Szopa w salonie 15

Łukasz Szopa

Bliskie Falklandy i Malwiny

Chciałem wczoraj napisać mailowy list do Haniji. Tak, Ismaila Haniji, szefa Hamasu, dokładnie tego. Chodziło mi o pewien brak logiki w ich – Hamasu – myśleniu, i pragnąłem życzliwie zwrócić uwagę. Bo rozumiem, że nie podoba im się fakt, że USA jednostronnie deklarują Jerozolimę jako stolicę Izraela. Choć można by się kłócić, czy to komukolwiek innemu przeszkadza, by Jerozolimę zadeklarować jako stolicę Palestyny, czy choćby Niemiec (pamiętajmy, że niemieccy cesarze przez wieki byli Królami Jerozolimy!) No, ale Hamas uważa to za bezczelność, prowokację, akt wrogości, wręcz „deklarację wojny“. No dobrze, niech im będzie. Ale dlaczego w takim razie nawołują do intifady przeciwko Izraelowi??? Po pierwsze, jak są wściekli na jakiś akt polityczny USA – to podług logiki powinni im wypowiedzieć intifadę czy wręcz wojnę. Tym bardziej, po drugie, że przecież Izraela Hamas w ogóle nie uznaje – jak więc walczyć z kimś, kogo teoretycznie wcale nie ma?? Wreszcie, po trzecie, ale to już na marginesie: czy można nawoływać do trzeciej intifady, gdy jakoś nigdzie nie widać oficjalnego glejtu kończącego i pierwszą, i drugą?

Ale na szczęście, zanim znalazłem w sieci maila od Hamiji i do niego napisałem, zastanowiłem się. Nie tyle nad logiką i siłą moich argumentów (bo są niezaprzeczalnie wodoodporne), ale nad czymś innym: Czemu, drogi Łukaszku, kręci cię nagle ten temat Jerozolimy, Hamasu, Palestyny, Izraela i Trumpa? Czemu nagle chcesz pisać maile, co cię tak nakręca?, podczas gdy jakoś w sprawie wojny w Południowym Sudanie czy ataków agresji i prześladowań Rohingów w Burmie jakoś pisać ci się ostatnio nie chciało?

I czy właśnie nie dokładnie to krytykowałeś jakiś czas temu w podobnym tekście do berlińskiego tygodnika „Der Freitag“ (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-besetzten-themen-gebiete)- tę przypominającą dwa obozy kibiców stronniczość i zainteresowanie Europejczyków to Izraelem, to Palestyńczykami, to „Bliskim Wschodem“ w ogóle (nota bene wymyślony termin, by uniknąć dyplomatycznych pułapek gdy jednak trzeba wymówić słowa jak „Izrael“ czy „Palestyna“. Wcześniej też myślałem, że to definicja geograficzna, taki trójkącik od Turcji po Iran na wschodzie i Jemen na południu.)

Że dla politycznie zainteresowanych (mniej lub bardziej, czyli od stammtischów po politologów) Europejczyków (a i Amerykanów czy Rosjan) śledzenie, ocena i kibicowanie „meczowi“ Izrael-Palestyna stało się hobby, głównie z uwagi na emocje. No i nawyki. Po roku 1945 większość Europejczyków z uwagi na Szoah nabrała nawyku martwienia się o los Izraela. Tak, nawyku, gdyż tylko mniejszość z nich naprawdę nosiła i nosi w sercu i głowie autentyczną troskę o los tego kraju i jego obywateli. Ale podobnie po 1967 z losem Palestyńczyków. Ich fani też tylko pielęgnują nawyk solidarności z Palestyną, przepędzonymi i okupowanymi Arabami – i też głównie nabrali tego nawyku nie z osobistych wycieczek w te strony, a po prostu – z mediów i polityki. Gdyż tak naprawdę to żadne szczere sympatie, a po prostu powierzchowne branie strony tego, który jest przeciwnikiem tego, którego nie lubimy. Nie lubimy Arabów czy muzułmanów – to bronimy Izraela, Izraelczyków i Żydów. I odwrotnie – dla antysemitów nic prostszego jak solidarność z Palestyńczykami. No i wreszcie są i tacy jak ja: nie solidaryzują się jednoznacznie z nikim (ze wszystkimi?), a mimo to na „Bliski Wschód“ i losy jego mieszkańców zerkają i reagują jednak częściej niż na Zachodnią Saharę czy choćby Libię – nota bene obywa państwa położone bliżej większości europejskich domostw niż Izrael/Palestyna.

Ale cóż, efekt taki, że właśnie tak powstał ten tekst… Więc żeby tak nie kończyć, zakończę lamentem nad własnym nie-pisaniem o Tybetańczykach, Uigurach, Sudańczykach i Kongolezyjczykach. Albo też o tym, że dzięki gwiazdom Hollywoodu o „wolnym Tybecie“ słychać częściej niż o wolności dla Xinjiangu czy Kaszmiru, a wojna w Darfurze była dzięki Jurkowi Clooney częściej na ekranach niż ta w Południowym Sudanie czy Kongu. I przypomnę, że moje zaangażowanie „polityczne“ zaczęło się już w 2 klasie podstawówki, gdy wybuchła wojna między Argentyną a Wielką Brytanią o „Falklandy-Malwiny“. Wtedy klasa – głównie chłopcy – podzielili się też dość szybko na dwa obozy „zwolenników“: Jedni byli za „Malwinami“, drudzy za „Falklandami“ – nie wiedząc, że to po prostu dwie różne nazwy tej samej grupy wysp…

Czego bała się moja prababka?

Krzysztof Mika

Fakelzugiem po Warszawie

To była pani z dobrego, przedpierwszowojennego domu: francuski, fortepian, nauki na pensji. Udział w strajku szkolnym w 1905 roku. Całe życie nosiła krzyż żałoby po powstaniu styczniowym. Wierząca katoliczka, sympatyczka PPS. Narodowców nie lubiła, pamiętała jak bojówki narodowców strzelały do pepesiaków w trakcie rewolucji piątego roku. Mąż był dość wysokim urzędnikiem kolei warszawsko-wileńskiej – jego zegarek służbowy mam do dziś – chodzi! Mam też ów krzyżyk żałoby narodowej.

Prababka kojarzy mi się z koronkami, kapeluszem i mieszkaniem na rogu Chmielnej i Żelaznej, przed wojną „dobra dzielnica”, a po wojnie już „Dziki Warszawski Zachód” – pamiętacie Hłaskę i Tyrmanda? Duże wielopokojowe mieszkanie zostało zasiedlone kwaterunkowymi lokatorami.  Prababka nie miała nic przeciwko temu – ludzie potracili mieszkania w trakcie wojny. Urocza pani, zawsze kapeluszu (przyzwoita kobieta nie wychodziła na ulicę z odkrytą  głową!), z pokorą znosiła powojenną rzeczywistość, pozostając wierną wierze i lewicowym poglądom. Często ja odwiedzałem po szkole, mieszkałem niedaleko, na Ochocie. Dokarmiała z groszowej emerytury. Skromne posiłki, podane elegancko i piękne srebrne sztućce z monogramami – tyle pozostało z dobytku po wojnie – tylko jedno nakrycie! Jest w rodzinie do dziś.

Prababka miała różne powiedzonka, bon-moty.  Jeden pamiętam do dziś: „nie boję się Niemców, Rosjan, komunistów – boję się hołoty”.  Wiedziała, co mówiła: cztery wojny, dwie rewolucje, jedna w Rosji na Ukrainie, budowa socjalizmu. To była mowa w rozumieniu (dobrym rozumieniu) lewicującej katoliczki z dobrego domu. A dziś przypomina mi się jeszcze jedna opowieść: w latach 30, nie wiem już w jakich okolicznościach, pojechała do Niemiec. Zaczynała się III Rzesza. Dla prababki to, co tam widziała, stanowiło wstrząs. Nazistowski entuzjazm Niemców, wstawanie z kolan, odrzucanie Traktatu Wersalskiego, skuleni normalni (jeszcze) ludzie, wycofani Żydzi.  Pamiętajmy, że nie kochała narodowców, więc odbierała to wszystko bardzo dotkliwie, emocjonalnie. Dużo młodych ludzi w mundurach, narodowe wzmożenie.

Ale z największym przerażeniem wspominała jedno wydarzenie. Pewnego dnia, wieczorem była świadkiem przemarszu fakelzugu. Co to jest fakelzug?  To marsz z pochodniami.  Ludzie w mundurach, ale i zwykli ludzie szli karnie i razem, nieśli również  sztandary, krzyczeli hasła narodowe, nazistowskie (prababka znała niemiecki). I wtedy zaczęła się bać. Wrażenie było tak silne, że wracało wiele lat po wojnie, prababka wielokrotnie „raczyła” mnie tą opowieścią, jako symbolem czegoś, czego należy się bać. Opowieści o wojnie owszem też, ale ów nazistowski fakelzug zajmował naczelne miejsce wśród „strasznych” opowieści.

Prababka miała jeszcze jedną umiejętność, potrafiła, językiem, oczywiście eleganckim, nazywać rzeczy po imieniu. Dla niej uczestnicy niemieckiego fakelzugu, być może nie wszyscy, to była groźna hołota. Pochodnie, nazistowskie hasła, poczucie mocy, wrzask – dla pani w kapeluszu było to nie do przyjęcia. Cóż fakelzugi stały się symbolem triumfującego nazizmu…

Jak się skończyło: wiadomo. Dlaczego dziś  do mnie wróciła do mnie ta historia? Otóż ulicami Warszawy przeszedł regularny fakelzug. Tak, w Warszawie! Tak, koło miejsca gdzie była słynna z czasów Powstania Warszawskiego barykada, 500 metrów od murów getta. Ten sam ryk, pochodnie, lepsze, bo pirotechniczne, ta sama ciemna moc, tylko kolory sztandarów nieco inne.  I „my chcemy Boga”, tam krzyczeli „Gott mit uns”.  Wierzący patrioci? I można mówić o cudownej uroczystości, morzu biało-czerwonych flag, rodzinach z dziećmi, wspólnym święcie itd. I konsekwentnie nie widzieć pewnych strasznych analogii, bezpośrednich nawiązań.

Moi rodacy-warszawiacy! jedną z głównych ulic naszego miasta przeszedł regularny fakelzug. Obejrzyjcie stare niemieckie kroniki, obejrzyjcie jeszcze raz „Kabaret”, „Zmierzch Bogów”, poczytajcie niemodnego dziś Remarque’a. Ja zaczynam się bać. Marsze podobne już miały miejsce, ale póki nie spotykały się z akceptacją rządzących… Rządy Republiki Weimarskiej też patrzyły przez palce, Hindenburg wręcz popierał Hitlera…

Powiecie: nie można szukać takich prostych analogii. Nie szukam – po prostu boję się. Tak jak bała się moja prababka.

Ze świata podręcznych 9

Zosia woła, woła, woła, od wielu miesięcy Zosia woła praktycznie codziennie!

MIASTO BEZPRAWIA – TONIEMY W PRZEMOCY

Nasze miasto staje się miastem bezprawia, panuje tu powszechna akceptacja dla przemocy.
A zachowanie władz, instytucji i funkcjonariuszy policji z KPP wskazuje na wiele patologicznych powiązań.
Niemoc organów powołanych do zadań przeciwdziałania przemocy zatrważa. W naszym mieście potrzebujemy monitoringu!
Chcemy żyć spokojnie.

Zosia ma sprzymierzeńców, ale sprawca przemocy ma ich też i są chyba lepiej ustawieni, dlatego nadal ma się dobrze, przebywa na wolności i zajmuje mieszkanie, z którego dzięki przemocy pozbył się i Zosi, i jej matki.

6 grudnia Zosia donosi: Departament Społeczeństwa Obywatelskiego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zajmie się sprawą bezpieczeństwa obywateli naszego miasta.
4 grudnia sprawę Zosi relacjonuje lokalna gazeta online,
Zapiski mazurskie:

Radni – nie bądźcie bezradni – apeluje mrągowska działaczka do reprezentantów mieszkańców z Rady Miasta Mrągowa

Kieruję apel ofiar przemocy, proszę pomyśleć, ale tak jak zwykły szary człowiek a nie organ samorządowy, że na moich stronach „Mrągowo bez przemocy” znalazło się kilka tysięcy wpisów i postów świadczących o tym, że mamy problem w Mrągowie.

Przeraża duża skala przemocy w Mrągowie – dotyczy nas wszystkich, a moja sprawa to jedna z wielu. Odnoszę wrażenie, że nasze miasto Mrągowo to miasto niemocy wobec przemocy.

Właśnie tymi słowami zwraca się Pani Zofia Wojciechowska z Mrągowa do radnych miasta Mrągowa.

Zofia Wojciechowska wystosowała apel. Spełnia swój obywatelki obowiązek i jeszcze chce się jej działać.

Zanim doszło do debaty na temat przemocy w Radzie Miejskiej, Zosia poruszyła niebo i ziemię, pytając wszędzie, w Sądzie, na Policji, w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, w tzw. MOPSie czyli Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, w Fundacji Niebieska linia i w Fundacji Biała Wstążka – dlaczego? Dlaczego pomaga się sprawcy, a nie jego ofiarom?
Dlaczego? Przyznaję, że nie wiem. Chyba że odpowiedź będzie taka jak zawsze – bo sprawca jest mężczyzną, a ofiarami są kobiety, ba, kobiety samotne!

W międzyczasie mama Zosi wylądowała z zawałem w szpitalu, po czym została umieszczona w drogim, opłacanym prywatnie Ośrodku Rehabilitacyjnym. 

Czy tak wygląda prawo? Czy tak wygląda sprawiedliwość?

Czy zmieni coś kolejna instytucja, która ma się obecnie zająć sprawą Zosi? Czy to kolejne mydlenie oczu?

Trzymaj się, Zosiu!

Nasz człowiek w Australii (nawet kilku): Góra Kościuszki

Lech Milewski

Artur Rubinstein w swojej książce My many years wspomina, jak podczas pobytu w stolicy Australii, Canberze (rok 1937), zauważył plakat zachęcający do wycieczek w okolicach Góry Kościuszki. Wieczorem tego samego dnia był na przyjęciu u gubernatora Australii i opowiedział o swoim miłym zaskoczeniu.
Gubernator wybuchnął śmiechem – więc i pan dał się na to nabrać!
– No co nabrać?
– Na te mylące aborygeńskie nazwy.
– Ależ proszę pana, tutaj nie może być wątpliwości. Kościuszko, to może być tylko polskie nazwisko.
– Ha, ha, ha. Wszyscy tak mówią. Nie ma pan pojęcia, jakie podstępne są te aborygeńskie języki.

Trzeba oddać gubernatorowi sprawiedliwość, że następnego dnia, po koncercie, pospieszył do garderoby artysty.
– Miał pan rację. Tę górę nazwał tak jakiś polski podróżnik a ja znowu zrobiłem z siebie durnia.

Uwaga: powyższy tekst to nie jest cytat tylko moje wspomnienie czytanej dawno temu książki.

Jakiś polski podróżnik…

st

Paweł Edmund Strzelecki urodził się w 1797 roku w Głuszynie – zabór pruski – obecnie dzielnica Poznania. Uczęszczał prawdopodobnie do szkoły Pijarów, a następnie kształcił się w akademii rolniczej.
Przez dwa lata pracował jako nauczyciel w majątku Adama Turno, a gdy otrzymał swoją część spadku po rodzicach, wyruszył w podróż do Austrii i Włoch. Tam spotkał księcia Franciszka Sapiehę, na którym zrobił tak dobre wrażenie, że ten zatrudnił go jako zarzadcę swojego majątku na Ukrainie, w okolicach Mohylewa.

Franciszek Sapieha zmarł w 1829 roku i zapisał Strzeleckiemu bardzo duży spadek. Wkrótce potem Strzelecki opuścił Polskę.
Jakiś czas przebywał w Paryżu, gdzie studiował geologię, a następnie, w listopadzie 1831 roku, przybył do Anglii. Prawdopodobnie legitymował się paszportem pruskim jako Edmund von Strzelecki.
W Londynie nawiązał kontakty w wyższych sferach.

W 1834 roku wyruszył w podróż dookoła świata. Najpierw odwiedził Kanadę, gdzie prowadził badania geologiczne i odkrył pokłady żelaza i miedzi. Następnie powędrował na południe, do Brazylii, a stamtąd do Urugwaju, Argentyny, Chile i wreszcie, po odwiedzeniu wielu wysp Pacyfiku, w kwietniu 1839 roku dotarł do Sydney.
Został przyjęty przez George’a Gippsa, gubernatora kolonii Nowa Południowa Walia (Australia jako państwo jeszcze nie istniała), który zachęcał go prowadzenia badań geologicznych i obiecał uczestniczyć w kosztach wypraw badawczych.
Podczas pierwszej wyprawy, na zachód od Sydney, odkrył ślady złota. W listach do przyjaciół pisał, że na prośbę gubernatora nie podał tego faktu do wiadomości publicznej gdyż gubernator obawiał się napływu awanturników z całego świata.

Następna, dłuższa wyprawa, wiodła w kierunku południowo zachodnim. W marcu 1840 roku dotarł do masywu gór i zidentyfikował najwyższą z nich.

Mt Kosciuszko

Najwyższą z nich?

Może pomocny będzie wpis z dziennika podróży:

Szczyt… uderzył mnie swoim podobieństwem do kopca, który mieszkańcy Krakowa usypali na grobie patrioty Kościuszki, więc chociaż w obcym kraju, na obcej ziemi, ale wśród ludzi wolnych i miłujących wolność, nie mogłem się powstrzymać, aby jej nie nadać nazwy Mount Kosciuszko.

Góra podobna do kopca. No to chyba musi być ta najniższa…

Mt Kosciuszko

Może to zbliżenie rozwieje wątpliwości.

Mt Kosciuszko

Po zejściu z gór wyprawa kontynuowała wędrówkę dalej, na południowy wschód i dotarła do pagórkowatych i żyznych terenów, którym Strzelecki, na cześć gubernatora Gippsa, nadał nazwę Gippsland – KLIK.
Przeprawa przez Gippsland okazała się niespodziewanie trudna. Niezwykle gęsty busz i nieustanny deszcz utrudniały podróż i uniemożliwiały rozpalenie ognia. Z pomocą przyszli miejscowi Aborygeni, którzy nauczyli podróżników jeść surowe mięso koali.
W połowie maja Strzelecki dotarł do Melbourne, gdzie opublikował opis i mapę Gippslandu, co zachęciło wiele osób do przeniesienia się w tamte strony.

Następny etap to Tasmania. Strzelecki został bardzo dobrze przyjęty przez gubernatora – Johna Franklina – lepiej znanego jako badacz polarny – KLIK. Franklin zlecił mu badania geologiczne i analizę pracy istniejących kopalń węgla. Strzelecki spędził na Tasmanii ponad dwa lata.

Do Londynu wrócił w październiku 1843 roku. Ulokował swoje oszczędności w państwowej kasie, co mu zapewniło 400 funtów rocznego dochodu.
Następne dwa lata spędził na opracowywaniu i publikacji wyników swoich badań, za co otrzymał złoty medal Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.
W listopadzie 1845 roku otrzymał obywatelstwo brytyjskie.

W latach 1845-51 Irlandię nawiedziła klęska głodu – KLIK. Paweł Edmund Strzelecki zgłosił się do pracy w Brytyjskim Towarzystwie Pomocy, które wysłało go do Irlandii. Wkrótce mianowano go kierownikiem generalnej agencji Towarzystwa w Dublinie.
Pracę w Dublinie zakończył w 1848 roku i został za nią odznaczony orderem Łaźni (Order of the Bath). Został również powołany przez izbę lordów jako rzeczoznawca w sprawach Irlandii.
Za swoją dwuletnią działalność w Irlandii nie przyjął żadnego wynagrodzenia.

Nie zerwał kontaktów z Australią. Współpracował z Australian Agricultural Company. Opracował dla niej plany irygacji. W marcu 1853 roku został wybrany prezesem filii tej kompanii (stanowisko płatne).
Również w roku 1853 otrzymał tytuł honorowego członka Royal Geographical Society.

W czerwcu 1856 roku, w końcowej fazie Wojny Krymskiej, Strzelecki został wysłany na statku na Morze Czarne, prawdopodobnie z tajną misją zleconą przez premiera Wielkiej Brytanii, lorda Palmerstona, który był z nim zaprzyjaźniony.

W czerwcu 1869 roku otrzymał z rąk królowej Wiktorii tytuł szlachecki (Sir) oraz order św Michała i św Jerzego – KLIK.
Zmarł 6 października 1873 roku. W testamencie zastrzegł, aby na jego grobie nie stawiać żadnego pomnika ani kamienia nagrobkowego. Ostatecznie postawiono tam płytę z napisem “Paul Edmund de Strzelecki died October 6th 1873“.
W 1997 roku metalową trumnę ze zwłokami Strzeleckiego ekshumowano i przeniesiono na Wzgórze św Wojciecha w Poznaniu – KLIK.

Dwa lata temu odsłonięto w Dublinie tablicę upamiętniającą działalność Pawła Edmunda Strzeleckiego w Irlandii.

P.E. Strzelecki

Góra Kościuszki.

Jaka jest, pokazują opublikowane zdjęcia. Wysokość 2,228 m. Bardzo łatwe dojście. Schody zaczynają się dopiero po zejściu.

Wikipedia – KLIK – wspomina, że podczas określania wysokości góry popełniono pomyłkę, wyższa okazała się sąsiednia góra o nazwie Mt Townsend. Chcąc uhonorować intencje Strzeleckiego – nazwanie najwyższej góry Australii Górą Kościuszki – w 1892 roku nazwy gór zamieniono.
Nie wspomina się tylko, kto popełnił tę pomyłkę.
Chyba nie Paweł Edmund Strzelecki, gdyż szczyt góry Mt Townsend nie przypomina Kopca Kościuszki. Pomyłkę popełnili chyba australiscy geodeci w 1870 roku.

Kolejna sprawa to nazwa góry. Paweł Edmund Strzelecki nazwał ją Mt Kosciuszko. Prawdopodobnie wspomniani powyżej geodeci, mając trudności z przeliterowaniem nazwy, zmienili ją na Mt Kosciusko. Organizacje polonijne w Australii doprowadziły w 1997 roku do przywrócenia poprzedniej nazwy.
Praktycznie nie ma to wielkiego znaczenia, gdyż Australijczycy wymawiają tę nazwę Koziasko. A nazwisko odkrywcy – Strezleki.
Ledwie poprawiono nazwę, a już zaczęła się kolejna afera.
Burmistrz położonej niedaleko Mt Kosciuszko miejscowości Tumbarumba – KLIK – zakwestionował europejską nazwę góry i zaproponował, aby nadać jej aborygeńską nazwę.
Inicjatywa zyskała poparcie politycznie poprawnych aktywistów. Lokalni Aborygeni niezbyt interesowali się tą sprawą, gdyż w ich tradycji góra ta nie miała żadnego znaczenia i nigdy nie została przez nich nazwana.
Po kilku latach i protestach organizacji polonijnych i ambasady polskiej sprawa ucichła.
Na marginesie muszę stwierdzić, że nazwa Tumbarumba wyjątkowo mi się podoba.

Górę Kościuszki odwiedziłem dwa razy.
W roku 1984, niecały rok po przybyciu do Australii, podczas pierwszego urlopu.
Dojechaliśmy samochodem do Charlotte Pass, a stamtąd czekało nas około sześciu kilometrów spaceru do podnóża “kopca”. Szeroka, kamienista droga, po której krążą samochody służb parku narodowego. Samo wejście na kopiec również szeroką drogą…

Kopiec Kosciuszki

… która dopiero pod samym wierzchołkiem zamienia się w ścieżkę.

Za drugim razem, w 2013 roku, wybrałem ciekawszą trasę. Wyciągiem narciarskim z Thredbo a następnie 6,5 kilometra ścieżką prowadzącą przez malowniczy płaskowyż.

Thredbo

Droga

Droga

To była połowa lutego, lato w pełni, ale pogoda na szczycie jak w Himalajach.

Kontrowersje na temat Strzeleckiego.

Są liczne.
Pierwsza z nich to zapis Franciszka Sapiehy i interwencja syna księcia.
Druga – romans z Adyną Turno, córką Adama Turno. Sprawę rozdmuchała w Polsce Narcyza Żmichowska – KLIK, zarzucając Strzeleckiemu niedobre intencje. Nieco łagodniej oceniał to ojciec Adyny: “…niewdzięcznik Strzelecki (…) dałem co mogłem, na koniec piękny zegarek, a ten łaydak mą córkę bałamucił, wyjechał przecież. Życzę mu wszystkiego dobrego tylko nie powrotu do nas“.
Strzelecki i Adyna Turno korespondowali regularnie przez dziesiątki lat. Tuż po odkyciu Mt Kosciuszko Strzelecki opisał jej to wydarzenie w liście i załączył stokrotkę zerwaną w okolicach szczytu. Spotkali się jeszcze dwa razy, ale doszli do wniosku, że ich drogi życiowe prowadzą w innych kierunkach (Źródła 4).
Trzecia – kiedyś spotkałem Australijkę, która spojrzała na mnie ze smutkiem – przykro mi, ale ja czytałam tyle złych rzeczy o Strzeleckim. Te złe rzeczy to: bezprawne używanie tytułu hrabiowskiego (Count), brak formalnych kwalifikacji geologicznych i geodezyjnych, tupet, przywłaszczanie osiągnięć innych osób. Źródłem informacji była książka Australijki, Helen Heney – In a dark glass. Okolicznościowy artykuł Helen Heney – źródła 5.
Czwarta – testament, w którym zapisał prawie cały majątek swemu zarządcy finansowemu. Żyjący w Polsce brat, Piotr, zakwestionował ten zapis i uzyskał pewien sukces – KLIK.

Trwałe ślady pobytu Pawła Edmunda Strzeleckiego w Australii.

Są nimi nazwy pasma gór w Gippsland – Strzelecki Ranges – i nazwa pustyni Strzelecki Desert. Widocznym śladem jest pomnik Strzeleckiego w miejscowości Jindabyne, u stóp Mt Kosciuszko.

Strzelecki

Dotykalnym, a raczej napijalnym, śladem jest piwo…

PiwoPiwo

Smacznego!

Źródła:
1. Wikipedia – hasła Strzelecki, Mt Kościuszko.
2. Strona działającej w Australii polskiej organizacji Kościuszko Inc – KLIK 
3. Strona Bumerang Polski – wpis okolicznościowy – KLIK
4. Strona Puls Polonii – who was Adyna Turno – KLIK
5. Helen Heney – Australian Dictionary of Biography – KLIK
6. Australian Geographic – artykuł okolicznościowy – KLIK

O dobroci z obowiązku

Anna Dobrzyńska

Jak łatwo być dobrym na niby,

W swych progach drugiego ugościć,

Pokazać mu swoje dobytki,

Pokazać mu swoje radości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Okazać współczucie i troskę,

Ciekawość dla czyichś problemów,

Ciekawość dla czyjejś słabości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Zrozumieć kogoś, wysłuchać,

Zaprosić na kawę, na obiad,

W radości się bawić, wygłupiać,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Pokazać się komuś gorszemu,

Lepszym, mądrzejszym, szczęśliwszym,

Że więcej należy się jemu,

Jak łatwo być dobrym na niby,

I widzieć w oczach drugiego,

Tę radość, wdzięczność, nadzieję,

Że szczęście też przyszło do niego,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Dla czasu zabicia, ot, tak w wolnej chwili,

Byle nie płacić nic a nic,

Byle się nic nie wysilić,

Tak łatwo być dobrym na niby,

Uważać jednakże należy,

Na podłość, niewdzięczność Darbiorcy,

Co jeszcze w coś więcej uwierzy,

Bo w końcu zaczyna traktować,

Darczyńcę swego i pana,

Jak lubianego człowieka,

Ufnego kolegę, kompana,

Bo w końcu, w ufności swej zwykłej,

Darczyńcę zaczyna traktować,

Normalnie, po prostu, po ludzku,

Zaczyna go chcieć, potrzebować,

I wtedy należy być czujnym,

Bo kiedy ta biedna istota,

Uwierzy w przyjaźń, broń Boże,

Darczyńca się nie wymota,

Więc kiedy nadejdzie kres w końcu,

I czas na dobro przeminie,

Co w planie dnia umieszczony,

Codziennie o jednej godzinie,

I kiedy Dobrodziej odhaczyć,

Już może dobroci spełnienie,

Ptaszkiem, krzyżykiem, czy kółkiem,

Ołówkiem, czy piórem skreślenie,

I kiedy ta biedna osoba,

ta biedna i smutna i nudna,

Doprawdy, zrozumieć nie może,

Że sprawa się robi paskudna,

I zamiast z wdzięczności w pokorze,

Odejść, po cichu, w półmroku,

Zniknąć jak Pan Bóg przykazał,

Wciąż jest i się kręci gdzieś z boku,

I gada coś o przyjaźni,

I … z Dobroczyńcą – rozmawia!!!

No skandal! jak może?!, doprawdy?

„Dobroć dostała – niech spada”!

A jeśli wciąż pojąć nie może,

Że wszystko to było na niby,

No…., z obowiązku, …dobroci,

…Z rozrywki Darczyńcy – ciiii,

… a nawet gdyby!

Jeśli tak durna jest, nic nie rozumie,

I wciąż się naprzykrza,

Wyłącz telefon, wykasuj maila, zapomnij,

I dalej – czyń dobro.

To wartość najwyższa.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (8)

Dariusz Kacprzak

Bernardo Cavallino, Św. Jan Ewangelista

Św. Jan, brat św. Jakuba Większego – podobnie jak św. Piotr i św. Andrzej – był rybakiem, jako pierwszy poznał zmartwychwstałego Chrystusa nad jeziorem Genezaret i wskazał na Niego świętemu Piotrowi. To on jest autorem czwartej Ewangelii, Apokalipsy oraz trzech Janowych Listów, włączonych do kanonu Pisma świętego, powstałych prawdopodobnie w Efezie, po powrocie z wygnania, które spędził na wyspie Patmos. Najmłodszy z Apostołów, zmarły wedle trwałej tradycji, ale także danych archeologicznych, zdobytych przez austriacką ekspedycję, w okolicach Efezu na początku panowania cesarza Trajana, jest patronem pisarzy oraz rolników trudniących się uprawą winorośli oraz tych, którzy zajmowali się laniem świec.

W szczecińskim obrazie ukazany został na ciemnym, nieokreślonym tle, ujęty jest w półpostaci. Ubrany w obszerną, ciemnozieloną tunikę, odsłaniającą pod szyją krawędź białej koszuli, oraz czerwoną, przerzuconą przez lewą rękę, opadającą na kolano szatę. Twarz świętego lekko odchylona w prawo i zwrócona w górę, ku źródłu światła, wydobywającemu z mroku całą sylwetkę. Prawą dłoń unosi w geście błogosławieństwa, lewą natomiast przytrzymuje leżącą na kolanach księgę w skórzanej oprawie, na której stoi płytkie naczynie z uchwytem. Zwrócone ku górze oczy i rozchylone usta nadają twarzy Apostoła wyraz uduchowienia. Neutralne, wyciszone tło podkreśla kontemplacyjny nastrój przedstawienia.

Autorem barokowego dzieła jest urodzony w Neapolu Bernardo Cavallino – we wczesnej młodości uczeń Massima Stanzionego, a następnie uczeń i współpracownik słynnego Giuseppego Ribery. Zakupione do zbiorów muzealnych w 1976 roku dzieło o wyrafinowanej kolorystyce stanowi interesujący przykład barokowego neapolitańskiego naturalizmu pierwszej połowy XVII wieku. Cavallino skłania się ku wysublimowaniu, z wnikliwą uwagą obserwuje duchowość przeżycia religijnego, skupia się na malarskim detalu, dbając o formalną elegancję. Zapoczątkowana przez Sobór Trydencki odnowa religijna w Kościele rzymskokatolickim, zgodnie z duchem kontrreformacji, wydobyła nie tylko intelektualne refleksje wokół teologicznej i naukowej zawartości Biblii, ale także znaczenie i popularność zyskały rozmaite metafizyczne świadectwa wiary w postaci licznych ekstaz i wizji oraz rozmaite emocjonalne doświadczenia, często ocierające się o sentymentalną pobożność, silnie zakorzenioną w ówczesnej codzienności. Obraz Cavallina odwołuje się do tradycji caravaggiowskiej – potwierdzają to zarówno sposób zakomponowania obrazu i ujęcia postaci św. Jana Ewangelisty (z odchyloną głową, wzrokiem uniesionym ku górze, lekko rozchylonymi ustami), wydobycie ostrym światłocieniem najważniejszych elementów przedstawienia (twarzy i dłoni świętego oraz atrybutów – księgi oraz naczynia), jak i wysmakowane tonalnie głębokie, ciemne czerwień i zieleń, wkomponowane w gamę neutralnych głębokich brązów występujących w tle. Uduchowienie postaci wzamacnia kontemplacyjny nastrój dzieła. Elegancja tej kontrreformacyjnej ekstazy to ostatnia faza naśladownictwa Caravaggia u stóp Wezuwiusza.

W zbiorach barcelońskiego Muzeum Narodowego Sztuki Katalonii w Barcelonie znajduje się, bardzo bliski pod względem stylistycznym i kompozycyjnym, niewielki, wykonany na desce, olejny szkic, poprzedzający wykonanie prezentowanego obrazu, który powróciwszy ostatnio z podróży do Hesji (wystawa Dziedzictwo Caravaggia. Barok w Neapolu (Caravaggios Erben. Barock in Neapel, Museum Wiesbaden), znów cieszy oczy odwiedzających Pomorze i szczecińskie Muzeum.

Bernardo Cavallino (1616 Neapol – 1656 Neapol), Św. Jan Ewangelista, 1635–1640, olej, płótno, 102 x 87 cm (oktogon), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Pytanie to w tytule postawione tak śmiało…

Roman Brodowski

Dlaczego jestem antypisowcem i antyklerykałem?

Na tak zadane pytanie mógłbym odpowiedzieć jednym zdaniem, powołując się na myśl kanoniczną z Ewangelii wg św. Mateusza (Mat. 6:24), że „nikt nie może służyć dwóm panom…, nie można być niewolnikiem Boga i bogactwa”.

Jednakże wiem, że tak sformułowana odpowiedź dotarła by do świadomości zaledwie kilku procent naszego katolickiego społeczeństwa, a to z tej prostej przyczyny, iż nauki przypisywane twórcom chrześcijaństwa, większości katolików są nieznanne. Dlatego też, aby odpowiedź była niedwuznaczna i czytelna, podzielę się kilkoma refleksjami, jakie mnie często nachodzą, burząc mój wewnętrzny filozoficzny spokój.

Zacznę od końca, czyli od pytania, dlaczego sprzeciwiam się narzuconym przez hierarchów kościoła katolickiego naukom oraz praktykom stosowanym do pozyskiwania i utrzymywania wiernych w ślepym i bezgranicznym posłuszeństwie.

Od najmłodszych lat, jeszcze jako ministrant, zadawałem sobie pytanie, dlaczego ludzie podczas nabożeństw korzystają z książeczek do nabożeństwa, a nie bezpośrednio ze źródła wiary jakim jest, jak nas uczono na lekcjach katechezy, Biblia, a przynajmniej jej część, zwana „Nowym Testamentem”.

Dzisiaj, wolny od zanieczyszczeń dogmatyczno-ideowych K.K., wiem, że na ten stan rzeczy składają się dwie przyczyny: historyczna i mentalna.

Historycznie rzecz ujmując, zgodnie z watykańskim prawem, opartym na doktrynach, Biblia na przestrzeni kilkunastu wieków należała do dzieł zakazanych. Ściślej mówiąc, po raz pierwszy dzieło to zostało umieszczone w indeksie ksiąg zakazanych na mocy postanowienia Soboru w Tuluzie w roku 1229. Papież Grzegorz IX (1227-1241) w osobistym piśmie wydał całkowity zakaz czytania Biblii pod karą śmierci. A więc od średniowiecza poprzez renesans aż po XIX wiek każdy kto posiadał, czytał lub głosił zawartość tej księgi, podlegał karze inkwizycji. Instytucja ta, dodajmy po prostu bandycka, została powołana do życia w roku 1184, gdy Lucjusz III nakazał biskupom walkę z herezją, a zaczęła na dobbre działać, gdy w początku następnego stulecia papież Innocenty III powołał powszechną Inkwizycję kościelną, która, w połączeniu z państwową, działała po części aż do końca… XIX wieku!

Na ogół „przestępca” taki, najpierw ogłoszony heretykiem, ginął na stosie lub umierał podczas wymyślnych tortur. Jak szacują badacze za „zbrodnię kontaktu z Biblią” życie straciło od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy niepokornych.

Jeżeli dodamy do tego krucjaty wymierzone przeciwko społecznościam, które nie poddawały się zniewoleniu przez Watykan jak np. Albigenesi, Indianie, innowiercy ze wschodu (Żmudzini), wojny religijne i tak dalej…, to dojdziemy do wniosku że instytucja K.K. była (jest?) jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji w historii. Organizacją nie mającą nic wspólnego z Bogiem, jakiego objawił biblijny Jezus.

Dlaczego hierarchowie K.K. przez prawie siedem wieków zakazywali kontaktu „niewtajemniczonym” z tym, czego nas uczył Wielki Misjonarz? Dlaczego walczyli o to, by Jego przekaz nie docierał do świadomości podległych ich wpływom społeczeństw?

Dlatego że przekaz zawarty w ewangeliach, jak i pozostałch pismach kanonu, mówi o tym, jak w rzeczywistości powinna funkcjonować prawdziwa wspólnota chrześcijańska, tak jak ją nakreślił jej twórca.

Zarówno głoszone przez Jezusa podczas Jego ziemskiej misji ewangelizacyjnej prawdy religijne, zawarte w obiawieniu Boga, jak i wartości etyczno-moralne, jakimi powinni kierować się prawdziwi chrześcijaninie, zostały, moim zdaniem, odrzucone już wkrótce po Jego śmierci i daleko odbiegły od tego, czego uczy i na jakich zasadach funkcjonuje do dzisiaj shierarchizowana zinstytucjonowana organizacja religijna wspólnot chrześcijańskich, a zwłaszcza podległy Watykanowi kościół katolicki.

Powiedział bym nawet, że głoszone przez kościół, opracowane przez instytucje papieskie doktryny, w większości przeciwstawne są temu, czego pragnął by Chrystus.

Jak wynika z faktów historycznych, każdy kto miał możliwość ( i z niej skorzystał) świadomego, bezpośredniego poznania pism kanonicznych Biblii stawał się dla Watykanu potencjalnym, a w rzeczywistości faktycznym zagrożeniem.

Dlatego właśnie kolejne rządy (synody z Papieżami na czele) instytucji K.K., widząc zagrożenie dla swoich, nie mających nic wspòlnego z ewangelizacją, interesów, zarówno w sferze materialnej jak i duchowej (bezpośrednie oddziaływanie na emocje czy jak kto woli świadomość społeczną), o wpływach na politykę świata nie wspominając, rozpoczęli brutalną wojnę z tymi, którzy ośmielili się negować ich zbrodniczą działalność.

Ta walka trwa (co prawda w innej formie) nadal. Pomimo iż obecnie, a właściwie od 1965 roku, czyli po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, Biblia jest ogólnie dostępna i to w językach narodowych, ilość wiernych zainteresowanych poznaniem u źródła podstaw swojej wiary jest znikoma.

Wpływ na ten stan rzeczy – tu wchodzę w przyczynę mentalną nieznajomości podstaw własnej wiary – nadal mają hierarchowie wspólnoty.

Zarówno wielowiekowe, najpierw zresztą wymuszane, wyznawanie wiary, ciągły proces podporządkowywania wiernych narzuconym przez kościół, normom i prawom (niby) kanonicznym oraz odziałowywanie na rozwój kulturowy i społeczny, począwszy od szczebla rodziny, doprowadziły do tego, że religijność stała się dla wielu nie tylko tradycją, ale i ważnym elementem ich osobowości. Religia stała się czymś w rodzaju, jak to trafnie zauważył Marks, narkotyku.

Jako filozof nadal poszukuję i nadal sprzeciwiam się temu, co wmawiają swoim wiernym księża, twierdząc, że wierni mają ślepo wierzyć w to, co im kapłan powie, a nie temu, co im ich „serce” i logika podpowiada.

Bo przecież nikt inny jak właśnie ten najwyższy autorytet chrześcijan powiedział, że tylko poprzez poznanie i świadome decyzje ludzie powinni dokonywać wyboru swojej wiary, by służyć Bogu zgodnie z jego przesłaniem. Poczytajmy samodzielnie Nowy Testament, przeczytajmy Mateusza 28: 19-20 i 23-27 i Łukasza 6-26, a to przecież tylko kilka z przykładów na to, jak daleko K.K. odszedł od źródła nauk Tego, kogo nazywa Bogiem.

Dopóki ludzie nie zrozumieją, że ich wiara jest niczym innym, jak tylko i aż najbardziej intymną sferą ich emocjonalnego wnętrza, ich świadomym przekonaniem o istnieniu Kogoś, komu zawdzięczają swoje życie i w Kim widzą nadzieję na szczęśliwą wieczną przyszłość, jest niewymuszoną potrzebą podporządkowania się temu Komuś poprzez czynienie dobra, bo jest ono w nich samych, dopóty ich kapłani pod pretekstem posługi teologicznej będą czerpać z nich korzyści, manipulując ich świadomością.

Przypomnijmy, co zdarzyło się zaledwie kilka dni temu, 23 listopada, w jednej z podkomisji polskiego Sejmu – biorący udział w komisji goście zaintonowali śpiewanie pieśni religijnych, po czym objawiła się „matka boska”. Sytuacja ta przepełniła miarę mojej goryczy i sprowokowała mnie do napisania również tej, już zresztą mocno utemperowanej impresji filozoficzno-teologicznej.

– Panie posłanki i panowie posłowie, proszę bardzo, żebyście się określili, komu służycie – Bogu czy mamonie, Polakom czy szatanowi, zażądała kobieta, której nazwiska media nie podają, a która być może jest jest posłanką PiS. Jej wystąpienie jest dostępne w licznych filmikach krążących w sieci.

To oczywiście bluźnierstwo, ale jest to też pisowskie propagowanie wyższości polskiej nacji nad resztą świata. Dokąd zmierza PiS i jego zwolennicy? Do tego, do czego zmierzał Adolf Hitler, mówiąc o wyższości rasy germańskiej? Wypowiedź posłanki PiS i brak zaprzeczenia ze strony jej partyjnych kolegów dowodzi, a właściwie tłumaczy fakt, że w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w naszym społeczeństwie, dla wielu (zwłaszcza młodych) Polaków nienawiść w stosunku do wszyskich “niepolaków” i „obcych” stała się normą i ważnym elementem tak zwanego narodowego patriotyzmu. Coraz częstsze wypowiedzi działaczy z kręgu Kaczyńskiego, nakreślony przez niego kierunek polityki polskiego rządu oraz jego zgoda na tworzenie się w naszym kraju organizacji paramilitarnych o charakterze nacjonalistycznym i faszystowskim powinna napawać nie tylko niepokojem, ale być istotnym powodem do tego, by naród nasz odpowiedział sobie na jakże ważne dla naszej przyszłości pytanie – kim chcemy być? Czy państwem zamkniętym, odizolowanym od reszty cywilizowanego świata, żyjącym na zasadach prawa stworzonego przez narodowych Guru (Kaczyński + Rydzyk), dzałającym na zasadach sekty, czy otwartym na świat i ludzi, liczącym się i szanowanym przez nie-Polaków, opartym na wartościach współczesnej cywilizacji, dumnym, demokratycznym i suwerennym narodem.

Jak na razie w oczach nie-Polaków, mentalnie, kulturowo i religijnie, staczamy się po równi pochyłej do okresu intelektualno-religijnej ciemnoty, czyli czasów dominacji kościoła nad rozumem, zwanych średniowieczem.
Przesadzam? Nie! W Polsce AD2017 (tak jak przed wiekami) pielgrzymki stały się sposobem rozwiązywania problemów i stałym elementem naszego krajobrazu (ponoć w tym roku ogółem uczestniczyło już w nich 1,7 milionów wiernych). Niespełna dwa miesiące temu zorganizowana została ogólnopolska akcja „Różaniec na granicy”. A miesięcznice? A modlitwy w sejmie? A Matka Boska Fatimska w sejmie? A obowiązkowe lekcje religii w szkołach? Wszędzie tożsamość Państwa i Kościoła.

To tylko niektóre z przykładów na to, w jaką przyszłość i do jakiego boga wiedzie nasze naiwne społeczeczeństwo jego zaślepiony pasterz.
Co zaś się tyczy samego objawienia… tym niech zajmnie się powołana do tych przypadków komisja watykańska oraz konsylium psychoanalityków, a może raczej psychiatrów.

***
Niech tekst ten będzie zwiastunem odpowiedzi na pierwszy człon pytania, a mianowicie – dlaczego jestem antypisowcem?

O współpracy polskiego kościoła z polskim rządem, zagrożeniach jakie, moim zdaniem, ich wspólna polityka może przynieść Polsce oraz o tym, co jest powodem mojej negatywnej postawy w stosunku do ideologii PiS, napiszę w kolejny pierwszy piątek miesiąca.


PS od Adminki: Autor poprosił, bym wybrała jakieś ilustracje. Wybrałam je, wpisując w wyszukiwarkę google’a słowa: Matka Boska w Sejmie. Spodziewałam się fotografii relacjonujących wydarzenie w komisji rolnictwa w dniu 23 października, o czym pisze Roman Brodowski. To, co mi się, hmmm – objawiło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Julia z kotem, Julia z psem, Julia…

…Manet

Julia Manet z kotem. Przywiozłam ją na pocztówce z Paryża, z Musée d’Orsay.

Pierre Auguste Renoir (1841-1919) – portret Julie Manet (dit aussi L’Enfant au chat) z roku 1887

Dopiero pisząc to (zamierzam pisać “kotach nadesłanych przez przyjaciół) sprawdzam, kim była Julia Manet i już wiem, że dziś nikim więcej się nie zajmę, tylko nią, bo jej życiorys jest tak bogaty, że przedstawiony w koniecznym blogowym skrócie brzmi jak wyliczanka najważniejszych nazwisk kultury francuskiej (i nie tylko) na przełomie XIX i XX wieku.

Urodziła się w roku 1878, umarła już “za moich czasów” 14 lipca 1966 roku. Chodziłam wtedy do 10 klasy.

Gdy zaczynam o niej pisać, wiem tylko, że była córką Eugène Maneta, brata malarza – Edouarda, ale okazało się, że ta informacja to jakiś w gruncie rzeczy nieznaczący strzępek informacji o tej kobiecie, bo ważny był nie ojciec Julie, brat malarza, lecz jej matka, też malarka, która zyskała sławę w tak młodym wieku, że wychodząc za mąż zachowała nazwisko panieńskie – Berthe Morisot – jako pseudonim artystyczny. Rodzina była bogata, tata Eugène nie pracował, rodzina żyła z majątku rodzinnego. Mieli wielki dom w Paryżu i pałac Mesnil-Saint-Laurent in Juziers. Julia już jako dziewczynka poznała całą plejadę słynnych malarzy i pisarzy, Renoira, Degasa, Whistlera, Moneta, Stéphane Mallarmégo.

Édouard Manet, Tête d’enfant (Julie)

Jak widać, od dzieciństwa ją malowano. Zwłaszcza mama malowała ją nader często. Wuj Manet namalował ją z konewką, August Renoir z kotem. Ma niezliczoną wręcz ilość portretów, chyba jeszcze nie zetknęłam się z kimś, kogo by tak często malowano.

Édouard Manet: Julie Manet na konewce, 1882

Berthe Morisot, Ojciec z córką w ogrodzie 1883

Otrzymała staranne wykształcenie. Czytała (oczywiście) po francusku i angielsku wielkie dzieła literackie, grała na flecie, fortepianie i skrzypcach. Pobierała nie tylko lekcje gry na instrumentach, ale też z zakresu teorii muzyki i kompozycji. Dużo podróżowała, zwiedzała muzea i wystawy, oglądała dzieła sztuki w pracowniach artystów i zbiorach prywatnych. No i oczywiście mama nauczyła ją rysunku i malarstwa.

Zachowały się jej niezliczone portrety, Julia czyta, Julia gra na skrzypcach, Julia gra na flecie, Julia z psem, Julia z kotem…

Berthe Morisot: Julie z psem myśliwskim 1893

Pierre Auguste Renoir: Berthe Morisot z córką Julie 1894

Rodzice wcześnie ją osierocili, a jej opiekunem został Stéphane Mallarmé. Przez Edgara Degasa poznała swojego przyszłego męża, również malarza, Ernesta Rouarta (1874–1942). Julia i Ernest wzięli ślub w roku 1900 i było to podwójne małżeństwo, bo jednocześnie odbył się ślub kuzynki Julii, Jeannie Gobillard, z poetą Paulem Valéry (poniżej Jeannie na portrecie namalowanym przez Julię).

Julia i Ernest mieli trzech synów – Juliena, Clémenta i Denisa. Piszę o tym, bo zawsze zdumiewa mnie, ile te kobiety, rówieśnice naszych babek i prababek, mieściły w jednym życiu, w którym nie było przecież tylu wygód co dziś, a za to mnóstwo było surowych konwenansów, ograniczających ich życie i możliwości. Moim wzorem jest tu oczywiście Maria Skłodowska-Curie, matka dwóch córek, chemiczka, fizyczka, laureatka (co za wzór niedościgniony) dwóch nagród Nobla, piękna kobieta, kochanka, ba, skandalistka, autorka dzienników, w których opisuje między innymi usmażone właśnie wczoraj konfitury z czarnej porzeczki.

Pierre Auguste Renoir: Portret Julie Manet

Malowała w stylu, w jakim malowała jej mama, trochę jednakl przechodząc z impresjonizmu do nowoczesnych pociągnięć pędzla, typowych dla moderny. Chętnie portretowała kobiety z kręgu znajomych lub z rodziny, ale malowała też freski i projektowała wzory porcelany z charakterystycznym dla jej stylu motywem motyli i innych owadów. Oboje z mężem byli też kuratorami wielkich wystaw, na przykład retrospektywy Edouarda Maneta w roku 1932, Degasa w roku 1937 i Berthy Morisot w roku 1941.

Julia od roku 1893 aż do ślubu regularnie prowadziła dziennik. Zajmowała ją sztuka, pisała o życiu towarzyskim, portretowała artystów, opowiadała o podróżach, ale pisała też o wydarzeniach politycznych, o wizycie cara Mikołaja II i o niesławnej aferze Dreyfussa. Była młodą dziewczyną, gdy afera wybuchła, a jej otoczenie, łącznie z jej przyszłym mężem, było zdecydowanie negatywnie nastawione do Dreyfusa. Ale byli też w jej otoczeniu artyści  pro-dreyfussowcy jak Claude Monet czy Pissarro, Proust i – oczywiście – Zola, autor słynnego artykułu J’accusse! Sama stała raczej po stronie antydrefusowców, ale zapisała też w dzienniku: Jak okropne by to było dla tego potępionego człowieka, gdyby się okazało, że jest niewinny – ale to zapewne jest zupełnie niemożliwe.


Julie Manet, Lektura na leżaku

Szopa w salonie 14

Łukasz Szopa

Weganie i przeciwnicy aborcji

Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech nie brakuje w ostatnich latach radykałów. I to nie tylko ideologicznych – gdyż swoje wizje pragną narzucić (moralnie, ale i w formie ustaw) całemu społeczeństwu.

W Polsce można do takich fundamentalnie przekonanych i misjonujących osób i grup zaliczyć przeciwników aborcji. Mówiąc dokładniej – przeciwników jakielkolwiek aborcji, generalnie, gdyż nawet wśród ich przeciwników (czyli tych, którzy sprzeciwiają się zaostrzeniu ustaw aborcyjnych czy domagają się ich liberalizacji) – rzeczywistych zwolenników aborcji to raczej brak.

W Niemczech radykalni są z kolei na przykład weganie – czyli osoby kompletnie przeciwne konsumpcji żywności pochodzenia zwierzęcego. Czyli nie tylko – jak wegetarianie – sprzeciwiający się zabijaniu zwierząt dla pożywienia homo sapiensa, ale też przeciwni hodowli i korzystaniu z czegokolwiek, co od zwierząt pochodzi, i co możnaby skonsumować: czyli jajka, mleko, i pochodzące z nich przetwory.

Oczywiście, wybrałem sobie te dwie grupy subiektywnie, zaraz wytłumaczę dlaczego.

Ale najpierw kilka uzupełnień i szczegółów.

Weganie dzielą się ogólnie mówiąc – jeśli chodzi o powody ich wegaństwa – na dwie grupy (niekoniecznie się wykluczające). Jedni decydują się na taki rodzaj odżywiania z powodów zdrowotnych – po prostu wierzą, że jeść tylko roślinki zdrowiej. Drudzy z kolei, podobnie jak wielu wegetarian (a i mięsożernych ludzisk), tak kocha zwierzęta, że nie chce ich ani zabijać, ani niewolniczo hodować, ani okradać z mleka i jajek. Ojej, zapomniałem o trzeciej grupie, gdyż identyczna co do powodów z wegaterianami i takimi jak ja – co mięso co prawda jedzą, ale rzadko: chcą chronić środowisko, kalkulując, jak szkodliwa jest hodowla na przykład argentyńskich krówek w porównaniu z rosnącą w miejsce wyciętego brazylijskiego lasu soją czy kukurydzą.

Teraz o polskich (a i nie tylko) przeciwnikach aborcji. Tych z kolei nie tak łatwo szufladkować w podkategorie, gdyż zdecydowana większość z nich uważa się za chrześcijan – czy to katolików w Polsce, czy protestantów w USA, czy jednych i drugich w Brazylii. Nie inaczej ma się sprawa z religijną częścią społeczeństwa w społecznościach i krajach muzułmańskich, i hinduskich. Ale z chrześcijanami jest właśnie ciekawiej – gdyż tu w ramach samej religii jedną z najważniejszych kwestii jest kanibalizm – czyli konsumpcja mięsa i krwi podczas komunii świętej. A i w praktyce duża większość chrześcijan to obywatele mięsożerni.

No i tu robi się dla mnie ciekawie.

Po pierwsze – ciekawym, jak wegetariański czy wegański chrześcijanin wytłumaczy mi fakt, że jednak przyjmuje czyli bierze w siebie komunię świętą? Że mięsa zwierzęcego to nie tknie, ale ciało Chrystusa i jego krew – to już tak, no problem?

Jeszcze ciekawsza kwestia, to weganie, którzy aprobują aborcję. Sprzeciwiają się radykalnie czemukolwiek co pochodzi od – żywego czy już nie – zwierzęcia włącznie z pszczelim miodem, ale usuwanie poczętego organizmu (czy to już „człowiek“ czy jeszcze nie pozostawiam filozofom, i tak nigdy nie będzie w tej kwestii jasności) to dla nich dozwolone i nie sprzeczne z etyką? Ja rozumiem, że może akceptują takie formy „kanibalizmu“ jak „konsumpcja samego siebie“, czy to obgryzanie paznokci, ssanie włosów czy łykanie kóz z nosa, ale już nie tylko seks oralny ale i prosty pocałunek z wymianą śliny powinien być dla nich niedopuszczalny. Choć może tutaj argumentem jest „wolna wola drugiej osoby“. No dobrze, ale w takim razie w przypadku płodu, podobnie jak krewetki, trudno ustalenie tak jednoznacznej zgody, więc – powinni być konsekwentni, i jako weganie przyłączyć się do ruchów antyaborcyjnych.

Ci z kolei – chrześcijanie czy nie – którzy w takich ruchach już aktywni, powinni nie tylko w ramach „obrony życia poczętego“ nie tylko przejść na weganizm, nie tylko zrezygnować z komunii świętej, ale postawić na radykalny pacyfizm: zero militaryzmu, zero broni dla policji, nigdzie kary śmierci!

Pozytywną konsekwencją takiego konsekwentnego myślenia i działania byłoby nota bene przerwanie czy wręcz wymiksowanie dotąd typowych podziałów na „lewicę“ i „prawicę“, na „nowoczesnych“ i „tradycjonalistów“. Dotąd „lewicowo-liberalni“ weganie i prawicowo-tradycjonalistyczni przeciwnicy aborcji w jednym obozie! A reszta – reszta w obozie liberałów, którzy krytycznie widzą wszystko, włącznie z każdym radykalnym zakazem i moralną jednoznacznością.

Tekst, niekoniecznie identyczny, ale na ten temat po niemiecku:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/vegane-abtreibungsgegner

P.S. A dla wegetarian i mięsożerców, lubiących jajka w jakiejkolwiek formie na koniec pytanie do przemyślenia: Czym jest, porównując do organizmu człowieka (a dokładniej – kobiety) – niezapłodnione jajko?…

Barataria 42 Niewyparzone gęby (ale nie zdradzieckie mordy, o nie!)

Ewa Maria Slaska

 Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba, Bronn…

Przyznacie, że jest między nimi podobieństwo, bo jeden pisarz podpatrywał u drugiego pomysły, ale też, bo, no cóż cosi fan tutte, wszyscy tak robią… Badacze ustalili kiedyś, że jest dwanaście motywów fabularnych, pisarz Vonnegut jeszcze bardziej tę myśl zacieśnił, twierdząc, że mamy wszystkiego dwie opowieści – o tym, że ktoś coś wygrywa albo o tym, że ktoś coś traci. Wymyślić, kto, co i jak, to już zadanie autora opowieści. Przez niemal całą historię literatury, a po prawdzie całą historię kultury, artysta pełnymi garściami czerpał z tego, co już stworzyli poprzednicy. Nikt się tym nie gorszył, aż przyszedł nowoczesny kapitalistyczny prawodawca i uznał, że prawa autorskie, to kolejny worek z masą twarogową, który można ująć w garść, odcisnąć serwatkę i wyprodukować twardą kulę sera, za którą słono zapłacimy. Pierwszą konwencję o prawach autorskich sformułowano w Bernie 9 września 1886 roku. Niedawno w porównaniu z 10 tysiącami lat kultury pisanej, a opowiadana i malowana trwała jeszcze dłużej…

Cała biblioteka do naszej dyspozycji (Sancho Pansa i Don Kichot też tu są), Uli Oesterle, Bibliothek

Nie podobała mi się książka młodej berlińskiej pisarki Helene Hagemann Axolotl roadkill (w roku 2017 po 7 latach autorka wyprodukowała wg własnej książki film Axolotl overkill), ale pamiętam, że najmniej mi przeszkadzało to, co zarzucili jej wszyscy, że kradła cytaty, pomysły i całe długie pasaże. Dziewczyna była chyba za młoda, by użyć argumentów z historii kultury, ale wzruszając ramionami odpowiedziała, że wszyscy tak robią i copy&paste jest zwykłą metodą pracy pisarza. A my byśmy dodali, że pracy wszystkich: naukowca, badacza, referenta, muzyka, polityka. Naukowiec może trochę bardziej niż pisarz musi się pilnować, by nie udowodniono mu plagiatu (i autoplagiatu!). Różnica jest jednak dla odbiorcy bez znaczenia – naukowiec ma obowiązek użyć cudzysłowu i dołączyć przypisy, pisarz odszczeknie, że mamy mu dać spokój, a jak nie umiemy rozpoznać cytatów z Joyce’a, Szekspira, Grassa, Witkowskiego czy Durrella, to sami jesteśmy sobie winni. Jesteśmy pasożytami – zjadamy i siebie, i innych. Praca naukowa to 95% myśli odpisanych i 5% oryginalnych, własnych – ta myśl to cytat z kogoś, ale nie jestem pewna – z kogo, może z Zajdela, autora najpopularniejszej swego czasu książki o Atlantydzie.
Ale jak się przyjrzę praktyce, to powiem, że oryginalność tych naszych własnych 5% polega z reguły nie na formułowaniu własnych myśli genialnych, tylko… na zmieniani szyku zdań i zamianie wyrazów.

– Jak jest po waszemu rzyć? – pyta góralka miastowego (w jakimś filmie, ale za Boga nie wiem, jakim?)
– Dupa.
– Tys piknie.

Może zresztą był to po prostu jeden z dowcipów o bacy.

A są jeszcze oczywiście opowieści zasłyszane, parodie, pastisze, ironiczne przymrużenie oka, no i drogi Czytelniku – co nam zrobisz? Nic, po prostu nic. Ale żebyś się nie złościł, powiem ci, że wprawdzie rzeczywiście istnieje od starożytności po dziś dzień tylko tuzin historii, ale Czytelnik (i Czytelniczka) oczekują od nas, że dla każdego pokolenia zostaną one napisane od nowa!

Dla ułatwienia w kulturze niemieckiej powstały dwie nadzwyczaj poręczne książki – jedna jest spisem motywów literackich, druga postaci. Ciekawe, że po polsku wkłada się je do jednego worka i miesza się je z wątkiem. Zakochany potwór to model postaci literackiej, a czy będzie to historia Dzwonnika z Notre Dame czy Amora zakochanego w Psyche, to już sprawa motywu.

No i dobra, tak czy owak copy&paste.

Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba. Postaci (czyli po niemiecku Stoffe), a to że mają dostać zamek lub wyspę Baratarię, to już – motyw.

Zresztą już starożytni Rzymianie (jak wiadomo i jak wszystko) wymyślili takiego wojaka-zabijakę. Dokładniej rzecz biorąc zrobił to rzymski komediopisarz Plaut(us) (254 p.n.e. – 184 p.n.e.). W komedii Mi­les gloriosus pojawi się Pyrgopolinices, ponoć wypisz wymaluj. Falstaff.

Pojawił się u Szekspira w Henryku IV (1597) i w Wesołych kumoszkach z Windsoru (1598, a może dopiero 1602). W Henryku V popada w niełaskę.

Sancho Pansa postępuje krok w krok za Falstaffem (1605).

Zagłoba, wiadomo, XIX wiek. Osoba nader uczona w piśmie widzi w nim oczywiście polskiego Falstaffa, lecz upatruje mu też pierwowzoru w postaci Marka Sobiejuchy – był to zausznik księcia Zbigniewa, syna Władysława Hermana, jeden z boha­terów powieści Kraszewskiego Królewscy synowie (1877). Podobno takiż właśnie cięty gaduła do bitki i wypitki. Zagłoba, jak pamiętamy, do bitki tej w realu mniej, ale tej w gębie, o hoho! Jakeśmy z paniem Michałem wiktorię odnieśli…

Bronn of the Blackwater z Gry o Tron – wiek XXI

Przede wszystkim łączy ich to, że są szelmami i filutami wojskowymi. To wojacy, którzy umieją walczyć, ale w zdarzeniu bitewnym z lubością wybierają miejsce tchórza – ongiś powód do śmiechu, dziś najsympatyczniejsza ich cecha. Są podobni do siebie, wyszczekani, cwani, nie zasypiają gruszek w popiele i zawsze się mają na baczności. Są w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi, co każe się nam poważnie martwić o kondycję ich życia na starość. Nie dostaną wyspy ani zamku, karmili się mrzonkami i obiecankami, żyli z byle czego i byle jak, i nie mieli z czego ani jak odłożyć. Zagłobę może weźmie do siebie Skrzetuski, o Sancho Pansę zadba może pyskata żona, Colasa Breugnona wzięła do siebie córka, Bilbo znalazł przytulisko u Erlonda, ale Odyseusz? Czy po zalotach wielbicieli żony było w jego pożal się Boże królestwie, jakich było na Itace z tuzin, w ogóle jeszcze co do garnka włożyć? Rzecki ma pokoiczek za sklepem u Stacha. Ale Falstaff, ale Bronn, ale Aragon, ale inni awanturnicy i obieżyświaty?

Oczywiście w przestrzeniach ludzkiej wyobraźni musieli się spotkać. Oto Don Kichot i Sancho Pansa u Falstaffa, który wygląda jak Król Karnawału…

Adolf Schroedter, akwarela z roku 1854


Pytania na kiedy indziej, ale trzeba będzie do nich wrócić?

Jak wyginęli Falstaffowie?

Gdy już w Europie zniknął na dobre zawód awanturnika, pojawiło się pojęcie pieczeniarz, człowiek, którego dobrze karmią a czasem i pozwolą pomieszkać, za to że umie opowiadać… Czy to Franz Fiszer zastąpił Zagłobę?

A kobiety? Stare niezamężne ciotki przygarnięte na starość, te, które w modości próbowały się wyzwolić z funkcji Podręcznej? Też mieliśmy w rodzinie taką ciotkę… A inne? Czy to te, co skakały do Sekwany?