejścia Dabora i odwiązuje tam psa Bożenki, Ryka, przypuszczając, że zwolniony z linki pies pobiegnie za śladem Bożenki i doprowadzi do niej pogoń. Tak  się i staje – pies biegnie w stronę puszczy.

Bożenka uciekła istotnie przez wykop, którego dokonała gołymi rękami i, po wydostaniu się z obejścia pustymi wówczas opłotkami pognała w stroju godowym w stronę puszczy. W puszczy  odwaga ją opuściła. Coraz gęściej, z każdym krokiem otacza ją  coraz gęściejsza i dziksza puszcza. Ale nie zatrzymując się biegnie  dalej, chcąc przepłynąć rzekę i znaleźć się w bezpiecznej odległości  od pogoni, która – dobrze się dziewczyna domyśla – musi nastąpić.

Dziewczyna dobiega do rzeki, chwilę zastanawia się, zrzuca godową szatę i w krótkim gieźle rzuca się do wody, chcąc przepłynąć  rzekę. Na środku rzeki natrafia na mieliznę i w momencie jej przebywania, zostaje zauważona przez pogoń, słyszy okrzyki i nawoływania,  dociera do głębszej wody i tu dopada ją Ryk. Młody pies, szczęśliwy,  że dogonił swoją panią,  łasi się do niej w wodzie, skacze i przeszkadza płynąć. W tym momencie pogoń ją naściga. Pachołkowie  chwytają Bożenkę, która rozpaczliwie się broni. Pies na widok napaści wpada w szał i rzuca się na pierwszego napastnika. Pachołek sięga po broń, a inny grubą pałką z całej siły uderza psa po łbie.  Pies spływa wodą – martwy, a Bożenka zostaje schwytana. Oprawcy wiążą jej ręce z tyłu, nie szczędząc jej obelg i razów. Płaczącą na  głos dziewkę prowadzą do grodu, ponaglając ją szturchańcami i uderzeniami do szybszego chodu. Wpędzają ją do obejścia Rosława, który  rozkazuje wprowadzić ją do komory i przywiązać do belki. Bożenka  stoi zatem ze wzniesionymi ku górze rękami, związana. Pachołki  nisko kłaniając się Rosławowi odchodzą. Rosław zostawia na straży  Rysia i Kysia, polecając im dawać baczenie, aby nikt się nie odważył wejść do komory, a sam udaje się do domostwa Dziwomira i tam  dwaj starcy – znów nad kubkami miodu – długo się naradzają.

Oddział Warsza, idąc ku północy, przedziera się przez puszczę. Ostrożnie badając teren, zwiadowcy odkrywają obozowiska Prusów. Warsz śle gońca do głównych sił księcia, a sam wysyła kilku chłopców polecając im z dala spenetrować teren i ustalić miejsca  zasieków pruskich. Po kilku godzinach woje powracają. Jeden z nich jednak został. Oddziałek miał potyczkę z Prusami i Bień został raniony, a że nie mógł iść, więc go zostawili.

Warsz jest oburzony. Zostawić rannego towarzysza! Bierze  dwóch dzielnych chłopców i sam dąży na pomoc Bieniowi. Idą ostrożnie, w dość dużej odległości jeden od drugiego. Warsz wpada w zasadzkę i – schwytany przez kilku Prusów – zostaje zawleczony do  pruskiego obozu.

Ryś i Kyś wartujący przy domu Rosława spostrzegają grododzierżcę zbliżającego się z długą pletnią w ręku. Wchodzi on do chaty.  Chłopcy podglądają przez szpary.

Rosław wchodzi do komory – w pierwszej chwili chce bić Bożenkę, przygląda się jej chwilę, lecz dziewczyna, stojąca przed nim  w strzępach giezła, wygląda tak ponętnie, że Rosław zapomina o celu  swego przyjście i chwyta przywiązaną dziewczynę w objęcia. Ale  dzíewka broni się przed napawającym ją wstrętem starcem i, mając  przywiązane ręce, nogą odpycha go z całej siły. Rosław zatacza  się, pada i rozcina sobie czoło o jakiś ostry przedmiot. Teraz  zrywa się, ociera krew z twarzy i, nieprzytomny z wściekłości, zaczyna smagać Bożenkę. Ta – mimo razów – nie krzyczy, tylko z cicha  jęczy. Nagle Rosław zatrzymuje się i słucha uważnie – z dala słychać wrzawę, zbliżającą się coraz bardziej. Do komory wbiega Dziwomir, nie zwracając uwagi na Bożenkę – wyprowadza grododzierżcę z  domu.

Okrzyki: gore, biada, pali się…

Pali się puszcza i ogień zbliża się i zagraża grodowi. W grodzie i na podgrodziu panika.  Grododzierżca z wróżem szybko udają się na zwiady. Mimo swego wieku Rosław zwinnie wdrapuje się na drzewo, chcąc z góry ocenić  zagrażające niebezpieczeństwo. Starcy stwierdzają, że pali się mały odcinek drzew, otoczony moczarami. Ogień musi wygasnąć sam,  nie zagrozi grodowi.

Wracają spiesznie i Rosław oświadcza, iż wróż swą nadziemską  siłą pokonał ogień. Każe wracać ludziom do pracy, a starcy na  wiecu uchwalą dar dla Dadźboga za oszczędzanie grodu.

Bożenka stoi związana, zbita i cicho płacząc woła  Warsza.

Reblog: 25 rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz

12 maja 1992 roku, 25 lat temu, widziano ją po raz ostatni.

Dziś, 13 maja, to oficjalny dzień jej śmierci.

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa. Zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę…
Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.

Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.

Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę.  Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.

Biografia Wandy Rutkiewicz ujrzy światło dzienne już jutro, 14 czerwca 2017 roku. 

Kangchenjunga, 8586 m seen from Gangtok, Mountain on the border between Nepal and Sikkim – sierpień 2004, foto Siegmund Stiehler (Wikipedia commons)

Moje autorki i moi autorzy / Meine Autor*innen

Ewa Maria Slaska

Ich dachte mir, ich zeige euch, wie oft wir schon, als Autor*innen von diesem Blog, fürs Publikum gelesen haben. Vor allem aber ist dieser Beitrag ein Lob an Christine Ziegler, die all diese Lesungen organisierte, die Plakate entwarf und alle mögliche und umögliche Wünsche unserer Lesenden mit Ruhe, Würde und Gelassenheit erfüllt hat! Danke an Euch alle und Danke Christine!

Pomyślałam, że pokażę dziś kilka plakatów z wieczorów autorskich, które zorganizowałam dla moich Autorów i Autorek :-). Przy tej okazji chciałam też podziękować Christine Ziegler, która wszystkie te plakaty zaprojektowała, wszystkie te wieczory autorskie zorganizowała i była dla nas zawsze najmilszą gospodynią wieczoru, wypełniającą najdziwniejsze możliwe i niemożliwe życzenia osób występujących. Dziękuję Wam wszystkim i dziękuję Christine!


Stuart słucha muzyki 7

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 20

Przyjacielowi Stuarta umarło dziecko. Tragedia, a on nie wie, jak ma się zachować. Jego drogi z przyjacielem właściwie się rozeszły, ale Stuart wie, że w obliczu tego, co się wydarzyło, powinien coś zrobić. Co?

Pink, The great escape

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

I wtedy okaże się, że jego niemoc w obliczu tragedii, jaka dotknęła przyjaciela, to nic w porównaniu w tym, co się w tym właśnie odcinku wydarzy w jego własnym życiu. Meg ulega wypadkowi. Jest w szpitalu i przez cały rozdział 21 nie dowiemy się, czy wyjdzie z tego czy nie.

Mr. Probz Waves

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam
Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Dopiero w rozdziale 22 przychodzi wiadomość. Meg

To ostatni (na razie) odcinek miniserii wpisów o tym, czego słucha Stuart. Odcinki z z tą muzyką cieszyły się dużą poczytnością, co mnie cieszy, bo wymyśliłam je właściwie jako sposób wypełnienia nie dającej się uniknąć przerwy wakacyjnej w serii głównej. Obie serie właśnie się spotkały. Ustępuję miejsca samej autorce. Do słuchania tego, czego słucha Stuart powrócimy, gdy on sam (i jego autorka) znowu wyjadą…

Słowo na maj

Andrzej Rejman

Wciąż chłodno i prawdziwa wiosna jeszcze śpi.

Ale dzieje się dużo!

***

Nieśli krzyż i mieli opaski “Śmierć wrogom Ojczyzny”

Przeszli ulicami Warszawy 29 kwietnia 2017 roku. Nie było ich wielu, zaledwie kilkuset, zrobili jednak wrażenie.

Wrażenie całkowitego upadku idei pozytywnych, upadku idei pokoju i solidarności.

Nadchodzą czasy, gdy górę bierze wojenne opisanie świata i stosunków społecznych jako relacji opartych na konflikcie. Przynajmniej przez jakąś część młodzieży, a nawet przez niektórych, mających już pierwszą młodość za sobą taki opis rzeczywistości jest uznawany za wyzwanie, ba! za – wezwanie do boju. Dzięki bierności, a często cichej akceptacji obecnej władzy – mają oni wolną rękę do krzewienia swoich idei, do manifestowania agresji i nienawiści do inaczej myślących.

To niewiarygodne, jak szybko zmienił się nasz świat. Jakby dotknęła go jakaś niewidzialna ręka stawiająca go na głowie.

W takiej sytuacji w końcu musiał wypowiedzieć się Kościół katolicki w Polsce.

W dokumencie przygotowanym przez Radę do spraw społecznych Konferencji Episkopatu Polski, wydanym w tym samym mniej więcej czasie czytamy między innymi:

“…Kościół w swoim nauczaniu zdecydowanie rozróżnia szlachetny i godny propagowania patriotyzm oraz będący formą egoizmu nacjonalizm. (…)

Pragniemy (…) podkreślić, że potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody.

(…) Zastanawiajmy się nad «polską prawdą». Rozważajmy, czy jest szanowana w naszych domach, w środkach społecznego przekazu, urzędach publicznych, parafiach. Czy nie wymyka się niekiedy ukradkiem pod naporem okoliczności? Czy nie jest wykrzywiana, upraszczana? Czy zawsze jest w służbie miłości?

Jak ujmował to Jan Paweł II: Naprzód, w okresie zrastania się plemion Polan, Wiślan i innych, to polskość piastowska była elementem jednoczącym: rzec by można, była to polskość „czysta”. Potem przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. (…) Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. W gimnazjum było ich trochę mniej. Z niektórymi się przyjaźniłem. A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym…

Dalej czytamy w dokumencie Episkopatu:

“Dlatego ponownie zwracamy się do rodziców, nauczycieli, przedstawicieli władz publicznych i polityków, urzędników i funkcjonariuszy służb państwowych, samorządowców, twórców kultury i ludzi mediów, duszpasterzy, katechetów, instruktorów harcerskich, działaczy społecznych, historycznych rekonstruktorów i sportowców, aby nie ustawali w kształtowaniu szlachetnego, opartego o chrześcijańską miłość bliźniego, polskiego patriotyzmu…”

Na końcu przypomniano też słowa Jana Pawła II wygłoszone na forum ONZ w 1995 roku – Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wwówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego «fundamentalizmu»”. Dlatego, dodają już od siebie, „potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody”.

Nic dodać, nic ująć.

***

Maj to także miesiąc urodzin Sophie Scholl (9.05.1921- 22.02.1943), która w moim odczuciu była uosobieniem tych właśnie wartości patriotycznych, o których potem mówił Jan Paweł II.

„Ich will mich an das Seil klammern, das mir Gott in Jesus Christus zugeworfen hat, auch wenn ich es nicht mehr in meinen erstarrten Händen fühle“.

“Będę trzymała się liny, którą Bóg podał mi w Jezusie Chrystusie, nawet wtedy, gdy moje zdrętwiałe dłonie już nie poczują tego”.

― Sophie Scholl

Barataria 16 W Baratarii wszyscy kłamią

Ewa Maria Slaska

Walter Zitzenbacher, W Baratarii wszyscy kłamią

Niewątpliwie, Barataria, kraj ułudy, to kraina kłamczuchów, opisana przez austriackiego pisarza Zitzenbachera w komedii pod tym właśnie tytułem. Kraina kłamczuchów to stary motyw literacki, podobnie jak kraina łakomczuchów, leni czy śpiochów. Na przykład taki Gelsomino w kraju łgarzy… Pospieszny research w sieci informuje mnie jednak, że owa powiastka włoskiego pisarza Gianni Rodari nazywa się po polsku Gelsomino w kraju kłamczuchów. Oryginał ukazał się w roku 1958, w Polsce, być może dlatego, że autor był zaangażowanym komunistą, już w roku 1962. Przełożyła Hanna Ożogowska, ilustrował Jan Marcin Szancer. Recenzentka, Adriana Dobrzyńska-Suchy, pisze:

Obdarzony przeraźliwie silnym głosem Gelsomino wyrusza w świat. Dociera do Kraju Kłamczuchów, w którym, jak sama nazwa sugeruje, wszyscy kłamali. Wieczorem mówiono sobie dzień dobry, a rano dobranoc, płacono wyłącznie fałszywymi pieniędzmi, a żeby zostać sławnym w jakiejś dziedzinie, trzeba było robić coś wyjątkowo źle. By kupić chleb, proszono o atrament, a po artykuły piśmiennicze szło się do piekarni. Nawet zwierzęta w tym kraju zachowywały się na opak, psy zamiast szczekać miauczały, a koty, zamiast miauczeć, szczekały. Mówienie prawdy było surowo wzbronione, a za złamanie tego zakazu groziło więzienie, czyli, mówiąc językiem mieszkańców, szpital dla obłąkanych. (…) Oprócz ciekawej przygody i wspaniałych przyjaciół Gelsomino zyskał tam coś więcej. Zrozumiał wreszcie, że jego głos nie jest tylko brzemieniem, ale darem, który można wykorzystać w słusznej sprawie.

Rodari jest zresztą autorem innej mojej ulubionej książki z dzieciństwa, a mianowicie Opowieści o Cebulku, wydanej po polsku już w roku 1954. Nie wiem, kiedy ją czytałam, ale pamiętam ją do dziś, zwłaszcza biednego chudego i bladego kabaczka i jego domek, w którym mieścił się tylko on i to wyłącznie na stojąco (tłumaczyła Zofia Ernstowa). To oczywiście powiastka z gruntu komunistyczna, Cebulek uosabia uciemiężony proletariat, a jego przeciwnik, tłusty Baron Pomarańcza, to paskudny kapitalista. Nie przypominam sobie jednak, żeby komunistyczne poglądy autora przeszkadzały mi w lekturze… A może… może… nie śmiem o tym nawet napomknąć, ale Cebulek walczy w końcu o sprawiedliwość społeczną,  może więc było to jedno z tych dzieł, które mnie wręcz ukształtowały? Rozumiem, że w dzisiejszej Polsce to wstyd i hańba wierzyć o sprawiedliwość społeczną, a już na pewno nie wolno się przyznawać, że to się człowiekowi wydaje ważne, ale co ja na to poradzę, tak mi widać zostało z dzieciństwa.

***

Barataria w komedii Zitzenbachera to miasteczko w Hiszpanii. Akcja dzieje się około roku 1600. Obywatele Baratarii dowiadują się właśnie, że ich miasto stało się wyspą.
– Ale jak to wyspa, obrusza się jeden z mieszkańców. Przecież leżymy w środku stałego lądu a latem wszystkie studnie wysychają.
Najwyraźniej mieszkańcy miasta nic o tym nie wiedzą, że uczeni specjaliści w sprawach Don Kichota, ulokowali ich miasto w podmokłym zakolu rzeki Ebro nieopodal Saragossy. U Zitzenbachera latem Baratario wysycha. Suszę powinno dać się zauważyć, bo według Cervantesa Sancho Pansa przybywa do Baratarii pod koniec lipca i pozostaje do początków sierpnia. Ale taki jest rozkaz Księcia i nie ma o czym dyskutować. Baratario jest wyspą, ma dużo wody, a Książę mianował właśnie Gubernatora wyspy i jest nim Sancho Pansa.
– To przecież błazen, oponuje ktoś.
– No i cóż, że błazen, pada odpowiedź. Mało to błaznów rządzi na świecie?

Hmmm, no cóż, nie da się ukryć…

Z daleka słychać gwar głosów, okrzyki, śmiechy, bicie w bębny i muzykę. Nadciąga Gubernator, może i błazen, ale bystry, bo prawie od razu zaczyna się dość dociekliwie dopytywać, czemuż to właściwie Baratario jest wyspą, skoro wygląda jak miasteczko i wcale nie jest otoczone wodą. W końcu jednak sam sobie wyjaśnia tę sprawę: To dlatego że na wyspie jest miasteczko, miasteczko na wyspie czyli i miasteczko, i wyspa! Rozumie jednak i to, że w takim razie, skoro jego gubernatorstwo jest żartem, to żart jest gubernatorstwem, zatem nawet wiedząc już, że Książę sobie z niego zadrwił, Sancho Pansa nie zamierza złożyć swojego urzędu, dopóki sam nie pojmie, że przerasta to jego możliwości…

Na zakończenie dodam, że czytanie manuskryptu (komputeroskryptu?) Waltera Zitzenbachera dostarczyło mi rozrywek rodem wręcz z Baratarii czyli Krainy Złudy. Sztuka nigdy nie została wydana, znajduje się jednak w czymś w rodzaju magazynu tekstów na potrzeby teatrów, które można sobie zamówić, jeśli się człowiek nosi z poważnym zamiarem wystawienia, omówienia lub opublikowania rzeczonego tekstu. Najwyraźniej salon Ewy Marii czyli ten blog jest argumentem wystarczająco poważnym, żeby mnie najpierw “zarejestrowano w rejestrze” a potem “dano dostęp do dostępu” i wreszcie przysłano mi plik w formacie pdf. I tak go sobie ostatnio czytałam i czytałam, i ciągle mi się wydawało, że coś mi w tym tekście zgrzyta i skrzeczy jak rzeczywistość. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że dostałam tylko połowę tekstu, ale nie pierwszą albo drugą, lecz – ku chwale wszechobecnej Baratarii – co drugą stronę! Tylko nieparzyste. Napisałam do “magazynu” z prośbą o strony parzyste. Odpowiedź przyszła (po dwukrotnym zaledwie przypominaniu) nawet całkiem rychło: nie ma stron parzystych i nie wiadomo, kiedy mogłoby się było by było udać je wyprodukować. Ale jeśli i jak się uda, to je niezwłocznie dostanę…

Może więc w sztuce chodzi o coś innego a nie o to, o co myślę, że chodzi… Niech żyje Kraina Wiecznych Przypuszczeń! Coraz bardziej mi się podoba w Baratarii.

Legenda o Warszawie 1 – dwa wstępy

Legendę o Warszawie napisał przed ponad półwieczem mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, o którym już tu na blogu wielokrotnie pisałyśmy, ja i my, jego córka Janina Kowalska i dwie jej córki, moje kuzynki Maria i Małgorzata.

Maria i ja przygotowałyśmy teraz maszynopis do debiutu. Poprzedzamy go dwoma tekstami wyjaśniającymi.

Janina Kowalska

Przeglądając karton ze zdjęciami, notatkami i starymi oryginałami twórczości mojego Ojca na samym dnie znalazłam wyblakłą teczkę z napisem – “WIKTOR OSTROWSKI, Legenda o Warszawie, scenariusz serialu” – i przypomniałam sobie że w drugiej połowie roku 1955 Wiktor rozpoczął pisanie czegoś co przed nami wszystkimi trzymał w tajemnicy. Wypatrzyliśmy jednak, co pisze i od tej pory dawał nam kawałkami do czytania. Nie był pewny, co to będzie, czy to ma być książka czy scenariusz. W końcu zdecydował się na sześcioodcinkowy scenariusz. Przerabiał go wiele razy, aż na początku lat 60, uznał, że skończył pisanie, dał nam do przeczytania, ale mnie wtedy trudno było ocenić, ile to jest warte.

Prowadził już wtedy redakcję Kinotechnika, która była finansowana przez Film Polski, i tam zaniósł swój scenariusz. Maszynopis przepadł jak kamień w wodę, bo wiadomo, że jest taki przepis, że redakcja nie zwraca nie zamówionych maszynopisów. Ojciec miał taką cechę, że jeżeli uznał sprawę za beznadziejną, to odchodził od niej psychicznie i przestawał się nią interesować. Tak też było w tym przypadku, może przeżywał to jako fiasko, ale nie pokazywał po sobie. Co dalej działo się z Legendą, nie pamiętam, wiem że nigdzie nie była publikowana i tu na blogu ujrzy pierwszy raz światło dzienne.

Egzemplarz, który tu publikuję, nosi poprawki z datą 1971.

Wiktor Ostrowski

UWAGI do “Legendy o Warszawie”

Okres stworzenia Warszawy jest trudny do określenia. Założenie, iż  Warszawa została stworzona przed siedmioma wiekami, podważone zostało wykopaliskami na terenie stolicy, pochodzącymi z wcześniejszych okresów. Nie wdając się w spory na ten temat, stwierdzić możemy, iż 1000  lat temu powstała osada nad Wisłą, z której zrodziła się Warszawa.

Na temat stworzenia Warszawy istnieją dwa podania. Pierwsze –  to tzw. legenda o Warszawie, opisana w noweli Ewy Szelburg Zarębiny,  podanie o Warsie i Sawie. Mimo całej poetyczności tego opowiadania,  nie wytrzymuje ono próby prawdopodobieństwa. Legenda, czy podanie, czy  bajka może być albo całkowicie fantastyczną /jak np. bajka o Kraku/,  albo mieć cechy prawdy historycznej. Rozpatrując pod tym kątem widzenia  opowieść o Warsie i Sawie należy bezstronnie stwierdzić – książę mazowiecki, polując w nieprzebytej puszczy, zabłądził i natknął  się na chatkę rybaka na brzegu Wisły. Tam rybaczka karmiła dwoje niemowląt-bliźniąt – Warsa i Sawę. Książę wzruszył się i postanowił w tym  miejscu wznieść gród, nazywając go od imion dzieci: Warszawą. A więc: książę polował i jego punkt startu znajdował się według wszelkiego prawdopodobieństwa w okolicach PŁOCKA. Stamtąd do Warszawy trzeba  było przebijać się przez puszczę na dystansie około 150 km. W takich  warunkach to wyprawa wielodniowa, a dla pojedynczego jeźdźca – nie  do pokonania. Jeżeliby to nawet było możliwe, to książę musiał przebyć  po drodze Bugo-Narew i wylądowałby w rezultacie nie w Warszawie lewobrzeżnej, a na Pradze.

Ale nawet. Zobaczył dwoje bliźniąt i wzruszył się. Tak uczuciowi książęta nie byli. Gród założyłby w okolicach Modlina, na zbiegu dróg wodnych a nie w Warszawie. Nie nazwałby go imieniem dziewczyny, w żadnym  przypadku! Nadto język ówczesny nie znał łączenia dwóch wyrazów w jedną nazwę. A potem imię “Wars”. Zupełnie nie znana na zachodniej słowiańszczyźnie końcówka. Raczej “Warsz” – jak Grodzisz, Karniesz, Nieudasz etc. “Sawa” nie istnieje takie imię na naszych ziemiach. Na Rusi  “Sawa” – to imię męskie /manufaktura Sawa Morozow/. A połączenie tych  imion ma być “Warszawa”. Nb imieniem dziewczyny nikt nie nazwie grodu.  Zbyt małą wartość miała w owych czasach dziewka.

W mojej wersji oparłem się na innym opowiadaniu, jest ono nieco  starsze od poprzedniej “legendy” datującej się z końca XVII wieku. Po prostu – nad brzegiem rzeki żył i trudził się łowca-rybak –  WARSZ. Był to na pewno zbieg. Uciekł od ucisku, odpowiedzialności…  Był nie sam, z towarzyszamí. Takie osiedla zbiegów były i są opisywane. W latach na przełomie XII i XIII wieku w zachodniej Polsce panowało już chrześcijaństwo, jednak w głuchej puszczy kwitło jeszcze  pogaństwo, tolerowane a czasem nawet popierane przez władców Mazowsza.

Pierwszym osadnikiem był WARSZ. Warszowa polana, Warszowa chata,  Warszowa osada. To przymiotnik dzierżawny, który przerodził się  w nazwę osiedla “Warszowa”. Nie Warszawa, bo w łacińskich najstarszych  tekstach “Varsovia”, francuskie “Varsovíe”. Język nasz był wówczas podobny do czeskiego i wymawiano nazwę raczej w akcentem na pierwszej  zgłosce Wárszowa. “O” bez akcentu wymawia się jak “A” i stąd ostateczna  nazwa “Warszawa”. Zatem miasto stworzone pracą zbuntowanej młodzieży – po prostu, bez nakazów książęcych, zwykłą pracą.

Wiktor Ostrowski, zdjęcie zrobione w Warszawie na ulicy Marszałkowskiej, która wciąż nosi ślady wojny

PS:

Sześć odcinków Legendy o Warszawie będziemy tu publikowały przez sześć następnych niedziel. Nam się ta opowieść bardzo podoba i mamy nadzieję, że spotka się z przychylnym przyjęciem Czytelników. A może znajdzie się wydawca lub filmowiec, który chciałby skorzystać z tego scenariusza?

Janina, Ewa, Małgorzata i Maria

Muzeum Narodowe w Szczecinie 1

Dariusz Kacprzak, wicedyrektor Muzeum Narodowego i wykładowca Akademii Sztuki w Szczecinie, będzie dla nas przez wiele następnych tygodni, zawsze w soboty, pisał o interesujących dziełach sztuki, zgromadzonych w “jego muzeum”. O tym muzeum już kiedyś (z zachwytem) pisałam…

Zaproszenie na spotkanie z autorem na końcu tekstu / Kurzinfo auf Deutsch – siehe unten

Dariusz Kacprzak

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia

Antyczne korzenie Europy, kolekcja kopii i rekonstrukcji rzeźb antycznych Heinricha Dohrna w holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie przy Wałach Chrobrego, fot. G. Solecki, A. Piętak

„Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni” – napisała Georgia O’Keeffe. Słowa amerykańskiej artystki, jakiś czas temu przywołane przez profesor Marię Poprzęcką, warto uczynić mottem prezentacji kilkunastu dzieł, z którymi można się zaprzyjaźnić, odwiedzając Muzeum Narodowe w Szczecinie. Ten ledwie promil subiektywnie wybranych zabytków spośród stu pięćdziesięciu tysięcy znajdujących się w murach szczecińskiej świątyni sztuki i kultury – to zaproszenie do patrzenia na dzieła sztuki, zachęta do odkrycia przyjemności niespiesznego, uważnego oglądania. Bez wątpienia sposobów patrzenia na dzieło sztuki jest wiele, dokładnie tyle, ile patrzących oczu.

Złoty wiek Pomorza. Sztuka na dworze książąt pomorskich w XVI i XVII wieku, kolekcja klejnotów i strojów książęcych dworu Grafitów, Muzeum Narodowe w Szczecinie – Muzeum Tradycji Regionalnych, fot. G. Solecki, A. Piętak

Georg Römer, rekonstrukcja Adolfa Fürtwänglera wg Polikleta z Argos, Doryforos (450 r. p.n.e. – 440 r. p.n.e.), 1910–1912, odlew, brąz, 187x73x72 cm

Poliklet, wirtuoz techniki brązowniczej – obok Fidiasza i Myrona uznawany za największego rzeźbiarza klasycznej Grecji – działał głównie w Atenach, Olimpii oraz rodzinnym Argos. W swojej twórczości skupił się na poszukiwaniu sposobu przedstawiania postaci, opracował matematyczny kanon proporcji ciała ludzkiego – w teorii zawarł go w niezachowanym traktacie Kanon, w praktyce wcielił, wykonując rzeźby Doryforosa, Kyniskosa znanego z kopii funkcjonującej jako Efeb z Westmacott, Diadumenosa czy Ranną Amazonkę. Jednym z bardziej interesujących dzieł prezentowanych na stałej wystawie Antyczne korzenie Europy. Szczecińska kolekcja Dohrnów w Muzeum Narodowym w Szczecinie, jest powstała w latach 1910–1912 rekonstrukcja Doryforosa (Niosącego oszczep) z połowy V w. p.n.e. Szczeciński brąz jest szczególnie cenny (co po raz kolejny potwierdził udział zabytku w mediolańskiej wystawie inaugurującej otwarcie nowej przestrzeni fundacji Prady), zarówno ze względu na znaczenie nieistniejącego oryginału dla rozwoju greckiej sztuki klasycznej, jak również z powodu naukowej wnikliwości, z jaką dokonano na podstawie rzymskich kopii, rekonstrukcji – wreszcie także nader wysokiej jakości wykonania odlewu. Wiedza o rzeźbie zachowała się do naszych czasów w postaci opisów oraz rzymskich, różniących się między sobą szczegółami, marmurowych kopii – zidentyfikowanych dopiero w 1862 roku przez niemieckiego archeologa Karla Friederichsa. Na przełomie XIX i XX stulecia Adolf Furtwängler (ojciec słynnego dyrygenta i kompozytora Wilhelma), wybitny archeolog klasyczny związany z uniwersytetami i muzeami w Berlinie i Monachium, zrekonstruował pierwotny wygląd rzeźby Polikleta. Heinrich Dohrn jun., przedstawiciel trzecie generacji tej zasłużonej dla naszego miasta rodziny, entomolog, przedsiębiorca, humanista i kolekcjoner, tworząc swą antyczną kolekcję antycznej, która wkrótce stała się podstawą nowo powstałego wówczas Muzeum Miejskiego w Szczecinie, zamówił odlew Doryforosa Polikleta wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera. Zadanie to zostało zrealizowane w latach 1910–1912 w Berlinie, pod kierunkiem ucznia przedwcześnie zmarłego Furtwänglera, Paula Woltersa, przez pochodzącego z Wrocławia rzeźbiarza i medaliera Georga Römera. Wykonując zamówienie rzeźbiarz posłużył się tradycyjną techniką odlewu na wosk tracony, którą stosowali greccy artyści. Starano się także odtworzyć pierwotną kolorystykę – stutuę pokryto ciemną patyną, wargi podkreślono karminem, oczy wykonano ze szkła i emalii, włosy zaś pokryto cienką warstwą złota, do dziś widoczną w promieniach słońca wpadającego do wnętrza holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie. Dlatego też wiosenna przedpołudniowa wizyta może być źródłem szczególnie interesujących wrażeń estetycznych.

W kontekście szczecińskiej rekonstrukcji Doryforosa Polikleta warto wspomnieć o wykonanym nieco później jeszcze jednym odlewie Georga Römera wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera, która została zamówiona jako symboliczny pomnik dla upamiętnienia ofiar pierwszej wojny światowej i dziś znajduje się w reprezentacyjnej przestrzeni Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana w Monachium.

***

W najbliższy wtorek Dariusz Kacprzak będzie w Regenbogenfabrik mówił o obecności berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadow (1764 – 1850) w Szczecinie (wykład po niemiecku)

Johann Gottfried Schadow (1764 – 1850)  – ein Berliner Bildhauer in Stettin präsentiert von unserem Autor, Dariusz Kacprzak, im Regenbogenkino am Dienstag, 9. Mai.

Stuart 22

Joanna Trümner

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Szpital

Zbudziły go głosy i śmiech ludzi opuszczających salę operacyjną. Młody lekarz, którego Stuart widział po raz ostatni przed kilkoma godzinami przed drzwiami sali, podszedł do niego z uśmiechem: „Mieliśmy szczęście, operacja się udała. Teraz potrzebny jest tylko czas i cierpliwość. Niech Pan się nastawi psychicznie na kilka ciężkich miesięcy. Jutro będzie mógł odwiedzić narzeczoną”. Po lekarzu widać było, że ma za sobą długą, dramatyczną noc i że walczy ze zmęczeniem. Stuart też się do niego uśmiechnął i podziękował pielęgniarzom i lekarzom. Nagle poczuł jak znika napięcie i niepewność ostatnich godzin, a z serca spada jakiś niewidzialny ciężar. „Najważniejsze, że Meg będzie żyła, wszystko inne powoli się poukłada” – pomyślał i patrzył na wychodzące z sali operacyjnej osoby, zastanawiając się, jak ludzie, którzy codziennie widzą tyle nieszczęść i nieraz przekazują komuś wiadomość o śmierci najbliższej osoby, potrafią o tym zapomnieć, wracać do swoich domów i prowadzić normalne życie – tak jakby wszystkie te nieszczęścia, których stali się świadkami podczas pracy w szpitalu, zostały gdzieś daleko, hermetycznie zamknięte za drzwiami tego budynku.

Nagle przypomniało mu się, że on sam za godzinę ma się zjawić w szkole i prowadzić lekcje. Zdecydował się zadzwonić do dyrektora i poprosić o kilka wolnych dni. W poszukiwaniu telefonu zszedł o piętro niżej i zapytał pielęgniarkę w dyżurce, skąd mógłby zadzwonić. Rozpoznał pielęgniarkę, z którą rozmawiał w środku nocy, ale nie zapytała go, jak przebiegła operacja. Prawdopodobnie promieniowała z niego taka radość i ulga, że i bez zbędnych pytań można było zrozumieć, że operacja się udała. Może kobieta myślała tylko o tym, że za pół godziny skończy się jej dyżur i będzie mogła w końcu po tej nieprzespanej nocy, przerywanej przyjmowaniem pacjentów w krytycznym stanie, wrócić do siebie do domu. „O ile więcej taktu miał lekarz w sali operacyjnej. A ma przecież większą odpowiedzialność i trudniejszą pracę od tych pań na dyżurce”, pomyślał Stuart w drodze do budki telefonicznej.

Wybrał numer szkoły i opowiedział dyrektorowi o przebiegu ostatniej nocy i o tym, że nie może przez najbliższych kilka dni przyjść do szkoły. Po krótkim milczeniu usłyszał po drugiej stronie słuchawki zwiastujące niezadowolenie sapanie: „W drodze wyjątku może Pan przyjść w poniedziałek, daję Panu trzy dni wolnego i weekend, ja rozumiem, że sytuacja jest wyjątkowa ale szkoła też ma swoje prawa i musi funkcjonować. Myślę, że i tak idziemy Panu bardzo na rękę, przecież to nie Pan jest chory, a narzeczona ma w szpitalu przez cały dzień opiekę i za rękę nie trzeba jej cały czas trzymać”.

Stuart z trudem ukrywał rozczarowanie słowami szefa. „Może jestem przewrażliwiony?”, pomyślał i doszedł równocześnie do wniosku, że te dziwne, obojętne zachowania obcych ludzi nie są w tej chwili ważne, najważniejsze jest to, że Meg przeżyła tę koszmarną noc.

Kiedy opuszczał szpital, poczuł tak potworne zmęczenie, że zdecydował się wrócić do domu taksówką. Miasto budziło się ze snu, zapowiadał się kolejny słoneczny dzień i Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że w jego życiu panuje pewna reguła – najgorsze przeżycia zdarzają się w pięknie, słoneczne dni, tak jakby cały świat dookoła śmiał się z panującego w jego wnętrzu nastroju.

Wrócił do domu i poczuł głód. Znalazł w lodówce resztki obiadu sprzed dwóch dni i kiedy podgrzewał je na patelni w głowie pojawiła się melodia piosenki I can see clearly now, pełnego ciepła i optymizmu utworu, który zawsze znajdował się w repertuarze jego koncertów. Po jedzeniu wziął do ręki gitarę i czuł, że każdy akord uspakaja go i pozwala odejść myślami od przeżyć tej potwornej nocy w szpitalu.

Kolejne miesiące wyznaczał rytm codziennych odwiedzin w szpitalu. Najgorsze były pierwsze tygodnie pobytu Meg w sali intensywnej terapii, czas, w którym znajdowała się w sztucznej śpiączce. Stuart spędzał godziny przy łóżku swojej dziewczyny, głaskał ją po głowie i opowiadał o tym, co wydarzyło się tego dnia. Opowiadał jej o swoich coraz większych wątpliwościach dotyczących pracy w szkole, o wizytach przyjaciół i rozmowach telefonicznych z jej matką. Kiedy zabrakło mu pomysłów na monolog milczał i wsłuchiwał się w odgłosy medycznych urządzeń w pomieszczeniu. Po trzech tygodniach Meg wybudziła się ze śpiączki i zaczęła robić małe postępy. Kroki, którymi powoli zaczęła panować nad funkcjami swojego organizmu były niewielkie i deprymujące, w dniu, w którym jego dziewczyna uśmiechnęła się do niego i powiedziała po raz pierwszy od tygodni kilka słów, Stuart zrozumiał, że osoba, która leży w szpitalnym łóżku nigdy nie stanie się osobą sprzed wypadku.

Bardzo deprymowało go to, że policja nie potrafiła znaleźć sprawcy wypadku. „Więc gdzieś po mieście chodzi bezkarnie osoba, która o mały włos nie zabiła Meg. Może nawet jest to ktoś, kogo znam”, myślał z bezsilną złością. Ten wypadek zmienił w ciągu jednej chwili całe ich życie. Jedynie muzyka pozwalała Stuartowi zachować równowagę, nie pozwalała poddawać się wątpliwościom i pesymizmowi. Z każdym dniem coraz mocniej docierało do niego, że zajęcia w szkole są kompromisem i oszukiwaniem samego siebie. Jedynym argumentem, który powstrzymywał go od natychmiastowego wypowiedzenia pracy była konieczność zarabiania pieniędzy w sytuacji, kiedy jego pensja była po wypadku Meg ich jedynym dochodem.

Na razie nie miał wyjścia, postanowił więc bardziej się do tej pracy przyłożyć. Zaczął robić konspekty lekcji, układać szczegółowe plany i poświęcać więcej uwagi uczniom, których do tej pory uważał za trudnych lub pozbawionych motywacji do nauki. Efekty nowej koncepcji nauczania widać było już po kilku tygodniach, jego uczniowie wygrali olimpiadę matematyczną w Sydney, dyrektor szkoły zaprosił go na rozmowę do gabinetu i wyraził swoje zadowolenie z jego pracy. „W przyszłym roku szkolnym porozmawiamy o podwyżce, chciałbym Panu podziękować za dobrą pracę. Mam nadzieję, że nie zamierza nas Pan opuszczać”, powiedział na zakończenie rozmowy. „Przez następny rok szkolny na pewno nie”, odpowiedział Stuart z zakłopotaniem.

Przyjaciele nie zawiedli go, co kilka dni odwiedzał go Ian, Tom albo znajome Meg. Ian wrócił do pracy w banku i ograniczył swoje eskapady z narkotykami do sporadycznego palenia trawy w soboty. Wyprowadził się od żony do jednopokojowego mieszkanka niedaleko Stuarta i zaczął chodzić na terapię u psychologa.

Po jednej z wizyt Iana Stuart pomyślał, że jego przyjaciel, który do niedawna był strzępkiem człowieka, zagubionego we własnym nieszczęściu, potrafi teraz spędzać godziny na pocieszaniu innej osoby i szukaniu pozytywnych myśli. „To tak jakby moje nieszczęście stało się dla niego terapią i ucieczką, jakby świadomość tego, jak bardzo jest mi teraz potrzebny, zmobilizowała w nim resztki chęci życia, z którą się teraz ze mną dzieli. Jakby przestał żyć tylko przeszłością i wychodzić z tego biegu wstecznego, którym szedł przez ostatnie miesiące. Coś się w nim zmieniło, ten wypadek miał jakiś sens”.

Pewnego wieczoru zaskoczył go wizytą ksiądz z kościoła, do którego regularnie chodziła Meg. „Niech on mnie zostawi z tym swoim Bogiem w spokoju”, pomyślał Stuart na widok niespodziewanego gościa w drzwiach. Rozmowa z Lucasem trwała kilka godzin, po jego wyjściu Stuart z zawstydzeniem pomyślał o swej uprzedniej niechęci. Pełna pozytywnych myśli rozmowa z Lucasem, podczas której ani razu nie padło słowo „Bóg”, przekonała go, że znalazł właśnie nowego przyjaciela, kogoś, komu jego życie nie jest obojętne i na kogo będzie mógł liczyć w przyszłości. Lucas był też pierwszą osobą, nie licząc leżącej w śpiączce Meg, której Stuart opowiedział o tym, że zdecydował się wrócić do muzyki i zrezygnować w niedalekiej przyszłości z pracy w szkole. Po wyjściu gościa zastanawiał się nad tym, dlaczego nie odważył się powiedzieć tego ani Ianowi ani Tomowi. Może dlatego, że bał się ich reakcji, bał się usłyszeć, jak absurdalne jest rzucanie pewnej, dobrze płatnej pracy w imię jakiejś mrzonki. „Może czasami łatwiej jest zwierzyć się osobom, które mało znamy?”, pomyślał.

W ciepły listopadowy dzień po raz pierwszy wyprowadził Meg w wózku inwalidzkim na spacer do małego parku przy szpitalu. Po raz pierwszy od miesięcy miał pewność, że skończyła się zła passa.

Cdn