Szopa w salonie 22

Łukasz Szopa

Bieda – nie tylko relatywna

Niedawno nowy niemiecki minister zdrowia, Jens Spahn, stwierdził, że w Niemczech żyjący na zasiłku ludzie nie tylko mogą z tym całkiem normalnie żyć, ale i zdrowo się odżywiać. Reakcje były niemal bez wyjątku krytyczne i negatywne (z wyjątkiem neoliberalnej FDP), ale warto zastanowić się nad tym, co powiedział, i skąd mu się to wzięło (opócz oczywistej próby wyprofilowania się jako konserwatysta i prawicowiec).

Na pierwszy rzut oka – szczególnie dla tych, którzy w Niemczech nie muszą żyć z zasiłku, t.zw. „Hartz 4“, albo dla osób z innych krajów – mogłoby się wydawać, że ma rację. Gdyż na przykład zasiłek na osobę – wliczając średnie koszty wynajmu mieszkania, które urząd opłaca – to prawie 800 Euro.

Niemała kasa – nie tylko dla uchodźców gospodarczych i niegospodarczych z Polski czy Gambii – gdy porównać to do „średniej krajowej“ zarobków w tych krajach, ale i do medianu zarobków (bo „średnia“ często jest statystycznie zawyżona tym malutkim, ale bardzo bardzo dobrze zarabiającym odsetkiem najbogatszych). Nie mówiąc o podobnych zasiłkach – o ile istnieją, i o ile ma się do nich prawo.

Dlatego, oczywiście, że niemieccy biedni – to bardzo bogaci biedni. W absolutnym porównaniu osób z podobnym statusem właśnie w Gambii czy Polsce. Za taką „niemiecką“ kasę miesięcznie można się nieźle urządzić – może nie w Warszawie czy Bandżulu, no ale już trochę na prowincji, czy to pod Częstochową czy nad Atlantykiem w Gunjur – jak najbardziej. Mały szkopuł jednak nie tylko w tym, że cóż nam z takich porównań „absolutnych zasiłków“, gdy niemiecki „zasiłkowiec“ raczej nie jest w stanie (a i mu nie wolno) wyjechać sobie w te piękne rejony i bytować – bo musi jednak pozostać tam, gdzie mu wypłacają tę niemałą sumę. No i tu właśnie pojawia się ten „domowy“ problemik, że… co prawda dobrze mieć te niecałe 800 eurosów, ale – na zakupy trzeba jednak iść za róg, a i koszta za czynsz, energię i inne raczej do życia niezbędne sprawy – trzeba płacić. W cenach – niemieckich, nie gambijskich czy częstochowskich. I tym samym ta okazała suma zasiłku jednak robi się mniej okazała.

A więc, nie tylko pan Spahn powinien pamiętać: patrz nie tylko na dochody i zasiłki, a również na wydatki czyli koszta, zanim powiesz, że można „zdrowo i godnie żyć“.

Ale jest i trzecia strona medalu (tak!, nie wiedzieliście, że medal ma zawsze trzy strony? To zobaczcie sobie dokładnie, w ręku, ten kawałek metalu. Kto nie ma, można użyć monety).

No i ta mało zauważalna strona medalu mówi, że jednak niemieccy zasiłkowcy nie powinni zapominać, że ogólnie, „relatywnie“, w porównaniu do bliźnich losem w Gambii czy Polsce – żyją jednak lepiej. I że wielu chętnie zamieniłoby się miejscami z takim niemieckim zasiłkowcem. Gdyż jedno wysokość zasiłku, drugie koszta życia, a trzecie – to jednak standard życia, który oferują kraje rozwinięte jak Niemcy, z czego korzyść ma każdy – od miliardera po biednego. Jest to poziom bezpieczeństwa, infrastruktura, szanse edukacji, poziom środowiska, albo tak „teoretyczne“ kwestie jak praworządność czy po prostu – pokój.

Fajne te Niemcy, ale – i tak narzekają. Na biedę. Szczyt narzekania to coroczne publikacje t.zw. „Raportu biedy“ („Armutsbericht“), który opiera się na statystykach biedy i ubóstwa właśnie… relatywnego. To znaczy, liczony jest odsetek osób, których miesięczny dochód to mniej niż 40% medianu dochodów netto. Wiem, trochę trudna definicja, proszę pogooglować, ale jakbyśmy tego dochodu nie tłumaczyli (czyli podstawy naszych 40%) – to problem jest w tym, że… problem ten będzie zawsze! To znaczy, istniał będzie tak długo, jak długo istnieć będą różnice w dochodach. Dam dwa przykłady. Pierwszy: wyobraźmy sobie, że wszyscy obywatele oprócz jednego mają z roku na rok ten sam dochód (obojętnie czy zarobek czy zasiłek czy emerytura itp.). Ale ten jeden dostał od wujka z Ameryki mega-spadek (tak, wujkiem jest Warren Buffet), czyli kilkadziesiąt miliardów dolarów. Efekt dla tej relatywnie mierzonej biedy? Taki, że nagle wszyscy statystycznie biedniejemy! No, oprócz tego jednego siostrzeńca pana Warrena…

Przykład numer dwa ze świata realnego. Pamiętacie kryzys finansowy w 2007 roku? Padały banki, akcje leciały w dół, produkcja, inwestycje, wzrost gospodarczy, bezrobocie – wszystko leciało w dół (no, to ostatnie oczywiście w górę…) A co powiedział nam „Armutsbericht“ opublikowany na początku 2008 roku? Że poziom relatywnej biedy w Niemczech… zmalał!!! Cud? Czyżby biedni potajemnie spekulowali i zainwestowali w opcje spadku cen na giełdach? Nie, po prostu… wtedy, w okresie niecałego półrocza, w dość krótkim czasie dość dużo (bardzo dużo!) kasy stracili ci najbogatsi – czyli ci, którzy są właścicielami i akcjonariuszami przemysłu, banków, obligacji państowych na szeroką skalę.

Podobne statystyki robi zresztą na większą skalę OECD – i wychodzą takie ciekawostki, że… relatywna bieda w Niemczech (9,5%) niższa niż w Kanadzie (12,6%), ale wyższa niż na Słowacji (8,7%), a nasza Polska „wyprzedza“ Niemcy w biedzie minimalnie (10,4%).

Dziwne wrażenie, dziwne odczucia?

Nic dziwnego. Gdyż tu dochodzę do punktu, o którym wspomniany Jens Spahn kompletnie zapomniał: poczucie biedy. Pisząc o tym, oczywiście pozostawiamy całą sferę statystyk i liczb relatywnych i absolutnych, a – pozostajemy przy ludziach, przy człowieku. Może się nam ten homo sapiens w swoim może mało racjonalnym zachowaniu i odczuwaniu nie podobać, ale faktem jest – że właśnie bieda czy ubóstwo odczuwalne ma dużo większe znaczenie niż liczby, wskaźniki i porównania.

Gdyż ubóstwo to często wykluczenie. Nie każdy poradzi sobie jak Robinson (który, nota bene, był na swojej wyspie równocześnie najbogatszym i najbiedniejszym, póki nie pojawiła się Piętaszek), i nie jest to tylko pusta zawiść, a po prostu wstyd i przykrość, gdy widzą, że nie mogą jak większość społeczeństwa wielu rzeczy: jechać na urlop, czy w ogóle czymkolwiek jechać oprócz metra i autobusu, iść do knajpy i zaprosić rodzinę czy przyjaciół na „rundkę“ czy kolację, pójść do kina czy do dyskoteki, w końcu – kupić coś nowego do ubrania. Nikt z braku tego wszystkiego co prawda nie umiera (no, chyba że powoli, ze smutku, goryczy, depresji – to też statystycznie udowodnione, a propos!) – ale żyje się źle. Biedę się czuje.

No i można by powiedzieć, „a niech tam! Co mnie te smutasy obchodzą, mnie dobrze, radzę sobie!“. Tak? A jak się żyje w kolejnym kraju, gdzie prawica staje się tak radykalna, że pełną garścią sięga po postulaty i wyborców opuszczonych przez lewicę, „troszcząc się“ o nich i „rozumiejąc ich“? Może warto przypomnieć sobie niby altruistyczne, ale w praktyce jak najbardziej utylitarystyczne doświadczenie ludzkości, że SOLIDARNOŚĆ SIĘ OPŁACA?…

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Poezja po Kochanowskim

Jackson Jabłoński

Na Jabłoń

Podejdź tu, ja cię proszę!
Od trosk wyjdź i odpocznij sobie,
Aby leżał cień na tobie.
Od tej burzy, która okrążając w szale,
W osłonie mej obiecuję, że ocalę.
Czerwonymi darami obsypuję,
Jeśli pod mymi liśćmi cię zatrzymuję.

Zostań tu ze mną, proszę!
Kiedy wokoło nas życie kwitnie,
A słońce promienieje wybitnie.
Kiedy zamyka się chmurami niebo,
A pobrzask mroźny jest ze słońca niskiego.
Zawsze dbałość moją hojnie ci daję,
O ile twoja obecność zostaje.
Doświadczyć życia pragnę,
Obok ciebie, aż padnę.

Olśnienie

W każdym zdroju swą odpowiedź odszukuję
W czerni wydrążonej prosząco namacam
Jednak skądś abym upadł on odszeptuje
Na kolana cierpliwe.
Do niebios więc pewnością się ufnie zwracam
Przez życzenia żarliwe.

Moje pragnienia bezkresne ja opisuję,
Z serca szczerego pytania me zadaję,
Miłości, pokoju, radości oczekuję.
Od zmartwień, od trosk, ukojenie
Od stwórcy świadomego cicho mi nadaje
Odpowiedzią, wiedzą, promienie.

Ma 19 lat, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Do Polski przyjechał na rok. Poznaliśmy się w Szczecinie, ale teraz przeniósł się do Lublina. W Szczecinie on i jego kolega, Niemiec pracowali m.in. jako wolontariusze przy projekcie Parkrun, organizowanym przez naszą szczecińską koleżankę. Wraz z wierszami, zdjęciem i zgodą na opublikowanie ich na blogu Jackson przysłał mi krótki tekst. Podobnie jak wierszy, tak i tego tekstu nie poprawiam.  Użyty w podpisie “Starszy” to funkcja w hierarchii kościoła mormońskiego.

Jestem Jackson Jabłoński, lecz obecnie nazywam się Starszy Jackson Jabłoński ponieważ obecnie jestem Wolontariuszem Z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, może bardziej znane jako ,,Mormoni”. Pomimo polskiego nazwiska, urodziłem się w Michigan, lecz dorastałem w Arizona. Jestem na dwuletnią misję z mego kościoła i z tego powodu znajduję się w Polsce. Będąc na tej misji uczę się Polskiego i dwa miesiące temu zaczynałem pisać wierszy po Polsku aby pogłębiać moją naukę. Mam je pisać w takich granicach, że tylko uczę się polskiego od 14 miesięcy nie będąc rodowitym speakerem. To spowoduje taką niezwykłą kreatywność z powodu tego procesu, w którym mam krok po kroku pisać poprawiając gramatykę i odszukując odpowiedni słowa aby sobie wyrazić

zainspirowawszy z Jana Kochanowskiego zaczynałem od jednego, które wyraźnie wygląda takie jak jego wiersz, ‘Na lipę’

i tak, to może być tekst tam, wielki dzięki 🙂
-Starszy Jabłoński

 

List do marszałka sejmu RP

Moje drogie Czytelniczki, moi drodzy Czytelnicy, okażcie nietypową dla dzisiejszych czasów cierpliwość i przeczytajcie ten list do końca. Coś, co się początkowo może wydawać listem wsparcia dla Karczewskiego, jest dobrym i rzetelnym podsumowaniem tego co robimy oraz spokojnym, wyważonym protestem przeciw temu, do czego się nas zachęca. 

Już raz, w sprawie stosunku do uciekinierów, publikowałam tu list Bogdana Miłka, przewodniczącego Kongresu Organizacji Polonijnych w Niemczech (nie mylić z Konwentem, Forum i chyba, jeśli dobrze pamiętam, Unią). To znamienne, bo zasadniczo dr Miłek i ja prezentujemy odmienne poglądy polityczne – łączy nas jednak poczucie godności i przyzwoitości.

Dr med. Bogdan Miłek
Przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej,
przewodniczący Komisji Informacji o Polsce
poprzednio – Komisji Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków

Niemcy, marzec 2018

Pan Marszałek Senatu RP
Dr med. Stanisław Karczewski

Szanowny Panie Marszałku,

Proszę przyjąć wyrazy szacunku i serdeczne pozdrowienia.

Mieliśmy okazję poznać się osobiście u Pana Marszałka przed Kongresem Polonii Medycznej w 2016 roku w Warszawie. Dziękuję również, że objął Pan patronat nad jubileuszem Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech.

Z zainteresowaniem różne kręgi Polonii, także te które mam zaszczyt reprezentować, przyjęły apel Pana Marszałka w sprawie działania na rzecz dobrego imienia Polski i Polaków oraz troskę o dobre imię Polski.

Szanowny Panie Marszalku,

Polonia, zapewne od początku emigracji Polaków, zajmowała się i zajmuje troską o dobre imię Polski i Polaków. Tak ja, jak i moi polonijni współpracownicy od przyjazdu do Niemiec angażujemy się w tę sprawę.
Początkowo, 29 lat temu, wraz z grupą emigrantów polskich z Kraju Saary, zareagowaliśmy na artykuł R.W. Leonhardta w „Die Zeit”, kwestionujący europejskość Polski. Dotarliśmy wówczas z naszymi protestami i sprostowaniami m.in do Prezydenta Niemiec Richarda von Weizsäckera, Premiera Kraju Saary Oskara Lafontaine tudzież innych polityków oraz dziennikarzy niemieckich.

W całym późniejszym okresie wszystkie organizacje lokalne i ogólnoniemieckie, w których pracach miałem przyjemność uczestniczyć, miały w swym programie troskę o dobre imię Polski i Polaków.

Ja zaś, wówczas w różnych centralach polonijnych takich jak Polskie Forum w Niemczech, Polska Rada w Niemczech, Kongres Polonii Niemieckiej czy Europejska Unia Wspólnot Polonijnych, byłem odpowiedzialny za koordynowanie tych działań w randze wiceprzewodniczącego centrali (Forum, Rada) lub przewodniczącego stosownej Komisji (Kongres, EUWP).

Interweniowaliśmy w różnych sprawach, także w kwestii „Polskie Obozy śmierci” czy „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Polemizowaliśmy z artykułami (np. Vorwärts – rozmowa z Egonem Bahrem, kwestionująca aspiracje wejścia Polski do NATO) czy akcja pt. Pokażmy Polskę i Polaków inaczej.

Podobnie wraz z Polonią Wielkiej Brytanii, Polonia Niemiecka przeprowadziła akcję promocji akcesu Polski do Unii Europejskiej, łącznie z dotarciem do Królowej Brytyjskiej.

W roku 1998 Polonia przeprowadziła akcję poparcia uchwały Sejmu o nie łączeniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej z cesjami na rzecz tzw. Wypędzonych. Nawiązaliśmy wówczas w tej kwestii kontakt z politykami wszystkich opcji politycznych – panami: Olszewskim, Dobroszem, Siwcem, Millerem, Moczulskim, Balcerowiczem, Czarneckim, Bugajem, Oleksym.

W 2004 roku powstała pod auspicjami Kongresu Polonii Niemieckiej, Komisja Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. W przedsięwzięciach Komisji brali również wspólnie udział wybitni przedstawiciele Polonii różnych opcji – jak np. ksiądz dr Sobkowiak i red. Alina Perth-Grabowska.

W ramach EUWP powstała Komisja Godności i Pamięci Narodowej. Obiema tymi strukturami miałem przyjemność kierowania przez kilka lat. Szczególnie Komisja Obrony miała w swym składzie wiele osób z różnych krajów, w tym m.in kilku wybitnych profesorów z USA. Szczególnie prof. Rudnicki z USA ma ogromne zasługi w dziele walki z pojęciem „Polskich Obozów Koncentracyjnych”.

Praca wspomnianych Komisji nie była i nie jest nastawiona na spektakularne akcje, lecz bardziej na dyskusje, wymianę informacji, wzajemną stymulację i koordynację działań – w myśl zasady: „rejestrować– inicjować– stymulować”. Przykładem takiej skoordynowanej akcji była pierwsza odpowiedź na raport Komisji MAK kierowanej przez prof. Anodine (koniec roku 2010).
Członkowie Komisji, za własne pieniądze, wykupili domenę „20100410” z końcówkami właściwymi dla wielu państw i w pięciu językach zamieścili tekst polemizujący z Raportem MAK, szczególnie w kwestiach nie wymagających głębszych badań lecz logicznego myślenia.

Wiele dyskutowano w gronie wspomnianych Komisji o samej nazwie: „obrona dobrego imienia Polski i Polaków“ czy „zwalczanie stereotypów”.

Mimo, że Komisje składają się z osób o bardzo różnych poglądach, zdecydowana większość była zdania, że dobre imię „albo się ma – albo nie.” Co więcej, nagłaśnianie sprawy obraźliwego dla Polski komentarza służy raczej rozpropagowywaniu poglądów obrażającego niż obronie obrażanego. Zatem większy sens ma działalność informacyjna – stąd lepsza była by nazwa „Komisja Informacji o Polsce”, ewentualnie „rzetelnej informacji“ lub po prostu „Informacji”. Stąd dokonano zmiany nazwy na „Komisja Informacji o Polsce”.

Szanowny Panie Marszałku,

pamiętamy, że kilkanaście lat temu MSZ prowadziło statystykę używania pojawiania się w publikacjach pojęcia „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Chcielibyśmy zapytać czy ta statystyka jest kontynuowana?

Jeśli tak, pragnęlibyśmy uzyskać dane – czy w ostatnich latach wzrosła liczba tych krzywdzących nas wszystkich publikacji – czy też – bo takie wrażenie mieli członkowie polonijnych Komisji kilka lat temu – mamy tendencję spadkową.
Dlatego, wraz z gronem moich współpracowników i przyjaciół, w tym z grona wspomnianych Komisji, proponujemy aby postarać się uspokoić emocje i wyciszyć sprawę.

Rozumiemy intencje Pana Marszałka i osób popierających obronę Polski przed pomówieniami w kwestii Niemieckich Obozów Koncentracyjnych w Polsce. Niemniej naszym skromnym zdaniem regulacje prawne i ewentualne procesy powinny dotyczyć jedynie sytuacji ekstremalnych i wyjątkowych, najlepiej zaś by ich w ogóle nie było. Takie pojęcia jak „Obrona dobrego imienia Polski i Polaków” powinny zostać zastąpione pojęciami: „Rzetelna (prawdziwa) Informacja o Polsce i Polakach” – lub po prostu „Informacja o Polsce i Polakach”.

Specjalny temat stanowi problematyka Polsko – Żydowska ze względu na wielką tragedię jaka spotkała obydwa te narody, a także na wieki wspólnej historii. Naszym zdaniem nie wolno – nawet w imię dobrych intencji – generować powstawania wzajemnych obrażeń i pomówień. Należy raczej
wspólnie zapłakać nad każdą żydowską i polską ofiarą okropnej wojny i nad każdym nie uratowanym życiem przez osoby, które mogły pomóc, bez względu na to kim były te osoby. Powinniśmy wyrazić żal każdego Polaka, który nie uratował swych żydowskich sąsiadów. Dodać tu też trzeba propagandową manipulację okupanta hitlerowskiego, zresztą ta manipulacja miała miejsce także rękami zaborców np. caratu dużo, dużo wcześniej.
Obszerne dane na ten temat można znaleźć w książce Alicji Grochowskiej „Elementy prania mózgu w procesie zagłady Żydów”.

Inna kwestia natomiast budzi naszą uwagę – chodzi o potencjalne zagrożenie pogorszenia ważnych stosunków międzynarodowych na linii stosunków polsko – niemieckich poprzez nieopatrzne eksponowanie kwestii odszkodowań za II wojnę światową. Warto tu zacytować w tej kwestii wymianę zdań między Episkopatami Niemiec i Polski z roku 2015: „Pojednanie polsko-niemieckie to wielka wartość. Można ją łatwo utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” – napisali polscy biskupi.

Nie czujemy się kompetentni do zabierania głosu w kwestii, w której winni wypowiedzieć się fachowcy prawa międzynarodowego. Zwracamy jednak uwagę na bardzo delikatny grunt, po którym poruszają się wszyscy wypowiadający się w tej kwestii. Nie jest to kwestia zupełnie zdezaktualizowana (spłacanie reperacji za I wojnę światową dobiegło niedawno końca) – ale Niemcy dodają mniej lub rzadziej otwarcie: należy uwzględnić mającą miejsce w wyniku zmiany granic stratę przez ich kraj dużych terytoriów i znajdującego się tam majątku.

O tym, że ZSRR dokonał rabunku z tych przyznanych Polsce terenów – w Niemczech prawie nikt nie wie. Dlatego nie wolno szafować rozbudzającymi niepotrzebne emocje stwierdzeniami takimi jak nadzieja na odzyskanie 900 miliardów euro jako reperacje od Niemiec. To raczej kwestia do poruszania w trakcie pozbawionych emocji dyskusji polityków i prawników nie zaś jako pożywka dla populistów po obu stronach granicy (politycy prawicowej niemieckiej partii AfD nieraz przebąkują o odzyskaniu tych czy owych ziem…).

Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Państwo,

powyżej przedstawiliśmy Państwu garść przemyśleń wynikających z doświadczeń blisko 30 lat działalności dla dobra Polski i jej imienia. Osób na co dzień żyjących i funkcjonujących wśród tych, którzy obserwują Polskę jako europejskiego partnera. Osób, których rosnąca pozycja Polski w ciągu ostatnich dziesięcioleci napawała i napawa dumą. Związanych z Polską na dobre i złe.

Być może te kilka zdań dorady okażą się pomocne w podjęciu tej czy innej decyzji lub ukształtowaniu takiego czy innego poglądu.

Z wyrazami szacunku

dr med. Bogdan Miłek
przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej
wraz z gronem polonijnych współpracowników

Festiwal piosenki natrętnej XIII

Tomasz Fetzki

Jeszcze w zielone gramy, czyli natręctwo gorzkie, ale nieuniknione

Kilka dni temu usłyszał Viator w radio, że zbliża się pierwsza rocznica (kiedy ten czas zleciał, swoją drogą?!). Usłyszał i natręctwo natychmiast go dopadło, jakby się już od dawna spięte czaiło do skoku.

Coraz ciężej się robi na pielgrzymim szlaku: nie dość, że droga wyboista i marsz znojny, to jeszcze Kostucha co i raz kosi tych, którzy swoją obecnością, swoim słowem, swoim optymistycznym realizmem pomagali jakoś znieść to wszystko. I niech nikt nie bredzi, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są, jak najbardziej! Im więcej czasu odpływa od ich odejścia, tym boleśniej to czuć. A dziś właśnie mija równo rok.

Viator jest w pełni świadom tego, iż mógł się stać ofiarą co najmniej kilku innych namolnych piosenek. Ta była po prostu najszybsza. Bo też i boli chyba najbardziej. Czemu?

Do mądrych Czytelników Wędrowiec się zwraca…

Muzyka jest rodzaju żeńskiego

Lech Milewski

W zeszłym tygodniu obchodziliśmy 8 Marca – Święto Kobiet.

Mój ulubiony program radiowy ABC Classic uczcił ten dzień nadając wyłącznie muzykę skomponowaną przez kobiety. Zapowiadano ten dzień dużo wcześniej. Słuchając tych wszystkich wyjaśnień przypomniałem sobie swoją szkołę podstawową

Ciekawa była to szkoła – Prywatna Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego im. Królowej Jadwigi w Kielcach bez praw publiczności – pogrubienie moje.
Lata 1947-1954 – wokół stalinizm a moja szkoła prowadzona przez siostry Nazaretanki, bardzo bogaty progam religijny, wszyscy nauczyciele z przedwojennym stażem. Gdy w 1956 roku przyszła odwilż, szkołę upaństwowiono.

Jednak 8 marca – tu nasi przedwojenni nauczyciele byli nieco bezradni. Pamiętam jak w przeddzień Święta Kobiet dyktowali nam, pewnie z instrukcji otrzymanej z wydziału oświaty, co roku ten sam tekst: W 1910 roku Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet…

Rok 1910 – oddaję głos radiu ABC.

W tym roku do ruchu angielskich sufrażystek dołączyła kompozytorka Ethel Smyth. W swoim dorobku miała już trzy opery. Obecnie uważana jest za najwybitniejszego angielskiego kompozytora w czasach od Henryka Purcella (1659-1695) do Benjamina Brittena (1913-1976).

Kompozytora?
Takie są pułapki płciowej klasyfikacji rzeczowników. Gdybym napisał “kompozytorki” to nie znaczyłoby to nic, gdyż chyba nikt nie zna żadnej wybitnej angielskiej kompozytorki. Purcell i Britten to co innego.

Otóż Ethel Smyth poświęciła dwa lata muzycznej kariery dla ruchu sufrażystek, kierowanych wówczas przez Emmelinę Pankhurst. Napisała dla nich hymn – The March of the Women.
Pani Pankhurst w 1912 roku zaleciła swoim towarzyszkom wybijać okna w domach polityków, którzy nie poparli prawa głosu dla kobiet. Ethel Smyth została zatrzymana podczas akcji i aresztowana wraz z 108 towarzyszkami.
Jej przyjaciel, słynny dyrygent, sir Thomas Beecham odwiedził ją w więzieniu, gdzie właśnie z okna swej celi dyrygowała aresztowanymi śpiewającymi ten hymn. Jako batuty używała szczoteczki do zębów.

W związku z powyższym jako akompaniament do dalszej lektury proponuję Marsz Kobiet – TUTAJ – w wykonaniu chóru wyposażonego w szczoteczki do zębów.

Muzyka jest rodzaju żeńskiego – tutaj nie ma już takich pułapek jak w przypadku kompozytor(ów/ek) – jest rodzaju żeńskiego i basta.

Inspirowany programem radiowym ABC Classic zastanowiłem się – które kompozytorki tkwią na stałe w mojej pamięci?
Właśnie o nich wspomnę w tym wpisie.
Będzie to wybór całkiem subiektywny. Uzupełniając wiadomości o wybranych osobach natrafiłem na kilka wątków ubocznych. Niektóre z nich również tutaj wspomnę.

1. Zacznę od historii – jaki najwcześniejszy twórca muzyki jest mi znany? Nie mam wątpliwości – Hildegarda von Bingen (1098-1179) – KLIK.

Poprawka – przez długie lata uważałem, a autorytety to potwierdzały, że muzyka zaczyna się od Monteverdiego (1567-1643). Dopiero kilkanaście lat temu ruch feministek wprowadził Hidegardę do panteonu muzyki – chwała mu za to.

To von w nazwisku i to imię z opowieści o błędnych rycerzach skłoniło mnie do przypuszczeń, że była to osoba pochodząca z wyższych sfer, doskonale wykształcona, która wybrała karierę zakonną. Pewnie ufundowała klasztor, w którym była przeoryszą i tam w spokoju oddawała się swojej muzycznej pasji.

Nic błędniejszego. Pochodziła z ubogiej rodziny szlacheckiej, jej rodzice służyli na dworze lokalnego księcia. Hildegarda była chorowitym dzieckiem, do tego miała religijne wizje. Gdy miała osiem lat rodzice oddali ją na służbę bożą w zakonie Benedyktynów w Bingen i to stąd owo von przy imieniu – po polsku zresztą nazywa się ją “z Bingen”.

Przez kilka lat była tam pod opieką nieco starszej dziewczyny – Jutty. Nie otrzymała żadnej edukacji. W listach twierdziła, że wszystko zawdzięcza Jutcie, ale z dostępnych źródeł wynika, że Jutta nie potrafiła czytać ani pisać.

Motorem rozwoju duchowego i intelektualnego Hildegardy były wizje, w których widziała sceny z Biblii i Ewangelii oraz bardziej ogólne wizje na temat miejsca człowieka w świecie i w boskim dziele zbawienia. Przez długi czas bała się i nie chciała mówić o swoich wizjach. Przysparzały jej one również wiele rozterek i bólu fizycznego.

W początkowym okresie pobytu w zakonie pracowała w ogrodzie, wykonywała robótki ręczne i opiekowała się chorymi. To ostatnie dało jej kontakt z muzyką. Śpiewała chorym, prawdopodobnie nauczyła się grać na psałterionie (rodzaj harfy). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jej spowiednikiem był benedyktyński mnich Volmar, który prawdopodobnie nauczył ją podstaw muzycznej notacji. W późniejszych latach stał się jej przyjacielem, powiernikiem i sekretarzem.

Ale miało być o muzyce.
Hildegard von Bingen skomponowała szereg utworów liturgicznych, muzyczną sztukę umoralniającą – Ordo Virtuo – opartą na jej wizjach oraz kilkadziesiąt kompozycji do własnych tekstów poetyckich.

Generalnie jej muzyka mieści się w kanonie muzyki gregoriańskiej.

Uwaga: zakładam, że czytelnicy nadal słuchają Marsza Kobiet, a więc wszelkie linki do youtuboteki znajdują się w przypisach.

Pisząc o Hildegardzie von Bingen nie można jednak ograniczyć się tylko do muzyki.
Poza kompozycjami muzycznymi i związanymi z muzyką tekstami poetyckimi, napisała kilka dzieł opartych na swych wizjach, a prócz tego dwie obszerne prace naukowe: Physica – 9 tomów opisów właściwości roślin i minerałów oraz Causae et Curae (300 rozdziałów) – analiza ciała ludzkiego i jego miejsca w otaczającym go świecie, czego następstwem są wskazówki jak zachować równowagę funkcji organizmu w otaczającym człowieka środowisku. To holistyczne podejście do zdrowia zjednało jej ogromne uznanie w środowiskach New Age Thinking.

Mało?
Hildegard von Bingen pracowała również nad sztucznym językiem – Lingua Ignota. Język ten posiadał swój własny alfabet. Słownictwo ocenia się na ponad 1000 słów, z czego większość pochodziła z łaciny.
Nie jest jasne, co było jej celem. Istnieją przypuszczenia, że zamierzała wprowadzić ten język w swoim klasztorze w celach integracyjnych. Być może chciała stworzyć język uniwersalny, prekursor Esperanto?

2. Muzyka średniowieczna kojarzy mi się z dwoma środowiskami – klasztory i trubadurzy.
To drugie to oczywiście mężczyźni, najczęściej dość niskiego pochodzenia.

Znalazłem jednak wyjątek – Trobairises – kobiety-trubadurzy – KLIK.

Flaga OksytaniiDlaczego taka dziwna nazwa?
Bo to w języku oksytańskim. Używa się go w Oksytanii – flaga po lewej.
Oksytanii? Taką nazwą określa się tereny, których mieszkańcy posługują się językiem oksytańskim – KLIK.
Logiczne.
Obecnie posługuje się tym językiem około 800,000 osób.

Trobairises – w przeciwieństwie do swoich męskich odpowiedników pochodziły zazwyczaj z klas wyższych. Żeby nadać im ludzką twarz posłużę się jednym przykładem – Garsende de Sabran (1180-1242) – KLIK. Dziedziczna księżniczka hrabstwa Forcalquier, przez małżeństwo z Alfonsem II stała się władczynią Aragonii, Catalonii i Prowansji. Te właśnie krainy tworzyły rdzeń Oksytanii.

Była patronką koła poetów i sama pisała poezje wykorzystane w pieśniach – patrz youtuboteka.

3. Anna Magdalena Bach (1701-1760).

Bachowie

Zeszyt A.M. Bach

Tu przemawiają moje sentymenty sprzed lat. Uczyłem się kiedyś gry na pianinie i szczytem moich możliwości wykonawczych były właśnie Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach. Z prawej oryginał strony tytułowej.

Druga żona Jana Sebastiana, matka trzynaściorga jego dzieci. Przed małżeństwem była śpiewaczką. Jako żona wielkiego kompozytora zajmowała się kopiowaniem i sprzedażą jego dzieł uzupełniając w ten sposób budżet rodziny. Mąż doceniał muzyczne zainteresowania żony i jej dedykował dwa zeszyty łatwych utworów muzycznych.

Australijczykom było tego mało i kilka lat temu profesor Martin Jarvis z uniwersytetu w tropikalnym Darwin zaczął głosić teorię, że była ona autorką sześciu suit wiolonczelowych i współautorką Wariacji Goldbergowskich.

Niepotwierdzona to teoria. Mnie osobiście odpowiada tradycyjny wizerunek Anny Magdaleny – KLIK.

4. Fanny Mendelssohn (1805-1842) – KLIK.

Fanny Mendelssohn

Feliks i Fanny Mendelssohn byli dziećmi bankiera Abrahama Mendelssohna i Lei Salomon. Od najmłodszego wieku wykazywali oboje ogromne umiejętności muzyczne. Ich nauczyciel muzyki, Carl Friedrich Zelter, wspominał o ich talencie Johannowi Wolfgangowi Goethe, przy czym wyżej oceniał talent pianistyczny Fanny.

Ojciec mocno popierał karierę kompozytorską syna i gdy ten miał kilkanaście lat, miał do dyspozycji prywatną orkiestrę.
Jeśli chodzi o córkę, to ojciec co najwyżej tolerował jej kompozytorskie próby. Gdy miała 15 lat, ojciec napisał do niej w liście: …muzyka stanie się prawdopodobnie zawodem Feliksa, w Twoim zaś przypadku może, i musi, pozostać tylko ornamentem.

Brat miał podobną opinię: …na ile znam Fanny, to mogę powiedzieć, że nie ma ona ani skłonności ani powołania do kompozycji. Jest za bardzo tym wszystkim czym kobieta powinna być. W pierwszym rzędzie myśli o domu i swoich w nim obowiązkach. Pisanie muzyki tylko jej w tym przeszkodzi i nie popieram tego.

Nie przeszkodziło mu to jednak podpisywać swoim imieniem i nazwiskiem wielu utworów utalentowanej siostry. Nie promował również twórczości Fanny. Nie miał takich oporów w przypadku Klary Wieck (później Schumann) i dyrygował wykonaniem jej koncertu fortepianowego, w którym występowała również jako solistka.

W wieku 24 lat Fanny wyszła za mąż za malarza Wilhelma Hensela, który okazał się bardzo rozumnym i kochającym mężem. Stale dbał o to, aby jego żona miała czas i warunki do kompozycji. Rezultat – ponad 460 utworów.

Bardzo znamienny jest los napisanej w 1829 roku sonaty fortepianowej A dur – Sonaty Wielkanocnej. Sonata ta nie została opublikowana za jej życia, lecz Fanny wspominała o niej w listach do rodziny.
W 1970 roku rękopis sonaty znaleziono we Francji. Był podpisany: F. Mendelssohn więc uznano, że autorem jest Feliks. Dopiero w 2010 roku pani Angela Mace Christian dotarła do oryginału i udowodniła, że autorką jest Fanny Mendelssohn.
Premiera sonaty przywróconej właściwej autorce odbyła się 8 marca zeszłego roku.

5. Klara Wieck-Schumann (1819-1896) – KLIK.

Klara Wieck

Klara Wieck urodziła się w bardzo muzykalnej rodzinie. Jej ojciec, Friedrich, był uznanym nauczycielem muzyki, matka słynną śpiewaczką. Nieustępliwy charakter ojca sprawił, że żona uciekła od niego z kochankiem. Klara miała wtedy pięć lat.

Ojciec szkolił ją na cudowne dziecko a Klara spełniała jego oczekiwania. W wieku dziewięciu lat Klara spotkała dwa razy starszego od niej Roberta Schumanna, który pobierał lekcje muzyki u jej ojca. Zrobiła na nim takie wrażenie, że porzucił studia prawnicze i postanowił poświęcić się muzyce. Na początek wynajął pokój w domu ojca Klary.

Po dziewięciu latach, gdy Klara miała lat 18, Robert Schumann oświadczyl się i został przyjęty. Ojciec Klary kategorycznie nie zgadzał się na ten związek i młoda para musiała w sądzie walczyć o pozwolenie na małżeństwo. Sprawę wygrali w 1840 roku i 12 września, w przeddzień jej 21 urodzin, pobrali się.

W tym czasie Klara miała już za sobą wyjątkowo udaną karierę pianistyczną. Niezwykle pochlebnie wyrażali się o niej Chopin i Liszt, Paganini wyraził chęć wspólnego występu. Zbierała laury w najlepszych salach koncertowych i na cesarskich i królewskich dworach.

Trzynaście lat małżeńskiego życia było tragiczne. Większość jej ośmiogra dzieci zmarła w młodym wieku. Przeżyły ją tylko dwie córki – Eugenia, która mieszkała w Londynie ze swą lesbijską partnerką, i Maria, która zajmowała się rodzinnym domem.

Jeszcze gorzej potoczyło się życie Roberta Schumanna. W wieku 43 lat zaczął wykazywać objawy choroby umysłowej, która była prawdopodobnie następstwem nabytego w młodym wieku syfilisu. W lutym 1854 roku próbował popełnić samobójstwo i został umieszczony w klinice psychiatrycznej. Niechętni Klarze twierdzą, że dość szybko doszedł do siebie, ale Klara nie wykazywała chęci przyjęcia go do domu. Skazany na pozostawanie pod opieką sadystycznych pielęgniarzy, zagłodził się na śmierć.

Choroba męża zmusiła Klarę, a raczej pozwoliła jej, na powrót na muzyczne sceny. Nadal odnosiła wielkie sukcesy, szczególnie na scenach angielskich.

Twórczość. Kompozycji nauczył ją ojciec. Sprawiała jej ona wielką przyjemność. Już w wieku lat 14 napisała koncert fortepianowy, który wykonała dwa lata później w lipskim Gewadhaus, dyrygentem był Feliks Mendelssohn.

Obowiązki rodzinne bardzo ograniczyły jej twórczość – Kiedyś wierzyłam, że posiadam talent twórczy, ale odrzuciłam tę ideę; kobiecie nie wolno tego pożądać, jeszcze ani jednej się to nie udało.

Więcej o niespokojnym życiu Klary Schumann TUTAJ.

6. Nadia Boulanger (1877-1979) – KLIK .

Nadia Boulanger

Córka francuskiego pianisty i rosyjskiej księżniczki Raisy Myszeckiej.
W wieku dziewięciu lat rozpoczęła studia kompozycji w konserwatorium. Gdy miała 13 lat zmarł jej ojciec, co ukierunkowało jej zainteresowania muzyczne na nauczanie, gdyż musiała włączyć się w utrzymanie domu.

Mimo to była bardzo płodną kompozytorką – jednak jej utwory nigdy nie otrzymały pierwszej nagrody w konkursach.
Tu więcej szczęścia miała jej młodsza siostra Lili – KLIK, która, jako pierwsza kobieta, wygrała konkurs Prix de Rome.

Nadia Boulanger przejdzie jednak do historii jako pedagog. Lista jej uczniów liczy ponad 200 nazwisk, wśród nich Aaron Copland, Filip Glass, Gian Carlo Menotti, Astor Piazzola, Burt Bacharach.
George Gershwin był bardzo dumny z tego, że Nadia Boulanger odmówiła mu lekcji uznając, że nie może go już niczego nauczyć.
Na liście jej ucznów można znaleźć wiele polskich nazwisk – KLIK.

7. Grażyna Bacewicz.

Grazyna Bacewicz

Urodziła się w rodzinie polsko-litewskiej. Jej ojciec i jeden ze starszych braci uważali się za Litwinów i używali nazwiska Bacevičius. Grażyna i pozostała dwójka rodzeństwa uważała się za Polaków.

Studiowała w warszawskim konserwatorium kompozycję i grę na skrzypcach. W 1932 roku otrzymała stypendium od Ignacego Paderewskiego i studiowała kompozycję u Nadii Boulanger.

W 1935 roku otrzymała I wyróżnienie w konkursie skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego. Następnie współpracowała z Orkiestrą Polskiego Radia i często występowała. W 1945 roku podjęła pracę w Państwowym Konserwatorium w Łodzi.

Mnie jest znana jako wspaniała kompozytorka. Udało jej się pisać świetną, nowoczesną muzykę bez wprowadzania tonalnych eksperymentów.

8. Elena Kats-Chernin (1957 -) KLIK.

Urodzona w Taszkencie, w 1975 roku przeprowadziła się do Australii i tutaj rozwija bardzo bogatą jakościowo karierę kompozytorską.

Kibicuję jej z wielką sympatią

Mam nadzieję, że Marsz Kobiet dobiegł końca, proszę więc posłuchać arii z baletu Wild Swans – KLIK

Youtubo-teka:
Hildegard von Bingen – O Frodens Virga.
Hildegard von Bingen – O Vis Aeternatis.
Tribairises – Cansos de Trobairitz.
Pieśń z tekstem autorstwa Garsendy de Sabran – KLIK.
J.S. Bach – Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach – Menuet.
Fanny Mendelssohn – Easter Sonata.
Klara Schumann – Koncert fortepianowy.
Nadia Boulanger – Fantazja na fortepian i orkiestrę.
Grażyna Bacewicz – Oberek – w wykonaniu kompozytorki.
Grażyna Bacewicz – Muzyka na skrzypce, trąbkę i perkusję – dyryguje Krzysztof Penderecki.

Poesie mit Eule / Poezja z Sową

 Grzegorz Kwiatkowski

AUS DEM POLNISCHEN VON BERNHARD HARTMANN

OBROŃCA ROBERT SERVATIUS, UR. 1894 ZM. 1983

jeszcze żyją ci którzy zabijali
i nie różnią się od innych ludzi
oczywiście jeśli przyjrzeć się bliżej
coś się znajdzie
ale u każdego coś się znajdzie

Foto: Michał Szlaga

STRAFVERTEIDIGER ROBERT SERVATIUS (1894-1983)

noch leben die mörder und
unterscheiden sich nicht von anderen menschen
wenn man natürlich genauer hinsieht
wird man etwas finden
aber bei jedem lässt sich etwas finden

SOWĄ

czemu nie wypychamy ciał zmarłych?
mój ojciec już zawsze wita mnie w salonie
matka trzyma na rękach zmarłego brata
i ja niestrofowany i wysłuchany
mający zawsze ostatnie słowo
decydujący o tym w co są ubrani
lecz jeśli pogniewam się
to ich w kominku spalę
i zastąpię lisem albo sową

EULE

warum stopfen wir die leiber unserer toten nicht aus?
mein vater begrüßt mich immer schon im salon
mutter hält meinen toten bruder an der hand
ich werde nie getadelt und immer gehört
habe immer das letzte wort
entscheide welche kleidung sie tragen
doch wenn mich die wut packt
verbrenne ich sie im kamin
und ersetze sie durch einen fuchs oder eine eule

WALTER STIER

mój ojciec dobry pracownik biurowy kolei
nigdy nie uczestniczył w żadnym rozstrzelaniu
tylko wykonywał swoją pracę
organizował transporty
na wschód i na zachód
na północ i południe
w górę i w dół

WALTER STIER

mein vater war ein guter büroangesteller der bahn
er nahm nie an erschießungen teil
er machte nur seine arbeit
organisierte transporte
nach ost und nach west
nach nord und nach süd
nach oben und nach unten

DORA DROGOJ, UR. 1923 ZM. 1941

odcięto jej głowę tępą piłą
i nikt nie wie gdzie została pochowana
gdyby to było przerysowanie
albo estetyczna zabawa
ale: odcięto jej głowę tępą piłą
i nikt nie wie gdzie została pochowana

DORA DROGOJ (1923-1941)

man schnitt ihr mit einer stumpfen säge den kopf ab
und niemand weiß wo sie begraben wurde
wäre es nur übertreibung
oder ästhetische spielerei
aber: man schnitt ihr mit einer stumpfen säge den kopf ab
und niemand weiß wo sie begraben wurde

Wiersze były pierwotnie drukowane na łamach / Die Gedichte wurden veröffentlicht in:  OSTRAGEHEGE / LICHTUNGEN

Miłość w czasach komuny

Elżbieta Kargol

Z pamiętników moich rodziców
Janina ur. 1931 / Stanisław ur. 1929, zm. 2016

Poznali się w Łodzi, na studiach. Mama studiowała na dziennych, tata na zaocznych. Oboje wybrali matematykę, z zamiarem późniejszej pracy w szkole, zresztą wcześniej już nauczali łaknącą wiedzy i nadrabiającą wojenne zaległości młodzież. Wiele ich różniło. Mama, adoptowana córka, urzędnika przedwojennego magistratu w Nowym Tomyślu, byłego Hallerczyka, zaangażowanego społecznika i patrioty, wychuchana jedynaczka, której wojna wprawdzie dała się we znaki, ale inaczej niż ojcu. On, jeden z dziesięciorga rodzeństwa, z biednej chłopskiej rodziny z Lachowic koło Suchej Beskidzkiej, któremu punkty za pochodzenie otwarły możliwości, o jakich przed wojną nawet nie odważył by się marzyć.

Zanim amor napiął cięciwę swojego łuku i przeszył strzałą serca rodziców, Janiny, nazywanej w okresie młodzieńczym Janetą, i Stanisława, obydwoje wzdychali do innych lub oweż zaloty odtrącali, przy czym mama żartowała, flirtowała i nie traktowała poważnie swoich adoratorów, ani rozterek sercowych, ojciec zaś cierpiał niczym młody Werter.

O miłostkach, zalotach i uczuciach mojej mamy wiem więcej, niż o ojcu. Mama opowiada chętnie, z pewną dumą i rozrzewnieniem. Zachował się zresztą pamiętnik z wpisami nie tylko wielbicieli.

Brulion zatytułowany A WARTIME LOG, oprawiony w sztywną płócienną okładkę, przeznaczony pierwotnie dla jeńców amerykańskich osadzonych w niemieckich stalagach, w jakiś sposób znalazł się w mamy posiadaniu i zapełnił się wpisami różnej treści.

Ojciec nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do wspominania swoich zauroczeń, ale zostawił również osobliwy pamiętnik, też oprawiony w sztywną płócienną okładkę, tylko inaczej zatytułowany: „Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind“. Okładka tego nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek skryła w sobie zszyte karki brulionu zapisane ręką ojca, które poradnikiem bynajmniej nie są, ale bardzo osobistymi przemyśleniami o miłości i nie tylko.

Ponieważ wiele lat przed śmiercią podarował go mojej córce, więc uznaję to za przyzwolenie do publikacji kilku fragmentów.

Och to jest straszliwe zakochać się tak na umór bez opamiętania. Cierpię więcej, co już na świecie było przecierpiane razem …. prawdą jest, że człowiek któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ból w próżni równającej się długości ręki.

Wciąż mi staje przed oczami widmo straszliwe twej piękności. Czuję, że się nie oprę pokusie, która stale trącana pęknie i zatruje mój młody organizm – więc miłość to trucizna? Trucizna ?(!!!) – tak! zatruła mi wszystko sen, jedzenie, radosne chwile przy rodzeństwie zamąciła spokój…

pisze w roku 1948. Wiem, że nadrabiał zaległości szkolne, ekspresowo i eksternistycznie zdawał małą maturę, pracował już w szkole i kochał się w Zosi, sklepowej z Kukowa. Czy do niej tak wzdychał, trudno powiedzieć, tym bardziej, że mama wspominała, iż owa Zosia pięknością nie była, jedna powieka zawsze jej opadała, no ale miłość ponoć ślepą jest. Prawdopodobnie z powodu owej Zosi, która nie przyjęła z należytą powagą wyznań miłosnych taty i skwitowała je tylko uśmiechem, tato poczuł niczym Kordian ból istnienia i bezsensu życia.

Przeklęte życie! przeklęta miłość! przeklęta miłość twórcza, przeklęta jesteś! Zgiń!!! Miej życie przeklęte, pełne goryczy zgrozy, wyrzutów nieprzyjacielskiej zemsty.

Więc czuję że jednak muszę iść tam gdzie ona chce. Ale ona się nie spieszy… widocznie jeszcze mało wycierpiałem: Śmierć to jakaś sławna i ważna osobistość i ma najzupełniejszą rację. Pragnąłbym, aby tym którzy będą po mnie żyli, został zwrócony raj na ziemi, aby nie musieli się męczyć i cierpieć tak jak ja. Niszczę sobie sam karierę nosząc na sercu szyld pierwszej niewinnej miłości, która jest ołowianą kulą w mym życiu, w życiu które jest szare zamienione w jałową pustynię, na której nie ma ani jednego serca do którego mógłbym się przytulić w tym opuszczeniu, po której twojej widmo się błąka, z którego słychać straszliwy krzyk istnienia. Życzyłbym sobie… w takim życiu… miałbym życzenie na takiej pustyni zamknąć ciebie przynajmniej raz w objęciach I choć raz złożyć pocałunek na twych ustach, ale wiem, że to jest niemożliwe – ma ofiara musi być zupełna – nie wolno mi myśleć o sobie. Ja jestem już u kresu życia, ale ciebie czeka świat…

Mama w tym czasie podkochiwała się w Janku, który nie był ją kompletnie zainteresowany, jego lakoniczny i oklepany wpis do pamiętnika tylko to potwierdzał. Choć rysunek, który dołączył do dwuwiersza, wiele obiecywał i pozwalał mamie na pozwalające mieć nadzieję interpretacje.


Tata, jako przyszły matematyk, pragnący miłości i jednocześnie dręczony tą namiętnością, próbował ją przedstawić jako równanie, nie wiem dlaczego zapis ów przekreślił, za mało danych, zbyt wiele niewiadomych? Równanie sprzeczne, bez rozwiązania?

Miłość końcowa to znaczy teraźniejsza minus miłość początkowa – dokładniej sprzed dwóch lat wzięta w nawias i pomnożona przez czas da nam na wynik: średnią proporcjonalną względnie geometryczną miłości mojej do ciebie (…..)?

Dużo prościej poradził sobie z równaniem niejaki filozof chłopski, który chyba niewiele miał pojęcia o trygonometrii, skoro sinus do cosinusa dawał mu całus do całusa. Mama opowiadała, że mógł ją dopiero wtedy pocałować w policzek, gdy nauczył się wszystkich tożsamości trygonometrycznych wraz z dowodami.

Tata w końcu spotkał dziewczynę i już prawie wydawało mu się, że to koniec jego udręki, ale pojawiło się zbyt dużo wątpliwości i trybu przypuszczającego.

Dlaczego Haniu nie pokochałem cię prawdziwie szczerze i wiernie? Czemu ten poryw nie był pierwszą miłością? Kochałbym cię teraz. Byłbym szczęśliwy. Znikłaby mi ta piękność tej młodej dziewczyny Choć czuję, że niezdolny jestem jeszcze do pierwszej miłości, to jednak Haniu chciałbym ciebie kochać.

Hanię dość szybko w pamiętniku zastąpiła Halinka.

Spotkałem dziewczynę, której kształty przypominają tamtą z marzeń … lecz wiem, że ona nie może do mnie należeć z prawa naturalnego, czy też moralnego…. dzieckiem jest dla mnie, miłość jeszcze do niej nie należy, pochwałę piękności przyjmuje na pewno tylko od matki. Dobrze, że ty nic o tym nie wiesz, postaram się zapomnieć na imię jej Halinka.

Mama zajęta nauką, harcerstwem, jeszcze nie całkowicie wypaczonym i zindoktrynowanym politycznie, miała szczęście do adoratorów piszących wierszem swoje płomienne wyznania. Wiersz, piosenkę, którą napisał tylko dla niej Janek A. pamięta do dzisiaj i z wypiekami na twarzy deklamuje:

Była sobie raz piosenka.
Młody uczeń ją ułożył.
Dla najdroższej swej dziewczyny,
W której swe nadzieje złożył.
xxxDziewczę piękne niby lilia
xxxJest ozdobą „ogródeczka”
xxxWłoski nosi w dwa motylki
xxxA na nosku dwa szkiełeczka.
Co w Jej sercu jest ukryte,
Bogu tylko jest wiadomo.
Bo na zewnątrz nic nie zdradza.
Umie kochać po kryjomu.
xxxLecz to serce, które bije.
xxxTylko dla niej na tym świecie
xxxCzasem wielkie ma cierpienie,
xxxGdy niepewność go przygniecie.
W dni ostatnie trzeciej klasy,
Piszę tobie to wspomnienie.
Gdy ci będzie kiedyś smutno,
Z serca przyślij mi westchnienie.
xxxWspomnij tego co cię kochał
xxxI tę piosnkę ci ułożył.
xxxWlał w nią całą swoją duszę.
xxxSwoje serce do niej włożył.

Innym poetą, któremu należałoby poświęcić osobną opowieść, był Longin D., starszy kilka lat od mamy, który być może miał poważne plany wobec niej, ale zrozumiał, że mamie jeszcze nie w głowie zakładanie rodziny. Podarował mamie trzy własnoręcznie napisane tomiki poezji, a kilka następnych przesłal po 60 latach!

Kto szczerze pokochał świat, ludzi i życie
Nie patrząc na nędze, cierpienia i trudy,
To szczęście i spokój od jego oblicza,
Odgoni cień troski zmartwienia, ułudy.

On pójdzie z uśmiechem przez klęski i znoje
Promienny, szczęśliwy w dniu każdym obrocie,
Bo serce i dusza właściwość tą mają,
Że czynią szczęśliwych tych, którzy kochają.

Ojca nie ominęła służba wojskowa. Dostał się do marynarki, i też próbował być poetą, rymował dość nieudolnie, tak po marynarsku. Dla kogo były te wiersze? Przed jaką nieznajomą udawał chojraka z pistoletem przy boku?

Piszę do ciebie z wybrzeża,
Szukając gwiazd na niebie,
A wokół mroźny wiatr gwiżdże
I cisza otacza mnie!

Piszę do ciebie z wybrzeża
Stojąc na posterunku
I słyszę groźny szum morza
Lecz PM mam przy boku!

Do ZMP mama się nigdy nie zapisała, choć było wielu, którzy ją do tego namiawali. Niejeden z jej absztyfikantów wielbił Lenina i Stalina, przynajmniej na równi z nią albo nawet więcej.

Bądź wierna ideałom ZMP
Bądź wierną towarzyszką walk braci walczących o wolność w krajach kapitalistycznych.
Sław i szanuj imię Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta i tych, którzy walczą o lepszą przyszłość dla nas ludu i dla mas.

Zetempowskie „Cześć” koleżance z ławy szkolnej
wpisał się na pamiątkę ateista chcący być komunistą.

Potem był Mietek, z którym mama dośc okrutnie postępowała. Nie przychodziła na umówione spotkania, zamykała go w szafie z mapami, a na listy, w których zawsze prosił o „odpis mego listu”, mama przepisywała jego własne słowa i mu odsyłała. Oj, nacierpiał się biedaczek, zanim zrozumiał, że nie tędy droga i nie do tej.

Wreszcie nadszedł ów dzień: 18 lipca 1954, park Poniatowskiego w Łodzi.

Tata dostał przepustkę, żeby nadrobić zaległości na uczelni, oddać zaległy referat z ekonomii. Referatu nie napisał, czasu mało. Uczynna sekretarka w dziekanacie wypożyczyła ojcu jedną z prac już ocenionych. Przypadek albo zrządzenie losu sprawiły, że dostał referat mamy. Nie wiem, jak tata go odpisywał, podobno szybko i słowo w słowo, jednak ocenę dostał dużo lepszą. No cóż, dyskryminację kobiet w komunizmie, mimo zakłamanego równouprawnienia, można było odczuć na każdym kroku.

Nazywa się Janeta. Ale ja mówię do niej: Janetko i wydaje mi się, że ją teraz kocham.

Janetko! dałaś mi poznać rozkosz pocałunku rozbudziłaś we mnie szał i jakieś dziwne uczucie nienazwane – chyba to jest namiętność — i całować chciałbym całe życie twe usta … chciałbym abyś całe życie tuliła się do mnie była przy mnie …

pisał w lipcu 1955 roku, po spotkaniu w parku, a potem kupił czekoladę i bilet do teatru. Mama nie pamięta jaka to była sztuka, a tata nie pamiętał o czekoladzie lub też zbyt długo czekał na odpowiedni moment wyjęcia jej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Podczas antraktu mama widząc wielką brązową plamę na koszuli taty, krzyknęła z przerażenia. Później były opowiadane różne wersje tego zdarzenia, że wytrwali do końca przedstawienia, że tata wybiegł zawstydzony sam z teatru, że wybiegli razem do stancyjnego pokoiku mamy i mama prała, a tata czekał.

Chyba to bez różnicy, jak było naprawdę, to przecież gorąc serca roztopił czekoladę. Wreszcie skutecznie dosięgła ich strzała Amora i już nie odpuściła aż po grób.

Mama podarowała mi ostatnio pakunek przewiązany, pewnie z braku różowej wstążki, różową chustką, pełen listów tak bardzo miłosnych, niezwykłych jak na dzisiejsze czasy, kiedy sztuka epistolarna jest na wymarciu. Lektura tych listów, ich intymna forma literacka, ich treść, a nawet kształty liter przepełnione są tak dużym ładunkiem emocjonalnym, szczerością i młodzieńczą namiętnością, że można je czytać po wielokroć.

Uczucie tych dwojga bliskich mi ludzi przetrwało dziesiątki lat, mimo burz i nawałnic, wzlotów i upadków. Gdyby nie przedwczesna śmierć taty, bo każda śmierć jest przedwczesna, obchodziliby diamentowe gody.

Mamie go bardzo brakuje

Spogląda swoim już niedowidzącym wzrokiem na puste miejsce przy stole, na jego opuszczony fotel, na książki, których nie przeczyta, krzyżówki, których nie rozwiąże, walizkę, której nie spakuje, sweter, którego nie włoży, laskę, którą się nie podeprze … żyje wspomnieniami… Wielkiej Miłości.

Halszka (5)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – życie po wojnie

(Uwaga fragment tego wpisu już TU publikowałam)

Wszyscy martwili się o to, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali obaj wujkowie i ciotka, została zamknięta. Co prawda mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra „waluta”, za którą od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się jakoś z nim skontaktować, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego mama oznajmiła, że pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy zastanawiali się, w co ma się ubrać, żeby w tej drodze nie zamarzła.

Wyszła z domu o świcie ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę założoną na głowę i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, „na nos”, no i „koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam. Mama znała język rosyjski, ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Halszka będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła po tygodniu, bardzo zmęczona, ale cała i zdrowa. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych przez Niemców z Warszawy i okolic. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się same, a czasem ona, machnięciem ręki, je zatrzymywała.

Ryszard oniemiał prawie, widząc Mamę w drzwiach swojego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata temu. Radość z tej wizyty była ogromna, ale i zdziwienie, że taką drogę przebyła w tak mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła z powrotem i dotarła do Żyrardowa w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, który prowadził zatrzymaną przez nią ciężarówkę. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on po chwili rozmowy przestraszony zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polaków i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia znają ten język. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak, że zboczył z drogi i podwiózł mamę pod sam Żyrardów. Mama spytała go, czy nie będzie miał kłopotów, że jedzie nie tą drogą, którą mu kazano, ale ją uspokoił mówiąc, że w zimie drogi są zawiane śniegiem i trzeba jechać tak, żeby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek przebyła piechotą, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak pomyślnie się kończy.

To była ostatnia odważna eskapada Halszki. W maju skończyła się wojna, w końcu maja wrócił z obozu ojciec, zdrowy i cały. Na jego widok Halina zasłabła, a wracający szczęśliwie mąż chwycił w ramiona mdlejącą żonę. Po okresie powitań i opowiadań Halina oddala całą inicjatywę w ręce Wiktora i odsunęła się w cień.

Ja twierdzę, że każdy człowiek ma w sobie pewien zasób energii, odwagi, inicjatywy i jeżeli je zużyje, już ich odnowić nie może. Te zasoby są różnej wielkości u różnych osób, ale u wszystkich są nieodnawialne. Halszka wszystkie te zasoby miała w nadmiarze, ale warunki życiowe i historyczne zmusiły ją do całkowitego ich zużycia i nic jej nie pozostało. Stała się innym człowiekiem.

O tym innym człowieku będę pisać dalej, ale już nie będę używać imienia Halszka, bo to imię pasuje do tej przebojowej kobiety, którą była. Teraz będę pisać nazywając ja pięknym określeniem Matka, mama.

Po wojnie zmieniła zawód, już nie mogła być nauczycielką, bo nie miała na to siły. Ryszard nauczył ją prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli księgowości.

Ten zawód pasował do jej nowej osobowości – spokojne i systematyczne wpisywanie cyferek w odpowiednie rubryczki i pilnowanie, żeby wszystko się ze sobą zgadzało. Jako księgowa pracowała przez dziesięć lat w różnych instytucjach, wszędzie była lubiana i garnęły się do niej młodsze osoby, często też okrutnie doświadczone przez wojnę. Cały czas prowadziła dom, przyjmowała gości, chodziła z ojcem do kin, do teatrów. Często pomagała ludziom, opiekowała się tymi, którzy tej opieki potrzebowali, lubiła ludzi i otaczała się nimi, sama od życia nie wymagała wiele. Stale znajdowała sobie temat do martwienia się o coś lub o kogoś. Była skrajną pesymistką, choć losy jej życia raczej napawały optymizmem, z tylu opresji wyszła zwycięsko, ale musiała się czymś martwić.

Każdego wychodzącego z domu, pytała kiedy wróci i bardzo się denerwowała o każde nawet minimalne spóźnienie.

Po skończeniu 50 lat coraz częściej chorowała, przy jakimś rutynowym badaniu wyszło na jaw, że ma zaawansowaną cukrzycę. Leczenie było trudne, bo cukrzyca była insulinooporna, ustawienie dawek insuliny musiało się odbyć w szpitalu, gdzie leżała ponad dwa tygodnie. Dostawała bardzo duże dawki, które wydalała, do domu wypisano ją z zaleceniem dwóch zastrzyków dziennie. Cukrzyca działa destrukcyjnie na wiele narządów. W rezultacie mając 57 lat Mama musiała przestać pracować i przejść na rentę inwalidzką. Taką ciężką cukrzycę spowodowały, najprawdopodobniej, ciężkie przejścia wojenne.

Mama zawsze była krótkowidzem, po kilku latach choroby miała już ponad 50% utraty wzroku. W domu nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy (pamiętamy jak negatywnie była nastawiona do okularów). Nie umiała jednak schodzić po schodach w okularach, zakładała je dopiero na zewnątrz, chodziła już wówczas z laską i może to laska dawała jej pewność stąpania. Miała nagłe skoki ciśnienia i w 65 roku życia doszło do wylewu krwi do mózgu. Nastąpił paraliż lewej nogi i ręki. Chorobę znosiła cierpliwie i z rezygnacją. Co dzień przychodziła rehabilitantka, która ćwiczeniami uruchomiała bezwładne kończyny. Po prawie roku ćwiczeń i fizykoterapii bezwład ustąpił.

W latach pięćdziesiątych nasze mieszkanie zaczęło „pęcznieć”. Najpierw ja wyszłam za mąż i wprowadziłam do domu męża, a później urodziłam w odstępie półtora roku dwie córki. Oboje rodzice bardzo się cieszyli z wnuczek i byli dumni, że zostali dziadkami. Mama, w miarę swoich możliwości fizycznych, pomagała nam przy dzieciach.

Nie lubiła opuszczać na dłużej domu, z trudem udawało się ojcu i nam namówić ją na urlop nad morzem, ale przywykła do tych wyjazdów, w to samo miejsce i do tego samego gospodarza w Kuźnicy na półwyspie helskim.

Każde święta gromadziły u nas rozproszoną po Polsce rodzinę. W 1962 roku zbliżała się 40 rocznica ślubu rodziców. Mama wtedy powiedziała, że do złotego wesela (50 lat) to ona nie dożyje, wobec tego postanowiła zaprosić gości na czterdziestolecie i zrobić wystawne przyjęcie. Tak się też stało, jak powiedziała.

Po 15 latach naszego małżeństwa i mieszkania we wspólnym mieszkaniu z rodzicami, dostaliśmy, kilka przystanków dalej, nasze pierwsze samodzielne mieszkanie. Córki kończyły już szkolę podstawową, więc czas był się wyprowadzić. Mama kiedy ją, dużo wcześniej, uprzedziłam, po prostu się na nas obraziła, była nawet uszczypliwa, mówiąc o tym. My jednak rozumieliśmy te obawy, bo widzieliśmy jakie postępy robi choroba.

W 1971 roku nastąpił drugi wylew o wiele większy niż poprzedni, trzeba było oddać mamę do szpitala, gdzie nie odzyskawszy przytomności po 24 godzinach zmarła, 13 lutego 1971 roku. Miała 72 lata.

Tak się zakończyła historia życia kobiety, która przeżyła dwie wojny – przeżyła je aktywnie i żadne z doznanych trudności i cierpień nie zdołały zgasić w niej płomienia miłości do Ojczyzny.

Stuart słucha muzyki 9

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

od czasu do czasu słuchają muzyki, której słucha Stuart. Ostatni raz przejrzały muzykotekę Stuarta w październiku ubiegłego roku i zakończyły na odcinku 23. Odległe czasy, również w życiu Stuarta. Meg wciąż jeszcze żyła, ba, wciąż go kochała, przynajmniej tak mu się wydawało. Tłumaczenia piosenek – Joanna Trümner.

Odcinek 24 Pożegnanie

To nie Meg żegna się ze Stuartem (jeszcze nie), to Stuart senior jest umierający. Stuart jedzie do niego Londynu, spotyka się  też z matką i z siostrami, oraz z Brianem, który rozstał się z wujem Staurta, a teraz cierpi, bo sądzi, że śmierć partnera jest jego winą. Stuart odziedziczy po wuju sporą sumę pieniędzy.

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

***
Odcinek 25 Zmiany

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Te zmiany to przede wszystkim odejście Meg. Po ciężkim wypadku samochodowym i serii operacji, podczas długich miesięcy pobytu w szpitalu, dziewczyna najpierw zaprzyjaźniła się z młodym lekarzem, który ją operował, a potem go pokochała. Stuart cierpi jak pomyleniec, zaniedbuje się w obowiązkach, przestaje go interesować praca w szkole, gdzie  uczy matematyki i dotychczas był dobrym, lubianym nauczycielem.  Ostatnie zdanie tego odcinka to myśl Stuarta: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”. Jest tak, jak śpiewa Scott Matthews: A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą.  Ta piękna piosenka otwiera album ‘What the Night Delivers’ i Stuart musi się nauczyć, być sobą i brać to, co przynosi noc…

***

Odcinek 26 Nowy etap

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Stuart wyprowadził się z domu i zamieszkał w nowym mieszkaniu. W szkole idzie mu coraz gorzej, a wieczorami zaczyna pić. Na szczęście również komponuje, powstają nowe piosenki i to one staną się drogowskazem, dokąd ma poprowadzić swoje życie. Podejmuje decyzję, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii i będzie występował w knajpach i klubach. Okrzepł już tak bardzo, że zdobył się na odwagę i umówił się na spotkanie z Meg. Chciał zobaczyć, jak ona sobie radzi bez niego, a jak on sam poradzi sobie ze sobą, gdy się z nią zobaczy. Tytuł piosenki, którą na początku tego odcinka śpiewa Colin Hay mówi sam za siebie: Nie pogodzę się z tym że odeszłaś.

***
Zawsze tak nam się wydaje…