W Jerozolimie (Reblog)

Jacek Pałasiński

Tę kulinarną przygodę, to już na pewno opisałem w „Najpiękniejszych słowach”! Ale… Kto czytał odświeży, kto nie czytał – może się zdecyduje?

W 2002 r. byłem za JPII w Jerozolimie. Pobyt w tym mieście zawsze jest magiczny, więc i tym razem, mimo nawału pracy, chodziłem trochę w różowej chmurze, na granicy jawy i urojenia. Obserwowałem błyskawiczną przemianę jednego z polskich dziennikarzy, wówczas mojego redakcyjnego kolegi: z racjonalnego stał się osobnikiem opętanym religijnie i nie przypadkiem stoi dziś na czele organizacji o szlachetnej nazwie, przemienionej w odrażającą szczujnię.

Rozmawiałem – i rozmowy te zapadły mi głęboko w duszę – z Żydami i Arabami; jedni i drudzy obywatele Izraela, tłumaczyli mi dlaczego żyją w apartheidzie i dlaczego poprawne stosunki w pracy nigdy nie mogą przekuć się w stosunki koleżeńskie…

Niejaki R., dziennikarz włoski którego życie toczyło się wyłącznie wokół religii i dlatego przeniósł się na stałe do Jerozolimy, dołączył do naszego międzynarodowego grona watykanistów, pracujących na stałe w Sala Stampa Vaticana. Uważał nas – jak wielu jemu podobnych na całym świecie – za grupę szczególnie uprzywilejowanych wybrańców, dostępujących na co dzień zaszczytu obcowania ze Świętą Stolicą i świętymi purpuratami ją zaludniającymi. On też nie wiedział, że nasze rozmowy będą dla niego szokujące i rozczarowujące.

Ale R. był wprowadzony we wszystkie tajniki Jerozolimy i namówił nas – bez większego trudu zresztą – na wizytę w wyjątkowej restauracji. Prowadził ją irański Żyd, lata po alii, też opętany religijnie.
To była wyjątkowa restauracja, ponieważ działała tylko przez pół roku i na posiłki czekało się bardzo długo, zważywszy, że przygotowywał je i podawał sam właściciel. Wszystko dlatego, że serwowano tam wyłącznie dania wspomniane w Biblii oraz w Misznie i Gemarze. Dlatego przez pół roku Irańczyk chodził po pustyni i po górach, szukając odpowiednich ziół i roślin i trzymał restaurację otwartą do wyczerpania ich zapasów.

Dostać się tam nie było proste, bo oczekiwanie na miejsce przy stoliku trwało miesiące. Ale zrobił wyjątek dla nas z poczucia gościnności wobec „świty papieża”. Poszliśmy tam wieczorem, po pracy, przejęci i podnieceni: cóż to będzie za przygoda, co za wyróżnienie! Zasiedliśmy, a na stół, jedna po drugiej, wjeżdżały dostojnie kolejne miseczki z biblijnymi daniami. Mieliśmy poczucie obcowania z transcendentalnym, atmosfera była uroczysta, że bardziej się nie da.

Nigdy nie zapomnę tej jerozolimskiej kolacji. Również dlatego, że nigdy przedtem, ani nigdy potem niczego równie niesmacznego nie miałem w ustach! Dominowała przykra gorycz i smaki tyleż egzotyczne, co powszechnie uważane za nie nadające się do spożycia.

Potem wielokrotnie wracałem do Jerozolimy i szukałem tego miejsca, chcąc odtworzyć tamten moment. Ale w miejscu, w którym wtedy byliśmy nie było śladu po restauracji, i przechodnie i pracujący opodal urzędnicy pamiętali ją, ale nie wiedzieli, co się z nią stało: czy została zamknięta, czy też może właściciel, religijny Irański Żyd umarł i nikt już nie robi potraw na podstawie Świętej Księgi i przypisów do niej.

Barataria-Kulinaria ciąg dalszy

czyli Tortilla u Sancho Pansy

o dwa dni później, bo w poniedziałek Barataria ustąpiła miejsca apelowi o usunięcie niejakiego Ujazdowskiego z list wyborczych opozycji w okręgu numer 44 w Warszawie (tu głosują wszyscy Polacy mieszkający za granicą). Myślę, że Sancho Pansa nie takie rzeczy widział w swoim mądrym życiu i wie, że w takiej sytuacji trzeba było ustąpić, a w międzyczasie po prostu się dobrze posilić.

Wydawnictwo Watra, wydanie I, Warszawa 1977
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny;
ciekawe, iż autorzy uważają Don Kichota za książkę już zapomnianą

LA MANCZA

Czy pamiętacie początek księgi, ongiś tak słynnej, a dziś poza Hiszpanią prawie już zapomnianej? Powieści o szalonym, romantycznym rycerzu, walczącym z wiatrakami, oraz o jego grubym, roztropnym giermku?
„W pewnej miejscowości Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta. Garnek bigosu, w którym więcej było chabliny niż barana, sałatka mięsna prawie co wieczora, w sobotę „żałosne szczątki”, soczewica w piątek, a w niedzielę gołąbek jakiś na dodatek – pochłaniały trzy czwarte jego mienia”

Nie musiało być wiele tego mienia, skoro szło ono na strawę najprostszą. Bigosem nazywa tłumacz narodową potrawę hiszpańską olla podrida, co dosłownie znaczy — zgniły garnek, i składa się z co dzień odgrzewanych resztek. „Żałosne szczątki” to nic innego, jak gotowane podroby owiec rozszarpanych przez wilki lub spadłych ze skał.
W krainie Don Kichota i Sancho Pansy, gdzie — w myśl ludowego porzekadła — zima trwa dziewięć miesięcy, a później następują trzy miesiące piekła, pożywienie odgrywało jeszcze ważniejszą rolę niż w innych prowincjach. Klimat niezbyt sprzyja tu uprawom, zwłaszcza że odziedziczoną po Maurach wysoką kulturę rolną zniszczyła w XVII w. mesta – zbrojna organizacja hodowców owiec eksportujących wełnę do manufaktur Flandrii i podporządkowujących wszystko potrzebom ogromnych stad wędrujących po kraju w poszukiwaniu pastwisk, tratujących pola, rozdeptujących drogi, kanały, całe wsie i miasteczka. Z takim właśnie stadem walczy rycerz w powieści Cervantesa, a w obłę­dzie na współczesne tło nakładają mu się wspomnienia niedalekiej przeszłości. La Mancza bowiem, bezkresna, sucha wyżyna zamknięta pasmami Gór Toledańskich, Serrania de Cuenca, Sierra de la Alcarria i Sierra Morena była przez wieki ogromnym polem bitew między chrześcijańską Północą i muzułmańskim
Południem. Niewiele wcześniej przed czasami Don Kichota, rycerz i jego sługa nie musieli długo szukać wrogów, mieli ich
dosłownie za progiem. Dziś możemy odbyć wspaniałą wycieczkę przez „kraj Don Kichota”. Od wsi Puerto Lśpice przy szosie z Madrytu do Andaluzji, przez „serce Manczy” — białe miasteczko Alcazar de San Juan, otoczone przysadzistymi wiatrakami na wzgórzach (w jednym z nich mieści się kapituła „Bractwo Sancho Pansy”) do El Toboso, rodzinnej wsi ukochanej błędnego rycerza, pięknej Dulcynei.
Wędrówka jest tym przyjemniejsza, że często przerywamy ją, by wstąpić na małą ucztę. Nie można ominąć gospody „Venta del Ouijote” w Puerto Lapice, ponoć tej samej, gdzie tak okrutnie potraktowano rycerza czuwającego całą noc przy starym studziennym żurawiu. Takie gospody miały od dawna swe miejsce w literaturze, ale nie było ono zbyt zaszczytne. „Gospoda hiszpań­ska” – określenie przysłowiowe – oznaczało kiedyś cuchnące wnętrze, twarde łoże pełne robactwa i posiłki przyrządzane z własnych wiktuałów, bowiem ze względu na gorący klimat nie wolno było oberżystom (aż do końca XIX w.) robić zapasów
produktów ulegających zepsuciu, przede wszystkim mięs i świeżej ryby. Podróżny zdany był na własną zapobiegliwość i chyba z tych czasów wywodzi się popularność tortilli.
Jeszcze dziś szybkość hiszpańskich kolei — poza luksusowymi ekspresami — bywa przedmiotem zjadliwych dowcipów. A odleg­łości są ogromne… Można więc sobie wyobrazić, jak podróżowano sto czy dwieście lat temu. Wybierający się w podróż musieli zabierać niemal wszystkie wiktuały potrzebne im w drodze. Jajka, które nie psują się tak szybko, odgrywały w kuchni rolę zasadniczą. Stąd może ponad 500 przepisów na omlety-tortille. Stąd też w hiszpańskiej kuchni tyle potraw z ryżu, grochu, suszonych ryb i wędzonej szynki, którą można przechowywać latami.
Kuchnia w La Manczy jest na wskroś chłopska i gospody wiernie tę tradycję pielęgnują. Dają jeść prosto, solidnie, bez zbędnego wyrafinowania. Na talerzach znajdziemy baraninę i dziczyznę, polane tojunto — ostrym sosem, pachnącym silnie szafranem. Jeśli to sezon polowań, podadzą nam z pewnością gazpacho manchego, które nie ma nic wspólnego z andaluzyjskim. Jest to potrawka z duszonych kuropatw i królika, o bardzo pikantnym smaku. Wina z Valdepeńas złagodzą żar przypraw. Najbardziej znane gatunki to: Campo de Criptana, Campo de Calatrava i Alcazar de San Juan. Nie żałujmy ich sobie, bo nie znoszą transportu i mogą być próbowane tylko na miejscu! Warte uwagi są również wina Casas Ibanez, a wino z Manzanares w prowincji Ciudad Real konkuruje z Rioją — jako wino stołowe. Właśnie z Ciudad Real pochodzili owi wujowie Sancho Pansy, słynni kiperzy. „Dano im raz obydwom skosztować wino z pewnej beczki, pytając jakie jest ich mniemanie o jego wieku, wartości, czy też brakach. Jeden spróbował końcem języka, drugi powąchał ino. Pierwszy rzekł, że wino czuć żelazem, drugi, że raczej kordubanem. Właściciel mówił, że beczka była czysta i że wino nie miało żadnej domieszki, od której mogłoby przejąć smak żelaza czy skóry. Mimo to, obaj słynni smakosze upierali się przy swoim zdaniu. Czas upłynął, wino sprzedano i przy czyszczeniu beczki znaleziono maleńki kluczyk zawieszony na rzemyku z kordubanu”.
I choć na winach znać się — wielka sztuka, zawsze warto podjąć próbę jej opanowania. Zwłaszcza, jeżeli trafi się verbena, a tych naprawdę w Hiszpanii nie brakuje. Sezon zaczyna się 15 maja, na świętego Izydora Oracza, a kończy w połowie października na Świętą Dziewicę del Pilar, patronkę Hiszpanii… Święci patroni
verben (ludowych świąt) są tylko pretekstem do wielkiego, radosnego „ruchomego święta”, będącego połączeniem jarmarku i odpustu, z obowiązkowym wesołym miasteczkiem, a często i wystawą rolniczą. Blisko karuzeli na parkiecie z desek młodzi gną się w najmodniejszych tańcach, a tuż obok starsi wybijają rękami skomplikowany rytm seguidilli. Najsłynniejsze piwnice zapraszają na szklaneczkę wina, obok sprzedaje się Coca-Colę i dmuchaną kukurydzę. Wspaniałe langusty sąsiadują na straganie z kurczakiem za grosze, obok – salon gier zręcznościowych, konkurs tańca, strzelnica… Do białego świtu mistrzowie celnych strzałów włóczą się z nagrodami — ohydnymi lalkami pod pachą lub z szklanymi pucharkami, mającymi imitować kryształ. Ludzie przychodzą, odchodzą, znów powracają, najczęściej całymi rodzinami, z przyjaciółmi, sąsiadami. Tak jak za czasów swojej młodości, tak jak za czasów swych ojców, dziadków, tak jak zawsze…

Po opisie prowincji hiszpańskich autorzy proponują przepisy, zaczynając od krótkiego przeglądu tortilli. Jest to, jak sami twierdzą, danie herbowe tej książki. Postanowiliśmy zaprezentować po jednym przepisie z każdej prowincji – jest ich wg obecnego podziału admi nistracyjnego 17. Jest to zatem błyskawiczna “Tour d’Espagne”, lecz nie na latającym dywanie, lecz na omlecie.

Prezentację rozpoczyna tortilla z bobem (Tortilla de habas) z la Manczy (uwaga w wydaniu I nie ma tylu przepisów na tortille, ile jest ich w wydaniu III; m.in. nie ma tej właśnie).

6 jajek
1kg łuskanego bobu
2 średnie cebule
rosół
masło, oliwa, słonina
sól

Rozgrzać na patelni łyżkę stołową oliwy i łyżkę stołową masła, usmażyć na szklisto drobno posiekaną cebulę. Dodać młody, delikatny bób, smażyć mieszając, dodając po łyżce gorącego rosołu (może być bulion z kostki). Trzeba bardzo uważać, żeby bób się nie przypalił, bo będzie twardy.

Kiedy bób będzie niemal gotowy, na drugiej patelni posmarowanej oliwą usmażyć omlet z dokładnie ubitych jajek – powinien mieć ok. 1 cm. grubości. Przez cały czas smażenia trzeba potrząsać patelnią, aby omlet się nie przypalił. W momencie gdy masa jajeczna zacznie krzepnąć, położyć na nią bób i lekko docisnąć widelcem. Kiedy jajka będą całkowicie ścięte, wykładamy omlet na talerz trzymany w drugiej ręce, po czym znów zsuwamy go na patelnię i przysmażamy z drugiej strony, nadal lekko potrząsając. Tortilla powinna być z wierzchu sucha, a wewnątrz soczysta.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska.
Wszystkie cytaty za: Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichote. Tłum. Anna Ludwika Czerny i Ludwik Zygmunt Czerny, PIW 1957

30 lat temu upadł Mur Berliński (6)

Joanna Trümner (tekst) / Ela Kargol (zdjęcia)

Obóz w Marienfelde

Część pierwsza

Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.

Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?

Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.

Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.

Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.

Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.

Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.

Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.

Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.

Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.

Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.

Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.

Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.

Cdn.

Do prezesa Platformy Obywatelskiej, Grzegorza Schetyny

“NIE” dla Ujazdowskiego jako kandydata
z list opozycji do senatu!

Kampanię utworzył(a)
Zuza Skórniewska

Proszę o wycofanie kandydatury Kazimierza Michała Ujazdowskiego, jako reprezentanta KO+Lewicy w okręgu 44 (Warszawa -Białołęka, -Bielany, -Śródmieście i -Żoliborz +ludzie głosujący za granicą) w wyborach do senatu, jako iż jego poglądy nie reprezentują tego, co powinno się nazywać zdecydowaną i widoczną opozycją, wobec konserwatywnej partii PIS.

Człowiek o poglądach jawnie konserwatywnych, popierający zaostrzenie aborcji, będący sojusznikiem radykalnej grupy antichoice, Ordo Iuris i ponadto jawnie podkreślający swój brak akceptacji wobec osób homoseksualnych, biseksualnych i transpłciowych (w skrócie LGBT) nie może reprezentować ludzi, którzy nie zgadzając się z polityką PIS, chcą zagłosować na alternatywę. Taka alternatywa zostaje nam obecnie odebrana i pozostaje nam tylko wybierać pomiędzy dwoma wariantami polityki PIS – czy to na tym polega demokracja?

Dlaczego ta sprawa jest ważna?

Sprawa ta jest o tyle ważna, iż nie dotyczy wyłącznie mieszkańców Warszawy zameldowanych na terenie okręgu 44, ale i każdego obywatela Rzeczypospolitej Polski głosującego za granicą – wszyscy ludzie, głosujący za granicą “zameldowani” są bowiem w okręgu 44.
Nam wszystkim, czyli milionom ludzi, którzy zdecydowani są głosować na politykę bardziej inkluzyjną i mniej konserwatywną, odebrane zostaje prawo głosu – nie możemy wyrazić na jakiej polityce nam naprawdę zależy. Twoi wyborcy nie bez powodu nie głosują na PIS, nie chcemy głosować na człowieka, który de facto reprezentuje politykę partii, wobec której Twoja partia rzekomo jest w opozycji.

Człowiek, który:
1. Ma czelność odmawiać kobietom praw człowieka i pchać się, by decydować o ich losie, życiu i prawach reprodukcyjnych;
2. Odpowiada się za “leczeniem” z homoseksualizmu;
3. Manifestował swoje rasistowskie i antysemickie uprzedzenia (poprzez uczestniczenie w nagonce o tle antysemickim wymierzonej w polską artystkę żydowskiego pochodzenia, Andę Rottenberg, co poskutkowało jej odejściem z muzeum Zachęty)…

…nie jest reprezentantem polityki, którą chcą wspierać Pańscy wyborcy.
Prosimy o niezwłocznie wycofanie kandydatury tego człowieka.

Z uszanowaniami,
Sygnatariuszki i Sygnatariusze

Podpisz apel


Niektóre powody złożenia podpisu

  • Wystawianie podróbki PiSu do starcia z PiS to żart
    z wyborców. KMU nie będzie mnie w żaden sposób reprezentował jako wyborcy.

  • Ujazdowski to katolicki fanatyk, jego miejsce jest w pisie.

  • Bo w tym kraju już jest dosyć polityków reprezentujących ciemnogród.

Barwy tęczy

Ewa Karbowska

O BARWACH – I O NICH TEŻ

że nastała nagle pora
czas prawienia
o kolorach:

*

barwy partii
kolor kwiatu
odcień znaczeń poematu

*

w sprawie wiece i pochody
przyzwoitość kwestią mody?
dosyć licznie i masowo czerń neguje kolorowość

*

i łowickość na spódnicy
że gustowna?
sama krzyczy

*

zmysł się wdzięczy
w dniu zaręczyn
pośród tkanin pełnej tęczy

*

jednobarwność kopie w zadek
zamiar taki
czy przypadek?

Zbiórka na Palimpsest

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Od Adminki:

Na portalu Polak potrafi mój przyjaciel, brzeski autor Radek Wiśniewski zbiera na wydanie książki. Tak sobie pomyślałam, że w zeszłym roku zbierałam na urodziny na czyszczenie oceanów. W tym roku też bym Was poprosiła, żebyście wpłacili pieniądze na oceany, ale właśnie jak zamierzałam uruchomić akcję, Radek przysłał informację o swojej nowej książce. Proszę Was więc, jeśli chcieliście jakoś “obejść” moje urodziny, to wpłaćcie proszę choćby to słynne jedno euro na wydanie książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Moich urodzin i tak już nigdy więcej nie będę obchodziła, ale to przecież nie zmienia faktu, że mogę liczyć na to, że chcieliście mi kupić kwiaty albo wino, a wydacie mi na urodziny książkę Radka.

Radek pojawia się na blogu dosyć rzadko, choć kiedyś obiecywał, że będzie to robił raz na tydzień, ale bogać tam – obiecanki-cacanki, a adminka skoro nie płaci honorariów, to wymagać nie może. Tak czy owak, każdy tekst Radka na tym blogu to Ruchome Święto, jak kiedyś Paryż i Nowy Jork, a dziś pewnie raczej Berlin.

O projekcie
Celem projektu jest wydanie w wersji papierowej książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Jedyne koszty jakie blokują projekt, to koszty druku i składu dtp.

W ramach dotychczasowej pracy nad projektem z Fundacją “Nowoczesna Polska”  przeprowadzono już niezbędną redakcję literacką, historyczną, korektę, książka została także już zilustrowana.

Koszty druku są szacowane na około 8000 złotych – książka będzie miałą około 300 stron z kolorowymi ilustracjami i nakład około 500  numerowanych sztuk.

O samej książce tak napisał Paweł Kozioł:

Palimpsest Powstanie Radosława Wiśniewskiego, opowiadający o Powstaniu Warszawskim, a jeszcze ściślej: będący swoistym przeglądem czy prześwietleniem pamięci jednostki, której ten temat leży na sercu, trudno zaklasyfikować pod względem formalnym. Jest to esej? Osobliwy rodzaj gawędy wojennej traktującej o wojnie, w której gawędziarz nie uczestniczył? Może, biorąc pod uwagę nagromadzenie szczegółów, reportaż bez uczestnictwa?

Zupełnie jednoznaczne jest natomiast oddziaływanie emocjonalne utworu, sytuujące się gdzieś pomiędzy apelem poległych a wywoływaniem duchów. Autor umiejętnie przechodzi od szerokiej perspektywy ginącego miasta do jednostkowych, przeważnie tragicznych losów. Szczególnie dba o przybliżenie czytelnikowi swoich bohaterów, nawet tych, o których wiadomo niewiele, stara się zrekonstruować ich charaktery z dostępnych strzępków informacji. Opowieść ma przy tym mocne podstawy źródłowe. Mimo jej meandrycznego toku czytelnik może mieć pewność, że fakty zostały sprawdzone. Relacja budzi zaufanie na poziomie biografistycznym, historycznym i zwłaszcza geograficznym, bo z tekstu przebija dojmująca świadomość kurczenia się przestrzeni opanowanej przez powstańców.

Pamięć pozostaje żywa, dopóki można się do niej odwołać w sposób nieoficjalny. A takie jest przecież pochodzenie Palimpsestu PowstanieRadosława Wiśniewskiego. Notki, które potem weszły w jego skład, w pierwszej chwili publikowane były na Facebooku. Tym większe wrażenie wywiera fakt, że ten materiał udało się zebrać w jednolitą całość.”

Książka powstawała kilka tygodni w ciągłej interakcji z czytelnikami w serwisie społecznościowym. Tworzyła się dosłownie na oczach publiczności. Teraz ma szansę na utrwalenie.

Dzięki znanemu rysownikowi Tomaszowi Bohajedynowi została zilustrowana.

Dzięki ludziom z Fundacji Nowoczesna Polska zyskała profesjonalną redakcję literacką i historyczną. Stała się też dzięki nim książką elektroniczną.

Książkę można przejrzeć w wersji elektronicznej za darmo w serwisie “Wolne Lektury”:

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/wisniewski-palimpsest/

W razie wątpliwości pisz:

cuchulain@o2.pl

Dzięki Tobie, książka może się stać dotykalna, jako coś co można mieć ze sobą, odbywać podróże dosłownie i w przenośni.

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Twórca Projektu otrzyma wszystkie środki, które zostaną wpłacone, bez względu na osiągnięcie kwoty minimalnej (model “bierzesz ile zbierzesz”). Projekt kończy się 28.09.2019 22:10

Irena

W oczach przyjaciół

Pomysł, by w dniu dzisiejszym opublikować ten obraz Gerharda Richtera, na którym ta pojedyncza świeca wygląda jak fotografia, a przecież jest to obraz – podsunęła Monika Wrzosek-Müller.

Zdjęcie Ireny umieścił na Facebooku Olaf Kühl, który podał też daty jej urodzin i śmierci.

Irena 5.1.1978-24.7.2019

Piękny wiersz, specjalnie na moją prośbę, napisała Anna Dobrzyńska.


Anna Dobrzyńska

By nie zmarła nadzieja…

Puste papierki zamiast cukierków,
Zwiędła roślina zamiast bukietu,
Mycie podłogi zamiast wakacji,
Zamknięte odrzwia zamiast uśmiechu,
Pustka, bezsilność zamiast zdarzenia,
Koszta, wydatki zamiast dochodu,
Wyciąg bankowy zamiast liściku,
Ruiny, gruzy zamiast ogrodu,
Podłość zamiast męstwa,
Kamień zamiast chleba,
Ocet zamiast wody,
Piekło zamiast nieba,
Krzywda zamiast szczęścia,
Niebyt zamiast bycia,
Szatan zamiast Boga,
I śmierć zamiast życia.

/…/

Zamiast końca Słowo,
Zamiast pustki Droga,
Zamiast kłamstwa Prawda,
Zamiast śmierci Życie,
Zamiast grobu Miłość,
Zamiast mroku Światłość,
Zamiast klęski Twórczość,
Wieczne
serca bicie.


Ela Kargol

Irena

Poznałam ją w „Kater und Goldfisch“, narożnej knajpce na Weddingu. Siedziała z Ewą przy stoliku i tłumaczyły coś żarliwie, z polskiego na niemiecki. Przysiadłam się do nich, bo choć spóźniona, przyszłam na spotkanie, warsztaty transalatorskie w ramach chyba pierwszych Osteuropatage. Ewa i Irena zajmowały się prozą, Dorota z Joanną liryką. Przysłuchiwałam się chwilę jakiejś części tłumaczonego tekstu. Właściwie szło im to sprawnie. Było o dziewczynce w czerwonym płaszczyku, podeszłam do stolika z liryką.

Nie pamiętam, kiedy było drugi raz. Chyba jakieś szczecińskie spotkanie, czyli w ramach Stowarzyszenia Partnerstwa Miast Szczecin – Berlin. A potem zaczęło się już z ulicą Szczecińską, czyli z naszym projektem „Szczecińska – Berlińska“. Irena mieszkała w pobliżu, na przedłużeniu tej właśnie ulicy. No i powstał projekt, którym miałyśmy obie się zająć i który nas połączył.

Spotkałyśmy się w ogrodzie. Rozentuzjazmowane opowiadałyśmy o nowym przedsięwzięciu, o tym co można zrobić, z kim nawiązać kontakt, gdzie pojechać, co zobaczyć, co napisać. Irena szybko zabrała się do dzieła, pisząc maile do odpowiednich ludzi, nawiązując kontakty. Ruszyło wszystko jak z bicza strzelił. Aż było mi za szybko.

U mnie wszystko dojrzewa wolno, trochę z braku czasu, organizacji i ochoty.

Zarzuciła mnie wiadomościami. Spotkałyśmy się u niej w domu. Piękne, wypielęgnowane mieszkanie w brzydkim bloku. Na balkonie rósł bób. Przypomniała mi o istnieniu tej rośliny. W tym roku sama kupiłam nasiona bobu.

Wyszywała, o ile pamiętam, był to kogut. Wtedy jeszcze w trakcie, potem już chyba wisiał u niej na ścianie. Książki wręcz połykała. Nie byłabym nigdy w stanie jej dorównać. Książek, o których rozmawiałyśmy rok temu, nie przeczytałam do dzisiaj, jestem nadal w trakcie.

To ona nauczyła się wstawiać teksty na blog szczeciński. Ja do tej pory nie opanowałam tej sztuki.

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

W naszym ogrodzie obrodziła śliwa, która w zasadzie rosła u sąsiada, ale sąsiad nie miał do niej dostępu, zresztą chyba nie chciał mieć dostępu. Sąsiad lubi skoszoną trawę i jak najmniej pracy z plonami ziemi. Śliwa mu przeszkadzała, powiedział, że ją zetnie i że możemy sobie zerwać śliwki. Ja, przyznaję się, jestem czasem jak ten sąsiad i też mi się nie chce. Owszem śliwki jedliśmy na bieżąco, obdarowaliśmy wszystkich przyjaciół i znajomych, ale na drzewie, na nie bardzo dostepnej jego koronie było ich nadal zatrzęsienie. Gdy się drzewem potrząsło niektóre spadały, ale nie wszystkie.

Znając twoje zamiłowanie do wypieków, zaprosiłam cię na śliwobranie. I ty, jak ta driada, do której porównała cię Ewa, weszłaś na sam czubek drzewa i zerwałaś wszystkie śliwki. Trochę zmuszona większość zabrałaś, zamroziłaś i piekłaś ciasta.

Znowu zepsuło się światło w łazience, lodówka za mocno mrozi, tłuszcz z patelni rozlał się na dywan, z urzędu finansowego przyszło drugie upomnienie, z biblioteki pierwsze i wiele innych spraw, które serwuje ci życie.
Życie.

Błahostki dnia codziennego, którym można zaradzić, które można naprawić, albo i nie, z którymi da się żyć. Żyć.

Na twojej klatce schodowej są schody z lastrika i pręty balustrady wygięte w serca. I one cię codziennie odprowadzały, gdy wychodziłaś z domu i witały, kiedy wracałaś.

Nie wiem, czy w tym roku posiałaś bób? Czy zakwitł, czy pojawiły się pierwsze strączki, a potem pęczniały od nasion? Czy porzeczka przezimowała?

Jak dużą mitregą musiało być twoje życie, Ireno Mitręgo?
Jeśli był to impuls, zły dzień, bylejakość chwili, to cholernie szkoda, że ciebie nikt nie powstrzymał, szkoda, że ten moment był na tyle długi, że spowodował, to co spowodował,
a jeśli to był twój wybór, świadomy i przemyślany, to miałaś do tego prawo i muszę to akceptować, bardzo niechętnie i wcale nie chcę tego akceptować. Nie akceptuję, nie przyjmuję.

Było spotkanie z poezją, które prowadziłaś, robiłaś to z klasą profesjonalnego moderatora.
Byliśmy zachwyceni. Wtedy dostałam od Ciebie zbiór wierszy Marka Maja i płytę „Sklepu z ptasimi piórami“, a potem przyszłaś na moje urodziny i przyniosłaś ciasto ze śliwkami, śliwkami, z mojego ogrodu, tymi których sąsiad nie chciał.
Tego też ci zazdrościłam, tej gospodarności, której u mnie brak, ale ja żyję , jak umiem, leniwie, powoli.

Nie dawałaś żadnych znaków, przynajmniej ja ich nie widziałam, nie chciałam widzieć, nie umiałam zobaczyć, zajęta własnym życiem, i jego ciężarem, nie narzucałam się, tłumacząc ciebie i siebie twoim brakiem czasu na projekty, spotkania i inne rzeczy. A może trzeba było inaczej, poznać się na twojej wrażliwości, odgadywać twoje myśli, wejść z butami
w twoje życie.
Życie.

Zapomniałaś kiedyś szalika u mnie w ogrodzie, ale ja go nie mogłam znaleźć. Już się nie dowiem, czy go znalazłaś. Mówiłaś, że był w paski.

Wycieczki kajakiem z Wenecji do Grecji nie zapomnę nigdy. To był mój kajakowy debiut,
a Wenecja była szczecińska, wyspa Grodzka, którą pomyłkowo nazwałam grecką i tak już zostało.

Potem były wystawy fotograficzne, w tym również moja w “Starej Rzeźni” w Szczecinie. Byłaś radosna, roześmiana, pomocna, kontaktowa. Nazajutrz obeszliśmy w czwórkę: ty Dorota, Tomek i ja Jezioro Szmaragdowe w Puszczy Bukowej, szukając na próżno szmaragdu na tafli jeziora.

Później były twoje urodziny, 5 stycznia.

Przyjechaliśmy punktualnie z Tomkiem, choć punktualność nie była wymagana. Serdeczna balustrada nas powitała. Dzwonek do twoich drzwi, ktoś nam otwiera i naprzeciwko nas stoi twoja siostra z córką, trzymają na patykach maski przed twarzami. Maski z twoją twarzą, twarzą jubilatki. Zaskoczyło mnie to, przez kilka sekund nie wiedziałam jak się zachować, nie jestem szybka w ripostach, ani słownych, ani sytuacyjnych.

Maski. Te maski nie dają mi spokoju.

Na balkonie był styczeń, nie było bobu. Paliliśmy papierosy, a potem z siostrzenicą zapaliłaś duże zimne ognie.
Jadłam pyszną zupę gulaszową, wszystko było smaczne.

Podarowałam ci książkę Manueli Gretkowskiej „Poetka i książę”, do książki włożyłam ten właściwy upominek, swoje zdjęcie, zrobione w fotobudce. Każdy z gości przyniósł swoje cztery fotki z automatu. Takie było twoje życzenie.

I potem już było mało ciebie w moim życiu.

Pamiętam jak rozmawiałśmy przez telefon. Stałam na przystanku Feuerbachstraße. Zaczęłaś nową pracę, nie mogłaś się w niej odnaleźć. Słysząc twój płacz w słuchawce, nie myślałam, że jest tak źle. Podzieliłam się z Tobą moją sprzed lat porażką w pracy, w której wytrzymałam miesiąc, bo nie chciałam tak jak ty płakać i zrezygnowałam. Ty w końcu też odpuściłaś, wyjechałaś w Tatry, myślałaś nawet o przekwalifikowaniu się. Ale trafiła ci się inna praca, w pobliżu mojej drogi do domu. Cieszyłam się, że będziemy się spotykać, znowu pójdziemy na piwo. W dniu, w którym dowiedziałam się o twoim wyborze, poszłam do Cafe Feuerbach, w której może byśmy się spotkały. Zamówiłam dwa piwa.

Nie znałyśmy się dobrze, byłyśmy tylko projektantkami jednego projektu. Projekt trwa.
Z projektu ma powstać książka. „Książka?, to jest to, co w życiu chciałam jeszcze zrobić”, powiedziałaś. To tak, jakbyś wiedziała, że twoje życie ograniczone jest w czasie i w tych czasowych ramach odhaczałaś kolejne punkty.
Nie znałyśmy się długo, ale co znaczą nudne lata wobec ciekawych chwil.
Schudłaś, wyładniałaś, w makijażu wyglądałaś jeszcze piękniej, przyszłaś na nasze projektowe spotkanie-wykład na Szczecińską. Nie pożegnałśmy się, bo i po co. Umówiłyśmy się na piwo po moim urlopie.

Sąsiad ściął śliwę, jakoś zimą lub wiosną, nie wiem czy było to przed twoimi urodzinami, czy już po. Wiosną byłam na jednym z niemieckich zapomnianych i dlatego może jeszcze istniejących cmentarzy w Wielkopolsce i tam był taki pomnik, podobno często stawiany w owym czasie na grobach: ucięte drzewo, dąb, tak jak ta śliwa, po której zostało trochę pnia od korzenia. Ale latem zaczęły wychodzić z ziemi jakby odnogi tej śliwy, albo wyrastają nowe z pestek. Nie wiem.

Kilka dni temu byłam znowu na Szczecińskiej, w kaplicy Berliner Stadtmission, tam gdzie miesiąc temu ostatni raz się widziałyśmy. Przy końcu nabożeństwa zaśpiewaliśmy piosenkę irlandzką:

„Möge die Straße uns zusammenführen
und der Wind in deinem Rücken sein
sanft falle Regen auf deine Felder
und warm auf dein Gesicht der Sonnenschein.”

Znalazłam polskie tłumaczenie, ale jest za bardzo sakralne. Wolałabym, żeby było weselej:

„Niech droga nas prowadzi
I wiatr nam w plecy wieje,
deszcz niech napoi pola,
A słońce w twarz się śmieje.”

Lisa (tłumaczyła z niemieckiego Monika Takacs – tekst niemiecki TU: Iri DE)

Zawsze lubiłam być z Ireną.

Była dla mnie promiennie piękna. W jej towarzystwie czułam się silna i pewna. Kiedy byłyśmy razem, tak trochę, wydaje mi się, że jej piękno przechodziło na mnie. Przy niej zawsze mogłam być sobą, swobodnie, ufnie i blisko.

Traktowała mnie – jak i wszystkich innych – od początku serdecznie i życzliwie, zawsze zainteresowana, bez cienia krytyki. Moje i innych niedoskonałości i błędy, nie miały dla niej znaczenia.

Z Ireną można było zrobić z nocy dzień i z dnia noc. Na luzie płynąc z czasem, dać porwać się ideom i poznawać się na nowo.

Kochała imprezy, przyjęcia, i nasze przygotowywania i przede wszystkim potem ich dokładną analizę. To działo się najczęściej w jednym z tych trzech miejsc między Weddingiem i Prenzlauer Berg: nad kanałem Blaumilch, w lokalu Kohlenquelle albo na moście Eselsbrücke.

Ogromną radość sprawiały jej małe odkrycia. Jakiś nieznany park między rzędami domów, który odkryła podczas jej rozległych spacerów po mieście. Albo nowa kafejka, w której humanistyczna intencja właścicieli była ważniejsza niż profesjonalna – lub nieprofesjonalna – obsługa. Polowała na artystyczne pocztówki, skrajno lewicowe naklejki, świeże graffiti, czy pamiętam raz, całymi dniami na wysprzedane w mieście finger spinnery dla Joni…

Zatracała się tak samo w polskiej księgarni w Neukölln, jak w długich wyprawach rowerowych z Andreasem i dziećmi.

Skrupulatnie przygotowywała wyczerpujące wycieczki po Berlinie dla rodziców, które później zgodnie z planem i bezkompromisowo przeprowadzała. Aż do końca.

Z dbałością o szczegóły tworzyła albumy ze zdjęciami i drobne prezenty. Całej rodzinie wyszukiwała książki na Boże Narodzenie. Wysyłała listy i pocztówki na cały świat, szczodrze ozdabiając je domalowanymi serduszkami.

Jej pasją były teksty i książki, które w trzech językach po niemiecku, polsku i rosyjsku czytała i tłumaczyła. Jej ciekawość i żądza wiedzy obejmowała i książki kontrowersyjnego Sorokina, jak i wiersze miłosne Achmatowej. Cieszyły ją szczególnie udane tłumaczenia, a z pasją potrafiła się złościć na te mniej udane.

Na wieczorach autorskich i sztukach teatralnych nie była po prostu widzem. Jej obecność była ozdobą dla tej sztuki. Sumiennie studiowała felietony, obowiązkowo odwiedzała wernisaże i muzea. Zawsze była gotowa na spontaniczną wyprawę do kina.

Jednak najważniejsi dla Ireny byli ludzie. Nie było nic, co mogłoby zająć wyższe miejsce. Troszczyła się o duży, heterogeniczny krąg przyjaciół. Chętnie i o każdej porze wpadała z wizytą na kawę lub piwo. Najczęściej z drobnym upominkiem w torebce. Z małą książeczką czy pocztówką, czy z właśnie upieczonym ciastem. Dla dzieci miała naklejki, kwiaty dla gospodyni. Bezgranicznie oddana dla przyjaciół, których naprawdę nosiła w sercu.

A kto miał szczęście, to spotkał tą cierpliwą, współczującą słuchaczkę, pełną humoru, nieskomplikowaną przyjaciółkę, która wzbogacała jego życie.

Nie było nic, czym Irena dzieliła się chętniej, niż swoją radością, sukcesami i chwilami szczęścia.

Swoje lęki, ciemność, swoją przepaść zachowała dla siebie.

Irenko, jak chętnie utkałabym sieć, która pozwoliłaby mi cię złapać.

W tej chwili nic nie może nas pocieszyć. Tak bolesna i niepojęta jest jej śmierć. Ale kiedyś, miejmy nadzieję, my co pozostaliśmy, będziemy w stanie zrozumieć to niepojęte szczęście: to szczęście, że na tej ziemi w naszym życiu była Irena.

Jakiż to wielki dar!

Barataria-Kulinaria

czyli Tortilla u Sancho Pansy

Wydawnictwo Watra, wydanie III, Warszawa 1988
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny
(wydanie I ukazało się w roku 1977)

Od Autorów

Kończyła się kolacja. Georges, nasz przyjaciel z Montpellier, nalał czerwonego wina, potem rozsiadł się wygodnie, popatrzył na nas i westchnął: “A więc to wasz ostatni porządny posiłek, jutro już będziecie u ces gens-là, u tych tam… Uważajcie, oni jedzą jak…” To machnął ręką wymownie i dolał Châteauneuf-du-Pape. “W razie czego zamawiajcie tortillę, tym się przynajmniej nie można otruć” – dodał bez przekonania.

Rano pełni emocji wsiedliśmy do ekspresu Marsylia-Barcelona, by po dwu godzinach w Cerbère przekroczyć granicę kraju, o którym marzyliśmy długie lata. Ponure przepowiednie Georgesa, którego typowo francuski szowinizm gastronomiczny zdążyliśmy poznać już przedtem, nie mogły nam oczywiście zatruć pierwszego haustu Hiszpanii. Ta kulinarna przestroga była ostatnią, jakiej nam przed wyjazdem udzielił. Barcelona powitała nas również gastronomiczną niespodzianką. Ledwo ulokowawszy rzeczy w przydworcowym “hostelu”, biegliśmy na stare miasto szukając, gdzie by tu coś zjeść, piekielnie głodni po wielogodzinnej podróży. I pierwsza notatka, jaką przywieźliśmy z pierwszego pobytu w Hiszpanii, brzmiała następująco:

El Bodegón El Raim, Calle Pescaderia 6, czwarta kategoria. Stara ciemna sala, zawieszona sieciami, szklanymi kulami i innymi akcesoriami rybackimi. Ciemne drewniane stoły i ławy. Pod sufitem wielkie szynki – ‘jamón serrano’. ‘Zarzuela de peix’ – rodzaj gulaszu rybnego w bardzo ostrym sosie (40 peset) z winem białym, łagodnym San Sandurini de Noya (25 peset za butelkę), na deser pomarańcze (5 peset). Kelner grzecznie odmówił napiwku…”

Od tej pory było kilka innych Hiszpanii. Kilka podróży, reportaże, jeden przewodnik, drugi… Z każdego pobytu, prócz zdjęć, pamiątek i notatek ze spotkań z ludźmi, przywoziliśmy także wspomnienia kulinarne, jakże barwne i wyraziste. Ta książeczka to właśnie owe wspomnienia. Nie piszemy w niej o zabytkach, geografii i historii i tym wszystkim, czym zwykle wypełnia się przewodniki. Będzie ro po prostu Hiszpania od kuchni. Takie książki wydawane są na całym świecie i często mają postać wykwintnych albumów, dorównyjących ksiągom przedstawiającym najsławniejsze galerie sztuki. Nie o to nam chodzi. Nasza kuchnia jest kuchnią zwykłych hiszpańskich domów i skromnych gospód, gdzie karmią dobrze i tanio. Skąd jej tytuą?

“Tortilla” – bo to chłopskie, najtańsze, najpopularniejsze, najbardziej hiszpańskie danie.
“Z Sancho Pansy” – bo ten znał sią na kuchni lepiej niż jego pan, rycerz Don Kichote.

Zebrane tu receptury staraliśmy się dostosować do polskich warunków i zaopatrzenia sklepów. Może wzbogacą nasze jadłosżisy? Kuchnia, która zna 500 sposobów przyrządzania omletów, 365 potraw z dorsza i kilkadziesiąt sposobów podania kury, wydaje się nie najgorzej przystosowana do potrzeb dzisiejszych czasów.

Oddając książkę w rące polskich czytelników, winni im jesteśmy jedno wyjaśnienie. Całkowicie świadomie podajemy przepisy, w których pewne składniki, np. szafran czy homary, są niedostępne na naszym rynku. Ale coraz częściej i coraz dalej podróżujemy. Wóród przywożonych pamiątek mogą się więc znaleźć egzotyczne przyprawy i niedostępne w sklepach wiktuały. W przepisach staraliśmy się proponować możliwie dużo polskich odpowiedników. Nie wahaliśmy się również przed proponowaniem potraw drogich, choć z pewnością nie będą one przygotowywane często. Warto chyba jednak popróbować tych receptur przy szczególnych okazjach czy po prostu dla zabawy. Mistrzowie kuchni twierdzą, że gotowanie nie może być śmiertelnie poważnym zajęciem dla ponurych skrupulantów, na aptekarskich wagach odmierzających składniki. Raczej – wesołą improwizacją, oczywiście improwizacją w rozsądnych granicach. Boć przecież żaden twóra potrawy nie przewidzi, jak słodka będzie cebula czy marchew, albo jaki zapach bądzie miała oliwa lub jak długo będzie się gotował ryż sprzedawany w danym kraju.

Najsłynniejszy dziś kuchmistrz francuski Paul Bocuse we wstępie do swej książki kucharskiej twierdzi, że należy ją czytać jak powieść, zaczynając od początku. Wtedy dopiero stanie się pasjonującą lekturą. Każdy przepis pobudza wyobraźnię; on sam czytając książki kucharskie przed snem, robi się tak głodny, że musi koniecznie coś zjeść. Jeżeli książka nie wywołuje takich reakcji – jest chybiona. Nie musimy chyba przekonywać
Czytelników, jak bardzo bylibyśmy szczęśliwi, gdyby poczuli głód czytając „Tortillę u Sancho Pansy”. A głód trzeba koniecznie zaspokoić, bo – jak twierdzi patron naszej książeczki – „ Wszystkie nasze szaleństwa pochodzą stąd, że żołądki mamy puste, a mózgi pełne powietrza”.

Zapraszamy więc – na tortillę u Sancho Pansy.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska

Cd za tydzień

A co to? A kto to? A skąd Sobieski?

Pamiętacie TEN wpis? Jeśli tam zajrzeliście, to mam nadzieję, żeście zauważyli (fajna forma, może bądę jej częściej używać), iż wpisałam pod obrazkami wszystkie opisy-odpowiedzi. Nagrodę zwycięzcy też już wysłałam i myślę, że po najdłuższej drodze przez morza i oceany dotarła już do Australii. A tu tymczasem kolejna zagadka do wspólnego mianownika “Sobieski” i pytanie w tytule postawione tak śmiało:
A co to? a kto to? I dlaczego Sobieski?

Poproszę o całą (ciekawą) historię…