Halszka (2)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU i TU), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przywoływane tu fragmenty przeczytać jeszcze raz…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – po ślubie

Ślub Haliny i Wiktora odbył się 9 sierpnia 1922 roku w pięknej katedrze zamojskiej. Wiktor był jeszcze w mundurze, a po wyjściu z Katedry młodzi przeszli pod skrzyżowanymi szablami oficerskimi. Wiktor wystąpił z wojska, a Halszka wymówiła pracę w szkole i wyjechali do Warszawy. Rodzina Wiktora zaakceptowała Halszkę, i zaproponowała im zamieszkanie w wielkim rodzinnym mieszkaniu, ale młodzi małżonkowie chcieli być samodzielni i wynajęli sobie pokój sublokatorski. Oboje znaleźli pracę, Halszka w Warszawskiej Informacji Prasowej, która redagowała wiadomości dla różnojęzycznych wydawnictw. Halina była w redakcji rosyjskiej, gdzie redagowała wiadomości i pisała je na maszynie z alfabetem rosyjskim. Wiktor zaś pracował jako elektryk w firmie, która montowała radia, projektory filmowe i nagłaśniała duże pomieszczenia.

Mieszkali w sublokatorskim pokoju, ale byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu Wiktora na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, lub żeby skorzystać z nowoczesnej łazienki. Na zorganizowanie własnego mieszkania czekali, aż Halszka zajdzie w ciążę i pojawi się dziecko. Czekała na to cała rodzina.

W lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojówka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że oni mogą pilnować mieszkania. Nie zamierzali nigdzie wyjeżdżać, bo lato to najlepszy czas do gry w tenisa, a oboje z zapałem oddawali się tej grze. Pokojówka dostała urlop i młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.

Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Valentine Day and Ash Wednesday

This year’s Valentine Day coincides with Ash Wednesday – what a contradiction.
Let me share with you a memory of a very strange Valentine Day.

Polish version HERE.

Lech Milewski

At the beginning of February 1999 I flew from hot summer in Melbourne, Australia, to cold and wintry Minneapolis. My intention was to compete in a ski marathon – American Vasaloppet in Mora, Minnesota.
The winter was poor in snow, but I managed to have decent skiing in few parks in Minneapolis. On Thursday evening, 3 days before the race, I heard on the radio, that the race has been cancelled due to the lack of snow.

It was a shock! Next morning I rang the race office. They confirmed the bad news – sorry, the race is cancelled.
– That’s impossible! I came here all the way from Australia! It cannot be!
– We are very sorry, but it is cancelled.
– But there is quite good snow in parks in Minneapolis.
– We also have good snow in the forest. But the race is run in the open area and there is no snow there.
– So shift it to the forest!
– That’s impossible, we have around 4,000 participants, we cannot squeeze them on narrow tracks. Anyway, the decision is FINAL, there is NO RACE!

I tried the last chance – please connect me with the club secretary.
I had Valerie Brown on the other end of the wire and I laid down my proposal:
I understand that you are unable to run the regular race. But on the other hand there is still quite good snow in the forest. And on another hand, I came here all the long way from Australia. Why not to put these two hands together and let me do a solo race in the forest?
There was a moment of silence and then… – come to Mora, we’ll see what we can do for you.
I heard smile in Valerie’s Brown voice.

Dalarna

I came to Mora on Saturday morning. It was sunny, cold and snowless. The big, red Dalarna Horse reminded me my race in Sweden 3 years earlier.

In states Minnesota and Wisconsin there is quite large Scandinavian population, no wonder they introduced cross country skiing and copied traditional ski races of their countries.

Vasaloppet is most famous of them. It commemorates a historical event from year 1521. At that time Sweden was under Danish occupation and Swedish nobility assembled in a little town Mora decided to organize an uprising to liberate their country. As a leader they chose certain Gustav Vasa. He was hiding from Danes close to Norwegian border. Messengers were sent to him to convey the message. Gustav fastened his skis and skied 90 km from Sälen to Mora.

The uprising was a success, Gustav Vasa was elected a king and established a Vasa dynasty.
In year 1922 a ski race has been organized on the historical course – Sälen to Mora – 90 km – CLICK.

I went directly to the race office. It was the saddest place in the world. Thousands of race bags and bunches of medals for finishers. I took one of them in my hand….

Medal

Valentine Day? Yes, of course! It will be Valentine Day tomorrow (14/2/1999)!
A heart, two skiers inside, Love to ski .
– What are you going to do with them?
– They all will be scrapped.
– O, no! You must let me to race for this medal!

We studied maps of ski trails in the forest. Valerie showed me the ones where the snow should be OK. I did simple arithmetic.
– Valerie, so if I will ski around these loops until 1 clock over 58 km, will you give me such a medal?
– Find his racing bag – she said.

A couple of club members drove me to the forest to see how it looks. I found it in much better condition than expected. After return to the town, I still managed to participate in sled races with some locals of Swedish origin and eventually went to sleep as the happiest person in Mora.

StartFinish

9 o’clock Sunday morning, blue skies, light frost, no wind. In the Log Cabin I left a bag with warm clothes and some food and drinks. I put on my red racing suit with kangaroos on the back and on the leg. Race number 503, START!!!

For a long time I was the only person on the trails. Later some people arrived, whole families for a relaxing session of skiing in the sun. Some of them were quite shocked when out of sudden a crazy racer appeared…
– Go away from the track – shouted parents to the children – thousand skiers will be here in a moment!
– But they said , that the race is cancelled?
I left them in such puzzled state and skied on and on – 5 times around The Point Trail, 4 times Beaver Dam Trail and every possible trail between and around.

Eventually my log showed more than 60 km, it was almost 3 pm. I skied back to the Log Cabin where some club members waited for me with the medal of my dreams.

Back from home, I wrote a detailed report of my effort, it showed almost 65 km. What a surprise it was when few weeks later I received mail from Valerie Brown. She sent me a special diploma.

Diploma

…and another medal. Valerie explained, that some of “Love to Ski” medals have been given to sponsors and volunteers so for me she sent a special one – Winners’s Time + 50%, Year 1999.

Medal 2

And there is only ONE such medal in the world.

Barataria 52 Rok z Baratarią

Ewa Maria Slaska

Zaczęło się nawet wcześniej, bo 9 stycznia, ale parę razy cykl Barataria ustępował jakimś wpisom znacznie ważniejszym. Tak się więc złożyło, że redakcyjnie rok mija dziś, gdy publikuję 52 odcinek cyklu. Już wtedy, 13 miesięcy temu, miałam poczucie, że czynię pierwszy krok w kierunku Dzieła (no tak, dzieła!), które ogarnie Wszystko, już wtedy przeczułam potencjał kryjący się w śledzeniu tropów literackiego żartu Cervantesa, bo zakończyłam wpis takim oto zdankiem: Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo. Powtórzyłam to zresztą w odcinku 7, który zatytułowałam: Barataria 7 (i tak do końca roku).

Tworząc te 51 wpisów wędrówek po kulturze, udzielałam nam i sobie różnych porad kulturalnych. Przeczytaliśmy (no??? przeczytaliśmy?) kilkadziesiąt książek, posłuchaliśmy różnych gatunków muzyki, pomyśleliśmy o tym, że można by do opery, przypomnieliśmy inne wyspy-metafory, zajęliśmy się utopią i piratami, i pomyśleliśmy po prostu o podróżach na dalekie wyspy i na wyspy bliskie, poszliśmy też tropem wysp nieistniejących, których jest w naszej kulturze chyba równie wiele, jak tych istniejących, a naszym polskim współczesnym osiągnięciem w tej dziedzinie jest San Escobar. Barataria okazała się tematem bez końca i będę go tak bez końca eksploatowała. Dziś jednak po prostu podsumuję minione 51 odcinków. Zapraszam na wędrówkę po książkach, muzyce i wyspach.

Książki

Oczywiście, choć cały cykl zaczął się od powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, dziś zacząć musimy od Mistrza i Sprawcy czyli Cervantesa.

Powieść była kilkakrotnie tłumaczona na polski. Nasze pokolenie czytało tłumaczenie Czernych, teraz zapewne wszyscy sięgają po Charchalisa.

  • Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy. z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełozone – przekład: Franciszek Aleksander Podoski, 1786.
  • Don Kichot z Manszy. – przekład: Walenty Zakrzewski, 1886.
  • Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy, powieść. – przekład: Edward Boyé, 1932.
  • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy – przekład: Anna Ludwika Czerny, Zygmunt Czerny, 1955.
  • Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry/ na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego – wersja skrócona, 1983.
  • Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy – przekład: Wojciech Charchalis, 2014[

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria, 1993

Obie pozycje to, nazwijmy je umownie, księgi założycielskie. Do nich dołączam jeszcze Kopalińskiego, który za naszych czasów starczał za google i wikipedię, i “encyklopedię britannika”… Pamiętacie, w ferworze dyskusji wciąż trzeba było “sprawdzać w Kopalińskim”?
Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, 1967
Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, 1985
Władysław Kopaliński, Słownik symboli, 1990


Teraz już książki bez ładu i składu, mniej więcej w kolejności pojawiania się ich w cyklu Barataria, ale z kolei jak wymieniam pierwszą książkę danego autora, to mu dodaję i inne. No, bałagan…

William Shakespeare, Zimowa opowieść, 1611
William Shakespeare, Burza, 1611
William Shakespeare, Henryk IV, 1596
William Shakespeare, Henryk V, 1599
William Shakespeare, Wesołe kumoszki z Windsoru, 1602
Homer, Odyseja (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Parandowskiego, 1956
Homer, Iliada (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Franciszka Dmochowskiego, z korektami Tadeusza Sinki, 1922
Platon (360 p.n.e.), Timajos. Kritias, w przekładzie Władysława Witwickiego, 1960
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, 2013
Jadwiga Żylińska, Kapłanki, amazonki, czarownice, 1972
Tom Robbins, Perfumy w rytmie jiteburga, 2004
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, 1947
Shirley Jackson, Loteria, 1948
Biblia (Stary i Nowy Testament)
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, 1970
Jarosław Gibas, Salve Theatrum, 1997
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, 1814
Alonzo Fernandez de Avellaneda, Don Kichot (apokryf), 1614
Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario, sztuka teatralna dostępna (mi) tylko jako dokument pdf, w którym są tylko strony nieparzyste! ( jakby więc ktoś chciał mnie wspomóc i znalazł kompletną wersję dzieła…), 2002
Gianni Rodari, Gelsomino w kraju kłamczuchów, 1958
Gianni Rodari, Opowieści o Cebulku, 1951
Silvio Gesell, Het wondereiland Barataria, 1922
Salomon, Przysłowia
Ze skarbnicy midraszy
Waldemar Łysiak, Wyspy zaczarowane, 1974
Waldemar Łysiak, Wyspy bezludne, 1987
Waldemar Łysiak, Wyspa zaginionych skarbów, 2001
Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, 1962
Renée Mendez Capote, Taniec sępów. Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku, 1987
Leon Gomolicki, Taniec Eurynome, 1976
Herman Hesse, Gra szklanych paciorków, 1943
Thomas Mann, Doktor Faustus, 1947
Kazimierz Truchanowski, Totenhorn, 1979
Thomas Morus, Utopia, 1516
Daniel Defoe, Przypadki Robinsona Crusoe, 1719
Vladimir Nabokov, Pale fire, 1962
Jonathan Swift, Podróże Gullivera, 1726
Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, 1995
James Joyce, Ulisses, 1922
George Byron, Wędrówki Childe Harolda, 1812
Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada Żeglarza, 1913
Edmond Rostand, Cyrano de Bergerac, 1897
Evaríste Désiré de Forges, Poésies érotiques, 1778
Krzysztof Varga, 45 pomysłów na powieść, 1998
Krzysztof Varga, Masakra, 2015
Ewa Maria Slaska, Piękne dni w Visby, 2006
Tadeusz Konwicki, Rzeka podziemna, podziemne ptaki, 1985
Mario Vargas Llosa, Raj tuż za rogiem, 2003
Kasjusz Dion Kokcejanus (164-235), Historia rzymska
Witold Izdebski, Harley Davidson, 1998
George R.R. Martin, Pieśń lodu i ognia ( A Song of Ice and Fire), 1991 –
Victor Hugo, Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse), 1832
Helene Hagemann, Axolotl roadkill, 2010
Judith Schalansky, Taschen-Atlas der abgelegenen Insel, 2009
Boris Vian, Piana dni, 1947

i na zakończenie spisu książek: w Barcelonie istnieje wydawnictwo Barataria


Muzyka

Jesus Garcia Leoz, opera Barataria, 1953 (nigdzie nie znalazłam ani libretta, ani muzyki, ani nawet krótkiego streszczenia, jakby więc ktoś chciał mnie w tym wspomóc…)
Arthur Sullivan, libretto William S. Gilbert, opera Gondolierzy albo Król Baratarii, 1896
Karl (Karel) junior, Barataria, marsz wojskowy na orkiestrą dętą, na motywa opery Sullivana (po roku 1896)
Quirino Fidelino Mendoza y Cortés, 1882, piosenka Cielito lindo, nowa wersja hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena, ópiewana przez Rositę Serrano, w okupowanej Polsce znana jako Teraz jest wojna
Giuseppe Verdi, Rigoletto (i aria La donna e mobile), 1851
Halfway House Orchestra, Barataria (New Orlean Jazz, 1925)

i na zakończenie: jest też w Bogocie firma płytowa Barataria, wydająca nową muzykę kolumbijską


Obrazy

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569), Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
Jacob Jordaens, Fasolowy Król, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (1638-40)
Diego Velasquez, Las Meninas, 1656, Prado
Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli
Leonardo da Vinci, Ostatnia wieczerza, 1495–1498
Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos, 1500, Gemäldegalerie, Berlin
Hans Holbein Młodszy, The Ambassadors, 1533, National Gallery in London
Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891
Piero della Francesca, Książę Montefeletri i jego żona, Batista Sforza, 1470


Filmy

Leonard Buczkowski, Zakazane piosenki, 1947
Wes Anderson, The Darjeeling Limited, 2007
Federico Fellini, Roma, 1972
David Benioff i D.B. Weiss,
Game of Thrones (GOT) 2011 –
Helene Hagemann, Axolotl overkill, 2017
Michel Gondry, Dziewczyna z lilią, 2013

Reblog (czy co to jest?)

Kilka dni temu nie miałam pomysłu na wpis na najbliższą niedzielę czyli na dziś. Nie był to naglący problem, bo co najmniej od roku zawsze coś się zjawia i raczej jest kolejka niż puste miejsca. Gdy wchodziłam na gmx, żeby sprawdzić pocztę, pomyślałam, że tam na pewno jest coś, co się świetnie sprawdzi jako dzisiejszy post. I tak też było. Paulina Pytlak przysłała taką prezentację (uwaga:  to powerpoint, trzeba klikać, żeby przejść do następnej folii):

hungryplanet_pl1

Dziękuję

Dziewczyna z cmentarza w Mentonie

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka “z Ameryki” (samej), czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, “a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. I przysłała dwa zdjęcia.

Zaglądam więc do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Sródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo innych sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Artysta urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w roku 1897 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są dla nas prawdziwym symbolem stylistyki secesyjnej.

Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Gdy szukam w internecie Janiny Lewandowskiej, pojawia się przede wszystkim jej imienniczka, pierwsza polska pilotka i jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Była tak niezwykłą postacią, że – choć to oczywiście nie ona została pochowana w Mentonie – napiszę tu o niej parę słów. Była oczywiście o pokolenie młodsza od tamtej.

Urodziła się 22 kwietnia 1908 roku w Charkowie. Była córką generała Józefa Dowbora Muśnickiego, naczelnego Dowódcy Powstania Wielkopolskiego. Była wysoka, zgrabna, wysportowana, odważna i samodzielna, jeździła konno i na nartach. Studiowała grę na fortepianie i śpiew w Konserwatorium muzycznym w Poznaniu. Już jako uczennica gimnazjum uprawiała szybownictwo. W 1930 r. była pierwszą kobietą w Europie która skoczyła na spadochronie z wysokości pięciu kilometrów. Od roku 1935 latała na samolotach, w rok później otrzymała dyplom wojskowego pilota motorowego. W roku 1939 podczas pokazów szybowcowych poznała instruktora pilotażu Mieczysława Lewandowskiego, z którym pobrali się już po kilku miesiącach. Pod koniec sierpnia 1939 r. Janina otrzymała kartę mobilizacyjną. 3 września wyruszyła na wojnę i wraz z wojskiem ewakuowała się na wschód Polski.
Po napaści ZSRR na Polskę dostała się do niewoli i została osadzona w obozie  jenieckim w Ostaszkowie. 6 grudnia 1939 r., w grupie 80 polskich oficerów, przewieziona została do Kozielska. 3 kwietnia 1940 r. NKWD rozpoczęło wywózkę jeńców na egzekucję do Katynia. Janina została zamordowana w dniu swych 32 urodzin, 22 kwietnia 1940 roku.

Wróćmy jednak do Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, która żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Rzeźba Barcagalio zdobi na Powązkach grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. “Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

“Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… “inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak “żywego” posągu w naszym “mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak “czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: “warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Z dat śmierci obu młodych kobiet wynika, że nagrobek powązkowski powstał dużo wcześniej niż francuski. Należy jednak pamiętać, iż nieczęsto pomnik cmentarny wystawiano wraz ze zgonem danej osoby, zwłaszcza jeśli pomnik zamawiano u popularnego rzeźbiarza. Tym niemniej, jak pokazuje powyższa fotografia, zamieszczona na łamach “Świata” w roku 1913, miejsce spoczynku Lusi Raciborowskiej otrzymało już wtedy godną oprawę. Zapewne również pomnik Janiny z Jełowickich Lewandowskiej powstał przed 1914 r., gdyż działania wojenne raczej uniemożliwiłyby transport dzieła z Mediolanu do Menton. Chociaż, kto wie?

Winter meetings with Olympians

Dziś rozpoczynają się Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2018.
Die XXIII. Olympischen Winterspiele finden vom 9. bis 25. Februar 2018 in der südkoreanischen Stadt Pyeongchang statt.
2018 Winter Olympics!

Link do wersji polskiej

Lech Milewski

Once upon a time… when I reached noble age of 50, I spent my birthday in the mountains.

It was end of July, winter in Australia, I planned to have downhill skiing holidays.
Next day after my arrival a very strong wind came, so they had to close the ski lifts. I went to the store to return hired skis.
– Maybe you would try touring skis? – they suggested.
– Touring skis? And where can I ski on them?
– Everywhere.

I skied into the forest, wandered in a deep snow for hours. Returned to a ski lodge a different person.

Couple of days later the wind stopped, sun returned, my family arrived, we celebrated my birthday in familiar downhill skiing atmosphere, still the spell remained.

Soon my children did not need my assistance in their school duties and then the final message received in a ski hire store happened to be prophetic – I went… everywhere

Ski touring in Australia and cross-country ski marathons, over 40 of them, in 17 countries.
Ski marathons, these were so called “citizen races”, that means amateurs although sometimes elite skiers joined us. In secret I will tell you that twice I beat gold Olympic medalists – they did not finish the races.

Today, when the Winter Olympic Games start in PyeangChang, I return to my winter memories. My meetings with people, old time Olympians.

Estonia.

February 1996 – Tartu (known also as Dorpat).

Tartu 1996

On the eve of the Tartu Maraton there was a big opening ceremony in the main stadium. Some official speeches and ski sprints, a show of Estonian folk dances, skiers in traditional dresses.
I could not stand long in one place, it was so cold (-28C), that every few minutes I had to run to the top of the stadium to warm up at one of large bonfires.

During one of such visits a very big man looked at me curiously
– Where from are you? – he asked recognizing from my improper clothes, that I must be a foreigner.
– Melbourne, Australia.
– Melbourne! – he shouted – are you really from Melbourne?
– Yes, certainly I am.
– Melbourne! This is most beautiful city in the world! – he exclaimed squeezing my hand.
– Have you been to Melbourne?
– Yes, yes, in 1956, at the Olympic Games.
– O, you participated in the 1956 Olympic Games?
– Yes, I played basketball.

Basketball at Melbourne Olympic Games… I retrieved my memory for a while – oh yes, Soviet Union won a silver medal.
– Yes, Soviet Union – he frowned – but I played for Estonia! For Estonia! Do you understand? – he squeezed my hand even stronger.
– Yes I understand – I answered.

I saw tears freezing on his cheeks and felt ice on my cheeks too.

Slovakia

I arrived in Stary Smokovec by bus from Zakopane. There was a long climb of many steps leading from the bus stop to the town. I bent under my heavy load and walked up slowly.

– Mister Pollack, I have an accommodation for you – some voice croaked into my ear and I felt a smell of alcohol.
I looked up. A middle aged woman stood in front of me. She repeated her offer.
I had known this place from my ski trips in old times and expected to find accommodation in the central office located in the main street.
– Thank you but I already have booked accommodation – I lied.
– And where is your accommodation Mister Polak? – the woman did not give up and blocked my way.
– I got it arranged by accommodation office – I answered and tried to force my way up.
– Mr Polak, there is no longer any accommodation office! – cried triumphantly the woman. – And I have an accommodation for you!
– Stefan! Stefan! – she shouted. Two big men arrived at the top of the stairs.
– Stefan, I have a Polak for you!

I bent my head in resignation. The only escape was to run back to the bus stop. I decided that having my throat cut will be less shameful. I went up.
– Welcome Mister Polak – greeted me Stefan.
I have to explain that he spoke Slovakian, I spoke Polish, and we understood each other perfectly. Next to Stefan, a waiter stood with a tray with glasses of Becherovka.
We drank. Stefan grabbed my ski bag.
– Why are these skis so light? – he asked.
– These are cross country skis – I replied.
– Cross country skis? – you are the first Pole who came here with cross country skis.

I got large and comfortable room. In the evening there was a knocking to my door. Stefan came carrying some bag.
– Lech, do you know such name – Sixten Jernberg? – he asked.
– Sixten Jernberg! Of course! King of skis! Gold medals in Cortina, Innsbruck, Squaw Valley!
– Now I believe you are a cross country skier.

Stefan opened his bag and put on the table few bottles of Smadny Mnich.
– And do you know Lech, that I competed againts Sixten Jernberg in Innsbruck in 1964?
We both took a long sip of beer, sat comfortably and Stefan started his story…

Lech, you know how it was in communist system. They put all this rubbish into our heads.
So when I was selected to the Olympic ski team, we had these long instructions from some political officers – how bad capitalist system is, how many dangers are there. That we will be approached by some spies and provocateurs, so better not to speak to anyone. That we may be even kidnapped!
We came to Innsbruck. I was in fantastic shape. And I drew excellent start number, just three minutes before Sixten Jernberg.
– Listen Stefan – said my coach – go fast and strong. And watch Jernberg. If he will not catch you then you will get a place in the first six and maybe even a medal.
The race started. I felt so good. And my skis were waxed so well. I remembered what my coach said and went fast and strong. Distance 50 km. I passed 20 km, 30 km, 40 km and there was no sign of Jernberg. And then I heard a helicopter noise behind my back.
What was it? I remembered this stupid story that we might be kidnapped and froze.
And at that very moment Sixten Jernberg passed me. The helicopter was a TV crew covering his race.
I was so confused and frustrated that I stiffened, lost my rhythm. I finished 22nd.
And I could have finished in first six… or maybe even I could have won a medal.
– Medal, medal for sure – I confirmed eagerly.

We both took long sips of beer.

Next three days I had beautiful weather and excellent skiing. And every evening Stefan visited me and we talked about beauty of skiing.

At that time Slovakia made a bid to organize Winter Olympic Games 2006, below an occasional billboard.

Smokovec

Halszka (1)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU). Teraz, gdy cały tekst jest gotowy, i Ciocia dała mi go do publikacji na blogu, zastanawiałam się przez chwilę, czy powinnam opuścić już opublikowane urywki, ale po namyśle stwierdziłam, że są one integralną częścią rodzinnej opowieści i usuwanie ich odbyłoby się ze szkodą dla tekstu. Dodam jeszcze, że też już kiedyś pisałam o Babci i ciekawskich odsyłam to innego bloga. Ale wróćcie tu koniecznie…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – Halszka

Moja mama urodziła się w 1899 roku, a więc w XIX wieku, w Warszawie.

Rodzice jej uzgodnili, że jeżeli urodzi się dziewczynka, będzie miała na imię Halina. Starsi bracia i siostra zaakceptowali to imię.

9 marca urodziła się dziewczynka i po kilku dniach wraz z rodzicami chrzestnymi zaniesiono ją do parafialnego kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Loretańskiej na ul. Ratuszowej (kościół św. Floriana był jeszcze w budowie).

Ksiądz zapytał, jakie dziewczynka ma mieć imię i na odpowiedź zareagował krzykiem i oburzeniem, ”Halina, toż to pogańskie imię, nie ma takiej świętej, nie ochrzczę! Musi być Helena, a urodziła się 9 marca to może być Franciszka”.

Zgodzono się na Helena Franciszka i tak zapisano w aktach, i to był jedyny dzień, kiedy mówiono o niej Helena, bo potem już zawsze nazywano ją Halina, Halinka, Halusia, Halszka, ale nigdy nie Helena.

W tamtych czasach nie kazano przedstawiać metryki przy zapisywaniu do szkoły, czy wyrabianiu dokumentów, a więc moja mama zawsze była Halina. Kiedy wydawano jej świadectwo maturalne, miała wpisane imię Halina, ślub brała jako Halina i jak mnie chrzczono, podano imię matki Halina. Kłopoty z tym imieniem dopiero ja miałam odczuć, ale do tego czasu minęło wiele, wiele lat.

Mama była czwartym dzieckiem w rodzinie i kiedy się urodziła, najstarszy brat Ryszard miał 12 lat, siostra Cezia miała lat 10, Edward – 4, a ona była ostatnim dzieckiem. Mama jej niedługo po urodzeniu Haliny zaczęła chorować. Nie wiem, na co chorowała, ale wiem ze w owym czasie gruźlica „zbierała obfite żniwo”.

Kiedy Halina miała 6 lat, jej matka zmarła i czterdziestokilkuletni ojciec został sam z czwórką dzieci. Mama moja nigdy nie chciała rozmawiać o tej tragedii, musiała to ciężko przeżyć. Rodzina była zasobna, w domu była służba, ale to nie mogło zastąpić małemu dziecku matki.

W domu często zjawiała się przyjaciółka nieżyjącej Matki, pani Wiktoria i opiekowała się dziećmi. Dwa lata po śmierci żony mój Dziadek ożenił się z Wiktorią. Dobroć, ciepło i starania Wiktorii moja mama często wspominała, bo była wspaniałą troskliwą matką dla osieroconej czwórki dzieci.

Wszyscy rozpieszczali najmłodszą Halinkę, a szczególnie dwaj starsi bracia. Nie wiem, kiedy poszła do szkoły, bo w owym czasie istniało kilka systemów szkolnych. To, do której klasy pójdzie dziecko, zależało od tego, ile czasu dom uczył czytania, pisania i rachunków. Wiem natomiast, że Halina poszła do prywatnej szkoły z językiem wykładowym polskim i poszerzonym językiem rosyjskim. Szkoła mieściła się na ulicy Szerokiej. W 1916 roku w tej szkole zorganizowano pierwszą na Pradze drużynę harcerska, do której wstąpiła Halina i była w tej drużynie do końca szkoły, do 1918 roku; po maturze poszła na kurs nauczycieli klas początkowych.

Brat Hali, Edward, w tym czasie pracował jako zarządzający majątkiem Gosławice pod Koninem, gdzie planowano zorganizowanie szkoły dla dzieci pracowników. Edward zaproponował siostrze, by zajęła się zorganizowaniem tej szkoły i podjęła się nauczania w klasach początkowych. Halina chętnie przyjęła tą propozycję i wyjechała. Trudna to była praca, bo pod szumną nazwą „szkoła” kryła się jedna izba z gromadą zupełnie nieprzygotowanych do reżimu szkolnego dzieciaków w różnym wieku. W rezultacie Halina prowadziła w jednej izbie trzy klasy jednocześnie i uczyła wszystkich przedmiotów, jedynie religii uczył ksiądz.

Mieszkała u brata i bratowej, która jej nie lubiła, bo nie miała własnych dzieci i była zazdrosna o braterskie uczucie, jakie okazywał Halinie jej mąż. To, że nie lubiła siostry męża wyrażało się miedzy innymi w tym, że mówiła do niej Helka. Halszka nie skarżyła się na niechęć bratowej, ale było jej z tym ciężko.

Dzieci w szkole były biedne, chorowite, ubrane w podarte ubrania, przeważnie po starszym rodzeństwie, niedożywione i mówiące wiejska gwarą. Uczenie ich było bardzo trudne.

W Koninie Halina zetknęła się z Polską Organizacją Wojskową znaną powszechnie jako P.O.W., wstąpiła do tej organizacji, przyjęła pseudonim Topola, bo była wysoką i smukłą dziewczyną. Przeszła przeszkolenie wojskowe, a doświadczenia z harcerstwa nauczyły ją, że dla sprawy trzeba walczyć. P.O.W. powstało w 1914 roku w zaborze rosyjskim i stopniowo obejmowało wszystkie zabory. Miało na celu odzyskanie niepodległości przez Polskę, szkoliło kadry wojskowe i gromadziło broń.

Halszka opowiadała mi, że kiedyś polecono jej dostarczyć karabiny do miejscowości oddalonej o kilka kilometrów. Dano jej do dyspozycji podwodę, czyli furmankę z woźnicą i koniem. Załadowano na furmankę karabiny, przykryto słomą, na słomie usiadła Topola i ruszyli w drogę. Była to dla Mamy nie pierwsza taka akcja, nigdy do tej pory nie miała kłopotów. Tym razem jednak furman, osoba wtajemniczona, był niezadowolony z funkcji, jaka mu przypadła. Siedział na koźle zgarbiony i mamrotał coś pod nosem. Załadunek odbył się późno, tuż przed wieczorem, jechali wolno polną drogą, zapadała noc, ale dla Halszki to nie było nic nowego. Przed nimi widoczny był w oddali las. W pewnym momencie woźnica odwrócił sie do Halszki i krzyknął “dojadę do lasu i skinę“ (w gwarze wiejskiej słowo skinę oznaczało „wyrzucę”). Sądził, że przestraszy dziewczynę, ale Halszka sięgnęła po karabin i krzyknęła do niego “jak mnie zrzucisz, to cię zastrzelę” i szturchnęła chłopa karabinem w plecy. Chłop się chyba przestraszył, bo zaciął konia i żwawo ruszyli w drogę. Halszka na wszelki wypadek karabin trzymała w rękach i od czasu do czasu poszturchiwała nim chłopa w plecy, ten mamrotał coś pod nosem, ale już nie groził. Nie wiedział, że do tych karabinów nie było amunicji i ten karabin, który czuł na swoich plecach, też nie był nabity.

Nad ranem dojechali na miejsce, chłop potulnie zdjął karabiny z furmanki i zaniósł, gdzie mu wskazano, a Halszka kazała mu samemu jechać z powrotem. Wolała już nie wracać z nim nieuzbrojona. Jak dojechała do Gosławic, nie mówiła.

Na terenie majątku Gosławice były duże pokłady torfu, który wydobywano specjalnymi łopatami, formowano brykiety wielkości cegły i układano w pryzmy do suszenia. Przy tej pracy zatrudniani byli specjalni robotnicy (kilkadziesiąt lat później torf zamienił się w węgiel brunatny i właśnie w Gosławicach powstała elektrownia nim opalana). Halszka z zainteresowaniem przyglądała się pracy torfiarzy nie przypuszczała, że ta wiedza kiedyś się jej przyda 1.

Praca w szkole nie dawała jej satysfakcji, Halina wytrwała jednak do końca 1919 roku i wróciła do Warszawy. Zastała tu ciężkie warunki. Po okupacji niemieckiej w mieście panował głód, były duże trudności w zaopatrzeniu. Do tego była epidemia tyfusu i Halszka zachorowała. Wszystkie dziewczęta miały w tym czasie długie włosy i Halina też miała gruby warkocz. W czasie tyfusu wychodziły włosy, niektórzy zostawali łysi. Mimo protestów Haliny, babcia obcięła jej włosy krótko przy skórze. Po chorobie i rekonwalescencji włosy zaczęły odrastać i zanim zdecydowała się na następny wyjazd z Warszawy już miała z powrotem warkocze.

W tym czasie najstarszy brat Ryszard dostał propozycję pracy w Zamościu, gdzie po kilku miesiącach znalazł pracę dla siostry i ściągnął ją do siebie. Uczyła dzieci klas początkowych w normalnej, dobrze zorganizowanej szkole.

W roku 1921 rodzeństwo otrzymało wiadomość, że ojciec ich zbierając owoce z wysokiego drzewa spadł na ziemię i doznał urazu czaszki, na skutek czego został sparaliżowany i nie mówił. W Warszawie była przy nim żona Wiktoria i starsza córka, już mężatka.

Po zakończeniu I Wojny Światowej sposób życia zmienił się radykalnie. Zamość, gdzie Halszka mieszkała ze starszym bratem, był miejscem, gdzie ulokowany był duży garnizon wojskowy. Kadra oficerska po zajęciach nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić – jedyną „rozrywką” było picie alkoholu i burdy pijackie.

W kasynie oficerskim w soboty odbywały się wieczorki taneczne. Halina bardzo lubiła tańczyć i pod opieką brata chodziła na te wieczorki. W kasynie bywała nie tylko młoda kadra oficerska, ale i starsi stopniem oficerowie, najczęściej z żonami. W tej sytuacji obowiązywał rygor oficerski. Zainicjowano tam teatr amatorski, który przygotowywał i wystawiał na scenie różne skecze i komedie. Do tego kółka amatorskiego przystąpiła i Halszka. Tam poznała młodego podporucznika, Wiktora, który spodobał się jej, a ona jemu. Miała jednak opory i zastrzeżenia, że jej wybranek za dużo pije alkoholu, a ona z pijakiem nie chce mieć nic do czynienia. Zakochany Wiktor przyrzekł jej uroczyście, że ograniczy picie do minimum i nie będzie się upijał. Nie bardzo wierzyła w takie przysięgi i nadal trzymała go na dystans. Wiktor zupełnie przestał pić i nie spotykał się z pijącymi kolegami. Halszka obserwowała tę przemianę ze zdziwieniem, ale Wiktor wytrwał w tym postanowieniu. W 1921 roku oświadczył się Halszce i został przyjęty.

Ile przedstawień dało kółko teatralne, tego nie wiem, ale oboje, i Halszka, i Wiktor, w nich uczestniczyli i zachowały się fotografie.

Wspólne plany młodych narzeczonych nie wiązały się jednak z Zamościem. Oboje chcieli po ślubie wracać do Warszawy, gdzie mieli rodziny.


1 Janina Kowalska „Biała apaszka” rozdział „Torf”

Stuart 40

When my body won’t hold me anymore
And it finally lets me free
Will I be ready?
When my feet won’t walk another mile?
And my lips give their last kiss goodbye?
Will my hands be steady when I lay down my fears, my hopes, and my doubts?
The rings on my fingers, and the keys to my house
With no hard feelings?

Kiedy ciało przestanie mnie już trzymać
I w końcu będą wolny.
Czy będę przygotowany?

Na to, że nogi nie pokonają już ani mili?
A usta po raz ostatni pocałują kogoś na do widzenia?
Czy ręce nie będą drżały, kiedy odłożę już obawy, nadzieje i wątpliwości?
Zdejmę pierścionki z palców i odłożę klucze od domu
Czy zrobię to bez żadnych złych uczuć?

The Avett Brothers, No hard feelings

Joanna Trümner

Siostry

Siostra Briana – Jane z córką i Kate z partnerem i dwójką dzieci leciały z Abu Dhabi do Sydney tym samym samolotem. „Ta podróż to piekło”, przeklinała w duchu Kate, idąc z synem po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny lotu do toalety. Postanowiła, że następnym razem przyleci do brata sama – bez dzieci i bez Waltera. Jego rozdrażnienie wielogodzinną podróżą rosło z godziny na godzinę. „Jeszcze chwila, a wybuchnie i będę musiała go uspakajać”, westchnęła Kate, siadając.

Kilka rzędów za nią siedziała siostra Briana – Jane. I ona myślała, że następnym razem wybierze się do Australii sama, bez naburmuszonej córki i jej złego humoru, który zaczął się już w Londynie. Wspólna podróż do Sydney była prezentem Jane na dwudzieste pierwsze urodziny Stelli. „Kiedyś człowiek w jej wieku stawał się pełnoletni i odpowiedzialny za swoje życie”, pomyślała. Wspominając minione burzliwe lata, Jane miała nadzieję, że dzięki wspólnej podróży uda jej się znowu nawiązać kontakt z córką. Stella, jeszcze niedawno grzeczna, otwarta do ludzi i roześmiana dziewczynka z długim końskim ogonem, zmieniła się ostatnio w zbuntowaną, znudzoną, wyzywająco umalowaną młodą kobietę. Kobietę, która weszła na ścieżkę wojenną z całym światem, przede wszystkim z matką. Jane bała się zostawić ją w Londynie, bała się, że pozbawiona kontroli córka znowu się upije i zaśnie na ławce w parku lub nie będzie jej kto miał odebrać z posterunku. Ostatnie lata obu kobiet były pełne napięć, Stella z trudem skończyła szkołę i od trzech lat zarabiała na utrzymanie dorywczymi pracami w knajpach. Często wracała do domu wczesnym rankiem i spotykała w drzwiach wychodzącą do pracy matkę. „Dobranoc”, pozdrawiała matkę prowokacyjnie. „Twoje życie jest puste, nie masz żadnych zainteresowań, żadnych planów, żyjesz z dnia na dzień, zmień coś, zanim będzie za późno”, powtarzała córce. Ona w wieku Stelli miała za sobą rok studiów na prawie, starała się o roczne stypendium w Stanach i wiedziała, kim chce zostać. „Wiem, że jesteś idealna i święta, a moim ojcem jest duch święty”, odgryzała się Stella, nawiązując do wielkiej tajemnicy, którą otoczony był jej ojciec. „Nawet nie wiesz, jakie to bliskie prawdy” – myślała Jane. „Dlaczego, do diabła, rany zadawane przez własne dziecko bolą tak mocno? Może dlatego, że to pozostaje bez konsekwencji, bo cokolwiek by powiedziała lub zrobiła, to i tak jej wybaczę?”

Tym ważniejsze było dla niej spotkanie z bratem, pierwsze po ponad trzydziestu latach od dnia, kiedy Brian stał się persona non grata w rodzinnym domu, dnia, kiedy Brian powiedział ojcu, że jest homoseksualistą. Ojciec zamknął mu na zawsze drzwi rodzinnego domu, mówiąc: „W naszej rodzinie zwyrodnialców nie ma. Od dzisiaj do nas nie należysz”. W ciągu najbliższych kilku tygodni z domu zniknęły wszystkie przedmioty, mające jakikolwiek związek z Brianem. „Jakby go w naszym życiu nigdy nie było”, myślała Jane, przyglądając się tym zmianom i obiecywała sobie, że nigdy nie straci kontaktu z bratem.

Teraz, w drodze do Australii, przypomniała sobie tę daną przed laty obietnicę – obietnicę, której nie dotrzymała. Czuła się podle, bała się, że Brian może ją zapytać, dlaczego milczała, dlaczego nigdy nie spróbowała nawiązać z nim kontaktu – żyli przecież w jednym mieście, a mogłoby się wydawać, że dzieliły ich tysiące kilometrów lub kontynent. „Najważniejsze jest chyba to, że po tych wszystkich latach go znalazłam i że się zobaczymy, wyrzuty sumienia niczego już nie zmienią” – pomyślała i zapadła w głęboki sen, z którego obudziła się dopiero podczas lądowania w Sydney.

Na lotnisku Stuart z zaskoczeniem rozpoznał Briana w tłumie czekających na samolot z Abu Dhabi. Od powrotu Briana z wycieczki po Australii Stuart widział go tylko dwa razy.
W kilka dni po powrocie Brian wpadł do niego z kopertą pełną zdjęć, żeby opowiedzieć o podróży. „To była jedna z moich najpiękniejszych przygód w życiu”, zakończył. Z Briana promieniowały spokój i pogoda. Stuart zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę. „Może mi kiedyś sam opowie”, pomyślał, ciesząc się, że ma przed sobą człowieka, który pozbył się złych emocji i znalazł wewnętrzny spokój.

Brian postanowił, że zamieszka w Australii i wynajął dom na przedmieściu Sydney. Podczas kolejnej wizyty opowiedział Stuartowi, że poznał podczas podróży przyjaciela z Adelajdy i planują wspólną wyprawę do Azji. Po wyjściu przyjaciela Stuart długo rozmawiał z Sally o tych nowinach.

Podczas wspólnego czekania na przylot samolotu Brian opowiedział mu, że czeka na wizytę siostry, na pierwsze spotkanie po trzydziestu kilku latach i że bardzo chciałby na ostatnim etapie swojego życia odnaleźć rodzinę. „Trochę się obawiam”, zwierzał się Stuartowi. „Przecież ja nawet nie wiem, czy ją rozpoznam. Tak jak nie wiem, jakim jest człowiekiem i czy będziemy się rozumieli. Najważniejsze jest chyba, że mamy drugą szansę.”„Mówi o tym tak, jakby spotkanie siostry po ponad trzydziestu latach było najbardziej normalną i oczywistą rzeczą pod słońcem”, pomyślał Stuart.

Ich rozmowę przerwało wołanie Kate: „Tu jesteśmy!” Po chwili Stuart trzymał w ramionach siostrę, wkrótce potem dołączyły dzieci. Walter stał w odległości kilku kroków i przyglądał się rodzeństwu. Miał zagubioną minę, jakby zastanawiał się: „Po co ja tu jestem potrzebny?” Stuart podszedł do niego i podał mu rękę. W międzyczasie Kate rozpoznała w tłumie Briana. „W życiu się nie spodziewałam, że tu się spotkamy!”, powiedziała z radością i przedstawiła mu Waltera i dzieci – Laurę i Petera. Zajęty rozmową z Kate Brian nie od razu dostrzegł dwie kobiety, które weszły do hali w grupie ostatnich pasażerów. Szybko pożegnał się z rodziną Stuarta i ruszył w ich kierunku – nie miał wątpliwości, że jest to jego siostra z córką.

W godzinę później goście z Berlina siedzieli w domu i jedli przygotowaną przez Sally kolację. Sally i Kate od razu przypadły sobie do gustu. Po kolacji kobiety zaczęły wspólnie z dziećmi robić plany na pięć dni pobytu w Sydney. Mężczyźni przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu, wreszcie Walter powiedział: „Fajny dom jak na kogoś, kto nie pracuje, ja się w Berlinie nigdy takiego nie dorobię”. „Od miesiąca pracuję, mam zastępstwo w szkole”, odpowiedział Stuart. „Dlaczego mu się tłumaczę, to przecież nie jego sprawa”, pomyślał ze złością. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie polubić tego sztywnego i pozbawionego humoru człowieka, z którym Kate budowała wspólne życie.

W dwa dni później Stuart z Sally i Kate z rodziną odwiedzili Briana w nowym domu. Brian przedstawił im siostrę i jej córkę. Ta niebrzydka, młoda dziewczyna wyglądała na bardzo znudzoną pobytem w Sydney. Widać było, że wizyta młodych ludzi jest dla niej zaskoczeniem. Siostra Briana – Jane wyglądała znacznie młodziej niż Stuart ją zapamiętał z lotniska. „Tak wygląda ktoś, komu spadł z serca wielki kamień”, pomyślał Stuart. W chwilę później zobaczył, że Sally rozmawia ze Stellą.

Po odejściu gości Brian odetchnął z ulgą – usłyszał, że Sally umówiła się na jutro ze Stellą. „Dobrze byłoby, gdyby spędziła chociaż kilka dni z ludźmi w jej wieku”, pomyślał, wiedząc, że i on sam chętnie odpocznie przez kilka godzin od obecności wiecznie naburmuszonej siostrzenicy.

Pięć dni wizyty Kate z rodziną minęło bardzo szybko, w ostatni wieczór ich pobytu w Sydney Stuart siedział z Walterem nad mapą ich podróży po Australii, zaplanowali wyprawę od Sydney przez Melbourne legendarną Great Ocean Road do Adelajdy. Po raz pierwszy od przylotu rodziny Kate Stuart nie odczuwał niechęci do Waltera. Z rozmowy widać było, jak bardzo Walter myśli o wygodzie dzieci i Kate. „Nie muszę go lubić”, pomyślał Stuart, „ważne, że kocha moją siostrę, i że ona jest z nim szczęśliwa”.

Jane opowiedziała Brianowi o przejściach z córką. Przyznała, że zrobiła wiele błędów wychowawczych. W ciążę zaszła na ostatnim roku studiów, tuż przed egzaminem końcowym. Rodzice byli przeciwni urodzeniu dziecka, tym bardziej, że Jane nigdy nie zdradziła, kto był jego ojcem. „To był koszmar, do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się skończyć studia, urodzić Stellę i opiekować się nią przez kilka pierwszych miesięcy bez żadnej pomocy. Przez pierwszych kilka miesięcy mieszkałam u koleżanki, ta przyjaźń nie wytrzymała jednak nocnego płaczu dziecka. Musiałam szukać czegoś innego i wylądowałam w jednym z pierwszych domów dla samotnych matek w Londynie. Po roku zjawiła się matka. Zakochała się w Stelli od pierwszego wejrzenia i zaczęła namawiać mnie do powrotu do domu. Po wielu rozmowach z nią, a później z ojcem, zdecydowałam się wrócić do domu na kilka miesięcy, do czasu, aż znajdę pracę i mieszkanie. Z ‘kilku miesięcy’ zrobiło się pięć lat, w tym czasie zostałam zatrudniona w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się głównie prawem socjalnym. Dostałam tam działkę ‘samotnych matek’ i ich roszczeń w stosunku do mężów. Nasłuchałam się przez te lata strasznych historii – o przemocy, o uzależnieniach, o nieszczęśliwych, źle wykształconych i kompletnie zależnych od innych kobietach. Codziennie wracałam do pracy w przekonaniu, że w porównaniu z tymi życiorysami spotkało mnie wielkie szczęście – miałam bogatych rodziców, którzy mi pomagali, zdrowe dziecko, którym ktoś się zajmował, kiedy byłam w pracy, dom i niezłe wykształcenie. To dziwne, że to, czego my nie mamy, zawsze odbieramy jako wielkie nieszczęście i wymierzoną przeciwko nam niesprawiedliwość losu, ale kiedy naprawdę rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że innym ludziom brakuje jeszcze więcej i że walczą jeszcze bardziej dla siebie i swoich dzieci”.

„To duch święty ci nie pomógł?”, zapytał Brian z uśmiechem.

Cdn.

Szopa w salonie 19

Łukasz Szopa

Wzrostki gospodarcze

Miesiąc temu, pisząc o mniejszych lub większych absurdach statystycznych interpretacji kwestii ekonomicznych, wspomniałem tylko wstępnie o temacie najbardziej absurdalnym – tak zwanym „wzroście gospodarczym“ i jego niemalże dogmatyczno-religijnemu znaczeniu w dyskusjach i ocenach ekonomicznych.

„Wzrost gospodarczy“ rozumiany jest jako procentowa zmiana z roku na rok t.zw. produktu krajowego brutto (PKB). Z kolei sam PKB – lekko upraszczając – można liczyć na dwa sposoby: albo jako sumę dochodów wszystkich obywateli danego kraju, albo sumę ich wydatków (co w sumie, w tej uproszczonej wersji, powinno wyjść na jedno). Czyli jeśli weźmiemy sobie jakiś kraj, na przykład Albanię z roku 2016 – to było to 11,93 mrd. dolarów. Z kolei rok 2017 to już 13,00 mrd. – czyli wzrost w ciągu roku o prawie 9%. Świetnie, nie?

No niby tak, na pierwszy, pobieżny rzut oka. Gdyż należy wziąć pod uwagę kilka innych rzeczy. Pomijając kwestie nie-ekonomiczne jak zdrowie, bezpieczeństwo, wolność czy szczęście – gdyż całe to liczenie PKB opiera się na czysto materialistycznym założeniu, że „im więcej tym lepiej“. I, pamiętajmy, nie jest to dogmat typowo kapitalistyczny czy „neoliberalny“ – gdyż komuniści, od 1918 roku „goniąc zgniły Zachód“, też chwalili się „wzrostowymi“ danymi gospodarczymi – nawet jeśli by wierzyć w te ich statystyki. Ale dobrze, pozostańmy w dyskursie czysto materialistycznym.

Pierwsze „ale“ dotyczy poziomu, z którego startujemy, licząc roczny wzrost PKB, czy nawet licząc to w dekadach. Stąd wcale nie jest powodem do zmartwień, że wzrostu jaki zaliczyła Albania – nie zaliczyły ani najsilniejsze w Europie ekonomicznie Niemcy, ani bogata w oszczędności swoje i cudze Szwajcaria, ani niskopodatkowa Irlandia, ani żyjąca z zasobów naturalnych Rosja. I tak dalej. Kto startuje z gorszego pułapu gospodarczego (w co warto wliczyć istniejącą infrastrukurę, poziom edukacji, system opieki społecznej czy zdrowotnej), łatwiej „rośnie“, niż ktoś już „na topie“. Tym bardziej, że nie żyjemy w czasach kolonializmu, gdzie kilku „już wcześniej silnych“ (Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Holandia) rosło szybciej – bo wykorzystywali „mniejszych“. Teraz wykorzystywanie też istnieje, lecz wbrew propagandzie niektórych lewicowców – kraje mniejsze wcale na tym nie tracą.

A bierze się to z dwóch następnych „ale“. Fajny taki „wzrost gospodarczy“, lecz dotyczy on… całego kraju, jako sumy dochodów wszystkich obywateli. Nie mówi jednak nic o podziale tych dochodów. Czyli w kraju, gdzie 95% procent dalej żyje w biedzie, i zarabia po kilkanaście dolarów miesięcznie, a pozostałe 5% nie tylko zarabia miliony na miesiąc – ale i wzrost dotyczy głównie ich dochodów – statystyka wykaże kilkuprocentowy wzrost, jednak… wcale nie oznacza to, że się w kraju tym dobrze dzieje. Stąd przykład odwrotny: w roku 2007 i 2008, czyli zaraz po „kryzysie finansowym“, okazało się w USA jak i w Niemczech, że różnice ekonomiczne w tych krajach spadły – czyli że niby lepiej. No tak, gdyż w krótkim okresie najbogatsi stracili dużo więcej niż ci biedniejsi i klasa średnia – bo spadła wartość ich pakietów akcyjnych czy padły banki z ich oszczędnościami. A żebrak, który nic z tego nie miał, statystycznie nie stracił nic. (A że sobie odrobili to w następnych latach, tego już w tej pierwszej statystyce widać nie było…).

Następne „ale“, połączone z poprzednim, to inflacja: Bo jeśli w jakimś kraju wzrost liczy się nominalnie, czyli nie odliczając inflacji, a więc straty wartości pieniądza, to wzrost realny może okazać się dużo mniejszy. Cóż z tego, że kraj ma wzrost gospodarczy, powiedzmy, 5%, gdy inflacja wynosi 10% rocznie? Wtedy wzrost nominalny oznacza realny spadek. Tak było w Polsce czy Rosji w latach 90, a jest obecnie w Wenezueli: jeśli nie liczymy wzrostu po odliczeniu stopy inflacji, to jest to absurdem.

Dlatego też pewnie Albania chętnie wykazuje swój wzrost PKB w dolarach. To całkiem niegłupie – ale i tu pytam, czy odliczyli inflację dolara w danym roku?

No i pojawia się kwestia inna – dewaluacja rodzimej waluty. Bo jeśli nawet Albania wzrosła dolarowo o 9%, to jednak ich własna waluta w tym czasie straciła do tego dolara powiedzmy 7% – i wtedy pozostaje nam malutki wzrost, dla przeciętnego Albańczyka, zarabiającego, wydającego i oszczędzającego nie w dolarach, a w rodzimej walucie wrącz niezauważalny. A jednak czasem i on musi zakupić towar z importu, i wtedy – boli.

Z Albanii przenieśmy się do Indii. Tu też co roku niezły wzrost gospodarczy. Pomińmy tym razem inflację i dewaluację, zajmijmy się tylko podziałem dochodów. Ale nie między „bogatych“ i „biednych“, a – na głowę. Bo Indie należą do krajów o największym na świecie wzroście… ludności. Czyli, jeśli w danym roku wzrost gospodarczy wyniósł powiedzmy 6%, a wzrost ludności 3%, to… na głowę jednak jest to wzrost o połowę mniejszy!

A teraz kwestie już mniej statystyczne, choć – niestety – nadal pozostajemy w sferze czysto materialnej. I dla przykładu odejdę od modelu całego kraju, gdyż PKB można tak samo liczyć i interpretować, gdy za przykład bierze się małą jednostkę ekonomiczną, wioskę, rodzinę, czy nawet żyjącego samotnie osobnika.

Który to osobnik, przyjmijmy, w roku 2017 uzyskał dochody o 10% większe niż w w roku 2016! (Przy zerowej inflacji i stałej walucie, a że jest w tym modelu jeden jedyny, nie było ani wzrostu populacji, ani różnic w dochodach – no bo jest tylko on jeden). Czy cieszyć się z tych 10%. Może tak. Ale nie, jeśli w tym samym czasie wydał całe swoje oszczędności – obojętnie czy w złą inwestycję gospodarczą jak kupno 50 hektarów ziemi i zasianie tam herbaty indyjskiej (a mieszka na Podhalu), czy wydając wszystko w kasynie z Zakopanem. No i ma teraz olbrzymie długi.

Z kolei jego sąsiad może w tym roku zarobił o 0% więcej niż w poprzednim (czyli dokładnie to samo), ale dobrze mu z tym: długów nie ma, a nawet dostał od wujka w spadku wart ileśtam tysięcy grunt pod parking. No i kto z tych dwóch miał ekonomicznie lepszy rok?

A tu właśnie problem, że „wzrost gospodarczy“ nie bierze w ogóle pod uwagę stanu kapitałowego (obojętnie czy to konto w Szwajcarii czy stodoła w Poroninie) ani długów.

Dlatego też mamy czasem tak absurdalne – choć ludzko tragiczne – sytuacje, że „wzrosty gospodarcze“ po katastrofach naturalnych (huragany, powodzie), podobnie zresztą jak po wojnach, są w pierwszych latach wyjątkowo pozytywne. To w sumie oczywiste: pułap znów niski, kosztów tego co stracone PKB nie zawiera – a wręcz przeciwnie: zadłużamy się (jako państwo czy jako rodzina), by odbudować co zniszczone, wydajemy pieniądze szybciej i więcej niż „normalnie“ – i PKB sobie rośnie!…

Na koniec powróćmy do kwestii najważniejszej, bo podstawowej: czy wzrost PKB – czy to na całą planetę, cały kraj, region, wioskę, rodzinę, czy samotną osobę – naprawdę daje korzyści większe i inne niż materialne?

Weźmy jako trzeci przykład panią Ewelinę, sąsiadkę podhalańską obu wyżej wymienionych panów. Przyjmijmy, że pani Ewelina ma z roku na rok nie tylko coraz większe dochody, ale i wydatki (ale się nie zadłuża, wychodzi więc pod koniec roku przynajmniej na zero). Pierwsza kwestia – pani Ewelina zarabia na życie jako „konsultantka“ w handlu bronią, dostając jakiś tam procent od zamówienia. Nie tylko dochody ze sprzedaży broni, ale i wszelkie prowizje, a i sama produkcja wpływają pozytywnie na PKB. Ale już samo użycie tej broni – czy to „tylko“ w niszczeniu infrastuktury (choćby i innej broni, którą ktoś inny z kolei wyprodukował, sprzedał, sprzedał dalej, dostał prowizję itp.), ale i mostów, domów, wodociągów – naprawdę pozytywnie na cokolwiek wpływa? Obojętnie w jakim kraju? Nie mówiąc o niszczeniu zdrowia i życia ludzkiego? No i weźmy i wydatki pani Eweliny: wydaje co roku coraz więcej na wyposażenie swojej willi w Bukowinie Tatrzańskiej, coraz to piękniejsze drzewka, tryskające fontanny, marmury, alarmy, bramy elektroniczne, podobnie w samym domu: sprzęt HiFi, mahoniowe meble, luksusowe samochody, wycieczki na Seszele, kosztowne imprezy dla 150 osób, gdzie sam catering pochłania tysiące złotych. Czy jest przy tym szczęśliwa? Może tak. Ale czy jest bardziej szczęśliwa poprzez to, że wydaje więcej? Czy zamiast zaprosić 150 osób – nie byłoby lepiej zaprosić „tylko“ 15 przyjaciół? I zamiast orkiestry – jednego kumpla z gitarą? Zamiast krabów i kawioru – kiełbachy na ognisku? I zamiast kilku wynajętych toyboyów na nockę poimprezową – nie milej spędzić kilku godzin na sianie w stodole z panem Kazikiem zza miedzy – albo z jednym z sąsiadów? I – czy sama czy z Kazikiem – dozna więcej przyjemności zwiedzając Tatry Porsche Cayenne, czy jednak piechotą czy rowerem?

Ale i tu, obawiam się, w podejściu niby nie-materialnym, nie tylko pani Ewelina może wpaść w inną – i wielu homo sapiensom nie obcą – pułapkę takiego „chcę więcej“ czy „co więcej – to lepiej“. Bo i całkiem zapominając o dochodach i wydatkach może będzie co roku, po imprezie, porównywać: czy tym razem imprezowaliśmy dłużej niż rok temu (wzrost!?), czy całowałam się za szopą tylko z dwoma, a rok temu z trzema amantami (wzrost?!), czy piosenek było naprawdę więcej niż rok temu, i czy kac dłużej dawał o sobie znać dnia następnego? Czy zaliczyliśmy więcej szlaków turystycznych i wzniesień – obojętnie jakiego rodzaju?…

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (10)

Dariusz Kacprzak

Max Liebermann, Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego

Autora dzieła, które jest tematem obecnego, dziesiątego już odcinka cyklu pośwęconego przyjemności patrzenia na dzieła sztuki, przedstawiać szczególnie nie trzeba – to Max Liebermann – malarz, grafik, rysownik, należący do najwyżej cenionych twórców w kanonie sztuki niemieckiej. W 1897 roku, w pięćdziesiątą rocznicę urodzin artysty, odbyła się pierwsza zorganizowana przez Królewsko-Pruską Akademię Sztuk Pięknych w Berlinie wystawa jego prac, malarz otrzymał wówczas także złoty medal, tytuł profesora i został członkiem akademii. Jako pięćdziesięcioczterolatek doczekał się pierwszego opracowania swej twórczości – w 1911 roku w prestiżowej serii Klassiker der Kunst ukazała się monografia autorstwa Gustava Pauliego. Z okazji siedemdziesiątej i osiemdziesiątej rocznicy urodzin artysty odbyły się kolejne retrospektywne wystawy jego dzieł w Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której w latach 1920–1932 sprawował funkcję przewodniczącego, a następnie funkcję honorowego przewodniczącego. W 1933 roku złożył urząd w akademii w rezultacie narastającego antysemityzmu i postępującej faszyzacji Niemiec.

Zarówno w swoich obrazach, jak i pracach graficznych interesował się zmieniającą się naturą, zręcznie odtwarzał efekty światła przedzierającego się przez listowie, słonecznego światła holenderskich plaż, celował w oddawaniu za pomocą szybkich, nerwowych dotknięć pędzla najbardziej ulotnych przejawów obserwowanego ruchu. Jako grafik uprawiał techniki metalowe i litografię, jego dorobek w tej dziedzinie liczy blisko 500 plansz wyróżnających się kunsztem i biegłością warsztatową.

Graficzny portret przedstawia ukazanego w profilowym popiersiu, dojrzałego mężczyznę o wysokim czole, mocno wysuniętej brodzie, z krótkimi wąsami, noszącego binokle. Ubrany w koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i garnitur model, sportretowany został w chwili skupienia i namysłu, z wnikliwym spojrzeniem skoncentrowanym zapewne na jakimś przedmiocie, który jednak znalazł się „poza ramą” kompozycji. W ten sposób Max Liebermann utrwalił wizerunek swego przyjaciela – Wilhelma von Bodego (1845–1929). To znany historyk sztuki, znawca malarstwa holenderskiego, który w latach 1906–1920 piastował stanowisko dyrektora generalnego muzeów berlińskich. Wkrótce po śmierci badacza ukazały się jego dwutomowe wspomnienia, będące nie tylko autobiograficznym szkicem do portretu, swoistym rejestrem dorobku, ale także interesującym przyczynkiem do badań historii berlińskiego muzealnictwa i kolekcjonerstwa.

Liebermann parokrotnie portretował Wilhelma von Bodego, z którym znał się od młodości, gdy obaj uczęszczali na lekcje rysunku u Karla Steffecka. Bode darzył malarza uznaniem, o czym może świadczyć fakt, że kiedy zapytano go, kto ma wykonać portret do jego dyrektorskiego gabinetu w gmachu Neues Museum, natychmiast wystrzelił, „jak z pistoletu” – Liebermann. W zbiorach berlińskiej Starej Galerii Narodowej znajduje się portret olejny Bodego z 1904 roku autorstwa Liebermanna, pochodzący z dawnych zbiorów Muzeum Cesarza Fryderyka. Nieco inny nabyty został do tychże zbiorów w 1960 roku. Oba przedstawiają historyka sztuki w w półpostaci, w pozycji siedzącej, z trzymaną w ręku książką. Postać Bodego, który siedzi w pracowni i trzyma w ręku statuetkę, przedstawia również powstały w 1890 roku rysunek czarną kredką z refleksami światła naniesionymi kredką białą, znajdujący się dziś w zbiorach prywatnych. Wreszcie przy tej okazji należy wspomnieć o litograficznym portrecie Bodego z 1909 roku. Prace nad płytą artysta rozpoczął w 1914 roku i już wówczas powstały odbitki pierwszych stanów. Odbitki ryciny „stanu ostatecznego”, V, zostały wykonane na zamówienie oficyny E. A. Seemanna – wydano je w 1915 roku w liczbie 30 sygnowanych i numerowanych egzemplarzy. Wkrótce, po drobnych retuszach i korektach płyty, zwłaszcza w partii kości policzkowej i w obrębie oka, kompozycja ukazała się w formie niesygnowanych odbitek stanu VI. Zostały one opublikowane w „Zeitschrift für bildende Kunst” w 1915 roku. Praca, odmiennie niż w dotychczas wspomnianych wizerunkach, ukazuje Wilhelma von Bodego w prawym profilu. W nazwisku pojawia się “von”, gdyż Bode w 1914 roku uzyskał tytuł szlachecki.

Warto przywołać tutaj trzy rysunki z 1914 roku, które można uznać za szkice przygotowawcze do kompozycji graficznej (dwa w niemieckich zbiorach prywatnych, trzeci w zbiorach Hamburger Kunsthalle w Hamburgu).

Przypominając przyjaźnie Liebermanna z berlińskimi historykami sztuki należy przypomnieć także Maksa Jakoba Friedländera, którego portret Liebermann wykonał w 1927 roku. W następnym roku powstał portret Cornelisa Hofstedego de Groot, dyrektora Gabinetu Rycin w amsterdamskim Rijksmuseum. Zapewne znajomości i przyjaźnie w kręgu historyków sztuki nie pozostały bez znaczenia dla zgromadzonej przez Maksa Liebermanna imponującej prywatnej kolekcji dzieł innych malarzy. W salonach Marthy i Maksa Liebermannów, w domach zarówno przy placu Paryskim, jak i w Wannsee, wisiały prace Rembrandta van Rijn, Carla Blechena, Adolpha Menzla i Franza Krügera, a także współczesnych Liebermannowi kolegów z Francji – Paula Cézanne’a, Edgara Degasa, Henri de Toulouse-Lautreca czy Édouarda Maneta.

 

 

 

 

 

 


Max Liebermann (1847 – Berlin – 1935), Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego, 1914–1915, akwaforta, sucha igła, gruby papier czerpany, 24 x 18,8 cm (43 x 32,2 cm), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak