Wiedźmin czyli nowa Gra o Tron

Czyta: Michał Żebrowski

Nie wiem, czy jeszcze to dziś zobaczymy, w końcu nie mam tego teasera na stronie, tylko linkuję się do Youtuba. Taki zwiastun pojawił się na oficjalnej stronie Netflixa i po kilkunastu godzinach został usunięty. Większość fanów była przekonana, że zajawkę wpuścili do sieci tacy sami jak oni – freaki Sapkowskiego. Niektórzy nie rozpoznali nawet, że w zajawce nie ma dubbingu, a wszystko czyta lektor. Muszą być bardzo młodzi.
Zobaczcie sami: TU.

Wiedźmina gra Henry Cavill i mnie wydaje się, że jest trochę za stary na Geralta i ma zbyt zniszczoną twarz, ale znowu – ten film na pewno robią ludzie młodzi, dla których każdy człowiek po 30 jest po prostu stary i dlatego Geralt jest stary.

Zresztą sam Cavill urodził się w roku 1983, ma zatem 36 lat i wygląda naprawdę dobrze. To  twórcy filmu uznali, że ma wyglądać jak stary dziad.

Przypomina mi to pewną anegdotę rodzinną. Moja cioteczna babka, Karolina Lubliner-Mianowska, była przed wojną harcerką i to w pewnym momencie w stopniu harcmistrzyni. Urodziła się w roku 1899, w latach 20 miała więc niespełna trzydziestkę.

Któregoś lata pojechały z koleżanką na inspekcję jakiegoś obozu dla dziewcząt, a oprowadzała je jedna z uczestniczek, panna w dorodnym wieku lat 15. W pewnym momencie dziewczę zwróciło się do nich bezpośrednio: “Bo wy stare zaraz macie jakieś wątroby albo dzieci”.

Wiem, wiem, to się zmienia. Z wiekiem, ale też historycznie. Ötzi, człowiek z lodowca, który żył ok. trzech tysięcy lat przed naszą erą, miał około 45 lat, gdy umarł i jak na owe czasy był naprawdę stary. Stary i samotny. Podobno nauka i to potrafiła odczytać z przebadanych szczątków. Ale był też bardzo sprawny i zamożny, nosił odzież zszytą starannie z kawałków futra i miał siekierę wykonaną z miedzi. Zresztą nie umarł śmiercią naturalną, tylko został zabity strzałą z łuku.

Tak miał wyglądać. Stary był. Wydaje mi się nawet podobny do filmowego Geralta.

A tak naprawdę wygląda Cavill – mógłby zostać nowym ulubieńcem kobiet, tak jak Jon Snow, szkoda, że zrobili z niego takiego Ötziego.

30 lat temu upadł Mur Berliński (7)

Joanna Trümner (tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Marienfelde (odcinek 2)

Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.

Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.

Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.

Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.

Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.

W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.

Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.

Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.

W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.

Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.

Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło “równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.

Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.

Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.

W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.

Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.

Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu “podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.

Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.

Cdn.

O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Barataria. Odjazd

Marek Włodarczak

W lipcu 2019 roku trójka uczestników Civil March for Aleppo spotkała się w marinie Wdzydzki Kąt, skąd podjęła próbę Ewakuacji na Wyspy Szczęśliwe. Na miejscu do ekipy dołączyła kamerzystka / reżyserka filmowa oraz dziecko.

Próba przebiegła dobrze, ale wyszły na jaw niedostatki w wyszkoleniu żeglarskim. Okazało się, że nie potrafimy żeglować na mocno przeciekających łodziach i przy przeciwnych wiatrach. Pływanie na sprawnym jachcie „Odyseusz” wychodziło nam dobrze, tylko że jachty tego typu służą do zasłużonego wypoczynku po pracy, a nie do ucieczki przed skutkami pracy*.
Takie jachty w razie Ewakuacji zostaną zajęte przez polityków, biznesmenów i innych gangsterów, a nam pozostaną dziurawe łodzie o starych podartych żaglach, często bez steru. Trzeba również liczyć się z tym, że biednemu zawsze wiatr wieje w oczy.
Myślę, że dobrze byłoby zorganizować kurs żeglowania na orp Szefowej. Orp Szefowa spełnia wszystkie warunki łodzi nie nadającej się do normalnego żeglowania, ale jako „dar hasioka” świetnie nadaje się do ćwiczenia ewakuacji w każdych warunkach.

*Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk , pracy jego umysłu, dążeń jego woli. Człowiek coraz bardziej żyje w lęku, że jego wytwory, mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam w dziejach kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Napisał Jan Paweł II w Encyklice Fides et ratio 21 lat temu. „ Świat znalazł się w stanie głębokiego globalnego kryzysu. Ten złożony wielowymiarowy kryzys ogarnął wszystkie aspekty naszego życia – zdrowie i warunki życia, jakość środowiska i stosunki społeczne, gospodarkę, technologię i politykę. Skala i ostrość tego kryzysu nie mają precedensu w dziejach ludzkości,  napisał Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny 37 lat temu. Oświecenie – rozumiane jako postęp myśli – zawsze dążyło do tego, by uwolnić człowieka od strachu i uczynić go panem. Lecz oto w pełni oświecenia ziemia stoi pod znakiem tryumfującego nieszczęścia. Napisali Adorno i Hockhaimer w pracy Dialektyka Oświecenia 72 lata temu.

Jedna z łodzi, jakie pozostaną nam zwykłym ludziom do dyspozycji, jeśli trzeba się będzie ewakuować. Odyseusz, którym autor pisze w tekście, i jego bracia i siostry w żaglach, zostaną zajęte przez pięknych, młodych, zdrowych i bogatych.

Kolejna królewska zagadka

Ewa Maria Slaska

Jakoś mi tak tego lata zeszło na królów i królowe. Kto to?

Dla Konrada

Urodziła się w Trzebnicy.

Przez 42 lata była królową i rezydowała w pewnym słynnym pałacu dłużej niż jakikolwiek z jej poprzedników i następców płci obojga.

Jej mąż był królem i wnukiem króla, ojciec też był królem i to nawet dwukrotnie.

W ciągu dziesięciu lat urodziła dziesięcioro dzieci. Jeden z jej wnuków też był królem.

Była piękna i utalentowana.


I zagadka dodatkowa, dla bardzo dociekliwych. Królowa otrzymała od pewnego króla serwis do herbaty i czekolady wykonany w fabryce porcelany w Miśni, w ulubionym przez nią chińskim stylu. W skład serwisu wchodziło po 12 filiżanek ze spodeczkami do herbaty i do czekolady, odpowiednie dzbanki, dzbanuszki i cukiernice, piecyki do podgrzewania i… duża miska. Do czego służyła miska?

Tryptyk

Teresa Rudolf

Z lotu ptaka

A dziś już miliony ludzików
ruszyły na podbój  dnia…
chętnie jedni, inni mniej…

Jedni sprawnie, inni mniej,
w “ludowisku” podobnie jak
i w mrowisku ogromny ruch…

Warto by sie lepiej, dokładniej
temu przyjrzeć, myślał ptak
lecący wysoko pod niebem.

Obniżał, lot  planując, by usiąść
na kolorowym dachu domu,
jakby byl z klocków Lego.

Dach stawał  się coraz większy
bliższy, już prawie osiągalny,
robilo się głośno, coraz głośniej…

Z dołu patrząc, ptak  był coraz niżej
coraz większy,  prawie osiągalny,
coraz, coraz bliższy… i padł strzał!

Krzyk ptaka i strzelającego
zlał się nagle jakoś w jedno,
a później wibrował już długo

krzyk triumpfu, ptak widział jak
uciekało, coraz szybciej, jego niebo,
oddalało się coraz, coraz dalej…

Aż  mu wszystko, pulsując, ucichło.

Patrząc w  niebo

Mały, śliczny chłopiec z krótkimi
czarnymi, włoskami i  oczyma jak
węgiel czarnymi, patrzył w niebo…

A tam dziś taki ogromny ruch…
bardzo głośno, coraz głośniej,
różne wielkie maszyny na niebie.

Wczoraj, przedwczoraj były tu,
ciągle jestem, myślał, to nic złego,
tłumaczył  sobie, bo nie było komu.

Wielkie, coraz głośniejsze maszyny,
coraz bliżej, wielkie groźne ptaki,
krążyły, by ziać ogniem i dymem…

One są jak ptaki myślał i patrzył,
ciekawy, zdumiony, kiedy nagle
poczuł strzał… niedaleko  od ziemi.

“Ptaki nie zrobiłyby tak, nie zrobiły”,
a one oddalały się, coraz mniejsze,
nawet nie widział, jak pluły  bombami.

“Ptaki by tak nie zrobiłyby, nie zrobiły…”
myślał  króciutko czarnowłosy, czteroletni,
syryjski chłopczyk, kochający  ptaki…


Friedrich Händel

Puls szybszy,
adrenalina wzrasta

Myśliwi strzelają bardzo trafnie,
do ptaków, zajęcy, lisów, dzików
do zwierząt chorych i  zdrowych,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

“Mysliwi” strzelają bardzo trafnie,
do obcych, innych, słabych, “intruzów”
do ludzi chorych, zdrowych, dzieci,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

Myśliwce rzucaja trafnie bomby,
na swoich, na obcych, na to co w dole,
co się rusza, a nie powinno nigdy,
na to, co “nielegalnie” ciągle  gdzieś żyje.

***

Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. 

Jezioro kości Roopkund

Ewa Maria Slaska

Okropne wypadki na Giewoncie skłaniają do przypomnienia innych kończących się śmiercią katastrof górskich. Jest ich oczywiście wiele, ale zapewne najbardziej tajemnicze śmierci skrywają Himalaje, a już zwłaszcza tzw. Jezioro Kości.

Roopkund – zagadkowe Jezioro Szkieletów zlokalizowane jest w niemal całkowicie odizolowanej części Himalajów, na wysokości ponad 5000 metrów nad poziomem morza. Na dnie jeziora i na jego brzegach znajduje się około 500 ludzkich szkieletów. Jezioro zostało odkryte stosunkowo niedawno, bo dopiero w roku 1942 przez strażnika parku narodowego. Datowanie za pomocą węgla radioaktywnego wykazało, że szkielety pochodzą z czasów pomiędzy XII a XV wiekiem, jednak najstarsze znalazły się tu już w X wieku, a najnowsze – w XVIII, dzieli je więc tysiąc lat.

Skąd się wzięły te szkielety? Kto to był? Co się działo nad jeziorem Roopkund? Ofiary z ludzi jak w Chichen Itza? Mordy rytualne? Samobójstwa? Zemsta bogów gór? Nieznane bakterie albo wirusy? Jedna z teorii głosi, że były to gradobicia – grad miał mieć wielkość piłek tenisowych. Ofiar mogło być więcej, ich szkielety mogły zostać zasypane przez lawiny i osuwiska kamieni, mogły też zostać wchłonięte przez okoliczne lodowce, bo lód, jak wiadomo, wędruje. Ale nawet jeśli tak było – po co na przestrzeni tysiąca lat kilkaset osób przybyło do miejsca, gdzie nic nie ma i które nie leży na szlaku prowadzącym do jakiejś ludzkiej osady?

Można by się zastanowić, czy nie była to mistyfikacja, mająca zapewnić tym odludnym okolicom trochę turystycznego rozgłosu. Byłaby to może teoria najbliższa prawdy, ale rok 1942 doprawdy najgorzej na świecie nadawał się, by podjąć działania mające skłonić turystów do wycieczek. Już raczej do ucieczek. Ale czy było to miejsce, do którego można było uciekać z udręczonej Europy?

Ostatnie badania antropologiczne wykazują, że niektórzy zmarli byli duzi, a niektórzy mali. Cóż, można by powiedzieć, że wszędzie są ludzie mali i duzi, ale ponoć są to różnice rasowe. Byli więc przedstawiciele rasy wysokiej i rasy niskiej. Niektórzy z nich są… Europejczykami z okolic Grecji, a dokładniej Krety, to zapewne ci wyżsi. Dopóki nie było wiadomo, że niektóre szkielety są o tysiąc lat starsze od innych, dopisano jezioru Roopkund romantyczną historię – przybył tu kiedyś orszak świętujących władców z ogromną świtą (to ci wysocy), któremu towarzyszyła oczywiście masa tragarzy (to ci niżsi). Ich przybycie nie spodobało się bogini i zesłała na nich straszliwą zamieć. Podobno są nawet pieśni na ten temat. No ale nie ucztowali przecież tysiąca lat.


Cóż, może poproszę kochanych Czytelników, aby zechcieli utworzyć teorię, wyjaśniającą, co się wydarzało przez tysiąc lat nad Jeziorem Szkieletów? Można by nawet napisać jakieś opowiadanie :-).

Kobiety i Księżyc

W imieniny 2018 roku Julita Bielak przysłała mi ten wiersz, a ja już wtedy natychmiast przygotowałam ten wpis. Ponieważ to również poniedziałek, to jest on baratarystyczny, ale gdy go zaczynam, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ten w oryginale hiszpańskojęzyczny wiersz zaprowadzi.

1. Julita Bielak

Ewo Mario, na imieniny życzę Ci dobrych dni, bogatych w rzeczy ważne, od dawna planowane albo wymarzone, zdrowia.

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta,
w kobiecie, która czuje zbyt wiele,
w kobiecie, która pisze…

Nie zakochuj się w kobiecie
wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu,
w kobiecie, która ma wiarę w siebie.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która śmieje się lub płacze, gdy się kocha,
która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej…
w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne)
lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem,
która nie może żyć bez muzyki.

Nie zakochuj się w kobiecie
intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej.

Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie.
Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie,
czy pozostanie z tobą czy nie,
czy będzie cię kochać, czy nie,
od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz.
Nigdy.

Martha Rivera Garrido
❤️
Colin Page, olej

2. Martha Rivera Garrido

Nació en Santo Domingo, República Dominicana, el 19 de enero del 1960 y es biznieta del gran poeta dominicano Gastón Fernando Deligne. Poeta, narradora, ensayista de las que no abundan ni en las letras dominicanas ni en la Tierra toda, es nuestra. Como nuestra fue su otra forma de hablar: un largo silencio que no necesita traducciones. Mujer. Domadora de nudos. Biografía de un azar. Medida de rescate que nos privó de su bien: textos provocadores que agonizan bajo la superficie de un inequívoco lenguaje de poderosa alquimia filosófica. Impecable y desobediente, su trabajo nos inquieta y derrota. !Oportuno socorro espanta desazón, espanta desaliento! Esta es tu casa. Gracias.

A więc wyspiarka! Musiało tak być. Dziś poniedziałek. Dzień Księżyca i Baratarii. Nie zakochuj się jest najsłynniejszym wierszem Marty. Marta jest też tłumaczką z angielskiego, tłumaczyła między innymi wiersze Ann Sexton, Sylvii Plath i Williama Carlosa Williama. Feministka. Profesorka na gościnnych występach, ucząca pisania kreatywnego. Przed dwudziestu laty nakręciła film autorski Artyści Kwietnia, o artystach z czasu wojny domowej na Dominikanie w 1965 roku, zakończonej interwencją zbrojną USA.

3. Święta Ingrid

2 września to też dzień świętej Ingrid. Powiedziała mi o tym wiosnę tego roku katalońska przyjaciółka o niemieckim imieniu Ingrid. Czyli również ta część wpisu poczekała wiele miesięcy, zanim przyszedł jej czas. Zaglądam do Wikipedii. Na szczęście Ingrid nie była jedną z tych umęczonych nieszczęśnic wczesnego średniowiecza, trzymanych w lochach, łamanych kołem, poddawanych karze ognia, wody i krzyża za swą decyzję życia w cnocie. Wybacz mi Julito, ale dwie twoje patronki to były takie właśnie święte męczennice.

Ingrid, po polsku Ingryda, należała do grona tych świętych europejskiego średniowiecza, które najbardziej lubię – była jedną z tych władczyń, królowych, księżniczek, szlachcianek, zamożnych mieszczanek czy biednych praczek, które zakładały wspólnoty kobiece – beginek, tercjarek, sióstr zakonnych. Budowały kościoły i klasztory, albo jak u nas – uniwersytety. Te wszystkie Elżbiety, Hedwigi, Jadwigi, Brygidy, Katarzyny, Jutty, Ewy. To były nasze poprzedniczki i warto o nich pamiętać.

Ingryda Szwedzka (Elofsdotter), – ur. ok. 1220 lub 1235 (15 lat różnicy! nieźle!) w Skänninge, zm. 2 września lub 9 października 1282 tamże – ach to tylko miesiąc i tydzień, bagatelka) – szwedzka zakonnica, wdowa, założycielka pierwszego dominikańskiego klasztoru w Szwecji (szw. Skänninge nunnekloster) i jego pierwsza przeorysza, mistyczka i stygmatyczka, błogosławiona Kościoła katolickiego.

Urodziła się w arystokratycznej rodzinie, jako córka Elova i wnuczka (ze strony matki) szwedzkiego króla. Matka, nieznana z imienia, była siostrą arcybiskupa Folke Johanssona Angelesa. Ingryd w młodym wieku wydano za mąż, nie wiadomo jednak ani kiedy, ani za kogo. Po śmierci męża, wraz z siostrą Krystyną i innymi niewiastami, założyła grono tercjarek, pod przewodnictwem lektora Piotra z Dacji, które współpracowały z dominikanami ze Skänninge. Z przekazów Piotra wiadomo o mistycyzmie i stygmatach Ingrydy.

Pielgrzymując do Ziemi Świętej i Rzymu Ingryda uzyskała od papieża Marcina IV pozwolenie na założenie w rodzinnym mieście żeńskiego klasztoru. Uposażył go brat, Jan Elovson, reszta rodziny też go hojnie obdarowała. Uroczyste otwarcie miało miejsce w 1281 roku w obecności króla Magnusa I. Ingryda przyjęła habit dominikański i została pierwszą przeoryszą klasztoru. W rok później zmarła. Jej następczynią została jej siostra Krystyna, a ona sama została otoczona czcią.

W 1418 roku, podczas soboru w Konstancji, rozpoczęto jej proces beatyfikacyjny, który zakończył się w 1499 roku. W 1508 dokonano translacji relikwii do sanktuarium. W XVI wieku Ingryda była czczona jako święta, jednak jej kanonizacja na skutek reformacji nie doszła do skutku.

Jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 2 września lub 9 października.

Katolicki portal Deon dodaje, że w Polsce imię to nie występuje, ale i tak wszyscy znamy najsłynniejszą kobietę o tym imieniu – Ingrid Bergman. Jej najsłynniejszym filmem jest oczywiście Casablanka (1942), gdzie grały dwa bóstwa kina – ona i Humphrey Bogart. W roku 1978 zagrała w Sonacie jesiennej Ingmara Bergmana. Julita Bielak – tak właśnie zamykają się kręgi. Bergman cię fascynował, wiemy o tym z Księżyca myśliwych, książki, którą napisałyście razem z moją siostrą, Kasią Krenz.

Dziś pełnia Księżyca. Piękne urodziny.

Lonia

W dniu Jej śmierci córka umieściła na FB zdjęcie jednej z Jej prac i podpisała:
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946- 28.8.2019), z cyklu “Incurably Alive”
Dziś pogrzeb.

Ewa Maria Slaska

Informacje na FB, gdy chodzi o śmierć są zazwyczaj bardzo skąpe. Data urodzenia i śmierci, kto nieuważnie przeczyta, nawet się nie domyśli, że to współczesna klepsydra,
i nekrolog, i list do rodziny i przyjaciół na całym świecie.

Odeszła. Płaczemy. Wspominamy.

Tak zostałyśmy narysowane przez naszą córkę i synową, Anię Krenz: Antoś pomiędzy dwoma babciami, Lonia po prawej, Ewa po lewej. Była wiosna 2011, ciepło, wyszliśmy całą rodziną na spacer i ciastka do kawiarni, która się chyba nazywała Kuchen-Cafe czyli Ciastkarnia.

Czasem chodziliśmy wszyscy razem na spacery, do muzeum, do kawiarni, czasem tylko my dwie, ale tak naprawdę pamiętam ją przede wszystki ze wspólnej gry w scrabble’a. Obie to uwielbiałyśmy, reszta rodziny – różnie, czasem z nami grali, czasem nie, więc, gdy tylko Lonia przyjeżdżała i wygospodarowałyśmy trochę czasu i miejsca na planszę, siadałyśmy “do skrabelka”. Pudełko scrabble’a jest pełne poliniowanych kartek – L/E albo E/L. Gdy grałyśmy we dwie nie było innych kombinacji. I bardzo równomiernie rozłożone wygrane – raz Lonia, raz ja, a potem znowu Lonia. Ta, która wygrywała, miała, bywało, zaledwie o dwa lub trzy punkty więcej od tej, która akurat przegrała.

Wnuk spał, syn i synowa (córka i zięć) wyszli, a my grałyśmy. Tak spędziłyśmy ostatniego Sylwestra. Dużo rozmawiałyśmy podczas gry – o wszystkim, o życiu, świecie, rodzinie, przyjaciołach. Taką ją na zawsze zapamiętam. Siedzi na przeciwko mnie przy stole, popija białe wino i opowiada o tym, jaki ma pomysł na następną pracę artystyczną – rok płóciennych poduszek, każda wypełniona jakąś rośliną, charakterystyczną dla danego miesiąca. Styczeń też?, zapytałam. Luty? Tak, odpowiedziała, w ogrodzie zawsze coś rośnie.

Ogród. Czarodziejskie miejsce. Dziki ogród, wymagający więcej pracy niż niektóre wymuskane grządki. Ukochane miejsce całej rodziny. Rajski ogród.

Na zdjęciu Antoś gra z babcią w piłkę. To ten ogród sprawił, że Antoś uważa, że w Polsce żyje się lepiej niż w Niemczech, a na wsi lepiej niż w mieście (choć Puszczykówko to nie wieś przecież, tylko miasteczko).

Lonia i Antoś tępią ślimaki. Lonia i Antoś karmią kota, Rysia. Lonia i Antoś wyrywają małe dęby (zawsze, jak mi o tym opowiadali, myślałam o Małym księciu i baobabach, które mogły rozsadzić planetę). Lonia gra z Antosiem w piłkę.

Zawsze w rajskim ogrodzie, pełnym kwiatów o każdej porze roku.

Mam w kuchni jej obraz pełen takich właśnie skromnych kwiatów. Była jak Wyspiański, widziała piękno w każdym najmniejszym kwiatuszku.

Lonia z Anią tyle lat temu.

Patrzę na to zdjęcie i myślę – tak, taka byłaś. Znałyśmy się już wtedy, co się większości “współteściowych” nie przydarza. Ale nam tak.

Gdy się dowiedziałam o twojej śmierci, byłam w mieście. Szłam powoli do domu i po drodze minęłam galerię CRONE na Fasanenstrasse w Berlinie.

Do dziś jest tam wystawa Milena Tilla, zatytułowana Signature. Przypomniały mi się nasze wspólne szczęśliwe czasy, gdy przyjeżdżaliście na wernisaże do Galerii ZERO, którą prowadziły na Kreuzbergu nasze dzieci. Czasem, gdy była pogoda, wystawialiśmy stoły i ławki na ulicę i jedliśmy nieśmiertelny makaron z sosem pomidorowym. Weszłam do Galerii, zobaczyłam, że każdy może się podpisać na ścianie. Więc podpisałam Ciebie.

Dziś po finisażu ściany galerii zostaną z powrotem zamalowane na biało. Tam się kiedyś spotkamy, w tej białej przestrzeni.

Lonia.

Zawsze z książką lub gazetą, zawsze z krzyżówką i kubkiem kawy, takiej po polsku, sypanej. Miejmy nadzieję, że tam też będzie ją mogła pić.

Do zobaczenia, Loniu! Pozdrów od nas wszystkich.

Rule Britannia

Lech Milewski

Jedną z wymiernych korzyści zamieszkiwania w Australii jest możliwość wysłuchania w tutejszym radio transmisji z Promenade Concerts – Koncertów Promenadowych, organizowanych co roku w Anglii.
Koncerty promenadowe – tak to kiedyś bywało – ludzie szli na spacer do parku, a tam przygrywała orkiestra. W Anglii było to bardzo popularne już od połowy XVIII wieku.
W 1895 roku angielski impresario Robert Newman wpadł na pomysł, żeby zorganizować serię tanich, popularnych koncertów symfonicznych w sezonie letnim. Znając kaprysy angielskiej pogody zorganizował je w przestronnej sali Queens Hall w centrum Londynu.
Pierwszy dyrygent Promenade Concerts, Henry Woods, tak wyłożył swoją koncepcję;
“Zamierzam poprowadzić koncerty w celu przygotowania publiczności w łatwy sposób. Najpierw muzyka popularna stopniowo wznosząca się, aż przygotujemy publiczność do odbioru muzyki klasycznej i nowoczesnej”.

Wielka Brytania jest w tej szczęśliwej sytuacji, że inicjatywy tego rodzaju mają szansę przetrwania przez wieki, niezakłócone przez wojny i okupacje. Promenade Concerts przetrwały 124 lata i z roku na rok mają się coraz lepiej.
Podczas II Wojny Światowej, w maju 1941 roku, Queens Hall został zburzony przez niemieckie lotnictwo. Zanim nadeszło lato, organizatorzy zdążyli przenieść koncerty do Albert Hall, gdzie rezydują do dzisiaj. Jednocześnie rozgłośnia radiowa BBC przejęła patronat nad imprezą.

Od kilkunastu lat sezon koncertowy trwa osiem tygodni. W tym roku koncerty rozpoczęły się 19 lipca i zakończą 14 września. W tym okresie odbędzie się 75 koncertów.

Zgodnie z przewidywaniami Sir Henry Woodsa koncerty wychowały grono publiczności, nie mieszczące się w wielkiej sali Albert Hall – ponad 5000 miejsc. Kilkanaście koncertów odbywa się w innych salach. Prócz tego odbywają się koncerty w parkach i to nie tylko w Londynie (Hyde Park) ale również w Glasgow, Belfaście, Swansea, Bangor.
Organizatorzy starają się nie zważać na żelazne prawa wolnego rynku i mimo niezwykłego popytu, utrzymują stosunkowo niskie ceny biletów i wymyślają różne kruczki, żeby uniknąć czarnego rynku i spekulacji. Na przykład bilety można kupić w internecie, ale nie bezpośrednio, lecz na zasadzie losowania. Bilet na miejsce stojące na ostatni koncert mogą zakupić osoby, które kupiły bilety na conajmniej pięć koncertów, ale i tak muszą odstać swoje w kolejce (a raczej odespać, bo kolejka formuje się kilka dni wcześniej).
A my w Australii, niby niepodległej, ale jednak podłegłej brytyjskiej królowej, możemy posłuchać wielu koncertów w naszym radio ABC. Chciałoby się powiedzieć – słodkie to poddaństwo.
Mam nadzieję, że pozostałe kraje wspólnoty brytyjskiej też korzystają z tego przywileju.

W 1956 roku w koncertach wystąpiła pierwsza orkiestra zagraniczna. Była nią Orkiestra Symfoniczna Radia Moskwa.

Kulminacją serii jest oczywiście ostatni koncert – Last Night of the Proms. Na tę okazję usuwa się trochę krzeseł w sali koncertowej; w ich miejsce może się zmieścić tysiąc stojacych słuchaczy. Żeby tylko stojących – oni rytmicznie uginają nogi, podskakują (nierytmicznie), wymachuja flagami, rzucają confetti.
Równolegle odbywaja się koncerty i bezpośrednie transmisje w parkach, w których bierze udział około 70 tysięcy osób.

Last night of the Proms prezentuje bardziej popularny program a kończy się trzema żelaznymi pozycjami:
– Edward Elgar – Pomp and Circumstances March No 1, przy akompaniamencie którego cała publiczność śpiewa pieśń Land of Hope i Glory. To właśnie podczas wykonywania tego utworu słuchacze rytmicznie uginają nogi – zobaczcie koniecznie – KLIK.
– Hymn Rule Britannia. Wykonawcy zakładają oryginalne stroje. Szczególnie imponująco wygladają kobiety ubrane w stroje rodem z oper Wagnera – KLIK.
Jednak według mnie to nie jest pieśń na kobiecy głos. Męskie wykonanie tutaj – KLIK.
– Śpiewana przez całą publiczność pieśń Jerusalem, po której następuje hymn angielski – KLIK.

Koniec wspomnienia, ale ja jeszcze nucę Rule Britannia. Tekst pierwszej zwrotki poniżej:

When Britain first, at Heaven’s command
Arose from out the azure main;
This was the charter of the land,
And guardian angels sang this strain:
Rule, Britannia! Britannia rule the waves:
Britons never will be slaves.

Pozwoliłem sobie przetłumaczyć refren na polski:

Rządź Brytanio, panuj morskiej toni,
Brytyjczycy zawsze będą wolni.

Szkoda, że nie potrafiłem w tłumaczeniu zachować tych fal – rządź więc nam Brytanio przynajmniej na falach radiowych.

PS1. Często spotykam się z opinią, że nie warto chodzić na koncerty bo przecież można posłuchać muzyki z CD, w najlepszym wykonaniu, nagranej w idealnych warunkach.
Tak, ale według mnie bezpośredni kontakt z orkiestrą to dodatkowy wymiar.

Do dzisiaj pamiętam warszawską premierę Pasji wg św Łukasza Krzysztofa Pendereckiego. Przed rozpoczęciem utworu czuć było w powietrzu jakąś tremę, nerwowość orkiestry, która i mnie się udzieliła. Wydaje mi się, że dodało to słuchaczom wrażliwości tak potrzebnej do odbioru tego dzieła. I odwrotnie – koncert orkiestry miasta Skopje występującej po trzęsieniu ziemi w roku 1963. Dość przeciętną orkiestrę prowadził jeden z najsłynniejszych dyrygentów – Igor Markevitch, który na rok porzucił w tym celu najlepsze orkiestry świata. Czuć było znużenie dyrygenta, jakąś bezradność z powodu ograniczeń technicznych orkiestry. A jednocześnie ogromny wysiłek orkiestry, żeby przeskoczyć samych siebie. Czasami wydawało mi sie, że oni chcą się wydobyć z ruin zburzonego przez trzęsienie ziemi budynku.

I jeszcze jedna sprawa – publiczność. No właśnie, kaszlą, biją brawa w niewłaściwym miejscu. Szczególnie mnie cieszą te brawa, pod warunkiem, że spontaniczne. Tak jest! Tak im się podobało, że nie mógli się powstrzymać. Czyż nie taki powinien być odbiór sztuki?
A kasłanie… kiedyś podczas koncertu usłyszałem za sobą jakiś syk i jakby bulgotanie.
Ktoś zasnął – pomyślałem – i obróciłem gniewnie głowę. Za mną siedział starszy pan podłączony do butli z tlenem. Zauważył moja reakcję i uśmiechnął się do mnie przepraszająco. Odwzajemniłem jego uśmiech, już przez łzy, a potem wyczekiwałem tego syku i miałem wrażenie, że do mnie też dopływa zwiększona dawka tlenu.
Tę ostatnią historię opowiadałem już pewnie w tym samym towarzystwie, ale chyba warta powtórzenia.

PS2. Szczegółowa informacja o imprezie znajduje się tutaj – KLIK. Uprzedzam, że niektóre fakty mogą nie zgadzać się z tym co napisałem powyżej – tym gorzej dla faktów.

PS3. Powyższe piszę w Australii i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przecież znakomita większość czytelników tego blogu znajduje się o żabi skok od Londynu. Proszę Państwa, macie jeszcze ponad dwa tygodnie. Dokładny program tegorocznej serii TUTAJ, jeszcze są bilety, sprawdziłem.


Uwaga od Adminki: niemiecka telewizja NDR co roku nadaje relacje z Last Night of the Proms. W tym roku oczywiście też. Proszę bardzo TU! To już 38 raz!

Można nawet poprosić o przypomnienie mailem, że taka audycja zostanie nadana. Poprosiłam!

Będzie tak (mniejszego obrazka nie mieli):

Und für meine Deutsche Leser:

Last Night of the Proms 2019

Live aus London

Samstag, 14. September 2019, 22:00 bis 23:30 Uhr

Auch die 125. Saison der Henry Wood Promenaden Konzerte in London endet wie in jedem Jahr mit der spektakulären “Last Night of the Proms”. Das NDR Fernsehen überträgt das Ereignis dieses Jahr bereits zum 38. Mal live aus der Royal Albert Hall in London.

Unter Mitwirkung von Jamie Barton (Mezzosopran), den BBC Singers, dem BBC Symphony Chorus spielt das BBC Symphony Orchestra unter der Leitung des finnischen Dirigenten Sakari Oramo unter anderem folgende traditionelle Klassiker:

Edward Elgar: Pomp and Circumstance March No 1 in D major, “Land of Hope and Glory”
Edward Elgar: “Fantasia on British Sea-Songs”
Thomas Arne: “Rule, Britannia!”
Hubert Parry: “Jerusalem”
“The National Anthem”