Zaklinanie deszczu 1

Ewa Maria Slaska

No cóż, właściwie to dziwne, że szamani, supliki i inne rodzaje zaklinania deszczu pojawiły się dopiero teraz, choć upały zaczęły nas dręczyć już w maju, a gorąco było nawet w kwietniu. Koleżanka powiedziała mi niedawno, że słyszała w radiu (niemieckim!) szamankę zaklinającą deszcz…

A jak się zaczęło, to spróbuję i ja trochę pozaklinać deszcz… Dziś 15 sierpnia, cud nad Wisłą, święto kościelne, ale i znacznie dawniejszy magiczny dzień, dobry do różnych guseł – pełnia lata.

W taki dzień i suplika skuteczniejsza…

Suplika to dawny grecki trisagon – trójlinijkowe wezwanie do Boga
Agios o theos, agios ischyros, agios athanatos, elejson imas

czyli

Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami.

I dalej:

Od zarazy, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas, Panie.

Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas, Panie.

My grzeszni, Ciebie, Boga, prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.

Abyś nas do prawdziwej pokuty przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś ludowi swemu pogody (deszczu, pracy i chleba, pokoju, zdrowia) udzielić raczył, prosimy Cię, Panie.

Abyś lud swój od pijaństwa zachować raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś wszystkich chrześcijan do jedności w wierze świętej przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Jezu, przepuść. Jezu, wysłuchaj. O, Jezu, Jezu,
Zmiłuj się nad nami.

Matko, uproś. Matko, ubłagaj. O, Matko Boska,
Przyczyń się za nami.

Wszyscy Święci i Święte Boże,
módlcie się za nami


Za nic nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy, ale wiem, że sama uczestniczyłam kiedyś w modlitwie o deszcz, odmawianej na skraju wyschniętego na popiół pola… Robiło wrażenie. Wiem, jestem człowiekiem nowoczesnym, też bym wolała, żeby w Polsce były deszczownice niż supliki, ale nic nie poradzę – robiło wrażenie.

Humanistom starej daty ta suplika wydaje się dość skromna, a wszystko oczywiście przez słynny hymn Jana Kasprowicza, gdzie są i takie strofy jak ta:

Niechaj rozszarpią na strzępy,
na krwawe szmaty
łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!
Dlaczego moje–li wargi
mają wyrzucać krwawą pieśń?!
Płacz ze mną!
Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
choć żar południa pali się w przestworze?…
Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
ku tym pochyłym krzyżom,
którym na czarne ramiona
kracząca siada wrona
i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Niech głuche żale nie głuchną!…
Idź ze mną!
(…)

O dzwonu łkające prośby!
O szumie więdnących drzew!
O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!…

Jutro zaklinania ciąg dalszy, ale uwaga – ten wpis to najmocniejsze zaklinanie deszczu, jakie w ogóle istnieje. Przygotowywałam go 9 sierpnia i skończyłam go pisać o godzinie 22. I w Berlinie właśnie zaczęła się burza!

(Anty)Barataria 78

Lech Milewski

Trzy tygodnie temu, w pierwszym odcinku tej serii – KLIK – rozstaliśmy się z Irlandią w krytycznym momencie. Wnuczka Noego, Cesaire, która zamierzała tu zamieszkać, umarła ze zgryzoty. Jej mąż przeżył potop, ale jako łosoś.
Co dalej?

Kolejni ludzie dotarli do Irlandii po zakończeniu ery lodowcowej. Historia Irlandii rozpoczyna się jednak od Celtów, którzy przybyli tu z Galii – Francja i północna Hiszpania.
Na marginesie wspomnę, że za kolebkę Celtów uważa się tereny między obecnymi Czechami a Renem. Było to bardzo wojownicze plemię, które w III wieku p.n.e. wdarło się do Macedonii i Grecji (pokonali Greków pod Termopilami – to nie pomyłka) i ostatecznie osiedlili się w Azji Mniejszej, na terenach obecnej Turcji, gdzie nadano im nazwę Galatów (to u ich potomków przebywał w niewoli pan Zagłoba).

Koniczyna

Społeczeństwo celtyckie składało się z trzech warstw – rolników, wojowników i kapłanów.
Kapłani byli warstwą najwyższą, wyróżniano wśród nich trzy grupy – Bardów (poetów i śpiewaków), wieszczów (badaczy przyrody) i najwyższą grupę – druidów (uczonych posiadających wiedzę o gwiazdach, świecie, ziemi i bogach).
To druidowie uznali koniczynę za świętą roślinę, która odpędza złe duchy. Stała się ona godłem Irlandii.

Z nielicznych źródeł wynika, że kobiety miały prawa zbliżone do męskich. Tacyt wspomina, że celtyckie kobiety uczestniczyły w bitwach i zajmowały dowódcze stanowiska w armii.

Do tego momentu mogłem sobie marzyć, że właśnie tutaj znajdowała się Barataria, ale zbyt mało danych, aby to potwierdzić i zbyt wiele przeciwieństw losu, aby to trwało wystarczająco długo.

W XII wieku Irlandię najechali Normanowie i od tego czasu zaczęły się bliskie kontakty z Anglią. Krytycznym momentem była kolonizacja Irlandii przez Anglików, która rozpoczęła się w XVI wieku. Nazywało to się – Plantations of Ireland – a polegało na zabieraniu siłą ziemi Irlandczykom i przydzielaniu jej przybyszom z Anglii.

Jednym z takich przybyszów był Jonathan Swift, ojciec interesującego mnie Jonathana.
Jonathan Swift junior urodził się w listopadzie 1667 roku w Dublinie. Ojciec zmarł 7 miesięcy przed urodzinami jedynego syna. Przyczyną śmierci był syfilis, którym się zaraził od brudnej pościeli

Dygresja.
Syfilis od brudnej pościeli.

Diagilew

Zastanowiło mnie, że 150 lat później, w XIX-wiecznej Francji, choroba ta dotknęła wielu artystów – Gustave Flaubert, Charles Baudelaire, Guy de Maupassant, Eduoard Manet, Henri de Toulouse Lautrec, Paul Gaugin.
Jakaś zmowa w pralniach?
Przeczytana nie tak dawno obszerna biografia Siergieja Diagilewa skierowała mnie jednak na inny trop.
Gdy Siergiej ukończył 17 lat, jego ojciec – Paweł – miał do wykonania poważny ojcowski obowiązek – zapoznać młodzieńca z tajemnicami seksu.
Paweł Pawłowicz Diagilew ze zdumieniem stwierdził, że od czasu jego młodości nastąpiła istotna zmiana – w Rosji zniesiono feudalizm (1863 rok).
Co to ma do rzeczy?
Wiele, zamiast jak to kiedyś bywało, upatrzyć dla syna jakąś zdrową dziewoję i kazać jej ojcu lub mężowi, aby ją przysłał do dworu na specjalne usługi, ojciec musiał teraz zaprowadzić syna do burdelu.
Tak też zrobił ojciec Siergieja.
Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania. Po pierwsze Siergiej nabrał obrzydzenia do seksu z kobietami, po drugie zaraził się syfilisem.
Sprawdziłem daty – w Anglii feudalizm zlikwidowano w połowie XVII wieku, we Francji – w wyniku Rewolucji Francuskiej.
Jonathan Swift senior, Flaubert i inni dobrze wpisują się w ten scenariusz.

A Polska? Czy jakiś sławny Polak miał syfilis?
Zacznijmy od podstaw.
Zabór rosyjski. Rząd carski zlikwidował feudalizm w Królestwie Polskim w 1864 roku.
Zabór austriacki. Następca Marii Teresy, cesarz Józef II, był człowiekiem Oświecenia, reformatorem. Jedną z jego reform było zniesienie feudalizmu w cesarstwie austrackim. Było jednak kilka wyjątków – między nimi Galicja, gdzie opór był tak wielki, że sprawę odłożono na później.
Idąc tym tropem znalazłem – Stanisław Wyspiański.
Czy jego małżeństwo z chłopką i fascynacja weselem poety i chłopki nie były odbiciem tęsknoty za dawnymi czasami i obyczajami?

Koniec dygresji

Pierwsze trzy lata Jonathan spędził pod opieką mamki i w tym okresie nauczył się czytać Biblię. W międzyczasie jego matka wróciła do Anglii, a opiekę nad nim przejął wujek – Godwin Swift. Wysłał on bratanka do szkoły a następnie na uniwersytet w Dublinie.

Jeszcze przed ukończeniem studiów Jonathan przeniósł się do Anglii, gdzie matka załatwiła mu posadę sekretarza u Sir Williama Temple, emerytowanego dyplomaty. Jonathan zyskał zaufanie swojego pracodawcy, który wtajemniczył go w wiele spraw państwowej wagi, a następnie polecił go królowi Williamowi III (Wiliam Orański).

Swift tkwił w centrum spraw państwowej wagi. Zawiódł go jednak instynkt, w niewłaściwych momentach zmieniał orientację – Wigowie kontra Torysi – i w rezultacie usunął się w cień, do swojej rodzinnej Irlandii.

Dopiero tu i teraz zauważył, co stało się z tym krajem.

Jeśli jestem wolnym człowiekiem w Anglii czemuż staję się niewolnikiem po sześciu godzinach, które są potrzebne aby przepłynąć Kanał (Ulsterski, oddzielający Irlandię od Anglii)?

Ludność która w 1641 liczyła półtora miliona, została w ciągu 11 lat zredukowana do 850 tysięcy, w tym 150 tysięcy angielskich i szkockich osadników.

Wynikiem tych obserwacji był szereg paszkwilów i popularne do dzisiaj Podróże Guliwera.

Jonathan Swift nie ograniczył się jednak tylko do satyry. W 1729 roku opublikował praktyczne rozwiązanie.

Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.

Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.

Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.

Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach.

To prawda, dziecko może przeżyć rok wspierane wyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę, wyprzedaż dobytku lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.

Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego, jednak w tym czasie mogą być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(…)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(…) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść – zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

— Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji.
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu,
który wnosi coś nowego —-

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(…)

Dr Jonathan Swift – rok 1729

 

Polak potrafi?

Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) – KLIK.

Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki, znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju 1847 roku został awansowany na dyrektora akcji – KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element – Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. Dzięki temu dzieci otrzymywały przy okazji edukację. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywały pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 – KLIK.

Idąc polskim tropem przypomniałem sobie wpis, a nawet dwa, o Braciach Polskich – Arianach – KLIK + KLIK.

Dla mnie to czysta Barataria, że też musiałem odbyć tak długą podróż, aby to odkryć 🙂

Orient powszedni XIII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viatorka

Przedostatni dzień Wielkiej Podróży był tak samo bogaty i napięty, jak wszystkie poprzednie. Chcieli jeszcze Wędrowcy choć na chwilę wpaść na Litwę, na własne oczy zobaczyć urodę i poczuć atmosferę tej krainy, o której nie tylko uczyli się na lekcjach historii i o której czytali poematy, ale przede wszystkim, o której słyszeli wiele melancholijnych opowieści od swoich sąsiadów, przesiedlonych stamtąd po wojnie na Ziemie Zachodnie. Viatorka odczuwa szczególną nostalgię, myśląc o tych niegdyś polskich ziemiach, również dlatego że jej przodkowie też pochodzą z Kresów, choć nie z Litwy, ale Podola. Urodził się tam jej Ojciec. Nigdy tam Viatorka jeszcze nie była, nie ma już też od dawna nikogo z bliskich, kto mógłby pokazać ojcowiznę i opowiedzieć, jak tam się żyło.

Nie było czasu odwiedzić Wilna, choć z Augustowa jest niedaleko, jakieś 200 kilometrów. Może następnym razem, przy okazji kolejnej podróży. Za to trzeba było zobaczyć chociaż Niemen, no i w końcu skosztować kartaczy. W tym celu pojechali Wędrowcy do Druskienik, słynnego, znanego od setek lat, uzdrowiska. Sam Józef Piłsudski wielokrotnie tu wypoczywał, mieszkając w skromnej, nieistniejącej już willi Na Pogance. Wcześniej bywali też chętnie w Druskienikach Józef Ignacy Kraszewski czy Stanisław Moniuszko. Nie zostało wiele śladów po polskich czasach, nawet dom Piłsudskiego wyburzono w latach 60 ubiegłego wieku. Pozostało jednak kilka starych, drewnianych willi. Niektóre z nich zaadaptowano do potrzeb nowoczesności. Straszą też opustoszałe molochy z czasów sowieckich – tych pokazywać jednak czytelnikom Viatorka nie zamierza.

Czasy radzieckie przetrwała cerkiew Ikony Matki Bożej „Wszystkich Strapionych Radość” z połowy XIX wieku. Ładnie ją nazwano.

Wyjątkowo efektownie uwiecznił Viator na fotografii pomnik łucznika. No, normalnie jakby dopiero co rozproszył obłoki przy pomocy swej strzały.

Dziś reklamują się Druskieniki jako jedyny w Europie kurort, oferujący czynną przez cały rok trasę narciarską, aquapark z licznymi zjeżdżalniami i ponad 20 łaźniami oraz park linowy, rozciągnięty na trzech hektarach, SPA, a także kolejkę linową.

Obawiał się Viator, jak się na tej Litwie dogadamy, bo niby mówi się, że nie lubią tam Polaków i jak słyszą nasz język, to robią problemy. Coraz częściej zresztą marudzi Viator, że ciężko zwiedzać zagranicę bez znajomości języka. Dziwne. Przecież posiada Viator (czego Viatorka zawsze mu zazdrościła) niewątpliwy talent językowy: świetnie porozumiewa się w języku francuskim, a poza tym doskonale potrafi dogadać się w językach, których nigdy się nie uczył. Viatorka niejednokrotnie była takich sytuacji świadkiem. No, ale takie to jego usposobienie.

Tymczasem spotykani przez Viatorostwo ludzie rozmawiali głównie po polsku, niektórzy zaś po rosyjsku. Trudno było tam usłyszeć język litewski. Pewnie taka jest specyfika miejscowości wypoczynkowej, Polaków zaś niewątpliwe przygnał tam długi weekend.

W końcu ujrzało Viatorostwo Niemen. Jest piękny.

Jeśli myśląc o Niemnie wyobrażają sobie czytelnicy widoki znane wszystkim chyba Polakom z filmu (i serialu) Nad Niemnem wg Elizy Orzeszkowej, to czynią niesłusznie. Okazuje się bowiem, że rolę tytułową w tym filmie zagrała inna rzeka – Bug. W okolicach Wasilewa Szlacheckiego i Gnojna. Samo Gnojno zagrało zaś wieś Bohatyrowicze.

Zmęczyło się Viatorostwo szukaniem restauracji serwującej kartacze, nie znaleźli takiej ani w Druskienikach, ani w kilku litewskich miasteczkach mijanych po drodze. Czyżby słabo szukali? Może trzeba było przejechać się kolejką gondolową i zobaczyć miasto z lotu ptaka?

Czem prędzej wrócili więc Wędrowcy do Polski, a tam, przy samej granicy, znaleźli nawet kilka restauracji serwujących dania regionalne. Dobrze przyrządzone, smaczne i, jak zwykle w tych okolicach, bardzo syte, okraszone na bogato. Lepiej późno niż wcale! Nabrawszy sił ruszyło Viatorostwo w dalsza drogę.

Viator

Sejny po raz drugi. Pierwszy przejazd przez to miasto nastąpił, gdy Viatorostwo zmierzało ku litewskiej granicy. Teraz przemierza jego ulice powtórnie, ale jeszcze nie pora, by się zatrzymać. Zakręt w prawo, kolejnych kilkanaście kilometrów i… Wędrowców otacza inny świat. Wszystkie tablice drogowe są dwujęzyczne, bo też i całą okolicę zamieszkuje, by tak rzec – w większości mniejszość – litewska, konkretnie.

Niemal 75% mieszkańców tej gminy to Litwini: świadomi swej narodowości i silnie do niej przywiązani, a przy tym świetnie zorganizowani, kultywujący język i obyczaje. Ich stolicą jest Puńsk, czyli Punskas: niegdyś miasto, obecnie duża wieś. Napisy wszędzie litewskie lub dwujęzyczne. Nic dziwnego, bo i tutaj Litwini zdecydowanie dominują liczebnie.

Lecz, szczerze mówiąc, wszyscy przechodnie, których minął Viator, mówili (broń boże nie podsłuchiwał Wędrowiec! po prostu – słyszał) po polsku. Tak się jakoś złożyło.

Szkoła, a właściwie zespół szkół, z litewskim i polskim językiem nauczania, dziś zamknięta. Ośrodek kulturalny. Napisy – dwujęzyczne. Ale chorągiew biało-czerwona, nie żółto-zielono-czerwona, co dziwić nie powinno, wszak dziś akurat 2 maja – Święto Flagi, a znajdujemy się w Polsce.

Przed budynkiem stoi szereg tablic z fotografiami i tekstami, wyłącznie litewskimi. Wystawa czasowa, której tematyka, co można wywnioskować właśnie z tych fotografii oraz mapek, obraca się wokół wydarzeń związanych ze stuleciem litewskiej niepodległości. Nasi sąsiedzi też bowiem obchodzą w tym roku taki jubileusz. Szkoda, że każdy świętuje go osobno. Szkoda, że przez większość wieku XIX i XX kilkusetletnie więzy łączące oba narody w jedną Rzeczpospolitą rozluźniły się, rozplątały, wygasły. Że braterstwo zastąpiła obojętność, a czasem wrogość. Że pogranicze zapłonęło, zamiast zakwitnąć. Nie czas i nie miejsce, by analizować, dlaczego tak się stało, kto temu winien (a wina leży niestety po obu stronach), czy mogło się to wszystko potoczyć inaczej. Po prostu – ogromnie, strasznie szkoda! I tyle.

Przed kościołem, w którym większość mszy jest odprawianych, rzecz jasna, po litewsku, stoi figura Matki Boskiej. Na niej wyryty litewski tekst modlitwy, a na postumencie napis w tymże języku. Pielgrzym go nie rozumie, ale zakłada, że oddaje on hołd Leśnym Braciom, skoro zawiera datę 1944-55. Zresztą, może chodzi o coś zupełnie innego?

Wracamy, tymi samymi drogami, mijając te same dwujęzyczne tablice, na południe. Sejny po raz trzeci! Tym razem skutecznie, wszak do trzech razy sztuka.

My, Polacy (bo Viator jest i czuje się Polakiem; żaden oenerowiec nie będzie mu wystawiał cenzurki polskości, nawet mimo tego, że dla Wędrowca miłość do ojczyzny zawiera w sobie, w sposób konieczny, sporą dozę krytycyzmu) lubimy czcić klęski, tym bardziej, że historia nam ich nie skąpiła. Większość narodowych powstań obracała się w katastrofę. No i się przyzwyczailiśmy. Jasne: Gloria Victis. Ale na tym nie można poprzestać, na litość boską! Były i zwycięstwa. Niedouczki głoszą, że jedyna udana insurekcja to Powstanie Wielkopolskie z 1918 roku. No a to Wielkopolskie z 1806? A II i III Śląskie? Trudno uznać je za klęski. A Sejneńskie? Właśnie. Tylko trzeba coś na ten temat wiedzieć. O Powstaniu Sejneńskim Viator dowiedział się, jak na swój wiek, zawstydzająco późno, ale już nadrobił braki. Dlatego, między innymi, chciał odwiedzić Sejny. Tutaj w sierpniu 1919 roku, gdy Ober-Ost wycofał się do Niemiec, Polacy z Litwinami starli się o miasto. Przechodziło ono kilkakrotnie z rąk do rąk, by ostatecznie pozostać w rękach polskich. Sukces był pełen. Inna sprawa, że przyczynił się do pogłębienia wrogości między obu narodami, wrogości, o której niedawno dumał Wędrowiec w Puńsku. Nie Sejny były tu najistotniejsze, znacznie bardziej poróżniło nas Wilno. Ale i Sejny wniosły swój wkład.

Miasto jest małe, ciche i nieco zaniedbane, ale bardzo ładne. Zwłaszcza zanurzone w kolorach zachodzącego słońca.

Na pierwszym planie widoczna pseudobarokowa, bo zbudowana w drugiej połowie XIX wieku, bożnica. Biała Synagoga, wzniesiona na miejscu starszej, XVIII-wiecznej, powstałej dzięki protektoratowi ojca Wawrzyńca Bortkiewicza, przeora sejneńskich dominikanów, których klasztor wznosi się na planie drugim. Synowie Izraela z wdzięczności długo wznosili modły za swego Dobroczyńcę w starym, a później nowym gmachu synagogi. Wznosiliby zapewne do dziś, gdyby nie…

Jeden z nielicznych tutejszych ocalałych Żydów, rabin i kantor Maks Furmański, po sześćdziesięciu latach nieobecności odwiedził Sejny. Wszedł do Białej Synagogi i trafił na próbę młodzieżowej grupy teatralnej, która przygotowywała akurat inscenizację Dybuka. Orient powszedni.

Dominikanów też już nie ma w Sejnach. Podobnie jak wigierskich kamedułów, wygnali ich stąd Prusacy, którzy, od III Zaboru do powstania Księstwa Warszawskiego, zajmowali Suwalszczyznę. Po zakonnikach pozostała Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, piękna świątynia w stylu baroku wileńskiego.

Oraz klasztor: renesansowy i obronny, choć w latach Potopu się nie obronił.

Warto było odwiedzić Druskieniki, Puńsk i Sejny. Trzeba było zamyślić się nad bolesnymi dziejami pogranicza braci. Ale to wyczerpuje i męczy. Już chyba czas wracać. Nie tylko nad Jezioro Studzieniczne, na kwaterę. Czas wracać do domu. O powrocie opowiedzą Wędrowcy za tydzień, na pożegnanie.

Tymczasem jadą do Augustowa. Przez okno auta widać bociana, który kroczy po łące. Czyjaż dusza wcieliła się w tego pięknego ptaka? Może po prostu tego Wojtka, co świat ma czyścić. Oj, dużo mu zostało do roboty. I chyba nigdy jej nie skończy.

Jarosław Łukasik, Malarstwo / Malerei / Painting 2017-2018

Iwonie S.

Wakacje i inne przypadki życia ludzkiego

Przedtem malował meble, bezkrwawo pokawałkowane kobiety oraz męskie garnitury bez wypełnienia, teraz zmienił tematykę i światło, teraz jest lato, nawet w nocnym barze jest słonecznie… Japonki na wakacjach, Penelopa na wakacjach… Wakacyjne martwe natury z warzywami, no chyba że…

  

no chyba że…

 

Redruk. Historia czerwonego kaczora 2

Jerzy Afanasjew 

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…
Nagle kaczorkowi zachciało się łapać ryby. Chwyta leżącą na fortepianie wędkę, zarzuca.
Już tylko centymetry dzielą płynący fortepian od przepaści. Słychać huk spadającej wody.
Kaczorek odwrócony tyłem do wodospadu w ogóle tego nie zauważa. Niedźwiadek także smacznie śpi.
Nagle ryba bierze… Spływak się zanurza.
Dzięki temu fortepian zahamowany jakby kotwicą, zatrzymuje się tuż nad przepaścią. Kaczorek, nie zdając sobie sprawy z przypadkowej pomocy ciągnącej w przeciwnym kierunku ryby, stara się ją wyciągnąć.
Pęcznieją mu muskuły. Ponawia próbę. Daremnie.
W tej chwili mija ich myśliwy-lis. Strzela zlatując jednocześnie w przepaść, nic wiedząc o wodospadzie. Kula uderza niedźwiadka w nos. Kicha. Wstaje ziewając. Pomaga kaczorkowi życzliwie wyciągnąć wędkę z wody. Ukazuje się wspaniały szczupak. Fortepian, niczym nie zatrzymywany, niknie wraz z niedźwiadkiem i kaczorkiem w nurtach wodospadu. W ślad za nimi płynie olbrzymie drzewo z korzeniami.

Obraz 31

Rzeka. Koniec wodospadu. Prąd staje się coraz bardziej leniwy. Po obu stronach rzeki – las. Tuż nad brzegiem stoi chałupa leśniczego.

Obraz 32

Domek. Na sznurach suszą się skóry różnych zwierząt. Pod oknem stoi ceber z wodą. W oknie okiennica z serduszkiem, za nią kwiatki. Śmieszny, ujadający jamnik na łańcuchu.

Obraz 33
Plan ogólny

Wnętrze domku. Lisica pierze bieliznę. Ceber jest pełny przelewającej się wciąż piany.

Obraz 34

Przy stole siedzi znany nam lis, w samej koszuli. Na ścianie trofea myśliwskie: rogi jelenie.
Lis pożera żarłocznie całą wazę z makaronem. Obok wisi na sznurach ubranie, kapelusik, strzelba. Z ubrania kapie woda, tworząc powiększającą się na podłodze kałużę.

Proszek do prania “z epoki”, tu zdjęcie z zapuszczonej warszawskiej willi w ogrodzie.

Obraz 35

Słychać ujadanie psa. Lis-myśliwy nastroszył uszy. Pukanie. Lis się straszliwie uśmiecha. Daje żonie znak, by nie otwierała. Zakłada na głowę zdjęte ze ściany rogi jelenie i w tym przebraniu zmierza do drzwi. Otwiera, zapraszając przybyszy do środka.
Są to kaczorek i niedźwiadek, przemoczeni do suchej nitki.

Obraz 36
Zbliżenie

Lis przekręca klucz w zamku, zamykając drzwi na dwa spusty. Puchacz siedzący na sofie otwiera przerażone oczy.

Obraz 37

Nagle lis porywa strzelbę, wskakuje na stojący zegar szafkowy i mierzy w przybyszy.
Przerażony kaczorek wlatuje do ceberka z mydlinami. Wylewa pianę-mydliny.
Mydliny rozpływają się po całej podłodze. Wszystko zaczyna się ślizgać, łącznie z meblami. Zaczynają się dziać straszliwe rzeczy. Wszystko jeździ po pokoju. Mydliny mydlą się coraz bardziej i rosną. Makaron stojący na stole dopełnia reszty. Wszystko zaczyna się  plątać na dobitek w makaronie.

Obraz 38
Plan ogólny

Kaczorek i niedźwiadek wyskakują przez okno. Wpadają do stojących pod oknem beczek z wodą.
Natychmiast wyskakują.
Na falach przy brzegu kołysze się fortepian.
Porywają myśliwemu wiosło. Wskakują na fortepian i wiosłując “na pych” – odpływają. Pies pędzi za nimi, ciągnąc za sobą budę.

Obraz 39

Za uciekinierami pędzi z warkotem motorówka z lisem-myśliwym, pozostawiającym za sobą wysokie fale, które wylewają się aż na rosnący na brzegu rzeki las.

Obraz 40
Plan ogólny

Koryto rzeki zakręca.
Fortepian zręcznie kierowany, na chwię zbacza z rzeki, przecinając las na przełaj i znów wskakuje do rzeki.
Motorówka myśliwego też skraca tak sobie drogę.
Z lasu wyłamuje się drzewo. Pada pomiędzy ściganych a goniącego. Szczątki lisa krążą w powietrzu. Ogon, fuzja, motorówka.

Obraz 41
Plan ogólny

Po falach rozległego morza weseło balansując płynie znany nam fortepian z naszymi znajomymi. W środku ustawiony mały maszt, na którym – jako żagle – suszy się bielizna kaczorka i niedźwiadka. Na skraju fortepianu nogami w wodzie siedzi niedźwiadek w szlafroku i łapie ryby na wędkę. Kaczorek, wesół i szczęśliwy, zaczyna znów tańczyć i stepować po otwartej klawiaturze. Muzyka jazzowa. Mewy tańczą w powietrzu, z wody wyskakują ryby, wieloryby i delfiny i tańczą radośnie w powietrzu.
W ostatniej chwili kaczorek poślizguje się i wpada do wody. Niedźwiadek, zadowolony, że złapał rybę, wyciąga prychającego wodą kaczorka.
Odpływają.

Długie przenikanie.


Yellow submarine była o 10 lat późniejsza niż przygody kaczorka.

Obraz 42
Plan średni lekko z góry

W kabinie piękniejszego niż poprzedni samolotu jadą niedźwiadek i kaczorek. Wiatr rozwiewa im szaliki. Lawirując pomiędzy chmurkami, kaczorek ułatwia niedźwiadkowi zrywanie kwiatków rosnących na chmurkach. Miś ma już ich duży bukiet. Kaczorek śpiewa znaną nam już z poprzedniego lotu piosenkę. Wysoko mija ich znowu parostatek z aniołami. Machają chusteczkami.
Pojawia się też uśmiechnięte, skrzydlate słońce.

Obraz 43

Olbrzymia kopuła nieba. Piosenka kaczorka śpiewana falsetem, ale tylko jako kwa kwa kwa. Pod niebem widzimy balansujący samolot.
Od samolotu odłącza się jakiś punkci. Zaczyna rosnąć i rośnie coraz bardziej.
To bukiet kwiatów zerwanych przez misia.
Kolorowe kwiaty rozlatują się w powietrzu i układają się na ekranie w napis:
KONIEC

Ściemnienie:

Wesoły śpiew kaczorka (basem) 

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Redruk, ale jaki! Historia czerwonego kaczora 1

Historia nie jest oczywiście identyczna, tak by być nie mogło, napisana też została w zupełnie innych czasach i całkiem inny był jej wyraźny podtekst polityczny, ale jest w niej wszystko, co i nam się przyda – są cudowne narodziny następcy tronu – kaczora w… kurzym gnieździe (czytaliście przecież historię o tym, jak się cudownie urodziło dwóch niebieskich chłopców!), jest chytry lis, jest katastrofa samolotu w lesie, jest przyjaźń kaczora i białego niedźwiadka… Są nawet koty…

Tekst wydany w roku 1959…
Tak tak, proszę państwa, czytajmy starocie…

Jerzy Afanasjew 

Historia czerwonego kaczorka

Jest to scenariusz filmu animowanego. Widzę go w kolorach czystych, prawie technicznych, osiągniętych przez zmieszanie różnych gatunków tuszu.
Kaczorek powinien być czerwony, mieć biały dziób i białe lub czarne oczki.
Lis jako przedstawiciel “złej rasy” – czarny z białymi kłami.
Niedźwiadek bialutki.
Muzyka winna być żywa i śmieszna, a więc: bęben, trąby, ksylofon.

Autor

Słyszymy dźwięki wspaniałego wojskowego marsza. Na ekranie pojawia się czołówka. Litery czołówki składają się z barwnych kwiatów. W klatce filmowej pojawia się kaczor – bohater filmu – połyka żarłocznie kwiaty z liter, trzaskając przy tym dziobem z szybkością karabinu maszynowego. Tym samym likwiduje litery. Analogiczna sytuacja obejmuje napisy: eksploatacja itd.

Obraz 1
Zbliżenie

W dalszym ciągu słyszymy wojskowego marsza. Widzimy wspaniały tron. Z dwóch jego stron, wzdłuż prowadzącego doń chodnika kokosowego, stoją szpalerem ludzkiego wzrostu koty-wiarusy z karabinami na “prezentuj broń” (rysunek kotów nieruchomy). Zaczyna się wolny najazd w stronę tronu. Na tronie, na lamowanej poduszce siedzi kokoszka w koronie, zajęta składaniem jajka. Poniżej – dumny kogut w generalskim mundurze z nienaturalnie wypiętą piersią dzwoniącą stertą krzyży i medali, z nieodłączną szarfą z gwiazdą, szpadą, pierogiem dyplomatycznym. U łap ostrogi.
Kogut pieje.

Obraz 2

Nagle kokoszka poczyna gdakać i sfruwa z tronu, pozostawiając na poduszce jajko. Gubi w powietrzu pióra.

Obraz 3
Zbliżenie

Na szczycie jajka – mała, mikroskopijna korona. Nagle jajko poczyna rosnąć. Korona także. Na skorupie jajka zwiększa się coraz bardziej rysunek “twarzy” znajdującego się w środku pisklęcia – brzydkiego kaczorka. Martwy rysunek przewraca oczyma.

Kaczorek. Wykonanie: Wnuk. Zdjęcie: Synowa.

Jajko – na skutek tego i rysunek – stają się coraz większe. Jajko z trudem już utrzymuje się na tronie. Jest olbrzymie. Ma ze dwa metry średnicy. Dwór patrzy przerażony… Nagle jajko pęka. Potworny huk.
Na tronowej poduszce stoi normalnej wielkości mała kaczuszka ze znanym nam z rysunku na jajku sympatycznym dziobem. Tak samo jak na rysunku przewraca oczyma i strząsa z siebie resztki skorupy i klejącego się białka. Na głowie pisklęcia korona, u boku szpada.

Obraz 4
Plan ogólny

Koty-gwardia strzygąc wąsami krzyczą trzykrotnie “Hura, hura, hura!” Orkiestra (trąby) zaczyna grać “Sto lat”.

Obraz 5
Plan średni

Mały następca tronu idzie wzdłuż szpaleru kociej gwardii. Koty są potężne, wysokie, ludzkiego wzrostu.
Kaczor-książę jest przy nich malutki, wielkości małego kaczorka.
Idzie dziarskim krokiem. Oddaje honory szpadą.
Mijanym przez następcę kotom ciurkiem ciekną z oczu koraliki – łzy wzruszenia.
Akustycznie zbliżamy się do werbli i orkiestry.

Obraz 6
Plan średni

Orkiestra składa się z dwóch świnek grających na olbrzymich trąbach, a jednocześnie skaczących pionowo na kotłach. Spadając uderzają siedzeniem w bęben. Grają i bębnią zarazem. Rzecz jasna dzieje się to z niewiarygodną szybkością, by uzyskać rytmikę werbli.
Jedna ze świnek, za mocno uderzywszy w bęben, wpada do środka. Szybko z niego wychodzi, ale przez otwór włanego ryjka.
Jeremiasz Hilary Bob, dr filozofii w filmie Yellow submarine Beatlesów. W pewnym momencie połknie wszystko, łącznie z samym sobą… Wydaje mi się bardzo podobny do świnki, który wychodzi z bębna przez własny ryjek…, jest jednak od niej o 10 lat młodszy…

Gdy przechodzi następca tronu, jedna ze świnek dmie tak mocno w trąbę, iż zwiększa się do rozmiarów dużej świnki i nagle pęka – znów zamienia się w malutką świnkę.

Obraz 7
Plan ogólny

Słyszymy ciągle marsza.
Na zielonej łące z kwiatami ustawiony jest śmiesdzny samolot, gotowy do odlotu. Kręcące się śmigło wznosi swym pędem roje kwiatów, wyrywając je z łąki.
Kaczorek wsiada do samoloty żegnany przez rodziców. Nakłada na dziób okulary lotnicze. Powiewają chusteczki. Ryk silnika. Start.

Obraz 8
Plan ogólny

Muzyka się oddala. Niebo z niekończącym się rojem białych chmurek. Daleko pojawia się nasz samolot. Lawiruje groteskowo wśród chmur, jakby nie chciał się zderzyć.

Obraz 9
Plan średni w ruchu

Samolot. Za samolotem przesuwają się chmurki. Gdzie niegdzie na chmurkach rośnie kolorowy kwiatek.
W otwartej kabinie siedzi kaczorek  w lotniczych okularach. Czyta olbrzymią płachtę gazety. W dziobie zawadiacko wetknięta dymi olbrzymia fajka. Pyka. Unosi się dym w formie jajek. Kaczorek śpiewa falsetem wesołą piosenkę. Samolot mija w powietrzu sznur zdziwionych jego prędkością bocianów i kolorowych motyli.
Zza chmury pojawia się pucołowate, żółte słońce z uśmiechniętą twarzą. Unosi się na skrzydłach. Wolnymi ruchami skrzydeł zmienia pozycję – to chowając się, to wychodząc zza chmury.

Obraz 10
Plan ogólny

Nad samolotem płyną na wznak anioły czytające gazety. Pojawia się parostatek, ma koła napędowe z boku, jak te, które pływały kiedyś po Amazonce. Na parostatku tłumy aniołów kiwających przyjaźnie do kaczorka. Machają chusteczkami.
Nagły akord muzyczny, w formie ostrzeżenia.

Obraz 11
Plan ogólny

Rzedniejący las.
Myśliwy – lis w tyrolskim kapelusiku mierzy z fuzji do jelenia.
Słychać warkot samolotu.
Lawiruje groteskowo wśród chmur.
Lis-myśliwy zmienia kąt strzału.
Lufa wznosi się w powietrze.

Obraz 12
Plan średni lekko z góry

Samolot. Beztroski kaczorek  czytający gazetę.
Huk. Kula wybija w skrzydle olbrzymią dziurę. Kaczorek nie zwraca na to uwagi, czyta gazetę.

Obraz 13
Plan średni

Lis jest wściekły. Pysk trzęsie mu się ze złości. Kłapie zębami. Znów nabija fuzję.

Obraz 14
Plan średni lekko z góry

Kolejne strzały lisa odtrącają z samolotu ogon, skrzydła, kadłub.
Kaczorek spokojnie pyka fajkę, śpiewając i czytając gazetę. Nadal nic nie zauważa. W powietrzu leci już tylko szczątek samolotu i cudem trzymający się osi fotelik z kaczorkiem.

Obraz 15

Rozwścieczony lis nabija fuzję całymi pasami nabojów i szarpie za cyngiel.
Potężnie nabita fuzja, rycząc i dymiąc, stara się wyrwać w powietrze, wodząc za sobą myśliwego po polanie leśnej. Lis kurczowo trzyma się strzelby. Potężny strzał. Myśliwy wraz z fuzją ulatuje w powietrze.
Jeleń, zdziwiony, patrzy w górę.
Wiewiórki wychylają głowy z dziupli.

Obraz 16
Plan średni lekko z góry

Tuż obok kaczorka lecącego na foteliku z furkoczącym śmigłem pojawia się myśliwy-lis. Kaczorek spostrzega myśliwego, wciska mu na oczy jego własny kapelusz. Szczątki samolotu zderzają się z chmurą. Huk.

Brzoza. Mgła.

Obraz 17

Po czystym niebie krążą, każde z osobna, dymiąca fajka, przerażony kaczorek, pióra, gazeta, kwiaty, kilka gwiazdek, okulary.
Fajka przedziwnym trafem sama trafia do dzioba kaczorka.

Obraz 18

Kaczorek spada głową w dół. Z przerażenia otwiera dziób (fajka chyba wypada? – pytanie przepisywaczki), przebiera bezskutecznie łapami. Mija przerażone ptaki. Zbliża się do powierzchni jakiejś wody. Na skutek zderzenia wytryskuje w niebo potężna fontanna i masa ruszających ogonami, przerażonych ryb.

Obraz 19

Następny opada (na siedzeniu) myśliwy-lis. Spada wprost na twardy brzeg. Doznaje wstrząsu. Rozchodzi się wizyjnie na osiem zdezorientowanych lisów. Powoli obraz wraca do jednego lisa.

Obraz 20
Plan średni

Lis wstaje, gotów do strzału zbliża się do brzegu płynącej wartko rzeki. Z tyłu za nim, z piasku wywierca się kaczorek. Podchodzi ukradkiem do lisa i kopie go w tyłek.
Lis wpada do wody.
Po powierzchni płynie tyrolski kapelusik.

Obraz 21

Po wartkim nurcie rzeki płyną porwane prądem drzewa i mały domek z czerwonym daszkiem. Z komina unosi się dym. Przez otwarte okno słychać potworne chrapanie. W rytm chrapania domek kurczy się i rośnie.
Domek porywany wirami tańczy po wodzie, zatrzymuje się, niekiedy obraca się w kółko.

Obraz 22
Zbliżenie

Z wody wystaje złowieszczo ostra belka, po której wyłazi lis. Domek, obracając się na wirach, zbliża się nieuchronnie do złowieszczej belki.

Obraz 23
Na brzegu zaniepokojone norki skaczą po kolei do wody. Matka z dziećmi. Piszczą ze strachu.

Obraz 24
Zbliżenie

Trzask. Z drzazgami domu wirują w powietrzu garnki, gramofon, donice z kwiatami i lis-myśliwy. Z domu ocalał tylko fortepian, kołyszący się na falach rzeki. Otwarta klawiatura. Na pulpicie nuty, na fortepianie wazon z kwiatami i przeraźliwie chrapiący biały niedźwiadek w czarnym fraku.

Obraz 25
Plan średni

Stojący na drzewie kaczorek wskakuje na przepływający fortepian.
Staje na otwartej klawiaturze, zaczyna stepować, a tym samym grać, jednocześnie śpiewając. Kaczorek kpi sobie z lisa.
Słyszymy jakąś znaną melodię jazzową.

Obraz 26

Numer solowy kaczorka stepującego po klawiaturze jak stary aktor, urodzony w varieté.

Obraz 27
Plan średni

Słysząc wesołą melodię, ryby wyskakują z wody i wskakują długimi rzędami do pyska śpiącego niedźwiadka, któremu od nadmiaru ryb pęcznieje brzuch. Niedźwiedź słodko się oblizuje i uśmiecha przez sen.

Obraz 28

Przemokły do suchej nitki lis wyłazi z wody na brzeg. Stara się coś znaleźć, by dogonić uciekinierów. Wrzuca do wody swój kapelusz. Staje na nim na jednej nodze jak bocian i z fuzją podniesioną do strzału płynie za uciekinierami.

Obraz 29

Olbrzymi wodospad, siągający pod niebo prawie. Groźna woda zrzuca drzewa i olbrzymie głazy.

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…

Ciąg dalszy jutro…

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK – Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.

Orient powszedni XII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Jeszcze raz nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Pogoda piękna, augustowska przyroda na wyciągnięcie ręki. Szkoda każdej chwili.

Długa, piaszczysta i wyboista, choć prosta droga przez gęsty las. Dziwny, jakiś inny, trochę nawet jakby mistyczny. Viator, jak już wspominał, na co dzień żyje na Łużycach wśród lasów. Ale to są bory sosnowe. A tutaj zdecydowanie dominuje świerk. Daje to zupełnie inny efekt. Rzecz nie w tym, który las jest piękniejszy, bo oba takie są. Ale inny bez wątpienia.

Dojeżdżamy na miejsce. Dowspuda. Wysiadamy na małej polance z transportera. Tuż obok przebiega obwodnica Augustowa. W nowym, wywalczonym przez protestujących ekologów i oszczędzającym najbardziej wartościowe leśne obszary, wariancie. Można? Można. Tutaj ekspresówka jest jak najbardziej na miejscu, choć trzeba nadłożyć kilkanaście kilometrów. Warto nadkładać wiedząc, co uratowano. Bo samej potrzeby istnienia obwodnicy nikt przecież nigdy nie kwestionował.

Zanim wsiądziemy do kajaków, jeszcze tylko krótka wizyta na terenie sąsiedniego parku. Oglądamy niewielki neogotycki portyk. Tyle zostało z potężnego pałacu.

Zbudował go polski i napoleoński generał, wsławiony odwagą i zręcznością, zwłaszcza podczas kampanii moskiewskiej. Po klęsce Cesarza przez pewien czas przebywał na emigracji w Anglii, gdzie, zupełnie jak Dezydery Chłapowski, poznawał tajniki nowoczesnego rolnictwa. Po amnestii powrócił do swego rodowego majątku na Suwalszczyźnie, sprowadził szkockich osadników, popierał, ze znakomitymi efektami, nowoczesne rolnictwo i rzemiosło. Stać go było na wystawienie wspaniałej rezydencji – w stylu, a jakże by inaczej, angielskiego neogotyku. Coś tam już kiedyś podczas tej podróży krzywił się Wędrowiec na arystokratów i ich pałace (w Radzyniu Podlaskim konkretnie), ale tym razem nie żałujmy Panu Magnatowi, niech się nacieszy choć kilka lat swą rezydencją: świetnie gospodarował, pomnożył dochody ze swej domeny, dbał o dostatek poddanych. A i jego patriotyzm był najwyższej próby: gdy wybuchło Powstanie Listopadowe nie wahał się, zaryzykował, walczył. Dwukrotnie ranny, po upadku Insurekcji znów, tym razem już na zawsze, udał się na emigrację i zakończył tułaczy żywot gdzieś w Turcji, daleko od swego pałacu, którym, jako się rzekło, mógł się cieszyć zaledwie około pięciu lat. Strata tym większa, iż rezydencja, co też już Viator nadmienił, była naprawdę wspaniała i nowoczesna. Magnat nazywał się Ludwik Michał Pac. Wart Pac pałaca…
Tak, tak – to o nim! I o tutejszym pałacu, skonfiskowanym i wystawionym na licytację, o który kolejni właściciele nie dbali do tego stopnia, że już w roku 1867 musiał być rozebrany. Z wyjątkiem portyku, przed którym stoi Viatorostwo. Sit transit gloria mundi! Jaka to była gloria, uświadamia grafika umieszczona na tablicy stojącej w sąsiedztwie: portyk, służący za podjazd dla powozów, został na niej wyodrębniony bardziej intensywnym kolorem. Reszty budowli już nie uświadczysz, wędrowcze!

Kajaki rwą się już do podróży. Nie wypada kazać im czekać.

Viatorka

Uparła się Viatorka, aby kolejny dzień rozpocząć od spływu po Rospudzie, a nie po którejś z innych rzek, których urodę reklamował jej Viator. I jak się okazało, miała rację, bo po wszystkim zgodnie Viatorostwo orzekło, iż spływ szlakiem od Dowspudy do Świętego Miejsca był najpiękniejszy ze wszystkich, które dotąd wspólnie przeżyło. I, jak zawsze, żałowali, że był tak krótki. Ale cóż: Litwa czekała…

Nie, niech czytelnik nie obawia się, że Viatorka zacznie w tym miejscu opisywać ten spływ w szczegółach. Jak wiadomo jest ona zdecydowanie większą zwolenniczką doznań niż wyobrażeń, jak również doświadczeń niż teorii. Los nie obdarzył jej też (w przeciwieństwie do Viatora) talentem poetyckim, a tylko taki liryczny i romantyczny opis byłby tu na miejscu.

Dlatego pozostaje jedynie Viatorce zachęcić Czytelnika, by pojechał tam i zobaczył tę piękną dolinę na własne oczy, aby sam popłynął rzeką: najpierw krętą i wąską pośród trzcin, potem szerszą i wartką, z kamienistym dnem, niemal jak górski potok, pełną niespodzianek, powalonych pni i głazów. Prawie brak tam śladów działalności człowieka – no, może poza jednym wędkarzem łowiącym i barszczem Sosnowskiego rosnącym przy brzegu. Telefon nie ma tam zasięgu. Tylko szumy, szelesty i inne odgłosy świadczą, jak żywa i bogata jest tutejsza fauna, bo poza kilkoma ptakami żadnego innego zwierzęcia Viatorostwo nie spotkało.

I pomyśleć, że tej przepięknej krainy mogłoby już od dobrych paru lat nie być! Pamiętają zapewne Czytelnicy głośny konflikt, sprzed dziesięciu lat z okładem, o obwodnicę Augustowa. Jak zapisało się to w pamięci Viatorki, zarówno politycy (o dziwo z wszystkich opcji zgodnie), jak i media, jako antagonistów w tym sporze przedstawiały z jednej strony udręczonych hałasem i niebezpieczeństwem stwarzanym przez ciężarówki mieszkańców Augustowa, a z drugiej „nawiedzonych” ekologów, dla których ważniejsze od człowieka są żabki, robaczki i inne kwiatki. Ważni ludzie mówili, że, niestety, nie można inaczej poprowadzić drogi, jedynie estakadą nad obszarem chronionym. Pojawiała się też w tej narracji niedobra Unia Europejska, która nie chciała dać dofinansowania na tę budowę. No i całe szczęście, bo jak się okazało, po kilku latach droga powstała, jednak w innym miejscu, zbudowana taniej i według znacznie lepszej ze względu na potrzeby komunikacyjne regionu koncepcji. Podobno (tak przynajmniej Viatorka przeczytała w kilku artykułach) wariant przebiegu drogi, o który toczył się przed laty konflikt, był najgorszą z opcji. Jak to możliwe?

Zapewne jakimś ludziom z jakichś powodów, których już zapewne nie poznamy (ale jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze) zależało, żeby drogę poprowadzić estakadą. Wystarczyło przemilczeć kilka faktów, wmówić wszystkim, że to jedyne wyjście, sprawę odpowiednio przygotować medialnie (bo jak „gadająca głowę” redaktorzy nazwą „specjalistą” – to ludzie jej wierzą), do tego napuścić rzeczywiście sfrustrowanych, pełnych obaw o swoje życie i zdrowie mieszkańców Augustowa na wszystkich przeciwników. I mało brakowało, by dzisiaj ten przepiękny zakątek już nie istniał. Gdyby nie ci wariaci – ekolodzy, którym w sprawę udało się zaangażować struktury unijne (dziś niechybnie nazwano by ich zdrajcami donoszącymi na własny kraj).

Czasami Viatorka żałuje, że z racji psychologicznego wykształcenia, jak również osobistych i zawodowych, raczej bolesnych doświadczeń, znane są jej mechanizmy manipulacji i wywierania wpływu na ludzi. Bo niestety, dziś coraz tego więcej, w każdej dziedzinie życia. W dużej i małej polityce, ale w życiu codziennym też. Okropny, obmierzły, pusty PR, na który tak łatwo nabierają się ludzie. A skoro nie ma się chęci, żeby przyłączyć się do którejś z grup trzymających władzę i manipulować innymi, jak również żadnych szans, aby uświadomić to i ustrzec przed tym innych, to chyba łatwiej żyłoby się, nie zdając sobie z tego wszystkiego sprawy. I nie bolałoby tak poczucie bezsilności. No, ale jeżeli mimo wszystko Dolina Rospudy i Puszcza Białowieska przetrwały…

Viator

Jest kapliczka na lewym brzegu! Jest most! Wszystko się zgadza. Tutaj Viatorostwo zaczeka na transport: z powrotem do Augustowa. Gdy już udało się (a nie było to takie proste) złapać zasięg i skontaktować z bazą, można odpocząć i dokładniej przyjrzeć się kapliczce.

Uroczysko Święte Miejsce – tu, gdzie Jałówka wpada do Rospudy. Święte i tajemnicze od zawsze: ponoć kiedyś Maryja ukryła miejscowych pod swym niewidzialnym płaszczem przed zagonem tatarskim, choć inni przenoszą to wydarzenie w czasy Powstania Styczniowego, Tatarów zastępując rosyjskim żołdactwem. Kiedyś znajdował się w tym miejscu cmentarz, a później, począwszy od XVI wieku, stała mała cerkiewka św. Jana Chrzciciela. Co roku 24 czerwca, na Świętego Jana właśnie, okoliczna ludność obmywała się rytualnie w rzeczce Jałówce, zastępującej palestyński Jordan, spożywała obrzędowy posiłek, wznosiła modły, zawiązywała na krzyżach ozdobne ręczniki i składała pod nimi monety oraz żywność jako ofiarę. Pogańskie z chrześcijańskim łączyło się gładko i bez zbędnych problemów…

Obecna kapliczka powstała niecałe trzydzieści lat temu.

Ale z tyłu, za budynkiem, stoi krzyż, z pewnością dużo, dużo bardziej sędziwy.

Legenda głosi, że został on wykonany przez Jaćwingów z drużyny dowodzonej przez Skomęta, którzy, po przyjęciu w roku 1283 chrztu, odrzuceni przez współplemieńców, wyemigrowali stąd do Samlandii (półwysep, który dziś znajduje się w Obwodzie Kaliningradzkim). Krzyż został. Palony i niszczony przez pogan ocalał i stoi do dziś. A w drewno wetknięte są liczne monety, które można obejrzeć.

Viator patrzy na ten pogańsko-chrześcijański synkretyzm i czuje się w jego oparach odrobinę tak, jakby, miast nad brzegiem Rospudy, znajdował się w, nieodległej przecież, dolinie Issy i, jak leśnik Baltazar, odurzony zapachem ziół, siedział w chatce czarownika Masiulisa.

Znak to wyraźny, iż przyszedł czas, aby wyruszyć na spotkanie Litwy. O czym opowiedzą Wędrowcy za tydzień, w kolejnym odcinku.

Wolę psią wachtę niż psią gwiazdę

Ewa Maria Slaska

Za gorąco, za gorąco…

Wyginam jak dinozaury, a razem ze mną wygina cała ludność północnej półkuli…

Proroczy obrazek… Dla ochłody próbuję sobie przypomnieć najzimniejsze historie, własne i cudze. Z własnych chyba najbardziej na upamiętnienie zasługuje wyjazd do Brna w ubiegłym roku, żeby przez kilka dni wziąć udział w zimowej części Marszu dla Aleppo. Szliśmy na przełaj przez pola, wiał lodowaty wicher, podnosząc tumany białego puchu. W oddali przebiegały ogromne stada jeleni. Było tak zimno i biegły tak daleko, że nikt z nas nie zdołał zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że był to dzień 30/30 – minus 30 stopni i 30 kilometrów. Miałam 68 lat. Już przedtem, zanim jeszcze tego lata zaczęliśmy się w upale roztapiać na mokre placki, sądziłam, że ten dzień był czymś bardzo ważnym w moim życiu. Wydawało mi się niezwykłe, że wzięłam w tym udział, że podołałam i gdy ktoś mnie pytał, co dał Marsz, zawsze odpowiadałam, że na płaszczyźnie społecznej był największym ruchem oddolnym w sprawie uchodźców w Europie po roku 2015, a dla mnie osobiście był najbardziej niezwykłym sprawdzianem tego, co mogę.

Teraz, gdy Marsz dla Aleppo został mianowany do pokojowej nagrody Nobla, już nikt nas nie pyta, po co był? Teraz wszyscy pytają (czy mi się wydaje, że z pogardą lub z politowaniem?), czy naprawdę jesteśmy takimi idiotami i wierzymy, że dostaniemy tego Nobla. A my wtedy musimy stanąć na wysokości zadania, wzruszyć ramionami i powiedzieć: no nie, jasne, że nie… W końcu człowiek powinien być cool, co by się nawet w ten upał przydało.


Oczywiście zamiłowanie do zimna można uznać za cechę dziedziczną. W końcu Ojciec “uprawiał” latami żeglugę polarną i to w czasie, gdy było tam jeszcze naprawdę zimno i z lodu nie wyłaziły robale, które przespały 42 tysiące lat, odmarzły i zaczęły jeść jak gdyby nigdy nic (dziękuję mojej synowej za to, że zauważyła tę informację i opublikowała ją na facebooku).

Nota bene, odkrycia dokonali “radzieccy uczeni” (pamiętacie te czasy, gdy na Zachodzie byli naukowcy, a w Sojuzie – uczeni?)


Zima, zimno, ciemno. Zima, zimnica, ciemnica… Paskudne słowa, źle się kojarzą. Tam na pewno są jakieś robale, ruszają się i żrą jak gdyby nigdy nic…


Jak byliśmy mali, kochaliśmy zimę. Zima, biała, śnieżna, śnieżysta, kryształowa, skrząca się jak brylanty… Czekaliśmy na wiosnę, ale w upalne letnie dni tęskniliśmy za zimą. Jaskinia Królowej Tatry, białe sanie Królowej Śniegu, zima w Narni, zima nad dalekim cichym fiordem, zima w Bullerbyn, zima w Dolinie Muminków…

Tove Jansson, Zima Muminków

W zasypanym śniegiem salonie niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca. Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co. Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.
Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty.
Cisza pełna była spokoju i oczekiwania. Czasem ktoś westchnął i zwinąwszy się wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał. Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka. A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i nie mógł już zasnąć.
Patrzył, jak świeci księżyc i kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy. Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę. “Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha. Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.
– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!
Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradł się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.
O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła z miękkim plaśnięciem. Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią. Muminek nastawiwszy uszu długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe. Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było “Hej”. Sam list był krótki.
HEJ! Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego, wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy. Włóczykij
Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny. Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knackebrod. Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i czytając jeszcze raz list Włóczykija zaczął jeść. Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.
– Hej – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.
Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki. Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.
– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić:
– Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj! Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knackebrod i nakapał na nie trochę soku malinowego. Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.
– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe, na spotkanie Włóczykija. Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach. Uderzyło go zimne powietrze. Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap.
I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.
– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg. Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna. Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która przejrzysta i wesoła przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy. Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa. Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości. Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: “Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.
Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nie śpiącym wśród śpiących. I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry. Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze i wiodły prosto pomiędzy drzewa, na południe.



Ojciec, Dariusz Bogucki, na jachcie w lodach


I zagadka… Jest taka książka, w której jest cały czas zimno i światem rządzi Ministerstwo Zimy, i nie jest to Lewa ręka ciemności Ursuli K. Le Guin ani Gra o tron, choć i tam oczywiście the winter is coming…
Książka zaczyna się tak…

14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach naciągniętych na skarpety – tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców – po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem, przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem…