Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (01). Dobrzyńska

Anna Dobrzyńska

Jak psa
Dla fanów motoryzacji

Tyle dróg wspólnych, tyle lat razem,
Berlin, Bruksela, Londyn, Warszawa,
Ruch lewostronny, ronda angielskie,
Calais – Dover, promem przeprawa.

„Mój jest i basta” – wiedziałam od razu,
Piękny i zgrabny, zadbany i zwinny,
Wyrywny, mocny, sprawny, roztropny,
Z klasą, z luksusem – ten! Żaden inny.

Zestarzał się w końcu i urok swój stracił,
Współpracy odmawiał, w kłopoty wpędził,
Stał się grymaśny, nieprzejednany,
wciąż potrzebował kolejnych pieniędzy.

Gdy zostawiałam go w dzień gradowy,
Jak stał na chłodzie, przez szybę widziałam,
On – jakby patrzył się na mnie oczami,
Czułam – tak jakbym ja psa oddawała…

Przez okno widzę, parking pod domem,
Rząd samochodów, pośrodku z wrębem,
Równy, kompletny, uporządkowany,
Jak szczęka z wyrwanym na przedzie zębem (!)

30 lat temu upadł Mur Berliński (1)

Joanna Trümner
Tekst
Ela Kargol
Zdjęcia

W listopadzie minie trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Moja przyjaciółka Ela Kargol od dawna nosiła się z pomysłem przejścia lub przejechania rowerem kolejnych etapów liczącej 160 km „trasy muru”. Przekonała mnie, bym dołączyła do tego projektu, wspólnie zadecydowałyśmy, że wybierzemy kilka uważanych za nas za najciekawsze fragmentów trasy i opowiemy historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych historię, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nas miejsc są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych do niedawna nie wiedziałyśmy nic.

East Side Gallery

Przyglądam się tłumom turystów podążającym w kierunku największej na świecie galerii pod gołym niebem, East Side Gallery. Myślę o tym, że to dziwny zbieg okoliczności, że po raz drugi w ciągu miesiąca znalazłam się w tej części miasta. Dzielnicy, która jeszcze przez wiele lat po upadku muru była dla mnie „Wschodem”, jedną z „białych plam” na mapie miasta, częścią niewidzialnego muru, który przez lata spędzone w Komunie powstawał w wielu polskich głowach.

Na początku miesiąca mijałam East Side Gallery w drodze na koncert do pobliskiej hali widowiskowej, Mercedez Benz Arena. W przerwie koncertu wyszliśmy ze znajomymi na taras z widokiem na plac przed areną. W miejscu, w którym przed dwoma laty znajdował się wielki plac budowy, powstało pięknie podświetlone centrum handlowe z kinem, restauracjami, hotelami, sklepami, mieszkaniami. „Tutaj nawet mur jest elegancki”, myślałam patrząc na ten wielkomiejski pejzaż. Nie wiedziałam jeszcze, że po po gruntownym odnowieniu tej części muru w 2009 r. „galeria” jest nieustannie konserwowana, ulepszana i chroniona przed zniszczeniem.

Pomiędzy Oberbaumbrücke a Ostbahnhof do 1976 r. granicę wewnątrzberlińską chronił drut kolczasty i pas śmierci. „Obrońcy systemu” uważali widocznie Szprewę dzielącą wschodnią dzielnicę Friedrichshain od zachodniej dzielnicy Kreuzberg za wystarczające zabezpieczenie przed ucieczkami. Mimo to w tym miejscu aż 16 osób poniosło śmierć podczas próby przekroczenia granicy. Wśród nich znalazło się siedem ofiar z Berlina Zachodniego, w tym piątka dzieci, które wpadły do Szprewy na zachodnim brzegu, na Kreuzbergu, w miejscu, w którym rzeka była terenem Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Zastanawiam się dlaczego władze komunistyczne tak długo czekały z postawieniem „prawdziwego” betonowego muru. Przecież Mühlenstrasse była jedną z głównych tras przejazdu zagranicznych delegacji z lotniska na Schonefeld do centrum miasta. Może w sąsiednich budynkach mieszkali wyłącznie „sprawdzeni” ludzie, którym przez głowę nie przeszłoby ani przez chwilę protestowanie przeciwko państwu chłopów i robotników? Jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, że na terenie pasa śmierci znajdował się czynny przez wiele lat spichlerz zboża (Speichermühle). Obrońcy systemu dzielili budkę wartowniczą na terenie pasa śmierci z pracownikami spichlerza. Budka, w której dzisiaj znajduje się kiosk z pamiątkami, przedzielona była wewnątrz ścianą, pracownicy spichlerza nie mieli więc okazji zobaczyć twarzy żołnierzy pilnujących muru.

Ta największa galeria pod gołym niebem na świecie (1316 metrów) nie powstałaby bez wielkiego zaangażowania wielu osób. Pierwszą z nich był pomysłodawca i realizator galerii, artysta Dave Monty. Pod koniec września 1989 udało mu się po wielu spotkaniach z władzami odpowiedzialnymi za ten odcinek graniczny uzyskać zgodę na stworzenie East Side Gallery. W kilka miesięcy po zniesieniu muru, wiosną 1990 roku, 118 artystów z 21 państw przybyło na prośbę ambasad swoich krajów do Berlina, aby upiększyć obrazami wschodnią część muru. Zarówno Coca Cola jak i Mc Donalds gotowe były przejąć finansowanie projektu, po wielu gorących dyskusjach artyści wybrali niezależność sztuki i odrzucili oferty wielkich koncernów. Artyści pracowali nad obrazami od lutego do września 1990 r. Uroczyste otwarcie East Side Gallery odbyło się na statku na Szprewie 28 września 1990 roku.

Jeszcze przed otwarciem, latem 1990 roku ambasada Japonii zaproponowała przetransportowanie całej galerii po jej ukończeniu do Japonii na teren wystawy światowej EXPO 85. Do transakcji nie doszło ze względu na niewyjaśnione kwestie prawne.

Najbardziej znanym obrazem galerii jest braterski pocałunek Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera, namalowany przez nieznanego studenta Akademii Sztuk Pięknych w Moskwie, Dimitrego Wrubla. Obraz noszący tytuł „Boże, pomóż mi przeżyć tą śmiertelną miłość” stał się symbolem East Side Gallery, a artysta zdobył światowy rozgłos.


Chociaż galeria w roku 1991 nabyła prawa obiektu stojącego pod ochroną zabytku na obrazach coraz bardziej widoczne stawały się wpływy warunków atmosferycznych i zniszczenia będące skutkiem masowego turyzmu. W sześć lat po powstaniu galerii mieszkający w Berlinie irański malarz Kani Alavi założył stowarzyszenie Verein Künstlerinitiative East Side Gallery, mające na celu zachowanie tego jedynego w swoim rodzaju dzieła sztuki pod gołym niebem dla przyszłych pokoleń. W październiku 2008 roku rozpoczęło się restaurowanie East Side Gallery. Akcja ta kosztowała 2,2 miliona Euro.

Mur został rozebrany, a stalowe wzmocnienia wewnątrz muru odsłonięte i poddane zabezpieczeniu antykorozyjnemu. Wymagało to częściowego lub całkowitego usunięcia obrazów. Nie wszyscy artyści zgadzali się na konserwację, z żyjących jeszcze 115 osób 87 przyjechało do miasta, żeby odtworzyć swoje dzieła. Każdy z nich otrzymał 3.000 € i zwrot kosztów pobytu. W ten sposób odtworzono 100 obrazów. Twórcy East Side Gallery do dzisiaj mają pretensje o pieniądze, które inni zarabiają na zdjęciach ich obrazów. Jim Avignion podpisał swój obraz na murze słowami „moneymachine”. Ośmiu malarzy nie zgodziło się na ponowne namalowanie swoich obrazów z roku 1990 na murze, uważając je za plagiaty. Krytykowali oni niewysokie wynagrodzenie i utratę praw autorskich do własnych dzieł.

Prace nad „nowym” murem trwały ponad rok. Część artystów zamieszkała na ten czas w przyczepach kampingowych na terenie byłego pasa śmierci, w kilka miesięcy po rozpoczęciu prac powstało na tym terenie prawdziwe osiedle, alternatywne miasto kochających wolność ludzi w miejscu, które do niedawna było symbolem niewoli i przemocy. Do dzisiaj na terenie połączonej dzielnicy Friedrichshain-Kreuzberg, więc blisko centrum miasta, znajduje się sześć tego typu osiedli.

Mieszkańcy „miasteczka” wybili drzwi w murze, żeby móc szybciej przedostawać się na jego drugą stronę. Zrobione przez Elę zdjęcie świetnie komentuje stan muru po wschodniej i po zachodniej stronie. Na zachodniej stronie mur jest pobazgrany graffiti i zapuszczony, po wschodniej stał się dziełem sztuki, na zdjęciu widać najdłuższy, liczący ponad czterdzieści metrów, obraz namalowany przez tatarskiego malarza mieszkającego od 1983 roku w Berlinie Schamila Gimajewa.

Lista twórców galerii umieszczona jest w internecie, nie znalazłam wśród nich polskich nazwisk. Wiele z obrazów opowiada o życiu dysydentów po wschodniej stronie muru. Jedną z ciekawszych historii jest historia pisarza i malarza Thomasa Klingensteina. W czasie Niemieckiej Republiki Demokratycznej był on aktywnym działaczem opozycji. Od najwcześniejszych lat fascynowała go Japonia, niestety krytyczne poglądy na system uniemożliwiły mu studiowanie japanologii. Po maturze Klingenstein podjął pracę jako strażnik w Dziale Wschodniej Azji muzeum Pergamon. W lutym 1981 r. został w wyniku protestów (m. innymi Heinricha Bölla i Güntera Grassa) wydalony do Zachodnich Niemiec. Od 1984 r. do połowy lat 90-tych żył w Japonii. Tam zastał go upadek muru. W 1990 Klingenstein przyjechał do Berlina i namalował w East Side Gallery obraz „Droga okrężna do japońskiego sektora” (Umleitung in den japanischen Sektor).


“Maski” Vyatcheslava Schlyakhova były pierwszym zrekonstuowanym obrazem, który odsłonięto w marcu 2009 roku. Ponowne otwarcie „nowego” muru odbyło się 6 listopada 2009 roku.

W międzyczasie nad powstającą na nowo galerią zaczęły się zbierać czarne chmury, 30. czerwca 2008 miasto udzieliło inwestorowi zgody na budowę osiedla mieszkalnego na terenie East Side Gallery oraz na przesunięcie części East Side Gallery w celu zrobienia miejsca na odbudowę zniszczonego pod koniec wojny mostu Brommybrücke, łączącego Kreuzberg z Friedrichshainen. Ale o tym w następnych odcinkach…

Więcej zdjęć TU

Barataria 120. Don Kichot ze Skolwina

Ela Kargol, Marek Maj

Szczeciński Don Kichot zamieszkał na Skolwinie z dala od centrum, zgiełku, zamku i wiatraka. Wybrał „obrzeża i skraje”, jak w wierszu Marka Maja, poety związanego sercem i pracą ze Skolwinem. Odwiedziłam Don Kichota w majową, słoneczną, leniwą niedzielę.

Mural z błędnym rycerzem i jego towarzyszem Sancho Pansą powstał na ścianie budynku przychodni, obok skolwińskiego Domu Kultury, przy ul. Stołczyńskiej 161 w ramach miejskich projektów pt. „Niwelacja błędów infrastrukturalnych poprzez sztukę ulicy – Street Art” oraz „Poprawa estetyki przestrzeni Miasta Szczecin”. Jego autorem jest znany polski malarz scenograf, plakacista (twórca plakatów do filmów Edi i Mój Nikifor), performer Dariusz Miliński.

Mural robi wrażenie. Postacie trochę jak z Bruegla, a przelatujący bocian jak z Chełmońskiego. Szkoda tylko, że nikt za bocianem nie wodzi wzrokiem. Ani Don Kichot, ani Sancho Pansa, a tym bardziej dzieci zamknięte w skorupie, zajęte swoimi wirtualnymi pojedynkami. One, jak Don Kichot, walczą z wyimaginowanymi olbrzymami, rycerzami, rozbójnikami, z tą różnicą, że nie dostrzegają świata wokół. Książki leżą nieprzeczytane gdzieś obok, tak jak zabawki, którymi nikt się nie bawi i instrumenty, na których nikt nie zagra.

Wiatrak na muralu artysta umieścił prawie na ostatnim planie.

Jedyny szczeciński wiatrak, który znam, jest dość daleko od Skolwina, bo aż na Gumieńcach. Stoi na Cmentarzu Centralnym, przy dawnej ulicy Berlińskiej. Kiedyś mełł zboże na mąkę. Teraz zamienił się w sklep oferujący „znicze i słodycze”. Siostrzeniec właściciela wiatraka opowiadał mi o swoim dziadku, którego staraniem wiatrak odremontowano. Dziadek chciał koniecznie przywrócić wiatrakowi skrzydła. Zamówił je nawet w stoczni. Ale ponieważ wiatrak stoi na cmentarzu, urząd miasta lub inny nie wyraził na to zgody, obawiając się zakłócania spokoju zmarłym. Teraz, gdy o tym piszę, myślę sobie, że ten bliżej nieokreślony urząd obawiał się być może Don Kichota.

Plac zabaw już poza muralem świeci pustkami.

Dom Kultury oferuje bogaty program. Oby trafił do jak największego grona odbiorców!

Można by pomyśleć, że czas na Skolwinie zatrzymał się w miejscu, jak na zegarze z placu zabaw, ale to tylko iluzja, bo czas pędzi i postęp, który ze sobą niesie, zastawia pułapki na nieuważnych.

Marek Maj mówi o muralu:

Don Kichot od 2018 roku jest w logo Domu Kultury “Klub Skolwin”. Wpadłem na ten pomysł, bo jest on jedną z najbardziej charakterystycznych, pojemnych znaczeniowo, kulturowo postaci. I nie chodziło mi o donkichoterię, o tragiczny, beznadziejny, graniczący ze śmiesznością czy żenadą romantyzm, ale raczej o romantyzm, który potrafi sobie stawiać cele niewidoczne dla innych, pozornie wyimaginowane, nieosiągalne. Praca w kulturze, zwłaszcza w takim miejscu jak Skolwin, może nieco przypominać “walkę z wiatrakami”. Takim wiatrakiem może być wszytsko – każde przeciwieństwo ożywione i nieożywione, spodziewane i i nieprzewidywalne, znajome i zupełnie obce. A Don Kichot – mniej lub bardziej udanie – podejmuje walkę z przeciwieństwami: tymi konkretnymi, namacalnymi jak i trudno uchwytnymi… Trafiłem w Gazecie Wyborczej na tekst o muralu w Szczecinku. Był to… Don Kichot w wyobrażeniu i autorstwa Dariusza Milińskiego, dotarłem więc do artysty, opowiedziałem co nieco i w ten oto sposób powstał skolwiński mural z Don Kichotem, który zdąża na odsiecz kulturze przegrywającej walkę (zwłaszcza wśród dzieci) z łatwymi, często prymitywnymi uciechami, pojawiającymi się wraz z internetem i jego narzędziami. Te dzieci siedzą, jak w kukułczym jajku, bo współczesne “zabawki” często są niejakmi pułapkami, podrzutkami, z których nie wiadomo co wyniknie.

Skolwin, prowincja w obrębie miasta albo, jak o niej mówi Marek Maj, „teren wiejski na obszarze metropolitalnym”, urzeka małymi sklepikami, praniem na sznurku, nieczynnym już maglem, przydomowymi ogródkami, zapachem anemonów, a nawet odrapaną klatką schodową, której majowe słońce dodaje uroku.

Marek Maj, wiersz Prowincje, który dość dobrze oddaje te skolwińskie klimaty.

PROWINCJE

– Gdzie zieleń poważa się w trawie,
Gdzie słowo z dotyku jest rzeczy,
A licho przy swoim tkwiąc prawie
Śpi mało i zapał niweczy.

– A szumy się szumią z niczego,
A cisze sprawują się cicho,
Rzeczułki pokorne są brzegom,
Klamoty należą się strychom.

– Skąd bliżej na płoty jest kotom,
Gdzie miesiąc rachują ołówkiem,
A wielkie miłości piechotą
Codziennie wędrują na dniówkę.

Koty

Koty otaczają mnie ze wszystkich stron. Znajduję je, ludzie mi przysyłają… Jest ich tyle, że nie nadążam z przygotowywaniem jakichś sensownych wpisów na temat. Dziś więc wstawiam je tu hurtem, podzieliwszy uprzednio na kilka (nielogicznych) kategorii.

Koty w sztuce. Picasso 1954.

Japonia (nadesłane przez syna)

To zresztą też jest sztuka. Koty na stadionie.

Granica między sztuką a badziewiem bywa płynna. W międzyczasie wszyscy to już zapewne wiemy – koty z podniesioną do góry łapką przynoszą szczęście. Czasem nawet tą łapką machają – te jednak nie.

Kawiarnie dla kotów. Są na całym świecie coraz popularniejsze. W Japonii są też kawiarnie, gdzie można pogłaskać sowy i jeże. W Berlinie znam knajpkę z papugami. Nie dają się głaskać i strasznie wrzeszczą.

Nie podskakuj.

I najdziwniejsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam. Automaty z czapkami dla kotów. Nie mogę się nadziwić. Jakie może być w normalnych warunkach, w codziennym japońskim życiu zapotrzebowanie na czapki dla kotów, że opłaca się wyprodukować lub przystosować automaty, mające tę potrzebę zaspokoić???!!! (Po zastanowieniu myślę, że to jest całkiem na odwrót – nie ma żadnego zapotrzebowania na czapki dla kotów, a automaty mają je wygenerować).

Szczecin

W hoteliku Elka-Sen (uwaga reklama! mały, skromniutki, tani, świetny hotelik w samym centrum miasta!!!) w recepcji wiszą zdjęcia aktorów. Marylin Monroe wciąż jeszcze przyciska do kolan swą najsłynniejszą białą sukienkę, a Marlon Brando trzyma na ręku kota. To plakat filmu Ojciec chrzestny – nie pamiętam, czy stary Corleone naprawdę miał w filmie kota, ale chętnie się zgodzę.

W sieci

Prawda życiowa dla pracujących.

Koszulki i skarpetki z serii Happy socks (to chyba też reklama – nie wiem, ale na pewno product placement)

 

Jeszcze jedna mądrość życiowa. Jest ich w internecie zatrzęsienie.

Berlin (z polskimi aluzjami?)

Jaruzelski?

To na spacerze. A po spacerze w sklepie też koty. To wino dla polskich miłośników kotów i wina. Bo ci Francuzi już wiedzą, że ich wybrzeże czyli cote to jednak po polsku kote(k) lub (z) kote(m) 🙂

W moim ogrodzie

Teresa Rudolf

Harmonia…

Spojrzenie czyjeś, radosne, ciepłe,
leciutki poranny powiew wiatru,
kot spoglądający przez okno,
śmiech szczęśliwy dziecka.

Kolorowy motyl, a wokół
tak zielono, aż mi zielono
w głowie, aż mi kolorowo,
a w brzuchu też motyle.

Zakochanie w tym, co wokół,
co bezinteresownie dane,
nie pyta o nic, po prostu jest
dla nas, pachnie samym życiem.

Myśl radosna o bliskich,
oby było im przepięknie,
i nie było żadnych czarownic,
z szczególnym talentem
do zła.

A świtem… kocham Cię, życie..

Świtem zaczynają się czary,
już ptaki szaleją śpiewając
na chwałę dnia, bawiąc się
w chowanego ze słońcem.

Unosi się dym “papierosowy”
mgły porannej, takiej maseczki
upiększającej każdą zmarszczkę
życia, nie zawsze doskonałego.

Wszystkie panny kwiatowe
zaczynają się stroić, na wystawę
ogrodowo-wiosenno-letnią?
Oprawa artystyczna będzie dziś:

na zielono…
na czerwono…
na niebesko…
na… pięknie…

Stonka

Drąży, natychmiast zżera
wszystko, bo gdy pojawi się,
znów wszystko jest inaczej,
jakże znamy to od lat…

Drąży opluwając znów każde
słowo powstałe, by mogło
przejść do Ciebie, podane
z nadzieją wyciagniętej ręki…

Słowo, owoc już dojrzały,
do wspólnego pokrojenia,
smakując słodko-kwaśno,
kiedy wspólnie kosztujemy.

Słowo, owoc dojrzewający
latami, spada znów prosto
na me serce i głowę, chce się
dzielić, tym niepodzielonym.

Ale Ty? Chcesz jedynie tylko
tę “słodkość”, dając co kwaśne
znów mnie, wypuszczając
na nas wstrętne robactwo…

I niweczy ten robak wszystko,
drąży, odrywa się znów od
twego środka, maszerując do
mnie, nieświadomie, ślepo.

Drąży, drąży, zmieniając mą
intencję, czyny, maszeruje
po twojej ręce na moją,
ciągle otwartą do Ciebie.

Drąży swe rowki pracowicie
na mej dłoni, zamykającej
się znów, jakby był już tylko
mój, bo usunęłaś swą sprytnie…

I już jej nie chcę i wypuszczam
na wolność Robaka Nieporozumień,
nie dam mu nigdy już drążyć, by
mnie natrętnie pytał, czy była to
przyjaźń…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Eva

Krystyna Koziewicz

Piękne chwile

Tytuł nawiązuje do tekstu piosenki zespołu Dżem w wykonaniu Ryszarda Riedera „W życiu piękne są tylko chwile”. Nie ma człowieka, który by nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili. Zdarza się, że trafiają się fajne momenty, które zostają zapamiętane na długo w pamięci, jak w przypadku, który tu opiszę.

Otóż, jadąc berlińskim metrem, często można zaobserwować ciekawe widoki, ale dużo jest też ludzi w milczeniu siedzących obok siebie, jakby byli nieobecni, czytają prasę, książkę czy buszują w smarfonie, są niby obok, ale naprawdę gdzie indziej. Z reguły nikt na nikogo specjalnie nie zwraca uwagi, chyba że trafi się jakaś nadzwyczajna grupka, która ożywi jadących podróżnych kolebiących się wśród stukotu kół wagonu. Właśnie Ewie i mnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego, wręcz magicznego.

Była wiosenna niedziela, wieczór. Wracałyśmy metrem do domu, po prawdzie – dość zmęczone. Na jednej ze stacji wsiadła gwarna grupka młodych ludzi. Po wyglądzie sądzić można było, że nie byli to Europejczycy, co też wkrótce się potwierdziło. Zauważyłam u jednego z chłopców żołnierską czapkę z gwiazdą sowiecką i powiedziałam to Ewie, a Ewa odpowiedziała, aaa, jak Che Guevara. Rozmawiałyśmy półgłosem i po polsku, ale chłopak usłyszał słowo Che Guevara, ucieszył się i natychmiast do nas zagadał po angielsku.


Zgromadziło się koło nas trzech chłopaków – czarnoskóry, śniady (ten w berecie Che Guevary) i różowoskóry blondyn. Powiedzieli, że są z Brazylii. Ewa powiedziała, że są we trzech piękną trzykolorową Brazylią, a oni się roześmieli i odparli, że jest ich tu więcej. Rozejrzałyśmy się i rzeczywiście – zobaczyłyśmy dużą wesołą i rozhasaną gromadkę dziewczyn i chłopców. Powiedzieli nam, że są aktorami i muzykami. Przyjechali na wakacje do Europy. Entuzjastycznie opowiadali o kolejnych miastach – byli już w Madrycie, Lizbonie i Paryżu, a teraz przyjechali do Berlina, wszędzie im się podobało, wszystko zasługiwało na pełne zachwytu „ochy i achy”. Z Berlina będą już wracali do domu, bo nie mają więcej pieniędzy. Ewa zapytała, czy nie pojadą do Polski, a oni zgodnym chórem wykrzyknęli dwa słowa: Varsowia i Walesa. Ciekawe, co by młodym Brazylijczykom odpowiedzieli ci Polacy, którzy dzisiaj opluwają Wałęsę?


Przez chwilę Ewa i ja, dwie starsze panie, stałyśmy się częścią grupy. Radość, śmiech i wzajemne przekrzykiwanie trwało wprawdzie krótko, ale intensywnie. Chłopcy zapytali Ewę, jak ma na imię, a gdy odpowiedziała, z zachwytem zaśpiewali chóralnie jakąś brazylijską piosenkę o Ewie. Okazało się, że to jedna z najbardziej popularnych posenek w Brazylii. Ewa, zachwycona, zapytała, czy nie znają jakiejś piosenki o Krystynie, a grupa zaimprowizowała coś na moją cześć. „Che Guevara” zaczął pytać innych pasażerów, jak mają na imię, po czym Brazylijczycy zupełnie składnym chórem śpiewali im jakieś wariacje piosenki o Ewie.

Ależ to byli bystrzy, weseli i inteligentni młodzi ludzie! Dawno nie doznałam czegoś tak niebywałego.

Wszyscy świetnie się bawili, atmosfera w wagonie zrobiła się wyjątkowa. Wysiadających głośno żegnano. Przyznaję, że był to moment pełnego szczęścia – poczucia prawdziwej ludzkiej wspólnoty bez względu na wiek, płeć, narodowość czy kolor skóry. Było to szczęście, którym długo się delektowałam.
Tak sobie myślę, że trzeba czerpać z życia krótkie pozytywne przeżycia, wchodząc w ciekawe interakcje z ludźmi, okazując im przyjazne gesty sympatii, dające człowiekowi radość z najmniej oczekiwanej strony.

Hasta pronto Brasil!

Udało mi się ukradkiem zrobić dwa zdjęcia, ale nie nagrałam ich piosenek. Szkoda, ale Ewa znalazła Evę na youtubie w wykonaniu Ivete Sangalo, największej współczesnej piosenkarki brazylijskiej.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 6

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las i przez pola. Na polach horyzont, ku któremu wzrok sięga, rzecz jasna – znacznie szerszy. Toteż już z daleka to dostrzegam. Bo i nie sposób tego nie dostrzec. Żółty zamek. Kanarkowo-cytrynowa poświata bije, jak mówią, po oczach.
Janowiec jest rośliną dosyć pospolitą. Przynajmniej w moich stronach rodzinno-bytowych. Jednak zazwyczaj spotyka się go w postaci rozproszonych, niewielkich krzewów. Takiego nagromadzenia jak tutaj nie spotkałem jeszcze nigdy. Ale może za krótko żyję?
Zdjęcie nie oddaje potęgi wału uformowanego z gęstych, wysokich zarośli, ani tym bardziej intensywności jego barw. Bo aparat, wiadomo, gówniany. Fotograf też nietęgi.


Pozostawiam rower na skraju polnej drogi i urzeczony brnę przez trawy, by z bliska przyjrzeć się zjawisku. Z każdym krokiem trans się nasila.

Że ulotne?
Że przeminie?
A mam wybór?
Nawet secundum nie datur
Że o tertium nie wspomnę
Ulotne
Przeminie
Wybieram
Wchodzę


I mknę dalej przez lasy-pola, zażenowany nieco tym, że znów odpuściłem sobie ścisłą
samokontrolę. Grafomania to trucizna. Szkodliwa nawet bardziej dla autora, niż dla
czytelnika.

Barataria 119. O bzach i poezji

Ewa Maria Slaska

Takie zdjęcie przysłane na messengera. A w nim warstwy znaczeń, aluzji, przypomnień.  Ale nie wszystkie widać od razu. Pierwsza, najprostsza – zasuszone wielopłatkowe kwiatki bzu, a w tekście – powracający motyw bzu

Dla A

When Lilacs Last in the Dooryard Bloom’d
By Walt Whitman

1
When lilacs last in the dooryard bloom’d,
And the great star early droop’d in the western sky in the night,
I mourn’d, and yet shall mourn with ever-returning spring.

Ever-returning spring, trinity sure to me you bring,
Lilac blooming perennial and drooping star in the west,
And thought of him I love.

2
O powerful western fallen star!
O shades of night—O moody, tearful night!
O great star disappear’d—O the black murk that hides the star!
O cruel hands that hold me powerless—O helpless soul of me!
O harsh surrounding cloud that will not free my soul.

3
In the dooryard fronting an old farm-house near the white-wash’d palings,
Stands the lilac-bush tall-growing with heart-shaped leaves of rich green,
With many a pointed blossom rising delicate, with the perfume strong I love,
With every leaf a miracle—and from this bush in the dooryard,
With delicate-color’d blossoms and heart-shaped leaves of rich green,
A sprig with its flower I break.

4
In the swamp in secluded recesses,
A shy and hidden bird is warbling a song.

Solitary the thrush,
The hermit withdrawn to himself, avoiding the settlements,
Sings by himself a song.

Song of the bleeding throat,
Death’s outlet song of life, (for well dear brother I know,
If thou wast not granted to sing thou would’st surely die.)

5
Over the breast of the spring, the land, amid cities,
Amid lanes and through old woods, where lately the violets peep’d from the ground, spotting the gray debris,
Amid the grass in the fields each side of the lanes, passing the endless grass,
Passing the yellow-spear’d wheat, every grain from its shroud in the dark-brown fields uprisen,
Passing the apple-tree blows of white and pink in the orchards,
Carrying a corpse to where it shall rest in the grave,
Night and day journeys a coffin.

6
Coffin that passes through lanes and streets,
Through day and night with the great cloud darkening the land,
With the pomp of the inloop’d flags with the cities draped in black,
With the show of the States themselves as of crape-veil’d women standing,
With processions long and winding and the flambeaus of the night,
With the countless torches lit, with the silent sea of faces and the unbared heads,
With the waiting depot, the arriving coffin, and the sombre faces,
With dirges through the night, with the thousand voices rising strong and solemn,
With all the mournful voices of the dirges pour’d around the coffin,
The dim-lit churches and the shuddering organs—where amid these you journey,
With the tolling tolling bells’ perpetual clang,
Here, coffin that slowly passes,
I give you my sprig of lilac.

7
(Nor for you, for one alone,
Blossoms and branches green to coffins all I bring,
For fresh as the morning, thus would I chant a song for you O sane and sacred death.

All over bouquets of roses,
O death, I cover you over with roses and early lilies,
But mostly and now the lilac that blooms the first,
Copious I break, I break the sprigs from the bushes,
With loaded arms I come, pouring for you,
For you and the coffins all of you O death.)

8
O western orb sailing the heaven,
Now I know what you must have meant as a month since I walk’d,
As I walk’d in silence the transparent shadowy night,
As I saw you had something to tell as you bent to me night after night,
As you droop’d from the sky low down as if to my side, (while the other stars all look’d on,)
As we wander’d together the solemn night, (for something I know not what kept me from sleep,)
As the night advanced, and I saw on the rim of the west how full you were of woe,
As I stood on the rising ground in the breeze in the cool transparent night,
As I watch’d where you pass’d and was lost in the netherward black of the night,
As my soul in its trouble dissatisfied sank, as where you sad orb,
Concluded, dropt in the night, and was gone.

9
Sing on there in the swamp,
O singer bashful and tender, I hear your notes, I hear your call,
I hear, I come presently, I understand you,
But a moment I linger, for the lustrous star has detain’d me,
The star my departing comrade holds and detains me.

10
O how shall I warble myself for the dead one there I loved?
And how shall I deck my song for the large sweet soul that has gone?
And what shall my perfume be for the grave of him I love?

Sea-winds blown from east and west,
Blown from the Eastern sea and blown from the Western sea, till there on the prairies meeting,
These and with these and the breath of my chant,
I’ll perfume the grave of him I love.

11
O what shall I hang on the chamber walls?
And what shall the pictures be that I hang on the walls,
To adorn the burial-house of him I love?

Pictures of growing spring and farms and homes,
With the Fourth-month eve at sundown, and the gray smoke lucid and bright,
With floods of the yellow gold of the gorgeous, indolent, sinking sun, burning, expanding the air,
With the fresh sweet herbage under foot, and the pale green leaves of the trees prolific,
In the distance the flowing glaze, the breast of the river, with a wind-dapple here and there,
With ranging hills on the banks, with many a line against the sky, and shadows,
And the city at hand with dwellings so dense, and stacks of chimneys,
And all the scenes of life and the workshops, and the workmen homeward returning.

12
Lo, body and soul—this land,
My own Manhattan with spires, and the sparkling and hurrying tides, and the ships,
The varied and ample land, the South and the North in the light, Ohio’s shores and flashing Missouri,
And ever the far-spreading prairies cover’d with grass and corn.

Lo, the most excellent sun so calm and haughty,
The violet and purple morn with just-felt breezes,
The gentle soft-born measureless light,
The miracle spreading bathing all, the fulfill’d noon,
The coming eve delicious, the welcome night and the stars,
Over my cities shining all, enveloping man and land.

13
Sing on, sing on you gray-brown bird,
Sing from the swamps, the recesses, pour your chant from the bushes,
Limitless out of the dusk, out of the cedars and pines.

Sing on dearest brother, warble your reedy song,
Loud human song, with voice of uttermost woe.

O liquid and free and tender!
O wild and loose to my soul—O wondrous singer!
You only I hear—yet the star holds me, (but will soon depart,)
Yet the lilac with mastering odor holds me.

14
Now while I sat in the day and look’d forth,
In the close of the day with its light and the fields of spring, and the farmers preparing their crops,
In the large unconscious scenery of my land with its lakes and forests,
In the heavenly aerial beauty, (after the perturb’d winds and the storms,)
Under the arching heavens of the afternoon swift passing, and the voices of children and women,
The many-moving sea-tides, and I saw the ships how they sail’d,
And the summer approaching with richness, and the fields all busy with labor,
And the infinite separate houses, how they all went on, each with its meals and minutia of daily usages,
And the streets how their throbbings throbb’d, and the cities pent—lo, then and there,
Falling upon them all and among them all, enveloping me with the rest,
Appear’d the cloud, appear’d the long black trail,
And I knew death, its thought, and the sacred knowledge of death.

Then with the knowledge of death as walking one side of me,
And the thought of death close-walking the other side of me,
And I in the middle as with companions, and as holding the hands of companions,
I fled forth to the hiding receiving night that talks not,
Down to the shores of the water, the path by the swamp in the dimness,
To the solemn shadowy cedars and ghostly pines so still.

And the singer so shy to the rest receiv’d me,
The gray-brown bird I know receiv’d us comrades three,
And he sang the carol of death, and a verse for him I love.

From deep secluded recesses,
From the fragrant cedars and the ghostly pines so still,
Came the carol of the bird.

And the charm of the carol rapt me,
As I held as if by their hands my comrades in the night,
And the voice of my spirit tallied the song of the bird.

Come lovely and soothing death,
Undulate round the world, serenely arriving, arriving,
In the day, in the night, to all, to each,
Sooner or later delicate death.

Prais’d be the fathomless universe,
For life and joy, and for objects and knowledge curious,
And for love, sweet love—but praise! praise! praise!
For the sure-enwinding arms of cool-enfolding death.

Dark mother always gliding near with soft feet,
Have none chanted for thee a chant of fullest welcome?
Then I chant it for thee, I glorify thee above all,
I bring thee a song that when thou must indeed come, come unfalteringly.

Approach strong deliveress,
When it is so, when thou hast taken them I joyously sing the dead,
Lost in the loving floating ocean of thee,
Laved in the flood of thy bliss O death.

From me to thee glad serenades,
Dances for thee I propose saluting thee, adornments and feastings for thee,
And the sights of the open landscape and the high-spread sky are fitting,
And life and the fields, and the huge and thoughtful night.

The night in silence under many a star,
The ocean shore and the husky whispering wave whose voice I know,
And the soul turning to thee O vast and well-veil’d death,
And the body gratefully nestling close to thee.

Over the tree-tops I float thee a song,
Over the rising and sinking waves, over the myriad fields and the prairies wide,
Over the dense-pack’d cities all and the teeming wharves and ways,
I float this carol with joy, with joy to thee O death.

15
To the tally of my soul,
Loud and strong kept up the gray-brown bird,
With pure deliberate notes spreading filling the night.

Loud in the pines and cedars dim,
Clear in the freshness moist and the swamp-perfume,
And I with my comrades there in the night.

While my sight that was bound in my eyes unclosed,
As to long panoramas of visions.

And I saw askant the armies,
I saw as in noiseless dreams hundreds of battle-flags,
Borne through the smoke of the battles and pierc’d with missiles I saw them,
And carried hither and yon through the smoke, and torn and bloody,
And at last but a few shreds left on the staffs, (and all in silence,)
And the staffs all splinter’d and broken.

I saw battle-corpses, myriads of them,
And the white skeletons of young men, I saw them,
I saw the debris and debris of all the slain soldiers of the war,
But I saw they were not as was thought,
They themselves were fully at rest, they suffer’d not,
The living remain’d and suffer’d, the mother suffer’d,
And the wife and the child and the musing comrade suffer’d,
And the armies that remain’d suffer’d.

16
Passing the visions, passing the night,
Passing, unloosing the hold of my comrades’ hands,
Passing the song of the hermit bird and the tallying song of my soul,
Victorious song, death’s outlet song, yet varying ever-altering song,
As low and wailing, yet clear the notes, rising and falling, flooding the night,
Sadly sinking and fainting, as warning and warning, and yet again bursting with joy,
Covering the earth and filling the spread of the heaven,
As that powerful psalm in the night I heard from recesses,
Passing, I leave thee lilac with heart-shaped leaves,
I leave thee there in the door-yard, blooming, returning with spring.

I cease from my song for thee,
From my gaze on thee in the west, fronting the west, communing with thee,
O comrade lustrous with silver face in the night.

Yet each to keep and all, retrievements out of the night,
The song, the wondrous chant of the gray-brown bird,
And the tallying chant, the echo arous’d in my soul,
With the lustrous and drooping star with the countenance full of woe,
With the holders holding my hand nearing the call of the bird,
Comrades mine and I in the midst, and their memory ever to keep, for the dead I loved so well,
For the sweetest, wisest soul of all my days and lands—and this for his dear sake,
Lilac and star and bird twined with the chant of my soul,
There in the fragrant pines and the cedars dusk and dim.


Autora wiersza rozpoznaję jednak wcale nie po bzie, lecz po… słowie “kapitan”, które pojawi się w tytule następnego wiersza na tej samej stronie.

O Captain! My Captain

O Captain! my Captain! our fearful trip is done;
The ship has weather’d every rack, the prize we sought is won;
The port is near, the bells I hear, the people all exulting,
While follow eyes the steady keel, the vessel grim and daring:
But O heart! heart! heart!
O the bleeding drops of red,
Where on the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

O Captain! my Captain! rise up and hear the bells;
Rise up—for you the flag is flung—for you the bugle trills;
For you bouquets and ribbon’d wreaths—for you the shores a-crowding;
For you they call, the swaying mass, their eager faces turning;
Here Captain! dear father!
This arm beneath your head;
It is some dream that on the deck,
You’ve fallen cold and dead.

My Captain does not answer, his lips are pale and still;
My father does not feel my arm, he has no pulse nor will;
The ship is anchor’d safe and sound, its voyage closed and done;
From fearful trip, the victor ship, comes in with object won;
Exult, O shores, and ring, O bells!
But I, with mournful tread,
Walk the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

Oba wiersze są lamentem na cześć Abrahama Lincolna, zamordowanego 14 kwietnia 1865 roku, w porze kiedy kwitną bzy. Piszę do A, że podoba mi się słowo “kapitan”, ale nie piszę, że jest dla mnie ważne. Nawet nie wiem, czy on wie, dlaczego jest ważne – że to mój Ojciec, i że tak jak o Mamie wszyscy mówili Artist lub Artysta, tak o Ojcu – Kapitan lub Captain. O Captain! My Captain! A właśnie o nim pisałam…

W odpowiedzi dowiaduję się, że owszem, jestem uważną czytelniczką, a jakbym zauważyła coś jeszcze, to żebym dała znać. Nie zawracam sobie tym głowy. Takie sobie komplementy. Wszyscy, my, którzy zajmujemy się książkami, jesteśmy uważnymi ich czytelnikami. Zresztą, o czym tu pisać? Oczywiście zauważyłam zasuszone kwiatki bzu, oczywiście je pamiętam, bo miesiąc temu A pokazał mi je świeżo zerwane, być może w jednym z ogrodów na mojej wiecznie kwitnącej ulicy. Mamy tu kwiaty, które kwitną jeszcze w grudniu i takie, które już w grudniu zakwitają.

Dopiero po kilku godzinach pojawią się następne skojarzenia. Walt Whitman! Wiersze po angielsku! Oczywiście!

15 kwietnia. Wczoraj A, który zebrał i zasuszył fioletowe kwiatki i włożył je do zielonej książki, tam, gdzie Whitman pisze o bzie, miał urodziny. Nie było mnie jednak.
15 kwietnia zostanę więc zaproszona na ciasto urodzinowe, upieczone przez solenizanta. Prezent dałam mu już przed wyjazdem – wiersze Lorki w tłumaczeniu Mamy, zakupione przez moją siostrę i sprowadzone w skomplikowany sposób z Gdańska do Berlina. Ale jednak jak się idzie na urodziny, to nie można iść z pustymi rękoma. Rozglądam się po mieszkaniu
i widzę zieloną książkę. Nie powinno jej tu być, ale jest. Nie została odłożona na półkę przez kolegę, który wczoraj dokonał dorocznego i dogłębnego odkurzania książek. Whitman nie wrócił tam, skąd się pojawił – na półkę, gdzie stoją książki po angielsku ze zbiorów Mamy. I już nie wróci, bo zabieram go zamiast prezentu. Lorca Mamy, Whitman Mamy, kwiatki bzu. Nawet śmierć obecna w obu wierszach Whitmana towarzyszyła nam, żywym, tego dnia, bo po herbacie i cieście z lodami poszliśmy na cmentarz, na grób zmarłego przed miesiącem kolegi dziennikarza.


A gdy już to wszystko napiszę, to nagle dojrzę misterną, baratarystyczną sieć pułapek, jaką na mnie zarzucił A. Bo tego dnia rano (jest 21 maja), przy dzbanku herbaty na balkonie, rozmawiamy o Don Kichocie. Już jakiś czas temu A zapytał mnie, dlaczego właściwie tak mnie interesuje Don Kichot? Odpowiedziałam wtedy, że nie wiem, że tak się zdarzyło i że jest to zapewne zasłużona kara za to, iż przez wiele lat nie lubiłam tej książki i nie chciało mi się jej czytać. Teraz wracam do tego pytania i mówię, że lubię rozmyślać o wędrówkach motywów w kulturze – w końcu jestem archeolożką i etnolożką, a to zawody, które tym się zajmują. A poza tym lubię, jak rzeczywistość przeplata się z kulturą – lubię usłyszeć w autobusie, od przypadkowo siedzącego obok mnie pasażera, odpowiedź na pytanie, które zadał sobie i mnie bohater czytanej wczoraj powieści.

Tym razem, rzecz się jeszcze komplikuje, bo tę powieść, po raz kolejny oczywiście, czytał A. I wieczorem przysłał mi nie tylko wiersz Whitmana, ale i tę karteczkę. Właśnie skończył lekturę.
– Po cóż iść za tropem tego, co się już skończyło?
– Bo tak, odpowiedział mi dziś żebrak w metrze.

Berlin, 22 maja 2019

PS 1. znaleziony tego dnia na FB u Danusi:

Ponieważ “To był maj / pachniała Saska Kępa / szalonym, zielonym bzem”… ponieważ 175 lat temu, 22 maja, urodziła się Mary Cassatt, amerykańska malarka i graficzka tworząca we Francji, impresjonistka, autorka wielu obrazów inspirowanych prozą Henry’ego Jamesa… “Lilacs in a Window” (Bez w oknie), 1879 r., Metropolitan Museum of Art (The Met), Nowy Jork:

PS 2. Pisałam ten wpis przez kilka tygodni. W międzyczasie, 31 maja, minęła dwusetna rocznica urodzin poety. Z tej okazji różne instytucje przypominają jego wiersze. Np berliński festiwal poezji, który 19 czerwca zaprasza do Kulturbrauerei na rozmowy o whitmanowskich źdźbłach trawy. Wszystko się łączy ze wszystkim.

Und es ist gut so!

Kicia kocia dawniej i dziś

Dawniej…

Franz Marc (*1880; † Verdun, 4 marca 1916), Koty na czerwonej tkaninie, 1910

Miron Białoszewski (1922 – 1983)

Kabaret Kici Koci (KKK)

KKK to piosenki, monologi i skecze rozpisane na głosy pięciu osób, zapisujące polską codzienność początku lat 80, są to więc też zapiski stanu wojennego

Poeta w czasie reanimacji pisze tango dla Kici
Koci zamówione przez nią pilnie o 3 dni wstecz
w nastroju balowym

W mym półgrobie
Piszę Tobie
Zamówione tango

Póki żyłem
Nie zdążyłem
Teraz za to mam go

Canto:
Nie bój się nic
Bo życie nic nie znaczy
Bo śmierć jak rydz
Zdrowa dla umieraczy
Już Hamlet-fryc
Myślał, że przeinaczy
(tańczyć z przegięciem)
Nie wyszło mu
Nic a nic
Z tym jego
Byc albo nie byc

Kicia Kocia
odpisuje poecie na reanimację                  Arnaud d’Hauterives  (1933 – 2018)
dedykację

(oberek-mazurek)

Od zawały
Do zawału
Raz na prędko
Raz pomału.
Najważniejsze:
W te odstępy
Poupychać
Kręty-węty
I tak człowiek
Będzie święty,
Kiedy zejdzie
stąd

Dorota Nowakowska jako Kicia Kocia; Kabaret Kici Koci, 16 kwietnia 1988, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza (Warszawa). Fot. Zygmunt Rytka / Wiersz: Miron Białoszewski, Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze, 1988

Miron Białoszewski
Wybuch stanu
cykl: Kabaret Kici Koci; tomik: Oho

BŁOGOSŁAWIONA SIWULA Z WISZNU WOLI oraz STRESA (wpadają
do mieszkania KICI KOCI i SYBILLI GROCHOWA, krzyczą)
Stan wojenny!
KICIA KOCIA z SYBILLĄ GROCHOWA
Wojna?
z kim?
STRESA
nie z kim
BŁ. SIWULA
stan wojenny!
KICIA KOCIA
co za stan?
STRESA
w Polsce zawsze były trzy stany: przedwojenny, wojenny
i powojenny
SYBILLA GR.
teraz jest ten środkowy
KICIA KOCIA
rozumiem
BŁ. SIWULA
módlmy się do wszystkich bóstw o małe nic złego
(padają rzędem we cztery, głowy do podłogi, antygłowy wypięte)
BŁ. SIWULA
nic złego
i w tył:
ogełz cin
i w przód:
nic złego
WSZYSTKIE
i w tył:
ogełz cin
BŁ. SIWULA (antygłowa w dół, głowa w górę)
chyba że zaprotestujemy
WSZYSTKIE (odstają od podłogi)
BŁ. SIWULA
stanem pokoju
STRESA
wewnętrznego
KICIA KOCIA
zewnętrznego
SYBILLA GR.
powróżmy, którego
(sunie do okna)
wiecie, co weszło na drogi?
KICIA KOCIA, STRESA
czołgi?
BŁ. SIWULA
kryj się!
(padają głowami do podłogi, antygłowy wypięte)
CHÓREM
kryj się! nie daj się!
kryj się! nie daj się!

***
Dawniej ciachali głowy.
Teraz przyszła kolej na słowa.
Biorą — wronę — okonia — prom
i obciachowują końcówkowatości
WRON OKON PRON
Omyłki o literę…
Srom w niebezpieczeństwie!
Znormalizują erotykę.
Ostatnią przyjemnostkę narodową.
Prują suki w sukach syny
suwysuk na nasze wyłaniania
przepytujemy się z pałek użycia do bicia
O, Jezu! użyli gazu… — im o to żeby załzawić?
— e, o to żeby śmierdziało

Wiersze bez tytułu drukowane w „Kulturze Niezależnej” nr 63/1990

Dziś:

1/ Klubokawiarnia Kicia Kocia

A gdzie są koty? Czy koty jeszcze śpią? Mruczki poszły na spacer? Czy można przynieść jedzenie dla kotów? Czy dodzwoniłam (-em) się do kociej kawiarni?
To najczęstsze pytania, na które ostatnio odpowiadamy.
Nam one w ogóle nie przeszkadzają, ale widząc rozczarowane miny i słysząc zawiedzione głosy, czujemy się w obowiązku uprzejmie przypomnieć, że nie jesteśmy kocią kawiarnią, choć czasami bywają u nas te zwierzaki i zawsze są mile widziane.
Nasz lokal jest dedykowany wybitnemu poecie, Mironowi Białoszewskiemu, który bywał na Grochowie i unieśmiertelnił okolicę w swojej twórczości.
W kamienicy przy ul. Grochowskiej koło placu Szembeka rozgrywa się wiele scen napisanego przezeń „Kabaretu Kici Koci”. Pierwowzorem tytułowej bohaterki jest pani Halina Oberlaender, muza i przyjaciółka autora. To właśnie w jej rodzinnym mieszkaniu rozgrywa się akcja wspomnianego utworu. Próbujemy upowszechniać wiedzę o tym, że Grochów zapisał się w dziejach literatury polskiej i dlatego zatytułowaliśmy naszą klubokawiarnię Kicia Kocia. Jesteśmy dumni z tego dziedzictwa.
Pani Kicia Kocia bywała u nas. Odwiedzała pierwszą, nieistniejącą już siedzibę klubokawiarni przy ul. Garibaldiego. Po raz pierwszy wstąpiła z niezapowiedzianą wizytą latem 2013 roku. Pokrzepiła się oranżadą grochowską i opowiadała o przyjaźni z Mironem. Niezwykłe spotkanie utrwaliła na fotografii Maja Hałabuda.

***
Kicię Kocię założył Cezary Polak, dziennikarz, varsavianista, animator kultury i aktywista miejski.

2/ Kicia Kocia. Książeczki dla dzieci. Autorka: Anita Głowińska. Seria polecana rodzicom: Kicia Kocia wraz z przyjaciółmi Packiem, Adelką i Juliankiem uczy się, jak funkcjonować w świecie, poznaje jego zasady i reguły. Książeczki o Kici Koci są wyraziste i kolorowe. Przygody Kici uczą dzieci gotować, radzą, jak zachować się u lekarza, pozwalają poznać różne zawody, np. policjantów czy strażaków. Kicia ma braciszka, Kicia jeździ na rowerku, Kicia…

Czy autorka serii świadomie odwołuje się do Białoszewskiego? Nie wiem, wydaje mi się jednak, że nie jest to też bezczelny plagiat, tylko raczej nieświadome sięgnięcie po kocie imię do zasobów publicznej domeny współczesnej kultury codzienności. Białoszewska Kicia Kocia znaleziona pod postmodernistyczną mickiewiczowską strzechą. Gdyby było inaczej – autorka powiedziałaby to (chyba), odpowiadając na pytanie koleżanki-blogerki:

Bohaterką serii uczyniła Pani kotkę, co zdecydowało o wyborze kota na bohatera książeczek? Czy Kicia Kocia ma jakiś realny pierwowzór?

– Czasami mam wrażenie, że to nie ja, tylko Kicia Kocia zadecydowała, że stała się bohaterką książeczek. Koty są przecież wszechobecne! – na podwórku, w ogródku u babci, przy śmietnikach i… na kanapie. Ja miałam dwa koty. Pierwszy pojawił się, kiedy jeszcze studiowałam. Wspólnie z obecnym mężem uratowaliśmy czarnego dachowca z rąk energicznego trzylatka; drugiego wyciągnęliśmy kilka lat później spod kół naszego samochodu. Przyjaźń i codzienne obcowanie z kotami było dla mnie niezwykłym doświadczeniem (w dzieciństwie miałam psa). Obecność miauczącego indywidualisty nie tylko zreformowała moje wyobrażenia na temat kociego charakteru, ale – przede wszystkim – nauczyła mnie cierpliwości w poszukiwaniu wspólnego języka z ludźmi!

Kicia Kocia powstała, kiedy nasze zwierzaki były już w kocim niebie, ja zaś byłam absolutnie szczęśliwą mamą. I patrząc na moje dzieci – córkę i synka – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ich zabawy, spryt, indywidualizm i potrzeba czułości – są już mi znane… Dlatego nie potrafię określić, kto tak naprawdę jest pierwowzorem Kici Koci – prawdziwe koty, czy te kociaki, z którymi oboje z mężem uwielbiamy chichotać po pracy.