Ratując, co się da 2

Ta historia zachęci was być może do przeczytania książki, którą ja już sobie zamówiłam i już sobie ostrzę pazurki. Czytelnicy cyklu Barataria dobrze wiedzą, że lubię opowieści o piratach. Autorka twierdzi, że (ach, niestety!) nie pisała nic o Jeanie Lafitte czyli piracie z Baratarii, ale tytuł książki – Republika Piratów – brzmi nader zachęcająco i niewykluczone wszak, że ta republika to jednak, metaforycznie rzecz biorąc, jest Barataria. Się okaże. A zanim się dowiemy, zapraszam do lektury innej pirackiej opowieści…

A. M. Rosner

Kapitan James Long stał na achterdeku Lady Eleonor i zastanawiał się, co zrobić. Dowodził brygiem w służbie Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego i reprezentował go na wyznaczonych do patrolowania wodach. Chełpił się tym, że rufę jego okrętu zdobiła bandera oznaczająca przynależność do flotylli komodora Jonathana Wilsona – błękitna, z krzyżem świętego Jerzego wpisanym w krzyż świętego Andrzeja w górnej, lewej kwarcie.

Rozkazy, które otrzymał, były proste: zatrzymywać cywilne jednostki, sprawdzać listy przewozowe i szukać kontrabandy, jednocześnie mając oko na panoszących się po całych Karaibach piratów. Tych ostatnich nie spodziewał się napotkać i szczerze nad tym ubolewał. Miał nadzieję pojmać kiedyś jednego z nich i zyskać w oczach przełożonych. Wiedział jednak, że nie miał na to szansy tak długo, jak kazano mu poruszać się między Antiguą i Barbudą. Po akwenie kręciło się zbyt wiele patrolowców mających oko na trasy handlowe, niezwykle popularne wśród brytyjskich armatorów. Piraci trzymali się na północy, w okolicach New Providence.

Większość kolonistów, towarów, korespondencji i rozkazów nadsyłanych z Whitehall zaraz po przebyciu Atlantyku trafiało do Fort James – fortyfikacji na Antigui i siedziby gubernatora Wysp Podwietrznych, Waltera Hamiltona. Dopiero stamtąd rozsyłano wszystko dalej, tam, gdzie zgodnie z listami przewozowymi miało trafić. Brama do Nowego Świata – bo tak nazywano nieoficjalnie Antiguę – stanowiła najważniejszy punkt na handlowej mapie brytyjskich Indii Zachodnich, a kapitan Long był dumny, mogąc dbać o to, by ten stan rzeczy nie uległ zmianie.

Tego jednak dnia spotkało go coś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Takiej impertynencji i bezczelności nie życzył nikomu, nie wierzył też, że w ogóle była możliwa. Ostatecznie mógłby dopuścić do siebie myśl o tym, że jakiś Hiszpan czy Francuz pozwoliłby sobie na podobne zachowanie. Ostatecznie. Tu jednak rzadko się pojawiał się ktokolwiek, kto nie był Anglikiem.

Jeszcze raz przyłożył do oka lunetę i spróbował przyjrzeć się żaglowcowi.

– Panie Finley – zwrócił się do pierwszego oficera – będzie pan łaskaw powiedzieć mi, co widzi.

Mężczyzna wziął od kapitana przyrząd i wykonał polecenie.

– Sir, jestem absolutnie pewien, że to szkuner. Jednostka handlowa. Sądząc po ogólnym stanie, dość stara. Brak bandery, nazwa na rufie nieczytelna. Na pokładzie nie widać żywej duszy.

– Dziękuję, panie Finley.

– Sir, wydaje mi się – dodał po chwili oficer, cały czas patrząc na statek – że kogoś widzę. To znaczy, on raczej nie żyje. Przywiązali go do masztu.

– Zły omen…

Kapitan zerknął na sternika, który ośmielił się wyrazić opinię na temat napotkanej jednostki i przywiązanego do masztu nieszczęśnika, po czym dodał, widząc, że już przynajmniej dziesięciu marynarzy nadstawiło uszu, by dowiedzieć się co miał na myśli:

– Będzie pan łaskaw podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami?

Uważał, że Samuel Bricks dobrze radził sobie na swoim stanowisku, koło zdawało się słuchać go jak nikogo innego, jednak jego wiara w zabobony stawała się nieznośna. I nie chodziło nawet o to, że jako dowódca musiał ich wysłuchiwać. Sternik zwykł dzielić się swoimi przemyśleniami z innymi marynarzami. W dodatku czynił to w czasie, kiedy nie pełnił akurat wachty i nikt nie miał nad nim kontroli, a to powodowało, że strach, jak zaraza, rozprzestrzeniał się między załogantami, obniżając morale. Co więcej, z nudów, jakie towarzyszyły im w czasie większości rejsów, traktowali jego dywagacje jako swoistą rozrywkę, bez reszty się jej oddając. Long wiedział, że powinien ukrócić ten proceder i nie widział powodu, dla którego nie miałby zrobić tego właśnie teraz.

– Przepraszam, sir. Nie powinienem mówić niepytany, ale szkunery najczęściej są holenderskie. Ten tu to jakiś statek widmo, bez załogi, a o Latającym Holendrze wszyscy przecież słyszeliśmy.

Stojący najbliżej pokładu rufowego mężczyźni zaczęli kiwać zgodnie głowami.

– Zgadza się, panie Bricks, każdy słyszał o Latającym Holendrze. Czy chce mi pan powiedzieć, że to właśnie on?

– Cóż, sir…

– Cieszy mnie, że przykłada pan wiarę do marynarskich legend i przykrość mi sprawia, że muszę pana rozczarować – wtrącił kapitan. – Holender nie istnieje. To bajka dla dzieci. Zresztą, ci, którzy twierdzą, że rzeczywiście go spotkali, przebywali koło Przylądka Dobrej Nadziei. Tam, gdzie jego załoga pożegnała się ze swoim nędznym życiem. Wie pan, gdzie jest ten przylądek? W Afryce, panie Bricks. Jeśli nie wie pan, gdzie leży Afryka, nawigator Marrick pokaże panu potem adekwatne mapy.

– Tak jest, sir – rzucił machinalnie stojący obok sternika mężczyzna. – Z przyjemnością pokażę.

– Tak więc, panie Bricks, jeśli to byłby Latający Holender, bylibyśmy pierwszymi, którzy wpadliby na niego w Nowym Świecie. Poza tym wszystkie znane mi relacje, dotyczące tej wyplutej z piekielnych czeluści łajby, mówią o poświacie, jaka miała się za nią ciągnąć. Widzi pan tu jakieś światło urągające prawom bożym i fizyki jednocześnie?

– Nie, sir – przyznał coraz bardziej zawstydzony sternik.

– Otóż to. Nie ma go tu, ponieważ to, co pan widzi, to nie Latający Holender, lecz jednostka, której załoga skryła się pod pokładem i ignoruje naszą obecność. Zapewne przewożą coś zakazanego. Uważają, że nie wejdziemy na ich pokład i uda im się przemycić alkohol, proch, broń albo coś innego.

Kapitan zerknął na marynarzy przysłuchujących się rozmowie. Z ulgą zauważył, że przynajmniej na chwilę stracili zainteresowanie sternikiem i jego opowieściami. Zerkali raz po raz na ścigany statek, jednak już nie ze strachem, lecz z rozczarowaniem.

– Sir, jeśli wolno zauważyć – wtrącił Tobias Finley, zniżając głos tak, by marynarze go nie dosłyszeli. Dopiero co przestał obserwować pokład szkunera. – Istnieje jeszcze jedna możliwość. Nadpłynęli ze wschodu, a to znaczy, że nie żeglują z kolonii, lecz z Europy. Może mieli na pokładzie jakąś zarazę i, choć nie mamy rzecz jasna do czynienia ze statkiem widmo, rzeczywiście na pokładzie nie ma żywej duszy?

– O tym, panie Finley, zaraz się przekonamy – odparł dowódca.

Oficer zdążył zerknąć w jego stronę. Już miał zadać pytanie o zamiary kapitana, gdy ten, splatając dłonie za plecami, rzucił dość głośno, by dosłyszeli go wszyscy:

– Panie Finley, proszę wydać polecenia do przygotowania do salwy ze sterburty. Wypatrzona jednostka nie reaguje na wezwania do zatrzymania, co uprawnia mnie do działania siłowego. Proszę załadować armaty od pierwszej do siódmej łańcuchowymi i czekać na sygnał do ataku. Sierżancie Smith, proszę przygotować swoich ludzi do inspekcji na pokładzie szkunera – zwrócił się do przebywającego na pokładzie dowódcy niewielkiego oddziału piechoty. W przeciwieństwie do odzianych w niebieskie mundury marynarzy, ludzie podlegli Smithowi nosili czerwień. Charakteryzowały ich też ignorancki stosunek do życia na morzu i godne pozazdroszczenia umiejętności szermiercze. Long nie miał problemu z tolerowaniem ich na swoim okręcie, cieszył się nawet, wiedząc z doświadczenia, że potrafili wykazać się w potencjalnie niebezpiecznych momentach.

– Panie Marrick – zwrócił się następnie do nawigatora – weźmie pan lunetę i będzie informował mnie o tym, co dzieje się na pokładzie. Jeśli pojawi się na nim ktokolwiek, zaprzestaniemy ostrzału.

Marrick zasalutował. To samo uczynił Finley, rozumiejąc, że kwestionowanie rozkazu, z którym nie do końca się zgadzał, pozbawione było nie tylko sensu, ale i podstaw prawnych. Zasady panujące na pokładzie były jasne i streścić je można było w niezwykle prostym zdaniu: kapitan miał zawsze rację.

Zszedł na pokład główny i odnalazł dowódcę działowych, Gordona Kenny’ego. Przekazał mu instrukcje, po czym stanął pod grotmasztem gotów do pracy. Jego zadaniem było powtarzanie słów kapitana tak, by nikt nie miał wątpliwości, co robić. Informował też dowódcę o stanie prac na pokładzie.

Szkuner poruszał się wolniej od Lady Eleonor, dogonienie go nie stanowiło więc większego problemu. Gdy znalazł się w zasięgu dział, kapitan zaczął wydawać rozkazy:

– Ster lekko na bakburtę. Przygotować się do salwy. Strzelajcie wyłącznie w maszty. Mamy go zatrzymać, nie zatopić.

– Przygotować się do salwy – powtórzył po kapitanie Finley. – Odciągnąć działa! Nabijać łańcuchowymi!

Kanonierzy, dodatkowo strofowani przez Kenny’ego, błyskawicznie wykonywali polecenie. Byli zgraną, dobrze współpracującą grupą. Przetoczyli wózki armatnie na odpowiednią odległość, wsypali do luf proch i ubili go. Następnie zaczęli delikatnie umieszczać na nim kule, złączone ciężkim łańcuchem. Na koniec upchnęli w lufach pakuły i dokładnie wszystko ubili. Ostatnim elementem było ponowne umieszczenie działa na miejscu i podsypanie prochu zapłonowego.

– Załadowane od pierwszej do siódmej, sir. Przeciwnik w zasięgu – zakomunikował w końcu Finley.

– Obrać cel – polecił kapitan.

– Podnieść klapy furt działowych! – krzyknął oficer. – Wycelować w maszty i takielunek! Sprawdzić ustawienie!

Gordon Kenny przeszedł na dziób i cofając się ku rufie, upewnił się, czy nachylenie wszystkie siedmiu dział odpowiednio wyregulowano. Dwa czy trzy razy polecił wprowadzić niewielkie korekty. Na koniec podszedł do oficera i rzucił krótko:

– Gotowe, sir.

– Panie kapitanie – zawołał Finley – działa gotowe.

– Ognia!

Nim zdążył powtórzyć rozkaz, kanonierzy przystawili zapalniki do otworów prochowych i siedem z dziesięciu dział sterburty Lady Eleonor plunęło płomieniami. Nad wodą przetoczył się huk mogący zbudzić ze snu zmarłego, a przestrzeń pomiędzy jednostkami spowił dym.

Gdy wiatr zaczął go unosić, John Marrick zakomunikował, że kule łańcuchowe zrobiły dokładnie to, do czego je stworzono:

– Fokmaszt złamany dwa metry nad pokładem, grotmaszt w połowie. Szkuner stracił napęd!

– Refować żagle! Do zatrzymania! – rozkazał Long, a Finley znowu po nim powtórzył. – Przygotować się do przejścia na obcy pokład. Sierżancie Smith, proszę rozkazać nabić muszkiety.

Dowódca oddziału piechoty, którego członkowie zdążył ustawić się już na pokładzie rufowym, przekazał swoim ludziom, co mieli robić. Świetnie słyszeli rozkaz kapitana, obyczaj jednak nakazywał, by czekali na polecenie swojego przełożonego. Dowódca jednostki rzadko rozmawiał z załogantami. Komunikował się tylko z oficerami, oni zaś byli odpowiedzialni za to, by wszystko działało zgodnie z jego wolą.

Smith nie spodziewał się, by ktokolwiek na zaatakowanym statku zamierzał stawiać opór, w głębi duszy jednak wierzył, że lepiej być dobrze przygotowanym, niż zostać czymkolwiek zaskoczonym. Jego ludzie nie przepadali za rejsami, woleli służyć na lądzie, jednak w chwilach takich jak ta, gdy malowała się przed nimi choćby mglista szansa potyczki, działali sprawnie i szybko.

W czasie gdy mamroczący cały czas pod nosem sternik ustawiał bryg tak, by zrównał się ze szkunerem, załoga przygotowywał się do działania. Jej członkowie rzadko musieli sięgać po tak drastyczne rozwiązania, większość dowódców rewidowanych jednostek godziła się z losem i pozwalała przejść piechocie na swój pokład. Abordaż był rzadkością, każdemu z nich jednak zdarzyło się choć raz brać udział w podobnej akcji. Ustawili się pod sterburtą, trzymając w rękach liny zakończone hakami kotwicznymi lub obciążone ołowianymi odważnikami sieci.

Tobias Finley kazał im czekać, a gdy burta zwalniającego z każdą chwilą szkunera znalazła się na wysokości ich okrętu, polecił działać. Przerzucili liny, które wpiły się w poszycie statku. Naciągnęli je i uwiązali na własnym pokładzie, dzięki czemu ofiara nie mogła się już oddalić. Następnie w ruch poszły sieci. Część z nich utworzyła przejście między pokładami, niektóre zwisały, sięgając wody. Zadaniem tych drugich było zapewnienie możliwości łatwego wdrapania się na pokład nieszczęśnikom, którzy wpadliby do wody. Dopiero kiedy wszystko było już gotowe i obie łajby praktycznie stały w miejscu, przerzucono między nimi trapy abordażowe.

Marrick, uznając, że skoro wszyscy widzieli pokład szkunera, nie musiał dłużej go obserwować, oddalił się na chwilę, by przynieść kapitanowi tubę. Nowoczesne urządzenie, w pełni wykonane z byczej skóry, potęgowało głos użytkownika, sprawiając, że był słyszalny z olbrzymiej nawet odległości. Jeśli na szkunerze ktoś był, nie miałby prawa mówić, że przespał ostrzał i nie usłyszał komunikatu.

Dowódca skinął głową w podzięce, po czym przyłożył tubę do ust i krzyknął:

– Tu kapitan James Long, dowódca Lady Eleonor, w służbie Jego Wysokości Króla Jerzego. Zostaliście ostrzelani w związku ze zignorowaniem polecenia zatrzymania się do kontroli. Pełnimy służbę pod rozkazami komodora Jonathana Wilsona. Macie minutę, żeby wyjść na pokład i poddać statek rewizji.

– Nikt nie odpowie – mruknął pod nosem Bricks – bo nikogo tam nie ma.

Kapitan postanowił zignorować tę uwagę, jednocześnie pamiętając, by odbyć z mężczyzną jeszcze jedną rozmowę, tym razem w cztery oczy. Nie chciał pozbywać się swojego sternika, musiał jednak znaleźć jakiś sposób, by raz na zawsze zamknąć mu usta i świetnie rozumiał, że w tym akurat przypadku chłosta na nic się nie zda.

– Dokonaliście wyboru. Wchodzimy na wasz pokład – krzyknął po chwili. – Na każdą próbę walki odpowiemy z pełną stanowczością.

Odstawił tubę, po czym zwrócił się do piechura:

– Sierżancie Smith, proszę poprowadzić swoich ludzi na pokład szkunera. Przeszukajcie go dokładnie, zaczynając od forkasztelu. Jeśli zostaniecie zaatakowani, macie prawo odpowiedzieć ogniem i zabić napastników. W przypadku odnalezienia ciał, nie zbliżajcie się do nich na odległość mniejszą, niż będzie to konieczne. Nie dotykajcie ich. Panie Finley – rzucił w stronę oficera – idzie pan ze mną.

Odziana w czerwień grupa żołnierzy przeszła po trapach. Handlowa jednostka była niższa od brygu. Kapitan Long przyjrzał się jej pobieżnie, nim zszedł na pokład szkunera. Łajba znajdowała się w zdecydowanie gorszym stanie niż Lady Eleonor, dawno nie przechodziła karenażu, a jej burty nosiły ślady wieloletniego użytkowania. Takielunek musiał wyglądać żałośnie nawet zanim porwały go kule. Bloczki były stare, liny miejscami nadwyrężone, a same żagle wielokrotnie już łatane i naprawiane.

Przed zobaczeniem czegokolwiek innego kapitan Lady Eleonor postanowił obejrzeć ciało przywiązane do grotmasztu. Jedyny załogant lub pasażer nieszczęsnego szkunera musiał tkwić w tym miejscu od dłuższego czasu. Jego twarz była szara, bez śladu ogorzenia od słońca, niemożliwego do uniknięcia na pokładzie. Oczy zapadły się w czaszce, a z otwartych ust wystawał suchy jak wiór język.

– Przywiązali go tu i zostawili na śmierć?

– Tak przypuszczam, panie Finley – odparł kapitan. Dobył kordelasa i delikatnie odwrócił drewnianą tabliczkę, zawieszoną na szyi trupa. Przez chwilę nie mógł odcyfrować zapisanego na niej słowa. – Jonasz? Co za bzdury!

– Nawet jeśli uważali, że przynosił im pecha, są barbarzyńcami. To chyba najokrutniejsza ze śmierci!

– Zdziwiłby się pan, panie Finley, do czego zdolni są ludzie. Chodźmy do kajuty kapitana.

Oficer zamierzał zasugerować, by najpierw sprawdzili ją piechurzy, lecz kapitan nie dał mu szansy. Szybkim krokiem przeszedł przez pokład i wszedł do niewielkiej nadbudówki w rufowej części jednostki.

Kajuta wyglądała bez porównania skromniej niż ta, w której rezydował Long. Przez wąskie burtowe okna do środka wpadało niewiele światła. Bez trudu jednak dawało się zauważyć, że nieliczne meble należały do najprostszych i najtańszych. Nieprzykryta żadnym dywanem podłoga nieprzyjemnie skrzypiała, gdy Long podchodził do biurka, z pewnością służącego kapitanowi krypy za podstawowe miejsce pracy.

– Rozłożona mapa z zaznaczoną trasą – mruknął, wskazując Finley’owi cienką linię starannie wyrysowaną na zwoju. – Wypłynęli z Southampton. Ktoś dość długo i starannie nanosił pozycję statku. Wygląda na to, że kierowali się na Antiguę.

– No to dotarli. Ale gdzie, u licha, jest załoga?

– No cóż, panie Finley, tego póki co nie wiemy. Raczej nie zostali przez nikogo napadnięci. Myślę, że przybory nawigacyjne ukradłby każdy pirat, a tu wszystko jest.

Kapitan sięgnął niżej i zaczął otwierać szuflady biurka. Pierwsza była pusta, w drugiej jednak znalazł to, czego szukał – dziennik pokładowy. Otworzył go na ostatniej zapisanej stronie i przeczytał na głos:

 

14 kwietnia 1715

Harry Spikes. Być może to nie jego wina. Być może, być może, być może…

Prawda jest taka, że z dwudziestu ośmiu ludzi załogi przy życiu zostało nas teraz ledwie czterech. Czterech i Spikes…

Nie wiem, co się dzieje, a jako kapitan, powinienem. Ludzie po prostu znikają. Wieczorem jeszcze są, a gdy nadchodzi brzask, okazuje się, że znów jest nas o jednego mniej. Staramy się nie spać, patrzeć sobie na ręce, pilnować nawzajem. Dzieje się tu coś złego.

Spikes to Jonasz, jestem co do tego szczerze przekonany. To moja wina, zgodziłem się wziąć go na pokład, przewieźć go z tym całym ładunkiem, wierząc w rekomendacje od jego pracodawcy. Przeklinam dzień wyjścia z portu. Przeklinam dzień, w którym mnie najął! Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że zapłacił z góry. Oby mojej drogiej Elizabeth te pieniądze nie przyniosły pecha. Oby dobrze je wykorzystała. Oby była szczęśliwa beze mnie, bo nie wierzę, że jeszcze się zobaczymy.

 

– Przynajmniej wiemy, jak nazywa się ten nieszczęśnik z masztu – rzucił Finley, sprawdzając pozostałe szuflady.

Kapitan tylko na niego zerknął, po czym wrócił do czytania:

 

15 kwietnia 1715

Jonasz, Jonasz, Jonasz.

Było czterech, zostało trzech. Trzech i Jonasz. Jonasz, już teraz potrzebny do obsługi łajby.

Trzech i Jonasz na jednym pokładzie. Trzech, Jonasz i śmierć.

Trzeba wyrzucić ładunek za burtę. Potem wyrzucimy Jonasza.

Najpierw to zrobimy, a potem przywiążę do masztów Tommiego, Stephena i Pete’a. Nie znikną, nie wypadną, nie umrą. Nie porwie ich diabeł, kraken, lewiatan czy to coś, co zjada mi ludzi. Nie pozwolę.

Wojna! Właśnie tak, wojna, Jonaszu!

 

– Jezu. On oszalał, prawda, kapitanie?

– Zapewne – odparł Long, zatrzaskując dziennik. – Wezmę go, przyda się, kiedy nadejdzie czas składania raportu.

– Coś mi nie daje spokoju, sir.

Long zerknął na oficera i zachęcił do mówienia ruchem ręki. Ciekaw był, co usłyszy, szczególnie, że jemu więcej niż jedna rzecz „nie dawała spokoju”.

– Ten człowiek przywiązany do masztu, Spikes. Widziałem wielu wisielców wystawionych na działanie słońca i wody. Jak każdy zresztą, odkąd szubienice dla piratów zaczęto stawiać praktycznie przy każdym wejściu do portu… Oni nie wyglądają tak jak on. Słońce ich wysusza i skóra staje się ciemniejsza, ptaki wydziobują, co tylko się da. On wygląda, jakby tkwił tam od niedawna, a zapiski urywają się ponad tydzień temu.

– Rzeczywiście – odparł po chwili kapitan – ma pan rację. Nie mamy jednak pewności, kto ani kiedy go tam zostawił.

– Mimo wszystko… – mruknął pod nosem i skierował się ku drzwiom. Nim jednak zdążył przez nie przejść, te otwarły się i stanął w nich odziany w czerwień dowódca piechurów. Na jego twarzy malowało się najszczersze zaskoczenie.

– Sir? Właśnie miałem sprawdzić kajutę.

– Nie trzeba, panie sierżancie. Już ją obejrzeliśmy. Proszę meldować.

– Przeszukaliśmy każdy skrawek łajby. Nie znaleźliśmy nikogo, ani żywego, ani martwego. Poza tym przy maszcie. Czy mamy go odciąć?

– Nie – odparł kapitan, zmierzając do wyjścia.

Sierżant wiedział, że nie powinien zagradzać przejścia, tylko puścić dowódcę przodem. Zamiast to jednak uczynić, zamknął drzwi i dodał:

– Sir, jest jeszcze coś.

– Niechże pan w takim razie mówi i zejdzie mi z drogi, nim stracę cierpliwość.

– Przepraszam sir, ale uważam, że powinniśmy odbyć tę rozmowę z dala od moich ludzi i jestem absolutnie przekonany, że nie powinna jej też słyszeć pańska załoga. Szczególnie sternik… Pod pokładem jest siedem trumien.

– I co w tym nadzwyczajnego? Zdarza się. Te wykonywane w Europie są lepsze od miejscowych, może któryś z kolonistów złożył nietypowe zamówienie dla siebie i rodziny?

– Raczej nie, sir. Podnieśliśmy jedną z nich i doszliśmy do wniosku, że są pełne. Znaczy, tak po ciężarze.

– Chce pan powiedzieć, że przewozili pełne trumny? Szatański pomysł, ale to może tłumaczyć zniknięcie załogi. Smród ciał każdego doprowadziłby do szaleństwa, a morowe powietrze, wydobywające się ze zwłok, zapewnie wywołało zarazę.

– Tam wcale nie śmierdzi, sir.

– W takim razie najwyraźniej służyły do przemytu czegoś zakazanego. Trzeba je otworzyć i sprawdzić, co jest w środku.

– Sir, pozwoliłem sobie już to zrobić. Nakazałem ludziom wyjść z ładowni i otworzyłem jedną z nich. Są w nich ciała. Tak jakby…

– A cóż to ma znaczyć? – fuknął kapitan, zniżając głos. Jednocześnie zerknął na swojego oficera. Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie. Wydawało się, że z minuty na minutę stawał się coraz bledszy.

– Zobaczyłem kobietę, bladą, jakby była trupem, jakby zeszła biedaczka z tego świata ledwie przed chwilą. Możliwe, że podróżowała tym szkunerem, bo nieopodal trumien znaleźliśmy skrzynie podróżne z prywatnymi rzeczami należącymi do mężczyzn i kobiet. Każdy, wybierając się w podróż, zabiera swoje rzeczy, to oczywiste. Z tym że zabieranie trumny wydaje mi się mocną przesadą… Nie umiem tego określić, sir, ale coś nie dawało mi spokoju. Patrzyłem na nią i poczułem nagle, jakby ktoś rozkazał mi zamknąć wieko. Nie chciałem tego robić, chciałem pokazać ją panu, ale…

– Co pan zrobił, panie sierżancie? – odezwał się w końcu Finley.

– Nic. Zamknąłem trumnę i przyszedłem wszystko przekazać kapitanowi. Obawiam się, sir, że w pozostałych też są ciała, a że brak odoru, myślę, że wszystkie są świeże.

Kapitan otworzył dziennik pokładowy i znalazł datę wyjścia szkunera z Southampton.

– W spisie towarów rzeczywiście figuruje siedem trumien. Jest też dopisek, by pod żadnym pozorem ich nie otwierać. Ale nie ma tu nic o kobietach na pokładzie.

– Ta, którą otworzyłem, sir, ma na wieku wypalony napis. Początkowo myślałem, że wykonano ją na miarę albo jakoś dostosowano na wyraźne polecenie zamawiającego, ale teraz podejrzewam, że nie o to chodzi. Ktoś napisał na niej „Elena, córka Jure Grando Alilovicia”. Nie mogę mieć pewności, sir, ale wydaje mi się, że to ona leży w tej trumnie.

– Cóż to za nazwisko – Finley najwyraźniej zaczął myśleć na głos.

– Brzmi jak południowoeuropejskie…

– Możliwe, sir. Jeśli można, sugerowałbym opuszczenie pokładu tego szkunera i zatopienie go. To wszystko jest odrażające. Kto zabiera w drogę przez ocean trumnę podpisaną własnym nazwiskiem? Nikt! A tu jest takich aż siedem!

– Wykluczone – rzucił kapitan, jakby słowa sierżanta wyrwały go z letargu. Zatrzasnął dziennik i odpychając mężczyznę od drzwi, wyszedł na pokład. Podążyli ramię w ramię za nim.

Minął zebrany na pokładzie oddział piechoty i przeszedł trapem na pokład Lady Eleonor. Dopiero wówczas ponownie odezwał się do mężczyzn, mając świadomość, że słuchało go więcej par uszu, w tym ta należąca do sternika:

– Panie sierżancie, proszę sprowadzić piechotę na nasz pokład. Dobrze się dziś spisali. Panie Finley, proszę upilnować, by szkuner został wzięty na hol. Odprowadzimy go na Antiguę, tam zajmą się nim nasi urzędnicy. Skoro na pokładzie nie ma żywej duszy, nie możemy postąpić inaczej. Nie widzę przesłanek, by podejrzewać, że na pokładzie wybuchła zaraza, nie życzę sobie jednak, by ktokolwiek bez wyraźnego powodu schodził pod jego pokład. Proszę uwinąć się z pracami przed zachodem.

– Tak jest – zasalutował Finley. Na nasłonecznionym pokładzie czuł się znacznie pewniej niż w tamtej kajucie. Poczuł się, jakby wracały mu siły, tam powoli go opuszczające.

– Będę w swojej kajucie. Proszę zameldować, kiedy skończycie prace.

Kapitan Long zostawił ich, nie dodając już nic więcej. Tobias Finley świetnie wiedział, jakie rozkazy wydawać ludziom, nie potrzebował, by ktoś patrzył mu na ręce. Long miał zresztą ciekawsze rzeczy do robienia.

Przeszedł przez drzwi swej kajuty i usiadł w szerokim fotelu. Przy meblach z drugiego pokładu siedzisko i stół wyglądały, jakby przed chwilą wyniesiono je z dóbr jakiegoś możnowładcy. Położył na blacie dziennik pokładowy szkunera i nim go otworzył, nalał sobie kieliszek wina.

Przeszło mu przez myśl, że paskudna okładka powodowała, iż dziennik idealne pasował do rozpadającej się powoli łajby. Nie myślał, by szkuner zdołał jeszcze raz przeprawić się przez Atlantyk, byłby to jego ostatni rejs, nawet gdyby załoga nie zaginęła w tajemniczych okolicznościach.

– Demeter – prychnął, gdy znalazł nazwę, pod jaką statek zarejestrowano. – Butne imię dla takiej krypy, a za pychę na wodzie płaci się najwyższą cenę.

Zaczął czytać, chcąc zrozumieć, co mogło wydarzyć się na łajbie. Nie lubił podobnych sytuacji, a z niezadowoleniem przyznawał sam przed sobą, że czuł się kompletnie ogłupiały. To, że z kapitanem stało się coś złego, że postradał zmysły, było oczywiste. Tak samo jak to, że jego ludzi spotkał najsmutniejszy los, na który prawdopodobnie sobie nie zasłużyli. Wiedział jednak, że gdzieś musiały znajdować się wskazówki pozwalające na wysnucie sensownych, logicznych wniosków. Był racjonalistą twardo stąpającym po ziemi i postanowił znaleźć coś, co mogłoby pomóc mu w pisaniu raportu.

Uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie, co powiedziałby o sprawie pan Bricks. Wszystko zwaliłby na trumny, bo – jak wiadomo – nie oznaczały niczego dobrego. Po części zgadzał się z nim, sam nie miałby ochoty przewozić takiego towaru, nawet jeśli nie wierzył w marynarskie bajania o pechu i Jonaszach. Nie zamierzał jednak wspominać o tym choćby słowem.

Znalazł początek zapisków dotyczących ostatniego rejsu Demeter i informację o pojawieniu się Harry’ego Spikesa.

– Co my tu mamy? Pan Spikes to nie załogant, lecz przedstawiciel rodu Alilovici z Istrii. Referencje od Jure Grando Alilovici – mruczał, przeglądając włożone między karty dziennika listy – którego był faktorem. Znowu informacja o zakazie otwierania skrzyń i trumien. Tylko po co? Po co wieźć ze sobą trupy? I po co im ubrania, po co codzienne przedmioty? Przecież nie potrzebują tego wszystkiego. Nie wstaną z tych skrzyń i nie pójdą na kolację…

Reblog: Marysia Kwaśniewska

Znalezione na Facebooku, u Anity Kucharskiej-Dziedzic

Zdjęcie z Hitlerem

Jest sierpień 1936 roku. Igrzyska olimpijskie w Berlinie. Na stadionie trwa właśnie konkurs oszczepniczek. Do rzutu przygotowuje się dwudziestotrzyletnia Polka, Marysia Kwaśniewska. Ciemnooka, zgrabna i śliczna. Staje na starcie, dmucha w grot oszczepu, jakby chcąc dodać mu lekkości, potem rozbieg, rzut i… świetnie! Oszczep wbija się w trawę ponad czterdzieści metrów dalej. Wynik jest znakomity, ale dwie Niemki rzucają jeszcze lepiej. Polka zdobywa brązowy medal.
W czasie dekoracji stoi na podium wyprostowana, w dresie z orłem na piersi, jak wycięta z innego świata, bo wszyscy wokół niej unoszą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Na trybunach siedzi Adolf Hitler. Nikt z organizatorów nie miałby nic przeciwko temu, by to on dekorował najlepszych, na szczęście regulamin olimpijski tego zabrania. Natomiast Führer chce osobiście pogratulować medalistkom. Prowadzą je do loży honorowej. Wokół wodza cała nazistowska wierchuszka, jest Göring i Goebbels. Uśmiechnięty Hitler ściska dłonie dziewcząt, a do Marysi mówi:
– Gratuluję małej Polce.
Na to ona, niewiele myśląc: – Pan też niezbyt wysoki.
Wszyscy wybuchają śmiechem, ale potem Goebbels nieźle się namęczy, żeby do niemieckich gazet nie przedostała się błyskotliwa i odrobinę bezczelna riposta “małej Polki”. Usłużni pismacy będą donosić, że Führer gratulował małej Polsce, a nie Polce. Tak czy inaczej niewysoki wąsaty (165 cm) najwyraźniej bardzo chce mieć zdjęcie ze śliczną Polką (166 cm), którą wybrano Miss Olimpiady. Mocno zażenowany wąsacz, wyginający wargi w coś, co ma przypominać uśmiech, niezgrabnie pozuje do zdjęć z ładnymi medalistkami… Dziewczyny z 1936 roku pewno wybuchały śmiechem, patrząc na jego miny. Wtedy nikt nie przypuszczał, że już wkrótce za sprawą tego groteskowego Niemca cały świat stanie na głowie. Że od jednego jego słowa będzie zależało być albo nie być pojedynczych ludzi i całych narodów.
Kiedy Marysia wrzuca do walizki “zdjęcie z Hitlerem”, jako zabawną pamiątkę berlińskich igrzysk, nie ma pojęcia, że kiedyś ta fotografia pomoże jej ocalić życie setkom ludzi. Na razie to zwykła fotka, wspomnienie startu na berlińskiej olimpiadzie, który okazał się bardzo udany. Wiecie, że możemy go obejrzeć? Występ Polki zarejestrowała kamera Leni Riefenstahl, reżyserki hołubionej przez Führera, która nakręciła film pokazujący zmagania sportowców na igrzyskach.Dziwnie jest myśleć, że już za trzy lata ci młodzi ludzie ścigający się na stadionach będą do siebie strzelać. Jeszcze żyją tak, jakby mieli przed sobą całą dobrą przyszłość. Marysia myśli o następnej olimpiadzie. Za cztery lata, w 1940 r. mają spotkać się w Tokio. Kwaśniewska jest jedną z naszych największych sportowych nadziei, więc Polski Związek Lekkiej Atletyki daje jej stypendium i wysyła na południe Europy. Mieszka nad ciepłym morzem Lazurowego Wybrzeża, trenuje i cieszy się życiem, w którym wszystko co najlepsze dopiero przed nią.Gdy wybucha wojna, Maria jest wciąż na południu Europy. Ale w jednej chwili jest gotowa wracać do Polski. Namawiają ją, by została. Nie mogą zrozumieć, dlaczego rwie się tam, skąd wszyscy uciekają. No jak to dlaczego! Patriotyzm – a ona nie boi się tego słowa – to nie tylko olimpijskie podium. Pakuje się i 2 września rusza do domu. Wiele lat później w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” powie, że jechała pod prąd: “Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi środkami lokomocji, wozami, pociągami. W końcu trafiłam”.
Jest młoda, silna, sprawna i sporo umie – przed wojną skończyła kurs sanitarny i samochodowy. W bombardowanej, płonącej Warszawie tacy ludzie są na wagę złota. Trafia do sanitarki przeciwlotniczej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na ramionach wynosi żołnierzy z okopów znad Wisły, siada za kierownicą sanitarki (“kierowcę zabili, nie było komu jeździć, jeździłam ja”). Od prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego dostanie za to Krzyż Walecznych. Druga ważna próba przyjdzie pięć lat później, gdy w Warszawie wybuchnie powstanie.
Gdy zaczyna się powstanie, Maria mieszka w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. W sąsiedniej gminie Niemcy już 5 sierpnia zakładają niesławnej pamięci Dulag 121 Pruszków, obóz przejściowy dla wypędzanej ludności Warszawy. Przez całe powstanie i później będą szły tam transporty. Ponad pół miliona warszawiaków. Po brutalnej segregacji i rozdzielaniu rodzin, młodszych i silnych wyślą na roboty do Rzeszy, starszych i słabszych – czesto do Auschwitz. W tym strasznym miejscu umrą tysiące ludzi, ale też blisko trzydzieści tysięcy uda się ocalić. Dla wielu przepustką do życia będzie marysine zdjęcie z Hitlerem.
Kiedy czytam, jak Maria Kwaśniewska opowiada o wyciąganiu ludzi z obozu, brzmi to tak, jakby wszystko było nieziemsko proste. “Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu… Pokazywałam przy bramie tę moją fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali ją jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport”. Jakoś nie dodaje, jak ryzykowne były to akcje. Wiele kończyło się aresztem, wysyłką do obozu, a nawet kulką w łeb, a nie żadnym “biciem w czapę”!
Ale jej się udaje. Teraz we własnym domu zakłada obóz przejściowy. Przez jej mieszkanie przewijają się całe tłumy ludzi, znanych i nieznanych, jednakowo ważnych – Ewa Szelburg-Zarembina, Stanisław Dygat i chłopiec z przestrzelonym płucem, który, jak Maria będzie wspominać później, “dziś ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki”. No, czy to nie piękne, że “małej Polce” znów udało się dać Hitlerowi przytyczka w nos?
Już niedługo wojna się skończy. Warszawiacy wrócą do swoich ruin i zaczną zmieniać je w dom. Pochowają zmarłych, przywitają ocalałych, posprzątają ulice, a zdjęcia Hitlera wyrzucą na śmietnik.
Maria Kwaśniewska dożyła sędziwego wieku 94 lat. Zmarła całkiem niedawno, w 2007 roku. Po wojnie pracowała w Polskim Komitecie Olimpijskim, objeżdżała kraj, aktywna do ostatnich dni, wspierając zwłaszcza małych sportowców. Tym, którzy mieli szczęście ją znać, zostawiła po sobie mnóstwo jasnych wspomnień, ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej ciekawe życie zamknąć w książce. Zła jestem, że tak długo nie miałam pojęcia, że istniała.

Ratując, co się da 1

z likwidowanej strony pełnej wspaniałych tekstów współczesnych, pirackich i science fiction

A. M. Rosner

Ręka

Co dwa lata świat dookoła nas się zmienia. Raz silniej, raz słabiej. Szczęśliwie, to tylko tymczasowa zmiana, choć dość odczuwalna. Silniejsza następuje kiedy przychodzą mistrzostwa świata, słabsza kiedy europy. Tak, mówię o piłce. Wiem, że wszyscy mają jej już dość, ale co ja poradzę – tak już jest.

Zresztą, pocieszenie znajduję w tym, że są na świecie także rzeczy niezmienne – w co drugie lato wszystkie reklamy dotyczą piłki, zawsze też gramy mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Czy to się kiedyś zmieni? Nie wiem… Może tak, a może nie. Nie jestem wróżką, nie znam przyszłości – gdybym znał, grałbym regularnie w totka.

Wiem jedno – nie zmieni się z pewnością to, że mój kolega, Bartek, za każdym razem kiedy kadra gra mecz, próbuje wyciągnąć mnie do pubu na wspólne oglądanie. Nie lubię tego i rzadko się zgadzam. Jasne, miło obejrzeć mecz, szczególnie jeśli jest dobry, ale dlaczego robić to w tłumie podchmielonych wariatów? I dlaczego oglądać akurat naszą kadrę, skoro jest tyle lepszych? Zawsze kibicowałem Anglii, nawet kiedy odpadali w idiotyczny sposób, rzadziej Polsce.

Tym razem zabrakło mi argumentów i Bartek zatriumfował. Wyciągnął mnie do niewielkiego pubu blisko mojego domu, znalazł i zajął nienajgorsze miejsce, postawił piwo. Próbował wcisnąć mi na głowę biało-czerwoną czapkę, ale dałem odpór – wszystko ma swoje granice.

Za nami usiadła para młodych ludzi. Chłopak wyglądał na typowego specjalistę, takiego co to zna się na piłce, medycynie i polityce. Od początku tłumaczył jej dlaczego selekcjoner popełnił błąd i wybrał zły skład. Dziewczyna przytakiwała, choć byłem święcie przekonany, że nie rozumiała czym różni się skrzydłowy od bramkarza. Nie to, żebym sam jakoś wybitnie się na tym znał, ale moja ignorancja ma pewne granice.

Bartek, od lat pisujący felietony piłkarskie dla jakiegoś portalu internetowego, słyszał ich rozmowę równie wyraźnie co ja. Łypał na mnie raz po raz, mamrocząc coś pod nosem. Wydaje mi się, że chciał wyjaśnić młodzieńcowi jak bardzo się mylił. Szczęśliwie udało mu się powstrzymać.

– No, to teraz patrz – powiedział rzeczony młodzian, kiedy zawodnicy zaczęli wychodzić na boisko.
– Którzy to nasi?
– Jak to którzy? Ci z orzełkiem, bynajmniej.
– Aha… A ci drudzy?
– Kolumbia – warknął. – Gramy przeciw Kolumbijczykom.

Zerknąłem na Bartka. Wyjął z kieszeni notes i ogryzek ołówka, przygotowany do robienia notatek. Podejrzewam, że korzysta z nich w czasie pisania.

– Misiek, a ci? – niewiasta nie dawała za wygraną.
– Którzy?
– No ci. O, tam.
– To sędzia główny, a tamci to liniowi.
– Tak? To oni też grają?
– Pilnują tego całego interesu – odparł, zachowując cierpliwość. – Bynajmniej powinni.

Szczęśliwie zaczęto grać hymn. Wszyscy w pubie wstali i zaczęli się drzeć. Połowa nie znała tekstu, albo znała „tak nie do końca”. Cześć schowała ręce w kieszeniach, inni trzymali kufle. Nigdy nie przejmowałem się specjalnie połajankami dotyczącymi stania na baczność w takich sytuacjach, ale nawet mnie to zaskoczyło.

– Misiek, a ile to potrwa? – dobiegło mnie.
– Dwa razy po czterdzieści pięć minut.
– Ojej, bo wiesz, z Andżeliką się umówiłam… Ale to dobrze, to zdążę. Tylko żeby się nie spóźnili.
– Dwa razy po czterdzieści pięć minut i piętnaście minut przerwy. Bynajmniej tak powinno być, bo mogą coś doliczyć.
– O cholera, to mogę się nie wyrobić. A nie mogą grać szybciej?

Nie odpowiedział jej. Myślę, choć nie mam pewności, że ograniczył się do posłania jej złowrogiego spojrzenia. Zauważyłem też, że kilka osób zajmujących stolik nieopodal nas zerknęło na nich z zainteresowaniem.

– Ale nie będą grali dłużej, niż te dwie części, co nie, Misiek?
– Nie. Dogrywki są poza fazą grupową, i tylko wtedy, kiedy jest remis.
– Aha… to dobrze.

Nachyliłem się do Bartka i rzuciłem krótko:

– Wolę to, co za nami, niż to co przed nami.
– Normalne – odparł – jesteś historykiem.

Aż mnie zamurowało. Bartek i poczucie humoru! Tego się nie spodziewałem i przyznam szczerze – gdybym wiedział, że go na to stać, częściej bym z nim wychodził na piwo.

– Misiek, a co oni robią? – odezwała się dziewczyna.
– Próbują podejść bliżej pola karnego. To tam – uprzedził jej pytanie – pod bramką. Widzisz takie linie? To jest pole karne, a dalej, bynajmniej, jest bramka.
– No wiem, że bramka, Misiek. Nie jestem głupia! Piwo mi przynieś.
– Teraz?!
– Tak, teraz.
– Nie chciałaś przecież! Mogłaś wcześniej powiedzieć!
– Ale mecz się zaczął i chcę do mecza. Małe. Z soczkiem, Misiu! – zawołała, co pozwoliło mi przypuszczać, że chłopak dał za wygraną i poszedł złożyć zamówienie. Barman też oglądał, a zawracanie mu głowy takimi sprawami (szczególnie z sokiem) w czasie gry nie jest w dobrym tonie.

– Normalnie są tu ludzie, którzy wiedzą co się dzieje – mruknął Bartek, nachylając się w moją stronę. – To coś nowego.

Uśmiechnąłem się do niego i odparłem:

– Spokojnie. Nawet mi się to podoba, bynajmniej, teges… No i mamy blisko do domu, w razie czego zawsze możemy się ewakuować. To znaczy nasze osoby mogą się ewakuować.
– Przestań tak mówić, bo ci zostanie. Lubię oglądać w pubie…

– Dziękuję Misiaczku – rzekła nagle niewiasta, dość głośno bym nie usłyszał co mówił Bartek.

Odwróciłem się, niby po to, żeby poprawić zawieszoną na krześle kurtkę. Miała burzę czarnych, farbowanych loków, mocny makijaż podkreślony barwami narodowymi na policzkach i przerażająco długie, kolorowe szpony. Myślę, że jej „Misiaczek” jest tak posłuszny, bo wie, co można zrobić drugiej osobie podobnymi pazurami.

Nagle na boisku się zakotłowało. Wszyscy jęknęli z niedowierzaniem, a ona, jako jedyna, krzyknęła:

– Jest!
– Cicho, głupia! To nam strzelili, a nie my im! Patałachy cholerne…
– Jak to „nam”? To przegrywamy?
– Tak!
– Ale ten tam, w zielonym, ma polskie nazwisko na plecach, Misiu.
– Bo to bramkarz… – wyjaśnił, nieco zrezygnowanym głosem. – Nie złapał piłki, patałach, bynajmniej.

Minęły dwie, może trzy minuty, gdy znów doszło mnie:

– Aha… No to przesrane. A dlaczego ten w żółtej koszulce teraz coś im tłumaczy? Przecież oni poszli grać, a nie wykładów słuchać.
– Ręka była, musi być wolny.
– Co?
– Ręka. Ręką nie wolno grać – dodał, i mogę przysiąc, że jego głos pierwszy raz przybrał minimalny odcień zniecierpliwienia. – To piłka nożna, bo bynajmniej gra się nogami. Rękoma nie wolno. Jeśli któryś tak zagra, jest rzut wolny. Albo karny.

Zauważyłem, że ludzie koło nas zaczynali łypać w stronę parki, niektórzy pokazywali ich sobie dyskretnymi skinieniami głów.

– Nic z tego nie rozumiem, Misiu – mruknęła i wierzę, że mówiła szczerze. – To takie nudne. Mogliśmy zostać w domu i oglądnąć serial.

Przez pub przeszedł kolejny pomruk zawodu, kiedy nieźle zapowiadająca się akcja „naszych” skończyła się interwencją bramkarza „tych drugich”.

– Co on robi? No co on robi? Misiu, dlaczego sędzia na to pozwala?!
– Na co? Przecież wszystko…
– Zagrał ręką! Złapał piłkę w ręce! Mówiłeś, że nie wolno!
– To bramkarz – wycedził przez zęby Miś. – Jemu akurat wolno.

Kilka osób przy stoliku po naszej lewej zaczęło się śmiać. Inni próbowali zachować spokój, choć widziałem, że szło im coraz oporniej.

– No ale jak to, Misiaczku? Przecież zasady są dla wszystkich, prawda?
– Tak, są dla wszystkich, ale bramkarzowi wolno złapać piłkę.

Bartek nachylił się nade mną i szepną, dość teatralnie (inaczej nic bym nie usłyszał):

– Wiesz, chyba jednak dokończymy w domu.

Pokazałem mu wyciągnięty do góry kciuk i, by nie zmienił zdania, dodałem:

– Mam mrożoną pizzę, zdąży się zrobić w czasie przerwy.

Przez pub przetoczyły się siarczyste przekleństwa. Spojrzałem na ekran i zobaczyłem sędziego sięgającego do kieszeni na piersi.

Dziewczę zareagowało tak, jak się spodziewałem:

– Misiaczku, a co on robi?
– Kartka będzie. Żółta.
– Ale dlaczego on naszemu ją pokazuje?
– Faulował, bynajmniej – wyjaśnił karnie Misiaczek. – To było nieprzepisowe, więc dostał kartkę. Jak dostanie drugą, wylatuje z boiska. Dwie żółte to tyle, co jedna czerwona. A po takiej wypada się z gry.
– A zielona? Co będzie, jak pokaże zieloną?
– Jak to zieloną?
– No, Misiaczku – powiedziała, jakby rozmawiała z niedorozwiniętym umysłowo – przecież jest czerwone, żółte i zielone, prawda?

Bartek schował notes do kieszeni, dopił duszkiem pół kufla piwa i rzucił, nie dbając już o to, czy ktoś go usłyszy, czy nie:

– Idziemy. Mam dość. Do początku drugiej połowy będziemy na kanapie z tą pizzą w ręce.
– Ale ręką nie wolno – odparłem. Gdyby wzrok mógł zabijać, Bartek siedziałby już w areszcie i czekał na proces.

Upiłem jeszcze łyk i powlokłem się za nim.

– Miałem nadzieję, że zapyta o off side – burknąłem, gdy go dogoniłem.
– Nadzieję? Ty to masz dziwne marzenia.
– Może dziwne, ale za to realistyczne.

Miałem dodać coś jeszcze, ale wtedy z pubu doszedł nas kolejny pomruk niezadowolenia. Tylko dziewczyna krzyknęła coś wysokim tonem, jakby znowu się cieszyła.

Rzuciłem okiem za siebie i zobaczyłem, że kilka osób próbowało wdać się w dyskusję z Misiaczkiem. Podejrzewam, że chcieli zasugerować mu, by jednak udał się ze swoją dziewczyną oglądać serial.

Nie wiem czy zapytała o off side, ale myślę, że tak.

Nie wiem czy usłyszała odpowiedź, ale nawet jeśli tak się stało, wątpię by ją zrozumiała.

Nie wiem czy ten związek przetrwał do końca drugiej połowy. Gdybym miał obstawiać, powiedziałbym, że tak, bo Misiaczek wyglądał na bardzo cierpliwego. Pewnie za te wszystkie odpowiedzi czeka go w domu nagroda. Tego mu życzę, bynajmniej.

Dwie rocznice

Ewa Maria Slaska

Zawsze te same dwie rocznice, Mama i Lorca, Lorca i Mama…

Irena Kuran-Bogucka
urodziła się 5 maja 1925 roku w Warszawie, zmarła 21 sierpnia 1995 roku w Kartuzach, w wyniku wypadku samochodowego.

Wikipedia podaje krótko: polska graficzka, tłumaczka poezji.

I tak rzeczywiście było. Najpierw była graficzką, potem tłumaczką. W międzyczasie było jak to w życiu, życie, miłość, śmierć, to mija, ale to, że tworzyła, że była, jak mówili przyjaciele, artystą, nie mija…

Z Federikiem Garcíą Lorką łączył ją związek, o którym my, rodzina, myśleliśmy, że jest silniejszy niż jej związek z nami. Może był jej dajmonionem, może ona była jego duchową siostrą – skąd my możemy to wiedzieć. Storzyła dwa czarno-białe cykle grafik do jego poezji, godzinami słuchała Paco Ibaneza, który śpiewał jego poezję, aż uznała, że polskie tłumaczenia Lorki nie dadzą się tak zaśpiewać. I wtedy nauczyła się hiszpańskiego – po to, by móc tłumaczyć jego wiersze. Nauczyła się, przetłumaczyła, wydała kilka książek z jego poezją…

Cóż więc dziwnego, że odeszła w rocznicę jego śmierci. W dokumentach jest data o dwa dni późniejsza, to te dni, które współczesna medycyna wyrwała śmierci, dni, kiedy leżała na oddziale intensywnej terapii, podtrzymywana przy życiu maszynami do podtrzymywania życia. Nic te maszyny nie pomogły, była silniejsza, odeszła do swego duchowego brata wtedy, kiedy i jego zmuszono do odejścia…

Irena Kuran-Bogucka, Mężatka niewierna, Federika Garcíi Lorki

Umarli w tym samym czasie i opłakujemy ich razem.

Irena Kuran-Bogucka, Płaczki (Ballada o hiszpańskiej żandarmerii) Federika Garcíi Lorki

Federico García Lorca, urodził się 5 czerwca 1898 roku w Fuente Vaqueros w prowincji Granada, zginął zamordowany przez frankistów 19 sierpnia 1936 w Viznar koło Granady. Hiszpański poeta i autor sztuk teatralnych. Krótko, reszta to tylko rozpisanie na lata poezji i teatru… W polskiej Wikipedii nie ma strony o nim, czy to możliwe. Odsyłam więc czytelnika na razie do Wikipedii angielskiej, ale myślę, że będę musiała to nadrobić. Gdyby Mama żyła w czasach Wikipedii, to ona by to zrobiła, ale Mamy już nie ma, są dwie rocznice…

W tym roku te sierpniowe dni zostały wzmocnione, bo właśnie niedawno w wytwórni płytowej Soliton w Sopocie ukazała się płyta Jarosława Chojnackiego, Horyzont zdarzeń. Poezja śpiewana, ta polska specjalność, której nie ma w żadnym innym języku, bo nie ma jej w żadnej innej kulturze, nawet u Rosjan jest inna.  17 utworów. Krzysztof Karasek, Adam Asnyk, Grażyna Małkowska, on sam – Jarosław Chojnacki, Krzysztof Cezary Buszman, Jerzy Andrzej Masłowski, Wojciech Fułek, Marek Samselski, Dzidka Muzolf, Marek Grala, Wojciech Kass, Aleksander Szaganow. I on, Federiko García Lorca, w tłumaczeniu Ireny Kuran-Boguckiej. Pieśń jesienna.

Nieśmiertelni są tylko bogowie, śpiewa Chojnacki słowami Wojciecha Fułka w piosence Pociągi we mgle. Tak, bogowie są nieśmiertelni, a oni oboje nie byli bogami – byli duchami, których hiszpanie określają słowem dajmonion.

Dziękuję Jarosławowi Chojnackiemu, że pozwolił mi w tym roku lepiej przetrwać ten sierpniowy tydzień…

Piękna płyta, moi drodzy, poszukajcie, kupcie, posłuchajcie…

Kwietnik lato

Elżbieta Kargol


Przy Grodzkiej grążel wygrążył się z Odry,
nieśmiało wysunął głowę spopod wody.
Złotą, kulistą, mokrą i gładką.
A ja ją wiosłem musnęłam czule.

Speszony spojrzał ku słońcu.
Nakazał liściom drogi mi ustąpić,
bym popłynęla do drugiego brzegu,
a ja niezdarnie wiosłowałam dalej
ku innym światom,
nowym celom
złotym grążelom.


Nie wiem, czy turki rosną też w Turcji?
U mnie mieszkają obok nasturcji.
Nasturcja nigdy w Turcji nie była,
ale z turkami w przyjaźni żyła .


Wierzbówka kiprzyca,
śwarna góralica
na Bachledzkim Wierchu
sierpniowa, różowa.
biała, fioletowa,
halnego dziewczyna,
gorąc jej niestraszny
i żadna gadzina.

Choć od wierzby mniejsza,
gdy wiater zawieje,
szumi niczym ona,
w kwiatach dorodniejsza,
giętka,
gibka,
smukła,
w Tatry zapatrzona.


Kwietek
nagietek
u cioci Irki w ogrodzie,
przy murku,
u stajni,
sad niedaleko,
w dole szumi rzeka,
a on tylko czeka,
aż się o niego upomni
apteka.


Na butach ostroga,
ostróżka w ogrodzie,
nikt się nie oprze twojej urodzie.
Choć ostrogami bronisz się zawzięcie,
to nie uchronisz się przed
ścięciem
lub
przekwitnięciem.


Wrotycz wrota otwiera
na hale i dziedziny,
na wierchy spoziera,
pola, łąki, zagony,
dalekie krainy.

Różne zioła sprasza,
ustawia w szeregu
i lipowym łykiem w bukiety związuje.
Matce Boskiej Zielnej
wszystkie podaruje.


Wchodząc na Rysy
jadłam irysy
i prawie wszystkie zjadłam.
Gdy zeszłam z Rysów,
to przy irysach
nieco zmęczona siadłam.


Dwa nagie miecze
w środku kwiat waleczny,
dzielny odważny i purpurowy.
Czyżby do walki był gotowy?

Nie, on się tylko ku słońcu pręży.
Nie widział nigdy grunwaldzkiego pola.
Dwa nagie miecze,
a w środku gladiola.


Jeż spotkał jeżówkę
i się nieco zjeżył.
Szybko zwinął się w kłębek,
bo nadchodzil Jerzy.

A Jerzy niósł jarzyny,
nie spojrzał na jeża,
ani na jeżówkę,
bo do domu zmierzał.


Złotogłowa lilio,
lelują nazwana,
długo cię szukałam
dziś z samego rana.

na grani Zawratu
i na Szpiglasowej,
na szlaku do Pięciu Stawów
i na Kondratowej.
Wreszcie cię znalazłam
na drzwiach starej chaty,
gdzie zręczny artysta
wyrzeżbił cię przed laty.

Barataria 79 Babcia i wnuczka 2

Kilka tygodni temu po raz pierwszy ukazał się TU wpis o babci Zosi, która przez 20 lat pracowała w kawiarni “Barataria” w Warszawie i jej wnuczce Kamili. Kamila zaoferowała wówczas, że przeprowadzi wywiad z Babcią i słowa dotrzymała.

Dziękuję!

Kamila W.

Moja babcia Zosia ma 84 lata. Zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań, dotyczących nieistniejącej już warszawskiej kawiarni „Barataria”, w której przepracowała jedną czwartą swojego życia. Spotykam się z nią w jej mieszkaniu.

Pytam, czy mogę naszą rozmowę nagrać, żeby jak najdokładniej móc odtworzyć jej słowa. Zgadza się, więc zaczynamy:

– Babciu kiedy zaczęłaś pracować w “Baratarii”?

– Zaczęłam pracę 1 kwietnia 1963, miałam 29 lat.

– Byłaś już mężatką?

– Tak, miałam już dwoje dzieci, to była moja pierwsza praca po urlopach macierzyńskich (mój wujek i mama urodzili się w odstępie roku)

– Pamiętasz kto był wtedy właścicielem?

– Jak zaczęłam pracę w „Baratarii”, właścicielem był Karol Henn

– Dobrze go znałaś?

– Tak, ponieważ najpierw zaczęłam pracować w “Brazylijczyku” na ul. Puławskiej tuż przed kinem Moskwa. Współwłaścicielem tej kawiarni był właśnie pan Henn. Po pewnym czasie podjął decyzję o wyjściu ze spółki. Kiedyś zadał mi pytanie, czy jak założy swoją własną kawiarnię, to czy wrócę do niego pracować. Zgodziłam się.

– I przeszłaś tak od razu?

– Nie, pracowałam w “Brazylijczyku”, ale ciężko tam mi było. Straszna harówka. Zwolniłam się po mniej więcej czterech–pięciu miesiącach. Potem w niedługim okresie czasu zaczęłam pracę w „Baratarii”.

– Wiesz, kto nazwał tak kawiarnię?

– Pierwsi jej założyciele, było to dwóch Braci Plastyków, ale nazwiska nie znam.

– Plastyków z zawodu?

– Tak. Pierwotnie kawiarnia nazywała się “Barataria braci Kleks”. To oni nadali jej wnętrzu taki dziwaczny charakter.

– Czyli jak ty zaczęłaś pracować to Karol Henn był trzecim właścicielem?

– Tak. Znałam też drugą właścicielkę, panią Marię Dembowską, która odkupiła od Braci Plastyków kawiarnię. Znałam ją prywatnie, mieszkała niedaleko domu moich rodziców, ja się z jej córką długo przyjaźniłam. Tak że kawiarnia, jak widać, przechodziła z rąk do rąk, najpierw Bracia, potem Pani Maria, a na koniec przejął ją Henn.

– Skąd wiesz o Braciach założycielach?

– Z opowieści stałych klientowi, którzy przychodzili do kawiarni od początku jej istnienia. Wiesz, kiedyś nie było tak, jak teraz, że ludzie w biegu żyją. Wchodzą, wychodzą oprócz dzień dobry i do widzenia, słowa nie zamienią z nikim. Kiedyś klientela przywiązywała się do miejsc, ludzie posiedzieli, porozmawiali… Większość bywalców znała się z imienia. Ja wiedziałam, kto jaką kawę lubił, co zamawiał do niej…

– Babciu, a czy w ogóle słyszałaś przedtem o “Baratarii” jako nazwie?

– Nie. Dowiedziałam się dopiero, jak zaczęłam tam pracować. Wtedy ta nazwa nic mi nie mówiła.

– A wracając do samej kawiarni– mogłabyś określić kiedy została mniej więcej założona?

– Wydaje mi się, że w latach pięćdziesiątych, nie wiem, nie chcę skłamać.

– Zawsze, jak opowiadasz o kawiarni to w taki sympatyczny sposób. Czy lata tam spędzone wspominasz jako szczęśliwe? Dlaczego?

– Lubiłam swoją pracę. Sama wiesz, że jestem towarzyska. Miałam miłych klientów, studentów i profesorów z Politechniki Warszawskiej, zoologów z pobliskiego instytutu, bardzo mili ludzi. Towarzystwo ciekawe tam się zbierało. Lubiłam tam pracować. Atmosfera była przyjemna.

– W jakich godzinach kawiarnia była czynna?

– Od 7.00 do 21.00

– I Ty pracowałaś w tych godzinach?

– Tak, bez przerwy. Obiad jadłam na raty, kiedy akurat nie było klientów, a to raczej zdarzało się rzadko. Pracowałam na zmiany: w poniedziałek zaczynałam, wtorek wolne, środa praca i tak dalej.

– Rozumiem, że w Twoich dniach wolnych, pracował tam ktoś inny?

– Na początku z szefową pracowałyśmy na zmianę. Potem została zatrudniona dodatkowa osoba. Też Zosia! I tak pracowałyśmy na zmianę. Codziennie zdawałyśmy sobie towar remanentem, żeby jedna za drugą nie ponosiła odpowiedzialności.

– Pracowałaś z szefową? A pan Henn?

– W niedługim czasie, jak zaczęłam pracować w „Baratarii”, pan Karol zmarł. Interes przejęła jego żona – pani Wanda Henn, która prowadziła kawiarnię do emerytury.

– Mogłabyś opisać wygląd kawiarni?

– Był to mały lokal, w którym mieściło się osiem okrągłych, czerwonych stolików. Od wejścia na ścianie, po lewej stronie wisiała klatka z dwiema żarówkami, a tam napis „śpiewające żarówki”.
Na wprost wejścia był bufet, moje główne stanowisko pracy, gdzie znajdował się ekspres do kawy. Zwróć uwagę na zdjęcie, tutaj dokładnie widać ladę i ekspres. Nad tymi półkami z alkoholem widniał taki napis: ”Samoobsługa nie dotyczy królów, mężów stanu i poetów”.
Tu, nad witryną z ciastkami był zegar, którego wskazówki kręciły się szybko, a ponad nim napis „Czas szybko leci”. Na tym zdjęciu już tego nie ma, ponieważ fotografia została zrobiona po remoncie, szefowa kilka rzeczy pozmieniała…
Po prawej stronie od wejścia w rogu przy oknie była postać nagiej kobiety ok. 150 cm wysokości, ale zamiast głowy miała szczotkę, na krótkim kiju, który stanowił szyję. Taka zwykła szczotka do zamiatania podłogi to była.

– Czyli to taki manekin jak z witryn sklepowych?

– Nie, to nie był manekin. To było ręcznie wykonana postura kobiety chyba z gipsu, o ile się nie mylę. Już jak przyszłam pracować to ten twór tam był. Tak samo, pod sufitem wisiały dwie nogi – jedna krótsza druga dłuższa, a obok nich napis „ NIE PODSKAKUJ”. Bracia Plastycy taką wyobraźnię mieli…

– I nikt od początku tych dekoracji nie zmienił?

– Moja szefowa zmieniła wygląd kawiarni. Chyba chciała ja troszkę „unormalnić” bo polikwidowała wszystko co dziwaczne, zostawiła tylko tą postać kobiety, której nikt kategorycznie nie mógł dotykać, a uwierz mi byli tacy, co dotykać chcieli.
Klienci nie byli za bardzo zadowoleni ze zmiany wystroju, bo jakby nie było trochę ubyło z niepowtarzalności.

– Wspominałaś mi kiedyś o cytatach z Gałczyńskiego…?

– Ja się nigdy ich nie nauczyłam na pamięć, tyle lat pracowałam, czytałam je na okrągło i nigdy się tego nie nauczyłam.

– A czy w kawiarni były gazety do czytania?

– Nie. Ewentualnie ktoś już przyszedł ze swoją gazetą. Ale tam się nie przychodziło czytać. Bywalcy zazwyczaj chcieli pogawędzić przy kawie i papierosku, bo w tamtych czasach można było palić w kawiarni, nikt nikogo nie wypędzał. Ludzie przychodzili grupkami, umawiali się z kimś, spędzali swój wolny czas od pracy. Było wesoło.

– Babciu tak patrzę na to zdjęcie przy ekspresie, pamiętasz po tylu latach jak parzyłaś wtedy kawę?

– Jeszcze i teraz bym umiała go obsłużyć. Ekspres ten robił pięć dużych kaw za jednym zaparzeniem, a te kurki na boku służyły do podgrzewania filiżanek parą. Oczywiście musiałam przejść kurs, aby nauczyć się go obsługiwać. Po jakimś czasie trzeba było go odnawiać. Spójrz tutaj, mam jeszcze na to papier.

(Babcia pokazuje mi zaświadczenie o odbyciu jednego z kursów)

– A klienci jaką kawę zamawiali najczęściej?

– Zwykłą czarną kawę, która kosztowała 2,20 zł za małą lub 4,40 zł za dużą filiżankę. Jak już kawa była gotowa, to na spodeczku stawiałam ją na ladzie. Cukier też stał na ladzie, każdy słodził sobie sam. W końcu była samoobsługa.

– Na jednym ze zdjęć trudno nie zauważyć, widać za Tobą półkę z alkoholem. Pamiętasz, jakie to trunki?

– Istra – wermut jugosławiański, Cinzano, Martini też wermuty, były wina takie jak Tokaj, Malaga, Calabrese, koniak… Chociaż z tego co pamiętam najczęściej szły Rieslingi, czyli białe wytrawne wina.

– A oprócz alkoholu i kawy?

– Wodę sodową! Fructon też zamawiano, to był taki napój jabłkowy, gazowany. Nie wiem, czy jeszcze jest na rynku.

– Na zdjęciu widzę gablotę…

– Tak, w niej były ciastka. Głównie eklerki, babeczki śmietankowe, rożki śmietankowe.

– Też je jadłaś?

– Co dzień inne! Ale, że pracę miałam stojącą i w ruchu od świtu do nocy, to i za wiele nie przytyłam! Jak się klientka zastanawiała, czy brać któreś z ciastek i biadoliła „oj, że w biodra pójdzie”, to ja jej na to odpowiadałam, że jestem chodzącą reklamą, bo jem je codziennie.

– Pamiętasz kto wam te ciastka dostarczał?

– Przywoził je ok. godz. 9.00 kierowca z cukierni Zdrojewskiego w Warszawie

– A wśród klientów byli amatorzy na te ciastka? Mieli swoje ulubione?

– Tak, np. miałam takiego klienta, zegarmistrza z naprzeciwka. Był akurat na kawie kiedy przyjechała Twoja Mama z Krystianem (mój starszy brat), który był jeszcze dzieckiem około trzyletnim. I ja dałam mu rożka śmietankowego, bo nie chciałam, żeby się wymazał w kremie, na co Krystianek niezadowolony głośno do mnie krzyknął „ciastko byleco mi dałaś!” Przy czym rozbawił klientelę. Od tamtej pory niezmiennie zegarmistrz prosił o kawę i ciastko byleco.

– Babciu, a jacy inni ludzie zapadli Ci w pamięć, którzy bywali w “Baratarii”?

– Na pewno pan Szymon Kobyliński, który mieszkał w tej samej kamienicy w której znajdowała się kawiarnia. Bywał często, wpadał na kawę. Zawsze siadał przy moim służbowym stoliczku, jak miałam chwilę, to się przysiadałam. Pewnego razu było tak głośno, że własnych myśli nie słyszałam, krzyknęłam do klienteli: „Cisza tu ma być, bo ja nie mogę pracować!” a on do mnie ze śmiechem mówi tak: „wygląda Pani, jak mikrus, a wkroczyła jak czołg!”

(Babcia ma 152cm wzrostu)

Nieraz też ktoś korespondencję dla niego u mnie zostawiał, a on jak odbierał to zawsze z kwiatuszkiem do mnie przychodził za podziękę.
A z innych osób to pamiętam pana Józefa – policjanta dzielnicowego. Przychodzili też taksówkarze, którzy czekali na kurs, lekarze ze szpitala na Koszykowej, głównie wpadali na koniaczek po swoich dyżurach, aktorzy..

– Pamiętasz którzy?

– Przychodził Jan Kobuszewski, Igor Śmiałowski, Wojciech Siemion, Emilia Krakowska, która robiła w pobliskim LOK-u kurs na prawo jazdy, więc zachodziła na kawę. Zawsze pytała, czy może ze mną przy bufecie wypić kawę, bo tak raźniej. Ale to tylko część klienteli, bo większość i tak stanowili studenci z Politechniki i profesorowie. W każdym razie często zdarzało się, że była kolejka, ekspres nie nadążał kawy parzyć, szczególnie w okresie kiedy zabrakło jej na rynku, kiedy była tylko na kartki.

– To w kawiarni musiało być wesoło i gwarno. Muzyka jakaś w tle pewnie też leciała?

– Radio było, musiało zagłuszać rozmowy klientów, żeby nikt nie czuł się skrępowany. Kawiarnia służyła ludziom do spotkań, każdy musiał czuć się komfortowo. Miejscem schadzek też była… Wiesz, miałam kiedyś taką sytuację – codziennie o stałej godzinie przyjeżdżała taksówką pewna para, siadali sobie przy stoliku w kąciku. Nigdy nie wychodzili z kawiarni razem, zawsze osobno. I kiedyś tak sobie siedzieli, aż tu nagle weszła chyba żona tego pana i poszła w ruch parasolka ku zdumieniu wszystkich. Temu panu mocno się oberwało, dziewczynie też. Już po tym zdarzeniu więcej ich nie zobaczyłam.
A wracając jeszcze do muzyki, to czasem studenci przynosili gitarę i grali sobie. Głównie przychodzili na mojej zmianie, szefowa nigdy nie pozwalała im grać, ja tak, jeśli byli grzeczni i przeszkadzali za bardzo innym, to nie widziałam w tym nic złego. Chyba mnie lubili…

– Babciu, a jak ogólnie wspominasz pracę podczas stanu wojennego?

– Pracowałam, dojeżdżałam do pracy i wracałam do domu bez żadnych przeszkód. Nigdy nie miałam żadnej stresującej sytuacji.

– Czy wiesz kiedy i dlaczego “Barataria” została zamknięta?

– “Barataria” została zamknięta już po moim odejściu z pracy. Ja odeszłam w ’83 roku, a kawiarnia jakieś pięć lat była jeszcze w utrzymaniu pani Henn. Potem pani Henn przeszła na emeryturę i sprzedała lokal, ale nie wiem komu. Podobno nowy nabywca przekształcił kawiarnię na bar. Ale trudno mi to już zweryfikować, bo już nigdy potem tam nie byłam.

– Zdradzisz mi czemu odeszłaś z pracy, którą uwielbiałaś?

– Przepracowałam tam równo 20 lat. Odeszłam bo byłam potrzebna gdzie indziej, powoli zbliżał się wiek emerytalny, przyszedł czas na zmiany…

– Babciu, dziękuję za podzielenie się swoimi wspomnieniami!


Dla przypomnienia – Gałczyńskiego było tak (a napisał to nam TU Mietek Węglewicz):

„O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

Orient powszedni XIV et sine fine

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Ostatni. Wszak tydzień temu pisał Viator, że mistyczna podróż pograniczem krajów, religii, narodów i światów-zaświatów srodze Pielgrzymów utrudziła. Wyczerpała duchowo. Pora wracać.

Dziś Święto Konstytucji 3 Maja, czyli dzień wolny. A jednocześnie Święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dlatego, mimo iż to czwartek, w sanktuarium Matki Bożej Studzienicznej od rana tłumy. A tłumy, jak to tłumy, poza potrzebami duchowymi, mają też pragnienia cielesne. Ot, banalna obserwacja dwoistości człowieczej natury. Pęknięcia, o którego istnieniu wiedział już Arystoteles; co poniektórzy byli go świadomi nawet wcześniej, ale nikt tego tak ładnie przed Stagirytą nie ujął. Dziś doskonale wyczuwają je handlowcy, którzy przy drodze prowadzącej do sanktuarium rozstawili swe kramy. A rozmodlony tłum kupuje. Viator nie zamierza popadać w ton protekcjonalny, z poczuciem wyższości spoglądając na gmin. W żadnym wypadku. Przecież i dwójka Wędrowców pofolgowała swej cielesności, korzystając z okazji i nabywając zapas regionalnych specjalności: sękacza, miodowego mrowiska oraz kwasu litewskiego na popitkę. Wszak droga przed nimi daleka: muszą pokonać całą Polskę, i to na skos!

Ruszają przeto i już wkrótce definitywnie opuszczają Suwalszczyznę, sunąc wśród mazurskich moren i jezior. Rozum kazałby podróżować bez przystanków, aby dotrzeć na Łużyce o jakiejś rozsądnej godzinie, ale to nie dla Viatorostwa; serca gorejące zmuszają ich co i rusz do postoju. Pierwszy raz niemal natychmiast po przekroczeniu granicy obu krain – do 1939 roku granicy państwowej. Bo jak się nie zatrzymać i nie obejrzeć spokojnie z bliska malowniczego modrzewiowego kościółka w Wieliczkach? Ponoć najstarszej drewnianej świątyni na Mazurach.

Ale postój przy kościele to drobiazg. Wędrowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, iż muszą zboczyć z najkrótszej trasy. Że nadłożą sporo kilometrów, kierując się z Olecka nie na zachód, lecz na północ, że zahaczą niemalże o Gołdap. Muszą, jeśli mistyczna podróż ma być zwieńczona. A dopełni się ona wśród lasów, kilkaset metrów od granicy rosyjskiej, opodal wioski Rapa.

Nadłożyli, są. I oto zmierza Viator przecinką leśną, kilka lat temu wyrąbaną, ku grobowcowi rodu von Fahrenheit.

Piramida w środku Prus Wschodnich jest tak surrealistycznym obiektem, że musiała obrosnąć legendami, nie ma innej możliwości. No i obrosła. Trudno orzec, co jest prawdą, co zmyśleniem. A że Viator jest mocno obolały, bo już kiedyś na łamach tego blogu został dotkliwie poturbowany przez profesjonalnego historyka za przytoczenie pewnych niejasnych informacji, nie próbuje teraz rozstrzygać, co się w Rapie zdarzyło, a co jedynie zdarzyć się mogło. Zresztą, se non è vero è molto ben trovato.

W Wielkiej Sieci znajdzie Czytelnik wszystkie te informacje i, jeśli zechce, sam może ocenić ich wiarygodność. A było tak: w Rapie władał, ponoć najbogatszy wśród okolicznych arystokratów, baron Friedrich Heinrich von Fahrenheit, człek wykształcony i w świecie bywały, kolekcjoner dzieł sztuki, który podobno w nieodległym Królewcu słuchał wykładów Immanuela Kanta. Po licznych podróżach wróciwszy do domu, przywiózł ze sobą ideę wybudowania dla siebie i swych bliskich takiego miejsca wiecznego spoczynku, które przybliżyłoby ich do osiągnięcia nieśmiertelności, bo sprzyjałoby mumifikacji zwłok, co, według religii starożytnych Egipcjan, było nieodzowne dla trwania duszy w zaświatach. Ponoć wpadł na ten pomysł w Paryżu, gdzie po Bitwie pod Piramidami tematyka egipska była niezwykle modna, choć są tacy, co sugerują, iż baron sam Egipt odwiedził. Tak czy inaczej, niezwykły grobowiec powstał, zapewne pod koniec pierwszej dekady XIX wieku, ponoć według projektu wielkiego Bertela Thorwaldsena.

Pierwsza w piramidzie spoczęła, w roku 1811, trzyletnia córeczka barona – Ninette. Czy jej śmierć była bezpośrednim impulsem do budowy mauzoleum, czy też powstało ono nieco wcześniej, nie jest do końca jasne. Nie ma za to Viator żadnej wątpliwości, że duszyczka dzieweczki wciela się w stokrotkę, kwitnącą co roku tuż obok murów mogiły. Stokrotki to wyjątkowo odporne kwiaty, nic ich nie wypleni.

Po Ninette w mauzoleum pochowano jeszcze siedmiu członków rodziny, w tym samego barona Friedricha. Trudno rozstrzygnąć, czy rzeczywiście piramida skutecznie skupiła energię kosmiczną, czy też po prostu budynek ma wyjątkowy mikroklimat. Faktem jest jednak, że wszystkie zwłoki uległy, w różnym stopniu, procesowi mumifikacji. A że na Mazurach rzecz to rzadka, toteż o piramidzie i rodzie von Fahrenheit krążyły wśród okolicznej ludności niestworzone historie: jest w nich coś o klątwie rodzinnej, są wątki wampiryczne, wspomina się o urwanych zwłokom głowach… Szukajcie i czytajcie, jeśliście ciekawi.

Jedno jest jednak pewne: dzieło barona Friedrich Heinrich von Fahrenheit to pomnik ludzkich marzeń o pokonaniu śmierci. Świadectwo walki Izraela-Jakuba z Nieznajomym. Każdy z nas kiedyś stoczył taką walkę. Z różnym skutkiem. Do tej układanki bardzo by nawet pasował Samotnik z Królewca, którego wykładów baron ponoć słuchał:

– Ale pozwólcie, że was, panowie, zapytam – po chwili niespokojnej zadumy przemówił zagraniczny gość – co w takim razie począć z dowodami na istnienie Boga, których, jak wiadomo, istnieje dokładnie pięć?

– Niestety! – ze współczuciem odpowiedział Berlioz. – żaden z tych dowodów nie ma najmniejszej wartości i ludzkość dawno odłożyła je ad acta. Przyzna pan chyba, że w kategoriach rozumu nie można przeprowadzić żadnego dowodu na istnienie Boga.

– Brawo! – zawołał cudzoziemiec. – Brawo! Pan dokładnie powtórzył pogląd nieokiełznanego staruszka Immanuela w tej materii. Ale zabawne, że stary najpierw doszczętnie rozprawił się z wszystkimi pięcioma dowodami, a następnie, jak gdyby szydząc z samego siebie, przeprowadził własny, szósty, dowód.

– Dowód Kanta – z subtelnym uśmiechem sprzeciwił się wykształcony redaktor – jest również nieprzekonujący. (…)

– Najlepiej byłoby posłać tego Kanta na trzy lata na Sołowki za te jego dowody! – nagle palnął nieoczekiwanie Iwan.

– Ależ, Iwanie! – wyszeptał skonfundowany Berlioz.

Propozycja zesłania Kanta na Sołowki nie tylko jednak nie oszołomiła cudzoziemca, ale nawet wprawiła go w prawdziwy zachwyt.

– Otóż to! – zawołał i jego lewe, zielone, zwrócone na Berlioza oko zabłysło. – Tam jest jego miejsce! Przecież mówiłem mu wtedy, przy śniadaniu: “Jak pan tam, profesorze, sobie chce, ale wymyślił pan coś, co się kupy nie trzyma. Może to i mądre, ale zbyt skomplikowane. Wyśmieją pana”.

Berlioz wybałuszył oczy. “Przy śniadaniu… do Kanta! Co on plecie?” – pomyślał.

– Ale – mówił dalej cudzoziemiec do poety, nie speszony zdumieniem Berlioza – zesłanie go na Sołowki jest niemożliwe z tej przyczyny, że Kant już od stu z górą lat przebywa w miejscowościach znacznie bardziej odległych niż Sołowki i wydobycie go stamtąd jest zupełnie niemożliwe, zapewniam pana.

To jeden z ulubionych przez Viatora fragmentów pióra Bułhakowa. Ale najlepszy jest, rzecz jasna, ten o Behemocie i czystym spirytusie!

Jeszcze jedno jawi się jako oczywiste tu, przed piramidą. To, nieszczęsny baronie, ptaku malowany, że nie warto się wyróżniać, dać nieść marzeniom. Gdybyś rodzinne mauzoleum wybudował w mniej intrygującej formie, może nie zbezcześciłoby go zaintrygowane rosyjskie żołdactwo, które wkroczyło na Mazury w 1914 roku. Może dzieła zniszczenia nie dopełniłaby ciekawska swołocz, która przybyła tu po roku 1945 i regularnie dewastowała wnętrze grobowca. Za ostro wyraża się Viator? Mówi wszak o polskich osadnikach, rodakach. Tylko co wspólnego ma Wędrowiec z bydłem, które bez odrobiny szacunku pastwi się nad zwłokami, niszczy, rozrzuca je po okolicy? Mimo narodowości – nic. Swołocz to swołocz.

Dziś mauzoleum jest uporządkowane i zabezpieczone (choć solidny remont też by się przydał). Trumny ułożono, wnętrze zamknięto kratami. Nikt tam nie wejdzie. Ale obejrzeć przez okno można. Tak, jak ten pan.

I tutaj również nie chodzi o protekcjonalizm. Viator też nie powściągnął ciekawości, zajrzał. Ale fotografii nie zrobił: co to, to nie! Szacunek się małej Ninette należy. Pewnych granic nie można przekraczać, prawda? No i jak ma Pielgrzym myśleć o rodzicach, którzy z biało-czerwonymi chorągiewkami w dłoniach całują się, pozując swemu synowi do zdjęcia… na tle grobowca? Twarz chłopca ukrył Wędrowiec: raz, że RODO by go zjadło, a dwa, że przecież nie chodzi li i jedynie o tę konkretną rodzinę.

Wspomniane chorągiewki to oczywiście reminiscencja dzisiejszego święta (ach, Konstytucja! każda wzmianka kłuje w serce…). To dobrze, że ludzie obchodzą je lekko, beztrosko, swobodnie. Tak ma być. Trzeba tylko znać umiar. Zamiast robić sobie zdjęciową sesję plenerową, lepiej położyć w oknie mauzoleum znicz. Bo i tacy się znaleźli, którzy to uczynili.

Pamiętaj o tym Czytelniku, jeśli nie chcesz, by Twój duch pod postacią błędnego ognika błąkał się kiedyś po bagnach otaczających Rapę. Tak jak dusze tych, którzy profanowali piramidę.

I to by było właściwie wszystko. Ale podróż sama dopisała suplement. Na Warmii, przez którą też Wędrowcy przejeżdżali.

Jedni marzą o nieśmiertelności, inni na tych marzeniach robią świetny interes. Proza, szarość, oczywistość, ale jednak uwiera. Fajnie być biskupem i zbożne dzieło prowadzenia duszyczek ku niebu sprawować luksusowo w rezydencjach wybudowanych na wyzysku biedoty. Takich jak zamki w Reszlu i Lidzbarku Warmińskim.

Fajnie, ale nie całkiem. Przyjrzyjcie się dokładniej niebu nad dachem lidzbarskiej warowni. Dostrzegacie? Nie? Tutaj widać wyraźnie.

Dusza biskupa pod postacią ptaszyska krąży nad zamkiem. I będzie krążyć do końca świata. Nigdy nie uleci do nieba. Przywołajmy raz jeszcze w tej podróży Świętą Księgę: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. A pałac barona Fahrenheita, wypełniony wysmakowaną kolekcją sztuki, pogrążył się dawno w niebycie.

Podróż po Oriencie Powszednim dobiegła kresu… Bzdura! Ona się nigdy nie skończy. Granicę nosisz w sobie, Viatorze. Pęknięcie jest w tobie.

Viatorka

Mistyczna kwietniowo-majowa podróż Viatorostwa po Oriencie Powszednim zakończyła się około północy, jeszcze w dniu Święta Konstytucji (nawiasem powiedziawszy, dziś miłośnicy Konstytucji nie mają raczej powodów do świętowania). Po szesnastu godzinach jazdy z Suwalszczyzny przez Mazury, Warmię, Kaszuby, Kujawy, Pałuki i Wielkopolskę, w końcu przybyli Wędrowcy na Łużyce, stęsknieni odebrali swoją stęsknioną pupilkę – suczkę Kropkę – i powrócili do domu. Środek nocy środkiem nocy, ale psina zaraz po przekroczeniu drzwi mieszkania musiała głośno wyrazić, co sądzi na temat zostawiania jej na całe 9 dni i porządnie Wędrowców obszczekała. Nie żeby jej się działa jakaś krzywda pod opieką mamy Viatora. Wręcz przeciwnie: była tam bezwstydnie rozpieszczana. Po prostu uznała widocznie, że tego się nie robi psu…

Żałowali Wędrowcy, że to już koniec, ale wiedzieli, że czas najwyższy wracać. Czekała cierpiąca Przyjaciółka, czekało wiele spraw. Zresztą, zbyt długa podróż w końcu znudziłaby się, a tak pozostały niedosyt i nostalgia. I pomysł na cykl wpisów.

Dziś jednak z pewną ulgą skonstatowała Viatorka, że to już XIV i ostatni odcinek Orientu powszedniego. Dlaczego z ulgą? Bo z upływem czasu coraz trudniej było wracać do tej podróży, odtwarzać szczegóły i wrażenia. Z tygodnia na tydzień wydawała się ona coraz bardziej nierealna i odległa. Niewiarygodne: minęło ledwie trzy i pół miesiąca, a Viatorka czuje się, jakby to wszystko działo się wiele lat temu, w innym życiu. Chyba nigdy jeszcze tak mocno nie odczuła, że trzy miesiące, to jednak spory kawał życia. Że sporo może się zmienić: w naszym spojrzeniu na świat i ludzi.

Cóż dodać? Wspomnienie Wielkiej Podróży po Podlasiu zawsze przywołuje Viatorce zmarłą Przyjaciółkę, o której tragicznych losach Czytelnicy czytali w odcinku Przerwa w podróży. Na zakończenie cyklu wypada zatem również o Niej wspomnieć. Niestety, spełnia się przewidywany przez Viatorkę czarny scenariusz przyszłości jej dorosłego dziecka. Ten niepełnosprawny intelektualnie człowiek postępuje coraz bardziej irracjonalnie, pogrążając się w coraz większych kłopotach i, co gorsza, odrzuca wszelkie próby pomocy, a nawet występuje przeciwko życzliwym sobie osobom, których coraz mniej wokół niego. Viatorostwu, „zgodnie” ze znaną zasadą, że dobro powraca, obrywa się najbardziej. Natomiast ci, którzy przez półtora roku stali spokojnie z boku i nie tylko, że w niczym nie pomogli, ale bez słowa sprzeciwu obserwowali, jak urzędowe osoby ze „specjalistycznych” instytucji powołanych do pomocy, rozjeżdżają walcem tę rodzinę, dziś mają zadziwiająco dużo do powiedzenia. Mają nawet czelność oceniać zmarłą, sponiewieraną kobietę, która już nie może się bronić. Bo ich zdaniem coś tam powinna zrobić, a gdzieś tam popełniła błąd. Czy to elementarny brak empatii, czy mechanizm obronny, żeby nie poczuć się jak kawał ostatniego drania?

Z kolei urzędowe osoby pozostają z dobrym samopoczuciem i zapewne niedługo ogłoszą, że od początku miały rację. W psychologii opisuje się zjawisko nazywane samospełniającym się proroctwem, polegające na tym, że określone oczekiwania w stosunku do pewnych zachowań wpływają na te zachowania w sposób, który powoduje spełnienie tych oczekiwań. Tu, wypisz-wymaluj, mamy taką właśnie sytuację. Lata temu pewne panie postanowiły „zrobić” z przyjaciółki nieodpowiedzialną pieniaczkę, a z jej syna nieobliczalnego agresora zagrażającego otoczeniu. I tak „profesjonalnie” podziałały, że dziś faktycznie zaczynają osiągać swoje zamierzenie. Viatorka widzi to jak na dłoni, inni ludzie niestety niekoniecznie.

Myśli sobie czasem Viatorka z przekąsem, że ma gotowy materiał na książkę, którą mogłaby zatytułować Anatomia przestępstwa, albo Anatomia obłędu, w zależności od tego, jak ta historia się zakończy.

Skomentuje zaraz Viator, że znowu ulało się Viatorce. Ale cóż innego pozostaje człowiekowi z nadmiarem empatii i poczuciem bezsilności? Tylko wykrzyczeć frustracje, odsunąć się od miałkich ludzi i ze wszystkich sił starać się zająć w końcu swoim życiem. Inaczej zwariuje. Powszedni, ale nie Orient.

Zaklinanie deszczu 4

Ewa Maria Slaska

Tlaloc i inni bogowie…

Ojciec Gwa-Gwa, o którym pisałam wczoraj, miał w opowieściach mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, interesujących towarzyszy. Pamiętam jeszcze co najmniej dwie jej historie o zaklinaniu deszczu, ale chyba nie stosowała ich w praktyce.

Szaman czyli z Afryki do Europy i z powrotem

Pewne afrykańskie plemię postanowiło się unowocześnić i w tym celu wysłało najmądrzejszego człowieka w całej wsi czyli szamana w podróż po świecie. Miał pojechać, obejrzeć, jak się żyje ludziom za horyzontem, wrócić i opowiedzieć, co widział i co się w życiu plemiennym nie przyda, a co można by zastosować, żeby plemię rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Mędrzec poszedł i nie było go latami. Wrócił ubrany w dres i adidasy, przywiózł zapalniczkę, szklaną butelkę i skórzaną kulę w płóciennym worku. Wszyscy zebrali się wokół ogniska, najpierw pojedli i popili, potem potańczyli i pośpiewali, a potem przyszła pora na opowieści. Mędrzec opowiadał o domach z kamienia (do niczego nie przydatne), o lustrach i kosmetykach (do niczego nie przydatne), o pieniądzach, bankach i towarach luksusowych jak adidasy i dresy (do niczego nie przydatne, już podczas śpiewania podróżnik zdjął jedno i drugie), o autach, tramwajach, pociągach (do niczego nie przydatne).
No jak to, zapytali ciekawscy, nie widziałeś nic, co mogłoby się nam przydać?
No nie, tak źle nie było. Tym się krzesze ogień – pokazał zapalniczkę, w tym można przechowywać wodę – pokazał butelkę. A to – pokazał worek – służy do sprowadzania deszczu.
Wyznacza się duży podługowaty plac. Na końcach stawia się dwa domki z siatki. Naokoło stoi mnóstwo ludzi, głównie mężczyzn. Musieli kupić bilety i drogo zapłacić, żeby móc tam być. Wszyscy strasznie krzyczą. Wtedy na boisko wbiega 22 ludzi w szortach i adidasach, dwóch z nich staje w domkach, a reszta biega i kopie na przemian siebie i to coś – to się nazywa piłka (wyjął piłkę z worka i pokazał wszystkim)… I wtedy zawsze pada deszcz…


Tlaloc sprowadza deszcz

Druga historia zdarzyła się w Polsce za czasów Komuny. W Warszawie zorganizowano wystawę sztuki meksykańskiej. Wszyscy z całej Polski jeździli do Warszawy, żeby oglądać Coatlicue, Huitchilpotli, Quetzalcoatla i Tlaloka. Tlaloc to aztecki bóg deszczu. Majowie nazywali go Chac albo Chaac. Obecnie, choć nie jest to nazwa prawidłowa, mówi się o nim Chac Mol. Pierwszą jego figurę znaleziono w roku 1908 w Chichen Itza na Jukatanie. Bóstwo leży na plecach, a na brzchu ma miskę, do której, gdy trzeba było sprowadzić deszcz, wrzucano serca wyrwane dzieciom na ołtarzach umieszczonych na szczytach piramid. W Polsce nikt nie wyrywał serc dzieciom, a zwiedzający wystawę wrzucali Tlalocowi do miski po prostu złotówki.

Deszcz padał przez całe lato.

Tyle Mama.

Wiedziałam jak wygląda Tlaloc – Chac Mol. W końcu studiowałam etnografię i archeologię. Jeśli go nie znacie, to wybierzcie się do muzeum Arkadego Fiedlera w rodzinnej willi pisarza w Puszczykowie. Na podwórku stoi rzeźba Chac Mola i czeka na dary, serca lub złotówki.

***
Historia bardzo mi się podoba. Ale być może jest zmyśleniem (pisałam już o tym, że zmyślenie jest z reguły ładniejsze od prawdy). Bo…

Bo rzecz w tym, że zorganizowana w PRL w roku 1955 wystawa sztuki meksykańskiej, pokazywała malarstwo i grafikę, ale chyba nie pokazywała obiektów etnograficznych i archeologicznych. Bo nikt o nich nie wspomina. A o żadnej innej wystawie sztuki meksykańskiej z okresu Komuny w ogóle nie ma mowy. Oczywiście być może w internecie czegoś nie ma, coś zbagatelizowano, coś zostało pominięte, ale żeby aż tak… żeby nikt nic nigdy nie napisał o tym, że w Warszawie pokazywano Coatlicue, Huitzipotli(ego), Quetzalcoatla… No i Chac Mola Tlaloka, który sprowadził deszcz…

Zwłaszcza Coatlicue… Niemiecki pisarz, Eugen Ruge, napisał w książce In Zeiten des abnehmenden Lichts (W czasach, gdy ubywało światła), że ogromna rzeźba Coatlicue była tak odrażająca, iż gdy ją odkryto w roku 1790 (wykopano ją na głównym placu Mexico City), to najpierw ją po prostu ponownie ukryto, a świat mógł ją po raz pierwszy obejrzeć dopiero po wojnie…

Byłam pewna, że gdzieś się zachowały informację i o tej wystawie, i o tych rzeźbach, i o tym, że Tlaloc Chac Mol sprowadził deszcz… Nic nie znalazłam. Ale często jest tak, że jednak ktoś coś wie, że ktoś z Was się do mnie odezwie. Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.

A ZATEM PYTANIE:
KTO BYŁ W WARSZAWIE  NA WYSTAWIE SZTUKI MEKSYKAŃSKIEJ I WIDZIAŁ TLALOCA? KTO WIE, ŻE ZESŁAŁ DESZCZ?

Zaklinanie deszczu 3

Ewa Maria Slaska

Trwa straszne lato i od dwóch dni próbuję i ja na swój sposób sprawić, by upały ustąpiły i przyszły deszcze. Deszcz miały wywołać pobożne supliki, modlitwy do Boga Mocnego a Nieśmiertelnego, poezja, afrykańskie obrzędy i ofiary. Dziś przypomnę fragment powieści Roberta Gravesa, który się usamodzielnił i stał się opowieścią mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, o tym jak się sprowadza deszcz i w ogóle… Zwłaszcza w ogóle.

Ojciec Gwa-Gwa
historia opowiedziana przez Klaudiusza w książce Klaudiusz i Messalina, opowiadana (z lubością) przez Mamę

42 r. n.e.

Objąłem po raz drugi konsulat w marcu, to znaczy na Nowy Rok, zrzekłem się jednak urzędu po dwóch miesiącach na rzecz senatora, któremu z kolei ten zaszczyt przypadł. Miałem zbyt dużo zajęcia, aby zawracać sobie głowę szablonowym urzędowaniem, którym był obarczony konsul. W tym samym roku urodziła mi się córka Oktawia, wybuchło powstanie Winicjana i Skryboniana i przyłączyłem do cesarstwa nową prowincję, Maroko. Opowiem najpierw pokrótce o tym, co zaszło w Maroku. Otóż Marokańczycy znów urządzili powstanie pod wodzą Salaba, który już w poprzedniej wojnie wykazał wielkie zdolności strategiczne. Komendant sił rzymskich, Paulin, daremnie przeszedł cały kraj aż po Atlas. Nieprzyjaciel unikał bitwy w otwartym polu, lecz atakując z zasadzki lub po nocach, zadał naszym wojskom ciężkie straty. Wkrótce okres dowództwa się skończył i Paulin musiał wracać do Rzymu. Miejsce jego zajął niejaki Hosidiusz Geta, któremu zapowiedziałem przed wyjazdem: niech za żadną cenę nie dopuści, by Salab stał się drugim Takfarinasem. (Takfarinas był to Numidyjczyk, dzięki któremu trzej wodzowie rzymscy otrzymali wieniec wawrzynowy; pozwalał bowiem zawsze rozbić swe wojska w pozornie decydującej bitwie, ale zaledwie Rzymianie odeszli, wypływał nagle na czele na nowo zebranej armii; dopiero czwarty wódz położył kres temu bałaganowi; wziął Takfarinasa do niewoli i kazał go stracić.)

– Nie zadowalaj się częściowymi sukcesami – upominałem Getę. – Wyszukaj główne siły Salaba, zgnieć je, a jego samego zabij albo weź do niewoli. Nie ustawaj w pościgu, choćby zbiegł w głąb lądu do kraju, którego mieszkańcom, jak opowiadają, wyrastają głowy z pachwiny. Rozpoznasz go tam z łatwością, gdyż będzie miał głowę na innym miejscu. Nie chcę ci narzucać swoich poglądów na prowadzenie tej kampanii – dodałem – ale posłuchaj dobrej rady. Nie podporządkowuj się ślepo sztywnym zasadom i regulaminom, jak za czasów Augusta generał Eliusz Gallus, który wyruszył na podbój Arabii, jakby chodziło o drugą Italię lub Niemcy. Zamiast zaopatrzyć ludzi w miechy na wodę i dodatkowe porcje zboża, obładował ich przepisowym rynsztunkiem saperskim i ciężką zbroją, a nawet zabrał ze sobą cały park maszyn oblężniczych. Kiedy ludzie dostawszy kolki zaczęli przegotowywać kiepską studzienną wodę, aby uczynić ją zdrowszą do picia, Eliusz krzyczał z oburzeniem: “Co to?! Przegotowana woda?! Porządny żołnierz rzymski nie gotuje wody! A to co znowu? Suchy gnój do rozpalenia ogniska? Niesłychane! Żołnierz rzymski zbiera chrust na ognisko albo się obchodzi bez ognia.” W ten sposób stracił większą część swej armii. Środkowe Maroko to teren niebezpieczny. Dostosuj taktykę i ekwipunek ludzi do właściwości kraju.

Geta wziął moje rady dosłownie do serca. Pędził Salaba z jednego krańca Maroka na drugi, dwukrotnie rozbijając jego siły, i niewiele brakowało, a byłby go za drugim razem wziął do niewoli. Salab uciekł w góry Atlasu, przeszedł na drugą stronę, gdzie rozciągała się nie zbadana pustynia, i rozkazawszy swym ludziom, żeby bronili przełęczy, udał się po posiłki do sprzymierzonych koczowniczych plemion. Geta pozostawił oddział swych wojsk przy przełęczy i z co śmielszymi ludźmi przedarł się drugą, trudniejszą, leżącą o kilka mil dalej, i trzymając się wiernie moich wskazówek ruszył w trop za Salabem. Wziął z sobą tyle wody, ile muły i ludzie mogli udźwignąć, a ekwipunek zmniejszył do minimum. Liczył, że po drodze znajdzie przynajmniej trochę wody. Ale uszedł dwieście mil śladem Salaba wijącym się po pustynnym piachu i nie napotkał nic prócz samotnego krzaka cierni. Wody zaczęło braknąć i ludziom ubywało sił. Geta skrywał obawę, ale zrozumiał, że nawet gdyby zrezygnował z ujęcia Salaba i natychmiast rozpoczął odwrót, nie wystarczy mu wody. Atlas był odległy o setki mil i tylko cud boży mógł zbawić wojsko rzymskie.

W czasie posuchy w Rzymie umiemy skłonić bogów do zesłania deszczu. W świątyni Marsa poza murami miasta przechowuje się czarny kamień, zdobyty swego czasu na Etruskach, a zwany Dżdżysty. W uroczystej procesji, śpiewając zaklęcia i składając ofiary, przynosimy kamień do miasta i obchodzimy z nim miejsca, skąd czerpiemy wodę. Zawsze potem spada deszcz, chyba że nastąpi jakaś pomyłka w rytuale, co często się zdarza. Geta jednak nie posiadając Dżdżystego Kamienia był zupełnie zdany na łaskę losu. Koczownicy, przyzwyczajeni obchodzić się bez wody po kilka dni i ponadto doskonale znający okolicę, zaczęli otaczać siły rzymskie. Ofiarą ich padali maruderzy, którym od gorąca pomieszały się zmysły.

Obrabowanych i zabitych lub ciężko pokaleczonych zostawiano na piasku pustyni.

Geta miał ordynansa Murzyna, który pochodził z tych właśnie okolic, a później sprzedano go do Maroka. Chłopak nie pamiętał już wprawdzie, gdzie znajduje się najbliższa woda, gdyż porwano go jeszcze dzieckiem, poradził jednak Gecie, aby pomodlił się do Ojca Gwa-Gwa. Na pytanie, kim jest ten Ojciec Gwa-Gwa, wyjaśnił, że to bóg pustyni, który w czasie suszy zsyła deszcz.

Cesarz kazał mi dostosowywać taktykę do okolicy – przypomniał sobie Geta. – Powiedz mi, jak trzeba się zwracać do tego Ojca Gwa-Gwa, a pójdę za twoją radą. – Ordynans wyjaśnił, że trzeba zakopać w piasku aż po szyjkę dzbanek napełniony piwem i wypowiedzieć przy tym słowa: “Ojcze Gwa-Gwa, ofiarujemy ci piwo.” Następnie żołnierze muszą wszystkie naczynia do picia napełnić wodą, zostawiając jej w miechach tyle, żeby zamaczać palce i strząsnąć po kilka kropel na ziemię. Wszyscy potem piją, tańczą, śpiewają pieśni na cześć Ojca Gwa-Gwa i kropią wodą piasek, aż wypiją wszystko do ostatniej kropli. Sam Geta przez ten czas musi śpiewać: “Jak kropimy ziemię tą wodą, tak niech nas skropi deszcz. Wypiliśmy ostatnią kroplę, Ojcze. Nic nam nie pozostało. Dlaczegoś tak nam uczynił? Pij piwo, Ojcze Gwa-Gwa, a siknij w zamian deszczem, bo pomrą dzieci twoje.” Trzeba pamiętać, że piwo jest bardzo skutecznym środkiem moczopędnym. Na deszcz plemiona pustynne mają podobny pogląd jak pierwotni Grecy, którzy, kiedy padało, mówili, że to Zeus opróżnia pęcherz. (Nawet to samo słowo z różnym tylko rodzajnikiem oznacza u Greków niebo i nocnik.) Nomadzi uważają, że ofiarowując ich bogu piwo zachęca się go do oddania moczu w postaci deszczu. Pryskanie wodą podobnie jak przy naszych ofiarach oczyszczalnych ma mu przypominać, jak deszcz pada, na wypadek gdyby o tym zapomniał.

Zrozpaczony Geta zebrał swoją chwiejącą się na nogach armię i zapytał, czy który nie ma przypadkiem piwa. Na szczęście oddział posiłkowy Niemców, którzy przekładają piwo nad wodę, miał jeszcze w bukłaku parę zaoszczędzonych kwaterek. Geta rozkazał przynieść bukłak, rozdzielił resztę wody na równe porcje, a piwo zostawił dla Ojca Gwa-Gwa. Wojsko tańczyło, piło wodę, kropiło nią naokoło, a tymczasem Geta odmawiał formułę inwokacyjną. Na Ojcu Gwa-Gwa (którego imię oznacza po prostu wodę) hołd złożony przez tak wielką liczbę obcych przybyszów wywarł widocznie jak najlepsze wrażenie; niebo zasnuły nagle ciemne chmury i lunęło jak z cebra. Trzy dni trwała ulewa zamieniając każde zagłębienie w studzienkę pełną wody. Armia była uratowana. Nomadzi, biorąc rzęsisty deszcz za niewątpliwy dowód łaski Ojca Gwa-Gwa w stosunku do Rzymian, wyleźli z kryjówek i pokornie prosili o zawarcie z nimi przymierza. Geta jednak zażądał najpierw wydania Salaba. Wnet przyprowadzono wodza w pętach do obozu. Między Getą a nomadami nastąpiła wymiana darów i zawarto pokój. Następnie Geta wyruszył z powrotem w stronę gór. Tu zaskoczył ludzi Salaba, pozostawionych na straży przełęczy, i część wybiwszy, część wziąwszy do niewoli, zniósł cały oddział. Reszta sił marokańskich widząc, że wódz ich w pętach wraca do Tangeru, poddała się bez walki. Tak to niecała kwarta piwa ocaliła życie z górą dwu tysiącom Rzymian i przysporzyła Rzymowi nową prowincję. Ojcu Gwa-Gwa kazałem na pustyni za górami, gdzie panował, wystawić ołtarz, a Maroko, podzielone na dwie prowincje – zachodnią ze stolicą w Tangerze i wschodnią ze stolicą w Cezarei – miało mu składać roczną daninę ze stu kozich skór i najlepszego piwa. Getę wynagrodziłem triumfalnymi odznakami.

Piękna opowieść, którą znam od zawsze, bo Mama stosowała ją do guseł… monetarnych. Gdy byłam dzieckiem i młodą panną, żyłam w rodzinie, która nigdy nie miała pieniędzy (potem zresztą też). Rodzice wyznawali chwalebną zasadę, że nie należy zabiegać o kasę, bo to psuje charakter, a człowiek opętany masą towarową (tak to określali) przestaje interesować się sprawami duszy, umysłu i ducha, co jest naganne. Byliśmy więc chlubnie wolni od drobnomieszczańskiego skrzętnego zabiegania o dostatek, a to oznaczało, że naprawdę nie było pieniędzy i chyba zawsze trzeba było pod koniec miesiąca pożyczać od kogoś sto złotych do pierwszego. Pamiętajmy, że było to w czasach tzw. Komuny i nic takiego jak debet bankowy nie istniało. Nie było zatem pieniędzy – było to tak oczywiste, że w ogóle mi nie przeszkadzało. Myślałam, że tak jest zawsze i wszędzie. Czasem jednak bywało gorzej niż zwykle, a ratunkiem w tej sytuacji mógł być jedynie jakiś niespodziewany nabywca grafik Mamy, bo na pensję Taty nie było co liczyć – ta i tak nie starczała nigdy do pierwszego. Gdy więc zdarzała się posucha finansowa gorsza niż zwykle, Mama prosiła o pomoc ojca Gwa-Gwa. Ponieważ chodziło o pieniądze a nie deszcz, wypijanie i wylewanie ostatnich napitków zastępowała wydawaniem ostatnich pieniędzy. Szła jak pijak (to jej określenie) do księgarni i kupowała książki. I wtedy ojciec Gwa-Gwa sikał deszczem pieniędzy i naprawdę przysyłał jakiegoś nabywcę grafiki…

Stare Trnowo, grafika Mamy u mnie w kuchni (TU opisałam, jak do mnie dotarła)

Ciąg dalszy opowieści o tym, jak zaklinać deszcz – jutro

Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.