Moritz na dachu i inne wiersze

Teresa Rudolf

Koci kryminał/ Moritz-Lili

Zaczyna się łagodnie..

Kochane chrapanie,
zamiast na swojej,
na Freda poduszce,
wyżeranie siostrze Lili
z miski Gurmet Gold…

Kochany  Moritz,
bonsein tygrysów,
leopardów, kiedy tym
swoim krokiem idzie,
Lili jak martwa już leży…

Ona już to wie, że
na krótko poleży tak
bez życia i kombinuje
jak prawym sierpowym
przywalić mu dziś.

Strach być w jego skórze,
ten prawy sierpowy zna już
cała puszcza w domu,
ten mord w zaciśniętej
łapie i we wsciekłym oku..

Oj Lili, opamiętaj się,
opamiętaj sie, bo kiedyś
nie wyjdziesz  zza kratek
by zobaczyć znów
balkonowe słońce.


Kot na dachu

Na dachu siedział kot,
by lepiej  z góry widzieć
jak się świat porusza,
mrużył zielone oczy.

A cierpliwość wielką miał,
w dół patrzeć godzinami,
ludzie mają bardzo różne,
głowy z góry oglądając.

Jedni mają czapki, inni
kapelusze, inni łyse głowy,
a inni pełno sierści kolorów
przeróżnych, różniutkich…

Kusiło ogromnie, malutkie
żwirki z dachu zrzucać na te
główki, lecz na którą z nich,
problem wciąż nierozwiązany.

I jak to z dylematem bywa,
spadł deszcz, wszystko się
zmieniło, parasolki bez głów
stały się  kotu za  nudne..


Bo go kocham…

Kot Moritz patrzy ze zdziwieniem,
na moją białą bluzkę
na moje spodnie i okulary…

Znam to spojrzenie, pogardę,
bo nie wystarczy mi skóra,
którą powinnam po prostu wylizać.

I wzrokiem dodaje:

Ach ten człowiek, jak go rozumieć?
Dziś jest ona znów taka kolorowa,
i stuka innymi butami.

Ach ten człowiek, ciagle zmienia
się jak kameleon, ale po co,
gdy i tak zawsze go rozpoznam,

BO GO KOCHAM.


Właśnie ukazał się tomik wierszy Teresy – zobaczcie TU

Teresa pisze o sobie:

Lubię ludzi zarówno z całym ich bogactwem charakterów, osobowości, jak też z całym ich balastem.
Kocham zwierzęta z całą ich niewinnością, bezinteresownością, miłością i swoistą psychiką,
w którą absolutnie wierzę. Od zarania towarzyszą mi psy, świnki morskie, a teraz filmowa para kotów: Moritz i Lili.
Uwielbiam przyrodę, która może ma coś z kobiety, bo także „zmienną jest”.
Cenię sobie przyjaźń i przyjaciół (podobno jestem wierna im jak pies), kocham miłość, a więc tych, których kocham. A jest tylu do kochania…

I tyle samo, w dzisiejszych czasach, do nienawidzenia, ale to już nie moja działka.
Inspiracją do moich refleksji wyrażonych na piśmie jest samo życie: moje, a także wiedza o człowieku, z którym „współpracuję”, będąc mu pomocną z racji mego zawodu.
Jestem absolwentką psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a obecnie psychoterapeutką w Austrii, gdzie mieszkam w malutkim bajecznym miasteczku Melk nad Dunajem.


Dodam jeszcze, że u mnie na blogu jest od jakiegoś czasu sporo wpisów Teresy Rudolf i są one zawsze jej autorską kompozycją, co oznacza, że teresa jest nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. Również w tym wpisie zdjęcia kotów to TE koty, a nie jakieś koty.

Odeszła…

Nie mam siły pisać. Kopiuję z internetu. Ja sama w ciągu ostatnich czterech dni Jej życia spędziłam z Nią w szpitalu bardzo wiele godzin. Również po śmierci byłyśmy z nią w tak zwanym pokoju ciszy w szpitalu – Mirka Kozak, Gudrun Koch, Iwona Dadej i ja, rozmawiałyśmy o Niej, czytałyśmy Jej wiersze i modlitwy, piłyśmy z Nią herbatę. Jednak nie od razu wpadłam na to, że trzeba przecież zawiadomić przyjaciół i że najlepiej będzie, jeśli użyję w tym celu Facebooka.

Ewa Maria Slaska

Kochani, smutna wiadomość.
Dziś, 26 marca 2019 roku, o godzinie 13.45 odeszła na zawsze znana berlińska tłumaczka, Maria Gast-Ciechomska czyli Maryla lub Marlena.
Jeszcze kilka tygodni temu, podczas niemieckiej premiery filmu “Siłaczki” w Regenbogenfabrik i potem, podczas projekcji filmu w kinie “Lichtblick”, mogliśmy po raz kolejny zachwycić się jej kunsztem translatorskim. To bowiem ona znakomicie przetłumaczyła ścieżkę dźwiękową filmu. Maryla od zawsze angażowała się w sprawy kobiet i wydaje mi się znamienne, że ostatnia jej wielka praca też była związana z tą tematyką.
RiP

Anna Krenz, Dziewuchy Berlin, Ryss e.V.

Berlińsko, feministycznie, smutno

26 marca 2019 roku odeszła Maria Gast-Ciechomska, 62, autorka, tłumaczka, działaczka i feministka.
Była współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego i inicjatywy Ruch Przeciw Kryminalizacji Aborcji.

Napisała książkę “Od matriarchatu do feminizmu”.
** o książce:
“Feminizm nie jest ruchem płciowym, lecz raczej świadomościowym, bo męskość i kobiecość to wielkości tyleż płciowe co ideologiczne i symboliczne. Książka ujmuje temat bardzo ogólnie, dając zaledwie zarys problematyki. Dotyczy ona historii kobiet i myśli feministycznej, sytuacji kobiet w świecie współczesnym, miejsca, jakie wyznaczają kobietom najpopularniejsze religie i ideologie, a także głównych nurtów i obszarów zainteresowań współczesnego feminizmu.”
***
W czasie stanu wojennego była internowana w obozie dla kobiet w Gołdapi – była najmłodszą więźniarką stanu wojennego. Później wyjechała do Berlina, gdzie nadal działała na rzecz kobiet i relacji polsko-niemieckich, między innymi w Polsko-Niemieckim Towarzystwie Literackim WIR i w Inicjatywie Kobiecej Berlin-Warszawa.

Jeszcze na premierę filmu “Siłaczki”, którą organizowałyśmy 7 marca 2019, już ciężko chora, po części w szpitalu, przygotowała wspaniałe tłumaczenie dialogów do filmu.

Jej wspomnienia na temat Berlina, upadku muru, Solidarności i Polski – na blogu Ewa Maria Slaska

ewamaria2013texts.files.wordpress.com

Christine Ziegler, Kulturprogramm Regenbogenfabrik

Ich denke an sie voller bewunderung! 2005. Wir waren zusammen in Poznań.

Anna Kuzio, WIR e.V.

Dorota Danielewicz, Autorin

Była skromna, odważna, niezłomna, zdolna. Niezwykła kobieta. Wielka szkoda, że tak wcześnie odeszła…

Jakub Szadaj, kuzyn

Najpierw na messengerze:

No cóż, Marlena już nam książki o swoim ciekawym życiu nie napisze, pozostaje nam własna pamięć (póki co).

Potem na FB:

Dziś w Berlinie odeszła moja siostra cioteczna Maria Ciechomska zwana Marlenką. Wnuczka ostatniego sołtysa Mokotowa, germanistka i świetna tłumaczka, działaczka antykomunistyczna, członkini Solidarności Mazowsze, działaczka ROPCiO, internowana w Gołdapi. Miała 62 lata. Bardzo mi będzie Jej brakowało.

Sławomira Walczewska
Bardzo smutna wiadomość, to wielka strata. Maryla zawsze tyle robiła dla innych, więcej, niż dla siebie. Była najmłodszą więźniarką stanu wojennego, internowaną w obozie kobiecym w Gołdapi. Od połowy lat 80 współtworzyła w ruch feministyczny w Polsce.

***
Maryla Ciechomska, zawsze po stronie wolności i godności. Jako działaczka opozycji Solidarnościowej i najmłodsza więźniarka obozu dla internowanych w Gołdapi. Jako współtwórczyni nowego, feministycznego ruchu kobiecego i autorka pionierskiej książki “Od matriarchatu do feminizmu”. Skromna, uśmiechnięta, nieugięta – taka była.

https://www.facebook.com/plugins/video.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2F100000626704314%2Fvideos%2F2353221211375413%2F&show_text=0&width=560

Maria Szewczyk, Klub Polsko-Niemiecki

Maryla Ciechomska prowadziła kilkakrotnie w Klubie Polsko-Niemieckim już w latach 90 spotkania na temat Ruchu Feministycznego w Polsce. Będzie brakowało jej ciepłego uśmiechu i dyskretnego, ściszonego sposobu bycia, nawet jeśli mówiła o najtrudniejszych sprawach.

Marta Dzido, reżyserka
Bardzo smutna wiadomość. Wczoraj zmarła Maria Gast-Ciechomska, w stanie wojennym internowana w ośrodku w Gołdapi, germanistka, tłumaczka, autorka książki “Od matriarchatu do feminizmu”. Mieliśmy przyjemność poznać Marię trzy lata temu w Berlinie przy okazji rozpowszechniania filmu Solidarność według kobiet w Niemczech. A jeszcze niedawno współpracowaliśmy przy opracowaniu ścieżki dźwiękowej filmu Siłaczki, którą Maria Gast – Ciechomska wspaniale przetłumaczyła na język niemiecki.


Krzysztof Okoński, Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy

Pani Ewa Maria Slaska,
bardzo mi przykro. Pani Gast-Ciechomska była razem z Panią na naszej bydgoskiej konferencji o murze berlińskim: http://www.mur-polskie-konteksty.ukw.edu.pl/…/pages/53.htm

***

***

***

Na stronie UNIKATU:

AGNIESZKA OSIECKA                                             Pożegnanie z poetką

Gdy zniknie z gazet szpalt
twój ostatni rym,
a twój srebrny alt
rozpłynie się jak dym,
tam w obłoku hen
nie zapominaj nas,
niech ci się wieczny sen
rozjaśnia raz po raz.

Czasem zanuć sobie o nas od niechcenia,
do widzenia, do widzenia, do widzenia,
my po kilku długich zimach i jesieniach
zasiądziemy obok ciebie – do widzenia.
Charakteru i figury tam nie zmieniaj,
do widzenia, do widzenia, do widzenia.
Zostajemy tu na ziemi jak sieroty,
czasem przefruń tuż nad nami jako motyl.

Gdy zniknie z naszych klap
twój ostatni włos,
sforę nowych bab
przyniesie hojny los,
tam na obłoku hen
surowo nie sądź nas,
niech ci się wieczny sen
rozjaśnia raz po raz…

Czasem zanuć sobie o nas od niechcenia –
do widzenia, do widzenia, do widzenia,
my po siedmiu przedpokojach, siedmiu sieniach
zasiądziemy obok ciebie – do widzenia.
Pozostaniesz w naszych sercach i marzeniach,
do widzenia, do widzenia, do widzenia.
My jesteśmy tu na ziemi naprzeciwko,
zamów dla nas tam na górze małe piwko.

Alicja Czańka: Wieczne odpoczywanie racz dać Jej Panie… Niech Miłosierny ukoi ból Najbliższych i przyjaciół. Pamiętam ją jako kobietę, która zawsze poruszała wszystkim wokół siebie i zaskakiwała projektami oraz determinacją.

Kazimierz Bocian: Głębokie wyrazy współczucia dla Was wszystkich. Wspaniałych ludzi jak Maryla nie zapomina się łatwo

Ewa Kowara (Stalówa): Bardzo mi smutno!!! Choć Maryli nie widziałam całe wieki, bo drogi nasze się rozeszły, bardzo ciepło ją wspominam. Zawsze roześmiana, serdeczna i gotowa na dobrą zabawę! Gdzieś widziałam jej zdjęcie z Tadziem Bocianem przebraną za punka. Mam je przed oczami, ale nie mogę go znaleźć.
Żegnaj Marylko! Tak szkoda, że tyle lat minęło i nic o sobie nie wiedziałyśmy!

Katarzyna Tyman: Tak smutno, byłyśmy tak blisko, a potem tak daleko i już nie ma nadziei na zmianę.

Ewa Karbowska, poetka (“pani Ewa z Warszawy”)

Pani Ewo z Berlina,
Pozwalam sobie zamieścić u Pani na profilu fotografię Maryli Gast-Ciechomskiej i cztery moje – napisane dla Niej – już po odejściu – ostatni dziś rano wiersze. Tekst o Niej – już prozą – musi zaczekać na zebranie myśli i na oficjalną premierę płyty TAKI TYP. Maryla miała być na koncercie, więc Jej go zadedykuję. A tymczasem…
Ewa Karbowska – moje wiersze dla Maryli G-C:

1.
NA DROGĘ DO, KOCHANA
– Pamięci Maryli Gast-Ciechomskiej –

mając naturę wojowniczki
nigdy nie kroczy się powoli
bo szkoda czasu

mówi się też szybko
i myśli
o tym co jeszcze dobrego można zrobić

bez głębi analiz
porywem serca i intelektu
bo ktoś potrzebuje pomocy

nawet jeśli się odchodzi
to też bez zbędnych ceregieli
po co innym głowę sobą zawracać

już nie ma Marii, Maryli, Marleny
a była jeszcze przed chwilą
na dotknięcie, na odległość głosu

co za bzdury ja tu opowiadam
przecież zaraz wpadnie
za chwilę, za miesiąc, za dwa

zawsze jak po ogień

(ek – 26.03- 2019)

2.
POŻEGNANIE MARYLI
– której – mam nadzieję – przy Jej miłości do ludzi i kotów –
/i Jej poczuciem humoru by się podobało/

się trafiło
przeżyć życie
mądrze, pięknie, przyzwoicie

nie dla fanfar i honorów
a zwyczajnie
tak z wyboru

tak z potrzeby
dla zasady
bo inaczej nie da rady

ostatecznie ciut za szybko
jak ten kot
gdy gna za rybką

rzecz ostatnią
chwycił w lot
czarny kir – ten czarny kot

z czernią nuty
co dziś warta
jak rekwiem Mozarta

co wyśpiewał
lub wyryczał?
czarny kwadrat Malewicza

lub przyleciał
bo zaloty? – tuż nad głową? –
czarny motyl

po finale życiorysu
dziwny stan
czas braku bisów

i fakt taki
na agendzie
iż więcej nie będzie

bez odwołań i retuszów
czarna łza
po do rzęs tuszu

(ek-28.03.2019)

3.
I DOBRY OBIAD
– przy stole Maryli – na 12. kwietnia 2019 –

bezsenności w myślach kłębowisko
pamiętania z dopiero co
a już jakby z urojeń

te dyskusje sprzed chwili
o Ojczyźnie i zdrowiu
o deficytach i w jednej i w drugim

oraz o byciu wojowniczką
tak w ogóle
jednak zwłaszcza w szczególe konkretnie tej chwili

i o pięknie rekwiem Mozarta też
ale tak jakoś na marginesie
prawie żartem bo niemal serio

a teraz dobry obiad
taki z rosołem – którego jeszcze nie jadłam
bo będzie dopiero jutro

przy okazji konsolacji
na okoliczność stypy
po Maryli

a Ona
skutkiem siedzenia u góry na chmurze
nogami do nas macha – obiema zresztą

uśmiechnięta jak na zdjęciu
pierwsza z prawej
w turkusie swetra – być może tuniki? – i z różem

na minutę przed strzepywaniem kurzu z elfów

(ek 11-04- 2019 – wieczorem)

4.

I NIE MA PEWNOŚCI

najpierw jest wnętrze kościoła
zabytkowego choć po renowacji
i mężczyzna w sutannie z objawami podziębienia

mówi o Marii
a nawet o Marii Magdalenie
ale nie o tej którą zna z Biblii

za to tej o której mówi
Jej właśnie
poznać nie zdążył

więc stara się neutralnie i życzliwie
tak żeby i Bogu i ludziom…
uwzględniając obecnych w świątyni

na chwilę przed spacerem
niezbyt długim
jednak wyczerpującym dziwnie – odprowadzeniem do…

gdzie nie wiadomo tylko co skuteczniej
osusza łzy na twarzach
wywołując lekki uśmiech wspomnień –

czy to słońce które przez chmury
czy wiatr w porywach
krótkich i chłodnych?

ale okoliczność trwa na pewno – boleśnie oczywista
cmentarna, pogrzebowa, pożegnalna
choć dla większości obecnych raczej nie do końca

kwiecień
dnia dwunastego
tego roku

(ek – 13.04.2019)

5.

I NIE – A TAK

ręce Maryli zasiniaczone pokorą
wprawdzie jak zawsze zajęte
ale czym innym niż zwykle

w tym splątaniu atrybutami wieczności, stygmatami ciszy
jest COŚ
ale ono zupełnie do Niej nie pasuje

bo Ona to działanie i z efektem
zawsze na ludzki pożytek
jeśli przypadkiem i na własny – to mimochodem –

specjalistka od bycia tu i teraz
oraz tam gdzie akurat trzeba
– oczywiście równocześnie –

bez pytania jak to zrobić w tym samym czasie
o ile z przekonaniem że jest po co
albo dla kogo, dla czego

i dlatego umierać nie chciała
bo wykłócała się – niestety nie ze mną –
o pstrąga zamiast szczupaka na nadchodzącą Wielkanoc

a odeszła – nie uzyskawszy na to pozwolenia od siebie samej

(ek – 14.04.2019)

6.
Na stronie Fanclubu PEJZAŻ Z PODEJRZANĄ

WYBACZYSZ?
– Maryli – Marii Gast-Ciechomskiej –

kiedy jeszcze mogłaś je przeczytać
nie napisałam dla Ciebie ani jednego
pisanie wierszy dla człowieka czynu i konkretu?…

wydawało mi się przesadnie, patetyczne
jakoś nie pasowało do Ciebie
miało się nijak do pędu i zadań

było trochę śmieszne
zwłaszcza w zestawieniu
w połączeniu z gotowością przynoszenia ulgi – każdemu

i wszędzie gdzie ktokolwiek
czegokolwiek
w dowolnym miejscu i czasie –

ten wiersz jest już szósty odkąd zmieniłaś wymiar istnienia
i nie mogę obiecać że ostatni
PRZEPRASZAM

(ek – 14.04.2019)

Stowarzyszenie Partnerstwo Miast Szczecin – Kreuzberg/Friedrichshain (Städtepartner Stettin e.V. Berlin)

26 marca 2019 roku umarła w Berlinie autorka, dziennikarka i tłumaczka – Maria Gast-Ciechomska zwana Marylą. Maryla współpracowała wielokrotnie z naszym stowarzyszeniem, była tłumaczką podczas organizowanych przez nas seminariów, spotkań i wycieczek.

Pogrzeb odbył się 12 kwietnia na cmentarzu kościoła św. Katarzyny na Fosie w Warszawie. Pożegnałam ją tam we własnym imieniu i w imieniu wszystkich jej berlińskich przyjaciół
i współpracowników.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli z dziennika tetryka (być może numer 1)

Mal Content

Napojony do syta goryczą udałem się swego czasu na emigrację wewnętrzną (czyli, używając nieco grubszego kolokwializmu, zacząłem mieć wywalone na otoczenie społeczne). A owa emigracja to zaprawdę urocza kraina. Zwłaszcza dla kogoś, kto osiągnął wiek, zwany „młodością starości”.
Ale nawet tetryk chciałby, żeby jego starość przebiegała wśród przyzwoitych standardów zdrowotnych. No, słowem: w pierwszy dzień wiosny, gdy pogoda wdzięczyła się podstępnie za oknem i nie było już żadnej wymówki, wsiadłem na rower, otwierając sezon pozbywania się zimowej nadwagi.
Społeczeństwo mnie nie ceni, a i ja, „źle zadowolony”, żywię względem niego zbliżone uczucia. Jak by to swoje trwanie outside zracjonalizować? Czemu się nawzajem nie lubimy? Żydem nie jestem…, bo nie: brak przodków. Znaleźliby się niemieccy; też niby dobrze, lecz jednak nie to samo. Masonem też nie – za krótki jestem, żeby mnie przyjęli. Ale cyklistą? Jak najbardziej! Zwłaszcza, że tereny wokół wymarzone do rowerowych eskapad: lasy, pola, pustki. Brak społeczeństwa.
Tu, i tylko tu, mogę się czasem poczuć „dobrze zadowolony”. Gdy pierwszego dnia wiosny napotkam taki oto, na przykład, widok:


Trwam w oczarowaniu. Wyjaśniam: nie są to „konie we mgle”, bo nie mgła je otacza, jeno poświata zmęczonego, zachodzącego słońca, które na pożegnanie prószy tymi refleksami.
Ale co ja się będę, „źle zadowolony”, produkował literacko?! Zrobiłem te zdjęcia gównianym aparatem, prezentują więc żenującą jakość techniczną. A i tak nie byłbym w stanie odmalować słowami choćby cząstki piękna w nich zawartych. Taki warsztat!
Nawet tytuł musiałem zapożyczyć u Stempowskiego. Wiosna się rozpędza. Wycieczki rowerowe będą częstsze. Może od czasu do czasu podzielę się kolejnymi olśnieniami, doznanymi w ich trakcie? Nie żebym chciał komuś sprawić przyjemność. Raczej sobie pragnę ulżyć, ulewając nieco żółci. Bo żółci w moich komentarzach nie zabraknie, to mogę obiecać. Jeśli jakiś śledziennik znajdzie przyjemność w lekturze, zapraszam. A jeśli nie, to niebo mi na głowę nie spadnie.
Spoko wodza!

Barataria 109 Pablo Picasso

Kilku wielkich artystów poświęciło Don Kichotowi, samemu i w towarzystwie Sancho Pansy, ogromne cykle prac. W Baratarii pojawili się już Malczewski,
w autoportretach ukazujący się często jako personalizacja Don Kichota i Daumier, pojawi się jeszcze (co najmniej) – Salvador Dali, ale dziś zajmiemy się sytuacją odwrotną. Pablo Picasso narysował tylko jeden wizerunek Don Kichota na Rosynancie i Sancho Pansy na osiołku, a stał się on tak popularny, że w terminach wieku XXI można by powiedzieć, że rysunek ów jest memem XX wieku.

Wikipedia ma oddzielne hasło na ten temat, które zaczyna się od tej pracy z 1955 roku (znamy nawet dokładną datę – był to 10 sierpnia 1955). Ciekawe, że Picasso przecież  wtedy w ogóle inaczej malował –  przypomnijmy, że miał już za sobą okres niebieski i różowy, i już dawno stworzył kubizm. Praca została wykonana dla (a może i na zamówienie) pisma Les Lettres Françaises, aby uczcić 350 rocznicę wydania Don Kichota. Ciekawe, że oprócz wpisu po angielsku jest jeszcze wpis po hiszpańsku i po persku, ten jednak składa się zaledwie z dwóch zdań. Wpis hiszpański jest tłumaczeniem angielskiego (lub vice versa).

W obu podkreśla się fakt, że rysunek jest czarno-biały i że postaci są narysowane powściągliwą, a jednak dramatyczną kreską, co podkreśla satyryczny charakter wizerunku. Na mnie największe wrażenie robi długa chuda szyja rycerza, narysowana jedną, cienką, nierówną kreską. Ten człowiek ledwo się trzyma, jest stary, rozchwierutany i byle co zmiecie go z konia i wygoni z życia.

Podobno istniał już, namalowany w roku 1947, obraz olejny Picassa, który stał się wzorem dla późniejszego rysunku, ale wikipedia określa to jako “there is a claim”. Pojawiło się też przypuszczenie, że istnieje praoryginał tego rysunku, który znajduje się w Gruzji, gdzie miał dotrzeć jako prezent od kogoś z zagranicy. Gruziński rysunek ma być utrzymany w kolorach zielonym i niebieskim, a w lokalnej gazecie Tbilisi został zreprodukowany w wersji szarej. Wydaje się jednak, że owa szarość mogła wynikać nie z odmienności oryginału, jeno z jakości techniki reprodukcyjnej w czasach Komuny. Tak czy owak, nikt nigdzie nie pokazał, ani oryginału namalowanego farbami olejnymi, ani rysunku zielono-niebnieskiego, a to, co znamy jest czarno-białe i przechowuje się to starannie w sejfie w kościele Saint Denis we Francji.

Internet natomiast roi się od przykładów wykorzystania memu w celach komercyjnych lub nie:

Plakat pacyfistów

Na polach van Gogha


Zdjęcie i przeróbka na tapetę

Graffiti

Na zakończenie pojawia się, bo pojawić się musi, pytanie, jak to właściwie jest
z komercyjnością tego, co tu przedstawiłam i w ogóle komercyjnością świata? Bo na przykład ostatni obrazek z przypadkowo wyszukanej w internecie serii to graffiti.
Zdjęcie znalazłam w zapasach (stock photo) firmy alamy, która zabezpiecza prawa swoje
i autora zdjęcia – Dzianisa Hadziatskiego -, ale oczywiście pomija prawa Picassa oraz prawa człowieka, który wykonał graffiti. Nie informuje też, kiedy to graffiti zostało wykonane i gdzie, wiemy tylko, że zdjęcie zostało wykonane w Mińsku w lipcu 2010 roku, stamtąd zapewne pochodzi ów mem. Autor pisze również, że jest to naśladownictwo Picassa. Można by powiedzieć, że graffiti podobnie jak tatuaże są przykładami inywidualnego, niekomercyjnego wykorzystania memu. Ale nie możemy być chyba tak do końca pewni. Bo jednak zapewne tatuowany zapłacił tatuującemu, ten zaś być może miał
w swych ofertach nie tylko smoki, wojowników i seksbomby, ale również wzory ze sztuki.
I jak to wtedy wygląda, czy w takim wypadku ktoś komuś za coś płaci (pomijam wykonanie samej usługi)? Podobnie jest z Picassem na tle pól van Gogha? Na marginesie powiem, że oba memy pasują do siebie idealnie…


Te krótkie rozważania pozwalają mi przypomnieć, że w sprawie praw autorskich (a jest to teraz w centrum zainteresowań całego świata z uwagi na tzw. europejski paragraf 13) są od zawsze dwa kierunki – wszystko objąć restrykcją lub wszystko puścić na żywioł, próbując jedynie znaleźć ewentualnie inne środki dostarczania artyście pieniędzy za wykonane
i wykorzystane przez użytkownika dzieło. Bo jeśli nie płacimy za streaming filmów, to jednak jeśli nam się film spodoba, to kupimy go na DVD choćby w prezencie, a firmy streamingowe pokazują reklamy. To samo z muzyką – jeśli jest świetna, to 20 milionów ludzi posłucha jej tylko na youtubie, ale pewnie co najmniej milion kupi ją na płycie, żeby odsłuchać w lepszych warunkach, zabrać do samolotu lub, znowu, komuś podarować. Albo po prostu mieć. Nie zapominajmu o Mieciu zwanym też Manią, są oni silnymi motywami wydania pieniędzy na to, co chcemy mieć. Większość ludzi unika kupowania gazet
i książek, bo wszystko jest w sieci, ale znam takich, którzy kupują dwie książki – jedną w twardej okładce, żeby stała na półce i dobrze wyglądała, drugą jako paperback do czytania w łóżku, w wannie, przy jedzeniu lub w metrze. Gdy kopiujemy książki, to nie płacimy tantiem autorowi, ale jednak firma zwana w Niemczech VGWort wypłaca autorom, którzy się zarejestrowali, tzw. Bibliothekengroschen, czyli rekompensatę za to, że ktoś czytał ich książki w bibliotece i być może fragmenty skopiował. I nie jest to darowizna, tylko opłata pobierana od… producentów kopiarek. Czyli być może producenci komputerów, telewizorów, kina domowego i urządzeń odtwarzających powinni oddawać jakieś grosze do centralnego banku tantiem i… Och, no tak, rozpędziłam się.

Na zakończenie wycięta skądś wieki temu, oprawiona i powieszona reprodukcja rysunku Picassa na ścianie u bliskiej przyjaciółki moich rodziców. Kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, nasze rodziny mieszkały razem i to stąd i ja pamiętam Picassa i jego Don Kichota.

Reblog: Jabłko i kosz na śmieci

Magda, polska blogerka z Nowego Jorku (to ona), autorka bloga Little Town Shoes, zaprowadzi nas do nowo otwartej części miasta. Gdy byłam tam, na zaproszenie, Iwonki (Iwona Schweizer), w październiku ubiegłego roku, widziałyśmy te gmachy w budowie. Tydzień temu część nowej dzielnicy została oddana do użytku, a Iwonka przysłała mi linka. Dziękuję!

Kilka dni temu miało miejsce oficjalne otwarcie jednego z najbardziej oczekiwanych a zarazem najbardziej kontrowersyjnych nowojorskich projektów – Hudson Yards. To największa inwestycja w historii Stanów Zjednoczonych, miasto w mieście, las szklanych wieżowców, który pewnego dnia będzie gościć ponad 50 000 nowojorczyków.

Manhattan to niewielka wyspa, więc w mieście, gdzie marzenia i ambicje są nieograniczone, grunt pod budowę (o ironio) jest dużym ograniczeniem. Hudson Yards ma być swego rodzaju odpowiedzią na rosnący popyt na mieszkania.

Inwestycja ma być też atrakcją turystyczną – będzie tu najwyżej położony taras widokowy w Stanach, nowa sala koncertowa, restauracje i hotele.

Dlaczego jest tyle hałasu wokół tego projektu?

Hudson Yards to największa prywatna inwestycja w historii USA. Ostatnim takim wydarzeniem była budowa Rockefeller Center w Nowym Jorku (ponad 80 lat temu). Po zakończeniu budowy Hudson Yards ma przyczynić się do wzrostu PKB miasta o 19 miliardów dolarów.

Sam projekt Hudson Yards jest też postrzegany jako najnowocześniejszy model miast przyszłości tak zwanych inteligentnych miast, tj. takich, które wykorzystują dane do monitorowania i zarządzania obszarami miejskimi.

Cała budowa ma być zakończona dopiero w 2025 roku, ale w tym roku wiele atrakcji turystycznych będzie już otwartych.

Ile to kosztowało?

Koszty budowy oszacowano na ponad 20 miliardów dolarów. Według the New York Times inwestycja otrzymała ulgi podatkowe w wysokości 6 miliardów dolarów.

Kto jest inwestorem w Hudson Yards?

Wśród licznych inwestorów projektu jest Time Warner Center, Equinox oraz Oxford Properties Group.

Co jest już otwarte?

Chociaż 15 marca 2019 roku uznano za wielkie otwarcie inwestycji, to faktycznie teraz otwarte są tylko wybrane galerie handlowe i restauracje (w tym prowadzone przez znanych szefów kuchni, takich jak David Chang i Thomas Keller).

W marcu otwarto też dość niezwykły punkt widokowy – “The Vessel” (ang. pojazd, naczynie) –  to konstrukcja składająca się z 154 tarasów o wysokości 46 metrów.

Punkt widokowy roboczo nazwano “The Vessel” ma być nowojorską Wieżą Eiffla. Sami nowojorczycy bardzo sceptycznie podchodzą do tego porównania, the New York Times stwierdził że konstrukcja bardziej przypomina wielki kosz na śmieci.

Budowla gwarantuje niesamowity widok na nową dzielnicę. Wstęp wolny, choć trzeba wcześniej zarezerwować bilet.

Od kwietnia będzie też otwarta nowa sala koncertowa Shed.

A pod koniec tego roku zostanie otwarty też The Edge — trzeci najwyższy budynek w Wielkim Jabłku. Na setnym piętrze tego gmachu znajdzie się wysunięty taras widokowy ze szklaną podłogą. Będzie to piąty najwyżej położony taras widokowy na świecie.

Jak zarezerwować bilet na Vessel? 

Bilety można rezerwować z 2 tygodniowym wyprzedzeniem i na dzień wizyty na tej stronie (mamy dwie opcje rezerwacji – na dzień dokładnie za 14 dni i na ten sam dzień). Rezerwacja jest otwierana codziennie o 8 rano. Można rezerwować bilety na dowolną godzinę.

Nowy punkt widokowy w Hudson Yards
Hudson Yards – 154 tarasy widokowe

Jak dojechać do Hudson Yards? 

Hudson Yards zajmuje powierzchnię 28-hektarów w zachodniej części Manhattanu pomiędzy 34 i 30 ulicą oraz Dziesiątej Aleją na wschodzie i autostradą West Side na zachodzie.

Możne zaplanować zwiedzanie kompleksu i połączyć ze spacerem po High Line (tu przeczytasz więcej o tym najmodniejszym nowojorskim parku). Do osiedla można też dojechać metrem 7 i wysiąść na ostatnim przystanku na Manhattanie (34th str).

W przyszłości będzie tam też lądowisko dla helikopterów. 😉

Jakie są pierwsze wrażenia? 

Vessel robi wrażenie. Wprawdzie nie nazwałabym tego punktem widokowym ponieważ nie ma jakiegoś ładnego widoku ani na miasto ani na rzekę Hudson. Natomiast sama konstrukcja jest bardzo ciekawa, bardzo instagramowa i pewnie będzie się cieszyła dużą popularnością.

Byłam zobaczyć też galerię handlową i jestem trochę rozczarowana. Taka zwykła galeria, naprawdę Arkadia czy galeria Mokotów w Warszawie są równie nowoczesne. Nie do końca potwierdza zapowiedzi inwestorów o “najnowocześniejszym mieście”.

Hudson Yards według mnie nie pasuje do Nowego Jorku. Takie osiedle mogłaby się znaleźć w Dubaju albo każdym innym miejscu na świecie.

Zobaczymy, co będzie dalej, ale zdecydowanie ta część miasta wygląda inaczej.

Vessel w Hudson Yards

Zapomniane lektury. Przedwiośnie (ale nie TO)

I wcale nie Żeromski. Szkoda, że już tego nie czytamy. Taka piękna wartka proza, gdzie polszczyzna oryginalna ale nieskażona, każde zdanie, każde słowo prawidłowo użyte…
A to zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Książka z 1971 roku, znaleziona na półce, opatrzona w poprzek pierwszej strony wielkim, ukośnym podpisem autora.

Andrzej Stojowski

Chłopiec na kucu

Rozdział V

Czy chłopiec wiedział, że w krajobrazie szuka się siebie, własnego odbicia w tej przestrzeni, która cię stworzyła i którą wspłtworzysz, na ziemi, z której powstałeś, na której żyjesz, aby powrócić do niej kiedyś, z nią się złączyć, rozpoczynając nowy cykl, nową formę życia?

Znał cztery pory roku:
zima przychodziła od pól, a kończyła się w górach: topniały śniegi podmywane od spodu do lodowego szkliwa, spływały tysiącznymi strużkami siąpiącymi, ciurkającymi aż po rozlewiska kałuż, rozmiękłych glin, tłustych iłów, skąd woda rowami, drenami odciągana do Baduni płynęła rwącym nurtem ku rzece, ku Wiśle. Wilgotny wiatr od przestrzeni błotnych, od stawów nawisał chmurami, pod którymi marzło się dopiero teraz, nie od mrozu, a od tej wody, co była wszędy, w krajobrazie nasiąkłym, gdzie koła, kopyta, stopy zagłębiają się w mazistą ziemię zasysającą z ćkaniem stąpania – i obroty. Cały człowieczy daremny trud, zwierzęca mordęga podpierania, naciągania, wleczenia, wpierania się w szleje i chomąta, chwytania za podwózki, rwania postronków w daremnej walce z tą rozległą przedwiosenną grzęzią, nad którą tylko drzewa wznoszą konary skręcone, stargane ku tej bezkresnej szarości mżystej, niezmierzonej, niezgłębionej nawet przez ptaki skulone teraz na gałęzi pod nastroszonymi skrzydłami, nad ziemią jeszcze nieprzychylną, nieuległą, nieprzebytą i nieprzebraną aż po pierwsze rozbłyski słońca.

I w słońcu bladym, chłodnym ten wiatr marszczący powierzchnię wód stojących w zagłębieniach. Te ostatnie zwały, potem już tylko spłachcie brudnego śniegu w cienistych rozpadlinach, w dolinkach nad strugami, potem już pierwsza ruń na roli i zeszłoroczna darń zszarzała i odmokła, a w niej pierwsze zielenienie. I koniuszki jaskrawej zieleni łapek świerkowych na drzewach prawie czarnych i błękitnienie mgieł, i ziemia coraz inna – od czarnych topieli błotnych aż po brązowienie się pól uprawnych, i pierwsi ludzie na polach, baczni, spozierający, już myślący, już czuwający nad ziemią, już czekający pory, by wziąć ją we władanie, napocząć skibami wczesnej podorywki.

I ptaki już na niebie.

A gdy nadeszła wiosna, ciepła i pogodna, ziemia, szarobura, obsypana mąką kurzu, pyłu białego, była jak placek żytni prosto z pieca i trwało to chwilę, skórka twardniała, ale ziemia uginała się jeszcze pod stopą i naraz pękała: na pylnej powierzchni biegły te pęknięcia jak linie na dłoni, ciemniejsze od gleby, a dłoń była biała i trzymała człowieka we władaniu swoim, nadchodziły upały i tonęło się w miałkim pyle – aż deszcz i znowu grzęzawisko.

Przedwiośnie / Frühlingsanfang (2)

Joanna Trümner

Spacer

„Gdzie tu właściwie stał mur?“, zastanawiam się. W głowie pojawiają mi się obrazy opuszczonych dworców kolejki, dworce-widma linii 8 ze kroczącymi po peronach żołnierzami z bronią w ręku, tak jakby mijające ich pociągi w drodze do zachodnich sektorów miasta były realnym zagrożeniem życia: Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße. „Strażnicy pokoju” chodzili po peronach w milczeniu, zawsze dwójkami, „pewnie jeden drugiego pilnuje”, myślałam mijając ciemne stacje, zastanawiając się równocześnie, co by się stało, gdyby pociąg nagle się zepsuł i pasażerowie zmuszeni byli do opuszczenia wagonu. Moje azylanckie papiery nie były najlepszą rekomendacją po złej stronie muru…

Pod mostem S-Bahnu na Wollankstraße odkrywam na chodniku napis „Berliński Mur, 1961-1989“. Trochę czasu zajmuje mi zorientowanie się, która część ulicy była częścią wschodnią, nigdy nie mogłam polegać na moim zmyśle orientacji. We wschodniej części Wollankstraße kamienice są świeżo odnowione, niektóre z nich wyglądają jak domy patrycjuszy. Idę w kierunku zachodnim, czyli w kierunku dzielnicy Wedding. Mijam kolejne przecznice, próbując odnaleźć ulicę, która była pierwszym z moich szestnastu adresów w Berlinie. Maleńkie, jednopokojowe mieszkanie z toaletą na półpiętrze, które zaprzeczało moim wyobrażeniom o standardzie życia na Zachodzie. Krótki postój w mieszkaniu koleżanki, nieporozumienie i koniec czteroletniej przyjaźni. Pierwsze wielkie rozczarowanie w nowym mieście. „Jak dobrze, że musiałam się wtedy zajmować tysiącem innych spraw”, myślę.

Poddaję się, nie jestem w stanie rozpoznać ani ulicy, ani domu, w którym mieszkałam. Im głębiej zapuszczam się w Wedding, tym mocniej dociera do mnie, że ta kiedyś robotnicza część miasta przemieniła się z biegiem lat w dzielnicę dla ludzi bez pracy i obcokrajowców. Dzielnicę, w której nikt z oburzeniem i niesmakiem nie patrzy na bezdomnych, oblegających w to piękne, wiosenne popołudnie wolne ławki i murki. Zastanawia mnie zaskakująco duża ilość sklepów „Spätkauf” – kiosków z piwem i papierosami – od dawna odnoszę wrażenie, że te usługi wyrastają jak grzyby po deszczu wyłącznie w dzielnicach, których mieszkańcy mogliby dokonać zakupów o każdej porze dnia.

Wracam do wschodniej części ulicy. Dociera do mnie wymiar globalizacji, totalnej globalizacji, której świadkami są zarówno Wschód jak i Zachód. „Usuwanie owłosiena metodą brazylijską”, „Paznokcie z Chicago”, o kilka domów dalej „Paznokcie z Tajlandii”, „Kebab z Ankary” i szczęśliwy Budda machający mi na powitanie ręką z okna indyjskiej restauracji mogliby znaleźć się w każdym mieście świata.

Spaziergang

„Wo stand hier eigentlich die Mauer?“, überlege ich und suche nach der unsichtbaren Grenze. Auf einmal tauchen in meinem Kopf längst vergessene Bilder von verlassenen Bahnhöfen, Geisterbahnhöfen der U-Bahn Linie 8 und bewaffneten Soldaten auf den Bahnsteigen… Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße – Angst, mulmiges Gefühl und die Frage: „Was wäre, wenn der Zug auf einmal halten würde? Eine Panne, ein Notfall?…“ „Nichts wie weg hier, weit weg…“

Kurz vor der S-Bahnbrücke in der Wollankstraße finde ich endlich einen Gedenkstein, der die nicht länger sichtbare Grenze erwähnt: „Berliner Mauer, 1961-1989“. Daten, die jeder in meiner Generation auswendig kennt. Daten, die für die Generation meiner Kinder kaum Bedeutung haben. Für sie gibt es keine geldgierigen und arroganten „Wessis“ und keine unproduktiven „Jammerossis“, die ihr Leben nicht im Griff haben. Unsere Generation vererbte die jahrzehntelang aufgebauten und gepflegten Vorurteile nicht weiter.

Ich mache mich auf den Weg Richtung Wedding, Richtung Westen. Schon wieder… Von dem „goldenen Westen“ blättert das Gold mächtig ab. „Gewinner des berliner Fassadenwettbewerbs“ sind eher im Ostteil der Straße, in Pankow, zu finden. Bis auf ein wunderschönes Backsteinhaus mit weißen Ornamenten in der Wollankstraße 96. Und die „Raucherkneipe mit Pfiff“, die allen Nicht-Rauchern zum Trotz im leuchtenden hellblau fröhlich strahlt.

Ost- und Westteil der Wollankstraße vereinigt inzwischen eine totale, unaufhaltsame Globalisierung, „Haarentfernung brasilianische Art“, „Chicago Nails“ und der lachende Buddha im Schaufenster eines indischen Restaurants könnten ihre Dienstleistungen überall auf der Welt anbieten.

Das Bild / pocztówka: Blick vom S-Bahnhof Wollankstraße (West) Richtung Wollank- und Brehmestraße (Ost) 1988 / Widok ze stacji kolejki Wollankstrasse (Berlin Zachodni) w kierunku Wollankstrasse i Brehmestrasse w Berlinie Wschodnim, 1988

Momente zum Frühlingsanfang

Tibor Jagielski


freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe  mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!

Erik Satie, Gymnopédie No. 1

errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie

Bożenka / Pani Hanka

Foto-Spotkanie w Ratuszu dzielnicy Kreuzberg

Tak proszę Państwa, po raz drugi Barataria, “od zawsze” czyli od dwóch lat zajmująca poniedziałki, ustępuje wpisowi, który musi się ukazać właśnie dziś. I naprawdę właśnie dziś, bo tylko jeszcze dziś, jutro i w środę możecie obejrzeć wystawę, o której pisze Ela…

Ela Kargol

Jeszcze przez kilka dni będzie można obejrzeć w Berlinie w ratuszu Kreuzberg wystawę Foto-Spotkanie, wystawę, która połączyła dwa rodzaje fotografii: cyfrową barwną Lupo Finta i moją analogową, czarno-białą.
Zdjęcia analogowe powstały w latach 80 ubiegłego wieku w Polsce i przedstawiają głównie członków rodziny lub moich dobrych znajomych (jest jeden wyjątek, ale rozpoznacie go sami).

Wszyscy oni (z jednym wyjątkiem) patrzą z ufnością w kamerę lub ją zupełnie ignorują. Sceny nie są ustawiane, pokazują wiejskie życie w Małopolsce i Wielkopolsce. Znam historie moich bohaterów na długo przed i po uwolnieniu migawki.

Irzyk, który na fotografii klepie kosę dawno już nie chodzi z końmi do Doliny Pięciu Stawów, a dziewczynka przycupnięta koło pieca to przyszła mistrzyni Polski w gigancie
i
wicemistrzyni w slalomie.

O kilku z nich opowiem:

Małopolska, Lachowice, Beskidy

Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.

Józka od Pudy grabiła skoszoną trawę. Na tym polu, jak sięgnę pamięcią zawsze rosła trawa. W zależności od pogody i umiejętności przerzucania jej lub przegrabiania, trawa po kilku dniach stawała się sianiem. Potem układało się ją na ostwiach. Ponieważ wujek Kazek miał lepsze grabie, były większe i miały więcej zębów, Józka często od niego je pożyczała, a może przychodziła tylko pogadać.

Pole od dawna nieuprawiane i niekoszone jest wystawione od kilku lat na sprzedaż.

Okno, przez które spoglądają dziewczynki, mieściło się w domu, w którym urodził się mój ojciec. Dom drewniany, zbudowany bez użycia gwoździa prawie 200 lat temu, niestety nie zaistniał w żadnym spisie zabytków, a obecny właściciel zniszczył to, co stare i piękne. Drewniane bele zastąpił pustakami, okna wstawił plastikowe, nawet ponad stuletni eternit zastąpił blachą.

Dziewczęta spoglądają do kuchni, wtedy jeszcze z piecem i polepą czyli podłogą z gliny.
W tej kuchni babcia gnieździła się z całą rodziną, urodziła jedenaścioro dzieci.

Ojciec pisał we wspomnieniach:

„Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili”.


Wielkopolska, Sośnica koło Jarocina

Ciocia Bronia, najukochańsza ciocia, pracowita jak mrówka, skora do żartów jak wszyscy w Sośnicy. Często pamiętam jej złożone ku niebu ręce. Nie wiem, czy dziękowała, czy przepraszała w danym momencie Pana Boga. Była prawą ręką proboszcza. Rano zdążyła posprzątać w kościele, oporządzić gospodarstwo i ukręcić masło. To urządzenie, na którym siedzi, to maselnica korbowa.

Prawdopodobnie była sobota. W niedzielę zawsze był rosół. Że akurat na nią padło, no cóż pech. Kiedyś myślałam, że ten, który przeżył i zdumiony patrzy na pieniek, siekierę i głowę i może opłakuje swoją najdroższą, to kogut. Teraz mam wątpliwości, całkiem możliwe, że to kura i jej ból siostrzeński jest o wiele większy. Ból i strach, bo następnym razem może ona będzie przeznaczona na pieniek i rosół. Kogut, dopóki jest jeden, nie ma się czego obawiać.

Salcia i Baran (Salomea to imię, Baran nazwisko)

Cała rodzina ze strony mojej mamy ciężko pracowała na roli i w gospodarstwie, ale potrafiła w tę pracę, a zwłaszcza w momenty po pracy, wnieść tyle radości, żartu, uciechy, wygłupów, że aż tęsknię do tych chwil. Baran był sąsiadem, lubił wypić, bardzo zdolny, rzeźbił, malował, nie tylko ściany. Śpiewać też umiał i grać na gitarze. Nie przeszkadzało mu, że gitara miała cztery struny, w tym jedną ze sznurka. Salcia śpiewała albo „Koło mego ogródeczka”, albo stare niemieckie piosenki. Nauczyła się ich, pracując podczas wojny
„u Helmutów”.

Pojechaliśmy rowerami z wujkiem Idkiem na otwarcie sklepu, małego “z kolonialką”, jak mówił Idek. Sklep był już jakiś czas otwarty, ale właściciel, kolega Idka, wyznając zasadę „Zastaw się, a postaw się” i wywieszając kartkę ZAMKNIĘTE, zrobił dla nas otwarcie specjalne. Wypiliśmy chyba wszystko procentowe, co miał „na sklepie.” Podobno po miesiącu zbankrutował.


Tatry, Schronisko w Dolinie Roztoki i na Ornaku

Irzyk klepie kosę. Właśnie wrócił ze Stawów, rozprzągł konie, puścił luzem. W zasadzie to nie wiem, po co ją klepie. Przed schroniskiem trawy się nie kosiło, może lubi. Jutro znowu konie wywiozą towar pod kolejkę do schroniska w Stawach (Dolina Pięciu Stawów Polskich). Jak kolejka nawali, to Irzyk uwiąże konie i towar będzie wnosił na plecach. Wieczorem napali w „hajcu” i punktualnie na dobranockę zjawi się w „jadalence”. Uwielbiał kreskówki.

Tadzia poznałam w Roztoce. Chodził po schroniskach i zbierał po ceprach puste „flaszeczki”. Niektórzy go przepędzali, ale w Roztoce zawsze dostał ciepłą strawę i nocleg. Tadziu był sprawny inaczej, trochę żył w swoim świecie, ale doskonale radził sobie poza swoim światem. Do renty dorabiał jak mógł i gdzie tylko mógł. Zbierał grzyby, borówki, jeżyny, makulaturę i wspomniane już flaszeczki. Afera zrobiła się wtedy, gdy pokazał jakiemuś dziennikarzowi dokumentację swoich zbiorów, a zapisywał skrupulatnie, tak jak umiał w 16-kartkowych zeszytach w kratkę, ile flasazek zebrał i z jakiego schroniska. Artykuł podobno się ukazał, no i wiadomo było, gdzie piją najwięcej.

Przyjeżdżał w Tatry z rodzicami, Nie pamiętam jego imienia, małomówny. Siadał przed schroniskiem w charakterystycznej dla wszystkich chłopców w jego wieku pozie. Nie posiadając smartfona nudził się kreatywnie. Miał nożyk i patyk.

Agnieszka dzieciństwo spędziła w schronisku, najczęściej w kuchni wśrod kucharek. Zanim zaczęła chodzić, jeżdziła już na nartach w nosidełku z mamą lub tatą. W 2006 roku została mistrzynią Polski w gigancie i wicemistrzynią w slalomie. W 2010 roku wystartowała na zimowej olimpiadzie w Vancouver.

Niektóre z portretowanych osób już dawno odeszły, niektórzy podrośli i wiodą inne życie, część sprzętów wyrzucono na śmietnik. Ze starego domu ojca uratowaliśmy kilka kawałków drewna, z domu matki kilka kamieni. Oprócz wspomnień i kilkudziesięciu zdjęcio-historii cieszy mnie to, że na posklejanej i na nowo pozbijanej ławce dziadka Piotra usiadł jego praprawnuk, a kosy używa nadal często kuzyn Jarek ze Sośnicy, choć ma w pełni zmechanizowane gospodarstwo.