Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU i TU), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przywoływane tu fragmenty przeczytać jeszcze raz…
Janina Kowalska
Wspomnienia o mojej mamie – po ślubie
Ślub Haliny i Wiktora odbył się 9 sierpnia 1922 roku w pięknej katedrze zamojskiej. Wiktor był jeszcze w mundurze, a po wyjściu z Katedry młodzi przeszli pod skrzyżowanymi szablami oficerskimi. Wiktor wystąpił z wojska, a Halszka wymówiła pracę w szkole i wyjechali do Warszawy. Rodzina Wiktora zaakceptowała Halszkę, i zaproponowała im zamieszkanie w wielkim rodzinnym mieszkaniu, ale młodzi małżonkowie chcieli być samodzielni i wynajęli sobie pokój sublokatorski. Oboje znaleźli pracę, Halszka w Warszawskiej Informacji Prasowej, która redagowała wiadomości dla różnojęzycznych wydawnictw. Halina była w redakcji rosyjskiej, gdzie redagowała wiadomości i pisała je na maszynie z alfabetem rosyjskim. Wiktor zaś pracował jako elektryk w firmie, która montowała radia, projektory filmowe i nagłaśniała duże pomieszczenia.
Mieszkali w sublokatorskim pokoju, ale byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu Wiktora na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, lub żeby skorzystać z nowoczesnej łazienki. Na zorganizowanie własnego mieszkania czekali, aż Halszka zajdzie w ciążę i pojawi się dziecko. Czekała na to cała rodzina.
W lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojówka, żeby pilnować dobytku.
W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że oni mogą pilnować mieszkania. Nie zamierzali nigdzie wyjeżdżać, bo lato to najlepszy czas do gry w tenisa, a oboje z zapałem oddawali się tej grze. Pokojówka dostała urlop i młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.
W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.
Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.
Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.












O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.
Z dat śmierci obu młodych kobiet wynika, że nagrobek powązkowski powstał dużo wcześniej niż francuski. Należy jednak pamiętać, iż nieczęsto pomnik cmentarny wystawiano wraz ze zgonem danej osoby, zwłaszcza jeśli pomnik zamawiano u popularnego rzeźbiarza. Tym niemniej, jak pokazuje powyższa fotografia, zamieszczona na łamach “Świata” w roku 1913, miejsce spoczynku Lusi Raciborowskiej otrzymało już wtedy godną oprawę. Zapewne również pomnik Janiny z Jełowickich Lewandowskiej powstał przed 1914 r., gdyż działania wojenne raczej uniemożliwiłyby transport dzieła z Mediolanu do Menton. Chociaż, kto wie?

Zgodzono się na Helena Franciszka i tak zapisano w aktach, i to był jedyny dzień, kiedy mówiono o niej Helena, bo potem już zawsze nazywano ją Halina, Halinka, Halusia, Halszka, ale nigdy nie Helena.
Kiedy Halina miała 6 lat, jej matka zmarła i czterdziestokilkuletni ojciec został sam z czwórką dzieci. Mama moja nigdy nie chciała rozmawiać o tej tragedii, musiała to ciężko przeżyć. Rodzina była zasobna, w domu była służba, ale to nie mogło zastąpić małemu dziecku matki.
W Koninie Halina zetknęła się z Polską Organizacją Wojskową znaną powszechnie jako P.O.W., wstąpiła do tej organizacji, przyjęła pseudonim Topola, bo była wysoką i smukłą dziewczyną. Przeszła przeszkolenie wojskowe, a doświadczenia z harcerstwa nauczyły ją, że dla sprawy trzeba walczyć. P.O.W. powstało w 1914 roku w zaborze rosyjskim i stopniowo obejmowało wszystkie zabory. Miało na celu odzyskanie niepodległości przez Polskę, szkoliło kadry wojskowe i gromadziło broń.
W kasynie oficerskim w soboty odbywały się wieczorki taneczne. Halina bardzo lubiła tańczyć i pod opieką brata chodziła na te wieczorki. W kasynie bywała nie tylko młoda kadra oficerska, ale i starsi stopniem oficerowie, najczęściej z żonami. W tej sytuacji obowiązywał rygor oficerski. Zainicjowano tam teatr amatorski, który przygotowywał i wystawiał na scenie różne skecze i komedie. Do tego kółka amatorskiego przystąpiła i Halszka. Tam poznała młodego podporucznika, Wiktora, który spodobał się jej, a ona jemu. Miała jednak opory i zastrzeżenia, że jej wybranek za dużo pije alkoholu, a ona z pijakiem nie chce mieć nic do czynienia. Zakochany Wiktor przyrzekł jej uroczyście, że ograniczy picie do minimum i nie będzie się upijał. Nie bardzo wierzyła w takie przysięgi i nadal trzymała go na dystans. Wiktor zupełnie przestał pić i nie spotykał się z pijącymi kolegami. Halszka obserwowała tę przemianę ze zdziwieniem, ale Wiktor wytrwał w tym postanowieniu. W 1921 roku oświadczył się Halszce i został przyjęty.
Ile przedstawień dało kółko teatralne, tego nie wiem, ale oboje, i Halszka, i Wiktor, w nich uczestniczyli i zachowały się fotografie.