Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 – Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…

Barataria 83 O! Transmogryfikacjo!

Ewa Maria Slaska

O!

Nieznużony baratarysta Mietek Węglewicz przysłał mi ostatnio dwa nagrania radiowe Babci i wnuczka czyli nocy cudów. Olsztyńskie z roku 1961 i ogólnopolskie w reżyserii Janusza Kukuły z Ireną Kwiatkowską w roli babci. Niezrównane!

Główną bohaterką tej dwuaktówki jest babcia, zwariowana na punkcie cudów. Jej sterroryzowany przez nią wnuczek, jego dziewczyna i koledzy postanawiają wyleczyć babcię. Opowiadają jej o cudach w leśniczówce na Mazurach (być może jest to w ogóle leśniczówka Pranie, bo babcia zabiera ze sobą między innymi wyżymarkę). Podobno ukazuje się tam dzik z głową Batorego! Do spisku dołączają dwaj magicy, cwaniacy z Targówka – Adamus i Rączka. O północy wprawiają babci piątą klepkę i dolewają oleju do głowy. Akcja sztuczki przepleciona jest lirycznymi wstawkami, funkcjonującymi potem jako odrębne wiersze, np. “Powiedz mi, jak mnie kochasz”.

Mietek Węglewicz znalazł dwa słuchowiska.

1/
Słuchowisko archiwalne Radia Olsztyn z 1961 roku

Występują: Marta Sobolewska, Jerzy Glapa, Marta Szczepaniak, Roland Głowacki, Jerzy Żółkiew, Włodzimierz Bednarski
Realizacja: Anna Kochanowska.

2/

Słuchowisko Teatru Polskiego Radia, nagranie z roku 1993

Reżyseria i adaptacja:
Janusz Kukuła
Muzyka:
Jan Oleszkowicz
Obsada:
Irena Kwiatkowska – Babcia
Artur Barciś – Wnuczek
W pozostałych rolach:
Edyta Jungowska, Piotr Bajor, Jerzy Bończak, Ryszard Dreger, Andrzej Fedorowicz, Roman Kłosowski i Piotr Pręgowski.

Słuchowiska z Ireną Kwiatkowską nie udało mi się znaleźć w wersji ogólnodostępnej. Mogę zaproponować Czytelnikom, żeby weszli na stronę słuchowiska.pl, zarejestrowali się i wpisali do wyszukiwarki tytuł Babcia i wnuczek. Pojawią się linki do obu słuchowisk, czynne dla osób zarejestrowanych.

Słuchowiska zdecydowanie się różnią, ale w obu w I akcie pojawiają się wspomniani już panowie Rączka i Adamus, twierdząc, że są baronami Apokalipsy. Pukają do drzwi…

Babcia: Apokalipsy! (otwiera)
Rączka i Adamus (wchodzą)
Rączka: (Z ręką podniesioną do góry, mówi jak prorok): O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika. Zorobabel krąży na wysokościach. (krzyczy) A wy co? Zamiast mistyki turystyka? Już dwa tysiące razy mówiłem wam: – O, biada, biada! Nadciąga noc. Wrona kracze. Latarnie się przewracają. Kalendarze i zegary pożarł Lewiatan i nie wiecie dnia ani godziny! O, baratario!
Babcia (zachwycona): O, haratario! Może pan spocznie? (podsuwa Rączce krzesło) Będzie panu łatwiej przemawiać na siedząco.
Rączka: (siada)
Wnuczek: Babciu, my się spóźnimy.
Katarzyna: Naturalnie, proszę panią, musimy się pośpieszyć.
Adamus: A dokąd to śpieszysz się, szalona czeladko?
Babcia: Ci państwo mówią, że cud stał się w leśniczówce.
Adamus: Teraz nie ma żadnego cudu w leśniczówce. Teraz jest cud na Łysej Górze.

A! O! I oraz jeszcze:

Rączka: To my to odwołujemy. Myśmy się pomylili. (podnosi rękę i powtarza swoją prorocka kwestię) O, baratario! O, transmogryfikacjo, która holendrujesz natomiast! Czeluść otwarta. Słońce w znaku Wodnika Zorobabel krąży na wysokościach.
Babcia: A, skoro tak, to jedziemy. (gasi światło; wychodzi; po chwili słychać żałosne smykanie)
Pies: A o mnie to zupełnie zapomnieli.
(K U R T Y N A !!)

O, baratario! O, transmogryfikacjo! O, moi kochani. Nie myślcie, że Gałczyński sobie tę transmogryfikację stworzył, że to neolgizm! O, bynajmniej, jak piszą autorzy groszowych powieści. Transmogryfikacja to magiczna zdolność do zmiany kształtu lub formy. Moc. Jedna z tych, co ma być z nimi, z nami, z wami. May be force be with you. To zdanie kultowe. Można nim wyrazić wszystko, zmieniając na przykład pisownię (Mai the 4th be with U). Ostatnio widziałam na ulicy siatkę (nie szła sama, niosła ją jakaś ręka) z inną słynną parafrazą: May be fork be with you. Użytkownicy tej mocy mogą przekształcać się w obiekty martwe (i odwrotnie). Na przykład w widelec.

Ciekawe, że póki nie dostałam słuchowiska, dopóty nie mogłam nijak znaleźć w sieci tekstu tej dwuaktówki Gałczyńskiego. A jak przyszło słuchowisko, to o! Eureka! Jest! (Pamiętacie jeszcze?: ciało zanurzone w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez to ciało! O! ten facet był geniuszem, no tak, to taka sobie uwaga bez sensu na marginesie)…

I teraz, jak już jest to słuchowsko, to nagle znajduję nie tylko cały tekst farsy, ale jeszcze, w Dużym formacie z 7 czerwca 2006 roku konkurs literacki Probierczyka na nową wersję tej inwokacji wędrownych cudotwórców, Adamusa i Rączki… (O! pamiętacie te konkursy? Były zawsze obok dawnej cudnej Jolki). Bardzo często wygrywał w nich Stefan Parnasista Nowak z Tych. I wygrywał 400 złotych. Teraz też…

O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Ty, która na oślep połyskujesz miejscami, zanim się nie obrócisz znów na drugą stronę! Kawerno wypełniona murszem wobec zgnilizny przesłanek!

Uwielbiam patrzeć wskroś Ciebie na koalescencję deszczu, na maserację błyskawic, na konfluencję strug. Rozmyślam ci ja wtedy o uczuć deterioracji, o głupoty preponderacji, o nieszczęść wszelkich prefiguracji, o serca krakelurze. A Ty? A Ona? A Jej ostensywna subrepcja dezertyfikująca Jej związek z młodym trasantem? A przecie trata, którą ciągnął, mogła się, gdyby przeszli z dysforii w euforię, okazać koneksją nie do pogardzenia. Czyliż nie mogła stać się konwergencją Jej astralności z Jego besserwisseryzmem? A wszakże to Ona była cesjonariuszem, czemu więc nie przetestowała Go organoleptycznie?

Ona? Barataria czy Transmogryfikacja?

Reblog: Straż pożarna

Radosław Wiśniewski

[Rzecz o Ochotniczej Straży Pożarnej i urzędniku o policzkach jak jabłuszka]

Swego czasu, w co trudno mi teraz uwierzyć, byłem obiecującym urzędnikiem mianowanym R.P. i nawet przez jakiś okres w swoim życiu uwierzyłem, że nie pracuję tylko dla pieniędzy. Początki były trudne. Na przykład w 2003 roku trafiłem do pracy w Biurze Integracji Europejskiej w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu. Czasy były niespokojne, nowa administracja samorządowa układała się z rządową w terenie, troche współpracując trochę rywalizując o kolejne komptenecje. Jedną ze śmiesznostek tamtego okresu było na przykład Biuro Kontaktów Zagranicznych Wojewody tak jakby Wojewoda miał prowadzić swoją politykę zagraniczną. Trochę po prawdzie prowadził. I myśmy z Integracji Europejskiej, jako nieliczni urzędnicy znający języki tę politykę wspierali. Chociaż nie to było naszym głównym zajęciem. Głównie to mieliśmy prowadzić kampanię przed referendum akcesyjnym, które miało sprawdzić czy suweren (nikt wtedy tak nie mówił, ale o to chodziło), chce wstąpić do Unii Europejskiej. Naród się spierał, a u nas się mówiło, że w zasadzie nie mamy agitować, ale informować, wspierać samorządy, docierać do środowisk i takie tam. W praktyce wyglądało to bardzo różnie, a i tak do dzisiaj uważam, że najwięcej załatwił Jan Paweł II jednym bon motem „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej” po którym nawet Roman Giertych, wówczas przypomnę opiekun Młodzieży Wszechpolskiej lekko się zapowietrzył i wykrztusił z siebie, że nie zgadza się z papieżem. Z papieżem i to Polakiem-Papieżem. No wtedy było wiadomo, że Giertych może pomału się pakować do domu. No, w każdy razie tak się wówczas wydawało. To było 15 lat temu.

Przed wystąpieniem Papieża w sprawie wstąpienia bywało jednak bardzo różnie. Posyłani byliśmy przez naszych przełożonych jako owce między wilki, na wsie, do miasteczek i nie zawsze bywało miło czy zgoła bezpiecznie. Był to czas, przypomnę, kiedy to Marian Zagórny wpadł z chłopakami do urzędu ze świnią na postronku i nie niepokojony przez policję czy inne służby biegał z lagą w ręku po korytarzach jak chciał, aż wpadł do gabinetu Wojewody, gdzie świnia się zesrała ze strachu. Bo świnie, jak pewnie mało kto wie, to są bardzo wrażliwe zwierzęta i większość ma słabe serce i są emocjonalne. Pewnego razu wezwała mnie szefowa biura, którą bardzo szanowałem i szanuję do dzisiaj pamięć o niej i powiedziała:

– Panie Radku proszę sobie zmienić marynarkę na mniej elegancką, zdjąć krawat – tak, tak kilka tygodni chodziłem do pracy w krawacie i nawet polubiłem garnitur jak swoją drugą skórę – tutaj ma Pan materiały i ma Pan jakieś dwie godziny, żeby się przygotować…

Zamilkła i spojrzeniem wskazała stos papierów, teczek, plików, na oko jakieś trzy do pięciu kilogramów. Zaczekała, aż się oswoję i kontynuowała:

– Wicewojewoda ma dzisiaj spotkanie z komendantami ochotniczych Straży Pożarnych, więc wykorzystamy ten fakt i postawimy tam Pana, żeby Pan powiedział kilka zdań, odpowiedział na pytania, a tutaj ma Pan materiały o strażach pożarnych w całej Europie. Może okażą się Panu pomocne, gdyby były jakieś szczegółowe pytania.

Skinąłem głową, zgarnąłem stos papierów i udałem się do swojego pokoju. Zdjąłem posłusznie krawat i wyjąłem z szafy taką gorszą, sztruksową marynarkę. Rzuciłem papiery na biurko i zacząłem je kartkować w rosnącym poczuciu bezsilności. Niewiele z nich rozumiałem. Zagadnienie straży pożarnych w Unii Europejskiej wydało mi się czymś w rodzaju wielkiej, nieoświetlonej jaskini, której rozmiarów nie byłem w stanie się domyślić i brnąłem przez nią jedynie swoją myślą, potykając się co chwila, pragnąć dotrzeć do jakiejś ściany, znaleźć jakiś punkt oparcia. Daremne nadzieje, próżny trud. Im więcej wiedziałem, tym większy chaos panował w mojej głowie, tym więcej paniki się w nią wkradało. Zadzwonił telefon z dołu, że samochód już jest i żeby się zbierać bo Wicewojewoda w zasadzie czeka na młodszego referenta.

Jechaliśmy szparko, Wicewojewoda z PSL, któremu podlegały OSP nie odzywał się wiele, popatrywał na mnie jak nerwowo przerzucam papiery na rozłożone na kolanie. Raz tylko mruknął po jakichś czterdziestu minutach jazdy:
– No, szybciej Panie Tomku, spóźnimy się a ja muszę otworzyć to zebranie, druhowie nie lubią jak władza się spóźnia

Akurat ja tam wolałem, żeby Pan Tomek jechał jak najwolniej, chociaż z drugiej strony byłem świadomy, że potrzeba było nie minut, nie godzin, ale dni lektury, żeby ułożyć sobie jakiekolwiek wystąpienie przekonujące dla soli ziemi w tureckich sweterkach w serek i romby. Byłem bez szans. Dotarło to do mnie tuż przed miejscowością w której miało odbyć się spotkanie. Nie ważne co wiem, a czego nie wiem. Zginę. Więc lepiej po prostu przyjąć los z pogodą ducha, być może to pozwoli jakoś opanować salę.

Myliłem się.

Wicewojewoda wpadł na salę na piętrze zabytkowego, chociaż zrujnowanego pałacu stojącego nieco z boku głównej drogi, ściskając po drodze dziesiątki grubych jak bochny, spracowanych dłoni. Wlokłem się za nim jak cień człowieka. Dzień był pochmurny, na sali nie zapalono światła, był półmrok, długie stoły ustawione w podkowę a przy nich nie mniej niż stu, może stu kilkudziesięciu druhów. Twarze wydawały mi się w tym świetle ciemnoszare. Wicewojewoda nie mówił długo.
No, niebawem druhowie pogadamy sobie o naszych sprawach – zaczął kończyć, ledwie zaczął – ale zanim to nastąpi, pozwólcie, że kilka słów o Unii Europejskiej, nadchodzącym referendum i o wszystkim co się z tym wiąże powie Wam kilka słów mój młodszy kolega z Biura Integracji Europejskiej… no, ekhm to ja już przekazuję mikrofon i zostawiam Was sam na sam…
Podał mi bezprzewodowy mikrofon i wyszedł zamykając za sobą przezornie drzwi. Chyba udało mi się zacząć bez rytualnego chuchnięcia w kratkę mikrofonu, ale wiedziony instynktem mówiłem patrząc w blat względnie na swoją rękę, którą położyłem na teczce pełnej papierów. Nie patrzeć wściekłem zwierzęciu w oczy. A tutaj było wielogłowe zwierzę, które na mnie patrzyło, było tego pewien a im bardziej błądziłem, nie wiedząc co w zasadzie miałbym powiedzieć szefom Ochotniczych Straży Pożarnych z całego województwa, ani tego co oni by chcieli ode mnie usłyszeć – tym bardziej rosła jego wściekłość, na razie milcząca. Szybko jednak wielogłowe zwierzę wydało z siebie pierwsze warknięcie, ciche, ale słyszalne:

– Nie no co on pierdoli…
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– Nie, no kurwa, weź, co mi tutaj będzie…

Podniosłem wzrok, żeby zorientować się ewentualnie komu zaproponować zadanie pytania, opanować rodzącą się złość i skanalizować, ale tym samym przerwałem niezbyt przygotowany speech i dałem bestii oddech. Nie zdążyłem już nic powiedzieć, bo natychmiast z drugiego końca sali ktoś warknął głośniej:
– No i co, pierdu, pierdu, zatkało kakao..?!
– No mówiłem ci, szczeka, jak go nauczyli a nie ma nic do powiedzenia
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– No przecież skończył, te, powiedz mi kurwa jak ja mam gasić, jak mam na jednostce motopompę a nie mam jednostki transportowej, co? Co mi to Unia da?
– Daj spokój, przecież paniczyk po studiach nie wie nawet co to motopompa
– Pokażesz mu to zapyta czy to kombajn zbożowy
Tutaj wielogłowa bestia gruchnęła śmiechem tubalnym i donośnym, który zagłuszył narastający rwetes, kiedy kolejni druhowie wykrzykiwali swój ból, podczas gdy inni uciszali tych wykrzykujących, że dajcie spokój, co sobie o nas pomyślą, dajmy przykład kultury i jak Pan do nas przyjechał, niech mówi dalej, ale z kolei tamci dorzucali, że już niech mówili i spierdala skąd przyjechał, za swoje biurko, póki mu nikt nie przyjebał, bo ja zaraz nie wytrzymam, Unia chujnia, a na jednostkę transportową do motopompy od lat proszę i kurwa nie ma i nie ma.

Wyłączyłem mikrofon, bo to chyba nie miało już większego sensu, zapanował kompletny chaos, a chociażbym chciał, nie miałem już z kim rozmawiać i modliłem się tylko, żeby wrócił Wicewojewoda z PSL. Zamiast niego wstał milczący do tej pory Komendant OSP z Męcinki Dolnej. Jasne oczy kontrastowały z szarą, powleczoną lekkim zarostem twarzą, szarym swetrem spod którego wystawał postawiony kołnierzyk koloru écru, chociaż nie odważyłbym się go tak nazwać przy druhach. Oparł się pięściami o blat stołu, pochylił lekko do przodu i pomimo tego, że nie był wysoki, wydawał się ogromnieć z każdą chwilą, bowiem wzbierało w nim coś, co przerastało wszystko, całą te glątwę drgającą wokół niego. Wyrzucił przed siebie lewą rękę jakby chciał coś złapać, jakby właśnie się wspinał po stromej ścianie i chciał za wszelką cenę lewą, mięsistą dłonią znaleźć oparcie i zawołał. Nie krzyknął, ale z głębi swojego ducha zawołał głosem niskim, acz przenikliwy, tak że rozwibrowało się całe powietrze wokół niego:

– Druuuuhooooowieee!

Tamci wrzeszczący, gestykulujący, próbujący wstać zza stołu, widocznie po to żeby mi przyjebać przed powrotem za biurko zastygli tak jak ich zastało wołanie Komendanta z Męcinki Dolnej. A ten widząc, że opanował ich gestem i głosem proroka nabrał powietrza i powtórzył jeszcze raz:
– Druuuhowie! – powiódł wzrokiem, czy go słuchają – Uciszcie się! Nie wypada tak, nawet jeżeli się nie zgadzacie, nie kłóćmy się, druhowie… Przecież tutaj chodzi – znowu spauzował, żeby to, co miał do powiedzenia wybrzmiało dobitniej – tutaj chodzi o p o l s k ą r a c j ę s t a n u!!!!

Zapadła cisza, w której niczym sygnał na trąbce amerykańskiej kawalerii zabrzmiał dźwięk zamka i poruszyła się klamka. Wracał Wicewojewoda, uśmiechnięty, niczego nie świadom, podszedł i nie wiedząc co czyni przejął ode mnie mikrofon.

– No to widzę że już sobie porozmawialiście z moim młodszym kolegą, także ten, no powiem tyle, że ja jestem za wejściem do Unii, bo wprawdzie w każdym kraju unijnym straż pożarna jest inaczej zorganizowana i niby to dla nas nic tu specjalnie nowego nie wyniknie, ale wiecie druhowie, tak po gospodarsku wam powiem jak to jest, jak gminy będą bogatsze, bo część pieniędzy na oczyszczalnię, czy przepompownię dostaniemy z Unii, no to wiadomo, że łatwiej będzie znaleźć środki na nową motopompę czy jednostkę transportową dla niej, prawda. No.

Wicewojewoda mówił jeszcze kilka chwil, prosto, po gospodarsku. Wyszedłem zapalić papierosa. Drżały mi trochę ręce. Zrozumiałem błąd i ślepy zaułek w jaki niechcący wpuściła mnie szefowa zarzucając mnie kilogramami zbędnego papieru. Ale już nic nie dało się zrobić. Miałem z tej lekcji skorzystać za to kilka razy w przyszłości.

Nie wiem do dzisiaj jakie miał poglądy polityczne, geopolityczne Komendant OSP z Męcinki, ba, nie wiem czy Komendant OSP z Męcinki Dolnej jeszcze żyje (nazwa miejscowości została zmieniona), czy temu drugiemu gmina kupiła jednostkę transportową. Ale kiedy słucham jak wysoki urzędnik RP o policzkach jak jabłuszka po raz kolejny opowiada drydymały o tym, że Unia jest wspólnotą wyimaginowaną, chętnie poleciłbym mu, żeby się spotkał z Komendantem OSP z Męcinki Dolnej, bez ochrony, bez świadków, bez żony, kolegów partyjnych i bez marynarki. Może Komendant OSP z Męcinki Dolnej wyjaśniłby mu raz na zawsze, dobitnie na czym polega polska racja stanu, bo chyba ten urzędnik o policzkach jak jabłuszka kompletnie nie wie co to jest, a jeżeli wie to jej nie rozumie. Ale jest jeszcze czas, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, Panie Komendancie.

Bild könnte enthalten: Himmel und im Freien

#PlicaPolonica

#PlicaPolonica

Koniecznie przyjdźmy… Raz może to stulecie, które nam już nosem wychodzi, pokazane zostanie inaczej…

Taki hasztag wpisała Anna Krenz na Facebooku, pokazując tę oto grafikę:

Co mówi Piłsudski? Co tam prawi? Dowiecie się na wernisażu wystawy “Niepodległa Polska” – wernisaż 14.09.2018 w Klubie Polskich Nieudaczników, Berlin.

#PlicaPolonica

Anna Krenz, jak sama twierdzi, sama podąża i bawi się formą komiksową 3D. Nadal.

Ela Woźniewska, napisała mi tylko, że będzie i żebym przyszła.

Piotr Mariusz Urbaniak informuje: oto moja praca, która zostanie pokazana na wystawie 100 NIEPODLEGŁA POLSKA 🇵🇱, w Klubie Polskich Nieudaczników/ Club der Polnischen Versager, w Berlinie.

To mój pierwszy obraz, który namalowałem w Berlinie Zachodnim, późną jesienią roku 1983, na krótko po opuszczeniu mojej Ojczyzny, na emigrację w Niemczech Zachodnich.
Tytuł tego historycznego dla mnie obrazu: JASNA GÓRA, 1983, 80x100cm, olej, blejtram…

(Uwaga prace, które były tu pokazane były linkiem do strony internetowej Nieudaczników i w międzyczasie zostały z tej strony wyparte przez sprawy nowe, nowsze i najnowsze – a zatem obrazów nie ma! przepraszam)

Barataria 82 Turumba

Ewa Maria Slaska

Wesele poety i owocowa turumba

Turumba to wiersz, piosenka i taniec. Przypominam, że turumbę znalazłam na ulicy w Berlinie, na kartce wyrwanej z książki. Książka była po hiszpańsku czyli w języku oryginału. Od słowa turumba doszłam do autora (Antonio Skármeta) i tytułu książki (Wesele poety) oraz do jej wydań najpierw po niemiecku (przez co dowiedziałam się, że wyimaginowana wyspa Gema, gdzie toczy się akcja powieści, to ani chybi Barataria) a potem po polsku…

Znalezienie kartek opisałam TU
Odkrywanie Baratarii na Gemie (Gemmie) TU

Opowiadałam już też, że turumba to naładowany erotyką taniec, jaki tańczy miejscowa ludność podczas wesela, co zapewne (choć autor o tym nie wspomina) miało zapewnić płodność młodej parze. Akurat w powieści, która jest historią dwóch ślubów i dwóch wesel, naładowana seksem turumba nikomu się na nic nie przydaje – jedna panna młoda umiera podczas nocy poślubnej, druga, w dwadzieścia lat później, zostanie zgwałcona przez obce wojska w symbolicznym akcie zwycięstwa. Jeden z panów młodych ginie, drugi… ach nieważne, chcecie to poczytajcie… Autor jest bardzo znany, napisał między innymi powieść o Nerudzie, według której nakręcono słynny film Listonosz (Il Postino). Wesele poety nie jest może najlepszą jego książką, ale za to jest świetną sagą rodzinną, w której prawda miesza się z fikcją, nauka z konfabulacją i w końcu dowiadujemy się, skąd się wzięli Włosi w Chile…

No ale turumba, turumba…

Na wybrzeżu Malicji świątecznym tańcem na uroczyste okazje jest skoczna turumba, którą tańczy się na dwa sposoby – salonowy i lupanarowy. Pospólstwo zwie ją kurwą-umbą.

I tak w kurwie-umbie mężczyźni przesuwają dłonie z talii na piersi kobiet, które już wcześniej rozumnie pozbyły się w toalecie biustonoszy (…). Potem tancerze ściągają partnerkom majteczki – trofeum nieodzowne w kurwie-umbie, uznawanej dziś za pomnik folkloru – chwytają zębami skradzioną w ten sposób część garderoby i z jeszcze większym zapałem ocierają się podbrzuszem o jędrne pośladki wyspiarek przy akompaniamencie ekstatycznych dźwięków skrzypiec i fortepianu.
Jeśli zabawa przebiega wedle ustalonych reguł, kurwę-umbę wieńczy układ choreograficzny, w którym mężczyźni powiewają damskimi majtkami nad głową, a jednocześnie głośno wystukują rytm obcasami, podczas gdy partnerka, pod osłoną wzniecanego z podłogi kurzu, zadziera spódnicę aż do pasa, odsłaniając przed spostrzegawczym widzem falującą …

I tak dalej. Poczytajcie sobie sami 🙂

A tu sam wiersz w trzech odsłonach… Zachęcam do tworzenia dalszych wersji…

Antonio Skármeta

Turumba de la fruta

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la novia y con las putas,
con las putas

Yo ya le como la sandía hasta dejerla toda vacía
Yo ya le como ese melón sin dejarle ni el corazón
Yo ya le como la uvita, que está muy rica
que está muy rica
Ahora te beso las tetitas, que están duritas
que están duritas

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con la abuela y con las putas,
con las putas

Chúpame chiquita la banana, que está muy sana
que está muy sana
Qiero besarte el coliflor, qué suave olor
que suave olor
Voy a morderte la aceituna, que ese pezón
que ese pezón
Ya te ésta chorreando la naranja, vamos a la cama
vamos a la cama

Ésta es la turumba de la fruta de la fruta
Para barlaria con el cura y con las putas,
con las putas

*** Ja ją sobie przetłumaczyłam tak:

Turumba owoców

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

*** Tłumaczka powieści na polski, Dorota Walasek-Elbanowska ujęła to dosadniej:

Owocowa turumba

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Będę jadł arbuzy, będę jadł melony
nie będę jadł ogórka, bo jest zbyt zielony.
Lubię miękkie gruszki i twarde jabłuszka,
daj mi pocałować twojego cycuszka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy z panną młodą i z kurwami tańcować

Złap mnie za banana, dziewczyno kochana
będziemy się ściskać do samego rana.
Puszcza sok cytrynka, już mi cieknie ślinka
pokaż mi cycuszka, ugryzę rodzynka.

Turumba kurwa-umba, turumba owocowa
chodźmy tańcować z księdzem,
z kurwami tańcować

No cóż, w oficjalnej polskiej wersji zniknęła babcia z drugiego refrenu, a w Baratarii przecież wciąż pojawiają się jakieś nieźle rozerotyzowane babcie – najwięcej chyba w tej amerykańskiej powieści o dorastaniu – Barataria Summer. Ale nie zniknął, i to jest znacznie ważniejsze, ksiądz z refrenu trzeciego.

Ksiądz zagroził, że jesli ostatnia zwrotka tego lirycznego poematu nie zostanie usunięta, nie poświęci obrączek i ekskomunikuje całą wyspę, podobnie jak niegdyś papież Pius I heretyków niejakiego Marcjona, uprawiających bezecne praktyki ze świecami. Kiedy Hieronim (pan młody – przyp EMS) wypomniał proboszczowi, jak to przed laty sam go namawiał do założenia burdelu, ojciec Pregel oświadczył, że ostatnio cierpi na chwilowe napady amnezji, a gdy kupiec wręczył mu dwa banknoty z długimi rzędami zer, prosząc, żeby kupił w Agram nową figurę świętego Rocha, patrona piratów, kapłan stwierdził, iż w gruncie rzeczy Owocowa turumba ma w sobie coś adamicznego, i zapowiedział, że do wieczora własnoręcznie dopisze dalszy ciąg, wzbogacając ów niekonwencjonalny tekst o perypetie Adama i Ewy w raju, po czym na poczekaniu wymyślił kolejną zwrotkę:

To, co wąż uczynił Ewie, może teraz spotkać ciebie.
Szukasz męża, strzeż się węża; tańcz w bieliźnie, bo się wśliźnie.

Czy to początek turumby? Taniec z gwiazdami, majtki Cieślak…

Wrócimy jeszcze przy okazji na wyspę Gemmę, obiecuję…

Niezła sztuka (reblog czyli reklama)

na Facebooku piszą o sobie:

Jesteśmy fundacją, której misją jest edukowanie i upowszechnianie sztuki, chcemy zainteresować tą dziedziną jak najszerszą publiczność wg zasady „sztuka dla każdego – od amatora do konesera”

Tworzymy modę na polską sztukę, wydobywamy z zapomnienia wspaniałych artystów, promujemy polskie muzea, które są skarbnicą tego, co jest najlepsze w polskim dziedzictwie. To wszystko pozwala naszym odbiorcom inspirować się przez sztukę.

Ich mottem jest cytat z Einsteina:

Wiara, Nauka i Sztuka to gałęzie tego samego drzewa. Wszystkie te dążenia skierowane są ku temu, aby uszlachetnić życie człowieka, wydobyć go ze sfery czysto fizycznej egzystencji i poprowadzić ku wolności.

Mają siedzibę w Warszawie. Jeśli chcecie to nich napisać to TU.

Obrazy, które mnie u nich zaineresowały i zlinkowałam je z tym wpisem zniknęły. Pokażę inne, które są moją “niezłą sztuką”…
Na przykład moja Mama Irena Kuran-Bogucka, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Wiersze z szuflady Broma

Roman Brodowski

Aby odetchnąć nieco od polityki, stresu, i szarej nienormalnej
dla mnie polskiej rzeczywistości, postanowiłem zajrzeć do
szuflady, by przypomnieć sobie siebie w odległej przeszłości.
Postanowiłem wypuścić na światło cztery wiersze pisane
prostotą uczuć młodego poety-marzyciela.

Pozdrawiam

Jak bocian

Powrócę do Ciebie
Jak bocian
Początkiem wiosny
W czas roztopów

Chłodnym porankiem
Gdy kogut
Spragniony promieni
Zapieje na dzień dobry

Przywitasz mnie
Jak zawsze
Kolejną już szansą
Na miłość

… I będzie radość.

Zostanę u Ciebie latem
Będziemy jak
Śnieżne łabędzie
Ona i on na stawie.

W miłosnej ekstazie
Odnajdziemy
Zagubiony świat
Naszego wczoraj

Otulę twoje ciało
Peleryną
Uszytą zapachem
Kwiecia z łąki

… I będzie pięknie

Odfrunę od Ciebie
Jak bociany
Jesienną nostalgią
Tańczących liści

Popłynę beskresem
W bezczas
Bożozakonnego daru
Przemijania

Zostawię po sobie
Wspomnienia
Dla jesienno zimowej
„Żony marynarza”

I będzie…? – Kocham wolność

Berlin, 19.02 1990

***
Pora dojrzewania

Wciąż tęsknię za nocą.
W niespokojnym śnie
Czuję Ciebie wilgocią ust
I jest mi dziwnie inaczej

Jesteś przy moim boku
Tylko moja i tylko dla mnie
Hormony tańczą dojrzewanie
Lecz ciało na granicy marzeń

Dlaczego przychodzisz
Niby muza tylko tęsknotą
Karmisz pożądaniem
I znikasz cichym porankiem

Wciąż piszę do ciebie poematy
Wysyłam i wiatrem i deszczem
I gołębim gruchaniem
Na okiennym parapecie

Moja komora czeka ciepła
Ciało miłosnych uniesień
Kalendarz traci powoli stronice
A ja nadal kocham tylko noc noc

Bytom, 21 marca 1981

***
Nic nie mów

Nie wyznawaj nikomu
Miłości
Gdy w sercu pustynny wiatr
Rozwiewa nadzieję

Nie obiecuj nikomu
Dobroci
Gdy dusza w nagości
Czeka wsparcia

Nie mów nikomu
Jaki jest
Niepotrzebne myśli
Ubogie w prawdę

Poranek budzi dzień
Dzień wita wieczór
Wieczór pozdrawia noc
Noc otula snem

A Ty – Nic nie mòw.

Żory – 15. 07. 1983

***
Samotny?
Nie jestem samotny.
Spotykam cienie
Na kamiennych płytach
Rozmawiam
Słyszę ich żale
One są ze mną

Odnalazłem tułacza
Był we mnie
Pokazał mi drogę
W niepojętą przyszłość
I ruszyłem za nim
We dwoje raźniej
Podążać do celu

Niemcy z drogi 2

Drugi fragment książki Henninga Sußebacha Deutschland ab vom Wege

Günther

Pod koniec dnia znalazłem nocleg w szopie ogrodowej u starego faceta, który ma na imię Günther. Na południe od autostrady szedłem przez strefę beznadziei, a raczej bezpociechy, opuszczoną jak krajobraz po bitwie. (…) Z godziny na godzinę coraz intensywniej dręczyło mnie pytanie, gdzie będę mógł przenocować? Byłem przemoknięty do suchej nitki, ale było też tak, że nocleg u kogoś obiecywał mi większą przygodę niż przespanie się w namiocie.

Obejście, wydłużony kawałek pola, leżało pośrodku ziemi jałowej jak wyrzucony na plażę wieloryb – pół budynku w ruinie, belki konstrukcji ryglowej sterczące jak żebra, druga połowa z czerwonej cegły. Z okna otwartego jak oko umierającego domu wydobywało się światło. Otworzył mi mężczyzna o miłej okrągłej twarzy na ciele kolosa. Przenocować? W zrujnowanej części budynku? W szopie będzie chyba przyjemniej, powiedział. Jak rozłożę śpiwór, mam przyjść na kolację. Drzwi są uchylone. Położy mi kapcie.

Człapiąc wszedłem do świata, w którym mieszka Günther, dotarłem do nieznanego mi kontynentu, który chciałem poznać, a który nie był tu piękny, lecz szorstki, zerodowany rozczarowaniami. Siedzieliśmy w pokoju gościnnym, pod obrazem przedstawiającym białe brzegi Rugii. Stary opowiadał. Do Zjednoczenia pracował w państwowej, enerdowskiej fermie świń – zapładniał maciory nasieniem wieprzy i potrafił o tym zabawnie opowiadać kolegom. Bo kto wie, że wieprz za jednym zamachem produkuje pół litra spermy?

Günther wyjaśnił mi też, dlaczego tak potwornie przemokły mi buty i czemu stopy napuchły mi z wilgoci. Otóż żaden wieśniak nie wyprowadza już krów z obory, bo wtedy, musiałby do nich dotrzeć, żeby je wydoić. Strata czasu, strata pieniędzy. Łąki, którymi dziś szedłem, nie są już miejscem wypasu, to tylko tereny, które się kosi kilka razy do roku. Krowy na pastwiskach, owce na wypasie, kury grzebiące w ziemi? Nic z tych rzeczy, nie w Meklemburgii. Tu po ogromnych polach przejeżdżają ogromne maszyny rolnicze i w ciągu kilku godzin zapewniają całoroczny dochód. Mięso, bułka, ogórek.

Günther nie był zwolennikiem ekologii. Nigdy. Tego wieczora powiedział o sobie, że jest marksistą, że cenił PGRy, bo zapewniały uprzemysłowienie rolnictwa, aż przyszedł czas, że to samo uprzemysłowienie pozbawiło go pracy. Maszyny przywiezione z Zachodu, większe i mocniejsze niż wszystko, co przedtem tu widziano, które pracowały wydajniej i bez przestojów niż te dawne, weszły na jego ziemię i w jego życie, i zmiotły go z powierzchni. Spróbował sił w chowie bydła na własną rękę, ale jego małe stadko dopadła infekcja. Przerzucił się na hodowlę ryb, ale sandacze też zdechły. On sam nabawił się cukrzycy, przyplątał się zawał. (…)

Nie czułem się dobrze. Byłem młodszy, a słuchałem go z pozycji człowieka uprzywilejowanego, który takie pojęcia jak zmiana systemu i kolaps znał tylko z obsługi komputera. On, ten starszy, dał mi w ciągu tego wieczora odczuć swą wściekłość na świat, uczucie które mi się zrazu wydało irracjonalne i niedojrzałe. Günther  często rozpoczynał zdania od takich sformułowań, jak “tak to już jest…” i “muszę powiedzieć, że…”, po czym następowały ciężkostrawne teorie o kanclerce, która jest zdrajczynią i hasła partii AfD, pełne lęku o przyszłość i wrogie obcym. Günther nie ufał już dawnym partiom, nie ufał związkom zawodowym, ani państwowej telewizji. Przestał prenumerować gazetę, którą przedtem czytał, a jego lekturą stał się Compact, pełne nienawistnych tekstów piśmidło pegidystów i zwolenników wszelakich teorii spiskowych, które chętnie ilustrowano wizerunkami Angeli Merkel w islamskiej chuście na głowie.

Byłem gościem samozwańczego obrońcy chrześcijańskiego świata Zachodu, który był jednocześnie, jeśli dobrze interpretowałem, to co mówił, i ateistą, i brunatnym komuchem. Między jego życiem a moim nie było żadnych punktów stycznych, może poza tym, że i jego, i moje poglądy pełne były sprzeczności. Ale teraz siedzieliśmy razem, jedliśmy ser, chleb i ogórki konserwowe. On – fenomen z wiadomości prasowych, i ja – dziennikarz czasopisma, które on traktował jak wroga. W moim świecie takich jak on nazywaliśmy “wściekłymi staruchami”, on sam myślał o sobie jako o “dobrym człowieku”.

A przecież coś mnie tam trzymało. Günther był istotą zmiennocieplną. Był lodowaty w stosunku do wszystkiego, czego nie znał, ale traktował mnie przyjaźnie, choć byłem całkowicie mu obcym przybłędą. Wiedział kim jestem, wiedział, że pracuję dla prasy, która w jego pojęciu kłamie. Mógł mną pogardzać, a był szczęśliwy, że ma się przed kim wygadać. Nie podzielałem nawet najmniejszej części jego poglądów i otwarcie mu to powiedziałem, ale jednocześnie rozumiałem, co go wpędziło w ten polityczny ślepy zaułek wiecznego niezadowolenia. Z punktu widzenia Günthera, człowieka z prowincji, demokracja stała się zabawą mieszczuchów, którzy nie dopuszczają żadnej alternatywy, a o takich jak on mówią “motłoch”. Ci z miasta byli w każdej sprawie zgodni, czy chodziło o rezygnację z energii atomowej, czy o wysłanie wojsk na placówki zagraniczne. Mieli zawsze rację i nie obchodzili ich ludzie spoza ich horyzontu światopoglądowego, ich potrzeby i lęki. Günther był zdania, że gdy tylko jakiś koncept polityczny wyjdzie poza miasto,  jego materializacja na prowincji mieszczucha już nie będzie obchodziła.

Günther pokazał mi czerwone światła migające w ciemności za oknem. Dziesięć lat temu, powiedział, Konsorcjum postawiło tu wiatraki – symbole tego, jak ludzie z miasta rozumieją postęp. Brygady ustawiały kolumny, starannie mierząc dozwolone odległości do najbliższych siedzib ludzkich, wyznaczone na podstawie wysokości masztów, pomiarów fal dźwiękowych i przewidywań co do ilości dni, kiedy maszty będą rzucały silny cień. Teraz wymienia się stare wiatraki na nowe, dwa razy wyższe – a więc zasadniczo powinny stać w podwójnej odległości. Günther kręci głową. Obecnie zakłada się, że zmiana systemu pozyskiwania energii jest nieodwracalna, a to oznacza, że obowiązują inne zasady. Nowe wiatraki staną tam, gdzie stały stare. Günther jest zdania, że dopasowuje się przepisy do zaistniałej sytuacji, a nie sytuację do przepisów. To sprawia, że Günther czuje, iż politycy przestali go reprezentować. Jest rozgoryczony i znalazł sobie nowych reprezentantów.

Podczas tej wędrówki, na obcym mi terenie, znajdując się w sytuacji przeciwstawnej do tego, co mnie otacza na co dzień, mam wyostrzony obraz samego siebie. Tak, jestem za tym, byśmy zrezygnowali z energii atomowej. Jestem zdania, że Niemcy są krajem wystarczająco zamożnym, bo udźwignąć koszty takiego projektu lepiej niż jakiekolwiek inne państwo. Ale słowa Günthera wywołują we mnie również poczucie niezadowolenia i to takiego, z którym zmagam się już od dłuższego czasu. Kiedy po raz ostatni, ja – mieszkaniec miasta, ja – mieszkaniec przedmieścia – osobiście poniosłem konsekwencje moich przekonań politycznych i moralnych? (…) To prawda, częściej korzystam z kolei niż z auta, ale to dlatego że tak jest mi wygodniej. Korzystam też z tzw. energii przyjaznej dla środowiska, ale nie oznacza to, że postawiono mi wiatrak w ogródku przed domem (…).

To na prowincji dokonuje się działań, które nam, mieszczuchom, pozwalają prowadzić życie zgodne z naszymi normami moralnymi. Ci, którzy inicjują takie działania, sami z reguły nie mają styczności z realiami tych decyzji.

(…) Niemal całe życie spędziłem w miastach, najpierw w Zagłębiu Ruhry, potem w Berlinie. [Teraz w Hamburgu] Jestem zdania, że miasto od dawna jest najlepszym miejscem, żeby podważać to, co zastaliśmy (…) Ale miasto równie wspaniale pozwala się samooszukiwać i żyć w przekonaniu o własnej nieomylności. Zmiana systemu pozyskiwania energii wymaga w mieście zaledwie podpisu pod nową umową dostawy prądu. Jak się ma dworzec pod nosem, przesiadka z auta na pociąg nie jest wielkim poświęceniem. Nigdzie nie jest łatwiej niż w mieście być dobrym człowiekiem.

Ale czy jesteśmy dzięki temu lepsi od innych?

Poczucie wyższości mieszczucha – moralne, intelektualne, stylistyczne. Widziałem to po samym sobie. I po innych, kiedy z powoidów zawodowych przeprowadziliśmy się z rodziną z centrum Berlina na przedmieścia Hamburga – bo w centrum było nam za drogo. Po przeprowadzce doskwierał nam brak kina, koncertów, restauracji, nawet plakatów, które by nam podsuwały coraz to nowe możliwości. Ale bolało też niezrozumienie ze strony przyjaciół mieszkających w centrum. Standardowe pytanie, które zresztą było krytyczną oceną, brzmiało: “tak daleko teraz mieszkasz?” Jakby nie istniało życie poza dużym miastem.

To miejskie pełne politowania pobłażanie nadal zresztą i sam uprawiam. Nie znam nikogo, kto mieszka naprawdę na prowincji.

Siedzimy w rozwalającym się obejściu Günthera, który mówi, że nie ma już z nikim wspólnego języka. Zjednoczenie to humbug. Wiatraki produkujące energię – też. A jeśli byłeś hodowcą świń i straciłeś pracę, to mieszkający w mieście wegetarianie nie zatroszczą się o twój los, nawet cię nie zauważą.

Czuje się tak, jakby go już w ogóle nie było. (…)

Mam wrażenie że znalazłem się dokładnie pomiędzy, w jakiejś historycznej rozpadlinie, między miastem i prowincją, między awangardą, a tymi, którzy zostali odepchnięci, zapewne też między arogancją z jednej strony i poczuciem, że człowieka zignorowano z drugiej. (…) moje własne odczucia wcale nie były jednoznaczne. Broniłem przed zgorzkniałym starcem osiągnięć ostatnich dziesiątków lat. To były miejskie osiągnięcia, to prawda, ale miały przecież uniwersalną siłę: równouprawnienie, ochrona mniejszości, zrównoważona gospodarka. Ale rozumiałem, że dla Günthera oznaczają one poniżenie i zepchnięcie na margines.

(…) Przyszło mi do głowy, że Günther nie skarżył się na zbyt niską emeryturę, na zły stan dróg, na to, że zlikwidowano połączenia autobusowe. Bolał go tylko brak uwagi i szacunku.

Leben, Tod und Schlaf / życie, śmierć, sen

Ein paar Bilder und ein Lied, die ganz zufällig oder gar nicht zufällig an meinem Geburtstag (oder Tag danach) angekommen sind / Zdjęcia i piosenka, które, przypadkowo lub nie, dotarły do mnie w dniu urodzin (lub dzień później).

Foto: Dorota Cygan

Cmentarz Ruhleben (Spokojne życie): życie – uśmiech – radość
Dzień cmentarza, 15 września, od godz. 14 do 22

Foto: Facebook

Wanted dead & alive!

Fotos (3): Christine Ziegler

Song discovered by Lidia Głuchowska

Es singt / wykonanie: Paweł Matyja

Jarosław (Jarek) Kaczyński schlief…

Der Song ist schon zwei Jahre alt, ist aber jetzt wieder aktuell geworden. Es geht um den Diktator, der am 13. Dezember 1981, als in Polen das Kriegsrecht begann, als die anderen inhaftiert oder interniert wurden, einfach in eigenem Bett schlief, heut aber die Allüren des Heldens vorzeigt. Das Lied ist eine bewusste Anspielung an einen sehr berühmten Song aus der Zeit der VRP – Janek Wiśniewski padł / Jan (Janek) Wisniewski ist gefallen…

Barataria 81 szewski poniedziałek

Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska

Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.

Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.

Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.

Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!

TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…

Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.

Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).

Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach…  Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.

Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…

Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.

Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…

Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.

O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.

Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…

Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.

Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.

W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.

W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.

Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.

Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.

– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.

Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.

Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.

Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.


Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.