(Kobieta) Niepodległa 1918-2018

MANIFEST INICJATYWY NIEPODLEGŁE 2018

Dekretem z dnia 28 listopada 1918 roku, po wieloletniej walce działaczek organizacji kobiecych, nadano Polkom czynne i bierne prawa wyborcze. Nie tylko Polska odzyskała niepodległość.

W okresie odradzania się państwa polskiego emancypantki i aktywistki ruchu narodowowyzwoleńczego/patriotycznego zwołały wiele wieców, których kulminacją był Zjazd Kobiet ze wszystkich trzech zaborów we wrześniu 1917 roku w Warszawie. Delegacja Zjazdu, której przewodniczyła dr Justyna Budzińska-Tylicka, spotkała się z Józefem Piłsudskim i uzyskała zapewnienie, że w konstytucji odrodzonego państwa polskiego prawa obywatelskie uzyskają wszyscy, “bez różnicy płci”.

Był to ogromny sukces polskiego i europejskiego ruchu emancypacyjnego, efekt wieloletniej współpracy kobiet z różnych środowisk politycznych, które zgodziły się co do jednego: że odmowa połowie obywateli niepodległego kraju prawa do reprezentowania swoich interesów to nie demokracja, ale wykluczenie. Uzyskanie praw wyborczych było początkiem dalszej emancypacji, nie brakowało bowiem tych, którzy kwestionowali (i kwestionują) niepodległość kobiet.

Ale czy uzyskanie praw wyborczych przez kobiety oznaczało i oznacza, że:
• Uzyskały możliwość współtworzenia nowego państwa?
• Ich obywatelstwo przestało być deklarowane, a stało się faktyczne?
• Uzyskały podmiotowość prawną i możliwość wpływu na najważniejsze decyzje w państwie?
• Nie tylko dla nich, ale i dla wielu Europejek, skończył się czas fikcyjnej demokracji?

To, co się wówczas stało, miało swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Miało też swoje bohaterki i bohaterów. Podręczniki zwykle pobieżnie traktują temat walki kobiet o prawa wyborcze. Żaden pomnik ani tablica o tym nie przypomina. Nie ma apeli, kwiatów, kotylionów ani życzeń. Nikt nie wylega 11 ani 28 listopada na ulice, by wspólnie cieszyć się z tego, co Polki, jako jedne z pierwszych w Europie, wywalczyły dla siebie i przyszłych pokoleń.

Dlatego uważamy, że stulecie uzyskania praw obywatelskich to dobry czas na refleksję nad sytuacją kobiet nie tylko w przeszłości, ale i dziś. Czarny Poniedziałek, 3 października 2016 pokazał, że kobiety w Polsce stanowią siłę polityczną i mają ciągle o co walczyć.

W stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce, w stulecie wielkiego sukcesu ruchu na rzecz wolności i demokracji, wzywamy do masowego, zróżnicowanego, wspólnego świętowania! Jako osoby zaangażowane w ruch feministyczny, zachęcamy Was do samoorganizowania się! Spotykajmy się, rozmawiajmy, wychodźmy na ulice, stawiajmy pomniki, szukajmy informacji o kobietach, którym zawdzięczamy naszą Niepodległość.

Bądźmy widoczne i bądźmy niepodległe! Dołącz swoją siłę i odwagę, bądź solidarna w ruchu na rzecz upamiętnienia 100-lecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety! Utrwalajmy i praktykujmy nasze obywatelstwo, bo Wolność i Niepodległość nie są dane raz na zawsze.

Inicjatywa Niepodległe 2018

Groby / Gräber 2017 (2)

Wczoraj pisała o takich (i tych) grobach Anne Schmidt, dziś…

Elżbieta Kargol

Cmentarz samobójców w Berlinie

Jest prawie środek listopada. Mniej więcej między katolickimi Zaduszkami a protestancką Niedzielą Wieczności.

Dżdżysta pochmurna sobota nastraja melancholijnie, nostalgicznie i na tyle refleksyjnie, że wyzwala potrzebę wyjścia z domu i odwiedzenia pewnego, jedynego w swoim rodzaju berlińskiego cmentarza.
Mży, koła roweru ślizgają się po mokrym dywanie z kolorowych liści. Część z nich nie strącił jeszcze wiatr i cieszą oko swoją złocistoburą barwą.

Berlin, Grunewald.

Nie chodzi o dzielnicę, ale o ponad 4000 hektarów lasu na południowym zachodzie miasta.

W oddali słychać pomrukiwanie dzików, wszędzie rozryta ziemia. Mijam Teufelssee i teraz wiem, że muszę skupić uwagę. Gdy byłam tu trzy lata temu, nie zauważyłam drogowskazu schowanego w trawie. Minęłam skręt i dojechałam prawie do samej Haweli. Zwalniam, jeszcze raz spoglądam na mapę. To musi być gdzieś tu. Jest.

Drogowskaz „zum Friedhof“ (na cmentarz) postawiono wreszcie wyżej niż poprzednio.

Dla władających obydwoma językami, pomijając etymologię, „friedhof“ brzmi o wiele łagodniej niż „cmentarz“, z kolei „selbstmord“ surowiej i brutalniej niż „samobójstwo“.

Cmentarz samobójców w Berlinie, zwany również cmentarzem bezimiennych, a tak naprawdę Friedhof Grunewald-Forst (Cmentarz Leśnictwa Grunewald) położony na leśnej polanie, niedaleko półwyspu Schildhorn. W tym miejscu Hawela zakręca, wije się, tworząc większe i mniejsze zatoki i właśnie to ukształtowanie terenu i prądy rzeki wyrzucały topielców na brzeg.

Były to często służące z pruskich wielkopańskich domów, dla których niechciana ciąża z pracodawcą kończyła się desperackim skokiem w wody Haweli.

Również pięciu carskich żołnierzy, którzy w 1917 roku uciekli przed rewolucją w Rosji na wieść o obaleniu caratu wskoczyło w nurty rzeki.

Ich prawosławne krzyże są zadbane, stale odnawiane i nie można ich przeoczyć, choć większość grobów ukryta jest w trawach, bluszczu, w krzewach, za wielkimi sosnami ogromnymi dębami. Na wielu z nich są tabliczki informujące, że czas użytkowania grobu już minął.

Niesamowita i mrożąca krew w żyłach historia przydarzyła się pewnej pielęgniarce, Minnie Braun, której nie powiodło się pierwsze targnięcie na swoje życie. Uznana za zmarłą, przebudzona w trumnie, nie dała za wygraną i po kilku miesiącach próbę ponowiła i cel osiągnęła.

Do roku 1846 każda próba odebrania sobie życia była przestępstwem. Tych, którym próba się powiodła, kościół wykluczał i odmawiał godnego pochówku na poświęconej ziemi. Jednak rodziny zmarłych szukały innych rozwiązań. I tym rozwiązaniem stała się leśna polana w Grunewaldzie.

Taki pochówek był nielegalny, ale odbywał się za cichym przyzwoleniem pracowników lasu i ówczesnego leśniczego.

Szybko rozeszła się wieść o tym miejscu, do tego stopnia, że niedoszli samobójcy, by popełnić ten czyn, przyjeżdżali nawet z daleka do lasu nad Hawelę, wtedy jeszcze pod Berlin.
Gdy w roku 1920 powstał Wielki Berlin i miasto wchłonęło tereny leśne Grunewaldu, zmieniło się również prawo dotyczące cmentarzy. Oprócz parafialnych, które istniały dotychczas, prawo nakazywało zakładanie cmentarzy miejskich, co pozwoliło wreszcie prawnie usankcjonować to nielegelne miejsce pochówku w lesie.

Prawie półhektarową powierzchnę cmentarza w roku 1928/29 otoczono murem i postawiono solidną bramę żeliwną, zaprojektowaną przez architekta Richarda Thieme.

Powoli zaczęła się zmieniać też klientela cmentarza.

Swoje ostatnie miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tu więźniowie z obozów pracy I wojny światowej, żolnierze tejże wojny, jak również okolo 1200 niezidentyfikowanych osób, które zginęły podczas ostatnich miesięcy wojny w 1945 roku w Berlinie.

Nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi tu pochowano. W tej chwili jest około trzystu grobów, choć prawdopodobnie leżą tu tysiące zmarlych.

Jest grób Nico, właściwie Christy Päffgen niemieckiej modelki i piosenkarki związanej z Andy Warholem i wokalistki The Velvet Underground, która to miejsce wybrała już za młodu. Pochowana jest w grobie matki i do dnia dzisiejszego wielu jej wielbicieli odwiedza grób, zawsze palą się znicze i są świeże kwiaty.

Jest grób nadleśniczego Schulza, zmarlego w 1928 roku i nie wiadomo jak rozumieć napis na jego grobie :“Polowanie skończone“. Podobno wielu urzędników, (a pracownicy leśni byli takowymi) nie mogli pogodzić się z utratą monarchii, a tym samym z utratą tytułu urzędnika dworskiego.

Jest grób Clemensa Laara, popularnego pisarza okresu nacjonalizmu.

Tu pochowano również Willego Wohlberedta, badacza i znawcę berlińskich cmentarzy.

Jest wiele innych grobów, lub śladów po nich, schowanych w trawie, w liściach, w swym opuszczeniu, zapomnieniu i samotności.

Podchodzę do jednej z bezimiennych mogił.

Zapalam świeczkę dla Krzyśka, którego strach przed spłatą długów był silniejszy od życia,

dla Ronji, która nie udźwignęła problemów tego świata,

dla Jörga, który był zbyt wrażliwy,

dla Malwiny, którą nieszczęśliwa miłość wypchnęła z 7 piętra,

dla Piotra S., szarego człowieka, którego Polska bolała bardziej.

Nad Hawelą zaświeciło słońce, nagle przypłynął samotny biały łabędź. Według słownika symboli ptak ten oznacza między innymi śmierć, wieczność, czas i przemijanie.

Dacany

Andrzej Rejman

Aga Kaniewska, która prowadzi piękny blog i działalność społeczną między innymi w rejonie Zabajkala (Syberia Wschodnia)

https://agakaniewska.wordpress.com/fotografie/

zwróciła moją uwagę na zdjęcie autorstwa Stanisława Hrebnickiego, przedstawiające jeden z dacanów* w Buriacji.

Zdjęcie nie jest podpisane, ale szybko znaleźliśmy obecne zdjęcie tego dacana – jest to dacan Tamczyński, (Гусиноозёрский-Тамчинский дацан), znajdujący się w rejonie Jeziora Gęsiego.

Dacan Tamczyński – fot 1913 St. Hrebnicki

Dacan Tamczyński – lipiec 2017, fot Aldar Badmaev

Aga Kaniewska zamieszcza też na swym blogu piękne zdjęcia wsi Tarbagataj (wsi staroobrzędowców), oraz okolicznych krajobrazów.

Poniżej ten rejon w fotografii z przed ponad wieku:

__________________

*Dacan – termin oznaczający buddyjskie uczelnie-klasztory w tybetańskiej tradycji Gelugpy (jedna z głównych szkół buddyzmu tybetańskiego, do której należy m.in. Dalajlama) położone w Rosji, szczególnie w Syberii Wschodniej. Z zasady, dacan posiada wydział filozoficzny oraz medyczny. Przed XX w. dacany istniały tylko w Buriacji i na Zabajkalu.

Barataria 41 Król się bawi

Ewa Maria Slaska

Królowie i książęta

Tematy baratarystyczne mnożą się jak nie przymierzając króliki w pewnej kampanii publicznej, a tu trzeba się cofnąć do wpisów sprzed miesięcy, kiedy to sugerowałam, że nowo obrany gubernator Baratarii jest karnawałowym królem. Pora na powrót do tematu jest jak najwłaściwsza, w Niemczech bowiem karnawał zaczyna się już 11 listopada (11.11.) o godzinie 11:11. Gdy więc cały świat obchodzi koniec I wojny światowej, a 60 tysięcy polskich nazistśw, nie zauważonych przez telewizję publiczną, wrzeszcząc, że “chcą Boga”, maszeruje bezkarnie ulicami Warszawy, pobłogosławionych uprzednio przez księży Kościoła Katolickiego, w Niemczech wkłada się na głowę głupawą czapeczkę a na nos głupawy czerwony nos i zaczyna się huczne świętowanie (bo to my w adwencie zabaw hucznych urządzać nie mamy, oni – a jakże, jak najbardziej urządzać je mają). I wybiera się, a jakże, karnawałowego króla. Stolicą niemieckiego karnawału jest Kolonia. A wygląda tam tak:

Króla wybiera się w Kolonii od zawsze, ale od roku 1823 nazywa się go nie królem (obraza majestatu) lecz Bohaterem karnawału. Pierwszy Bohater był Włochem, producentem słynnej wody kolońskiej 4711, i nazywał się Emanuel Ciolina Zanoli. Był też przedstawicielem Stowarzyszenia, które postanowiło poprawić obyczaje karnawałowe. Dotychczas “lepsze państwo” świętowało w pałacach i mieszczańskich kamienicach, a plebs szalał na ulicach, co zazwyczaj kończyło się burdami. Król-bohater miał połączyć zwyczaje i złagodzić obyczaje, wyprowadzić bogatych na ulice, a biednych okiełznać i utemperować. Nie zawsze się to udaje. Efekty widać do dziś – 11 listopada 2017 roku aresztowano 50 osób za wykroczenia i naruszanie porządku publicznego, a kilkadziesiąt upomniano za… nieuprawnione sikanie po kątach!

Termin karnawału jest nie tylko zabawą z lubianymi przez wszystkich, tzw. urodzinami miesiąca (11.11. o godz. 11:11), ale z uwagi na czas i rzymską historię założycielską miasta – przypomnieniem rzymskich Saturnaliów. Non semper Saturnalia erunt, mawiali starożytni Rzymianie i rzeczywiście w Rzymie Saturnalia trwały kilka dni, od 17 do 23 grudnia i to one wyznaczyły umowny wszak termin Bożego Narodzenia. Ale w Niemczech… w Niemczech jak się zaczęły 11 listopada, tak trwać będą do końca karnawału czyli śledzika. Dobre cztery bite miesiące zabawy!

Jak go zwał, tak go zwał, ale Bohater ubrany był zawsze jak król, nosił atłasowy płaszcz obszyty gronostajem, a na głowie miał i ma koronę z pawich piór, co sybolizować ma nieśmiertelność. W roku 1823 nie było jeszcze królowej karnawału, ale Bohaterowi towarzyszyła Dziewica-Założycielka (do roku 1924 jej rolę odgrywał zawsze mężczyzna, od prawie stu lat – różnie bywa, w tym roku to facet) czyli rzymska cesarzówna Julia Agryppina (to na jej cześć miasto zostało nazwane Kolonia Agrippa). W roku 1871 Bohatera nazwano Księciem, a dziewicę Założycielkę przemianowano na Pannę Wenecję. Od roku 1825 do Króla-Bohatera i Panny dołączył jeszcze chłop (Bauer) i tak jest do dziś – ta trójka poniżej to Kölner Dreigestirn, Koloński Triumwirat. Król jest szalony, chłop rubaszny, dziewica – milusia. Ale panna i chłop już to pojawiają się, już to znikają, a Król, nawet jeśli go przemianowano to na bohatera, to zaś na księcia, jest zawsze. Obiera się go jeszcze podczas przygotowań do karnawału, ale urzęduje dopiero od stycznia następnego roku. Tak wyglądali w roku 2005.

W tym roku królem został Michael Gerhold, literat, który rządzić będzie jako Michael II.

***
Drugim powodem, żeby powrócić dziś do tematyki karnawałowej, jest historia pewnej premiery. Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse) – dramat Wiktora Hugo z roku 1832, pierwsze dzieło literackie zakazane przez cenzurę po francuskiej rewolucji lipcowej. Trwała ona trzy dni (od 27 do 29 lipca), udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu dokonaną przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Wieść o rewolucji lipcowej we Francji rozeszła się po całej Europie, zachęcając do walki przeciw porządkowi stworzonemu i strzeżonemu przez Święte Przymierze. W sierpniu wybuchła rewolucja belgijska, w listopadzie – powstanie przeciwko Rosji w Warszawie.

Król się bawi to historia intryg i miłostek na francuskim dworze w czasach króla Franciszka I, historia zakończona morderstwem. Sztuka miała wymowę głęboko antymonarchiczną i została zakazana w dzień po pierwszym wystawieniu 22 listopada 1832 roku w Komedii Francuskiej. Na przedstawieniu zebrała się spora grupa młodych sympatyków republiki, którzy po wyjściu z teatru śpiewali pieśni rewolucyjne.

Dramat Hugo wystawiono dopiero po 50 latach. Na jego podstawie Giuseppe Verdi napisał operę Rigoletto, którą o dziwo można było wystawiać również we Francji. Jednak przezorny librecista,  Francesco Maria Piave, zmienił imiona bohaterów i przeniósł akcję do Mantui. W przeciwieństwie do sztuki Wiktora Hugo operę zna każdy, choćby z jednej tylko arii – La donna e mobile!

Rozpropagowana współcześnie przez „Trzech Tenorów”, już przedtem wykonywana była jako numer popisowy, śpiewał ją między innymi Enrico Caruso. Pierwszym tenorem śpiewającym podczas światowej prapremiery (15 lutego 1845) w Teatro La Fenice w Wenecji rolę Księcia Mantui, a zatem i samą arię, był Raffaelle Mirate.

Wikipedia twierdzi, że aria w zestawieniu ze stylem życia księcia Mantui jest wyrazem libertynizmu. Książę Mantui wykonuje ją w gospodzie Sparafucila, zalecając się do jego siostry i wspólniczki w ciemnych interesach – Magdaleny. Rozwiązłość księcia obserwuje także Gilda, córka Rigoletta, której garbaty błazen chce pokazać prawdziwą naturę człowieka, w którym była zakochana.

Plakat z 22 listopada 1882 roku – pierwsze wystawienie sztuki Król się bawi po zniesieniu zapisu cenzorskiego.

***

Oczywiście król Francji w sztuce  Król się bawi i książę Mantui w operze Rigoletto to nie “nasz” karnawałowy król Sancho Pansa – w obu dziełach jest on jednak obecny. U Hugo to błazen Trybulet, w operze – tytułowy Rigoletto, błazen przechera, charakter złośliwy acz zarazem prawdziwy, ludowy, mądry, sprytny, a przy tym złośliwie i niesprawiedliwie ukrzywdzony, zabawka w ręku władcy.

Na zakończenie owa aria, jedna z najsłynniejszych arii na świecie – Kobieta zmienną jest. Luciano Pavarotti.

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau. 

Tęskno mi, Panie…

Anna Dobrzyńska

Rodzynki

„Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…”

Kiedyś pracowałam dla firmy o światowym zasięgu, proponującej swoim Klientom usługi najwyższej jakości, w trosce o dobro Klienta przygotowującej produkty na najwyższym poziomie, proponującej rozwiązania stworzone specjalnie dla indywidualnych potrzeb Klienta, bo każdego Klienta traktuje ona wyjątkowo i dba o Jego przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. …Swoją opiekę roztacza nie tylko nad swoimi Klientami ale troszczy się o losy Jego najbliższych, najdalszych a także przyszłe pokolenia idące w prostej oraz nieprostej linii od jej czcigodnego Klienta. Dlatego cały czas doskonali swe produkty by móc sprostać każdym oczekiwaniom każdego Klienta, nawet tym oczekiwaniom, których Klient nie ma albo nawet nie wie, że takowe może posiadać. … Wszystko to robi w trosce o dobro Klienta, by ten mógł cieszyć się życiem, żyć jego pełnią oraz liczyć na jej matczyne serce i ojcowską pomoc gdy tylko jakieś zło stanie na Jego beztroskiej drodze życia. Jej działanie napędza chęć realizacji marzeń swojego Klienta, troska o Jego bezpieczeństwo i miłość. Miłość, która przenika wszystkie aspekty życia Klienta oraz jest – jak to miłość – wieczna.

Nie ma znaczenia co to za firma, bo cała branża stosuje ten sam język marketingowy…

Dodam, że firmy te dbając o swój światowy prestiż i markę rezydują w budynkach spełniających najwyższe standardy, tak by światowa forma i jakość ducha znalazła odzwierciedlenie w światowej materii.

W którymś tam momencie mojej kariery zostałam uczestnikiem pewnego szkolenia. Przez miesiąc, codziennie spotykaliśmy się w grupie około 30 osobowej, by przez 4 godziny zgłębiać wiedzę z zakresu działalności firmy. Atmosfera była przyjemna, ludzie uprzejmi, rozmowni, odnoszący się do siebie z życzliwością. Szkoliliśmy się przy aromatach firmowej kawy i herbaty, często częstowani firmowymi ciasteczkami – no, jak to w wielkim świecie. Ostatniego dnia, na samo zakończenie szkolenia prowadzące panie zarządziły takie oto ćwiczenie: „Podzielcie się na dwie grupy. Jedna niech zostanie w sali a druga niech wyjdzie na korytarz”. Ja byłam w tej drugiej. Na korytarzu prowadząca szkolenie powiedziała: „Wasze zadanie polega na tym by tamta grupa ustawiła się pod tablicą”. I na tym zakończyła swoją działalność. Byłam pierwszą osobą, która zabrała głos: „Powiemy im, że dostaliśmy takie zadanie, że mamy ich poprosić by ustawili się pod tablicą”. Jednak zostałam zakrzyczana, że to właśnie na pewno jest źle, na pewno nie o to chodzi, na pewno oni nie będą się chcieli ustawić pod tablicą, bo na pewno oni właśnie dostali zadanie, żeby za nic na świecie nie ustawiać się pod tablicą. „Tego nie wiemy jakie ma zadanie tamta grupa i się nie dowiemy póki z nimi nie porozmawiamy…” – próbowałam bronić swoich racji. Ale już mnie zakrzyczeli na dobre, pominięli, wręcz odrzucili. No więc, zdystansowałam się, usiadłam na fotelu i z pewnej odległości obserwowałam to, co się dzieje. Jeszcze był jeden mężczyzna, który był w takiej samej sytuacji jak ja. Byliśmy jak dwa rodzynki w cieście.

A co się działo w owej grupie? Grupa prześcigała się w pomysłach, co by tu zaaranżować, aby „tamci” nie wiedząc, że się ustawiają pod tablicą – ustawili się pod tablicą. To było ładnych parę lat temu, więc szkoda, że wszystkich pomysłów już nie pamiętam ale finalny pamiętam – „radosny pociąg”. Mieliśmy ustawić się w pociąg, gęsiego, trzymać osobę przed sobą pod boki – tak jak na weselach. Pierwsza osoba była – „lokomotywą”, więc ręce miała wolne. Miała je trzymać zgięte przed sobą i poruszać na kształt kół w lokomotywie, mówiąc przy tym: „puf-puf-puf”. Żeby było weselej, „lokomotywa” włączyła muzyczkę, melodyjkę w telefonie. I tak mieliśmy tym pociągiem wjechać do sali, udając, że się świetnie bawimy i jesteśmy radośni. Do tej radości i świetnej zabawy będziemy zapraszać i wciągać za ręce „tamtych”. „Tamci” – oczywiście rozbawieni się do nas dołączą i tak oto tym pociągiem zajedziemy pod tablicę. A pod tablicą?…. Uciekniemy! I „oni” zostaną pod tablicą!

… No pomysł godny Agenta 007!

A trzeba pamiętać, że to byli dorośli ludzie.. nie dzieci.. W większości z wyższym wykształceniem, inteligentni, na poziomie, niekiedy zajmujący kierownicze stanowiska… ”Lokomotywą” – był pan, koło 50… I oni naprawdę wierzyli w to, co robili … Ćwiczyli na korytarzu ten radosny pociąg i ćwiczyli hasła, które miały „tamtych” zachęcać.

No, w końcu musiałam wejść do tej sali, pociąg wjeżdżał to i ja musiałam jakoś tam wejść. Bardziej weszłam niż wjechałam, choć pociąg – twardo wjeżdżał i to na wesoło. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, bo jakoś weszłam chyba jako ostatni wagon. Ale w końcu się zorientowałam. Otóż, zmienił się wystój sali. Stoły, które wcześniej stały normalnie, teraz budowały korytarz, prowadzący od drzwi aż do okna. ”Oni” też coś wymyślili… Przed stołami stali „tamci”, w równych odstępach, na szeroko rozstawionych nogach, niczym strażnicy, by nikt czasem nie uciekł… Zaczęło robić się gorąco. Poczułam się jak bydło zapędzane do rzeźni. Drugie moje skojarzenie było z Umschlagplatz, kiedy to Żydzi byli gnani do wagonów transportacyjnych a drogę wyznaczał szpaler „żydowskiej policji”, który pilnował, by nikt nie uciekł. … Szybko udało mi się rozsunąć stoły i uciec z tego korytarza, trochę przeciskając się przez wąską szczelinę a trochę prześlizgując się po blacie, ale następna osoba, za mną już nie miała tyle szczęścia. Strażnik ją pochwycił i po krótkiej szarpaninie, siłą wstawił do korytarza. Zasunął stół. Odwrotu nie było. „Wesoły pociąg” ciągnął za ręce i popychał „tamtych”, a „tamci” ciągnęli i popychali „tych”. I tu już nie było humoru ani żartów. Tu była szarpanina, krzyki, wyzwiska, kłócenie się. Wszystko na bardzo poważnie. A ja schroniłam się gdzieś z dala i znów obserwowałam…. Sala była duża, z filarami, kwiatami w donicach, – no w końcu to budynek na światowym poziomie i najwyższych standardów.

A prowadzące tak patrzyły, patrzyły…

W końcu gdy już większość ochrypła od krzyków, jedni zostali z włosami uczestników szkolenia z przeciwnej grupy w dłoniach, a drudzy z krwią na ustach od rzucania się swym kolegom do gardeł, nastąpiła „jakaś” współpraca. Grupy ustaliły, że jedni się ustawią pod tablicą a drudzy pod oknem…/a! więc takie zadanie dostała grupa, która została w sali! Mieli ustawić nas pod oknem! Tak samo jak my dostaliśmy polecenie by ustawić tamtych pod tablicą!…. ojej, jakie to banalne…/

Ale atmosfera Umschlagplatz wcale nie odeszła na swoje miejsce czyli do przeszłości.

„My się ustawimy pod tablicą, a wy się nie ustawicie pod oknem!!!”, „A jaką mamy gwarancję, że wy się ustawicie, jak my się ustawimy?!!!”, „A skąd mamy wiedzieć, że nas nie oszukacie?!!!”, „Oszukacie nas, na pewno nas oszukacie!!!” „Po jednej osobie będziemy się ustawiać !!!” „Jedna osoba od was się ustawi pod tablicą i dopiero jedna od nas się ustawi pod oknem!!!”, „Ty idź pod tablicę!!!”, „Dlaczego ja?!!!”, „Pójdę wtedy, kiedy sam będę chciał!!!”, „Idź, bo ja ci każę!!!”, „Tamten krzywo stoi!!!”, „Wracaj do szeregu!!!”, „Jak ty wychodzisz za linie to jeden od nas też wychodzi z szeregu!!!” „Nie wychodź za linię!!!” „Równo stój !!!”

„raus”, „raus”, „sznela”, „sznela” – brakowało mi tylko między tymi okrzykami.

Ustawiłam się pod oknem, oczywiście w swojej kolejności, kiedy mi „kapo” kazał. Stałam równo, nie wychodziłam za linię i nie odstawałam od okna, żeby się na mnie „kapo” nie darli… Miałam już dosyć.

Tych ludzi jakby coś opętało…

Gdy ćwiczenie dobiegło końca i obie grupy stały pod oknem i pod tablicą prowadząca powiedziała: „Dlaczego nikomu z was nie przyszło do głowy po prostu drugą grupę – poprosić?”. …Czy miałam podnieść rękę i powiedzieć: „ja chciałam”…? To nie miało żadnego znaczenia.

„Czy, któraś grupa ma jakiś powód, dla którego nie mogłaby by się od razu ustawić pod oknem lub pod tablicą? Ćwiczenie to miało pokazać do czego prowadzi brak otwartej postawy i zamknięcie się na dialog”. I dodała: „Wszystkie grupy, z którymi przeprowadzamy to szkolenie realizują to zadanie właśnie w taki sposób jak wy.”

To doświadczenie mnie zdegustowało. Wyszłam z pracy zmęczona jak nigdy… Rozczarowana? Na pewno.

Produkt światowy, firma światowa, budynek – na światowym poziomie… szkoda, że w ludziach takie światowe…. taki światowy szlam.

Dlaczego mnie nie chcieli słuchać? Skąd ta energia do tworzenia tak pogmatwanych scenariuszy? Dlaczego tak miłują krętactwo? Skąd ta niechęć do prawdy? Dlaczego zakładają wrogość drugiej strony? Dlaczego nie są otwarci na dialog? Dlaczego tak łatwo im było zobaczyć w swoich dotychczasowych kolegach wrogów, których należy przechytrzyć, oszukać, wmanewrować, załatwić podstępem? Dlaczego tak łatwo było im stanąć po dwóch stronach barykady? Dlaczego nie cofnęli się nawet przed przemocą fizyczną?

Tyle energii, zaangażowania, słów, zamieszania, mącenia, wymyślania, złej woli… zamiast uczciwości, zwykłej otwartej rozmowy.

„Prawda jest zwięzła, kłamstwo owija się w wielomówstwo”.

To było tylko szkolenie. Tylko ćwiczenie. Tylko zabawa. W grę nie wchodziły żadne pieniądze. Do czego jest zdolny człowiek, gdy w grę wchodzą pieniądze? Do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą duże pieniądze? A do czego jest zdolny człowiek gdy w grę wchodzą – bardzo duże pieniądze? Można sobie wyobrazić lub …powspominać…

„Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od złego pochodzi”.

Pozdrawiam wszystkich pracujących w światowych firmach. Nikogo nie oceniam. Przecież istnieją rodzynki 🙂

Reblog: Polak na wakacjach

Zimno, deszcz, wiatr, mgła, szare niebo, chmury, katar… Albo natychmiast spakujemy manatki i uciekniemy na Wyspy Zaczarowane, albo przynajmniej sobie poczytajmy, jak było, jak będzie, i jak mogło by nie być, gdyby nie było, jak jest… Zreblogowałam z National Geographic, tylko zdjęcie dałam od siebie, bo… Bo tam było tak cudownie, cicho, czysto, ciepło, ale nie za zimno i nie za gorąco, pusto. A tu plucha.

7  grzechów głównych Polaków na wakacjach 

Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Zabieranie jedzenia na zapas ze stołówek… Polak w podróży nierzadko bywa irytujący, bezczelny, trudny we współpracy. Tyle że nie jesteśmy jedyni; każdy naród na świecie potrafi wyliczyć podobny zestaw swoich wakacyjnych przewin.

Obśmiać go nietrudno, bo obiekt to wdzięczny. Michał Rusinek nawet kilka limeryków poświęcił karykaturalnym opisom wypoczywających nad modrym Jadranem Polaków. Jeden zaczynał się tak: „Polak robi w Czarnogórze/ dziś wrażenie bardzo duże:/ Nosi zawsze – dumny cały –/ i skarpetki, i sandały”.

Kiedy o największy grzech Polaków na wakacjach pytam na Facebooku, pod postem w kilka godzin zbiera się ponad 150 komentarzy. Lista zarzutów, którą odtwarzam na podstawie tej dyskusji oraz wieloletnich rozmów z przyjaciółmi i zwykłych życiowych obserwacji, jest naprawdę długa. Są na niej i skarpetki do sandałów, i obsesyjne przeliczanie cen, i nadużywanie alkoholu.

Najczęstsze jednak przewiny rodaków są chyba cztery: śmiecenie, głośne zachowanie (wrzaski, głośne rozmowy, jak i puszczanie własnej muzyki na plaży czy kempingu), narzekanie (a nawet, jak napisał mój znajomy: „ Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Że drogo. Że tandetnie. Że brudno. Że za czysto. Że soku nie ma.  Że herbaty nie ma. Że kawa gorzka. Że słodka. Że obsługa słaba. Że ludzie dziwnie grzeczni. Że wszędzie ci głupi Polacy. Że Rosjanie. Że Niemcy. Że jest inaczej”) i kombinowanie, czy raczej nadużywanie reguł. To ostatnie może polegać na zabieraniu jedzenia na zapas ze stołówek czy obżeraniu się przy szwedzkim stole, ale też na obsesji dojechania wszędzie własnym autem, mimo tabliczek i zakazów.

 Nad oceanem w Portugalii

Poważny zarzut to też chamstwo, niekiedy ocierające się o rasizm i nacjonalizm. Pokrzykiwanie na kelnerów, kąśliwe uwagi o miejscowych, zwłaszcza jeśli ich kolor skóry jest ciemniejszy od nadwiślańskiego różu, i protekcjonalizm. Ten szczególnie daje znać o sobie na wschód od Bugu. W „naszym Lwowie”, „naszym Wilnie”, a już tym bardziej „u Kacapów”, na uświęconej męczeńską krwią „naszych zesłańców” Syberii gość z Polski często nie przebiera w słowach. Wszystkich napotkanych ludzi ma albo za głupków, albo za oszustów, a najczęściej za jednych i drugich jednocześnie. Kobiety dodatkowo – za łatwe i puszczalskie, szczególnie wtedy, gdy są odporne na jego wątpliwe wdzięki. Lista grzechów jest długa.


Siedem grzechów głównych

Chciwością można nazwać to 1. wieczne przeliczanie wszystkiego na złotówki (czy aby u nas nie taniej?), meldowanie dwóch osób w apartamencie, a po wyjściu właściciela ściąganie do niego kolejnych pięciu, oraz słynne już wrzucanie much do talerza, żeby nie płacić za obiad.

Nieczystość to oczywiście 2. śmiecenie i wszystkie pokrewne zbrodnie, jak niesortowanie śmieci czy buchanie ludziom na kempingu, albo plaży, spalinami z rury wydechowej. Pod zawiść da się podciągnąć 3. narzekanie i krytykanctwo. W duchu: mają ci Grecy co prawda błękitne, ciepłe morze i gaje oliwne, ale o herbatę z cytryną na śniadanie u nich trudno. Albo: ładny niby ten Paryż, i złocenia, i łuki, i witraże, ale cóż z tego, skoro psy po chodnikach srają, a w metrze śmierdzi. W naszym, warszawskim, jest czyściej i żadnych bezdomnych!

4. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to wiadomo. Tutaj wpadają wszystkie autokarowe popijawy, masowo oblegane sklepy wolnocłowe na lotniskach, pięć porcji whisky wychylonych na pokładzie samolotu, a nawet własna wódka konsumowana w apartamentach od Cypru po Wyspy Kanaryjskie. No i oczywiście stosy na talerzach w wypadku szwedzkiego stołu, a nawet przekazywanie sobie potajemnie na koniec turnusu sprytnie zdejmowanych opasek „all inclusive”.

5. Gniew to „Nieustanny wkurw. Na pogodę, dzieci, kelnera, sąsiada”, ale też „wrzask, wrzask, wrzask”, który zdaniem jednego z dyskutujących pod moim postem kolegów bierze się „z braku możliwości/umiejętności odreagowania stresów w ciągu roku”.

A ostatnia na liście 6. gnuśność? Też ma swoje odpowiedniki w wakacyjno-podróżniczych praktykach Polaków. Tutaj mamy przede wszystkim brak znajomości języków obcych i brak jakiejkolwiek chęci zmiany tego stanu rzeczy. Dowcip o piłce do metalu znamy chyba wszyscy, a i każdy pewnie nie raz widział rodaka starannie, po polsku, tłumaczącego coś zdziwionemu Tajowi czy Łotyszce, z narastającą irytacją, że głupek ten ich nie rozumie. Z tą nieznajomością języków łączyć się może zamiłowanie do wczasów zorganizowanych. Wiadomo, że jak ktoś nie zna ani słowa w obcych językach, nie będzie mu się chciało organizować wakacji samemu, dogadywać się w sprawie transportu, noclegu i jedzenia.

Jest jednak jedno, za to wielkie „ale”. Co bieglejszy w naukach Kościoła czytelnik pewnie zauważył, że pominęłam grzech pierwszy i najważniejszy, a mianowicie pychę. Największym grzechem Polaków na wakacjach jest 7. naśmiewanie się z innych Polaków. Wszyscy uwielbiamy rozprawiać o tym, jacy to Polacy hałaśliwi, jak koczują przy swoich samochodach z disco polo na full włączonym, jak puszki po piwie i opakowania po chipsach wszędzie rozrzucają, jacy zamknięci na obce kultury, jacy aroganccy dla obsługi i jacy roszczeniowi.

Można ich bronić: że jedzenie wynoszą, bo nie mają pieniędzy, by żywić się na mieście, że języków nie znają, bo w PRL-u nie uczyli. Ale przyjemniej przecież rozprawiać o tym, że Polacy źle ubrani, że mało obyci w świecie i prawidłowo wymówić macchiato nie umieją. No bo pamiętać o tym, że wielu Polaków wciąż po prostu nie stać na żadne wakacje, na których mogliby sobie pogrzeszyć, jakoś głupio.


O tym naśmiewaniu się opowiada spektakl Pogarda wyreżyserowany przez Wiktora Rubina i zrealizowany przez Kantor Downtown Collective. Zaczyna się od filmiku przedstawiającego obleśnego, wąsatego typa na wakacjach, „Polaczka” jak ta lala, wypisz wymaluj jak z moich opisów kilka akapitów wyżej. A potem przywołuje teksty pełne pogardy, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich kilku lat przez polskie media. Konstrukcja spektaklu opiera się na prostej dychotomii: poczucia wyższości i właśnie pogardy.

Pogardzamy, bo czujemy się lepsi. Albo przynajmniej chcielibyśmy tak się czuć. Obleśny typ, który na początku widzów Pogardy tak śmieszy i brzydzi, nie jest realnym bytem, a utkanym z tych wszystkich od lat obecnych w naszej
kulturze wątków i wyobrażeń o nas samych i o innych. To w stworzonym z nich, spaczonym obrazie tak lubimy się przeglądać. Tak, lubimy czuć się lepsi. Turystyka, szczególnie turystyka niszowa, jest jedną ze strategii odróżniania się od innych, kreowania własnego wizerunku, na użytek własny i swoich w siatce społecznej.

Ponieważ coraz trudniej zrobić w czasie wakacji coś, czego nie robią inni, pomysły na turystykę niszową stają się coraz bardziej ekstrawaganckie. Już nie wystarczy gdzieś pojechać autostopem, trzeba iść na piechotę, z psem, z dwumiesięcznym dzieckiem, tyłem, na czworakach. Na pięknej plaży każdy głupi był, to samo w zwykłych górach, jeździ się więc do obozów zagłady i łagrów albo podróżuje, odwiedzając kolejne slumsy, miejsca, o których świat zapomniał (dark tourism). No i krytykuje tych wszystkich normalsów, dla których idealne wakacje to hotel z basenem plus cztery posiłki podane pod nos.

Anna Horolets, socjolożka, która od lat bada turystykę i turystów, zwracając szczególną uwagę na te wszystkie subtelne gry prestiżów, w jakie podróżowanie jest uwikłane, zwraca uwagę na charakterystyczne dla klas średnich „szukanie turysty gorszego od siebie”.

Jej zdaniem to nawet nie jest nasza, narodowa, polska cecha, a cecha turystyki jako takiej. Właśnie dlatego, że coraz trudniej być samemu na wakacjach, przeszkadzają inni turyści. Człowiek się obawia, że upodobni się do nich, a przecież miał był inny, lepszy, bardziej wyjątkowy.

Tak, nie da się ukryć, zostawianie śmieci w lesie czy na plaży jest złe, podobnie jak darcie się na ulicy, a tym bardziej w muzeum, czy chamskie odzywki do kelnerów, niezależnie od tego, czy tamci je rozumieją, czy nie. Nie ma co jednak – oburzając się tymi nagannymi zachowaniami – nakręcać oikofobii, strachu przed swoimi, jak bardzo inni byśmy się od nich nie czuli. Miło jest czuć się lepszym i fajniejszym niż przeciętny Kowalski. Ale czy naprawdę pan w skarpetach do sandałów lub pani wypoczywająca na turnusie all inclusive samym swoim istnieniem zrobili komuś coś złego?

Nieprzekonanym polecam rozmowę o największych grzechach angielskich turystów z Anglikiem albo o największych grzechach rumuńskich turystów z Rumunem. Gwarantuję, że usłyszycie mniej więcej to samo, o czym przeczytaliście w tym tekście.

Ludwika Włodek

Stuart 35

When you don’t need to worry there’ll be days like this
When no one’s in a hurry there’ll be days like this
When you don’t get betrayed by that old Judas kiss
Oh my mama told me there’ll be days like this

When you don’t need an answer there’ll be days like this
When you don’t meet a chancer there’ll be days like this
When all the parts of the puzzle start to look like they fit it
Then I must remember there’ll be days like this

Będą takie dni, kiedy nie będziesz musiał się martwić
Dni, w których nikt nie będzie się do nikąd spieszył
I nikt nie oszuka cię judaszowym pocałunikiem
Mama mówiła mi, że będą takie dni.

Dni, kiedy nie będziesz potrzebował żadnych odpowiedzi,
W które nie natkniesz się na żadnego pozera
A wszystkie części puzzla zaczną układać się w całość
– Muszę pamiętać, że będą takie dni.

Van Morrison Days like this

Joanna Trümner

Podróż

W kilka dni później siedział w helikopterze i niecierpliwie czekał na lot nad Wielkim Kanionem. Kiedy samolot w końcu wystartował, Stuart przylgnął twarzą do okna i patrzył z góry na morze zieleni. „Może nie warto było wydać tyle pieniędzy na ten lot?”, pomyślał, rozczarowany pięknym, ale jednostajnym widokiem. W tle słyszał patetyczną muzykę – „Mozart? Beethoven? Haydn?”, zastanawiał się i uświadomił sobie z zawstydzeniem, jak mało zna muzykę klasyczną. Nagle monotonnię niekończącej się zieleni przerwał widok rozstępującej się ziemi, skąpanego w słońcu Wielkiego Kanionu i płynącej dołem, wcinającej się w podłoże turkusowej rzeki Kolorado. „To jedna z tych chwil, które pamięta się przez całe życie”, pomyślał, nie mogąc oderwać oczu od widoku za oknem.

Z każdym dniem podróży Stuart coraz mocniej czuł, że wraca mu chęć do życia i chęć pisania nowych utworów. Piękne krajobrazy, które widział w parkach narodowych w Utah, spotkania z otwartymi, przyjaznymi ludźmi i fakt, że co wieczór siadał do zeszytu i zapisywał słowa kolejnych piosenek, uświadomiły mu, jak słuszna była decyzja, żeby na miesiąc zrobić sobie przerwę od codzienności.

Kolejnym etapem podróży było Las Vegas. Na ostatniej stacji benzynowej przed Doliną Śmierci zaczepiła go młoda dziewczyna. „Możesz mnie wziąć do Vegas?”, zapytała, a widząc, że Stuart się waha, dodała „Jestem z koleżanką, bardzo byś nam pomógł”. Wielkie plecaki dziewczyn z trudnością zmieściły się w bagażniku samochodu. Zamykając klapę Stuart pomyślał, że panny mogły uciec z domu. „Zawsze się muszę w coś wpakować”, pomyślał ze złością na siebie samego. Nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, więc bez słowa otworzył drzwi auta i czekał, aż pasażerki zajmą miejsca na tylnym siedzeniu.

Po kilku minutach młodsza z dziewcząt – Jenny – przerwała ciszę w samochodzie. Opowiedziała, że ona i Katy, jej najlepsza przyjaciółka, wybierały się do Las Vegas w poszukiwaniu pracy. Obydwie skończyły niedawno dwadzieścia jeden lat i przed laty wspólnie podjęły decyzję o wyrwaniu się z Paradise Valley – „największej dziury w całej Ameryce, a może i na całym świecie”. To dziecinne stwierdzenie rozbawiło Stuarta i rozwiało jego obawy. Przypomniało mu się rodzinne Walton i małe miasta, w których dawał koncerty. „Tak można byłoby opisać tysiące miejsc na ziemi”, pomyślał, obserwując współpasażerki w ludterku wstecznym. Przysłuchiwał się ich chichotom i rozmowie pełnej radosnego oczekiwania, co też im się wydarzy w Las Vegas. „W ich wieku całe życie jest jedną wielką przygodą”, pomyślał z zazdrością. „Ani przez chwilę nie pomyślałyście, że mogę was zgwałcić albo zabić?”, zapytał, chcąc chociaż na chwilę przerwać atmosferę infantylnej radości. „My się znamy na ludziach”, odpowiedziały równocześnie dziewczyny. Ta odpowiedź kompletnie rozbroiła Stuarta, z trudnością powstrzymywał się od śmiechu, myśląc o tym, że prawdopodobnie piętnaście lat temu on był tak samo naiwny.

W kilka minut później samochód zatrymał się na krótką przerwę w Dolinie Śmierci. „Jedźmy dalej, wszystko zobaczyliśmy. Na pewno cała ta twoja Australia też tak wygląda”, ponaglała Katy. Stuart musiał jej przyznać w duchu rację, przez wiele kilometrów drogi przez pustynię odnosił wrażenie, że jest w miejscu, gdzie już był. Po wjeździe do Las Vegas rozstał się z dziewczynami i rozglądając się za hotelem myślał o tym, że przez wiele godzin wspólnej jazdy samochodem przyzwyczaił się do paplaniny i śmiechu z tylnego siedzenia.

W kilka godzin później, po zapadnięciu zmroku, wybrał się na spacer po rozświetlonym i pulsującym życiem mieście. W końcu wszedł do kasyna. Długo stał przy stoliku z ruletką i przyglądał się grze. Próbował odgadnąć, kto z graczy wygra, kto szybko zrezygnuje, a kto przegra wszystko. „To trochę jak zabawa z losem”, pomyślał i postanowił zagrać. Zajął miejsce przy stole z ruletką i już po kilku rundach wiedział, że szybko od niego nie odejdzie. Na początku stawiał tylko część żetonów na parzyste lub nieparzyste cyfry lub na kolor, z czasem nabierał coraz więcej pewności i obstawiał pojedyncze cyfry, zachowując kilka symobolicznych żetonów w ręku, po wielu godzinach przy stole z ruletką zdecydował się postawić wszystkie żetony na odpowiadający jego wiekowi numer 35. W napięciu obserwował obracającą się kulkę i wsłuchiwał się w jej odgłos. Odliczał obroty kulki, wydawało mu się, że nigdy nie nadejdzie moment w którym zatrzyma się jej ruch. Kulka wylądowała w przedziale z cyframi „3” i” 5”.

Stuart zaczął rozglądać się po kasynie, chciał upewnić się, że to, co właśnie przeżywa, nie jest snem. Była czwarta rano, tylko przy nielicznych stolikach siedzieli jeszcze gracze, przy jego stoliku został krupier, starsza kobieta, która w ciągu nocy przegrała wszystkie żetony i Chińczyk, który trzymał kurczowo w ręku kilka plastikowych krążków. Widać było, że walczy z pokusą dalszej gry, postawienia wszystkiego, co pozostało mu w ręce, na jedną kartę. Stuart postanowił odejść i nie prowokować dłużej szczęścia.

„39.567 dolarów”, powiedziała młoda dziewczyna w kasie dając mu w zamian za żetony pękającą w szwach plastikową torbę bez napisu. „Dziwna suma”, pomyślał, zostawiając dziewczynie z kasy 100 dolarów napiwku. Wyszedł i wsiadł do jednej z czekających przed kasynem taksówek. W hotelu rozłożył gotówkę na podłodze i przeliczył ją ponownie. „Szkoda, że nie mam komu tego pokazać”, pomyślał przed zaśnięciem.

Wstał przed dziesiątą, widok rozłożonej na podłodze gotówki przypomniał mu o wczorajszym wieczorze. „Więc to nie był sen. Co mam teraz zrobić z tymi pieniędzmi?”, pomyślał i wybrał się w drogę na poszukiwanie banku, w którym mógłby przelać kasę na swoje konto w Australii. Prowadząc samochód po głównej ulicy Las Vegas, budzącym się o tej porze do życia Stripe, zastanawiał się nad tym, jak nieobliczalne jest życie. W jednej z bocznej uliczek znalazł filię Bank of America. Tuż obok niej było biuro podróży, kuszące wielkim plakatem: „Tydzień plażowania w Cancun – tylko 199 dolarów”. Na widok turkusowego morza i skąpanej w słońcu, pustej plaży Stuarta opanowało dziwne przeczucie, że nie znalazł się w tym miejscu przypadkowo. W kilka dni później siedział w samolocie do Cancun.

Był zadowolony, że spędzi kilka dni wylegując się na plaży, liczył na to, że spisze chodzące po głowie melodie, cieszył się, że będzie miał spokój. Pozwolił sobie na luksus i wynajął apartament z widokiem na morze. „Skończyła się zła passa”, pomyślał i z zadowoleniem stwierdził, że zmęczenie, które mu dokuczało w ostatnim czasie, należy do przeszłości. Życie nabrało sensu, cieszył się na ślub Toma za kilka tygodni i zastanawiał się, jak zainwestować wygraną z kasyna. Wieczorem siadał na tarasie, pił wino i wsłuchiwał się w szum morza. Wszystko wydawało się możliwe. „Na to też przyjdzie czas”, powiedział, patrząc na puste miejsce w dwuosobowym łóżku w sypialni.

Rano ruszył w poszukiwaniu plaży, która nie byłaby oblegana przez amerykańskich turystów. Po długim spacerze wzdłuż morza znalazł w końcu miejsce, gdzie oprócz niego była tylko młoda meksykańska rodzina z dwójką małych dzieci. Usiadł w cieniu wielkiego drzewa i pogrążył się w pracy – spisywał słowa i melodie nowych piosenek. Załował, że nie wziął ze sobą gitary, miał ochotę zagrać nowe utwory, postanowił, że po powrocie z plaży przejdzie się po mieście i poszuka sklepu z instrumentami muzycznymi.

„To wygląda jak kiczowaty obrazek”, pomyślał wchodząc do turkusowej wody. Oddalił się od brzegu, płynął w kierunku skał, walcząc z coraz większymi falami. Nagle poczuł, że woda wciąga go wgłąb. Kątem oka zobaczył, że siedzący na plaży mężczyzna wstał i bezradnie przygląda się zmaganiom Stuarta z wodą. Czuł coraz mocniej siłę wody, zdał sobie sprawę z tego, że walczy o życie i próbował zapanować nad paniką. W pewnym momencie poczuł straszny ból w lewej nodze, przez chwilę miał uczucie jakby ktoś przecinał ją nożem wzdłuż. Stracił przytomność.

Kiedy otworzył oczy znajdował się w szpitalnej sali, w pomieszczeniu niczym nie przypominającym luksusowego pokoju, w którym przez wiele miesięcy codziennie odwiedzał Meg. W wielkiej sali leżało oprócz niego siedmiu mężczyzn. Nie wiedział, co przerażało go bardziej – czy fakt, że całą lewą nogę mu zagipsowano, czy głośna prowadzona w niezrozumiałym języku rozmowa pacjentów z sąsiednich łóżek, rozmowa, która w uszach Stuarta brzmiała tak, jakby pacjenci głośno się między sobą kłócili, czy wreszcie wiszący mu prosto nad głową, żle naoliwiony wentylator, który sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę spaść.

Cdn.

Szopa w salonie 13

Łukasz Szopa

Dzieci

Czytam ja sobie dziś gazetę z weekendu, artykuł o intelektualnym i rozwojowym „zostaniu w tyle“ dziesiątek milionów dzieci w środkowych Chinach. No fakt, problem jest, i to smutny.

Smutne i problematyczne jest jednak również to, że w owej niemieckiej gazecie jako główny negatywny skutek tej sytuacji – szczególnie z perspektywy przyszłości – wskazany jest… zaniżony produkt krajowy brutto (PKP) Chin za kilka-kilkanaście lat. Co ja mówię, „główny negatywny skutek“ – doczytawszy do końca dwustronicowego artykuł stwierdzam, że autor nie podaje aż do kończącej kropki żadnego innego „negatywnego efektu“. Ani słowa o szansach życiowych tych dzieci, intelektualnych, ekonomicznych, kulturowych, ani słowa o tym, że niestety raczej niemal żadne z nich nie podyskutuje za kilka-kilkanaście lat na temat Kanta, nie będzie konstruktorem mostu, nikogo nie wyleczy, czy nie zaprogramuje jakiejś praktycznej aplikacji. Nie wspominając o tak „banalnych“ kwestiach jak dobre samopoczucie, spełnienie, czy po prostu szczęście tych dzieciaków.

Bo dzieciaki chińskie, ale autor niemiecki – i przypomniało mi się, jak często w Niemczech raziło i razi mnie takie „ekonomiczne“ podejście do dzieci i ich przyszłości. Nie, nie tylko w mediach, ale w powszechnych rozmowach. Mówi się często i chętnie (czasem ze szczerą troską) o „przyszłości naszych dzieci“.

Tu pytam się zawsze, od kiedy to wszystkie dzieci są „nasze“. Kolektywne prawa rodzicielskie czy co?

Niemniej dziwi mnie i irytuje, że wspomina się tylko ich „przyszłość“ – jakby pomijając fakt, że dla dziecka najważniejsza jest – teraźniejszość! Tu i teraz, czy z rodzicami, czy z rówieśnikami, zabawa, jedzenie, gry, przytulanki, czytanki, wrzaski. No właśnie, może właśnie przez te wrzaski. Bo o ile Niemcy lubią mówić o „przyszłości“ „naszych“ dzieci – czasem nie lubią ich obecności, czyli teraźniejszości, w przestrzeni publicznej – czy to kawiarni, czy nawet placów zabaw i roznoszących się stamtąd decybeli.

Innym powodem, iż tak chętnie w tym kraju przywołuje się „przyszłość dzieci“, to właśnie wspomniana ekonomia. Albo też, mówiąc krócej – emerytury. Gdyż to właśnie ma większość z nich na myśli, w sumie szczerze troszcząc się o tychże dzieci przyszłość – czyli o swoje emerytury, które ktoś będzie musiał opłacać, a co się z tym wiąże – na nie zarabiać. Oto cała „miłość“ do dzieci, dlatego są one „nasze“, i oczywiście słowo „dzieci“ brzmi ładniej niż „demografia“, czyż nie?

Może w powyższych słowach aż za bardzo „jadę“ po Niemcach. Gdyż wcale nie sądzę, iż są mniej szczerzy, mniej pazerni i mniej egoistyczni niż inne ludy. Ale wydaje mi się, że dlatego tak często i otwarcie „troszczą się“ o te dzieci, że wierzą jeszcze w… emerytury. W system emerytalny. Podczas gdy ani Rosjanin, ani Amerykanin, ani Polak czy Brazylijczyk w takie obiecanki-cacanki wierzy albo dużo mniej, albo wcale.

Pamiętam, jak uczono mnie zarówno w polskim socjalizmie, jak i austriackim „socjal-wolnorynkizmie“ o „zacofanych Afrykańczykach“, którzy „rodzą tyle dzieci“, wierząc, że im ich więcej, tym większe szanse, że ich te dzieci na starość utrzymają.

Czy jednak „troska demograficzna“ Niemców jest mniej zacofana? Jakby nie chcieli wiedzieć, że liczyenie PKB ma sens, jeśli się go liczy nie jako sumę całej gospodarki, lecz „na głowę“? Jakby nie chcieli zauważyć, że adenauerowski system emerytur i rent to nic innego, jak dofinansowana od dziesięcioleci miliardami (i dlatego tylko nie waląca się) piramida finansowa? Jakby nie zastanawiali się nad tym, że może technologia i tak wykluczy fakt, że – czy będzie tych Młodych (a za kilkanaście i więcej lat – dorosłych) więcej czy mniej, to drugorzędne. Bo liczyć się będzie to, czy będą mieli miejsca pracy i dochód, by na Starych płacić.

Na koniec, co wkurza mnie najbardziej. Nie to, co opisałem powyżej, że ktoś „troszczy się“ o „nasze“ dzieci – a myśli o pewnej i słodkiej emeryturze. Wkurza mnie podtekst takich „życzeń“. Albowiem, tłumacząc to na prosty język, oznacza to proste hasło rzucone w kierunku młodych rodziców: „Do łóżka! Kopulować! Zapładniać się! (i tak dalej… aż do…) Wychowywać! Niech dorastają, uczą się, by potem móc zarabiać! Dla gospodarki, dla systemu emerytalnego, dla nas!“

Sorry, ale jak idę z kimś do łóżka, i ewentualnie zdarzy mi się kopulować, to nie mam ochoty mieć przed oczyma ekonomicznych i demograficznych wykresów, czy też wizji obecnie 30-50 letnich sąsiadów w wieku emerytalnym.

Podobny tekst w języku niemieckim dla pisma „der Freitag“ sprzed czterech lat:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/werden-es-unsere-kinder-besser-haben

Barataria 40 Teneryfa / Teneriffa

Tekst / Text: +/- Wikipedia

Teneriffa (span. Tenerife) ist die größte der Kanarischen Inseln und gehört zu Spanien. Die Insel ist 83,3 Kilometer lang, bis zu 53,9 Kilometer (Ost-West-Ausdehnung) breit und hat eine Fläche von 2034,38 Quadratkilometern. Sie ist mit etwa 888.000 Einwohnern die bevölkerungsreichste Insel Spaniens. Die Hauptstadt ist Santa Cruz de Tenerife. Die Einheimischen werden Tinerfeños genannt.

Teneriffa ist eine Vulkaninsel. Sie gehört – wie alle Kanarischen Inseln – topografisch zu Afrika, liegt 288 Kilometer vor der Küste Marokkos und der Westsahara und ist 1.274 Kilometer von der Südküste des spanischen Mutterlandes entfernt. Teneriffa und die benachbarte Insel Gran Canaria werden aufgrund verschiedener Landschaftsformen und mehrerer dort auftretender Klimazonen oft als Miniatur-Kontinent bezeichnet (Schon vor ein paar Wochen behauptete ich, dass die Fantasy-Territorien eigentlich immer eine interessant gebaute Insel sind – Anm. d.Red. EMS).

Einer Legende nach, ist Teneriffa die Überreste der verlorenen Atlantis. Bei dem spanischen Schriftsteller Miguel de Unamuno ist sie die Barataria von Cervantes! Natürlich ist es metaphorisch gemeint, aber dies ist eben das, was mich fasziniert – das Leben der Metapher.

Teneryfa – należąca do Hiszpanii wyspa na Oceanie Atlantyckim, u północno-zachodnich wybrzeży Afryki, zaliczana do Makaronezji. Jest największą i najludniejszą wyspą w archipelagu Wysp Kanaryjskich i najludniejszą wyspą hiszpańską. Teneryfa, choć geograficznie leży w północnej Afryce, jest integralną częścią Hiszpanii i Unii Europejskiej. Obowiązującą na wyspie walutą jest euro, a językiem urzędowym język hiszpański.

Santa Cruz de Tenerife jest największym miastem na wyspie i zarazem jej stolicą oraz prowincji Santa Cruz de Tenerife. Jest też, wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich.

Teneryfa oraz sąsiednia wyspa Gran Canaria jest często nazywana kontynentem w miniaturze ze względu na kilka typów krajobrazu i kilka stref klimatycznych na nich występujących (Nie będę się przechwalać, ale już kilka tygodni temu twierdziłam, że to właśnie takie wyspy o interesującej budowie geograficznej są pierwowzorem wszystkich terenów z opowieści fantasy – EMS). Na Teneryfie znajdują się dwa obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO: wulkan Teide, który jest parkiem narodowym, oraz zabytkowe miasto La Laguna.

Legenda głosi, że Teneryfa jest pozostałością zaginionej Atlantydy. Hiszpański pisarz Miguel de Unamuno widzi w niej i Atlantydę, i Baratarię!!! Oczywiście to metafora, ale w tym serialu to właśnie najbardziej mnie fascynuje – długie i szczęśliwe życie metafor!

Fotos/y: Anne Schmidt