Mantegna & Bellini

Ewa Maria Slaska

Dla Danusi

Deutsch & English in Text

1 marca otwarta została w Berlinie wystawa superlatyw. Podczas konferencji prasowej nazwano ją wprawdzie tylko wystawą roku, ale czuło się, że mówcy, rozpływając się nad wartością wystawy, a więc tego, co przygotowali bądź opłacili, wiedzą, że mówią o wystawie dekady, a może stulecia. Jest w każdym razie spektakularna, niezwykła, nadzwyczajna, sensacyjna. To słowo pojawia się wielokrotnie i nader skutecznie, bo recenzje też piszą o sensacji.

Nota bene pan drugi z prawej, przewodniczący Towarzystwa Ubezpieczeń Od Ognia (Feuer-Sozietät) poinformował zebranych, że jego instytucja wydaje rocznie 1,5 miliarda euro na sponsorowanie popularyzacji sztuki. Och!

Gościa zamierzającego udać się na wystawę informuję, że zanim tam dojdzie czeka go przedostanie się przez rozległy plac budowy. Z tyłu widać już zbawcze napisy, że owszem Mantegna i Bellini, ale przed nami droga przez mękę. Na pociechę dodam, że jakoś się dojdzie. Idźcie wzdłuż płotów.

Potem już będzie coraz lepiej.

Wystawa zajęła również reprezentacyjny holl wejściowy Nowej Galerii Narodowej (Neue National Galerie) z piękną instalacją wodną Waltera de Maria, a ja słysząc to wyobrażałam sobie, że będzie nam dane doświadczać przyjemności, jakie mieli bogacze, którzy zamawiając dzieło sztuki, nie wieszali go bezdusznie na ścianie, lecz umieszczali je pomiędzy drogimi kwiatami, w otoczeniu drogocennych przedmiotów  i wkomponowywali je w gry wodne i ogrody…

Dzieło Waltera de Maria zniknęło jednak całkowicie, wodę wyłączono, kamienne baseny przykryto podłogami i dywanami, jeśli w salach były kiedykolwiek jakiekolwiek okna, to wszystkie zostały pokryte gęstą, intensywnie kolorową materią spowijającą sufity, podłogi i ściany. Zielenie, szarości, czerwień. Wystawa jest zbiorem coraz mniejszych szkatułek, zamykających nas w czarodziejskim świecie. Gdy potem wyjdziemy z muzeum, ze zdumieniem stwierdzimy, że tam na zewnątrz nadal trwają prace budowlane, a niebo jest niebieskie.

Co naprawdę wzrusza na wystawie jest maleńka informacja – Fotografujcie (przepraszam za jakość zdjęcia) i jak chcecie, to wyślijcie swoje fotografię na stronę #mantegnabellini (oczywiście jak wam się uda – mnie się nie udało, ale cóż bym ja tam miała wysyłać :-).

Podczas konferencji zostaliśmy dobitnie poinformowani, że galeria ma teraz super nowoczesną stronę, ale może jestem zbyt archaiczna, żeby odkryć jakieś jej nieopisane uroki, a zdjęcia (choćbym chciała) nie udało mi się przesłać, więc chyba wszystko jest nie dla mnie. Ale inni wstawili tam zdjęcia i filmiki, co wygląda bardzo ładnie. Poniżej filmik z wystawy w londyńskiej National Gallery, która poprzedziła tę naszą, berlińską.

Und hier (endlich) eine richtige Kritik auf Deutsch.

A ja od siebie dodam na koniec – piękna wystawa, czarodziejska, pozwala zapomnieć o stresie i zmartwieniach :-). Wielcy artyści, wielkie obrazy.

Alle Infos hier

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 3

Nasze autorki / Unsere Autorinnen



Und Muxes (das dritte Geschlecht) / I muxy (trzecia płeć)

So: / Oto tak:
“Chitara es un personaje femenino, pero en ningún momento pensé que por esa elección yo era muxe (mu-she) o que el resto de los niños lo viera de esa forma. Simplemente era algo natural que no se cuestionaba”. Avendaño, un antropólogo y artista de Tehuantepec (Oaxaca), es parte de un grupo que forma parte importante de la población del Istmo de Tehuantepec, en el sureste mexicano.
Se les llama muxes. Los textos académicos y los artículos periodísticos definen a esta comunidad como “hombres que presentan características femeninas”, “travestis”, “mujeres transgénero o transexuales” o como un “tercer género”. Para Avendaño, es difícil encontrar una sola definición de muxe. “Aún tengo dudas sobre si se debe llamar un tercer género porque si un hombre adopta características femeninas no deja ser hombre, solo escapan de la heteronormatividad”, comenta. “Por otro lado, si una muxe aspira a ser mujer o se identifica como mujer, entonces no es un género distinto. En la muxeidad hay muchas capas y no todos se identifican o son identificados de la misma forma”.

Sie singen / śpiewają
HIER/TU

La Dama de las Letras singt in Verzweiflung und Trauer ; es ist eine Geschichte, die gerade jetzt passiert ist / Jedna z nich śpiewa o żałobie i rozpaczy; o historii, która się właśnie zdarzyła, o śmierci jednej z muxe z Oaxaca – Muxe, meksykański mężczyzna, który czuje się kobietą, który jest kobietą; w Oaxaca mają ważny ośrodek swego ruchu, i właśnie jedną z nich zamordowano…

https://www.facebook.com/plugins/video.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2F132792627571182%2Fvideos%2F605832463211229%2F&show_text=0&width=266

AY OSCAR, CAYUU’BA LADXIDUA’
(ay oscar, me duele el corazón)

No puedo evitar las lágrimas al escribirte y recordarte mi gran amigo muxe’, la más grande, como te decíamos tus contemporáneos…
Me duele el corazón, por no estar contigo en ésta, tu despedida, no pude darte un ultimo abrazo… un ultimo beso de amigos muxes, pero guardo y guardaré en mi memoria nuestras conversaciones y tus consejos que fueron fundamentos en mi aceptación… mis lágrimas siguen cayendo, por la impotencia, por rabia, por estar tan lejos, sin poder mirarte…
No debo enojarme con dios, aunque sé que aún no era la hora de llamarte a cuentas, pero soy católica como lo eras tú y acepto sus designios… vé con dios corazón, entre nosotros no queda nada pendiente, te admiré y te respeté como la más grande…
Éstas lágrimas van por ti, son muestras de dolor, porque talvez, nunca leas estas letras, pero siempre y por siempre serás para mí y para muchos: LA MÀS GRANDE…

Oh Oscar, es tut mir das Herz weh

Ich kann die Tränen nicht vermeiden, indem ich dir schreibe meinen großer Freund, der größte, wir werden uns an dich erinnern…
Mein Herz tut weh, weil ich nicht bei dir war, um Abschied zu nehmen, ich konnte dir meine letzte Umarmung nicht geben… Einen letzten Kuss von Freunden, aber ich behalte dich in meinem Gedächtnis, ich behalte unsere Gespräche und was du mir gesagt hast… Meine Tränen fallen immer noch, durch Ohnmacht, durch Wut, weil ich so weit weg bin, ohne dich sehen zu können…
Ich sollte nicht wütend auf Gott sein, obwohl ich weiß, dass es noch nicht an der Zeit war, dich nach oben zu rufen, aber ich bin katholisch, wie du es warst und ich akzeptiere Gottes Absichten…
Geh mit Gottes Herzen, unter uns ist nichts übrig, ich habe dich bewundert und respektiert, du warst die größte…
Diese Tränen sind für dich, sie kommen von meinem Schmerzen, vielleicht liest du diese Buchstaben Mal, aber immer und für immer wirst du für mich und für viele sein: die größte…

Och Oskar, serce mnie boli…

Nie mogę powstrzymać łez wspominając Cię, mój wspaniały przyjacielu, pisząc o tobie, mój Muxe, moja Muxe, największa, tak mówiliśmy o Tobie, my twoi przyjaciele… Serce mnie boli, bo nie byłam tam z wami, nie mogłam Cię pożegnać, nie mogłam Cię uściskać po raz ostatni, po raz ostatni pocałować, mój przyjacilu Muxo, ale na zawsze zapamiętam nasze rozmowy, twoje rady, które stały się fundamentem tego, że mogłam zaakceptować siebie… Płaczę z niemocy, z gniewu, płaczę, bo jestem tak daleko, bo już cię nie zobaczę... Nie bądę się gniewać na Boga, chociaż wiem, że to nie był jeszcze czas, by wezwać cię do, by kazać ci się rozliczyć, ale jestem katoliczką, tak jak ty nią byłeś i muszę się pogodzić z twoimi planami, o serce Boże.
Podziwiałem cię, s
zanowałem, byłaś największa… Te łzy są dla Ciebie, to mój ból, zapewne nigdy nie przeczytasz tych słów, ale zawsze i na zawsze będziesz dla mnie i dla wielu: NAJWIĘKSZY…

Muxa Oskar został zabity w lutym 2019 roku / Muxe Oskar wurde getötet in Februar 2019

Dzień Kota w Rosji

Światowy (Międzynarodowy) Dzień Kota (ang. World Cat Day, National Cat-Day, International Cat Day, wł. Giornata mondiale del gatto) – święto obchodzone corocznie 17 lutego we Włoszech (od 1990) i Polsce (od 2006), mające podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy wolno żyjącym i bezdomnym zwierzętom, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także uwrażliwienie ludzi na często trudny koci los.

Również ja, słynna miłośniczka kotów, przygotowałam koci wpis na 17 lutego. Ale…

Ale na świecie są też inne terminy świętowania dnia kota:

  • Rosja – 1 marca,
  • Stany Zjednoczone – 29 października,
  • Wielka Brytania – 8 sierpnia (dzień uważany również za Międzynarodowy Dzień Kota)
  • Włochy – Dzień Czarnego Kota (od 2007) – 17 listopada

Przypomniało mi się, że znam dwie wspaniałe rosyjskie piosenki o kotach. Obie już tu kiedyś przytaczałam, ale dobrego nigdy za dużo.  To wystarczający powód, byśmy dziś poświętowali dzień kota po rosyjsku.

Timor Szaow, Kocie życie.

I Bułat Okudżawa, Czarny kot.

Dzień kota jest świętem młodym. Так, в России его отмечают 1 марта. Впервые праздник в России был организован Московским музеем кошки и редакцией журнала и газеты «Кот и пёс» в 2004 году.

Moskiewskie Muzeum Kota. No to hop, zobaczmy, jak wygląda… A wygląda tak:

 

Czekanie na wiosnę

Teresa Rudolf

Ach ty, Primavera!

A jak tak czekam,
tak czekam na Ciebie wiosno,
na to powietrze
jeszcze wilgotne porannie,
tak absolutnie klarowne,
jak oddech
najdłuższy na świecie,

unoszący mnie jak balon
w przestrzenie.

A jak tak czekam,
tak czekam
na Ciebie wiosno,
na te jabłonie w kwiatach,
jak dziewczyny
na balu wiedeńskim,
w białych,

jabłonnych sukniach,
tańczące w podmuchu poloneza.

A jak tak czekam
na Ciebie wiosno,
kiedy przychodzisz
co roku jak królowa,
w pięknych
tysiącach kapeluszy…
równocześnie,

pewna ogromnego aplauzu
swego dworu,
wchodzisz wspaniale
złota od słońca,
w leciutkich pierścieniach
na rękach,
łańcuszkach na nogach…

śpiewając głosem ptaków,

z chórem pszczół, świerszczy,
i tym, co piszczy w trawie.

W dniu, twego przyjścia
rozpoczyna się
karnawał natury,
w maskach weneckich,
w lasach,
nad rzekami, nad górami,
od nieba, po ziemię.

A ja czekam, jak co roku…
Ty, Primavero!!!

Pszczółka Maja, Królowa-Narkomanka

Chowa się w kwiatach maku,
zagłuszając strach przed jesienią,
kiedy znikną maki.

Zaćpana kompletnie,
patrząc w oczy
swemu przemijaniu,

schowana w kwiatach maku,
wysysa teraźniejszość,
żyjąc kolorowo.

Zapominając
o swej samotności
na polu makowym.

Gdy pracowite pszczoły,
myślą wciąż
o zapylaniu,

ona królowa,
może się wyspać,
nie mając do kogo przytulić.

Balkon w Pradze

Kwiecisty balkon w Pradze
bez pamięci zakochany
w tym jednym, jedynym
z centrum Krakowa balkoniku,

czeka  na list,  och czeka..

Niestety, jak to po prawdzie
bywa, poczta nawala,
bo wiatr nie taki, bo list
omyłkowo poszedł sobie

w inną stronę, czy co??….

Wszyscy mówią, że jakaś
choroba na niego paść
musiała, bo  ani upał,
ani zima, ani jesień.

co  jest z Tobą  do diaska?

Wiadomo już, niestety,
nawet Japończycy
nie zostaną na obiad,
jak bez fotografowania,

zostawać tu, a po co?

Balkon piękny, to wizytówka
tej “Pod dynią” knajpki,
coraz smutniejszy zaśmieca
zeschniętym sercem podwórze,

leżą begonie, leżą  też i róże..

A w Krakowie balkon czeka
na list z Pragi myśląc:
jestem mało atrakcyjny,
pochodzę z byle jakiego domu..

a bliżej jest z Pragi w Pradze..

Aż tu kiedyś, u schyłku
jesieni, spada w Pradze
listek na balkon, bardzo
miłosny, pachnący różą..

nie mogę żyć bez Ciebie,

a i dalej, usycham z  tęsknoty,
nie zapomnij, czekam na
przychylny nam wiatr,
chcę wyjść za Ciebie…

Praski balkon oniemiał
wyjść za mnie, kto da
nam ślub, jak to możliwe,
aż mu serce rozkwitło

znów od zakochania..

I  jest znów ogromnie
oblegany przez turystów
do zdjęć, do sobie postania,
do zachwytu, do zadumy..

nad najpiękniejszym
balkonem świata,
w Pradze, żyjącym

marzeniem nieśmiałym
o wspólnej podróży,
w góry…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Mężczyźni na Starym Cmentarzu św. Mateusza

Ewa Maria Slaska

Wiosna w lutym wygoniła wszystkich na spacery, a w Berlinie spacer często prowadzi na cmentarz. W końcu miasto ma 270 cmentarzy o parkowym charakterze, z których 20 znajduje się w powolnej likwidacji, ale do spacerów nadal nadają się idealnie. Wielu z nas ma swoje ulubione cmentarze, dokąd chodzimy na spacer albo “spotkać się” z jakimś “ulubieńcem”.

W sobotę poszłam więc do braci Grimm i braci Scharwenków na stary Cmentarz św. Mateusza na Schönebergu. To słowo Berg w nazwie dzielnicy jest istotne, bo oznacza górę  – Piękną Górę (Jasna zresztą też jest, i Góra św. Krzyża też). Tędy miała przebiegać jedna z wielkich osi zaplanowanej przez Speera stolicy III Rzeszy – Germanii. Główna oś widokowo-komunikacyjna przechodzić miała przez groby braci Grimm. No ale Germania jednak nie powstała. Bracia Grimm, bajczarze, stoją jak stali, a z tyłu za nimi bracia Scharwenkowie, urodzeni w Szamotułach muzycy, autorzy słnnych polskich tańców. Założyli dwa konserwatoria muzyczne, jedno w Berlinie, jedno w Nowym Jorku. Po Berlinie nosili się z polska po szlachecku, chodzili w kolorowych kontuszach i aksamitnych biretach, czy tak też prezentowali się za oceanem – nie wiem.


Nieopodal polski grób. Piotr Grzegorz Kończak – spoczywaj w pokoju. Nie miał czterdziestki.

***
Ta część Schönebergu, gdzie leży cmentarz, od kilkudziesięciu lat wypracowała sobie renomę dzielnicy gejów. Część z aktywistów i użytkowników miejskiej infrastruktury gejowskiej umarła w międzyczasie i przeniosła się siłą rzeczy za mur cmentarny. W ostatnich 10 latach cmentarz św. Mateusza przekształcił się więc w centralę spraw LGTB “na zaświaty”. Nie wiedziałam o tym i ten wiosenny spacer w lutym pokazał mi całkiem nowe (za)światy.

Podobno leżą tu co najmniej trzy ważne osobistości z tęczowego świata i jest tu  około stu grobów tych, którzy deklarowali przynależność do tej grupy społecznej.

Ciotowaty kicz (przepraszam, ale chyba właśnie tak tłumaczy się użyte w niemieckiej gazecie online dla gejów słowo Tuntenkitsch) na grobie Ovo Maltine, słynnego homoseksualisty, politycznej cioty, aktora kabaretowego, który zmarł 8 lutego 2005 roku na Aids (zdjęcie: Robert Niedermeier).

Inne znane osobistości społeczności gejowskiej na cmentarzu św. Mateusza to fotograf Jürgen Baldiga, reżyser Manfred Salzgeber i muzyk z kultowego zespołu Ton Steine Scherben (Glina kamienie skorupy) – Rio Reiser (powyżej grób Rio Reisera), ten który śpiewał pieśni młodych niemieckich buntowników: Keine Macht für Niemand i Macht kaputt, was euch kaputt macht.

Co roku 17 maja Ludger Wekenborg i Wolfgang Schindler, założyciele stowarzyszenia Kreuz & Queer (W poprzek i na Krzyż), zapraszają na zwiedzanie “cmentarza dla gejów”, jak podobno potocznie nazywa się tę piękną nekropolię. Ta data nie jest przypadkowa, tak jak nie jest przypadkowy 4 maja (may the Force be with you) czy 14 marca (liczba π – 3, 14). 17 maja to przypomnienie § 175 niemieckiego kodeksu karnego, który przewidywał karę więzienia za stosunki homoseksualne między mężczyznami. Paragraf zniesiono dopiero w roku 1994.

Na razie chodzę sobie samopas.


Ci dwaj są niezwykle deklaratywni, a pochowano ich we wspólnym grobie z kotem imieniem Felix Felis. Przejedzeni życiem, przepici śmiercią oraz Używanie rozkoszy chciałoby nieśmiertelności, śmierć ją ma – głoszą napisy na tablicy stojącej nad grobem. Kolejne napisy znajdują się na kamieniach leżących na grobie. “Das Ende des Schweins, ist der Anfang der Wurst” (gdzie kończy się śwnia, tam zaczyna się kiełbasa), to tłumaczenie pewnego łacińskiego przysłowia, przypominające najważniejszą książkę Seyfartha: “Schweine müssen nackt sein” (Nagie świnie). Seyfarth (1953-2000) był jedną z wybitnych osobistości świata LGTB w Berlinie. Słynna była zwłaszcza jego błękitna, psychodeliczna trumna, która stała w jego mieszkaniu i w której go potem pochowano.

***
Jest ciepły dzień lutowy. To oczywiste, że cmentarz pełen jest kwitnących wiosennych kwiatów. Ale o dziwo są i grzyby.

***
Ciekawy zamysł urządzenia grobu znajduję przy murze cmentarnym, gdzie pochówków dokonuje się w obrębie starego grobowca. Dawny właściciel grobu, major armii niemieckiej, pozostał jako patron na głównej płycie, przed nim miejsce na osiem pochówków w urnach.


9 mężczyzn, 1 grób, 8 urn…

Grób majora Marcuse odnowiła grupa ośmiu przyjaciół, którzy postanowili, że po śmierci chcą leżeć we wspólnym grobie. Większość z nich jeszcze żyje, na kamieniach są ich imiona, czasem nazwiska, daty urodzenia. Pusty kamień też ma już właściciela, który jednak nie chce za życia przygotowywać sobie napisu na grobie.
To oni podczas odnawiania grobu majora Marcuse.

***

17 maja. Save this date.

Barataria 106 Monsignor Quixote

Lech Milewski

Monsignor Quixote

Monsignor Quixote, książka bardzo miłego mi autora – Grahama Greene’a.

Łatwo się domyślić, że jest to uwspółcześnione naśladownictwo dzieła hiszpańskiego mistrza, zacznę więc od szukania podobieństw.

Miguel Cervantes po burzliwej karierze wojskowej, wspomnę tylko bitwę pod Lepanto, prowadził stateczne życie. Przez jakiś czas robił zakupy dla hiszpańskiej marynarki wojennej i to doprowadziło do jego uwięzienia, gdy bank, w którym zdeponował rządowe pieniądze, zbankrutował.

Graham Greene po licznych wojażach zagranicznych (Sierra Leone, Meksyk, Haiti, Kuba, Wietnam), osiadł w Anglii, gdzie padł ofiarą oszustw swojego agenta finansowego. Kłopoty były na tyle poważne, że władze angielskie, aby uniknąć rozgłosu, zasugerowały pisarzowi, żeby opuścił Anglię na dłuższy okres czasu, aż sprawa się przedawni. Greene posłuchał rady i w 1966 roku przeniósł się na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes.

Tu jednak też nie zaznał spokoju. W 1982 roku opublikował paszkwil J’Accusedark side of Nice, w którym oskarżył lokalne władze o korupcję. Pożyczony od Emila Zoli tytuł paszkwilu zapewnił mu rozgłos, ale “ciemna strona Nocy” wygrała pierwszą bitwę. Graham Greene został oskarżony o zniesławienie i sprawę przegrał.
W rezultacie musiał znowu salwować się ucieczką, tym razem do Szwajcarii, do Vevey, miasta w którym ostatnie lata życia spędzili również Henryk Sienkiewicz i Charlie Chaplin.
Na marginesie wspomnę, że trzy lata po śmierci pisarza oskarżenia władz Nicei o korupcję potwierdziły się i burmistrz powędrował do więzienia.

Podczas pobytu w Antibes Graham Greene zaprzyjaźnił się z hiszpańskim księdzem, ojcem Leopoldo Durán, i wspólnie odbyli kilka długich podróży po Hiszpanii i Portugalii.
Lata 1976-80, zmarł generał Franco, zmiany polityczne w Hiszpanii, właściwe tło dla wędrówek błędnego rycerza.

Bohaterem powieści jest Father Quixote, skromny proboszcz skromnej parafii w miasteczku El Toboso.
Quixote, tak właśnie się nazywa, proszę nie dociekać pokrewieństwa z legendarną postacią.

El Toboso!

El Toboso Monumento a D. Quijote y Dulcinea.jpg
Źródło: wikipedia – Link

Oczywiście – miejsce zamieszkania Dulcynei.
Bohater książki Grahama Greene’a nie ma jednak złudzeń, najbliższą mu osobą w El Toboso jest jego gospodyni – Teresa – do której żywi on bezgraniczne zaufanie, a ona odpłaca mu matczyną opieką i wyrozumiałością.

Pozwolicie Państwo, że opowiem w skrócie o przygodach księdza.

Pewnego dnia, gdy ojciec Quixote zmierzał do domu na skromny obiad dla jednej osoby, zauważył nagle na ulicy elegancki samochód marki mercedes, w którym siedział wyraźnie zdenerwowany biskup.
Okazało się, że to wysłannik z Rzymu i że popsuł mu się samochód. Pora południowej sjesty, warsztat samochodowy zamknięty. Ojciec Quixote proponuje biskupowi odpoczynek w swoim domu, podwiezie go swoim malutkim, bardzo wysłużonym autem, któremu nadał nazwę Rosynant.
W domu Teresa wpada w panikę – biskup, w porze obiadu, przecież ona ma mięso tylko na jeden stek. Ojciec Quixote uspakaja ją, stek dla biskupa, on zadowoli się serem.
– Stek z koniny dla biskupa?
Z koniny? O tym ojciec Quixote nie wiedział przez ostatnie 30 lat.
Teresa bierze się za smażenie, a ojciec Quixote próbuje zmącić zmysł smaku biskupa, serwując mu spore ilości miejscowego wina – manchegan.
Manchegan – oczywiście – znaczy z winiarni w prowicji La Mancha.
Wino bardzo biskupowi smakuje.
A stek?
W życiu nie jadł tak aromatycznego i soczystego steku. A jadał przy nie byle jakich stołach.

Biskup zasypia, a ojciec Quixote sprawdza jego samochód. Przyczyna przymusowego postoju jest prosta – brak paliwa. Proboszcz uzupełnia paliwo i, żeby nie zawstydzić biskupa, brudzi trochę karoserię samochodu i swoje dłonie samochodowym smarem.

Koniec sjesty, biskup budzi się w doskonałym nastroju, który polepsza jeszcze wiadomość, że samochód został naprawiony. Biskup odjeżdża pełen najwyższego uznania dla kwalifikacji proboszcza El Toboso.

Mija kilka tygodni i ojciec Quixote otrzymuje oficjalny list od swojego biskupa – Ojciec Święty, z pominięciem drogi służbowej, przyznał ojcu Quixote tytuł Monsignor.
Biskup, który nigdy nie darzył skromnego proboszcza sympatią ani zaufaniem, jest zbulwersowany i sugeruje, że Monsignor, to zbyt wysokie stanowisko jak na potrzeby lokalnej parafii.

Za kilka dni do parafii przybywa nowy proboszcz, młody i nowoczesny ojciec Herrera. Teresa nie ukrywa swojej wściekłości. Monsignor Quixote czuje się jak piąte koło u wozu. Biskup sugeruje, żeby poszukał sobie pozycji w innej diecezji.

Na szczęście znajduje towarzysza niedoli, Zancas, komunistyczny burmistrz El Toboso, właśnie przegrał wybory i chętnie opuści na jakiś czas niewdzięczne miasto.
Ojciec Quixote i Zancas, mimo sprzecznych poglądów, przyjaźnili się od dawna. Przyjaźń była na tyle bliska, że ojciec Quixote nazywał swego przyjaciela Sancho. Wsiadają więc do Rosynanta dobrze zaopatrzonego w manchegan i ruszają w drogę.

Dokąd jechać? Rzym i Moskwa za daleko. Sancho częstuje księdza polską wódką, zwracając uwagę, że to produkt kraju katolickiego, i decydują, że pojadą do Madrytu, tutaj nowomianowany Monsignor nabędzie fioletowe skarpetki i pecherę.

Stop!
Podstawową edukację odbierałem w szkole prowadzonej przez zakonnice. Służyłem do mszy jako ministrant i znam słowa łacińskiej liturgii dużo lepiej niż którykolwiek z księży w mojej australijskiej parafii, ale Monsignor i pechera – cóż te terminy znaczą?
Google nie było zbyt pomocne, ale w końcu trafiłem: Monsignor to po polsku prałat, patrz TUTAJ.

Prałat! Oj niedobrze, nawet we wspomnianej wyżej katolickiej szkole śpiewaliśmy na lekcjach pieśń – Gdy naród do boju, a tam – o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany – KLIK.

Po odzyskaniu przez Polskę niezależności pojawił się i w Polsce prałat – Jankowski – wątpliwości pozostały.

Pechera

Pechera. Właściwie wystarczyło poszukać w google zdjęć prałata Jankowskiego, a dostarczyło ono całej gamy fantazyjnych strojów, jednak znalazłem ilustrację bardziej stosowną dla skromnego księdza w Hiszpanii.

Następny postój po Madrycie to Salamanka. Po drodze jednak, na prośbę Sancho, odwiedzają grobowiec generała Franco w Valle de los CaídosKLIK.

Chwilę potem zatrzymuje ich patrol Guardia Civil. Kontrola przebiega łagodnie, ale nie rozwiewa podejrzeń agencji bezpieczeństwa. W tym momencie Sancho jedyny raz odwołuje się do dzieła Cervantesa – to było spotkanie z wiatrakami – komentuje.
Na marginesie wspomnę, że w roku 1981, czyli w okresie powstawania powieści, Guardia Civil usiłowała przeprowadzić w Hiszpanii zamach stanu – więcej TUTAJ.

Salamanka – tutaj znajduje się najstarszy w Hiszpanii uniwersytet, na którym komunista Sancho studiował przez pewien czas teologię, rodziców Monsignor Quixote nie było na to stać.

Sancho załatwia nocleg w hotelu w bocznej uliczce. Monsignor Quixote jest oczarowany – co za sympatyczna recepcjonistka, a ile uroczego żeńskiego personelu. Na każdym piętrze stolik ze zmianami bielizny pościelowej – co za dbałość o higienę. W pokoju kolejna niespodzianka, na stoliku, na tacy, liczne małe koperty. Monsignor otwiera jedną a w niej – balonik. Cóż za poczucie humoru – gospodarze hotelu najwyraźniej wiedzą, że w każdym mężczyźnie drzemie mały chłopiec gotów do beztroskiej zabawy, choćby do dmuchania baloników.
Sancho tylko kręci bezradnie głową i odsyła Monsignora do jego pokoju z zaleceniem, aby nie zwracać uwagi na ewentualne hałasy i nie otwierać nikomu drzwi.

Następny postój – Valladolid. Monsignor Quixote zauważa plakat filmu o obiecującym tytule – Modlitwa Dziewicy. Akcja filmu nieco rozczarowuje. Głównym bohaterem jest młody mężczyzna, który napotyka wiele pięknych dziewczyn. W tym momencie następuje wiele nudnych powtórzeń – kolejna młoda para ląduje w łóżku, a kamera traci ostrość, nie wiadomo które nogi do kogo należą, nie ma żadnego dialogu – tylko jęki i stękanie.
– Zrozumiałeś coś z tego Sancho?
– Tu nie było wiele do rozumienia, oni uprawiali miłość.
– Ach, więc to tak wygląda. Myślałem, że to znacznie prostsze i bardziej przyjemne.

Kolejny etap prowadzi do Leon. Sancho zauważa zwiększoną aktywność wiatraków, znaczy Guardia Civil, więc korzystają z bocznych dróg i nocują pod mostami. Jednak Guardia Civil znajduje ich i tutaj, i ostrzega przez zbiegłym bandytą, który postrzelił człowieka podczas napadu na bank. Okazuje się, że Monsignor Quixote udzielił bandycie schronienia w bagażniku Rosynanta, bandyta odwdzięcza się, zabierając mu buty.

Kolejny nocleg pod gwiazdami. Sancho budzi się rano i stwierdza, że jego towarzysz zniknął.
Z kolei Monsignor Quixote budzi się leżąc na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu. Po pewnym czasie orientuje się, że dojechali do El Toboso, gdzie lekarz w towarzystwie proboszcza Herero zanoszą go do jego własnego łóżka.
Okazuje się, że Guardia Civil zarejestrowała wszystkie czyny Monsignora, szczegółowy raport jest skandaliczny, jedyne rozwiązanie to usunąć kłopotliwego kapłana w jakieś ustronne miejsce.

Jednak Monsignor Quixote uprzedza ten ruch. Z pomocą Sancho i Teresy wydostaje się ze swojego pokoju i wraz z Sancho wsiadają do Rosynanta. Ich cel to klasztor trapistów w Orense.

Śmierć Monsignor Quixote.
Po burzliwej podróży i starciu z Guardia Civil Rosynant rozbija się o bramy klasztoru, gdzie miejscowy przeor udziela zbiegom azylu.
Monsignor Quixote jest w stanie szoku. Jego ostatnia czynność to odprawienie mszy.
Dziwna to msza – Monsignor pełni rolę księdza i ministranta jednocześnie, błogosławi nieistniejącą hostię i wino.
Nadchodzi komunia – Monsignor Quixote podchodzi do swego przyjaciela Sancho i mówi – uklęknij towarzyszu.
Zdezorientowany komunista klęka i otwiera usta, czuje na języku palce swojego przyjaciela.
To już ostatnia czynność Monsignora, pada nieprzytomny.
– To ja Sancho – mówi były burmistrz – jestem przy tobie… towarzyszu.
Sprawdza puls, ale już go nie znajduje.

– Ta msza, ta komunia, to przecież fikcja? – pyta Sancho przeora.
– Stosując logikę Kartezjusza, ta komunia miała taką same znaczenie jak każda inna – odpowiada zakonnik.

Śmierć Grahama Greene’a – pokój w prywatnym szpitalu, pacjent w stanie śpiączki, hiszpański ksiądz udziela mu ostatnich sakramentów.
Graham Greene nie miał jednak wątpliwości, krótko przed śmiercią stwierdził, że nie umrze w stanie łaski – więcej TUTAJ.

Wydaje mi się, że ta deklaracja śmierci w niełasce to jakiś pojednawczy gest Grahama Greene’a w stosunku do żony, dla której przyjął katolicyzm, i którą, po 20 latach małżeństwa, porzucił.

Czytała zapewne Sedno sprawy. Bohater książki przedawkowuje środki nasenne. Gdy sprawa wychodzi na jaw, żona upewnia się, że samobójstwo oznacza bezwarunkowe potępienie, a zatem nie musi już modlić się w intencji męża, gdyż nic to nie pomoże.

P.S. Sporo miejsca poświęciłem wyjaśnianiu słów Monsignor i pechera, pozwolę sobie więc na jeszcze jedną dygresję.
Okazuje się że tytuł polskiego tłumaczenia tej ksiązki to Monsignore Kichote.
Przepraszam bardzo, ale to po jakiemu?
Monsignore, po włosku, Kichote… chyba po niemiecku.

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 2

Tęcza / Regenbogen

Taniec / Der Tanz

Pod opieką świętych / Unter dem Schutz der Heiligen

Co robić w wypadku trzęsienia ziemi i pożaru? Pierwsza ikonka w obu instrukcjach oznacza: Zachować spokój!
Was tun beim Erdbeben und Feuer? Erste antwort: Bleib ruhig!

Business as usual



Kleine Wege, kleine Häuser und Reste eines Erdbebens / Małe domki, małe drogi i resztki trzęsienia ziemi

Und eine Kirche mit den Erdbebenspuren / I kościół po trzęsieniu ziemi

Dziewczynka na kuli

Teresa Rudolf

Przebudzenie

Wysoko, od lat,
odważnie na linie,
tańczyła w cyrku
dziewczyna z obrazu Picassa
(ta sama, stojąca na kuli).

Tańczyła do muzyki
z szumu wiatru,
gwizdu ptaków
i wszystkiego, co było
na świecie w nutach zapisane…

A było w tym cyrku
tylko jedno miejsce,
dla jedynego gościa.
dla Niego,
gdyż był całym światem.

A ona tańczyła
jak mogła najpiękniej na świecie,
tylko dla Niego,
dniami, nocami, latami.
a on mówił “dziękuję”.

Gdy któregoś dnia
wyszła znów na linę
przestały śpiewac ptaki,
wiatr rozhulał się szalony,
a muzyka zamknęła się w ciszy.

I przebudziła się, spojrzawszy w dół,
zobaczyła Go,
gdy patrzył przed siebie,
nie patrząc na nią,
na nią samobójczynię.

Stanęła znów na kuli
wchodząc w obraz nieruchomo
z wzrokiem wbitym w dal,
a on powiedział
jak zwykle “dziekuję”.

A ona liczyła…

A ona liczyła przed snem barany:
raz, wyskoczył piękny, bielutki,
dwa, ten był ciut mniejszy,
trzy, jakiś taki łaciaty,

cztery, pięć, wyskoczyły dwa klony,
białe głowy, czarna reszta, małe,
sześć, siedem, osiem, czarne,
dziewięć, ach to ten pierwszy,

dziesięć, to chyba nie baran,
raczej owca, coś mi się miesza,
liczę od początku, raz, dwa  trzy,
cztery pìęć, sześć, całe stado,

siedem, osiem, dziewięć, cudnie,
robi mi się błogo, super, super,
dziesięć, co to, nagle wpada pies,
jeden pies, drugi, trzeci, czwarty…

Urodziny Baśki R.

Czas, patrzy,
patrzy na nas z góry,
kręci swoją tarczą
ciągle w jedną stronę,

a my siedząc na niej
dziergamy wzorki,
jak ktoś chce i jak umie,
dziergamy,

każdy z nas,

swój własny i niepowtarzalny
“pulowerek życia”…
czasem szary,
a czasem kolorowy,

na jaką włóczkę
popadnie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Lykke til

Sylwester Gołąb

Kopiąc własny grób dosyć dobrze można zaaranżować sobie dom, ustroić bożonarodzeniowe drzewko, kupić okazyjnie dobry samochód, podjąć jakąś ostateczną decyzję samodelegalizującą sens bytności w obrębie rodzinnej ulicówki. W którymś momencie można zdecydować się na rozszerzone samobójstwo prowincjonalne, na przykład nie wpuszczając księdza, sprowadzając do wsi ekologów, zgłaszając sprawy do towarzystwa opieki nad zwierzętami albo po prostu roznosząc plotkę, że się jest jehowym gejem lub buddystą. Można również zwyczajnie, bez zbędnego upiększania życiorysu, wynieść się ze wsi takiej picipici – zawsze bladej o świcie, zawsze skołowanej historycznie, na taką trochę większą, także pici pici – tyle że z przystankiem-wiatrołapem, sklepem zamykającym alfabet w trzech pierwszych literach. Można się wynieść na taki wypizdów z chodnikiem, z domem kultury i nowo wybudowaną ubojnią, i zatrudnić się w niej ze względu na gabaryty.
Potem niczym się nie martwić. Tak jak niczym nie będą martwić się okoliczni mieszkańcy,
dokarmiający las, jak zranione zwierzę, gospodarczymi odpadami, rozglądający się podejrzliwie po obejściach, chlewach, stodołach za złem, co budzi się na kacu i o świcie podstawia nogi, zakłada paski na szyję albo czyha na ziemię ojców.
Ale jest ranek i jeszcze jakby za sprawą zawiesiny, jeszcze cokolwiek nowego może się odsłonić. Może trochę lepszego, mniej wulgarnego, lepiej ułożonego. A więc wstajesz, myjesz twarz, dajesz soczystego buziaka dziewczynie z Redtuba, potem ciągniesz za sobą swe sarmackie cielsko ze znaczącą nadwagą i ustawiasz je przed lustrem. I osiągasz kolejną stację męki Pańskiej, która została ci rozłożona w czasie od wschodu do zachodu, i na którą zapewne zasłużyłeś, wynosząc własne człowieczeństwo ponad miarę. Ponad to, co rodzi się i pełznie w ciemności, i szczęście w tym pełznięciu osiąga.
A tobie już o 7:30 ciąży historia Polski i pismo z urzędu skarbowego jak meteoryt, jakby nie z tego świata i trudny do udźwignięcia.
Osiągając szczyt niezadowolenia, dosyć dobrze można jeszcze funkcjonować. Bierze się wtedy pod uwagę i zakłada nieczęste, lecz systematyczne występy fajterskie, żucie źdźbła,
kiepowanie do piwa rozbawionym i zarabiającym nieco więcej kolegom.
A wszystko to po ciężkim tygodniu pracy w firmie, w której przerabiasz istoty na żarcie, sumienie na powietrze, piękno na nawóz, by później jeszcze wrócić do domu, wypić cztery piwa i wyjechać w pole, i uprawiać ziemię, i ujarzmiać ją, jako w Biblii Pana na 23 stronie stoi.
Zmęczony jesteś, ale trzeba przyznać i nikt ci tego odmówić nie może, że wyrozumiały.
Na przykład, jeżeli dawniej któryś z twoich kolegów dostawał prztyczka w Dobrzycy, tydzień później jechałeś, z całym zakładem, bronić demokracji w tejże miejscowości i wszystko wracało na właściwe tory, i dzień wstawał po staremu, a ty przeżywałeś poczucie euforii i zapowiadał się całkiem dobry tydzień.
Nawet zdarzało się, że pomyślałeś, że nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, tylko zobojętnieć. Powtarzałeś sobie, że do tej pracy można przywyknąć, zaakceptować, może nawet polubić. Ale pomimo starannych tłumaczeń wewnętrznego radosnego monologu, martwił cię banał
prowincjonalizmu, kipiący gar tetrowych pieluch, sznurki trzepoczącego prania, które nigdzie i nigdy nie odlecą. Często zastanawiałeś się, jak daleko można odejść? W co uwierzyć? Ile zwierząt przerobić na konserwy, a które podziwiać w kicaniu, w locie, w łaszeniu się? Jakie wojny stoczyć?
Jak daleko wybiec w stronę świata ludzkim jojem i jaką czkawką odbiją się wszystkie potyczki z wiszącymi półtuszami, z zmarzliną na polach, z zepsutym siewnikiem?
I kto wreszcie będzie tu zwycięzcą? A kto tylko tłem, aportującą foką z upadającego cyrku?
Ale póki co musiałeś tu żyć. A do życia potrzebny był stosunek, który nie nastręcza niepotrzebnych wniosków.
Na wkurwie dosyć dobrze można urządzić sobie życie albo zyskać nowe blizny. Wiedziałeś o tym od chwili, gdy do rzeźni zaczęli zwozić więcej żywca, a ty nadal dostawałeś niewielkie
pieniądze, jedząc zupy szczawiowe z obrzydzenia do mięsa.
O 5:30 któregoś tam roku bezpańskiego, dłużącego się jak stary jamnik Paciorkowskiej,
stałeś na odprawie bagażowej, czując obrzydzenie do wszelkich stworzeń ziemskich, maszyn latających, obsługi lotniska, tablic wyświetlających odloty i przyloty, do kraju, z którego właśnie się zrywałeś, jak kukiełka ze sznurka aktora pedofila.
I czułeś obrzydzenie do kraju docelowego, jako takiego, który będzie cię pouczał, klasyfikował i da się poznać w ułamku sekundy.
Szczelnie zapakowany, zweryfikowany, pouczony na wypadek nieprzewidzianych
okoliczności, zostawiłeś za sobą rolę, za którą tęsknić nie można.
A po dwóch godzinach opadłeś na obcym lotnisku, wiedząc jedynie, z którego kierunku przyleciałeś i w którym kierunku podąża tłum wylewający się na płytę. Tłum żujący nerwowo własny język, przemieszczający się jak wspólny organizm, tłum domagający się grubszej gotówki, żeby przyjemność była większa i poczucie spokoju, i ułuda pełniejsza. Ty natomiast przeczuwałeś, że tam, że już za chwilę w nowym kraju zgaśnie w języku ojców i zapomni czułe kołysanki, wyrzuci z siebie przeszłość i przybierze nową, wyprostowaną pozycję w cyklu ewolucyjnym miesięcznych wynagrodzeń. Więc bez zwłoki wybrałeś człowieka, co przez lata wisiał w ojczyźnie na krzyżu egzystencji, a teraz do kraju lata
tylko po wódę i rzuciłeś w niego pytaniem, jak kiepskim żartem z wojska.
Przepraszam cię. Gdzie mam iść, by przeżyć, by zarobić? By mieć?
Człowiek, którego pytałeś zaczepnie o pracę, nie poczuł nawet pewnej niestosowności sytuacji, którą ty pytając, czułeś dogłębnie i jak z PKMu odpowiedział, jakby odpowiedź miał przygotowaną dla ciebie od dawna, a którą skrzętnie skrywał na okoliczność pojawienia się twojej osoby w tym miejscu.
Do Jędrusia Pyrka idź. Na Hillevågsvegen 8. Podobno potrzebuje ludzi do pracy.
Tak się składało, że Andrzej Pyrek od ośmiu lat prowadził polski sklep niedaleko
centrum, ciasno wciśnięty między lokale i sklepy przybyszów z Bliskiego Wschodu, z Azji, z Ameryki Południowej. W najbrzydszej, najciemniejszej, poprzemysłowej części miasta.
Mały skrawek polskości w konserwach, w kiszonkach, w podsuszanej krakowskiej.
Opuściłeś port lotniczy, zaciągnąłeś się morskim powietrzem, zgasiłeś dopiero co
zapalonego papierosa i wsiadłeś do pierwszego lepszego autobusu, na tablicy którego wyświetlił się napis sentrum.
I porównałeś miejsce, z którego przybyłeś, do zwykłych braków w uzębieniu, tanich
plomb bezrobotnych, zdezelowanych żon pijących portierów, prawie wszystkich jednoczących się w brakach lub posiadających spersonalizowanie upokarzające nic.
Po kilkunastu minutach wysiadłeś z autobusu, bo wszyscy wysiadali, rozpełzając się jak
mrówki w wiadomym sobie tylko celu, do wiadomego sobie tylko kopczyka, w którym z pewnością się zrealizują, by na końcu odwalić kitę.
Intuicyjnie obrałeś kierunek w stronę sterczącego kikutu fabrycznego komina, wznoszącego się ponad dzielnicą nomadów, podróżników, dilerów. Na Hillevågsvegen 8 biało-czerwony szyld poinformował cię o kresie tułaczki.
Biały orzeł z dumnie skręconym karkiem zaprosił cię do środka, gdzie za ladą Jędrek Pyrek w stroju krakowskim kłócił się z dwoma Azjatami, co to mu piękną, szarą elewację sklepu osprayowali w ramach Europejskiego Festiwalu Streetartu. I teraz zamiast sentymentalnej, ojczyźnianej szarości, w wielkim członku, przerobionym na rakietę kosmiczną, Jurij Gagarin po raz drugi opuszcza planetę Ziemię, a od frontu nienaruszony biało-czerwony
szyld i orzeł poważnie wkurwiony na tę całą międzykontynentalną okolicę.
Okazało się, że Andrzej potrzebował silnego w kręgosłupie do rozładunku towaru, czasami też do wyjazdu po towar do kraju. Oczekiwania, jak przypuszczałeś, miał jasno sprecyzowane.
Po pierwsze: silny, ponieważ trzeba będzie wylewać siódme poty.
Po drugie: myślący po polsku dla dobrego samopoczucia i atmosfery w firmie, a po trzecie, i tego nie przypuszczałeś, potrzebował kogoś z mocnym głosem i ze swojską fizis, którą mógłby wykorzystać do krzewienia polskiej kultury ludowej na obczyźnie. Tak Matka z nieba sprawiła, że Jędrek Pyrek, oprócz sklepu polskiego, prowadził w dzielnicy mały zespół polonijny, złożony z błyszczących, lecz chimerycznych gwiazd, często niepojawiających się na próbach lub pojawiających się w stanie wskazującym na znaczne spożycie.
Zgodziłeś się i Jędrek się zgodził.
Widząc, że Polak z ciebie taki, że hoho. Taki, który właśnie zgodzić się musi na niemalże wszystko, a jak wiadomo, z takimi najlepiej robić interesy i mieć ich po swojej stronie. Z uśmiechem wręczył ci klucze, jak pierścionek zaręczynowy, do jednego z trzech swoich mieszkań, które wynajmował świeżo przybyłym, a które zakupił w czasie hossy od Turków. Skromne mieszkanie z dobrą energią życiową, takie, które widziało wiele radości, w którym nikt nie odebrał sobie życia i z pewnością nawet go nie skomplikował. Słoneczne, z oknami wychodzącymi na zaplecze tajskiej restauracji, przytulne gniazdo z rozpalonym do wrzenia
poddaszem w dniach manifestacji słońca. Wchodząc do budynku, ucieszyłeś się nawet, dostrzegając na skrzynce pocztowej jakże swojsko brzmiące nazwisko Kamiński, a na drugiej Fadi Ahmed i tak dalej. A więc miałeś sąsiadów, a z jednym z nich być może nawet wódki się napijesz.
Na krzywy ryj dosyć dobrze można się zaaklimatyzować, przyznać się przed sobą, że się ma
dom i życie wypełnione zapachami orientalnej kuchni. Przyznać się choćby po cichu, że dużo czasu upłynęło od chwili, gdy zacząłeś przepuszczać życie, jak pieniądze w podrzędnym burdelu i że być może ze wszystkim się już spóźniłeś, a najbardziej z daniem dyla z ojczyzny malkontentów.
Pracowałeś już trzeci tydzień. Jędrek wykazywał się daleko idącą humanitarnością, co jakiś
czas wręczając ci słoik flaków lub gołąbków z kończącą się datą przydatności do spożycia.
Wychodziłeś, jak to się mówi, na swoje. Piątkami po pracy przychodziłeś na próby zespołu, bo nie wypadało obrażać szefa swoją absencją. Coś tam tańczyłeś, coś tam śpiewałeś, oczywiście w miarę własnych możliwości.
Po jednej z prób, Andrzej wręczył ci troskliwie, jak ojciec, plik banknotów, w ramach premii uznaniowej włożył do torby pół litra Bolsa. Wróciłeś do domu, przeliczyłeś wypłatę pomniejszoną o czynsz, wyprostowałeś się, zaczerpnąwszy powietrza, otworzyłeś butelkę i zacząłeś sączyć ze szklanki, obserwując lądujące na pobliskim lotnisku samoloty. Tej nocy położyłeś się późno, ale spałeś dobrze. Nie przeszkadzały ci nawet pokazy fajerwerków, zorganizowane przez branżę olejową, przez tych nieprzyzwoicie bogatych, przez których dziewczyny się czerwienią, a mężczyznom spada samoocena.
Rano obudziło cię pukanie do drzwi. Czworo ludzi, krzycząc w miarę możliwości kulturalnie, zażądało otwarcia i wpuszczenia do środka.
Politi, Politi, open the door!!!
Weszli, rozejrzeli się, pomamrotali coś po swojemu, oczywiście niczego nie zrozumiałeś, bo nie mogłeś, znając w obcym języku tylko kilka słów i to po rusku. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdzie Wołga, a gdzie North Cape.
Wskazali palcami na twoje kwiaty, które samoistnie i bez niczyjej ingerencji jakoś nad wyraz bujnie egzystowały. Wzięli pod pachę sadzonki pomidorów, które dostałeś od Jędrusia i zaproponowali ci grzecznie gestem wycieczkę na pobliski komisariat. Po krótkiej podróży dotarłeś na miejsce, w którym panowała atmosfera familijnego serialu. Podano ci zimną colę, po czym przesłuchano w obecności tłumacza na okoliczność mieszkania po sąsiedzku z Fadim Ahmedem. Po dwóch godzinach jakaś skandynawska piękność w mundurze, taka trochę podobna do tej z Redtuba, zaparzyła ci kawę, oddała sadzonki i wypuściła do domu.
W niedzielę przed popołudniem pojawił się u ciebie nieco zlękniony Jędrek i oznajmił, że sprzątał mieszkanie, które do wczoraj jeszcze wynajmował Fadiemu, i że Fadi siedzi, i wygląda na to, że prędko nie wyjdzie, bo o sprawie jest już głośno, nie tylko w mieście, ale i w całym kraju. Pokręcił się chwilę nerwowo po mieszkaniu, spojrzał z politowaniem na sadzonki pomidorów, po czym usiadł w fotelu i ogłosił, że ma problem natury moralnej, bo policja niedokładnie przeszukała mieszkanie, a on właśnie znalazł cztery kilogramy haszu, i że to jest na pewno hasz, bo widział na filmach, i czy w tej sytuacji czegoś ci nie trzeba?
Stojąc twardo na własnych kończynach, można wychylić wektor w stosownym kierunku.
Dziś piątek, koniec pracy, zaplecze błyszczy, jak złota komnata. Znów tańczysz z żoną
Jędrusia. Andrzej uderza w keyboard, wygrywając polkę z nogi. Gagarinowi ktoś domalował wąsy.

***

Sylwester Gołąb
Ur. 1980 r. w Kamiennej Górze. Wiersze publikował w polskich, norweskich oraz rosyjskojęzycznych czasopismach literackich. Autor książek poetyckich Garda (wyd. MaMiKo, 2016) oraz Nomada (wyd. WBPiCAK, 2018). Od niedawna pisze opowiadania. Redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Mieszka w Stavanger w Norwegii.