Halszka (3)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – dziecko

Czas mijał na pracy, graniu w tenisa, brydżu, spotkaniach towarzyskich i rodzinnych, kinie i teatrze, oczekiwane dziecko jakoś się nie zjawiało. Sądzę, że w tym czasie Halszka pogodziła się z myślą, że dzieci mieć nie będzie. Aż tu niespodzianka, po sześciu latach małżeństwa jest ciąża, powitana radośnie i dobrze znoszona przez Halszkę. I tak w zimną listopadową noc 1929 roku urodziłam się ja – Janka! Byłam jedynym dzieckiem w rodzinie mamy, bo Ryszard był typowym „starym kawalerem”, Cezia wyszła za mąż i po dwóch latach zmarła, a Edward i jego żona nie mogli mieć dzieci.

Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca.

Jak podrosłam nieco, to się okazało, że jestem strasznym niejadkiem i wmuszenie we mnie jedzenia było męką dla karmiących i dla karmionej, a to już pamiętam bardzo dobrze. Mama pracowała i zajmowała się mną popołudniami, a rano opiekowały się mną kolejne służące.

Sparaliżowany dziadek razem z żoną Wiktorią i Ryszardem mieszkał w Zielonce, gdzie mieszkał również Edward z żoną i jej rodziną.

W 1931 roku zmarła babcia Wiktoria i wtedy dziadek z Ryszardem zamieszkali razem z nami w dużym, słonecznym mieszkaniu na Ochocie, na peryferiach ówczesnej Warszawy. Ryszard pracował jako rewident księgowości w kilku różnych instytucjach, miał więc ruchomy czas pracy, doglądał dziadka i mnie, a gospodarstwem zajmowała się służąca. Dużo chorowałam, najczęściej miewałam anginy, po przechorowanej zimie odbyło się w domu konsylium lekarskie, które orzekło, że dobrze by było zamieszkać gdzieś poza miastem, gdzie będzie świeże powietrze, dużo zieleni i las. Oczywiście wybór padł na Zielonkę, gdzie już mieszkała rodzina. Znaleziono nam ładne mieszkanie i wszyscy z dziadkiem i Ryszardem przeprowadziliśmy się do Zielonki.

Trzeba było zaangażować nową pomoc domową, ale taką, która zajmie się całym gospodarstwem i były z tym kłopoty. Po kilku nieudanych próbach znaleziono doskonałą gosposię, która była z nami aż do wybuchu wojny. Wszyscy dorośli mieli utrudnioną drogę do pracy, bo trzeba było dość do stacji i dojechać do Warszawy pociągiem.

Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.

W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.

Halszka dojeżdżała do pracy pociągiem i tramwajem, bo pracowała w śródmieściu Warszawy, wracała więc późno do domu i miała ze mną mały kontakt. Wychowanie mnie polegało najczęściej na besztaniu, jak coś źle zrobiłam. Jeżeli ktoś się mną zajmował, uczył mnie rysować, nie bać się burzy, gimnastykował się ze mną, to był to wujek Ryszard. Mając sześć lat rozpoczęłam naukę szkolna, ale nie poszłam do szkoły, tylko zebrano czwórkę sześciolatków i naukę ich powierzono emerytowanej nauczycielce z mieszczącego się w Zielonce Schroniska dla Nauczycielek. Pani ta była ponoć specjalistką nauczania początkowego, ale my tego nie odczuliśmy. Była to starsza pani, zmęczona dawną pracą w szkole i zanudzała nas lekcjami. Nikt nie sprawdzał, co ta pani robi i jak nas uczy. Żadnej z czterech mamuś nie przyszło do głowy, ile szkody może przynieść dziecku nieumiejętne nauczanie czytania i pisania. Szkody te odkryła w czasie wakacji moja babcia (mama Wiktora), która była psychologiem i zainteresowała się tym, że ja właściwie nie umiem czytać; usiłowała to naprawić, ale miała do dyspozycji tylko miesiąc wakacji. W domu, w czasie nauki w klasie pierwszej i drugiej, nikt nie sprawdzał, czy odrabiam lekcje, czy prowadzę jakieś zeszyty, piszę coś. Z tego powodu, kiedy poszłam do klasy trzeciej, do normalnej szkoły w Warszawie, miałam spore kłopoty. Był duży krzyk w domu, kiedy pewnego dnia przyniosłam dzienniczek z trzema ocenami niedostatecznymi. Czym skorupka… niestety, do końca szkoły nie prowadziłam porządnie zeszytów!

Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.

Rano szłam do stacji w Zielonce, wsiadałam do pociągu i jechałam do dworca Wileńskiego 15 minut, skąd tramwajem „M” jechałam prawie pół godziny do placu Trzech Krzyży i dochodziłam do szkoły ulicą Hożą. Pierwszy tydzień jeździła ze mną mama, a następnie już jeździłam sama, nie wiedziałam jednak, że w drugim wagonie tego samego tramwaju jedzie mama i obserwuje mnie. Miałam w warkocze wplecione duże białe wstążki, żeby mama, krótkowidz, mogła mnie widzieć z daleka. Po tych dwóch tygodniach jeździłam już sama. Dziś mi się wydaje, że mama mogła mnie przez cały rok odwozić do placu Trzech Krzyży, dalej Hożą mogłam iść sama, a mama do pracy na Chmielną miała stąd niedaleko, ale jakoś nikomu to nie przyszło do głowy. Wiem, wiem, nie było wówczas takiego ruchu jaki jest dziś, ale był to jednak środek dużego miasta i małej dziewczynce wszystko mogło się przytrafić. Powrotną drogę odbywałam tak samo, a te podróże zajmowały mi około dwóch godzin dziennie.

Halszka działała też w zielonkowskim kółku teatralnym i w Z.P.O.K. Nie pamiętam, jakie sztuki kółko wystawiało, ale pamiętam, że organizowało akademie z okazji świąt narodowych i ja też czasami deklamowałam tam jakieś wierszyki.

W 1935 roku zmarł Dziadek, mieszkający z nami. Został u nas wujek Ryszard, który się często mną zajmował. W czasie letnich dni rojno było u nas i gwarno, zjeżdżali się znajomi, grali w modnego wówczas brydża, a ja siadałam komuś na kolanach i próbowałam odgadnąć zasady gry.

W czasie letnich wakacji wyjeżdżaliśmy nad morze, na półwysep helski, jechaliśmy całą rodziną, bo jechało też z nami moje cioteczne rodzeństwo, Irena i Lutek. Czasami na drugi miesiąc wakacyjny dzieci jechały do dziadków do Śródborowa. Taki tryb życia rodzina prowadziła do wybuchu II Wojny Światowej, czyli do 1 września 1939 roku.

Stuart 41

A Flock of birds hovering above – just a flock of birds
That’s how you think of love
And I always look up to the sky
Pray before the dawn
Cause they fly away
Sometimes they arrive
Sometimes they’re gone
Fly on

Stado ptaków unoszących się na niebie
To tylko stado ptaków – tak myślisz o miłości
Zawsze wpatruję się w niebo
I modlę się przed świtem.
Bo one odlatują
Czasami przybywają
Czasami znikają
Lecąc dalej

Coldplay – Fly On

Joanna Trümner

„Nie, duch święty nie pomógł”

„Nie, duch święty nie pomógł”, odpowiedziała Jane. „W życiu możesz liczyć tylko na siebie, nikt ci nie pomoże, ani człowiek ani duch święty, wszystko trzeba zdobyć samemu, dyscypliną i ciężką pracą”, powiedział Brian, naśladując głos ojca. Na wspomnienie rodzinnego domu rodzeństwo równocześnie wybuchnęło śmiechem. „Jak dobrze, że się odnaleźliśmy. Z nikim innym nie potrafię się tak śmiać, aż mi się nie chce wierzyć, że straciliśmy się z oczu na tyle lat. Z takim przyjacielem jak on wszystko jest łatwiejsze”, myślała Jane.

Po chwili milczenia zaczęła opowiadać bratu o ojcu Sally: „Na przedostatnim roku studiów dostałam roczne stypendium w Stanach. Stypendium, o którym marzyłam od lat. Wylądowałam na Uniwersytecie Mississipi, w strasznej dziurze, do dzisiaj się zastanawiam, kto wpadł na idiotyczny pomysł nazwania tego miasteczka Oxfordem. Szczerze mówiąc nie ma tam zbyt wiele, oprócz uniwersytetu oraz pól kukurydzy, bawełny i fistaszków. No i oczywiście prężnej grupy Ku Klux Klanu. Jednym słowem kompletny koszmar i szarość amerykańskiej prowincji. Natychmiast, gdy zobaczyłam Oxford, zaczęłam tęsknić za Londynem. Na szczęście zamieszkałam z Marią, Włoszką z Bostonu, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. To ona namówiła mnie do pójścia na bazar w kościele katolickim niedaleko uniwersytetu. Tam poznałam Ducha Świętego, który od razu mnie urzekł. Był przystojny, zbyt przystojny na księdza, ale ujął mnie przede wszystkim spokojem. Gdy poznaliśmy się blipżej, czułam się przy nim jak najważniejsza osoba na świecie. Tak bardzo różnił się od mężczyzn, a właściwie chłopców, których poznawałam do tej pory, onieśmielał i intrygował . Natychmiast się zakochałam.

W kilka tygodni potem zostaliśmy parą. Parą, która musiała ukrywać się przed całym światem. Ta zabawa w chowanego miała w sobie coś zagadkowego i romantycznego. Podobnie jak czas, który spędzaliśmy razem. Nigdy nie prowadziłam tak intensywnych rozmów o życiu, filozofii, wierze, filmach. Duch Święty, który w rzeczywistości miał dosyć tuzinkowe imię, John, zaskakiwał mnie nieraz bardzo tolerancyjnymi jak na księdza poglądami. No ale chyba musiał, zważywszy, że zostaliśmy parą. To był pierwszy mężczyzna, który mi bezgranicznie imponował.

Spotykaliśmy się w hotelach w okolicy, przyjeżdżaliśmy za każdym razem osobno i nie wychodziliśmy z pokoju w obawie, że natkniemy się na kogoś, kto go zna. Maria była jedyną osobą, która wiedziała, dokąd znikam wieczorami.

Tak bardzo chciałam spędzić z nim czas, że zaczęłam chodzić na każdą mszę, każdą procesję i wszystkie kościelne bazary. Jedenaście miesięcy stypendium minęło bardzo szybko. Podczas ostatniej rozmowy płakaliśmy oboje. Przy rozstaniu John unikał odpowiedzi na moje ‘co dalej’, to wyłącznie moja wina, że lakoniczne ‘czas pokaże’ potraktowałam jak obietnicę wspólnej przyszłości. W kilka tygodni po powrocie do Anglii zorientowałam się, że jestem w ciąży. Napisałam do Johna długi list. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Nigdy go też nie zobaczyłam.

Jedyny list, jaki przyszedł do mnie ze Stanów, był list Marii, w którym pytała, jak może mi pomóc. Wkrótce potem przyleciała do Londynu i była pierwszą osobą, która wspólnie ze mną zastanawiała się, co robić? Pożyczyła mi trochę pieniędzy, na których zwrot musiała czekać pięć lat. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj, przed kilkoma miesiącami odwiedziłam ją w Bostonie. Przez chwilę czułam impuls, żeby wsiąść do samolotu, odwiedzić Ducha Świętego i opowiedzieć mu o nas obu, o Stelli i o mnie. Nieraz zastanawiam się, co by było, gdybyśmy się jednak spotkali? Czy poznałby mnie po ponad dwudziestu latach? Czy chciałby dowiedzieć się czegokolwiek o córce? Czy Stella potrafiłaby zrozumieć, dlaczego nigdy się nami nie interesował? Co czuł, kiedy czytał mój wielostronnicowy list?

Po Duchu Świętym zdarzały mi się krótkie romanse i przygody, nie poznałam jednak nikogo, z kim chciałabym spędzić resztę życia. Kogoś, kto nie poszybuje dalej, tylko zostanie przy mnie na dłużej”.

„Musisz Stelli o tym wszystkim opowiedzieć. Ona ma do tego prawo”, skomentował Brian i patrząc na zagubioną minę siostry, zaproponował: „Jeżeli chcesz, zrobię to za ciebie”. „Wiem, że ona musi się dowiedzieć, kto jest jej ojcem, zrobię to, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu”, odpowiedziała Jane.

Od kiedy Stella poznała Sally, pobyt u wujka w Sydney stał się prawdziwą atrakcją. Młode kobiety spędzały ze sobą tak dużo czasu, że Stuart zaczął się wręcz niepokoić, że przestał być Sally potrzebny. „A o co jesteś zazdrosny?”, zapytała Sally na widok jego miny, gdy po raz kolejny powiedziała, że dwa następne wieczory spędzi ze Stellą. „Przecież nie robimy nic złego, pokazuję jej miasto, czasami chodzimy na jakąś imprezę, możesz zresztą pójść z nami”, dodała. Stuart nie wiedział, co o tym myśleć. Pod wpływem nowej przyjaciółki Sally stawała się innym człowiekiem, zaczęła go denerwować infantylnymi żartami i powierzchownością. Zamieniła sukienki na dżinsy i obcisłe swetry, zaczęła się mocno malować, w oczach Stuarta jej makijaż był wręcz wyzywający. Czasem dzwoniła nocą, gdy już spał, budziła go i prosiła, żeby odebrał ją z miasta. Była podpita. Gdy mówiła, „odbierz nas, boimy się same wracać”, miał ochotę trzasnąć słuchawką.

„Przecież nie można się aż tak bardzo zmienić”, zastanawiał się. „I chyba nie można się z dnia na dzień odkochać. Ciekawe, Sally jest przecież tylko o siedem lat młodsza, a ostatnio mam wrażenie, że dzieli nas pokolenie. Może ona taka jest i zawsze była, tylko ja tego nie potrafiłem albo nie chciałem zobaczyć? Może jestem tak zajęty sobą, że nie widzę tego, co dzieje się z innymi ludźmi? Przecież zdrady Meg też długo się nie domyślałem?”, westchnął, pocieszając się, że Stella za dwa tygodnie wróci do Londynu.

Stuart nie czuł się dobrze w małej stabilności, którą osiągnął. Wiedział, że nie prowadzi życia, które chciał prowadzić i że sam się okłamuje. Mimo, że lubił pracę w szkole i kontakt z uczniami, brakowało mu koncertów. Patrząc na stojącą w rogu sypialni gitarę, na której zaczęła się zbierać gruba warstwa kurzu, myślał o miesiącach spędzonych w trasie koncertowej po Australii i tęsknił za tamtym czasem. „Opamiętaj się, chłopie”, napominał sam siebie, „kiedy wreszcie dotrze do ciebie, że twój talent nie wystarczy na zrobienie kariery? Na gitarze możesz czasami zagrać, sobie albo znajomym”. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby szczerze porozmawiać. Brian spędzał każdą wolną chwilę z siostrą, Tom był tak zajęty przygotowaniami do urodzin pierwszego dziecka, Kate podróżowała z rodziną po Australii, a Sally pod wpływem Stelli na jego oczach zmieniła się w rozchichotaną nastolatkę, która nigdy nie byłaby w stanie zrozumieć jego przemyśleń. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spotkał ją tylko raz, czasami dzwoniła do niego kończąc rozmowę retorycznym pytaniem „Chyba nie jesteś zły, że mam teraz dla ciebie tak mało czasu?”

Sally zdawała sobie sprawę z tego, że Stuart czuje się zawiedziony, obiecywała sobie, że zaraz po wyjeździe Stelli nadrobi czas, którego mu teraz nie poświęcała. „On jest czasami taki poważny, nie potrafi zrobić nic spontanicznego, nic zwariowanego”, myślała, uciszając wyrzuty sumienia. Czas spędzany ze Stellą oznaczał poznawanie nowych zakątków miasta, codziennie innych ludzi i kończące się nad ranem wizyty w knajpach lub na przyjęciach. To był czas odpoczynku od codziennych obowiązków, z których składało się jej życie od chwili, gdy przyjechała do Sydney na studia.

Tego wieczoru poszły na party na kampusie uniwersyteckim. Świetnie się bawiły w towarzystwie studentów. O północy podpita Stella zastukała widelcem w szklankę od wina i głośno oznajmiła: „Nie wrócę do Anglii. Sydney jest najlepszym miastem na świecie. Może nawet zacznę studiować prawo? Nieraz jeszcze będziemy się bawić na imprezach, które ja wam urządzę”.

O czwartej nad ranem goście zaczęli wracać do domu. „Przejedźmy się na Bondi Beach”, zaproponował Josh, z którym Stella bawiła się przez cały wieczór. O piątej Stella, Sally, Josh i jakiś jego kolega oglądali wschód słońca na plaży, dopijając prosto z butelki resztki czerwonego wina. Stella nie pamiętała momentu, w którym sympatyczni mężczyźni zmienili się w brutali. Josh ciągnął ją za włosy po plaży, a następnie zgwałcił. Gdy później składały zeznania na policji, kobiety nie potrafiły zrekonstruować dalszego przebiegu wypadków, nie potrafiły też jednoznacznie rozpoznać mężczyzn, którzy na zawsze zmienili ich życie.

Stella z trudem przypominała sobie moment, w którym usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu. Wkrótce potem zobaczyła Sally, tak samo nagą i upokorzoną jak ona. Obydwie nie pamiętały, jak udało im się pokonać kilka kilometrów, dzielących je od najbliższej budki telefonicznej, z której Sally wykręciła numer telefonu Stuarta. Telefon dzwonił dwadzieścia razy, zanim odłożyła słuchawkę. Nigdy jeszcze nie czuła się bardziej samotna.

Młode kobiety siadły na ziemi opierając się plecami o budkę telefoniczną. Patrzyły przed siebie, nie wiedząc, co zrobić dalej. Sally zamknęła na chwilę oczy, kiedy je otworzyła zobaczyła zatrzymujący się przed nimi samochód policyjny.

Cdn.

Szopa w salonie 20 (reblog)

Boli.tyka

Łukasz Szopa

List do ambasadora RP w Niemczech, Andrzeja Przyłębskiego

Warszawa, 02.02.2018. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas konferencji prasowej po spotkaniu noworocznym z korpusem dyplomatycznym, 2 lutego 2018 roku w Senacie. (tg/pkus) PAP/Tomasz Gzell

Berlin, 19.02.2018

Szanowny Panie Ambasadorze,

Jako obywatel Polski żyjący zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, nie zaliczam się co prawda do „Polonii“, pragnę jednak zareagować na list Marszałka Senatu, pana Stanisława Karczewskiego z dnia 07.02.2018, w którym wzywa on Polaków żyjących zagranicą do

„podejmowania wszelkich możliwych działań, których celem będzie upominanie się o prawdę historyczną“
i
„o dokumentowanie i reagowanie na przejawy antypolonizmu, krzywdzące nas sformułowania i opinie. Proszę o powiadamianie naszych ambasad, konsulatów i konsulów honorowych o pomówieniach naruszających dobre imię Polski“.

Wielu moich przyjaciół i znajomych – zarówno w Polsce jak i Niemczech – odebrało ten list jako bardzo bulwersujący apel, nawołujący do szpiclowania, donosów, a nawet „szmalcownictwa“.

Ja również uważam ową „zachętę“ jako bardzo kontrowersyjną, pragnę jednak z niej skorzystać – choć obce są mi pobudki jakiegokolwiek donosicielstwa.

Dlatego właśnie zwracam się do Pana, nie tylko jako urzędnika ambasady RP zagranicą, ale i osoby kompententnej w kwestii współpracy – jawnej czy tajnej – ze służbami, i chciałbym poinformować o dwóch przypadkach jak najbardziej „antypolskich“ jak i niezdodnych z prawdą historyczną wypowiedzi, naruszające dobre imię Polski:

1. Jarosław Aleksander Kaczyński, ur. 18.06.1949 w Warszawie, poseł na Sejm RP:

„Krajowa Rada Sądownictwa to jest niewątpliwie instytucja postkomunistyczna“

„Tusk ma krew na rękach” i „nie jest godny reprezentowania Polski za granicą”

„Dla mnie Wałęsa to TW Bolek“

2. Andrzej Przyłębski, ur. 14.05.1958 w Chmielniku, ambasador RP w Niemczech:

„PiS podnosi Polskę z ruiny, w której pogrążyła ją Platforma Obywatelska. W Polsce wszystko: instytucje państwowe, policja, wojsko, szkoły, uniwersytety, sądy, znajdowało się w głębokim kryzysie, który ukrywały media.“

Tutaj dodam, że nazywanie naszego kraju „ruiną“ jest ponadto wyrazem braku poszanowania dla historycznie faktycznych ruin – jak Aleppo, Grozny, Sarajewo czy powojenna Warszawa, i sytuacji ich mieszkańców.

Dlatego proszę – nawiązując do apelu Marszałka Karczewskiego – o niezwłoczne poinformowanie polskich instytucji czy urzędów (jakich – tego pan Karczewski niestety nie zdefiniował) o obu osobach i ich wyżej wspomnianych wypowiedziach niezgodnych z faktami historycznymi i naruszających dobre imię naszego kraju.

Z wyrazami szacunku

Łukasz Szopa

Oryginał listu do ambasadora RP

Barataria 53: Esperanza czyli nadzieja

Ewa Maria Slaska

Film z Bobem Hoskinsem

Mam na myśli film Don Kichote z roku 1999 (czy był to jednak rok 2000? – źródła plączą się tu jak rzeki na Baratarii), w którym oczywiście grają i inni – przede wszystkim John Lithgow jako sam Błędny Rycerz, prześliczna Isabella Rosselini jako Księżna i Vanessa Williams, Mulatka! – jako Dulcynea czyli wedle nowego tłumaczenia, Wojciecha Charchalisa – Cudenia. I zaiste – cudna. Ale nic to wszystko wobec Boba Hoskinsa jako Sancho Pansy, który jest po prostu genialny. Na szczęście wszyscy się jeszcze w polskim tłumaczeniu filmu (autorka tekstu Krystyna Pytlarz) plus minus nazywają tak, jak się do tego przez lata przyzwyczailiśmy, czytając (albo nie czytając) tłumaczenie Czernych czy Zakrzewskiego. Sancho Pansa to zatem wciąż jeszcze onże sam a nie jakiś Sancho Brzuchacz. Don Kichot jest Don Kiszotem a nie np. Nabiodrkiem lub Nagolennikiem, Rosynant nie nazywa się jeszcze Chabetonem, ale i film pozwala sobie na nowinki translatorskie, nie wiedzieć – z przekory, chęci unowocześnienia zramolałego tekstu czy, nie daj Boże – niewiedzy. Bezimienny w powieści Osioł Sancho Pansy to… Cętek! A sam bohater najgłówniejszy dostaje przydomek Rycerza Ponurej Facjaty. Ugggh! Jestem bardzo za nowinkami translatorskimi, tak bardzo za, że nawet przeciw, bo jednak bardzo byłam przywiązana do Rycerza Smętnego Oblicza. Ten chudy smutny gościu o pociągłej twarzy pasował jak ciałko do trumny do swego smętnego przydomka. Tymczasem ponurą facjatę ma, tak to czuję, knajak i cwel. No i błędni rycerze w nowoczesnej wersji językowej to rycerze wędrowni. No trudno, nie da się mieć wszystkiego, a film daje człowiekowi niemal wszystko. Jest wesoły i poważny, wierny (oryginałowi) i niewierny, oryginalny, a przecież  banalny, bo dokładnie odpowiada temu, co widzi każdy, gdy myśli o chudym rycerzu i jego grubym, małym giermku.

Wikipedia twierdzi, że Sancho Pansa w pierwszej części powieści jest postacią raczej komiczną i dopiero w drugiej otrzyma pogłębioną charakterystykę, przestaje być śmieszny, staje się człowiekiem mądrym i sarkastycznym. Filmowy Sancho Pansa godzi się na wyprawę z Don Kichotem, bo w domu plącze się z pół tuzina dzieci, żona jest wprawdzie ładna, robotna i zaradna, ale goni męża do roboty, a teściowa zrzędzi. Ale mądry i dowcipny jest już wtedy, gdy dopiero szykuje się do pierwszej swej przygody.

Oczywiście kluczowym momentem przygód Sancha Pansy jest objęcie funkcji gubernatora „wyspy” Barataria, która w filmie nazywa sią Esperanza – Nadzieja.  W książce „Wyspa” była niewielkim miastem, a powierzenie wielkorządztwa giermkowi Don Kichota było jednym z żartów wymyślonych przez Księcia i Księżnę. Niestety, i to jest najpoważniejszy brak tego filmu (reżyseria Peter Yates), Gubernatorstwo Baratarii trwa tylko jeden dzień i jedną noc. Już następnego dnia o świcie wrogie wojsko napada na Baratarię i jej gubernator czmyha. Gdy tymczasem w powieści Sancho rządzi przez dziesięć dni i okazuje się znakomitym zarządcą i sprytnym, inteligentnym sędzią.

To zresztą cecha, którą wszyscy pomijają. Wróćmy jeszcze na chwilę do Wikipedii, gdzie czytamy, że Sancho był człowiekiem spokojnym i rozważnym, choć brak mu było odwagi i determinacji w działaniu. Mimo pewnej naiwności, a nawet łatwowierności (np. nigdy nie przestał wierzyć, że naprawdę sprawował funkcję wielkorządcy wyspy Barataria) stał się symbolem zdrowego rozsądku, potrafiącego nie tylko czerpać dla siebie korzyści w świecie rządzonym przez obłęd i iluzję, lecz także dochować wierności podstawowym wartościom.

W potocznym pojęciu jest takim wioskowym mądralą. A ja twierdzę, że był mądry, że Cervantes chciał, żebyśmy zobaczyli tę jego mądrość, uważam, że w filmie rzeczywiście jest mądry, szkoda więc, że reżyser nie dał mu szansy, by się wykazał. Już sobie wyobrażam, co Bob Hoskins zrobiłby z tych kilku przykładów salomonowej wręcz mądrości, jakie zawiera epizod o Baratarii.


– Ruszam, by zostać gubernatorem wyspy.


– Jutro dostanę dwie lub trzy wyspy.


– Czekam na moją wyspę.


– Mój pan obiecał mi wyspę.
– Z tego co wiem, te wyspy nie są wcale takie piękne.
– A czemu to?
– Bo gubernator ma duże wydatki.


Książę: – Mam wyspę, potrzebuję gubernatora.


Książę: – Pamiętaj, jutro wyspa.


A teraz czas na nagrodę. Esperanza.


Wjazd do stolicy wyspy.
– Jakim cudem jest to wyspa, skoro leży na lądzie?
– Wyspa jest tak wielka, że morze jest daleko.
– Ale jeśli jest wielka, można sobie obiecywać spore dochody. Biorę więc ten klucz.



– Muszę dbać o zdrowie gubernatora. Gubernatorski obiad to woda!


List przywieziony przez książęcego posłańca.
“Pozdrawiamy Cię, żono Gubernatora. Księżna i Książę.”


– Wróg napadł na nas. Podnieś miecz i walcz w obronie wysypy!


– Nic nie widzę!


Powrót Gubernatora.


– Stęskniłem się za Panem i mam dość tej całej wyspy.


– Zostawiłem wyspę, bo tęskniłem za wami.


– Nie chcę nic więcej słyszeć o żadnej wyspie.

Reblog: Królestwo, jakiego nie znacie

Reblog

Magda Bębenek

O Hawajach słyszeliśmy wszyscy, ale tak naprawdę prawie nic o nich nie wiemy. Kojarzą nam się z atakiem na Pearl Harbour, tancerkami w stanikach z kokosów i spódniczkach z trawy oraz zestawieniami najpiękniejszych plaż świata.

Tymczasem 17 stycznia br. tysiące Hawajczyków wyszło na ulice Honolulu, by uczcić swoją ostatnią królową, Lili’uokalani. W dniu 125 rocznicy obalenia jej rządów za sprawą zbrojnego przewrotu, zainicjowanego przez amerykańskich przedsiębiorców i przeprowadzonego w asyście amerykańskich wojsk, machali hawajską flagą i śpiewali hawajskie pieśni. Przyszli uczcić Lili’u, jak ją czule nazywają, ale również pokazać, że nadal tu są – potomkowie rdzennych Hawajczyków nie wyginęli.

Uczeni o Kapitanie Cooku i karmieni historiami jego wypraw oraz „odkryć” na Pacyfiku, a także znając Hawaje jako „pięćdziesiąty stan USA”, nie mamy pojęcia o bogatej historii tego archipelagu, ani o tradycjach i kulturze jego mieszkańców. Podobnie jak o ich państwowości, ciągnącej się od ponad wieku okupacji oraz coraz głośniej wyrażanych dążeniach do odzyskania niepodległości.

Gdy w 1778 roku Cook dotarł do wysp, które nazwał Sandwich Islands, Hawajczycy, Mauijczycy, Kauijczycy, Molokajczycy czy Oahuczycy (nazwy zmyślone przeze mnie na potrzeby tego wpisu), żyli tam już od ponad tysiąca lat (A). „Hawajczykami” nazywani byli jedynie mieszkańcy największej z wysp, Hawai’i, na świecie znanej pod nazwą Big Island. Przybyli oni z Tahiti, w tradycyjnych drewnianych czółnach, przepływając prawie 4500 kilometrów oceanu w linii prostej. Posługiwali się starożytną polinezyjską sztuką nawigacji morskiej, opierającą się na obserwacji elementów przyrody, głównie gwiazd, prądów morskich i fal. Opis tego wydarzenia żył w świadomości kolejnych pokoleń Hawajczyków (B) za sprawą tradycyjnych przekazów ustnych.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. "Owyhee" to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. „Owyhee” to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Hawajski kompas gwiezdny odtworzony przez Nainoa Thompsona na podstawie nauk pobranych od mikronezyjskiego nawigatora Mau Piailug’a

Pięć lat po tym, gdy Cook pierwszy raz dobił do archipelagu (drugi raz skończył się jego śmiercią, co wiąże się z fascynującą historią pełną zbiegów okoliczności, hawajskiej mitologii i… żelaza), młody wódz (ali’i) z wyspy Hawai’i, Kamehameha, zaczął swoją kampanię, mającą na celu podbicie wszystkich wysp. Dzięki dostępowi do broni palnej i prochu z Chin, wojsku, które zostało przeszkolone przez dwóch Brytyjczyków, oraz przejętemu wcześniej okrętowi Fair American, w 1810 roku Kamehameha (C) został ali’i nui Kamaehamehą I, pierwszym władcą zjednoczonego Królestwa Hawajów. Ustanowił tym samym dynastię królewską, która przetrwała sześćdziesiąt dwa lata.

W czasie śmierci Kamehamehy V i przejęcia władzy przez jego kuzyna Lunalilo, pierwszego powszechnie wybranego króla hawajskiego, Hawaje były już monarchią konstytucyjną z ministerstwami, Izbą Reprezentantów i Izbą Możnych (The House of Nobles). Mało tego, od 1842 roku uznawane były na arenie międzynarodowej za niepodległe państwo, a od 1846 roku Królestwo Hawajów podpisywało traktaty z najpotężniejszymi nacjami świata. Do czasu amerykańskiego przewrotu zbrojnego pod koniec XIX w. i rozpoczęcia okupacji, Hawaje powołały ponad dziewięćdziesiąt konsulatów i poselstw w miastach i portach całego globu.

Poczet królów hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Królowie Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Poczet królowych hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Królowe Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Kochani Czytelnicy, jeśli chcecie się dowiedzieć, co dalej, musicie się przenieść na bloga do Magdy Bębenek. Zróbcie to koniecznie, bo historia (Historia) jest fascynująca. A aby Was zachęcić, zostawiam tu zdjęcie tej niezwykłej królowej Hawajów :-).

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana współcześnie Lili'uokalani

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana powszechnie Lili’uokalani

Dalej i kolejne teksty TU


    1. W opracowaniach historycznych znaleźć można różne teorie dotyczące tego, kiedy pierwszy Polinezyjczy dotarli na Hawaje. Jedni mówią, że już na początku pierwszego tysiąclecia, inni, że na początku trzynastego wieku. Portal GoHawaii, prowadzony przez Hawajską Izbę Turystyczną, podaje „1500 lat temu”, czyli około roku 500 n.e.
    2. Terminu tego używać będę w jego współczesnym kontekście, to znaczy w odniesieniu do potomków polinezyjskich mieszkańców całego archipelagu.
    3. Pełne hawajskie imię: Kalani Pai’ea Wohi o Kaleikini Keali’ikui Kamehameha o ‚Iolani, i Kaiwikapu kau’i Ka Liholiho Kūnuiākea 🙂

Halszka (2)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU i TU), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przywoływane tu fragmenty przeczytać jeszcze raz…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – po ślubie

Ślub Haliny i Wiktora odbył się 9 sierpnia 1922 roku w pięknej katedrze zamojskiej. Wiktor był jeszcze w mundurze, a po wyjściu z Katedry młodzi przeszli pod skrzyżowanymi szablami oficerskimi. Wiktor wystąpił z wojska, a Halszka wymówiła pracę w szkole i wyjechali do Warszawy. Rodzina Wiktora zaakceptowała Halszkę, i zaproponowała im zamieszkanie w wielkim rodzinnym mieszkaniu, ale młodzi małżonkowie chcieli być samodzielni i wynajęli sobie pokój sublokatorski. Oboje znaleźli pracę, Halszka w Warszawskiej Informacji Prasowej, która redagowała wiadomości dla różnojęzycznych wydawnictw. Halina była w redakcji rosyjskiej, gdzie redagowała wiadomości i pisała je na maszynie z alfabetem rosyjskim. Wiktor zaś pracował jako elektryk w firmie, która montowała radia, projektory filmowe i nagłaśniała duże pomieszczenia.

Mieszkali w sublokatorskim pokoju, ale byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu Wiktora na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, lub żeby skorzystać z nowoczesnej łazienki. Na zorganizowanie własnego mieszkania czekali, aż Halszka zajdzie w ciążę i pojawi się dziecko. Czekała na to cała rodzina.

W lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojówka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że oni mogą pilnować mieszkania. Nie zamierzali nigdzie wyjeżdżać, bo lato to najlepszy czas do gry w tenisa, a oboje z zapałem oddawali się tej grze. Pokojówka dostała urlop i młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.

Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Valentine Day and Ash Wednesday

This year’s Valentine Day coincides with Ash Wednesday – what a contradiction.
Let me share with you a memory of a very strange Valentine Day.

Polish version HERE.

Lech Milewski

At the beginning of February 1999 I flew from hot summer in Melbourne, Australia, to cold and wintry Minneapolis. My intention was to compete in a ski marathon – American Vasaloppet in Mora, Minnesota.
The winter was poor in snow, but I managed to have decent skiing in few parks in Minneapolis. On Thursday evening, 3 days before the race, I heard on the radio, that the race has been cancelled due to the lack of snow.

It was a shock! Next morning I rang the race office. They confirmed the bad news – sorry, the race is cancelled.
– That’s impossible! I came here all the way from Australia! It cannot be!
– We are very sorry, but it is cancelled.
– But there is quite good snow in parks in Minneapolis.
– We also have good snow in the forest. But the race is run in the open area and there is no snow there.
– So shift it to the forest!
– That’s impossible, we have around 4,000 participants, we cannot squeeze them on narrow tracks. Anyway, the decision is FINAL, there is NO RACE!

I tried the last chance – please connect me with the club secretary.
I had Valerie Brown on the other end of the wire and I laid down my proposal:
I understand that you are unable to run the regular race. But on the other hand there is still quite good snow in the forest. And on another hand, I came here all the long way from Australia. Why not to put these two hands together and let me do a solo race in the forest?
There was a moment of silence and then… – come to Mora, we’ll see what we can do for you.
I heard smile in Valerie’s Brown voice.

Dalarna

I came to Mora on Saturday morning. It was sunny, cold and snowless. The big, red Dalarna Horse reminded me my race in Sweden 3 years earlier.

In states Minnesota and Wisconsin there is quite large Scandinavian population, no wonder they introduced cross country skiing and copied traditional ski races of their countries.

Vasaloppet is most famous of them. It commemorates a historical event from year 1521. At that time Sweden was under Danish occupation and Swedish nobility assembled in a little town Mora decided to organize an uprising to liberate their country. As a leader they chose certain Gustav Vasa. He was hiding from Danes close to Norwegian border. Messengers were sent to him to convey the message. Gustav fastened his skis and skied 90 km from Sälen to Mora.

The uprising was a success, Gustav Vasa was elected a king and established a Vasa dynasty.
In year 1922 a ski race has been organized on the historical course – Sälen to Mora – 90 km – CLICK.

I went directly to the race office. It was the saddest place in the world. Thousands of race bags and bunches of medals for finishers. I took one of them in my hand….

Medal

Valentine Day? Yes, of course! It will be Valentine Day tomorrow (14/2/1999)!
A heart, two skiers inside, Love to ski .
– What are you going to do with them?
– They all will be scrapped.
– O, no! You must let me to race for this medal!

We studied maps of ski trails in the forest. Valerie showed me the ones where the snow should be OK. I did simple arithmetic.
– Valerie, so if I will ski around these loops until 1 clock over 58 km, will you give me such a medal?
– Find his racing bag – she said.

A couple of club members drove me to the forest to see how it looks. I found it in much better condition than expected. After return to the town, I still managed to participate in sled races with some locals of Swedish origin and eventually went to sleep as the happiest person in Mora.

StartFinish

9 o’clock Sunday morning, blue skies, light frost, no wind. In the Log Cabin I left a bag with warm clothes and some food and drinks. I put on my red racing suit with kangaroos on the back and on the leg. Race number 503, START!!!

For a long time I was the only person on the trails. Later some people arrived, whole families for a relaxing session of skiing in the sun. Some of them were quite shocked when out of sudden a crazy racer appeared…
– Go away from the track – shouted parents to the children – thousand skiers will be here in a moment!
– But they said , that the race is cancelled?
I left them in such puzzled state and skied on and on – 5 times around The Point Trail, 4 times Beaver Dam Trail and every possible trail between and around.

Eventually my log showed more than 60 km, it was almost 3 pm. I skied back to the Log Cabin where some club members waited for me with the medal of my dreams.

Back from home, I wrote a detailed report of my effort, it showed almost 65 km. What a surprise it was when few weeks later I received mail from Valerie Brown. She sent me a special diploma.

Diploma

…and another medal. Valerie explained, that some of “Love to Ski” medals have been given to sponsors and volunteers so for me she sent a special one – Winners’s Time + 50%, Year 1999.

Medal 2

And there is only ONE such medal in the world.

Barataria 52 Rok z Baratarią

Ewa Maria Slaska

Zaczęło się nawet wcześniej, bo 9 stycznia, ale parę razy cykl Barataria ustępował jakimś wpisom znacznie ważniejszym. Tak się więc złożyło, że redakcyjnie rok mija dziś, gdy publikuję 52 odcinek cyklu. Już wtedy, 13 miesięcy temu, miałam poczucie, że czynię pierwszy krok w kierunku Dzieła (no tak, dzieła!), które ogarnie Wszystko, już wtedy przeczułam potencjał kryjący się w śledzeniu tropów literackiego żartu Cervantesa, bo zakończyłam wpis takim oto zdankiem: Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo. Powtórzyłam to zresztą w odcinku 7, który zatytułowałam: Barataria 7 (i tak do końca roku).

Tworząc te 51 wpisów wędrówek po kulturze, udzielałam nam i sobie różnych porad kulturalnych. Przeczytaliśmy (no??? przeczytaliśmy?) kilkadziesiąt książek, posłuchaliśmy różnych gatunków muzyki, pomyśleliśmy o tym, że można by do opery, przypomnieliśmy inne wyspy-metafory, zajęliśmy się utopią i piratami, i pomyśleliśmy po prostu o podróżach na dalekie wyspy i na wyspy bliskie, poszliśmy też tropem wysp nieistniejących, których jest w naszej kulturze chyba równie wiele, jak tych istniejących, a naszym polskim współczesnym osiągnięciem w tej dziedzinie jest San Escobar. Barataria okazała się tematem bez końca i będę go tak bez końca eksploatowała. Dziś jednak po prostu podsumuję minione 51 odcinków. Zapraszam na wędrówkę po książkach, muzyce i wyspach.

Książki

Oczywiście, choć cały cykl zaczął się od powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, dziś zacząć musimy od Mistrza i Sprawcy czyli Cervantesa.

Powieść była kilkakrotnie tłumaczona na polski. Nasze pokolenie czytało tłumaczenie Czernych, teraz zapewne wszyscy sięgają po Charchalisa.

  • Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy. z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełozone – przekład: Franciszek Aleksander Podoski, 1786.
  • Don Kichot z Manszy. – przekład: Walenty Zakrzewski, 1886.
  • Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy, powieść. – przekład: Edward Boyé, 1932.
  • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy – przekład: Anna Ludwika Czerny, Zygmunt Czerny, 1955.
  • Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry/ na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego – wersja skrócona, 1983.
  • Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy – przekład: Wojciech Charchalis, 2014[

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria, 1993

Obie pozycje to, nazwijmy je umownie, księgi założycielskie. Do nich dołączam jeszcze Kopalińskiego, który za naszych czasów starczał za google i wikipedię, i “encyklopedię britannika”… Pamiętacie, w ferworze dyskusji wciąż trzeba było “sprawdzać w Kopalińskim”?
Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, 1967
Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, 1985
Władysław Kopaliński, Słownik symboli, 1990


Teraz już książki bez ładu i składu, mniej więcej w kolejności pojawiania się ich w cyklu Barataria, ale z kolei jak wymieniam pierwszą książkę danego autora, to mu dodaję i inne. No, bałagan…

William Shakespeare, Zimowa opowieść, 1611
William Shakespeare, Burza, 1611
William Shakespeare, Henryk IV, 1596
William Shakespeare, Henryk V, 1599
William Shakespeare, Wesołe kumoszki z Windsoru, 1602
Homer, Odyseja (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Parandowskiego, 1956
Homer, Iliada (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Franciszka Dmochowskiego, z korektami Tadeusza Sinki, 1922
Platon (360 p.n.e.), Timajos. Kritias, w przekładzie Władysława Witwickiego, 1960
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, 2013
Jadwiga Żylińska, Kapłanki, amazonki, czarownice, 1972
Tom Robbins, Perfumy w rytmie jiteburga, 2004
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, 1947
Shirley Jackson, Loteria, 1948
Biblia (Stary i Nowy Testament)
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, 1970
Jarosław Gibas, Salve Theatrum, 1997
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, 1814
Alonzo Fernandez de Avellaneda, Don Kichot (apokryf), 1614
Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario, sztuka teatralna dostępna (mi) tylko jako dokument pdf, w którym są tylko strony nieparzyste! ( jakby więc ktoś chciał mnie wspomóc i znalazł kompletną wersję dzieła…), 2002
Gianni Rodari, Gelsomino w kraju kłamczuchów, 1958
Gianni Rodari, Opowieści o Cebulku, 1951
Silvio Gesell, Het wondereiland Barataria, 1922
Salomon, Przysłowia
Ze skarbnicy midraszy
Waldemar Łysiak, Wyspy zaczarowane, 1974
Waldemar Łysiak, Wyspy bezludne, 1987
Waldemar Łysiak, Wyspa zaginionych skarbów, 2001
Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, 1962
Renée Mendez Capote, Taniec sępów. Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku, 1987
Leon Gomolicki, Taniec Eurynome, 1976
Herman Hesse, Gra szklanych paciorków, 1943
Thomas Mann, Doktor Faustus, 1947
Kazimierz Truchanowski, Totenhorn, 1979
Thomas Morus, Utopia, 1516
Daniel Defoe, Przypadki Robinsona Crusoe, 1719
Vladimir Nabokov, Pale fire, 1962
Jonathan Swift, Podróże Gullivera, 1726
Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, 1995
James Joyce, Ulisses, 1922
George Byron, Wędrówki Childe Harolda, 1812
Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada Żeglarza, 1913
Edmond Rostand, Cyrano de Bergerac, 1897
Evaríste Désiré de Forges, Poésies érotiques, 1778
Krzysztof Varga, 45 pomysłów na powieść, 1998
Krzysztof Varga, Masakra, 2015
Ewa Maria Slaska, Piękne dni w Visby, 2006
Tadeusz Konwicki, Rzeka podziemna, podziemne ptaki, 1985
Mario Vargas Llosa, Raj tuż za rogiem, 2003
Kasjusz Dion Kokcejanus (164-235), Historia rzymska
Witold Izdebski, Harley Davidson, 1998
George R.R. Martin, Pieśń lodu i ognia ( A Song of Ice and Fire), 1991 –
Victor Hugo, Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse), 1832
Helene Hagemann, Axolotl roadkill, 2010
Judith Schalansky, Taschen-Atlas der abgelegenen Insel, 2009
Boris Vian, Piana dni, 1947

i na zakończenie spisu książek: w Barcelonie istnieje wydawnictwo Barataria


Muzyka

Jesus Garcia Leoz, opera Barataria, 1953 (nigdzie nie znalazłam ani libretta, ani muzyki, ani nawet krótkiego streszczenia, jakby więc ktoś chciał mnie w tym wspomóc…)
Arthur Sullivan, libretto William S. Gilbert, opera Gondolierzy albo Król Baratarii, 1896
Karl (Karel) junior, Barataria, marsz wojskowy na orkiestrą dętą, na motywa opery Sullivana (po roku 1896)
Quirino Fidelino Mendoza y Cortés, 1882, piosenka Cielito lindo, nowa wersja hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena, ópiewana przez Rositę Serrano, w okupowanej Polsce znana jako Teraz jest wojna
Giuseppe Verdi, Rigoletto (i aria La donna e mobile), 1851
Halfway House Orchestra, Barataria (New Orlean Jazz, 1925)

i na zakończenie: jest też w Bogocie firma płytowa Barataria, wydająca nową muzykę kolumbijską


Obrazy

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569), Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
Jacob Jordaens, Fasolowy Król, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (1638-40)
Diego Velasquez, Las Meninas, 1656, Prado
Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli
Leonardo da Vinci, Ostatnia wieczerza, 1495–1498
Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos, 1500, Gemäldegalerie, Berlin
Hans Holbein Młodszy, The Ambassadors, 1533, National Gallery in London
Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891
Piero della Francesca, Książę Montefeletri i jego żona, Batista Sforza, 1470


Filmy

Leonard Buczkowski, Zakazane piosenki, 1947
Wes Anderson, The Darjeeling Limited, 2007
Federico Fellini, Roma, 1972
David Benioff i D.B. Weiss,
Game of Thrones (GOT) 2011 –
Helene Hagemann, Axolotl overkill, 2017
Michel Gondry, Dziewczyna z lilią, 2013

Reblog (czy co to jest?)

Kilka dni temu nie miałam pomysłu na wpis na najbliższą niedzielę czyli na dziś. Nie był to naglący problem, bo co najmniej od roku zawsze coś się zjawia i raczej jest kolejka niż puste miejsca. Gdy wchodziłam na gmx, żeby sprawdzić pocztę, pomyślałam, że tam na pewno jest coś, co się świetnie sprawdzi jako dzisiejszy post. I tak też było. Paulina Pytlak przysłała taką prezentację (uwaga:  to powerpoint, trzeba klikać, żeby przejść do następnej folii):

hungryplanet_pl1

Dziękuję

Dziewczyna z cmentarza w Mentonie

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka “z Ameryki” (samej), czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, “a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. I przysłała dwa zdjęcia.

Zaglądam więc do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Sródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo innych sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Artysta urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w roku 1897 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są dla nas prawdziwym symbolem stylistyki secesyjnej.

Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Gdy szukam w internecie Janiny Lewandowskiej, pojawia się przede wszystkim jej imienniczka, pierwsza polska pilotka i jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Była tak niezwykłą postacią, że – choć to oczywiście nie ona została pochowana w Mentonie – napiszę tu o niej parę słów. Była oczywiście o pokolenie młodsza od tamtej.

Urodziła się 22 kwietnia 1908 roku w Charkowie. Była córką generała Józefa Dowbora Muśnickiego, naczelnego Dowódcy Powstania Wielkopolskiego. Była wysoka, zgrabna, wysportowana, odważna i samodzielna, jeździła konno i na nartach. Studiowała grę na fortepianie i śpiew w Konserwatorium muzycznym w Poznaniu. Już jako uczennica gimnazjum uprawiała szybownictwo. W 1930 r. była pierwszą kobietą w Europie która skoczyła na spadochronie z wysokości pięciu kilometrów. Od roku 1935 latała na samolotach, w rok później otrzymała dyplom wojskowego pilota motorowego. W roku 1939 podczas pokazów szybowcowych poznała instruktora pilotażu Mieczysława Lewandowskiego, z którym pobrali się już po kilku miesiącach. Pod koniec sierpnia 1939 r. Janina otrzymała kartę mobilizacyjną. 3 września wyruszyła na wojnę i wraz z wojskiem ewakuowała się na wschód Polski.
Po napaści ZSRR na Polskę dostała się do niewoli i została osadzona w obozie  jenieckim w Ostaszkowie. 6 grudnia 1939 r., w grupie 80 polskich oficerów, przewieziona została do Kozielska. 3 kwietnia 1940 r. NKWD rozpoczęło wywózkę jeńców na egzekucję do Katynia. Janina została zamordowana w dniu swych 32 urodzin, 22 kwietnia 1940 roku.

Wróćmy jednak do Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, która żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Rzeźba Barcagalio zdobi na Powązkach grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. “Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

“Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… “inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak “żywego” posągu w naszym “mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak “czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: “warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Z dat śmierci obu młodych kobiet wynika, że nagrobek powązkowski powstał dużo wcześniej niż francuski. Należy jednak pamiętać, iż nieczęsto pomnik cmentarny wystawiano wraz ze zgonem danej osoby, zwłaszcza jeśli pomnik zamawiano u popularnego rzeźbiarza. Tym niemniej, jak pokazuje powyższa fotografia, zamieszczona na łamach “Świata” w roku 1913, miejsce spoczynku Lusi Raciborowskiej otrzymało już wtedy godną oprawę. Zapewne również pomnik Janiny z Jełowickich Lewandowskiej powstał przed 1914 r., gdyż działania wojenne raczej uniemożliwiłyby transport dzieła z Mediolanu do Menton. Chociaż, kto wie?