Janina Kowalska
Wspomnienia o mojej mamie – dziecko
Czas mijał na pracy, graniu w tenisa, brydżu, spotkaniach towarzyskich i rodzinnych, kinie i teatrze, oczekiwane dziecko jakoś się nie zjawiało. Sądzę, że w tym czasie Halszka pogodziła się z myślą, że dzieci mieć nie będzie. Aż tu niespodzianka, po sześciu latach małżeństwa jest ciąża, powitana radośnie i dobrze znoszona przez Halszkę. I tak w zimną listopadową noc 1929 roku urodziłam się ja – Janka! Byłam jedynym dzieckiem w rodzinie mamy, bo Ryszard był typowym „starym kawalerem”, Cezia wyszła za mąż i po dwóch latach zmarła, a Edward i jego żona nie mogli mieć dzieci.
Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca.
Jak podrosłam nieco, to się okazało, że jestem strasznym niejadkiem i wmuszenie we mnie jedzenia było męką dla karmiących i dla karmionej, a to już pamiętam bardzo dobrze. Mama pracowała i zajmowała się mną popołudniami, a rano opiekowały się mną kolejne służące.
Sparaliżowany dziadek razem z żoną Wiktorią i Ryszardem mieszkał w Zielonce, gdzie mieszkał również Edward z żoną i jej rodziną.

W 1931 roku zmarła babcia Wiktoria i wtedy dziadek z Ryszardem zamieszkali razem z nami w dużym, słonecznym mieszkaniu na Ochocie, na peryferiach ówczesnej Warszawy. Ryszard pracował jako rewident księgowości w kilku różnych instytucjach, miał więc ruchomy czas pracy, doglądał dziadka i mnie, a gospodarstwem zajmowała się służąca. Dużo chorowałam, najczęściej miewałam anginy, po przechorowanej zimie odbyło się w domu konsylium lekarskie, które orzekło, że dobrze by było zamieszkać gdzieś poza miastem, gdzie będzie świeże powietrze, dużo zieleni i las. Oczywiście wybór padł na Zielonkę, gdzie już mieszkała rodzina. Znaleziono nam ładne mieszkanie i wszyscy z dziadkiem i Ryszardem przeprowadziliśmy się do Zielonki.
Trzeba było zaangażować nową pomoc domową, ale taką, która zajmie się całym gospodarstwem i były z tym kłopoty. Po kilku nieudanych próbach znaleziono doskonałą gosposię, która była z nami aż do wybuchu wojny. Wszyscy dorośli mieli utrudnioną drogę do pracy, bo trzeba było dość do stacji i dojechać do Warszawy pociągiem.
Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.
W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.
Halszka dojeżdżała do pracy pociągiem i tramwajem, bo pracowała w śródmieściu Warszawy, wracała więc późno do domu i miała ze mną mały kontakt. Wychowanie mnie polegało najczęściej na besztaniu, jak coś źle zrobiłam. Jeżeli ktoś się mną zajmował, uczył mnie rysować, nie bać się burzy, gimnastykował się ze mną, to był to wujek Ryszard. Mając sześć lat rozpoczęłam naukę szkolna, ale nie poszłam do szkoły, tylko zebrano czwórkę sześciolatków i naukę ich powierzono emerytowanej nauczycielce z mieszczącego się w Zielonce Schroniska dla Nauczycielek. Pani ta była ponoć specjalistką nauczania początkowego, ale my tego nie odczuliśmy. Była to starsza pani, zmęczona dawną pracą w szkole i zanudzała nas lekcjami. Nikt nie sprawdzał, co ta pani robi i jak nas uczy. Żadnej z czterech mamuś nie przyszło do głowy, ile szkody może przynieść dziecku nieumiejętne nauczanie czytania i pisania. Szkody te odkryła w czasie wakacji moja babcia (mama Wiktora), która była psychologiem i zainteresowała się tym, że ja właściwie nie umiem czytać; usiłowała to naprawić, ale miała do dyspozycji tylko miesiąc wakacji. W domu, w czasie nauki w klasie pierwszej i drugiej, nikt nie sprawdzał, czy odrabiam lekcje, czy prowadzę jakieś zeszyty, piszę coś. Z tego powodu, kiedy poszłam do klasy trzeciej, do normalnej szkoły w Warszawie, miałam spore kłopoty. Był duży krzyk w domu, kiedy pewnego dnia przyniosłam dzienniczek z trzema ocenami niedostatecznymi. Czym skorupka… niestety, do końca szkoły nie prowadziłam porządnie zeszytów!
Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.
Rano szłam do stacji w Zielonce, wsiadałam do pociągu i jechałam do dworca Wileńskiego 15 minut, skąd tramwajem „M” jechałam prawie pół godziny do placu Trzech Krzyży i dochodziłam do szkoły ulicą Hożą. Pierwszy tydzień jeździła ze mną mama, a następnie już jeździłam sama, nie wiedziałam jednak, że w drugim wagonie tego samego tramwaju jedzie mama i obserwuje mnie. Miałam w warkocze wplecione duże białe wstążki, żeby mama, krótkowidz, mogła mnie widzieć z daleka. Po tych dwóch tygodniach jeździłam już sama. Dziś mi się wydaje, że mama mogła mnie przez cały rok odwozić do placu Trzech Krzyży, dalej Hożą mogłam iść sama, a mama do pracy na Chmielną miała stąd niedaleko, ale jakoś nikomu to nie przyszło do głowy. Wiem, wiem, nie było wówczas takiego ruchu jaki jest dziś, ale był to jednak środek dużego miasta i małej dziewczynce wszystko mogło się przytrafić. Powrotną drogę odbywałam tak samo, a te podróże zajmowały mi około dwóch godzin dziennie.
Halszka działała też w zielonkowskim kółku teatralnym i w Z.P.O.K. Nie pamiętam, jakie sztuki kółko wystawiało, ale pamiętam, że organizowało akademie z okazji świąt narodowych i ja też czasami deklamowałam tam jakieś wierszyki.
W 1935 roku zmarł Dziadek, mieszkający z nami. Został u nas wujek Ryszard, który się często mną zajmował. W czasie letnich dni rojno było u nas i gwarno, zjeżdżali się znajomi, grali w modnego wówczas brydża, a ja siadałam komuś na kolanach i próbowałam odgadnąć zasady gry.
W czasie letnich wakacji wyjeżdżaliśmy nad morze, na półwysep helski, jechaliśmy całą rodziną, bo jechało też z nami moje cioteczne rodzeństwo, Irena i Lutek. Czasami na drugi miesiąc wakacyjny dzieci jechały do dziadków do Śródborowa. Taki tryb życia rodzina prowadziła do wybuchu II Wojny Światowej, czyli do 1 września 1939 roku.
























W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.
Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.
Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.










O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.
Z dat śmierci obu młodych kobiet wynika, że nagrobek powązkowski powstał dużo wcześniej niż francuski. Należy jednak pamiętać, iż nieczęsto pomnik cmentarny wystawiano wraz ze zgonem danej osoby, zwłaszcza jeśli pomnik zamawiano u popularnego rzeźbiarza. Tym niemniej, jak pokazuje powyższa fotografia, zamieszczona na łamach “Świata” w roku 1913, miejsce spoczynku Lusi Raciborowskiej otrzymało już wtedy godną oprawę. Zapewne również pomnik Janiny z Jełowickich Lewandowskiej powstał przed 1914 r., gdyż działania wojenne raczej uniemożliwiłyby transport dzieła z Mediolanu do Menton. Chociaż, kto wie?