Na przełomie

Andrzej Rejman

Dziś, na przełomie października i listopada, kilka wersów pełnych treści aktualnych o każdej porze roku. Ostatnio może nawet bardziej aktualnych – o każdej porze roku, każdego dnia, w każdej godzinie…

Tadeusz Sadowski

Droga

Dokąd prowadzisz nas, drogo błotnista?
Jaką przeszkodę kryjesz za zakrętem?
Czemu twe brzegi ostem porośnięte?
Czy kresem twoim jest bezpieczna przystań?

I jak daleko do kresu owego?
Jakie przed nami jary, bagna, strugi?
Jak poznać liczbę kilometrów długich
Z potłuczonego głazu milowego?

Chociaż nas zwodzą liczne mylne szlaki,
Brniemy przez gąszcze lepką mgłą zasnute
– Z obojętnością miażdżąc ciężkim butem
Konwalie białe i czerwone maki.

***
wersja muzyczna tego wiersza:

***

Mgły poranne – Józef Rapacki, Wydawnictwo “Galerja Polska” Kraków, przed r. 1938

Pole maków – Edmund Cieczkiewicz, Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie, przed r. 1938

Barataria 39 Gra o tron!

Ewa Maria Slaska

Ziemia obiecana

Game of Thrones (GOT) – amerykański serial fantasy autorstwa Davida Benioffa i D.B. Weissa, adaptacja sagi Pieśń lodu i ognia amerykańskiego pisarza George’a R.R. Martina. Wyświetlany od roku 2011. Najsłynniejszy serial na świecie. Ma kilkunastu reżyserów, scenarzystów i kamerzystów, ale tylko jednego autora muzyki – Ramina Djawadi, niemiecko-irańskiego muzyka z Duisburga.

Moi drodzy Czytelnicy, jeśli nie oglądacie Gry o tron, to oczywiście jesteście ubożsi o setki cytatów i memów współczesności, ale nie będę Was przekonywać, że tracicie, bo choć Grę oglądają wszyscy, od Albanii po Zimbabwe, jak dotąd nie ma światowego przymusu oglądania przygód Starków i Lannisterów.

Jak każda opowieść fantasy, również GOT jest zasadniczo opowieścią o wyspach. Niektóre są w ramach opowieści umownie prawdziwe, trzeba do nich płynąć na statkach lub lecieć na smokach, niektóre są umownie kontynentami, ale z uwagi na konstrukcję opowieści przygodowych każda historia fantasy i każda przygoda to baśniowa wyspa, niby nie mająca związku z naszą ziemską geografią. Ale oczywiście są one podobne do krajów rzeczywistych. Odyseusz krążył od wyspy do wyspy, na każdej walcząc z królami i romansując z księżniczkami, wróżkami i nimfami, a były to naprawdę brzegi Turcji, północne wybrzeże Afryki, Peloponez i Cyklady. U Leśmiana też każda przygoda Sinbada żeglarza to kolejna wyspa, Sindbad zawsze wypływa z Basry, którą obecnie nazywa się Balsorą, i płynie wśród tych samych wysp greckich, między którymi błąkał się Odyseusz. GOT to historia walki o tron królestwa Westeros, czyli na Zachodzie, na które składa się siedem królestw, a które wygląda jak Old Merry England, nawet mur na Północy jest ten sam – to przecież Mur Hadriana. Europa nazywa się Essos, leży oczywiście na Wschodzie i jest po prostu Azją. Essos to Wielki Step, skąd przybywają do Westeros smoki i Mongłowie Dżingis Chana. Dzieli je Wąskie Morze czyli Kanał La Manche. Autor serii, George R.R. Martin, uważa jednak, że Westeros jest większe niż Wielka Brytania i ma mieć mniej więcej wielkość Południowej Ameryki. Król Westeros zasiada na Żelaznym Tronie w Królewskiej Przystani. Do Westeros należą również wyspy: Niedźwiedzia, Skagos, Żelazne Wyspy, Tarth, Smocza Skała, Arbor.

Podobnie wygląda geografia Świata Dysku u Terry’ego Pratchetta czy świat, przez który wędruje Drużyna Pierścienia u Tolkiena. Gdy zwiedzałam wyspy greckie, zapisałam sobie taką notatkę:

Naxos ma niemal wszystkie elementy krajobrazu, które tworzą urozmaicony świat w miniaturze – ma góry, morze, zatoki, wyspy, są doliny, strumienie i wodospady, pola, gaje i pustkowia, słońce, wiatr i deszcz. Ma legendy i mity starożytności (Ariadna i Tezeusz, Dionizos) i ożywioną aktualną codzienność. A wszystkie te składniki rzeczywistości są skupione na niewielkiej przestrzeni, są niemal dotykalnie blisko siebie. Przeżyliśmy na Naxos upiorny wjazd (jechaliśmy na skuterze) po cieniutkiej serpentynie na szczyt góry Koronos, a podczas jazdy na krawędzi przepaści, nad nami i pod nami widzieliśmy ogrody na stokach pociętych tarasami – rosły figi i dynie, kobiety zbierały kwiaty, mężczyźni jechali na osiołkach. Zaglądaliśmy w oczy grozie, od zbocza odrywały się głazy, a myśl o tym, co się stanie, jeśli z góry zjedzie jakiekolwiek auto, a nawet rower, osioł czy motor, doprawdy nie była przyjemna. A mimo to jechaliśmy dalej i wyżej.
Tak wyobrażam sobie świat z książek Tolkiena, miniaturowy świat, w którym z Doliny Elfów do Mordoru droga jest straszna, groźna i daleka, gdy przemierza ją pieszo lub na kucu mały hobbit, a przecież cały ten świat musi mieć właśnie taki wymiar, skoro hobbit pokonuje jego drogi i bezdroża przez kilka miesięcy.


Bliskość grozy i normalności na małych przestrzeniach. Świat nieoswojony i świat uładzony. Chaos i Kosmos. Gdzieś w głębi obrazu Pietera Bruegla Ikar wpada do morza, a na pierwszym planie chłop odrywa ręce od pługa i ociera z potu czoło. Ten sam upał topi wosk na skrzydłach szaleńca i wyciska ostatnie krople potu na czole uznojonego oracza.
Mały świat. Ziemia obiecana, jej mlekiem i miodem płynące doliny, z których wyszły trzy ogromne religie i opanowały wielki świat, maleńki skrawek małego kraju, nie większy od tolkienowskiego Śródziemia, nie większy od Naxos.

Ziemia Obiecana. Bóg obiecał ją Izraelowi, Don Kichot swemu giermkowi. Wszędzie ktoś komuś obiecuje ziemię, władzę, wyspę… W czwartym sezonie Gry o tron Jaimie Lannister obiecuje swojemu giermkowi Zamek. W siódmym sezonie, po prawie 30 odcinkach, Bronn upomina się o realizację obietnicy. Uratował życie Jamiemu, wygrali bitwę i mijają zamek na szczycie góry.

– Mógłbyś mi dać wreszcie ten zamek – mówi Bronn.
– Właśnie dostałeś sakiewkę złota – broni się Lannister.
– Tak, ale złoto to nie zamek.
– Nie stać cię będzie na utrzymanie tego zamku – odpowiada  Jaimie. – Jak wygramy, dostaniesz i zamek, i pieniądze.

W siódmym sezonie obietnica się już na pewno nie spełni. Do przyszłego roku nie będziemy więc wiedzieli, czy Bronn jak Sancho Pansa, będzie musiał obejść się smakiem, czy jednak Lannisterowie, których mottem jest, że zawsze płacą swoje długi, dotrzymają obietnicy. Bronn jednak wie jedno: If Jaime dies, I don’t get my castle.

Cztery w jednej czyli Wymazane Witkowskiego

Ewa Maria Slaska

Wymazane Michała Witkowskiego to cztery powieści w jednej, całkiem byle jak ze sobą sklejone, po to by była to powieść, a nie opowiadania, bo opowiadań nikt nie czyta, jak powiedziała pani z wydawnictwa mojej siostrze, latem 2013 roku. W kilka miesięcy później Alice Munro, kobieta, która nigdy nie pisze nic innego, jak tylko opowiadania, miała dostać literacką nagrodę Nobla. No ale poniekąd to prawda, że opowiadań nikt nie czyta i pisarz musi umieć poskładać swoje dzieła mniejsze w jedno większe, co znowu nie musi być aż tak trudne, skoro powieść nie rządzi się już żadnymi prawami gatunku i można ją posklejać z byle czego, z kaczej łapy, oka muchy i skrzydła ważki, zamieszać w kotle czarownicy i już…

No więc tak to właśnie zrobił Witkowski i wydawnictwo nie mrugnęło nawet powieką muchy, wychodząc z założenia, że ważne, że to Witkowski, a nie to, że coś posklejał, a coś wymazał. Jego nazwisko jest jest tak na oko muchy pięć razy większe niż tytuł, choć ten tytuł jest akurat tym razem, po raz pierwszy od Lubiewa, naprawdę dobry. Choć może jestem niesprawiedliwa, bo w końcu Fynf und cwancyś jest jako tytuł jako żywo jako lizaczek, także udany.

A ta Miłość i śmierć na bagnach to oczywista parafraza Miłości i śmierci wśród lagun László Passutha. Ciekawe, czy tekściarz wydawnictwa Znak.Literanova to wie? Może wie, bo to jednak Znak, może nie, dziś z cytatami nigdy nic nie wiadomo. With the bees you can never tell, Cristopher Robin.

Ten Witkowski pojawia się zresztą w swojej własnej posklejanej powieści jako “ten Witkowski”, co to był w Wymazanym na wieczorze autorskim w bibliotece, czyli w obecnej dyskotece, bo biblioteki już nie ma, podobnie jak nie ma kina ani porządnej szkoły, tylko przystanek autobusowy, sklep Tesco i parking dla TIR-ów Tijuana.

Polska.Wymazane

Pierwsza powieść to owe bagna, na nich Las W Którym Rosną Same Trujaki, a obok lasu miasto Wymazane, złożone z dwóch miast, tego prawdziwego, w którym nie ma biblioteki, sklep nazywa się “Sklep”, a dyskoteka “Dyskoteka”, i tego wymazanego, które nazywa się Tijuana i jest jak z piosenek Manu Chao lub Tercetu Egzotycznego. Welcome to Tijuana, albo za tym pustym stepem miasto jest ogromne. Miasto, które bez trudu przekształca się w Argentynę lub tylko Buenos Aires albo Montevideo, gdzie grasuje przedwojenna banda żydowskich opryszków “Zwi Migdal”, sprowadzająca z Polski biedne dziewczęta żydowskie do południowoamerykańskich burdeli. Przyznaję, że gdyby nie opowieści jednego z moich autorów, niejakiego Viatora, myślałabym, że Witkowski sobie to wymyślił, podobnie jak Tijuanę na granicy polsko-litewsko-estońsko-łotewskiej i to tuż przy granicy z Konfederacją, ale okazuje się, że nie, że rzeczywiście… I że nawet sama osobiście poznałam człowieka, który napisał na ten temat doktorat, nazywa się Piotr Goldyn i zdążył się w międzyczasie habilitować…

Wymazane jest całą Polską nie B, nie C, nie D, tylko może K, L lub M, a najpewniej po prostu W jak Witkowski i jak Wymazane. To ta Polska, w której nic się nie dzieje, a i tak jest coraz gorzej, coraz beznadziejniej, coraz bardziej bez ucieczki donikąd. W tej Polsce nawet jak ktoś obok się dorabia, to i tak nic się nie zmienia, na nikogo nie skapnie ani odrobina złota, ani nawet złota pozłota, nowoczesność omija pole i zagrodę, na polu nic nie rośnie i już nigdy nie wyrośnie… To w tej Polsce W narodzili się i rozmnożyli wyborcy PiSu, aż było ich tylu, że zagarnęli wiele innych lepszych liter i osiągnęli 37,58% w wyborach, a w dwa lata później 47% w sondażach.

Prowincjonalny romans bogatej staruchy z młodzieńcem

W mieście Wymazane mieszka najpiękniejszy młody człowiek na świecie. Po prostu tak. Cud genetyczny. Najpiękniejszy. Sama znałam kiedyś takiego, był kolegą mojego syna z klasy, i w przeciwieństwie do biednego Damiana Pięknego z biednego miasteczka w biednej prowincji biednej Polski, najpiękniejszy młody człowiek na świecie, którego znałam w Berlinie, był jeszcze na dodatek zdolny, miły i bogaty.

Druga powieść należy do znanego gatunku “macronizmy wiecznie żywe” i jest opowieścią o romansie i małżeństwie pięknego Damiana Pięknego z “bogatą złą panią”, prowadzącą – jak w pigułce – wszystkie najbrudniejsze interesy wolnej Polski. Pani jest o 40 lat starsza od naszego bohatera, ma ksywkę Alexis, bo jest wredna jak jej pierwowzorka z serialu, choruje na raka i umiera, a piękny Damian Piękny marzy o tym, żeby wypuścić na wolność wszystkie lisy z jej wstrętnej zasranej lisim gównem lisiej farmy, wypuścić do Lasu W Którym Rosną Same Trujaki… Po śmierci żony Damian będzie jednym ze stu najbogatszych ludzi w Polsce…

Babcia

Trzecia powieść, to już w ogóle nie powieść, tylko seria opowiadań babci bohatera o jej młodości, o szkole, tęsknotach nastolatek z lat 30, wojnie, nędzy, komunie…

Alexis

I wreszcie powieść czwarta, historia Alexis, życie cwaniaczki z bazaru Rożyckiego i królowej praskiej Dintojry.

Wszystkie te powieści są dobrze napisane, każda w odmiennym stylu, każda trochę jak pastisz, a to ze Stojowskiego, a to z Tyrmanda. Najlepsza jest jednak Polska.Wymazane czyli powieść o Polsce W,  Polsce,  w której jak mucha tse tse z padliny, wylągł się PiS, choć słowo PiS nigdzie nie pada. Wymazane wyabstrahowane, oczyszczone z dodatków w postaci nierealnego i wymyślonego romansu, babci i Alexis, to surrealistyczny a przenikliwy opis tego, jak na naszych oczach świat zmieniał się w rozpacz. W związku z tym recenzent(ka) donosi uprzejmie, że Witkowski, dotychczas zdolny pisarz obyczajowy średniego pokolenia, stał się właśnie ostrym pisarzem politycznym, którego powieść bezwzględnie należy przeczytać, a autora zapamiętać, bo może pójdzie siedzieć, a może dostanie Nobla, a może jedno i drugie.


Zacytuję więc na zakończenie fragment z powieści Polska.Wymazane, bo po co mam pisać własnymi słowami, skoro autor sam to napisał doskonale:

Następna stacja na mojej drodze to był bar o wdzięcznej nazwie BAR. Ostatnia speluna w miasteczku. Kiedyś było ich więcej, ale teraz żule wolą kupić piwo w Tesco, a jeszcze lepiej wino w Dino (…). Na parterze starej, przedwojennej kamienicy, która się tu jakimś cudem uchowała i stoi jak fragment czegoś, co nie istnieje, bo zostało wymazane, lecz nie dokładnie, świeci i mruga jedna litera R. Wchodzi się od bramy. Jeśli nieopatrznie wszedłeś do środka, bucha ci w twarz zapach nawet nie tyle alkoholu, co barszczu w proszku podgrzewanego w plastikowym kubeczku w mikrofalówce, z wygiętym plastikowym mieszadełkiem, pierogów z mikrofalówki, kawy rozpuszczalnej w plastiku, hot dogów z mikrofalówki. Czas tego miejsca też jest jakiś tańszy, odmierzany przez plastikowy zegar z napisem Tchibo pokazujący niemal zawsze godzinę trzecią. Kwiatki w białych, plastikowych doniczkach też są tańsze, plastikowe i zakurzone, i na pewno co najmniej raz były w mikrofalówce. Czy chcesz, czy nie, jeśli byłeś na tyle nieostrożny, żeby coś zamówić, musisz w trakcie konsumpcji oglądać na dużym, plazmowym telewizorze Klan czy inny serial tak miałki i płaski, jak danie z mikrofalówki dokumentnie wygotowane i pozbawione jakichkolwiek przypraw. Nie da się tego nie widzieć, bo obraz przyciąga wzrok, a głupie dialogi atakują uszy.

Za barem stoi pani Aldona, ludzki rzęch. Jej twarz jest bezwstydnie pozbawiona jakichkolwiek złudzeń – porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie! Jej oczy otoczone niebieskimi rzęsami patrzą na ciebie tak trzeźwo, że pozostaje ci tylko siąść w kącie i wszystkie swoje plany uznać za kompletnie szalone iluzje. Pod wpływem tego wzroku od razu stawało się jasne, że nie zostanę nigdy żadną, nawet najmniejszą i najgłupszą gwiazdą, że nie potrafię śpiewać, że w ogóle najlepiej iść od razu poszukać sobie jakiejś pracy w stylu mycie kibli w Tesco, cała reszta to iluzje, zużyte i z seckend handu.

Wiersze ze Stavanger

SYLWESTER GOŁĄB

Wiersze (jeden niepublikowany)

Floryda

dozorcy sypią popiół
autobusy zostały w zajezdni
popołudniem ruszyły w teren piaskarki
i cały budżet gminy rozjechały prywatne samochody
więc odjechała

w tym dniu gmina miała jeszcze kilku zmarłych na głowie
rozpychających się bądź co bądź na niewielkim metrażu

Śmiertelność i pudel

W trzydziestym roku życia pojąłem
własną śmiertelność
w Wigilię stłukłem bombki
będące rodzinną pamiątką

ojciec umierając machnął ręką
myślę że na sanitariuszy by spierdalali
pamiętam mówił bym panował
nad językiem w którym nie myślę
że

każdy pudel ma panią która słucha arii
potrafi przewidzieć śnieżyce otulić róże w waciane onuce
swoich kochanków przenosić przez próg jedną ręką
dla pikantności nacierając piersi papryczkami
kicając jak zając w miłosnym uniesieniu

Hotel Robotniczy DG3

wjeżdżamy sobie
na ambicję
czekamy na rozwój wypadków
na sprężynowej wersalce

w sprężynowych nożach
w bazarowych uniformach
nie czytamy Dostojewskiego
nie piszemy wierszy
gromadzimy materiały
takie studium literackie

czekamy na rozwój wypadków
zwiastowanie
groźniejszych w obyciu
tych przy opisach których
pojawia się archaiczna blizna

wpadają
w rękach trzymają
kwiaty
skończył się świat
mówią
zostańmy kochankami

Jan

płatami odchodzić będziemy od stołu
mała Natasza podbiegnie
w jej oczach błyśnie księga Jana
Janka
Janeczka
który wywiódł nas z niewoli domowego miru
który rozdarł koszulę pod wiatr
który powierzył się ziemi

więc zrzucimy się na krówki dla ukojenia sumień
obmyślimy plan samozniszczenia w coraz lepszych wierszach
jak Jaś który wieszczy Armagedon w zakolu rzeki

Oczka Judei

a zęby będziesz miał jeszcze po śmierci
jak przeleci kometa uśmiechniesz się do niej
dzieci będą leczyć skaleczenia chlebem i śliną

przypną twoje zdjęcie do lodówki obok informacji
nakarm psa blado wygląda
a jak będą skubać kaczkę
archaniołowie zaniepokoją się takim stanem rzeczy
i przysłonią oczka Judei

Statham

czuję satysfakcję
akupunktura barbarzyńcy
przybrała formę totalną
mogę sobie wyobrazić jak
ze słodyczą papieskiej kremówki
mówisz

że przypominam ci Beckhama

przecież grywałem z kumplami
do późnych nocy
wracając poręczami
mimo działającej windy
mimo

miejsca zamieszkania
znacznie oddalonego od wypiętrzonych
kikutów socrealizmu

mogę sobie wyobrazić
jestem podobny do Stathama
przetrącając szczęki
w kaszlu chrząszcza
wybrzmiewa syrena po

chama

Těšín

zawiesina w gęstwinie
pościeli
testujemy

wytrzymałość ruchomych schodów
humanizm miśków Haribo
moc czeskiego spirytusu
w Polsce wydawał się słabszy
więc wracaliśmy przez pokój klatkę
klatkę stop
do otwarcia do pierwszego ziewnięcia
zza lady w Asia Večerka

nadrzecze sprowadziło tłumy
będzie śniło w niepokoju
stężenie w czarne płaty
wdech
targiem
strażą
rybi salatem
puzonem
Radegastem
wydech

co za kulturalne miasto

Granica

zbieraliśmy łuski
przekraczaliśmy granice
po jednej stronie komuniści znaczy się my
dumne dzieci Ojczyzny Ludowej
po drugiej Iluminaci
jak się miało okazać po wielu latach demokracji
w Republice Czeskiej
dowódca zdobywa najwyższą hałdę w okolicy
dobrze że nie jestem z tych stron
krew moja mniej czarna
mam własne inne góry
z żaróweczką na szczycie
z korytarzem powietrznym
Warszawa–Budapeszt

czerwony Szwejk
ma nas na muszce
odpali? przymknie na to jedyne oko?
przecież nie strzeli
skoro i tak mamy wejść do Schengen

w osiemdziesiątym siódmym mógł tego nie wiedzieć
i my chyba też tego nie wiedzieliśmy

w dziewięćdziesiątym siódmym
zostanie bohaterem sobotniego Peříčka
zdradziecko obwieściły to jego umięśnione wąsy

jedni zostali poetami
inni nie istnieli
las rośnie jakby wolniej
wysypisko rośnie jakby wolniej
na zasadach umowy o rozbrojeniu

Mark Zuckerberg

Deszcz obmywa ulice samochody
stertę złomu pozostawioną przez bezdomnego

Gdyby Pan Bóg był tak mądry jak
Mark Zuckerberg
Wymyśliłby portal
matkiboskie.pl
dla polskich Matek Boskich

I na przykład Matka Boska Licheńska
chwali się zdjęciami z Egiptu
a Matka Boska Częstochowska
jest nieco skromniejsza

Wiersze

wysłałem kilka wierszy
do redaktora naczelnego
Pisma Świętego

nadal czekam na odpowiedź

zuchwałe posunięcie
wiem

ale posunę się jeszcze dalej
jutro wysyłam do naczelnego
Twórczości

Struny

w teorii strun nie chodzi o zależność
chodzi o studnię plującą resztkami sójek wodę której nie było
całą historię nieporozumienia od wybuchu syczeń na przełęczy
pociągów dokądś

do których nie zdążyłem wsiąść przez które
przychodzi mi słowo na rękach
przez które przychodzi serce wielkie jak Boga
dyndające na włóknach jedwabników

jeszcze przyjeżdżam na pogrzeby
wyciszam kuchnię potencjometrem radia
składam ubrania w kostkę
ulegam rytuałom taktycznym strąceniom
święcę pola w chwili przesilenia kumulujących się

sprzeczności
wciskam w kieszeń pamiątki z prowincji wzgórz i szyldów
do momentu gdy groby przykryje śnieg i nikt nie upomni się o nie
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy oddychałem mroźnym powietrzem
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy sarny ginęły na torach

SYLWESTER GOŁĄB (ur. w 1980) – pedagog, animator kultury, redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Wiersze publikował m.in. w czasopismach: „Czas Kultury”, „Migotania”, „Cegła”, „Nowy BregArt”, „LiteRacje”, „Tekstualia”; na stronach internetowych czasopism: „Latarnia Morska”, „2Miesięcznik”, „Odra”, „Helikopter”; na stronie Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza oraz w norweskich magazynach literackich. Jego wiersze ukazały się w antologii magazynu Helikopter „Przewodnik po zaminowanym terenie”. Autor tomiku poetyckiego Garda (wyd. MaMiKo 2016). Mieszka w Stavanger w Norwegii.

Kot. Ze świata podręcznych 8

Ewa Maria Slaska

Przez przypadek, którego jak wiadomo nie ma, w dniu, kiedy w internecie rozpoczęła się akcja #metoo, znalazłam na facebooku, taki oto plakat:

Plakat festiwalu Satyrykon Legnica 2005, zaprojektowany przez Józefa Wilkonia.

Zamyśliłam się, ale nie nad kotami, tylko nad sobą i światem. Graficznie znakomity plakat. Ciekawe, że natychmiast wiadomo było (mnie?), że ta biała to kotka, a ten czarny to kocur. Bo czarny robi to co robi, a biały nie robi nic. Jasne.

Gdy plakat powstał i posłużył informacji publicznej był jednak rok 2005, prawdopodobnie wtedy nikogo ani zgorszył ani zainspirował do myśli “pożytku publicznego” czyli, jak to się nazywało za moich czasów, “wyższej użyteczności publicznej”. Ja sama jednak przypominam sobie, że już wtedy, te kilkanaście lat temu, kiełkowały we mnie małe złości związane z publicznym sugerowaniem czy to chwytania za tyłek czy może pewnych obyczajów seksualnych, ongi bardzo jeszcze wyuzdanych, a i dziś w takiej np. powieści Witkowskiego Wymazane określanych jako “dziki seks analny”. Otóż kilkanaście lat temu rozpowszechnił się w Berlinie zwyczaj sięgania na powitanie do tyłka partnerki i sugerowania ruchem palca środkowego (znanego wszak jako fuck you finger), że się jej ten palec wtyka… Był to gest wcale nie skierowany do partnerki, która na pewno go nie widziała, a więc możliwe, że nawet nie wiedziała, iż tak się ją wita, nie, był to gest skierowany do świata zewnętrznego. Palec pod kobiecym tyłkiem miał, tak to rozumiałam, obwieszczać wulgarnie, że ten tyłek jest do mojej męskiej dyspozycji i to, ho ho, jak!, jak tylko chcę… Gest ów raził (mnie) i prowokował (też mnie), zastanawiałam się zatem, gdzie mogłabym o tym napisać (nie miałam jeszcze bloga, może zresztą wcale jeszcze nie było żadnych blogów), aż zobaczyłam parę, gdzie to dziewczyna na powitanie podetknęła facetowi palec pod tyłek. Co ten jej gest oznaczał? Jeśli był dosłowny, to była to sprawa ich obojga, ale nie wykluczone, iż głosił, że jak ty mnie tak ja tobie, czyli równouprawnienie. Niestety nie poczułam w tym momencie żadnej satysfakcji, wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, było mi jeszcze gorzej. Z przyczyn banalnych. Bo jestem po prostu staroświecka i uzależniona od norm obowiązujących w mojej młodości, a wpajanych mi przez dwie kobiety – jedną, która wyrastała w zamożnym mieszczańskim domu na początku XX wieku, i drugą – wychowaną w latach 30. I to one zatrzęsłyby się ze wstrętu na widok dziewczyny, która sugeruje wtykanie facetowi palca w dupę…

Z reguły próbuję w takich sytuacjach sama siebie przywoływać do porządku – nie gorsz się, to inne pokolenie i ich życie, twoje poczochrane włosy i mini spódniczki też gorszyły starsze panie, również te, które cię wychowywały… Zapomniałam o problemie, zresztą symboliczne wtykanie palca dość szybko zniknęło z życia codziennego i nawet kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że z nikim nie kruszyłam kopii o taką błahostkę. Aż dopiero…

Jakub Zasada

Aż dopiero dziś, w październiku 2017 roku, pomyślałam, że trzeba było już wtedy jak ten kot drzeć mordę… Drzeć mordę o wszystko i o wszystkim. O tym co przyjaciele, szefowie, mężowie, narzeczeni, drzeć się… O zwykłe proste gesty też, a nie tylko o sprawy dramatyczne i straszne, bo te błahostki nie biorą się znikąd i są wierzchołkiem góry lodowej… A jak milczymy, przyzwalamy, wszyscy to wiemy. I potem, jak przerwiemy milczenie, usłyszymy straszną opowieść, opublikowaną w Wysokich obcasach, opowieść podręcznej, kobiety maltretowanej i gwałconej przez męża, który torturując ją, komentował: “możesz pójść i opowiedzieć wszystkim, i tak ci nikt nie uwierzy”.
I rzeczywiście – nikt jej nie uwierzył.


Przepraszam Józefa Wilkonia i przepraszam Polish Poster Gallery z Wrocławia. Chciałam napisać wpis o pięknych kotach na plakatach, a wyszło jak wyszło, wyszedł ogromny smutek i wiedza o tym, że wszyscy jesteśmy winni temu, co się przydarzyło Ewie z Wysokich obcasów.

Tu plakaty.

Leszek Żebrowski, Józef Wilkoń, Jakub Zasada
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Leszek Żebrowski
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Józefa Wilkoń
Ryszard Kaja, Jakub Erol, Leszek Wiśniewski

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?

Stuart 33

Joanna Trümner

I can’t shake this feeling at the end o’ each day
That I keep on working hard but all I do is get paid
Though I keep believing there’s a light up ahead
‘Cause it’s only getting darker
And I could stay in my bed
It’s a fight, it takes so long
But I’ve learned to hold my own
So I stand and I wait in line
With a heavy head and this bottle of wine
And I watch as they steal my time
I stand and I wait in line

Pod koniec każdego dnia nie mogę pozbyć się uczucia,
Że ciężko pracuję tylko po to, by zarobić kilka groszy
Choć wydaje mi się, że gdzieś tam jest jakieś światło
Otacza mnie ciemność
I mógłbym nie wychodzić z łóżka
To walka, która długo trwa,
Ale wiem, nie wolno się poddać,
Więc z ciężką głową i butelką wina
stoję i czekam w kolejce.
I patrzę na to, jak kradną mój czas
Stoję i czekam w kolejce.

James Bay, Wait in Line

Muzyka

Z okna samolotu Stuart patrzył na morze zieleni i wiedział, że dolatuje do Wellington, miasta, które przed laty było miejscem jego największego sukcesu muzycznego. W Nowej Zelandii czekało na niego pietnaście koncertów w miastach i miasteczkach na wyspie północnej i południowej. Cieszył się na pobyt w miejscach, które poznał przed laty, w bardzo szczęśliwym okresie swojego życia, w czasie, kiedy nic nie zapowiadało późniejszych burz i kiedy wydawało mu się, że może wszystko osiągnąć.

„Ciekawe, czy uda mi się spotkać kogoś znajomego? Świat czasami potrafi być bardzo mały”, rozmyślał, rozpakowując rzeczy w hotelu. Przypomniało mu się niespodziewanie spotkanie z Louisem w Londynie. Wieczorem wybrał się do teatru, w którym przed kilku laty grał rolę Jezusa. Z myśli wyrwał go znany głos – głos Louisa – „Widzę, że Jezus jednak wrócił”. Stuart nie dowierzał własnym oczom. „Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałem się tutaj spotkać”, odpowiedział z radością. Uściskali się mocno i serdecznie. „Takie historie zdarzają się przecież tylko w filmach, i to tych bardzo złych”, skomentował Louis, ale Stuart wiedział, że ironia to czasem po prostu sposób na pokonanie zbytnich wzruszeń. Długo stali przed teatrem i wspominali okres wspólnych występów w musicalu. W pewnym momencie Louis spojrzał na zegarek i powiedział: „Za pół godziny mam występ, spotkajmy się jutro wieczorem na piwie”.

Po rozmowie pod teatrem Stuart długo chodził samotnie ulicami Wellington i przyglądał się twarzom przechodniów, szukając znajomych sprzed kilku lat. Cieszył o go, że rozpoznaje znane zakątki, sklepy, gdzie kupował kiedyś jedzenie, wino lub papierosy, knajpy, w których zespół spotykał się wieczorem po spektaklu. Im dłużej chodził po mieście tym bardziej wydawało mu się, że czas zatrzymał się w miejscu. Powrót do miasta, w którym był kiedyś bardzo szczęśliwy, napawał go dziwnym spokojem. „Czuję się, jakbym wrócił do domu. Może człowiek ma w ciągu życia kilka miejsc, które stają się dla niego domem?”, zastanawiał się. W łóżku zaczął układać w głowie listę piosenek, które zagra podczas pierwszego koncertu. Koncertu w klubie, w którym przed laty po raz pierwszy raz pocałował swoją dziewczynę z okresu pobytu w Nowej Zelandii – Catherine. „Ciekawe, co ona teraz robi?”

Następnego dnia o szóstej Louis czekał na niego w holu hotelu. Do klubu, gdzie byli stałymi bywalcami podczas występów w „Jesus Star Superstar” było stąd bardzo blisko. Rozmawiali o tym, co aktualnie robią. Stuart opowiadał o trasie koncertowej, Louis o tym, że i on tu jest już od kilku miesięcy. „Po naszym musicalu cała stara ekipa się rozpadła, tylko kilka osób dostało propozycję występów w następnych spektaklach. W Londynie też długo miejsca nie zagrzałem, udało mi się zagrać w dwóch musicalach, a potem propozycje się urwały. Zresztą wcale nie żałowałem. Stęskniłem się za rodziną i wróciłem na Florydę. Nie wiedziałem, że tam wszyscy czekali tylko na moje pieniądze”, powiedział, nie kryjąc rozgoryczenia.

Rodzice i piątka rodzeństwa z żonami i dziećmi nie mogli doczekać się powrotu syna, brata i wujka – jedynego członka rodziny, któremu się udało. Pieniądze zarobione na występach w Nowej Zelandii i w Londynie stopniały w błyskawicznym tempie. „I zaczęło się upokarzające chodzenie po teatrach, prywatnych szkołach, klubach, knajpach, kościołach, zachwalanie swojego talentu i wykłócanie się o cenę występów. Nasze normalne życie, myślę, że i ty i każdy, kto decyduje się żyć ze sztuki, dobrze je zna. Długo nie miałem szczęścia, a kiedy pieniądze stopniały prawie do zera i nie mogłem dołożyć się do kosztów mieszkania, po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz śpiewania, niczego się nie nauczyłem i nic nie umiałem”.

Tak, Stuart dobrze wiedział, jak to jest. Louis mówił dalej. „W końcu dzięki znajomościom starszego brata załapałem się do pracy na stacji benzynowej. Siedziałem tam nocami czekając na klientów i modląc się, żeby nikt mnie nie napadł. Kiedy nie było nic do roboty, śpiewałem po cichu, żeby dodać sobie odwagi. Niestety, i tu miałem pecha. Pierwszy napad nie był aż taki straszny, w kasie było tylko trochę ponad pięćdziesiąt dolarów. Właściciel stacji potrącił mi je z pensji i objechał mnie za to, że nie byłem wystarczająco ostrożny. Załatwiłem sobie pozwolenie na broń i wróciłem do pracy. Drugi napad był o wiele gorszy – kiedy zobaczyłem dwóch facetów wysiadających z samochodu z czarnymi maskami na twarzy zamiast nacisnąć na guzik – alarm i wyjąć z szuflady broń stałem jak wryty, nie potrafiłem się ruszyć i jak pokorna owieczka otworzyłem kasę i wydałem im wszystkie pieniądze. I tym razem musialem je zwrócić, tego było tym razem niemało, około 200 dolarów. Szef znowu mnie objechał i nazwał nieudacznikiem. Po następnym napadzie czekałoby mnie wypowiedzenie. Zdecydowałem się je uprzedzić i sam zrezygnowałem. Znalazłem się w kompletnym dołku – bez pieniędzy, z zerowym poczuciem własnej wartości i koszmarnymi snami o lufie pistoletu skierowanej w skroń. Przestałem wychodzić z mieszkania i całymi dniami myślałem tylko o tym, że już nigdy nie uda mi się zapanować nad strachem. Zrozumiałem, że życie polega na punktualnym płaceniu rachunków i że ja się do tego nie nadaję. Wydawało mi się zresztą, że do niczego się nie nadaję. Mój talent nie wystarczył na wielką karierę, o której marzyłem. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy nie odbiłbym się od tego dna. Sąsiadka poprosiła mnie o występ na ślubie córki. Nie wiem, czy zrobiła to na prośbę rodziców, zaalarmowanych tym, co się ze mną działo, czy rzeczywiście mnie potrzebowała. Dałem sobie radę, od tego występu zaczęła się moja kariera piosenkarza na ślubach, pogrzebach, imprezach firmowych, uroczystych otwarciach sklepów. Nie musiałem martwić się o dalsze zlecenia, szeptana reklama działała bez zarzutu. Zacząłem zarabiać niezłe pieniądze, po kilku miesiącach mogłem sobie pozwolić na własne mieszkanie.

Pogodziłem się z myślą, że tak zostanie, nie miałem zresztą wyjścia, musiałem zarabiać pieniądze. I dalej bym śpiewał po ślubach, pogrzebach i różnych innych imprezach gdyby nie zupełnie niespodziewany list z Wellington. Catherine przejęła prowadzenie teatru i szukała obsady do „New York, New York”.

„Co Catherine ma wspólnego z prowadzeniem teatru?”, zapytał zaskoczony Stuart. „W kilka miesięcy po twoim powrocie do Sydney Catherine wyszła za mąż za szefa teatru. Wszyscy przecież wtedy już wiedzieliśmy, że o to jej chodziło. I dopięła swego. Ale szczęście ‘młodej pary’ nie trwało zbyt długo. W pół roku po ślubie Jack dostał wylewu, co skazało go na wózek inwalidzki. Ledwie się z tego wykaraskał, przyszedł drugi wylew i częściowy paraliż. Nie był w stanie prowadzić dalej teatru i powierzył to Catherine. Zresztą nieźle sobie radzi, podjęła sporo dobrych decyzji, między innymi przyjęła dotacje od miasta. Dobiera sobie niezłych ludzi i trzyma ich przy sobie płacąc nie najgorsze pieniądze Przy teatrze zaczęła działać szkoła nauki tańca i śpiewu, droga prywatna szkoła na wysokim poziomie. Wiesz, ja czasami myślę, że teatr zastępuje jej i męża-inwalidę i dziecko, którego nigdy nie miała.”

Stuart też opowiadał, co się przydarzyło w jego życiu, od czasu gdy po raz ostatni spotkali się w Londynie. W oczach Louisa odczytywał nieskrywane współczucie, które sprawiło, że i on sam uświadomił sobie, jaki zły, koszmarny sen ma za sobą. Louis położył mu rękę na ramieniu. „Cokolwiek bym teraz powiedział, będzie głupie”, stwierdził, nie próbując ukrywać wzruszenia.

Zamówili ostatnie piwo. Louis odzyskał pogodę ducha i opowiedział Stuartowi, że w Wellington czekała na niego jego pierwsza, prawdziwa miłość. „Jak się poznaliście?”, zapytał Stuart z ulgą i zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo chce teraz usłyszeć jakąś pozytywną, dającą nadzieję historię. „Lecieliśmy razem z Atlanty. Ona wracała do domu, ja na kontrakt. Spędziła rok na Florydzie jako opiekunka dziecka. Przed rozpoczęciem studiów chciała zobaczyć kawałek świata i od dawna marzyła o Ameryce. Ta fascynacja przeszła jej dosyć szybko, w pierwszej rodzine pan domu wieczorami dobijał się do jej sypialni, a w drugiej co prawda nikt się nie dobijał, ale za to musiała opiekować się czwórką rozwydrzonych bachorów, do których rodzice nie mieli cierpliwości. Tym razem nocą to dzieci przychodziły do jej sypialni, kiedy nie mogły zasnąć. Przyzwyczaiła się do nich, czasami nawet odnosiła wrażenie, że pod jej wpływem dzieci się trochę uspokoiły. Być może potrzebowały tego, by ktoś zechciał im poświęcić trochę czasu. Ale po roku, kiedy kończyła się wiza, zdecydowała, że nie ma już ochoty inwestować w życie innych ludzi, że przyszedł czas na jej własne plany. Znamy się od kilku miesięcy i zaczęliśmy się rozglądać za wspólnym mieszkaniem. Ona studiuje prawo, ma jeszcze przed sobą długą drogę, trochę jej pomagają rodzice, ma też stypendium, a zresztą i ja nieźle zarabiam. Zaczynam zapuszczać korzenie. Występuję w musicalu, uczę w szkole śpiewu i Catherine obiecała mi, że mogę liczyć na dalsze projekty”.

Stuart po spotkaniu z Louisem pomyślał, że życie płata dziwne figle. Cieszyło go jednak, że spotkał ponownie człowieka, z którym łączy go tyle dobrych wspomnień, przyjaciela, którego zgubił na lata z oczu, a z którym potrafi prowadzić tak szczerą i prawdziwą rozmowę, jakby te miesiące rozłąki nie istniały? Jak dobrze znać kogoś, czyja droga życiowa pewnie przebiegnie tak jak jego – od koncertu do koncertu, zawsze w niepewności, co będzie jutro, zawsze w uzależnieniu od zleceniodawców. Zawsze w drodze, która tylko niewielu prowadzi do pełnych sal koncertowych i nagrywania nowych płyt w najlepszych studiach na świecie.

Cdn.

Szopa w salonie 11

Łukasz Szopa

Pokojowy luddysta

Szósta piętnaście. Od tego roku zegar codzienności trochę się nam zmienił: syn zmienił szkołę, ma dalej, wychodzi na autobus o siódmej rano, a wspólne rodzinne, przynajmniej półgodzinne śniadanie – nadal jest świętą tradycją.

Więc zaczynam od kawy. I tym samym od efektywnego obudzenia reszty rodziny. Nie, nie jakimś głośno i piskliwie zwijącym się automatem do kawy jak niemiecki Krupps, włoskie Saecco czy polski Zelmer – a młynkiem. Nie, nie elektrycznym jaki mieli jeszcze moi rodzice w latach osiemdziesiątych, a takim ręcznym, kupionym na pchlim targu w Berlinie. Czekając na zagotowanie kawy zmywam resztki z talerzy i kubków po wczoraj.

Następny problem, to poszukiwanie dzbanka na kawę. Gdyż o ile ja pomywam zawsze ręcznie, to moja partnerka używa do tego zmywarki. Którą ja w sumie bojkotuję. Właśnie ta zmywarka jest chyba najczęstszym przedmiotem związkowych kłótni: „Jak jeszcze nie pomyłeś od pół dnia, jak zawsze twierdzisz, to mogłeś włożyć choćby do zmywarki!“, „Gdzie jest znowu ten obieracz do ziemniaków, pewnie od dni tkwi w twojej zmywarce!…“, „Ooo, znowu ta twoja zmywarka domaga się uwagi – piszczy już piąty raz“, „To twoje zmywanie jest strasznie nieekologiczne, pomyślałeś o tym kiedyś, tyle gorącej wody!…“ i tak dalej.

Jak często w moich tekstach – muszę się do czegoś przyznać. Po pierwsze, że jestem pokojowym luddystą. A po drugie, że nie zawsze konsekwentnym, nie zawsze się da.

Luddyści – byli to robotnicy w XIX wieku, którzy walczyli z postępującą mechanizacją – odbierającą im miejsca pracy i poziom płacy. Walczyli niszcząc brutalnie fabryczne maszyny.

Ja jestem, jak wspomniałem, luddystą, który przemoc i zniszczenie odrzuca. Po prostu staram się bojkotować wszelkie maszynki napędzane nie własną siłą – czyli prądem lub paliwem.

Wiadomo, tak całkiem się nie da. Jak już wspomniałem, wodę zagotowałem w elektycznym czajniku, a nie rozpalając pośrodku kuchni palenisko by jak Clint Eastwood zagrzać wodę w kociołku. I, tak, jeżdżąc między Berlinem a Włosieniem, który jest wioską w Polsce, korzystam głównie z samochodu (wyprawa rowerowa w tym roku nie wypaliła). Ale na przykład odkurzacza w obu mieszkaniach używam coraz rzadziej, podłogi z desek to naprawdę „postęp“ w porównaniu z wykładzinami w mieszkaniu moich rodziców, gdy byłem dzieckiem i musiałem codziennie odkurzyć cztery pokoje. Dobra miotła i potem przetarcie gorącą wodą dają dużo lepsze efekty. Z kolei w odróżnieniu od wojny w sprawie zmywarki, z pralki automatycznej korzystamy na bazie równouprawnienia – zarówno ją napełniając, jak i opróżniając. Tu przynajmniej, gdyż podobnie jak ręczne pomywanie lubię wieszanie mokrej odzieży, udało się uniknąć suszarki prania. Unikam jednak w stu procentach takich „wynalazków“ jak elektryczna maszynka do golenia, suszarka do włosów, elektryczna szczotka do zębów, wibrator, mikser kuchenny (nawet ziemniaki do placków obieram ręcznie – jeśli uda mi się odnaleźć wspomniany obieracz!). Wolę rower i własne nogi od metra czy autobusów. Zdarza mi się za to nadal użyć toastera i gdy chcę posłuchać muzyki, to nie proszę córki, by zagrała na gitarze, lecz jednak korzystam z odtwarzacza CD. No i gdy przyszło nam kopać dwanaście metrów rowu do kanalizacji, głębokiego na 1,5 metra, to nie oponowałem, gdy sąsiad zaoferował pomoc kolegi z koparką. Z kolei po tym jak wysiadła po latach niezbędna do wysokiej trawy kosiarka widłowa – postanowiłem na wiosnę poprosić innego sąsiada o kurs… koszenia kosą! Za samochodu, jak wspomniałem – korzystam, jednak bez nawigacji (włączam ją jedynie, by się z dziećmi pośmiać z efektów jak „ona mnie nie-rozumie“, gdy w podróży radio nie łapie nic oprócz stacji państwowych czy Radia Ma-Ryja, które wszystkie bojkotuję – ale to już inny bojkot). Lepsza mapa i zagadywanie ludzi na wsiach, gdzie jechać. Główna funkcja mojego staromodnego telefonu to… własnie telefonowanie (czyli jednak nie komunikuję się na odległość, krzycząc z balkonu w kierunku Friedrichshainu! Choć, kto wie, może i to byłoby dobre?) Na wsi, oprócz dwóch pieców (typowego i elektrycznego), mamy z kolei dwie lodówki: elektryczną, ale i „piwniczną“.

Powoli więc, powoli jest jakiś POSTĘP. Coraz więcej rzeczy robię ręcznie, maszynki staram się omijać, bojkotować, lecz nie niszczyć (przynajmniej nie z premedytacją – bo ww. defekt kosiarki to w sumie moja wina). I naprawdę, zupa o której wiem, że każda jarzynka została pokrojona własnoręcznie – smakuje lepiej! Nie wspominając o zapachu świeżo zmielonej kawy z młynkowej szufladki…

(A że ten tekst, podobnie jak podobny w niemieckim piśmie „der Freitag“ https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/bin-ich-ein-gewaltfreier-luddit pisałem na komputerze, a nie ręcznie, by wysłać go pocztą kurierską do Ewy Marii – o tym proszę zapomnijcie…)

Barataria 38 Sualouiga 2

Ewa Maria Slaska

Gdy rzeczywistość miesza się z fikcją

Sualouiga pojawiła się w zasięgu baratarystyki, gdy przez przypadek przeczytałam, co zapowiedział na okładce swej książki Harley Davidson tajemniczy pisarz Witold Izdebski (który być może jest brutalem, złodziejem i oszustem), że otóż 31 grudnia 1999 roku po raz pierwszy i ostatni a zatem jedyny, międzynarodowa trupa teatralna Calvin Group wystawi tam sztukę Krzysztof Kolumb…

Sualouiga na wyspie St. Martin to w języku Indian kraina soli.

Wyspa została wprawdzie odkryta przez Kolumba, ale ten nigdy nie postawił na niej stopy w języku żeglarskim trzeba by więc powiedzieć, że sławny odkrywca wyspę jeno zaoczył, co miało miejsce 11 listopada, w dzień świętego Marcina z Tours.

Wyspę podobili najpierw Arawakowie, przybysze z terytoriów dzisiejszej Wenezueli, którzy byli ludem pokojowym i pogodnym, po czym podbili ich wojowniczy Indianie Karaibscy. Podania głoszą, że byli to ludożercy, którzy pożarli wojowników z plemienia Arawaków i posiedli ich kobiety. Arawakowie zniknęli, ale pozostawili po sobie język.

Jednak z punktu widzenia Europejczyków była to wyspa bezpańska, gdzie mieszkał, kto chciał, na przykład piraci (z Karaibów), awanturnicy, zbiegli więźniowie. Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Holendrzy. Kto chciał wydobywał tu sól. Dużo soli. 400 tysięcy ton rocznie. Było to jednak produkt zbyt cenny, by mogło się obyć bez roszczeń aneksyjnych. I tak to w roku 1635 pewien Francuz i pewien Holender uznali, że prawa własności powinny zostać jakoś uregulowane.

Legenda głosi, że zamiast, jak to mieli w zwyczaju zdobywcy innych rajskich wysp, pozabijać się nawzajem, obaj panowie postanowili podzielić się posiadaną już od dawna ziemią (Indianie w tym podziale nie brali udziału). Rozwiązanie było doprawdy godne epoki. Panowie spotkali się w Zatoce Ostryg (Oyster Bay), stanęli oparci o siebie plecami (jak do pojedynku), po czym na dany znak ruszyli przed siebie (też jak przy pojedynku), ale zamiast się obrócić po dziesięciu krokach (czy ile ich tam miało być), szli przed siebie wzdłuż brzegu, i szli, i szli tak długo, aż stanęli przed sobą twarzą w twarz. Pomiędzy punktem wyjścia obu panów na przechadzkę i punktem ich ponownego spotkania przeprowadzono linię, dzielącą włości Francuza od tego, co przypadło w udziale Holendrowi. Francuz ponoć miał iść szybciej, bo się po drodze pokrzepiał tylko dobrym francuskim winem, Holender natomiast zabrał na drogę gin. Dobre wino można popijać dużymi haustami, gin, trunek mocniejszy i ostrzejszy w smaku, da się pić jedynie małymi łyczkami, Holender częściej się więc zatrzymywał i zagarnął mniejszy kawałek wyspy.

St. Martin / Sint Maartin nie jest jedyną na świecie wyspą rządzoną przez dwa kraje, że wspomnimy tu chociażby Irlandię i Cypr, jest natomiast najmniejszą i ponoć jedyną, gdzie rządy pozostają ze sobą w zgodzie, a nawet przyjaźni. Stolicą części holenderskiej jest Philipsburg, francuskiej – Marigot. Na wyspie mieszka około 30 tysięcy Francuzów i drugie tyle Holendrów, a rocznie przebywa tu ponad milion turystów. Francuskie miasto Marigot słynie ze wspaniałej kuchni, ale turystów przyciągają przede wszystkim olśniewające złocistożółte plaże i przejrzyste turkusowe wody płytkich zatok. Tam gdzie brzegi są strome i skaliste, fale rozbijają się o nie, wyrzucając w powietrze gejzery na wysokość kilkunastu metrów.

Na wyspie założono plantacje trzciny cukrowej i sprowadzono niewolników z Afryki. W roku 1848 wywalczyli wolność. Co roku 1 lipca obchodzą święto wyzwolenia, spotykając się pod symbolicznym płomiennym drzewem wolności. Drzewo, tak jak i oni, pochodzi z Afryki (a ściślej rzecz biorąc z Madagaskaru), należy do rodziny… bobowców, ma owoce w kształcie długiego masywnego strąka, zwanego chlebem świętojańskim. Po polsku nazywa się Wianowłostka królewska czyli płomień Afryki. Płomienne kwiaty mają zawsze jeden płatek biały.

For July 1
By Lasana M. Sekou

This is the day here
This time
For renewed confrontation
For reconstruction
We are the people
Descended from the Diamond 26
The Freedom Fighters
Who will effect
Better days
And lighted ways
To batter down the borders
The neo-colonial initiatives
To unite this land
St. Maarten/St. Martin
To transform these fields today
For the conquest of tomorrow

Lasana M. Sekou jest wydawcą, poetą i pisarzem z St. Martin. Jego wiersze zostały odczytane podczas otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie 27 lipca 2012 roku.

***

Mogłoby się zdarzyć, że wielu z nas nigdy nie usłyszałoby o tej małej wyspie, wchodzącej (geograficznie) w skład Antyli Holenderskich, gdyby nie huragan Irma, który we wrześniu 2017 roku spustoszył wyspę tak jak tego z reguły dokonują ludzie a nie siły natury. Mówiło się, że wyspa wyglądała jak zdewastowana przez działania wojenne.

Trzeba pisać o Rosji

Andrzej Rejman

Okruchy Rosji

Trzeba pisać o Rosji. Trzeba badać Rosję i starać się ją zrozumieć. Zainspirował mnie m.in. Lech Milewski swoimi wpisami “Wśród przyjaciół Moskali”. A także Agnieszka Kaniewska swoim pięknym blogiem “Słowa i Obrazy” https://agakaniewska.wordpress.com.

Rosję jako taką (chodzi o obecny teren Federacji Rosyjskiej) znam mało. Byłem tam właściwie tylko kilka razy przejazdem i to dawno, jeszcze za czasów Leonida Breżniewa.

W 1981 roku pojechałem jako student warszawskiej SGGW na Międzynarodowy Obóz Pracy do Armenii.

Z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Warszawy, trzeba było przejechać na Domodiedowo, lotnisko lokalne znajdujące się na drugim krańcu miasta.

Na grupy takie jak nasza czekały wysłużone, ale pojemne ciężarówki do przewozu osób, spełniające rolę autobusów. Był to z pewnością przejazd półlegalny, ciężarówka wyglądała na pożyczoną z jakiejś budowy, a kierowca zachowywał się nieco nerwowo, gdy mijaliśmy posterunki GAI (Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspekcja) na obwodnicy Moskwy.

Na lotnisku Domodiedowo zdążyłem przed odlotem zjeść olbrzymi, chyba największy jaki widziałem, kotlet schabowy, większy od talerza, na którym spoczywał.

W Erewaniu (dzisiejszy Erywań – czemu ta zmiana nazwy?) po wyjściu z samolotu odurzyły nas suche, bardzo ciepłe fale powietrza…

Armenia to nie Rosja, jednak wszystkie kraje pod kontrolą Rosji Sowieckiej miały wiele wspólnego.

Podczas pobytu w Armenii i pracy w Zakładach Melioracyjnych i Produkcji Rur w Erewaniu, oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy tureckiej, skąd góra Ararat wydawała się najpotężniejszą górą świata – doświadczyliśmy wielu sytuacji typowych dla cudzoziemców przebywających wtedy w ZSRR.

Miejsca zgrupowania nie można było opuszczać bez opieki ormiańskiego “przewodnika”, który z pewnością był funkcjonariuszem odpowiednich służb.

Z akademika, gdzie mieszkaliśmy, wychodziliśmy więc przez okno, żeby samemu poznać życie nocne miasta. Gdy podczas jednej z takich eskapad zgubiłem portfel, w którym były dokumenty i pieniądze, zwrócono mi go po dwóch godzinach w obecności oficerów lokalnego KGB, którzy przyjechali nieoznakowanym samochodem. Oficerów ugościliśmy polską wódką.

Był to okres już po Sierpniu 1980. Byliśmy już odważni – postanowiliśmy więc zastrajkować! Powód? Brak ubrań roboczych.

Po ogłoszeniu strajku przez grupę studentów z Polski w breżniewowskiej Armenii nastąpiła delikatnie mówiąc panika wśród władz zakładu i partii. Nowiutkie ubrania robocze dostarczono natychmiast.

Potrzebę zrozumienia i dalszego poznawania Rosji odziedziczyłem pewnie po mojej mamie, która urodziła się w Petersburgu i spędziła tam kilka pierwszych lat swojego życia. Jej rodzice, a moi dziadkowie pobrali się w Moskwie jeszcze przed rewolucją 1917 roku.

Babcia uwielbiała Lermontowa, Jesienina, malarstwo Ajwazowskiego i Szyszkina.

Wyciągam z szuflady kilka notesów, zdjęcia i ryciny.

Babcia przepisywała ulubione wiersze poetów rosyjskich do zeszytów lektur. Kolekcjonowała wycinki z prasy rosyjskiej – znajduję oryginalne kartki z Artystyczno-Pedagicznego Żurnala – (Художественно-педагогический журнал) z 1914 roku – dobry, błyszczący papier, dobrze zachowany przez te ponad sto lat.

Są to reprodukcje dwóch obrazów A.I.Kuindżi * zatytułowane: “Na Wyspie Wałaam” i “Ukraińska Noc”.

Archip Kuindżi malował przede wszystkim pejzaże, utrzymane w duchu romantycznym. W swoich obrazach ukazywał sposób wpływania światła na rzeczywistość – wg niego gra światła była w stanie zmienić każde, nawet najmniej interesujące miejsce, w obiekt wart uwiecznienia na płótnie.

Mimo czarno-białej reprodukcji, widać wyraźnie piękną grę świateł na obu pejzażach.

Przy okazji czytam, że wyspa Wałaam należy do archipelagu wysp Wałaamskich i leży na Jeziorze Ładoga. Archipelag należy do Karelii, republiki autonomicznej, mającej obszar połowy Polski.

Na koniec tego odcinka kilka pocztówek z lat 1903-1907 ze zbiorów rodzinnych.

Moskwa, Płac Łubiański 1903
Plac Łubiański (ros. Лубянская площадь) – plac w centrum Moskwy. Znany przede wszystkim z budynku stanowiącego od 1917 siedzibę służb specjalnych (obecnie FSB, wcześniej KGB i NKWD oraz Czeka) i nazywanego od nazwy placu Łubianką.

Moskwa, Brama Warwarska 1907 (Варва́рские воро́та)
jedna z bram fortyfikacji średniowiecznej Moskwy, rozebrana w 1934 roku.

Moskwa, “Car Puszka” (ros. Царь-пушка) – największa (pod względem kalibru) na świecie armata spośród ładowanych od przodu. Eksponowana obecnie na Kremlu w Moskwie.

c.d.n.
_____________________________________

* Archip Iwanowicz Kuindży (ros. Архип Иванович Куинджи, ur. w 1841 w Mariupolu, zm. w 1910 w Petersburgu) – rosyjski malarz greckiego pochodzenia, realista, tworzył głównie pejzaże.