Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego:

Dziś o 18 – pełnia Księżyca

Beethoven Moonlight Sonata (Sonata al chiaro luna)



Teresa Rudolf

Pełnia księżyca na Cyprze, pamiętasz??

Księżyc czasem potrafi nagle rozświetlać kompletną ciemność jak najjaśniejsza lampa, taka okrągła i biała kula,  jak te, które bardzo lubię, gdy tak w rzędzie stoją na eleganckich, kawiarnianych ulicach i uliczkach różnych miast. Nadają im klimat tajemniczości, sekretów, romansów świeżych jak południowe owoce i też tych pikatnych, smakujących kiedyś słodko-kwaśno, jak chińskie dania.

A czasem wisi  ta kula na niebie i jest właśnie tą jedyną i niesamowitą lampą. Pamiętam, kiedyś byliśmy w zimie na Cyprze, mieszkaliśmy w pensjonacie, który był dość niedaleko od Famagusty.

Wieczór zaczynał się gwałtownie kompletną ciemnością, jakiej przedtem nigdy nie przeżyłam. Nie mogliśmy się więc poruszać nigdzie poza domem,  bo nie było widać, gdzie  się idzie i po czym!

Po dwóch dniach nagle rozświetliła niebo pełnia ksieżyca i zrobiło się przedziwnie jasno, jak w dzień i światło stało się jak neon fioletowe, i na przemian białe, jak te moje ukochane, lampy uliczne.

Przechodziliśmy pół nocy kąpiąc się w tym świetle, jak latem w jeziorze, ze wszystkimi dzwiękami natury, i również  tymi  z dalekiego miasta. Nie opuszczało nas uczucie, że poruszamy się jak dzikie zwierzęta, nastawione na ostrożność, na absolutny,wielowarstwowy odbiór dźwiąków, bedących jak muzyka na różnych płaszczyznach, wyznaczanych przez rozmaite, przedziwne instrumenty.

Muzyka życia, nocy, podróży, bycia w świecie, ale też i w domu.

W sobie i u siebie.

Wszystko bylo jednym….

No i jak ty jak wyglądasz?

Pani Ksieżycowa
ma już dość,
ciagłego latania
wokół księżyca,
pępka nieba w nocy.
Ileż musi się naszyć,
dla męża próżnego.

Na godzinę
òsmą wieczorem,
coś cieniutkiego,
a na dziesiątą kolor
srebrnostalowy
jest szalenie ważny,
dobrze zgrany
z ciemnym nieba granatem.

A nad ranem, to dobrze
coś troszkę złotego,
nienachalnie, bo przecież
ma się aż do nocy,
oddać słońcu niebo.

A pan Ksieżyc,
czekoladą się obżera,
i tyje, tyje, tyje, tyje,
co dla Księżycowej,
już tylko jest rozpaczą!!

Prosi go, błaga,
grozi, przestanę już
szyć, nie jedz tyle,
mówi, nie nadążam,
nie nadążam!

No i jak ty wyglądasz znów?…
Jak ten Księżyc w pełni!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy i prozy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej wpisom i je uzupełniają.

Wpis 2195

Ewa Maria Slaska

Sześć lat, 2195 wpisów

co daje średnią 365,83 wpisów rocznie. Oczywiście należy pamiętać, że rok 2016 był rokiem przestępnym, ale matematyka jest wiedzą nader dziwną, bo 5 lat po 365 dni plus 366 dni to 2191, a jest tych wpisów jednak 2195. Cztery wpisy więcej, choć nie wiem, jakim cudem, skoro przez te sześć lat przygotowuję jeden wpis dziennie, a dwie osoby kazały mi usunąć swój wpis. Jeden usunęłam całkowicie, drugi pozostawiłam jako pusty. Czyli właściwie powinno być 2190 wpisów. Mniejsza o to, dziwne. Podoba mi się natomiast, iż – jeśli dobrze liczę – 17 stycznia opublikuję numer 2222. Czy ktoś z Autorów lub Czytelników miałby ochotę coś na ten dzień przygotować? Równie ciekawe jest, że 14 stycznia, poniedziałek, to setny wpis o Baratarii, czyli ten cykl też już ma swoją całkiem długą historię… Nikt poza mną nie  miał aż tak długiego oddechu. Najdłuższy cykl po Baratarii to Stuart Joanny Trümner, który “dotarł” do numeru 51.

W ciągu tych sześciu lat do bloga pisało 233 autorów, niektórzy długo – np. Tomasz Fetzki, Andrzej Rejman i Zbigniew Milewicz przygotowali po 86 wpisów, zaraz po nich plasuje się Lech Milewski (81). Joanna Trümner jest autorką 76 wpisów (w tym oczywiście 51 numerów Stuarta i 9 świetnych wpisów o podróży do Peru), Roman Brodowski – 72, Lidia Głuchowska i Monika Wrzosek-Müller przygotowały po 49 wpisów, a ja, no cóż, 577. Ale to poniekąd wina faktu, że jak nikt nic nie przyśle i nie zaproponuje, to niestety to ja wypełniam dziury. Odrębną dużą pozycję zajmują reblogi i przedruki – 317, niekiedy też traktowane jako uzupełnianie luk w uzębieniu.

Zaciekawiło mnie też, ilu autorów znałam przedtem, ilu namówiłam do współpracy, a ilu pojawiło się, bo trafiło na ten blog, ale obliczenie tego przekroczyło moje możliwości. Na pewno wciągnęłam jako autorów większość osób z rodziny lub też wykorzystałam ich opublikowane gdzie indziej teksty. Bo popatrzmy:

Mama i  Ojciec, Ciocia i Wujek – 4
Moja siostra i jej mąż, dwie kuzynki, kuzyn i jego żona – 6
Moja cioteczna babka, moja odległa ciotka i jej syn – mój kuzyn w piątym pokoleniu – 3
Moja prababcia – 1
Muj wujeczny Dziadek – 1
Mój syn, synowa, wnuk – 3
Moja teściowa – 1
Dwóch moich siostrzeńców, siostrzenica i dziewczyna siostrzeńca – 4
23 osoby

Co najmniej dziesięć osób dzięki mnie zaczęło pisać czyli debiutowały na “łamach” tego blogu. Niektóre pisały do szuflady, niektóre pisały kiedyś, a potem przestały, a ja im udowodniłam, że warto zacząć znowu. Z blogowych inicjatyw (tej i poprzednich) powstało kilka audycji telewizyjnych i radiowych, kilka książek, w tym kilka debiutów.

Co z tego wynika? No cóż – i ty zostaniesz Indianinem! Czytelnicy – do pióra alibo klawiatury! piszcie i przysyłajcie…

A na okrasę do tej suchej statystyki dodam tu mały wywód Marka Włodarczyka czyli człowieka, który na co dzień używa pseudonimu Tabor Regresywny (nie zacofany, lecz samo-się-redukujący):

K – utopia. Gdyby nie koszmarny sen Bóg rozmieściłby ludzi równomiernie po całym wszechświecie. Ale stało się. Przyśniła mu się Droga Mleczna z zalegającymi po jej bokach puszkami po piwie, plastikowymi butelkami i wszelkim śmieciem. Mgławica Andromedy z wirującymi woreczkami jednorazowego użytku i wieloletniego wirowania. Peryferie układu Słonecznego pełne zardzewiałych wraków stacji kosmicznych. Nie był pewien, czy to proroczy sen czy też coś stanęło mu na żołądku. Na wszelki wypadek zaraz po przebudzeniu wyszukał najpiękniejszą planetę, doskonale skomponowaną z tropików i czap lodowych na jej biegunach, pełną wszelkiej roślinności rodzącej owoce, zamieszkałą przez życzliwe zwierzęta. Na pokuszenie umieścił w jej wnętrzu nieprzebrane dobra, złoto, diamenty, węgiel, ropę naftową, i na tej planecie, na próbę, umieścił ludzi. Na konferencji prasowej oświadczył “ jeśli zrobią z tego gotujący się śmietnik to nieskończenie będę co najwyżej cierpliwy, ale okażę zero miłosierdzia. Może raz na zawsze oduczą się rozwiązywania problemów.” Myślę, że jest to maksymalna utopia. Cały wszechświat jest Arkadią, tylko Ziemia jest ośrodkiem wszelkich nieszczęść i miejscem, gdzie odbywamy kwarantannę w celu zapoznania się ze skutkami opacznego rozumienia słowa „kabasz” . Tę opaczność najlepiej oddaje Biblia Poznańska, wydana przez Księgarnię św. Wojciecha w 2000 roku i tłumaczy je jako „ujarzmianie , deptanie ziemi, tzn. podporządkowywanie jej człowiekowi” (str. 6) . Już lepiej wypada inne tłumaczenie: „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Pytanie, jak czynić, by czynienie nie okazało się ujarzmianiem z wiadomymi skutkami? Przychodzi mi do głowy jedna myśl. Czynić nie czyniąc. Niech się sama poddaje.
Z świątecznymi życzeniami
Marek Włodarczyk


A ja, Adminka, dołączę tu regresywne z ducha zdjęcia obiektów filologicznych, znalezionych zimą 2018 na ulicy w Berlinie. Filologia polska.

Stół z powyłamywanymi nogami

Najlepsze życzenia z okazji Przesilenia Zimowego!

Aus einer Kiste… / ze skrzyni z papierami…

Tibor Jagielski

Ich habe in einer Kiste ein paar Skizzen zu den Projekten, die ich vor ca. 20 Jahren selbst realisiert oder an denen ich mitgearbeitet habe, ausgegraben. Ein Weihnachtsfeier war auch dabei…

Wygrzebałem z pudła ze starymi papierami szkice, jakie przed 20 laty wykonałem do kilku projektów, własnych lub tych, przy których współpracowałem. Było też pewne święto bożonarodzeniowe…

1. Projekt eines Plakats zum Theaterstück “Wilde Hunde”
Projekt plakatu sztuki teatralnej “Dzikie psy”, 1998, Berlin

2. Seelauf und Kanufahrt
Kajakiem i na piechotę, 1999, Brandenburgia

3. Skizze zum “Sommernachtstraum”
Szkic do “Snu nocy letniej”, 1996, Berlin

4. Der Ritter der Schwerte (Tarot)
Rycerz mieczy, projekt karty do gry w taroka (Koziorożec/ Wodnik), XII 1996, Vals

5. Einladung zum 25-jährigen Jubiläum des Klubs der alten Junggesellen in Stettin
Projekt zaproszenia na 25-lecie Klubu Starych Kawalerów, Szczecin, XII 2004

Diese Arschlöche Santa Kläuse greifen ein Weib an

Komentarz adminki: Jak szybko zmieniają się obyczaje (bo przecież nie natura ludzka). Obawiam się, że dzisiaj za taką ilustrację kobiety obdarłyby rysownika ze skóry.

6. Happy Hannuka,E-Postcard nach NY
Happy Hannuka, pocztówka elektroniczna do ny, 2004

Rabi's levitation or the pernicious effects of reading Kabbalah

7. Entwurf eines Logos auf dem Portal “XXX”
Projekt logo na portalu “XXX”, XII 2004

Reblog. Kapitalizm się chwieje

Kolejny tekst z cyklu Rozmowy Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie wyborczej podsunięty mi do czytania (i skomentowania) przez Michała Talmę-Sutta. Poprzednio Michał podrzucił mi artykuł o Chińczykach. Podobno z tego “podrzucania” wyniknie zaniedługo cykl rozmów naszych, Michała i moich, o współczesnej kondycji świata. Na razie jednak mamy salon tekstów odrzuconych, przerzuconych, zarzuconych
i podrzuconych…

Tekst opublikowany został TU.

“Kolejny kryzys może być tak głęboki, że zatopi wszystkie łodzie”

Zapowiedzią artykułu jest zdanie: Na świecie zyski rosną, pensje spadają. Dzisiejszy kapitalizm to maszynka, która produkuje kolejny wielki kryzys – z ekonomistką dr Hanną Szymborską rozmawia Grzegorz Sroczyński. Ciekawe tylko, że dostajemy ten tekst do czytania w jego pełnej kapitalistycznej krasie, w zalewie reklam i to takich, które provider wybrał specjalnie dla mnie, analizując moje kliknięcia, lajki i zakupy. (Zupełnie nieźle trafiony wybór sukienek i płaszczy. Chociaż tej kurtki z kapturem w życiu bym nie kupiła.)

Nie wiem, jakie są wnioski ekonomistki, bo wystarczy mi, że wiem, co ja sama o tym myślę. Wywołuję Michała Talmę-Sutta do tablicy i pytam, czy naprawdę trzeba nam sprzedawać jak objawienie coś, co każdy myślący człowiek i tak wie?

Nie patyczkując się zbytnio z tym, kto ułożył jaką teorię, wygłoszę tu kilka moich własnych uwag na temat demokracji, gospodarki, nauki o państwie i społeczeństwie.

Po pierwsze i najważniejsze! Państwo oddało się w ręce kapitału i dlatego było kilka lat temu możliwe, że jacyś trzej nieznani nam faceci z jakiejś nieznanej nam firmy ratingowej mogli ocenić, że Francja przestała być wypłacalna, a zatem skończyła się jako państwo. Moment, w którym to zostało ogłoszone i wszyscy to “łyknęli”, uważam osobiście za koniec demokracji takiej, jaką przez trzy ostatnie stulecia wypracowała Europa.

Umówiliśmy się po rewolucji francuskiej, że dobrowolnie staniemy się częścią państwa demokratycznego, ono zapewni nam nasze podstawowe potrzeby – praca, zarobki, zyski, wykształcenie, opieka zdrowotna, kultura, nauka – a raz na kilka lat normująca ręka demokracji w okresie wyborów umożliwi nam dokonanie w imieniu społeczeństwa korekt (na lepsze!) dotychczasowych zasad działania.

Uznaliśmy też, że najważniejszą grupą społeczną w państwie demokratycznym jest wykształcona klasa średnia, która zapewniała państwu spełnianie wszystkich jego zadań.

Państwo jednak przestało dbać o klasę średnią i oddało się w ręce koncernów. Te jednak nie były już zainteresowane ani produkcją, ani inwestycjami, bo produkcja daje zyski ryzykowne i odległe w czasie, inwestycja w produkcję zamraża gotówkę, podczas gdy inwestycja w grę finansową może przynieść zysk wysoki i natychmiastowy.

Od lat 80, od czasu gdy państwo przestało ingerować w gospodarkę, zniszczone, a przynajmniej osłabione zostały dwa najważniejsze mechanizmy kapitalizmu rynkowego: państwo przestało kontrolować sprawiedliwy podział nadwyżki zysków między płace pracowników a akumulację kapitału. A gospodarka przestała być zainteresowana produkcją i sprzedażą. Zniknął, bo całkowicie stracił znaczenie, idol gospodarki, czyli zadowolony klient.

Wszyscy to widzieliśmy, bo procesy te rozegrały się na naszych oczach i określiły jakość naszego życia. Nasza praca straciła sens, można było za nią coraz mniej płacić, zarabiamy coraz mniej i nikogo to już nie obchodzi. Nowi przywódcy, którzy wykorzystują niezadowolenie biedoty, nie próbują przywrócić równowagi między pracą a jakością życia, a zdobywają wyborców tylko i wyłącznie obiecując i dając pieniądze.

Przy okazji straciła znaczenia inna reguła dawnego modelu społeczno-gospodarczego: ten kto się kształci, dalej zajdzie. To już dawno nie jest prawdą. Dalej zajdzie ten, kto jest cwany i bezwzględny.

Pomińmy już całkowitym milczeniem kolejne anachroniczne reguły: że zadowolony niewolnik lepiej pracuje oraz że właściciel kapitału ma obowiązki wobec państwa (ojczyzny!), społeczeństwa, kultury i nauki. Wszystko zastąpiły proste zasady kapitalizmu: 1/ można zrobić najgorsze świństwo, bo jeśli ja tego nie zrobię, to zrobi to ktoś inny;
2/ jeśli coś przynosi zyski nie tylko można, ale trzeba to zrobić;
3/ pieniądz nie ma ojczyzny

W społeczeństwach i państwach pojawiła się nowa reguła, dawniej całkowicie nieznana. Nieprawdą jest już, że państwo jest zainteresowane utrzymaniem jakości tego, co już zostało osiągnięte i będzie tego bronić w interesie swoich obywateli. Ważne jest, żeby obywatele nie przeszkadzali. Dla nowego typu państwa korzystna jest konsumpcyjna nadprodukcja i zalew taniochy, bo po pierwsze utrzymuje to społeczeństwo w stanie względnego zadowolenia (o to zapewnia wygraną w następnej kadencji), a po drugie sprawia, że biedy i braku szans nie widać na ulicy.

A co robić?

Nie wiem i postanawiam jednak zajrzeć do cytowanego tu artykułu, żeby sprawdzić czy autorka i jej rozmówca mają w tej kwestii jakąś teorię. (Trochę tu skracam, ale odtąd to nie jest mój tekst, tylko pani Szymborskiej):

Politycy muszą przypomnieć sobie, jak skutecznym inwestorem jest państwo. Państwo musi stać się znowu odpowiedzialne za innowacyjność, a zatem inwestować w badania. Państwo musi zapewnić istnienie inwestycji długoterminowych, bo te preferowane przez dzisiejszy rynek finansowy czyli inwestycje krótkoterminowe, nie zapewniają stablinych miejsc pracy i  wzrostu, który daje dobrobyt wszystkim. Ale najważniejsze jest, by w obliczu nowego kryzysu państwa umiały ze sobą współpracować. Trzeba zmienić przedmiot debaty publicznej z uchodźców, protekcjonizmu i wojen tożsamościowych na rzeczy, które są bliższe życia: niskie płace, kiepska jakość pracy, nierówności dochodowe.

Oto trzy rzeczy, które są w zasięgu możliwości obecnych rządów: regulacja sektora bankowego, uruchomienie strategicznych inwestycji państw i reforma systemu podatkowego. To jest osiągalne. Kryzysy w kapitalizmie były i będą. Państwa powinny zadbać, żeby klasa średnia zdołała przetrwać nadchodzące burze.

Barataria 96 Księstwo Hutt River

Lech Milewski

W powszechnym mniemaniu Australia to kraj bez granic, ograniczają ją tylko morza
i oceany.
Nic bardziej błędnego. Wystarczy tylko wychylić nos odrobinę na północ od Perth
i podróżnik natrafi na…

Granica

Oto instrukcja dojazdowa według google.

Mapa

Google wie co pisze – Principality czyli Księstwo.

Księstwo powstało w kwietniu 1970 roku w wyniku oczywistych sprzeczności systemu kapitalistycznego (zainteresowanym polecam lekturę Kapitału K. Marksa).
Konkretnie poszło o wyznaczone przez rząd australijski kwoty, ograniczające produkcję rolną. Zgodnie z nimi farma o powierzchni 4,000 hektarów mogła sprzedać tylko 1,647 buszli zboża (około 50 ton). Aktualne zbiory wyniosły prawie 100 razy więcej.
Leonard Casley, właściciel farmy, złożył protest do gubernatora stanu Zachodnia Australia, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Złożył wówczas roszczenie odszkodowania w  wysokości 52 milionów dolarów, jednocześnie uznał się za uprawnionego do zajęcia w charakterze rekompensaty sąsiadujących z farmą gruntów rządowych.
Dwa tygodnie później Casley złożył skargę, że rząd chce dokonać przymusowej akwizycji jego farmy i uznał, że w takiej sytuacji prawo międzynarodowe pozwala mu dokonać secesji i ogłosić niezależność od Australii. Zadeklarował, że nadal pozostaje wiernym poddanym królowej Elżbiety II.

Leonard Casley przyznał sobie tytuł Jego Wysokość Leonard I Książe Hutt. To pozwoliło mu powoływać się na ustawę z 1495 roku (Treason Act), według której władca de facto nie może być oskarżony o zdradę legalnie uznanej władzy.
Casley nie otrzymał oficjalnej odpowiedzi rządu australijskiego i uznał, że tym samym autonomia prowicji staje się faktem dokonanym.

Nieświadomy tych wszystkich zaszłości australijski urząd podatkowy oskarżył Casleya
o niezłożenie wymaganych deklaracji podatkowych. Australijski sąd uznał Casleya winnym.
Nie pozostawało nic innego tylko wypowiedzieć Australii wojnę, co miało miejsce
2 grudnia 1977 roku.
Kilka dni później Casley powiadomił rząd australijski o zakończeniu działań wojennych. Jednak od tego czasu mógł się powoływać na artykuł Konwencji Genewskiej z 1949 roku – rząd powinien wykazać pełen szacunek dla narodu niepokonanego podczas wojny.

Nie wiem jak moi czytelnicy, ale ja czuję się pokonany. A zatem pora na zapoznanie się z regułami funkcjonowania Księstwa.

Po pierwsze w Księstwie obowiązują wizy.
Przybysze muszą na wstępie odwiedzić Government Office i uiścić opłatę $2, dzięki czemu wbije się im wizę do paszportu. Jeśli nie posiadają przy sobie paszportu lub, z sobie tylko znanych powodów, nie życzą sobie, aby widniała w nim wiza Księstwa, wówczas wiza zostanie im wydana jako osobny dokument za taką samą opłatą. Szczegółowe informacje wizowe TUTAJ.

Podczas pobytu w Government Office goście mogą zwiedzić bogatą galerię zabytków
i pamiątek. Wiele z nich nadesłali obywatele nierezydenci – patrz kolejny punkt.
Podczas zwiedzania galerii istnieje prawie 100-procentowe prawdopodobieństwo spotkania członka panującej dynastii.

Uwaga 1: na zdjęciu gabloty z pamiątkami zauważyłem prawo jazdy Elvisa Presleya.

Uwaga 2: wszystkie drogi do Księstwa przebiegają przez teren Australii i administracja Księstwa lojalnie przypomina, że osoby planujące wizytę, są zobowiązane dostosować się do australijskich praw wizowych.

Po drugie – obywatelstwo.
Księstwo z żalem powiadamia, że do czasu rozbudowy infrastruktury nie jest w stanie przyjąć nikogo na pobyt stały. Jednak istnieje możliwość uzyskania statusu poddanego nierezydenta (non-resident subject).
Szczegółowe informacje TUTAJ.
Obecnie Księstwo liczy 23 obywateli rezydentów i ponad 14,000 nierezydentów.

Po trzecie – władza.
Wcześniej wspomniałem Leonarda I, władcę księstwa. W 2017 roku, po 47 latach sprawowania władzy, abdykował on na rzecz swojego najmłodszego syna – Księcia Graeme I. Poniżej Jego Książęca Wysokość Książę Leonard I z żoną Księżniczką Shirley. Między nimi popiersie suwerena.

Książeca para

Na marginesie wspomnę, że książęca para ma sześcioro dzieci. Trzy córki wyszły za mąż
i mieszkają w Perth. Trzej synowie pozostali na ojcowiznie.

Rząd Księstwa obejmuje liczne ministerstwa i komisje, ich liczba znacznie przewyższa liczbę rezydentów. O dalekowzroczności Księstwa może świadczyc fakt, że posiada specjalną Komisję Morską (Naval Commission) mimo, że morza z terenów Księstwa nie widać.

Ekonomia.

Teren Księstwa liczy 75 km2. Większość terenu przeznaczona jest na uprawę zbóż
i hodowlę owiec.

Istotną dziedziną ekonomii jest turystyka. Wikipedia ocenia ilość turystów na 40,000 rocznie.

Więcej na temat ekonomii TUTAJ.

Podobnie jak wiele innych państw o niewielkim terytorium, ale wielkich duchem, Księstwo Hutt River emituje własne monety i znaczki pocztowe.

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Moneta

Moneta

Poczta

Znaczki

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera w sobie drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Na stronie internetowej Księstwa znalazłem informację, że Księstwo wydaje własne prawa jazdy (cena $100) i różne inne bardzo praktyczne akcesoria.

W innych źródłach znalazłem informację, że rok temu australijski urząd podatkowy zażądał zapłaty prawie 3 milionów dolarów zaległych podatków.
Z drugiej strony administrowanie legalnych i finansowych procedur związanych z Księstwem kosztowało australijskiego podatnika prawie $100,000.
A więc zgodnie z wspomnianym wcześniej dziełem Karola Marksa – ekonomia się kręci i sama siebie napędza.

Wszystko powyższe to prawda i tylko prawda, co potwierdzam spiratowaną z internetu oficjalną pieczęcią Księstwa

Pieczęć

Źródła:
Oficjalna strona internetowa – KLIK.
Wikipedia – KLIK.