Nasz rok leśmianowski 16

Dziś rocznica śmierci. Maria Szewczyk podaje na bloga wiersz Leśmiana i obraz Malczewskiego, obiecuje też wpis o dramatycznych okolicznościach śmierci poety.

Bolesław Leśmian

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku…

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga – orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest – noclegiem – i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
“Śpi snem wiecznym” – szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej – w pozgonnym rozpędzie.
“Śpi snem wiecznym…” Snu nie ma i nigdy nie będzie!
“Szczęśliwy! Już nie cierpi!” – tak mówiono wkoło –
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie –
I zaczęło się nowe – niezależne cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słychać ich wcale.
Szli ludzie – dotąd żywi… Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu.
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Jacek Malczewski, Śmierć, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (7)

Dariusz Kacprzak

Joachim Utech, Grenadier pomorski II

Wywodzący się z rodziny notowanych od XVIII wieku mistrzów budowlanych i rzeźbiarzy, Joachim Utech jako osiemnastolatek rozpoczął naukę artystycznego fachu w berlińskiej pracowni rzeźbiarza i grafika Georga Wrby. Wkrótce terminował jako wolontariusz w zakładzie sztukatorskim w Kołobrzegu. Jesienią 1907 roku rozpoczął studia w Charlottenburgu. Po odbyciu służby wojskowej w Gdańsku powrócił do Berlina, by kontynuować studia, które ukończył w 1913 roku. Swe umiejętności doskonalił potem w Akademii Sztuk Pięknych w Lipsku, gdzie rozpoczął karierę artystyczną. W latach 1921–1925 mieszkał w Insterburgu (obecnie Czerniachowsk nad Pregołą) w Prusach Wschodnich, pracując jako nauczyciel rysunku w tamtejszym liceum. W tym czasie wystawiał wraz z Emilem Noldem, Ludwigiem Kirchnerem, Karlem Schmidtem-Rottluffem i Loyonelem Feiningerem. W 1925 roku powrócił do rodzinnego Białogardu. W sąsiadującym z domem atelier poświęcał się pracy twórczej. W 1930 roku przystąpił do działającego w Szczecinie stowarzyszenia artystycznego „das neue pommern”, w którego wystawach uczestniczył co roku. W 1936 roku, podczas 20 Biennale w Wenecji, dzieła Utecha spotkały się z dużym zainteresowaniem, którego wyrazem stał się zakup do zbiorów prywatnych Benita Mussoliniego. Włoski sukces zaowocował zaproszeniem do udziału w Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w Życiu Nowoczesnym, organizowanej w Paryżu w kolejnym roku. Jednocześnie z berlińskim krytykiem sztuki Hansem Zeeckiem zorganizował Wschodnioniemiecką Wystawę Sztuki w Koszalinie, w której uczestniczyli m.in. Karl Schmidt-Rottluff i Max Pechstein. Artysta zaczął otrzymywać zamówienia na rzeźby przeznaczone do przestrzeni publicznej – poza rodzinnym Białogardem, także w Sławnie, Słupsku, Kołobrzegu oraz Lęborku. Jego prace nabyły m.in. Galeria Narodowa w Berlinie, Folkwang-Museum w Essen i Galeria Państwowa w Dessau. Wraz z zaostrzaniem się polityki kulturalnej nazistów z ekspozycji w szczecińskim Muzeum Miejskim wycofano dwa uprzednio zakupione do zbiorów dzieła; Utechowi odmówiono udziału we wspomnianej wystawie paryskiej. 1 marca 1945 roku Utech wraz z rodziną opuścił Białogard i przeniósł się do Eyendorfu pod Lüneburgiem, a następnie osiadł w samym Lüneburgu. Tam otrzymał mieszkanie wraz z posadą nauczyciela w jednej ze szkół, gdzie w piwnicy stworzył warsztat rzeźbiarski. W okresie powojennym regularnie prezentował swoje dzieła w galeriach Hamburga, Kolonii, Hanoweru, głównie jednak uczestniczył w wystawach organizowanych przez stowarzyszenia artystyczne oraz instytucje państwowe zajmujące się sztuką wschodnioniemiecką. W ostatnim okresie życia schorowany rzeźbiarz wraz z żoną zamieszkał w domu dla wypędzonych z ojczyzny artystów i naukowców w Marburgu. W 1957 roku Muzeum Pomorza Zachodniego w Szczecinie, na polecenie dyrektora gabinetu Ministerstwa Kultury i Sztuki, zwróciło artyście 86 jego rzeźb pozostawionych w 1945 roku w Białogardzie, a po wojnie przechowywanych w szczecińskim muzeum. Na rok przed śmiercią artysty, w ramach 6 Wschodnioniemieckich Dni Kultury w Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze otwarto wystawę monograficzną, na której pokazano 48 rzeźb Utecha z lat 1931–1959.

Bogaty ikonograficznie i różnorodny stylistycznie dorobek Utecha obejmuje około 900 rzeźb. Wpisujące się w nurt niemieckiego ekspresjonizmu, inspirowane zarówno dziełami kultur pozaeuropejskich, jak i tradycją antyczną i średniowieczną, dzieła należą do interesujących zjawisk w plastyce pomorskiej pierwszej połowy XX w. Podejmują częstokroć uniwersalne tematy związane z ludzką egzystencją – miłość, radość, ból, smutek, cierpienie. Artysta pracował w drewnie, glinie, terrakocie, gipsie, metalu; preferował jednak kamień. Ciosał marmur, diabaz, piaskowiec, wapień, a przede wszystkim dostępny powszechnie, przyniesiony na Pomorze ze Skandynawii przez lodowiec granit. „Mój ojciec – pisał Utech – przyniósł ze starej rodzinnej szafy narzędzia do ręcznej pracy w granicie, należące do dziadka, i milcząc przekazał mi je: oskard dwudziobowy, młotek kamieniarski, ciężki pobijak, dłuto do granitu (…). Teraz rzeczywiście trzymałem »broń« w rękach. Aby nie przegrać nadchodzącej ciężkiej walki, musiałem podchodzić do dzieł metodycznie. Poznawałem struktury i warstwy skalne. Uczyłem się, że trzeba być o wiele ostrożniejszym, niż w przypadku piaskowca czy marmuru. Moje tworzenie w granicie stało się moim największym szczęściem”. W zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie znajduje się zespół kilku rzeźb – są to surowe, uproszczone w formie alegoryczne wizerunki, ukazujące uniwersalne typy ludzkie… Jeden z nich – Grenadier pomorski II, zakupiony do szczecińskich zbiorów w 1943 roku, stał się – obok artysty – bohaterem tej opowieści.

Joachim Utech (1889 Belgard / Białogard – 1960 Marburg), Grenadier pomorski II, 1940, szary granit, 44 x 44 x 37, Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Przygrobny monolog

Roman Brodowski

Wiersz ten napisałem w ubiegłym roku. Inspiracją były słowa, które zwykł mawiać mój brat podczas rozmów, jakie ze sobą prowadziliśmy, zwłaszcza tych o sytuacji panującej w Polsce.
Zawsze kiedy pytałem Go o jego osobiste refleksje dotyczące czasu, gdy udzielał się w walce o obronę praw więźniów politycznych, a było to w okresie powstania „Solidarności”, zwykł był odpowiadać jednym i tym samym zdaniem: „Wygraliśmy z komuną, żeby przegrać samych siebie”. Wówczas, kiedy jeszcze żył, a zmarł w grudniu 1998 roku, nie do końca rozumiałem, co miał na myśli.
Dopiero po wielu latach, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy to PiS rządzi naszym narodem, gdy sytuacja polityczna w kraju stała się się nie do zniesienia, w pełni zrozumiałem, co kryło się pod jego „złotą” myślą. I chyba powoli przekonuje mnie jego logika myślenia, że „wygrywając rok 1980/81, a następnie 1989, przegraliśmy samych siebie”.

Co prawda, na początku utwór ten zamierzałem pozostawić w szufladzie, dla siebie. Jednakże dzisiaj przekonany jestem, że moje ubiegłoroczne myśli dojrzały do tego, by ujrzeć światło dzienne, by je upublicznić.

„ Przegrać samych siebie”

„Wygraliśmy z komuną
Żeby przegrać samych siebie”
Powtarzałeś przy każdej okazji
Tę twoją – złotą – myśl.

Jesteś od dawna mój Bracie
Poza przestrzenią zmysłowej
Interpretacji „Tajemnicy wiary”
Więc obce Ci jest uczucie lęku.

Wiem co byś powiedział gdybyś żył
Ale ja tak nie potrafię ja muszę
Ja nie przegrałem jeszcze siebie
Ja wciąż o siebie …gram.

Może to i dobrze, że nie widzisz
Jak spełnia się twoje „proroctwo”
Jak bardzo szata solidarnej jedności
Rwana po kawałku zaczyna gnić.

Chmury Bracie, brunatne chmury
Opadają powoli na twoją nadzieję
Solidarność jak w rozbitym lustrze
Ukazuje wielotwarz obłudy i fałszu

Prawda twojego czasu popada w ruinę.
Praworządność wrzucono do szamba
A naród za kilka srebrników sprzedał
Swoją niby narodową polską dumę.

Ty nie zabronisz mi krzyczeć
Bo krzyczę nie moją ale twoją prawdą.
To nie ja ale ty uczyłeś mnie patrzeć
Oczyma patriotycznej poprawności.

Dzisiaj bohaterom twojego czasu
Odebrano prawo ich wielkości
Napisano historię dla nowosystemu
Faszystowsko narodowej dyktatury

Kolejny karzeł bez przeszłości
Rozpoczął taniec na grobach tych
Którzy nie mogą już się bronić
By stać się światłem dla ślepowierców

Armia pochlebców wokół niego
Niby stado psów przy pańskim domu
Oczekuje spadających ochłapów
Z coraz biedniejszego ojczyźnianego stołu

Tak tak Bracie – ciężkie czasy nastały
Nasza Ojczyzna jak kula Syzyfa stacza się
Rządni władzy despoci wiodą naród
No właśnie! … dokąd oni nas wiodą?

Obiecują, równość i sprawiedliwość
A niszczą Konstytucję i sądów niezawisłość
Obiecują dobrobyt świetlaną przyszłość,
A trwonią wszystko dla minuty chwały.

Jak mam żyć Bracie w naszym „gnieździe”
Kiedy ono powoli wypełnia się
Marazmem głupoty fanatyzmu i niezgody
Gdy naród nasz popada w desspotyczną niewolę

Dlaczego dzisiaj drogi przyjacielu
My którym droga do wolności
Okupiona jest krwią naszych przodków
Nie potrafimy być wielkim „Jedno”

Dlaczego przyniesiona na sztandarach
I twojego Bracie zrywu „Demokracja”
Zamienia się w pusty niby dzban slogan
A ludzie… Oni niczego nie rozumieją.

Jak dobrze że śpsz spokojnie – Bracie.

Berlin, 24 października 2016

Bracia Mann 2

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Skutki Wielkiej Wojny

Po pierwsze materialne. Dochody z tytułu sprzedaży książek spadły prawie do zera. Tomasz dodatkowo martwił się, że jego willa traci na wartości.
Po drugie – ocena sytuacji. Henryk oceniał ją w sposób w jaki oceniła ją później historia, bardzo krytycznie. Tomasz przeciwnie – dla niego była to: “…wielka, na wskroś uczciwa, ba, uroczysta wojna.”
Tomasz nie ograniczył się do uczestnictwa w “podniosłych nastrojach inteligencji niemieckiej“, ale starał się zrobić coś praktycznego. Zgłosił się na ochotnika do landszturmu – wojsk obrony terytorialnej. Poczucie wstydu, że nie jest na froncie skompensował artykułem Refleksje wojenne. O wojnie pisał jako o “świętej wojnie narodowej”, sławił czyny niemieckiego oręża i decyzje władz.
Artukuł ten został oceniony bardzo krytycznie przez świat literacki, szczególnie przez Romain Rollanda.
Henryk był oburzony i Niemcami, i Tomaszem.

W tej atmosferze euforii i konfliktu w bratem, szarpany wewnętrznymi wątpliwościami i gnębiony licznymi chorobami dzieci, Tomasz pogrążył się w pracy nad Czarodziejską Górą.

Henryk napisał książkę Der Untertan – Poddany – ostrą krytykę Cesarstwa Niemieckiego. Cenzura zakazała jej rozpowszechniania.
Życie rodzinne jednak kwitło. W 1916 roku Mimi urodziła córkę Carlę Marię Henriette Leonie, którą rodzice nazywali Goschi.

Konflikt między braćmi miał odbicie w ich publicystyce.
Tomasz zaczął pisać Rozważania człowieka apolitycznego, Henryk opublikował esej o Emilu Zoli, w którym włożył w usta słynnego pisarza swoje argumenty przeciwko niemieckiemu militaryzmowi. Tomasz otrzymał esej brata okrężną drogą i ogromnie go on zdenerwował. W rezultacie praca nad Rozważaniami przeciągała się, gdyż wplatał tam polemikę z poglądami brata. Ostatecznie zostały opublikowane dopiero w 1918 roku. Wkrótce potem nastąpiła kapitulacja Niemiec i abdykacja cesarza Wilhelma. Rozważania straciły jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1918 roku cenzura zezwoliła na rozpowszechnianie książki Henryka – Poddany, a książka okazała się przebojem. W pierwszym tygodniu sprzedano 80.000 egzemplarzy. Z dnia na dzień Henryk nie tylko potwierdził swoją pozycję jako pisarz, ale został również uznany za bardzo znaczącego aktywistę społecznego.

Do roku 1922 bracia unikali się.

Następnych kilka lat lat Henryk Mann poświęcił rodzinie. W tym samym czasie Tomasz dzielił czas między rodzinę i pracę nad Czarodziejską Górą.
Opublikowana w listopadzie 1924 roku, do Bożego Narodzenia sprzedano 25,000 egzeplarzy. Był to ogromny sukces – dwutomowa powieść o trudnej tematyce, do tego dość droga. Tomasz stał się zamożnym człowiekiem, kupił samochód i zatrudnił szofera.

Warszawa

W marcu 1926 roku Tomasz Mann przyjechał do Warszawy na zaproszenie polskiego PEN-Clubu. Z tej okazji opublikowano w Wiadomościach Literackich jego szkic o Józefie Conradzie, pomyślany jako wstęp do niemieckiego tłumaczenia Tajnego agenta. Wizyta miała bardzo oficjalny charakter – spotkanie w Zamku Warszawskim, bankiet rządowy w Wilanowie.
W oficjalnym przemówieniu Tomasz Mann położył główne akcenty na rolę Polski …w zachodnio-wschodniej syntezie, rzuceniu pomostu nad istniejącymi w świecie gwałtownymi i napiętymi przeciwnościami.
Z mniej formalnych ceremonii warto wspomnieć biesiadę literacką w winiarni Fukiera, podczas której Wiliam Horzyca wygłosił po niemiecku prelekcję o pobycie E.T.A. Hoffmanna w Warszawie pod koniec XVIII wieku.

Zaskoczył mnie ten esej, wstęp do tłumaczenia Tajnego Agenta, gdyż po publikacji książki (rok 1907) Tomasz Mann zarzucał Conradowi “patologiczną rusofobię”.
W roku 1946 Tomasz Mann relacjonuje powrót to książek Conrada, …którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem. Zacząłem od Lorda Jima (…) i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie to, że jest u nas rzadka, lecz której po prostu nie ma.

Opowieść podręcznej.

Na początku 1929 roku Henryk rozwiódł się z Mimi Panovą. Ugoda rozwodowa przewidywała jednorazową wypłatę 500 marek a następnie 300 marek alimentów miesięcznie plus pokrycie kosztów edukacji córki.

W czerwcu 1929 roku, w lokalu rozrywkowym Kakadu (być może była to sąsiadująca z Kakadu Bajadera), Henryk poznał Nelly Kröger.

Kakadu

Nelly Kröger – urodzona 15 lutego 1898 jako Emmy Johanna Westphal. Nazwisko ojca nieznane. Moje główne źródło informacji, Evelyn Juers, nie ma wątpliwości, że był nim Noah Troplowitz z Gliwic, z zamożnej żydowskiej rodziny. Jego przodek zbudował gliwicką synagogę. Dokumenty rodzinne potwierdzają, że matka Emmy, Berta, pracowała w domu Troplowitzów jako służąca.

Po urodzeniu dziecka Berta wróciła do rodzinnego Niendorf, niewielkiej wioski rybackiej. Tam wyszła za mąż za rybaka – Nicolausa Wilhelma Heinricha Krögera. Ojczym zgodził się, aby Emma przyjęła jego nazwisko.
W 1919 roku Emma opuściła dom i przeniosła sie do Berlina. Miała nieco odłożonych pieniędzy. Podjęła pracę jako krawcowa. Jej partnerem został Werner Schmidt – urzędnik. Urodziło im się dziecko. Ojciec wycofał się ze związku, pojawiły się kłopoty finansowe. Dziecko ciężko rozchorowało się i zmarło podczas snu w objęciach również śpiącej matki.

Henryk i Nelly

Emma zmieniła imię na Nelly. W porównaniu z ciężkim “m” podwójne “l” wydawało się lżejsze (leichter) i jaśniejsze – heller.

Podjęła pracę w Kakadu Bar jako Animierdame – dama, która miała za zadanie ożywić (animować) klientów. Jednym z klientów był Henryk Mann.

To zdjęcie z okładki książki, która jest moim głównym źródłem informacji na temat poplątanych losów braci Mann.

Na wyżynach

W listopadzie 1929 nazwisko Mann znowu trafiło na pierwsze strony gazet – Tomasz Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Kilka miesięcy później Henryk zaczął gonić słynnego brata – w kwietniu ukazał się na ekranach i zyskał wielką popularność film Błękitny Anioł – KLIK – oparty na jego książce Profesor Unrat.

Na początku 1931 roku Henryk został mianowany prezydentem sekcji literackiej Pruskiej Akademii.
Popularny działacz pacyfistyczny Kurt Hiller publikuje artykuł Prezydent, w którym sugeruje, że Henryk Mann to jedyna w Niemczech osoba zdolna zjednoczyć prawicę i lewicę, jedyna osoba zdolna zastąpić Hindenburga na stanowisku prezydenta i zapewnić stabilizację Niemiec.

W 1932 roku na półkach księgarskich ukazuje się nowa książka Henryka – Ein ernstes Leben – Poważne życie. A może Życie na serio.

Pożar

30 stycznia 1933 roku – Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec.

Kilka dni później na słupach pojawiły się plakaty podpisane przez Alberta Einsteina, Henryka Manna i Kathe Kollwitz, wzywające Socialistów i Komunistów do stworzenia jednolitego frontu.

15 lutego – Henryk zostaje usunięty z Akademii Pruskiej. Tydzień później wyjeżdża do Francji. Nelly pozostaje w Berlinie, by pilnować mieszkania.

27 lutego – pożar Reichstagu.

Tomasz z rodziną wyjeżdżają do Szwajcarii. W tym samym czasie Mimi i Goschi wyjeżdżają do Pragi, gdzie zamieszkają u rodziców Mimi.

Władze publikują listę zakazanych autorów. Henryk Mann zajmuje trzecią pozycję, za Karolem Marksem i Karlem Kautskim.

10 maja, na placu przed operą w Berlinie, studenci palą 25,000 książek zakazanych autorów. Równocześnie powstaje lista zakazanych książek. W ciągu roku lista osiągnęła 4,100 pozycji, nie było wśród nich książek Tomasza Manna.

Henryk zostaje pozbawiony niemieckiego obywatelstwa.

Opowieść podręcznej

Henryk wyjechał w samą porę. Następnego dnia jego mieszkanie odwiedziła policja z nakazem aresztowania. Nie zastawszy właściciela zrobili gruntowną rewizję i straszliwy bałagan.

Nelly brakuje pieniędzy. Zostaje aresztowana, gdy próbuje podjąć pieniądze z konta bankowego Henryka.
Konto jest zablokowane, ale wypłacane są regularne należności, na przykład alimenty dla Mimi. Nelly pisze do Henryka, żeby ją oficjalnie zatrudnił jako osobę opiekującą się mieszkaniem i wyznaczył pensję, ma nadzieję, że pensja będzie wypłacana z konta Henryka.
Henryk traktuje tę propozycję podejrzliwie i odwleka decyzję.
Nelly ponownie podejmuje pracę jako krawcowa. Jest pod obserwacją policji, sąsiedzi traktuja ją podejrzliwie, zostaje ponownie aresztowana. W marcu traci przytomność i spędza kilka dni w szpitalu – wyczerpanie nerwowe. Prosi Henryka żeby załatwił jej wyjazd do Francji. Dotarła tam w lipcu. Zamieszkali w Nicei.

Kilka lat później w tym samym domu w Nicei wynajęli mieszkania dwaj emigranci z Czechosłowacji – Joseph Roth – KLIK – i Hermann Kesten – KLIK. Wieczory spędzali na długich rozmowach z Henrykiem i Nelly.
Nelly była urodzonym gawędziarzem.
Poniższą opowieść usłyszał jednak tylko Hermann Kesten.
Henryk był oczarowany barwnymi opowieściami Nelly. Wiele razy namawiał ją, żeby je zapisywała.
Pod koniec roku 1931, gdy Henryk był w Paryżu, zabrała się do tego poważnie. Gdy wrócił pokazała mu. Przeczytał w ciągu jednego dnia. Był zaskoczony – to prawie powieść – powiedział.
– Powieść? To jest moje życie – odpowiedziała. Żartem zapytała czy znalazłby się wydawca dla tej “powieści”.
Następnego dnia Henryk zabrał się do pisania. Nelly ze zdumieniem zauważyła, że kartki z jej opowieściami lądują w palenisku kominka. Henryk wytłumaczył, że książka typu Życie Nelly Kröger nie zainteresuje wydawców. To jest opis poważnego życia i taki będzie tytuł książki – Ein ernstes Leben. Zasady nie pozwalają mu opublikować jej wspomnień pod swoim nazwiskiem, dlatego pisze wszystko od nowa.

Wspomnienie H. Kestena TUTAJ.

Życie na emigracji

Jak już wspomniałem Henryk i Nelly osiedlili się w Nicei, Tomasz z żoną zamieszkali w Küsnach (okolice Zurichu).

Tomasz nie czuł się bezpiecznie w Szwajcarii. Miał wciąż poczucie, że jest śledzony przez hitlerowskich agentów, że może zostać porwany lub zamordowany.
Z drugiej strony nie mógł się pogodzić z utratą majątku pozostawionego w Niemczech – willa, meble, samochód.
W rezultacie nie udzielał się publicznie i nie deklarował oficjalnie swojego stosunku do nazistowskich Niemiec.
Powodowało to niemałą konsternację w świecie literatury. Starsze dzieci, Klaus i Eryka, nalegały na ojca, żeby się oficjanie zdeklarował. Tomasz Mann odpowiadał, że ma większy wpływ na życie umysłowe Niemców, jeśli jego książki są publikowane w kraju.
Publikuje w tym czasie, w Niemczech, kolejne tomy tetralogii Józef i jego bracia. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.
Zaskoczeniem było, że władze zezwoliły na wywiezienie z jego willi wielu sprzętów i mebli. Najbardziej ucieszyła go kołdra. Gdy do niego dotarła, spał już spokojniej.

Henryk działał bardzo aktywnie. Został członkiem brytyjskiego PEN-clubu, honorowym prezydentem Związku niemieckich pisarzy na uchodźtwie.
Stwierdził, że włada językiem francuskim równie dobrze jak niemieckim i opublikował książkę La Haine – Nienawiść. Książka nie zyskała popularności wśród czytelników francuskich, niemieckich czytelników było na emigracji niewielu, Anglia nie była zainteresowana tłumaczeniem.
Nelly wróciła do zawodu krawcowej.
Henryk zaczął pisać książkę Henryk IV.

Połowa roku 1934 – pierwsze spotkanie Hitlera z Mussolinim, we Włoszech. Hitler jest pełen podziwu dla spadkobiercy antycznych cezarów i filozofów. Opinia Mussoliniego o Hitlerze: szalony mały klown.
Miesiąc później zamach stanu w Austrii, zabójstwo kanclerza Dollfussa. Mussolini oskarża Niemcy o zamach i zapowiada wojnę, jeśli Niemcy wkroczą do Austrii.

Pod koniec 1934 roku Henryk odwiedził swoją byłą żonę Mimi i córkę Goschi w Pradze. Córka wykazywała wielkie zainteresowanie tańcem.
Nelly przepisuje na maszynie zakończony manuskrypt Henryka IV.

Rok 1935 – Tomasz Mann odwiedza Stany Zjednoczone.
Henryk publikuje Henryka IV. Książka zyskuje bardzo wysoką ocenę krytyki – świetne analogie polityczne, literatura najwyższego lotu. Tomasz wypowiada się z wielkim szacunkiem o książce brata, ale czuje, że to już ostatnie słowo Henryka. Wielki brat nie zagrozi pozycji Tomasza w literaturze niemieckiej.

W lutym 1936 roku Tomasz Mann złożył oficjalną deklarację potępiającą władze w Niemczech.
W listopadzie 1936 przyjął obywatelstwo czeskie (Henryk przyjął je kilka miesiecy wcześniej), zaraz potem pozbawiono go wraz żoną i dziećmi obywatelstwa niemieckiego. Jego książki trafiły na listę utworów zakazanych. Uniwersytet w Bonn odebrał mu honorowy doktorat.

Henryk przemawia w Paryżu na na międzynarodowym kongresie pisarzy, w Brukseli – na światowym kongresie pokojowym. Wygłasza przemówienie w Lidze Narodów.

W tym czasie Tomasz z żoną odwiedzają Czechosłowację i Węgry. W Pradze tamtejsi pisarze dyskutują z nim szanse Henryka na literacką Nagrodę Nobla. Tomasz nie widzi żadnych szans.

Chmury przed burzą

Włochy wkroczyły do Etiopii. W Hiszpanii wybucha wojna domowa.

Ideowy marksista Wiktor Serge – KLIK – pisze do Leona Trockiego: Drogi Leonie Dawidowiczu. Martwię się o Was. Czy otrzymaliście mój poprzedni list? Widzę, że tu szykuje się akcja fizycznej likwidacji Zinowiewa i jego grupy. Bierność naszych towarzyszy w obliczu nadchodzących represji to zbrodnia…
W Moskwie odbywa się proces 16 czołowych działaczy komunistycznych, zostają skazani na śmierć. Po procesie odbywa się “wielka czystka”, ginie około miliona działaczy komunistycznych.

Wiktor Serge do Andre Gide’a: … pamiętam strony pańskiego Dziennika, w którym w roku 1933 zadeklarował pan przynależność do komunizmu, gdyż zapewnia on swobodny rozwój osobowości… czytam to w chwili, gdy nikt dookoła mnie nie odważyłby się prowadzić dziennika.

Dokończenie za tydzień

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Stuart 34

Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down
Oh I’ll never know what makes this man
With all the love that his heart can stand
Dream of ways to throw it all away

Siła przyciągania jest przeciwko mnie
Siła przyciągania chce mnie ściągnąć w dół
Nigdy nie dowiem się, co sprawia, że człowiek
Którego serce może pomieścić tyle miłości,
Myśli o tym, żeby to wszystko porzucić.

Gravity, John Mayer

Joanna Trümner

Siła przyciągania

Pobyt Stuarta w Nowej Zelandii przedłużył się, z planowanych kilku miesięcy zrobił się rok. Rok, podczas którego Stuart nie musiał martwić się o występy, gdyż jego trasa koncertowa nabrała własnej dynamiki. Bardzo często w hotelach, w których nocował, czekał na niego telefon lub kartka z propozycją kolejnego wieczoru.

Również Wellington, gdzie spędził kilka pierwszych miesięcy pobytu w Nowej Zelandii, było miastem bardzo mu przychylnym. Louis wprowadził go do grona swoich przyjaciół, muzyka Stuarta podobała się publiczności. Po kilku tygodniach pobytu Stuart doszedł do wniosku, że wcale mu nie brakuje ani Sydney, ani tempa życia w wielkim mieście. Zaczął się zastanawiać, czy nie zamieszkać na stałe w spokojnym, przyjaznym Wellington. Podczas jednej z imprez w mieszkaniu Louisa pojawiła się Catherine. Patrząc na nią Stuart nie mógł opanować uczucia dumy, że tak piękna kobieta przez kilka miesięcy była częścią jego życia.

Obydwoje byli jednak wyraźnie zażenowani tym niespodziewanym spotkaniem. Podczas krótkiej i pełnej dystansu rozmowy Stuart uświadomił sobie, że czas zmienił ich w dwójkę obcych ludzi. Był rozczarowany. W czasie, kiedy on i Catherine byli parą, nawet przez chwilę nie przeszłoby mu przez głowę, że jego dziewczyna da się kupić za pieniądze bogatego, starego mężczyzny. Mężczyzny, który od dłuższego czasu siedzi na wózku inwalidzkim i którego życie prawdopodobnie nie będzie trwało zbyt długo. „Przecież ona na pewno nie jest szczęśliwa. A może już wtedy, kiedy byliśmy razem, tylko tego chciała od życia – pieniędzy i pozycji?”, zastanawiał się.

Przez cały wieczór unikał jej obecności, a kiedy w kilka minut przed północą Louis zaproponował mu, żeby wspólnie z nim zaśpiewał „You‘ve got a friend” Carole King, był wdzięczny przyjacielowi za rozproszenie pełnych goryczy myśli. Ich głosy uzupełniały się tak doskonale, że goście poprosili o kilka dalszych piosenek. „Jesteśmy po prostu perfekcyjni”, pomyślał Stuart. „Może powinniśmy nagrać płytę w duecie?”, zapytał Louis, podając Stuartowi kieliszek czerwonego wina. W miarę upływu wieczoru i alkoholu ich wspólne plany muzyczne nabierały konturów, o czwartej nad ranem na stole leżała mapa Stanów z zaznaczonymi miejscami przyszłych wspólnych koncertów.

W kilka dni po tym wieczorze Stuart ruszył w drogę po miastach i miasteczkach Nowej Zelandii. Podczas koncertu w Queenstown po raz pierwszy poczuł, że ogarnia go dziwny niepokój. „Przecież to tylko kolejna mała sala w kolejnym małym miasteczku, gdzie ludzie czekają na moją muzykę. Oni przez chwilę zabijają nudę, a przy okazji ja przez chwilę czuję ich podziw”, pomyślał, przywołując się do spokoju. Od tego koncertu jednak zaczęła w nim natrętnie powracać myśl, że jest zmęczony i że coś się wypaliło. „Nie ma żadnego powodu, żebym tak myślał. Przeciwnie, nareszcie wszystko zaczęło się układać. Nikt nie umarł, nikt nie zwariował, robię to, co zawsze chciałem robić i zarabiam niezłe pieniądze”, powtarzał sobie kilkakrotnie w ciągu dnia, próbując odnaleźć zgubiony optymizm. Im bardziej starał się zapanować nad uczuciem smutku, tym mocniej jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, nie pozwalała mu cieszyć się na kolejne spotkania z publicznością, wywoływała uczucie, że stanął w miejscu i że nie ma siły na dalszy krok.

Stojąc przed publicznością nieraz myślał o tym, że koncert, który daje dzisiaj, niczym nie różni się od koncertu, który dawał wczoraj. Począwszy od tradycyjnego papierosa tuż przed wejściem na scenę, a skończywszy na bisie, zawsze tym samym – piosenki Beatlesów „Let it be”. Zmieniały się tylko sale i twarze. Z niesmakiem myślał o tym, że podczas miesięcy koncertowania zmienił się w oszusta, osobę, która śpiewa o emocjach, jakich już nie doznaje. Bał się, że publiczność go zdemaskuje „Może po prostu powinienem zrobić przerwę, zatankować trochę siły. Zanim ludzie sami przestaną mnie słuchać”, zastanawiał się, patrząc na kolejną pełną salę.

Przypomniała mu się rozłożona na stole Louisa mapa Stanów. Już wiedział, dokąd poprowadzi go dalsza podróż. Pod koniec marca pożegnał Nową Zelandię i wsiadł w Auckland do samolotu do Phoenix. Chciał zacząć miesięczną podróż po Stanach od Wielkiego Kanionu, o którym Louis powiedział mu kiedyś, że jest ósmym cudem świata. Zamierzał też odwiedzić Las Vegas i Dolinę Smierci, polecieć do Nashville i zakończyć podróż w Nowym Orleanie. Za radą Louisa niczego nie rezerwował, nie chciał pozbawiać się możliwości spontanicznej zmiany planów. W samolocie rozłożył przed sobą mapę Stanów i wodził po niej palcem, próbując prześledzić przebieg podróży po Ameryce.

Koło niego siedział młody mężczyzna, któremu stewardesa pomogła się przesiąść z wózka inwalidzkiego. Stuart miał wrażenie, że jego sąsiad bardzo cierpi. „Jak on wytrzyma ten lot?”, zastanawiał się. Siedzieli w rzędzie przy wyjściu awaryjnym, mieli więc miejsce na wyciągnięcie nóg i Stuart z ulgą pomyślał, że nie będzie musiał budzić sąsiada, żeby pójść do toalety. Siedzieli tak obok siebie i milczeli. Po kilku godzinach lotu stewardessa podała im tace z posiłkami. Stuart przyglądał się zmaganiom sądiada, widział, że krojenie posiłku nożem i widelcem sprawiało mu trudność. Po kilku minutach odważył się zaproponować: „Chętnie ci pomogę”. Nieznajomy popatrzył na niego z wdzięcznością w oczach i podziękował.

Po posiłku Stuart położył tacę nieznajomego na swoją i czekał w milczeniu na przyjście stewardessy. „Jeszcze przed rokiem byłem zupełnie inną osobą”, odezwał się nieznajomy. „Miałem niezłą pracę w biurze turystycznym, zobaczyłem kawał świata, w czasie wolnym grałem w rugby, albo spotykałem się z moją dziewczyną. Od kilku miesięcy mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie straciłem czucie w nogach i przewróciłem się na ulicy. Natychmiast podeszła do mnie jakaś młoda kobieta, pomogła mi wstać i zapytała, czy ma wezwać lekarza. Była bardzo ładna, może dlatego nieźle się zmieszałem, podziękowałem i powiedziałem, że się zamyśliłem i potknąłem. Upadki zaczęły się powtarzać, zacząłem tracić czucie w rękach, po kilku tygodniach nie mogłem już nikomu, a przede wszystkim sobie, wmawiać, że wszystko jest w najlepszym porządku. W końcu wybrałem się do lekarza, do jednego, drugiego, trzeciego, w końcu czwarty lekarz zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Mam jakąś nietypową odmianę, która bardzo szybko postępuje. Lekarstwa njiezbyt pomagały. W sumie jestem chyba wdzięczny za tą chorobę, od czasu, kiedy jestem chory, dostrzegam rzeczy, które mnie do tej pory nie interesowały – wschód słońca, dobrą muzykę, to, że wstałem i potrafię jeszcze sam przejść kilka kroków. Nauczyłem się nie złościć na głupotę innych, czy też rzeczy, które sprzysięgają się przeciwko mnie, jak zablokowane przez liście kółko wózka inwalidzkiego. Trzeba je po prostu usunąć i jechać dalej. Rodzina pozbierała pieniądze na pobyt w klinice w Bostonie, gdzie testują nowe lekarstwa. Rzekomo jest to najlepsze, co w tej chwili medycyna ma do zaoferowania w walce z MS”.

Stuart przyglądał mu się z mieszaniną współczucia i podziwu, po głowie chodziło mu pytanie o narzeczoną młodego mężczyzny. On uprzedził pytanie. „Zerwałem narzeczeństwo, nie chcę żeby ktoś był przy mnie z litości, nie chcę, żeby za kilka lat moja partnerka żałowała, że musi się opiekować kaleką”. Stuart patrzył na nieznajomego z sąsiedniego miejsca w samolocie z coraz większym zainteresowaniem, wiedział już, że właśnie prowadzi jedną z tych rozmów, które pamięta się przez całe życie. Młody człowiek był spokojny i rzeczowy, opowiadał bez rozgoryczenia, bez żalu, bez smutku. Potrafił pogodzić się z wyrokiem losu i zachować poczucie humoru i optymizm. „Jakie mam szczęście”, pomyślał Stuart i zdał sobie sprawę, że jego zmęczenie życiem i wypalenie są niczym w porównaniu z losem nieznajomego.

Na lotnisku w Phoenix na nieznajomego z samolotu czekała starsza kobieta z kartką w ręku. „Gage Barrows”, przeczytał Stuart i obiecał sobie, że nigdy nie zapomni tego nazwiska. Ale też od dawna nie spotkał nikogo, kto by go tak zafascynował. Po raz pierwszy spotkał człowieka o imieniu Gage. „Niezwykli ludzie noszą niezwykła imiona”, pomyślał w drodze z lotniska po samochód, którym miał rozpocząć podróż po Stanach.

Cdn.

Szopa w salonie 12

Łukasz Szopa

S.T.S.

Dziś będzie trochę krócej. Nie żebym już z góry wiedział, ile mi się zechce i przyjdzie napisać – ale krótcej będzie, gdyż będzie o skracaniu. A właściwie – o spiskowej teorii skracania. Czyli S.T.S. Czytelnik zna mnie dotąd z dwóch przynajmniej anty-zalet: autowania się czymś tam, i brakiem skromności. No więc wyautuję się tym razem stwierdzeniem, że jednak wierzę w teorie spiskowe. A przynajmniej jedną. Nie, nie tą o żydowsko-masońsko-kapitalistyczno-komunistyczno-wegańskim spisku progenderowskich fake-newsów rozsiewanych za pomocą szczepionek spadających na nas przez cam-trailsy – gdyż to przecież oczywistość, nie teoria spiskowa, i na tyle znane, że nie ma co o tym pisać. Aha, miałem się też chwalić, nie tylko autować. No więc pochwalę się, że wierzę tylko w jedną teorię spiskową – tą, którą sam odkryłem. Czyli M.S.T.S. – moją spiskową teorię skracania.

Rzecz dzieje się głównie w Niemczech, choć może powinienem prowadzić badania więcej i szerzej, i okazałoby się, że nie lepiej ma się sprawa w Serbii, Polsce, USA czy Rosji. Ale skoncentrujmy się na języku niemieckim. Czy też, ściśle mówiąc – medialnym przekazie języka niemieckiego w przypadku skrótów.

Nie wiem, czy winna wszystkiemu „prasa“, a na pewno nie użyję terminu „Lügenpresse“ (ojej, użyłem!…). Ale stąd czerpię główny zasób dowodów. Czytając. I zauważając, że z biegiem lat (a czytam prasę niemieckojęzyczną od gdzieś 1987 roku), coś znika. (A to dopiero syndorom pierwszy!) A mianowicie – kropki. Punkty. Między literkami. Chodzi o skróty, które jeszcze w latach 60 i 70 zaznaczane były nie tylko dużymi literami, ale i kropkami pomiędzy. I tak Niemcy były wtedy w „E.W.G.“, w „U.N.O.“, w „N.A.T.O“ i tak dalej. W latach 80 i 90 to się zmieniło – okazało się, że znalazły się w całkowicie nowych organizacjach: „EG“ (i wkrótce potem „EU“), w „UNO“ oraz w „NATO“. O ile pierwsza zmiana była rzeczywistą zmianą nazwy, o tyle inne zmiany to po prostu zaoszczędzenie sobie kropek podkreślających skróty – pewnie podrożała nie tylko nafta (nie mylić z NAFTA!), ale i tusz drukarski i papier. Z „R.A.F.“ zniknęły wpierw kropeczki, potem cała RAF (chodzi o grupę terorystów, nie o brytyjskie siły lotnicze). USA z kolei nie tylko nie zniknęło, ale przeżyło i następną „reformę skrótowania“. Ostatnim Mohikaninem była wspaniała „F.D.P.“, która do 1998 trzymała się kropek (cóż, mała partia, czuła, że może wkrótce całkiem zniknąć).

I to następny punkt (których nie ma!), nawet dużo bardziej podejrzany i godny krytyki, niemieckojęzycznego, potocznego skrótowania – zanikanie dużych liter. To prawda, „USA“ nadal tak się pisze, dobrze trzyma się również „EU“, „OSCE“, „BVG“ czy „NRW“. Różnie bywa to w przypadku „OPEC“/„Opec“ czy „ADAC“/„Adac“. A całkiem „zesłowiono“ już skróty jak „Fiat“,„Uno“, „Nato“ czy „Naftę“.

A problem według mnie podwójny. Po pierwsze, łatwo o konfuzję – nie tylko gdy „Uno“ pojawia się bez „Fiata“, ale i gdy pojawiają się wspólnie. Dużo większym problemem jest jednak fakt, że obydwa zabiegi – niby graficzne, niby typograficzne – to znaczy po pierwsze usunięcie kropek, po drugie robienie ze skrótów wielkoliterowych „słów“, mają jeden niszczycielski efekt: czytelnik/odbiorca z czasem zapomni o tym, że dane słowo to właściwie skrót, a następnie – przestanie się pytać, „a co ten skrót właściwie znaczy“? Dlatego uważam te zabiegi za spisek – a odpowiedź redakcji na moje interpelacje (jedynie „Süddeutsche Zeitung“ raczyło raz odpowiedzieć), że „nie ma tu reguł, że tak się z czasem i przyzwyczajeniem przyjęło, że niektóre skróty się przerabia w słowa“ – tylko moją teorię potwierdzają. Bo niby prawda, „Uno“ wypowiedziane po włosku brzmi piękniej niż „United Nations Organization“, i po co zastanawiać się, co ma „Nato“ wspólnego z akwenem atlantyckim (którego członkiem są nie-atlantyckie kraje jak Turcja, Australia czy Słowacja).

A ja uważam, że powinniśmy wiedzieć, „kto zacz“, że po pierwsze coś skrótem jest, a po drugie – co znaczy. Nie tylko, by nie mylić „R.A.F.“ z „RAF“ czy „FKK“ z „F.C.K.“ Ale dla edukacji i codziennej świadomości w odbiorze newsów. Tym bardziej w czasach, gdy wg. badań opinii publicznej, tylko 55% pracowników branży IT wie, co oznacza „IT“.

Ja wiem, i jako pracujący informatyk właśnie tu pozwolę innym na wyjątek, i nie tylko ominięcie kropeczek, ale i „zesłowienie“ tego skrótu. Ale tylko, jeśli zechcecie mnie od dziś nazwywać „It-boy“!

P.S. Zapomniałem o trzecim punkcie M.S.T.S., czyli konfuzjowaniu. Bo Niemcy czasem robią skróty, które skrótami nie są. By nie dłużyć, dam dwa przykłady, tym razem bez interpretacji „dlaczego“ i „kto za tym stoi“: „OP“ i „KZ“.

A że i Niemcy na moją teorię nie potrafią odpowiedzieć, widać tu:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-abkuerzungsverschleierungs-info-avi

Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

“Santa Barbara” (reblogs)

Prezentujemy tu wystawę Anny Krenz zorganizowaną w ramach projektu PBW w dniu 20 października 2017 roku w galerii Suedblock na Kreuzbergu, ponieważ wystawa trwała tylko jeden wieczór i już następnego dnia została zdjęta

Elżbieta Kargol

Polenbegeisterungswelle / Fala zachwytu Polską
Wystawa Anny Krenz

Doszukiwałam się nie wiadomo czego, święta Barbara patronka również architektów, przecież artystka Ania (może na drugie Barbara?) jest z wykształcenia architektką. Potem Ewa uświadomiła mi, że to droga krzyżowa, więc znowu szukałam asocjacji z kolejnymi stacjami Męki Pańskiej. Ukrzyżowanie znalazłyśmy. Zmartwychwstanie też, które już do biblijnej drogi krzyżowej nie należy.


Artystka, jak na prawdziwą Barbarę przystało z koroną na głowie, rozwiała wszelkie nasze wątpliwości.
Najzabawniejsze jest to, że wcale o świętą Barbarę nie chodzi. Sztukę można przeinterpretować. “Santa Barbara” to amerykański serial telewizyjny wątpliwej jakości, który artystka pilnie śledziła i to był jej chyba trzeci upadek pod krzyżem.
Dla mnie ostatnią stacją drogi krzyżowej jest rysunek Antosia: wieża z trzema oknami, czwarte to wyjście, którym Barbara próbuje wydostać się na wolność, dwie małe wieże są dla łotrów, pierwszy już złapany, drugi chyba nawrócony, bo wyciąga z pudła mały krzyżyk.
Jednym z atrybutów Barbary były strusie pióra, symbol męstwa a więc struś podtrzymuje platformę, na którą Barbara mogłaby wskoczyć, gdyby chciała.
Ale czy zechce?
Świetna wystawa, świetne miejsce!!!
 

Anna Krenz

Santa Barbara

„Santa Barbara“* is a personal story, a kind of a diary of a little girl, who wanted to be a saint and a martyr. It is a story of a childish fascination of katholic narration, symbols and aesthetics. Holy images, incenses, ribbons and white dresses; relics, stigmata and blood.
The artwork, however, shows also dark sides of this fascination, which slowly reveal themselves shedding layers – showing hypocrisy, false and superficiality of what should have been spiritual and from definition good. The girl grows up, slowly opens here eyes and sees through, as one by one curtains fall off and reveal the reality of adult world.
Awakening – seeing for herself and leaving the Church is mixed with fascination of the Western pop culture which appeared in Poland right before and after the fall of communism. Its accidental and maybe banal manifestations influence the girl’s choices. The girl has to decide: should she go to the Church for the Sunday mass or stay home and watch an American soap opera?
The girl grown up today she has to deal with consequences of her choices, she counts with the past.
What influence has religious ethics and aesthetics on the girl? What fascinates her? What scares her? What is the role of coincidence in decision making? What will she choose?
The artwork is a series of different situations shown in comic style. There are 14 scenes / stations – resembling katholic Way of the Cross. However, the comics is 3-dimensional and up-scaled and consists of various layers. Its form symbolises layers of superficial spirituality and religiousness, behind which there is a deeper meaning and different (real?) world.

*„Santa Barbara“ is an American soap opera which was aired on Polish TV in the end of the 80s. The series was aired Sundays at 11 AM.

„Santa Barbara“* to osobista opowieść, niejako z pamiętnika małej dziewczynki, która chciała być świętą i męczennicą. Opowieść o dziecięcej fascynacji religijną narracją, symbolami i estetyką. Święte obrazki, kadzidło, kokardy i biała sukienka; relikwie, stygmaty i krew.
Jednak praca pokazuje i ciemne strony tej fascynacji, które powoli jak wartstwy pozłotki opadają, ukazując hipokryzję, fałsz i powierzchowność tego, co powinno być duchowe i z definicji dobre. Dziewczynka dorasta, powoli otwiera oczy, opadają kolejne zasłony ukazują realizm dorosłego świata.
Przebudzenie i odejście z kościoła przeplata się też z fascynacją „zachodnią“ kulturą popularną pojawiającą się przed i po upadku komunizmu w Polsce, której przypadkowe i może banalne działanie wpływa na podjęcie decyzji. Dziewczynka bowiem staje przed wyborem: czy w niedzielę iść do kościoła czy oglądać amerykańską operę mydlaną?
Dziewczynka już dorosła i dziś mierzy się z konsekwencjami podjętych decyzji i rozlicza się z przeszłością.
Jaki wpływ ma estetyka i etyka religijna na dziewczynkę? Co ją fascynuje? Co ją przeraża? Jaka jest rola przypadku w podejmowaniu decyzji? Co wybierze?
Praca składa się z sekwencji komiksowo opowiedzianych scen – jest ich 14, tyle ile stacji w drodze krzyżowej. Jednak komiks jest przestrzenny, trójwymiarowy i przeskalowany, złożony z warstw, jego forma symbolizuje warstwy powierzchownej duchowości i religijności, za którymi kryje się zupełnie inny (prawdziwy?) świat.

*„Santa Barbara“ to tytuł amerykańskiej opery mydlanej, pokazywanej w polskiej telewizji pod koniec lat 80 w Polsce. Serial emitowany był w niedziele o godzinie 11.00.


Foto Martyna Bec, Wojciech Drozdek, Ela Kargol, Anna Krenz

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX

 

Bracia Mann (1)

Lech Milewski

Król i rywal

Rywal

“W liście datowanym 19 marca 1950 roku, Tomasz Mann donosił:

Ceremonia pogrzebowa była godna. Przemawiali pastor kościoła Unitarnego i Lion Feuchtwanger , kwartet grał pięknie powolny utwór Debussy’ego, kroczyłem za trumną po ciepłej trawie cmentarza w Santa Monica.

Na wstędze na żałobnym wieńcu był napis: Mojemu Wielkiemu Bratu z miłością.

Tomasz Mann.

Napis bardzo konwencjonalny, ale jednak warto poświęcić mu chwilę, a to nasuwa pytanie – czy Tomasz Mann rzeczywiście uważał swojego brata za wielkiego człowieka, za ważnego twórcę? Czy w ogóle go kochał?”

Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.

Ludwig Heinrich Mann urodzil się 27 marca 1871 roku jako najstarsze dziecko w rodzinie zamożnego kupca, senatora miasta Lubeki.

“Lubeka… po której wędrując dzisiaj odnosi się wrażenie, że tkwi głęboko w gotyckim średniowieczu. (…) w jej atmosferze jest coś ze stanu umysłów w ostatnich dziesiątkach XV wieku, coś z histerii dogasającego już średniowiecza, coś z utajonej epidemii (…) można łatwo sobie wyobrazić, że nagle ni stąd ni zowąd będziemy świadkami jakiegoś tańca św Wita, że wyruszy skądś krucjata dzieci, że pojawią się stygmatycy…”

T.Mann – odczyt O Niemczech i Niemcach – 1949 rok.

Poniżej fragment Tańca Śmierci – 30-metrowego fresku w St Marien Kirche.

Todendanz

Przez cztery lata Henryk nie musiał z nikim dzielić czasu spędzanego ze swoją matką. Tym bardziej odczuwał chwile samotności, gdy matka poświęcała się grze na fortepianie czy zapadała w długie okresy melancholii.

W roku 1875 przybył brat Tomasz, w 1877 siostra Julia, w 1881 Carla.

Rodzeństwo

Na powyższym zdjęciu Henryk ma 16 lat. Pewnie jeszcze bierze udział w przedstawieniach domowego teatrzyku kukiełkowego, który jego brat opisał w opowiadaniu Pajac.
Może jeszcze słucha jak matka czyta dzieciom. Wiadomo, że czytała im wiele opowiadań E.T.A. Hoffmana. Największe wrażenie robiło opowiadanie Sandmann (polskie tłumaczenie nosi tytuł Piaskun), o Natanielu, którego gnębią wizje Piaskuna kradnącego oczy dzieciom, które nie idą grzecznie do łóżka.

Rok później 13-letni Tomasz przeżywał głęboko nieokreślone uczucie do kolegi szkolnego – Armina Martensa.
W opowiadaniu Toni Kroger, nosi on imię Hans Hansen. Tytułowy Toni – kocha fontannę, stary orzech, swoje skrzypce, morze w oddali i cierpi z tego powodu… gdyż im bardziej kochasz tym bardziej jesteś w niekorzystej sytuacji i musisz cierpieć.
W tym samym okresie cztery lata starszy Henryk odwiedzał Pension Knoop gdzie po raz pierwszy doświadczył “normalnej zmysłowej błogości”.

To co dla Henryka było normalne, dla Tomasza było źródłem metafizycznych rozważań. Nic dziwnego, że Tomasz oceniał pisarstwo brata jako przesadne, nieumiarkowane, czasem bezwstydnie erotyczne.

Już w 1887 roku Henryk opublikował swoje pierwsze opowiadania i wiersze. Dwa lata później zrezygnował z nauki w szkole i rozpoczął pracę w księgarni Von Zahn und Jaensch w Dreźnie.

Praca była nudna i męcząca. Wolny czas spędzał w lokalach kulturalnych i rozrywkowych. Równieżw domach publicznych. Stwierdził u siebie wybuch patologicznej zmysłowości. Interpretował miłość jako najwyższą formę szczęścia, które musi prowadzić do literackiego sukcesu. Nie bez powodu nazywał swoje próby literackie Erguss.
W roku 1890 opublikował pierwszą książkę Haltlos – Bezpodstawnie. Następnego roku przeniósł się do Berlina gdzie pracował w wydawnictwie Samuel Fischer.

Ojciec rodziny – Thomas Johann Heinrich Mann – nie miał złudzeń co do charakteru swego najstarszego syna. W testamencie napisał:

“Na kuratorów nakładam obowiązek oddziaływania na praktyczne wychowanie mych dzieci. Na ile to będzie leżało w ich mocy, przeciwdziałać skłonnościom mego najstarszego syna do tzw. działalności literackiej. (…) Podłożem jego skłonności jest marzycielski nieład i bezwzględność wobec drugich, biorąca się może z bezmyślności. Mój drugi syn podatny jest na spokojne wyobrażenia, ma dobry charakter i oswoi się z zawodem praktycznym. Po nim mogę się spodziewać, że będzie podporą dla swej matki.”

Tomasz również nie spełnił oczekiwań ojca. Podobnie jak Henryk miał duże kłopoty w szkole, musiał powtarzać dwie klasy, nie uzyskał świadectwa maturalnego. Ojciec sprzedał rodzinną firmę.
Być może przedwcześnie gdyż ostatni z rodzeństwa, urodzony w 1891 syn Wiktor, odziedziczył po przodkach zdolności kupieckie. Niestety ojciec rodziny zmarł kilka miesięcy po urodzinach trzeciego syna – w październiku 1891 roku.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia Henryk dostał krwotoku płuc. Dwa lata spędził w sanatoriach. W tym czasie rodzina przeniosła się do Monachium. Po dojściu do pełni sił Henryk wyjechał do Włoch.

Tomasz został wezwany do odbycia rocznej służby wojskowej. Po kilku tygodniach nadciągnął sobie ścięgna w łydce i po dłuższym pobycie w wojskowym szpitalu został uznany za niezdolnego do służby wojskowej.
Jego wrażenie z wojska: wrzask, marnotrawstwo czasu i sztywny regulamin dręczyły mnie ponad wszelką miarę.

Mógł więc dołączyć do starszego brata przebywającego we Włoszech. Bracia otrzymywali od matki pensję, po 160 marek miesięcznie.

Najmłodszy członek rodziny, Wiktor 5 lat, wspominał: Wujkowie Heini i Ommo byli we Włoszech (…) czasem przychodziły od nich listy, takie jak ten –

Szkaradnie w głowę stuknięci,
przyślijcie natychmiast tysiąc.
h oraz t.

Nie zapominali jednak o najmłodszym bracie – napisali dla niego wspólnie książkę z obrazkami.

Dyskutowali też projekt napisania wspólnie książki dla dorosłych, roboczy tytuł Upadek.
Tomasz zbierał już rodzinne wspomnienia i anegdoty. Henryk miał napisać rodziały dotyczące historii rodziny, Tomasz rozdziały o jej upadku. Według Henryka napisali wspólnie kilka rozdziałów.
Nie sposób w tym miejscu pominąć wzmianki o wkładzie jeszcze jednej osoby do tego projektu.
Wiktor Mann, który każdą wolną chwilę spedzał na ulicy w towarzystwie dzieci zamieszkałych w okolicy rzemieślników, wspomina: Pewnego dnia Tomasz wziął mnie na bok i zażądał żebym wyobraził sobie następującą sytuację: monachijski drobnomieszczanin ma dosyć wymówek swojej pretensjonalnej żony i chce odciąć jej się tak, żeby nie mogła z tym się pogodzić, żeby skończyło się rozwodem.
– No więc – powiedział Ommo pełen oczekiwania – co ten człowiek zawołał do swojej eleganckiej żony?
Krzyknąłem nie zawahawszy się ani na sekundę: idź do dziabła ty ścierwo parszywe”.

Literackim owocem pobytu we Włoszech dla Henryka była książka Im Schlaraffenland (polski tytuł – W krainie pieczonych gołąbków) – satyra na szerzącą się chciwość. Dla Tomasza była nim opublikowana w 1901 roku książka Buddenbrookowie – dzieje upadku rodziny. Przyniosła mu sławę.
Może ktoś z czytelników pamięta, że w tej książce znajdują się wspomniane przez Wiktora Manna słowa.
Trudno powiedzieć, czy publikacja Buddenbrooków miała jakiś wpływ na załamanie nerwowe Henryka, w wyniku którego musiał spędzić kilka tygodni w sanatorium.

Henrykowi w dojściu do normy pomogła praca nad książką Die Göttinnen – Boginie – trylogia o kobiecie, ktora odnajduje siebie – w poszukiwaniu wolności jako Diana, w pogoni za inspiracją jako Minerwa i w miłości jako Wenus. Oczekiwał, że książka, która mnie kojarzy się z Eat, Pray and Love, będzie wielkim sukcesem. Mocno się zawiódł.

W 1902 roku, najmłosza siostra, Carla, opuściła dom rodzinny, rozpoczynając karierę aktorską. Niezbyt fortunnie. Po przedstawieniu Hamleta, w którym z powodu choroby nie wystąpiła (w roli Ofelii), zabrała z teatru czaszkę i nazwała Nataniel, jak w bajce E.T.A. Hoffmanna.
Niepowodzenia kompensowała sobie ożywioną korespondencją z Henrykiem. Jej rezultatem była książka Die Jagd nach Liebie – Polowanie na miłość. Dla kulturalnego świata Monachium była to książka z kluczem, rozpoznano w niej wiele znanych osobistości.
Matka Henryka miała do niego wielkie pretensje za opisywanie ekstrawaganckich czynów i marzeń swojej siostry oraz za wzorowanie jednej z głównych postaci na osobie szwagra, męża starszej siostry Julii.
Tomasz Mann napisał do brata krótko: ...was Du machst, ist krank – to co robisz jest chore.

W tym okresie Carla zakochała się w Alfredzie Flechtheimie, agencie giełdowym. Miłość była wzajemna, ale rodzice Alfreda kategorycznie zabronili mu małżeństwa z osobą nieżydowskiego pochodzenia.
Carla w dalszym ciągu w listach zwierzała się Henrykowi ze swoich przeżyć a on ponownie napisał książkę opartą na scenicznych i życiowych doświadczeniach siostry – Aktorka.
To chyba zbieg okoliczności, że w tym samym czasie przetłumaczył na niemiecki książkę Choderlos de Laclos – Niebezpieczne związki.

Rok 1905, we Florencji, Henryk poznał i zakochał się w Inez Schmied. Urodzona w Buenos Aires przypominała mu matkę – niemiecko-południowoamerykańskie pochodzenie.
W tym samym okresie napisał książkę Profesor Unrat.

W lutym 1905 roku Tomasz ożenił się z Katią Pringsheim, pochodziła z bardzo zamożnej i szanowanej żydowskiej rodziny. Karnawał bracia wraz z najbliższymi i z Carlą spędzili w Wenecji. Inez nie zyskała sobie sympatii Carli ani Tomasza, który odwracał głowę, gdy mówiła.

Goście hotelu, w którym mieszkali skarżyli się dyrekcji, że ktoś umieścił na parapecie trupią czaszkę. Było to okno Carli.
Henryk sprawdził, w czaszce była mała paczka. Carla wyjaśniła żartobliwie, że to oszczędności jej życia. Po usilnych naleganiach brata wyjawiła, że to dawka cjanku wystarczająca “na uśmiercenie całego batalionu”. Uspokoiła Henryka, że świadomość posiadania takiego arsenału wyostrza jej umysł.

Związek Henryka i Inez przeżywał burzliwe dwa lata, gdyż Inez obawiała się, że małżeństwo odbierze jej niezależność. W rezultacie związek rozpadł się.

Carla przeżywała nową miłość – Leon Landau, syn rabina z Galicji. Jego rodzina absolutnie nie akceptowała aktorki. Zaręczyli się potajemnie. Rodzice straszyli syna wydziedziczeniem, wahał się. Dotarły do niego plotki o jej aferach miłosnych Carli.
30 czerwca 1910 Carla wzięła dawkę cjanku zdolną wytruć cały batalion.
Prawie 40 lat później Tomasz Mann opisał bardzo skrupulatnie tragedię siostry w Doktorze Faustusie – Klaryssa Rodde.

W 1911 – adaptacja książki Henryka – Aktorka – została wystawiona na scenie teatralnej. W tym samym czasie Tomasz kończył Śmierć w Wenecji – wydana w roku 1913 odniosła fenomenalny sukces.

Lata 1911-13 Henryk miał romans z aktorką i mężatką, Edith Kann. Literackim owocem znajomości była sztuka Die grosse Liebe – Wielka miłość.
Miłość nie była chyba zbyt wielka, gdyż w tym samym teatrze poznał Marię (Mimi) Kanovą – Żydówkę jak Katia żona Tomasza, ale z dużo niższych sfer. Pobrali się w sierpniu 1914 i osiedlili w Monachium.

Rok 1914 – Wielka Wojna zaskoczyła obu braci. Ze względu na słabe zdrowie obaj nie zostali powołani do wojska.

Źródła:
1. Evelym Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann. Instytut Wydawniczy PAX 1975.
3. Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.
4. Wiktor Mann – Wir waren Fünf – Było nas pięcioro. Czytelnik 1966.