Halszka (5)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – życie po wojnie

(Uwaga fragment tego wpisu już TU publikowałam)

Wszyscy martwili się o to, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali obaj wujkowie i ciotka, została zamknięta. Co prawda mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra „waluta”, za którą od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się jakoś z nim skontaktować, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego mama oznajmiła, że pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy zastanawiali się, w co ma się ubrać, żeby w tej drodze nie zamarzła.

Wyszła z domu o świcie ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę założoną na głowę i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, „na nos”, no i „koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam. Mama znała język rosyjski, ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Halszka będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła po tygodniu, bardzo zmęczona, ale cała i zdrowa. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych przez Niemców z Warszawy i okolic. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się same, a czasem ona, machnięciem ręki, je zatrzymywała.

Ryszard oniemiał prawie, widząc Mamę w drzwiach swojego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata temu. Radość z tej wizyty była ogromna, ale i zdziwienie, że taką drogę przebyła w tak mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła z powrotem i dotarła do Żyrardowa w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, który prowadził zatrzymaną przez nią ciężarówkę. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on po chwili rozmowy przestraszony zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polaków i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia znają ten język. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak, że zboczył z drogi i podwiózł mamę pod sam Żyrardów. Mama spytała go, czy nie będzie miał kłopotów, że jedzie nie tą drogą, którą mu kazano, ale ją uspokoił mówiąc, że w zimie drogi są zawiane śniegiem i trzeba jechać tak, żeby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek przebyła piechotą, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak pomyślnie się kończy.

To była ostatnia odważna eskapada Halszki. W maju skończyła się wojna, w końcu maja wrócił z obozu ojciec, zdrowy i cały. Na jego widok Halina zasłabła, a wracający szczęśliwie mąż chwycił w ramiona mdlejącą żonę. Po okresie powitań i opowiadań Halina oddala całą inicjatywę w ręce Wiktora i odsunęła się w cień.

Ja twierdzę, że każdy człowiek ma w sobie pewien zasób energii, odwagi, inicjatywy i jeżeli je zużyje, już ich odnowić nie może. Te zasoby są różnej wielkości u różnych osób, ale u wszystkich są nieodnawialne. Halszka wszystkie te zasoby miała w nadmiarze, ale warunki życiowe i historyczne zmusiły ją do całkowitego ich zużycia i nic jej nie pozostało. Stała się innym człowiekiem.

O tym innym człowieku będę pisać dalej, ale już nie będę używać imienia Halszka, bo to imię pasuje do tej przebojowej kobiety, którą była. Teraz będę pisać nazywając ja pięknym określeniem Matka, mama.

Po wojnie zmieniła zawód, już nie mogła być nauczycielką, bo nie miała na to siły. Ryszard nauczył ją prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli księgowości.

Ten zawód pasował do jej nowej osobowości – spokojne i systematyczne wpisywanie cyferek w odpowiednie rubryczki i pilnowanie, żeby wszystko się ze sobą zgadzało. Jako księgowa pracowała przez dziesięć lat w różnych instytucjach, wszędzie była lubiana i garnęły się do niej młodsze osoby, często też okrutnie doświadczone przez wojnę. Cały czas prowadziła dom, przyjmowała gości, chodziła z ojcem do kin, do teatrów. Często pomagała ludziom, opiekowała się tymi, którzy tej opieki potrzebowali, lubiła ludzi i otaczała się nimi, sama od życia nie wymagała wiele. Stale znajdowała sobie temat do martwienia się o coś lub o kogoś. Była skrajną pesymistką, choć losy jej życia raczej napawały optymizmem, z tylu opresji wyszła zwycięsko, ale musiała się czymś martwić.

Każdego wychodzącego z domu, pytała kiedy wróci i bardzo się denerwowała o każde nawet minimalne spóźnienie.

Po skończeniu 50 lat coraz częściej chorowała, przy jakimś rutynowym badaniu wyszło na jaw, że ma zaawansowaną cukrzycę. Leczenie było trudne, bo cukrzyca była insulinooporna, ustawienie dawek insuliny musiało się odbyć w szpitalu, gdzie leżała ponad dwa tygodnie. Dostawała bardzo duże dawki, które wydalała, do domu wypisano ją z zaleceniem dwóch zastrzyków dziennie. Cukrzyca działa destrukcyjnie na wiele narządów. W rezultacie mając 57 lat Mama musiała przestać pracować i przejść na rentę inwalidzką. Taką ciężką cukrzycę spowodowały, najprawdopodobniej, ciężkie przejścia wojenne.

Mama zawsze była krótkowidzem, po kilku latach choroby miała już ponad 50% utraty wzroku. W domu nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy (pamiętamy jak negatywnie była nastawiona do okularów). Nie umiała jednak schodzić po schodach w okularach, zakładała je dopiero na zewnątrz, chodziła już wówczas z laską i może to laska dawała jej pewność stąpania. Miała nagłe skoki ciśnienia i w 65 roku życia doszło do wylewu krwi do mózgu. Nastąpił paraliż lewej nogi i ręki. Chorobę znosiła cierpliwie i z rezygnacją. Co dzień przychodziła rehabilitantka, która ćwiczeniami uruchomiała bezwładne kończyny. Po prawie roku ćwiczeń i fizykoterapii bezwład ustąpił.

W latach pięćdziesiątych nasze mieszkanie zaczęło „pęcznieć”. Najpierw ja wyszłam za mąż i wprowadziłam do domu męża, a później urodziłam w odstępie półtora roku dwie córki. Oboje rodzice bardzo się cieszyli z wnuczek i byli dumni, że zostali dziadkami. Mama, w miarę swoich możliwości fizycznych, pomagała nam przy dzieciach.

Nie lubiła opuszczać na dłużej domu, z trudem udawało się ojcu i nam namówić ją na urlop nad morzem, ale przywykła do tych wyjazdów, w to samo miejsce i do tego samego gospodarza w Kuźnicy na półwyspie helskim.

Każde święta gromadziły u nas rozproszoną po Polsce rodzinę. W 1962 roku zbliżała się 40 rocznica ślubu rodziców. Mama wtedy powiedziała, że do złotego wesela (50 lat) to ona nie dożyje, wobec tego postanowiła zaprosić gości na czterdziestolecie i zrobić wystawne przyjęcie. Tak się też stało, jak powiedziała.

Po 15 latach naszego małżeństwa i mieszkania we wspólnym mieszkaniu z rodzicami, dostaliśmy, kilka przystanków dalej, nasze pierwsze samodzielne mieszkanie. Córki kończyły już szkolę podstawową, więc czas był się wyprowadzić. Mama kiedy ją, dużo wcześniej, uprzedziłam, po prostu się na nas obraziła, była nawet uszczypliwa, mówiąc o tym. My jednak rozumieliśmy te obawy, bo widzieliśmy jakie postępy robi choroba.

W 1971 roku nastąpił drugi wylew o wiele większy niż poprzedni, trzeba było oddać mamę do szpitala, gdzie nie odzyskawszy przytomności po 24 godzinach zmarła, 13 lutego 1971 roku. Miała 72 lata.

Tak się zakończyła historia życia kobiety, która przeżyła dwie wojny – przeżyła je aktywnie i żadne z doznanych trudności i cierpień nie zdołały zgasić w niej płomienia miłości do Ojczyzny.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.