Nazbierało się książek

Wczoraj Jacek Dehnel skarżył się tu, że nie czytamy, a Olga Tokarczuk dostała Nobla za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Komitetowi sztokholskiemu udało się stworzyć takie zdanie, które w żadnym języku nic nie znaczy, ale brzmi nader uczenie. Tym niemniej Tokarczuk jest powieściopisarką i pisze książki, a jej najważniejsza powieść, Księgi Jakubowe, jest niewątpliwie Dziełem, ale śmiem twierdzić, że wszyscy ją kupili, może nawet ci, którzy nie czytają, ale nikt nie przeczytał w całości, nawet ci, którzy czytają. Moi kochani Czytelnicy, z ręką na sercu…

Ewa Maria Slaska

Don Kichot, Wyspy Szczęśliwe i koty

Mnie tymczasem nazbierało się książek i nie nadążam z czytaniem. Nawet nie zamierzam się tłumaczyć. Książki leżą stertami w całym mieszkaniu, a ja tylko zmieniam układ tych stert – raz są czerwone, białe i niebieskie, raz stare i nowe, raz – te które trzeba przeczytać natychmiast i je tu od razu omówić, i te które mogą poczekać. We wszystkich są koty i Don Kichoty.

Zacznę od książki, która jest mała i lekka, łatwo więc można ją było zabrać w podróż – to zresztą też jest kryterium podziału: książki w sztywnych okładkach i paperbacki. Ukazała się w Ullstein Verlag już jakiś czas temu (rok 2006), a jej treść jest równie bezpretensjonalna i sympatyczna, jak owa skromna okładka. Historia życia młodej kobiety, Rosjanki, opowiedziana… kotami. Alle meine Katzen – Moje wszystkie koty to opowieść o niefrasobliwym dzieciństwie na Sachalinie, biednych studenckich czasach w Leningradzie (nie było to jeszcze Sankt Petersburg, o nie), z krótkimi wypadami do Moskwy. O pierestrojce i wyjeździe do Niemiec. O podróżach bez pieniędzy i o nadziejach. O przyjaciołach, chłopakach, osobistych narzeczonych, z których jeden zostaje mężem. Ten jest nawet bardzo znany (jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pisarzem-imigrantem w Niemczech), ale w książce nie odgrywa żadnej pierwszoplanowej roli. Pierwszoplanowe są koty, własne i pożyczone. Między kotami biega banda dzieciaków, wpada do cioci Misi na obiad i wujka Włodka – pogłaskać kota. Był komunizm, ale dzieci na szczęście nie wiedzą, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy żyją inaczej, po prostu żyją i jeśli tylko mogą, zbierają się w zgraje i hordy, biegając jak nieprzytomne. Sama tego nie przeżyłam – w naszym niewielkim domu jednorodzinnym we Wrzeszczu, podzielonym pomiędzy kilka rodzin, były cztery dziewczynki i chłopiec, u sąsiadów za płotem jeszcze dwie dziewczynki. Po lewej i prawej urzędy – nie było jak sformować zgrai. Ale opowiadała mi starsza ode mnie koleżanka, dorastająca w Berlinie, że wielkie podwórka pomiędzy zrujnowanymi kamienicami zaludniała horda dzieciaków, było ich co najmniej pięćdziesiąt. Biegały, tak jej zostało w pamięci. Kiedyś zniknęły wielkie podwórka, podzielono je płotami (teraz się je dzięki żmudnym staraniom – usuwa), zniknęły też biegające luzem rzesze dzieciaków. Usiadły w szkołach i na dodatkowych lekcjach angielskiego, przy pianinach i komputerach, czasem idą karnie ze szkoły na basen. Już nawet zapomniałam, że tak bywało, że biegały, ale zobaczyłam ostatnio taką kohortę tureckich dzieci, które pędziły z wrzaskiem przez ulicę. Dokąd się tak pędzi, jak jest się dzieckiem?

Nie miałam już tej książki ze sobą, w następną podróż zabrałam felietony Haralda Martensteina, gdy w kuluarach Kongresu Młodej Polonii w Bonn zobaczyłam maleńką wystawę tego, co, nie szukając specjalnie, można nazbierać w Niemczech, jak się szuka czegoś polskiego. Wieczorem wystawa wracała z powrotem do swojej walizki.


Foto EMS /Krystyna Koziewicz

Podobne prawda, ta walizka z okładki i walizka-wystawa?

Z kolei na okładce felietonów Haralda Martensteina, publikowanych swego czasu w Die Zeit i w Tagespieglu, grafik umieścił podobiznę kota podobnego do Hitlera, która jest wprawdzie podróbą, ale podobną i do kota i do Hitlera. Kiedyś już słyszałam o takim kocie, teraz dowiedziałam się, że istnieje nawet cała strona internetowa poświęcona tylko kotom podobnym do Hitlera. Cats that look like Hitler. Takie kotki zwą się kitlersy. Martenstein jest felietonistą mądrym i prowokującym. Przyjmuje jako autor możliwie najgorsze postawy, po to by zobaczyć, jak będzie wyglądało oburzenie czytelników. Czasem publikuje te głosy oburzenia pod tekstem kolejnego felietonu.
Felieton na stronie 102 został zatytułowany Ulica Karola Marksa, a zaczyna się zdaniem Karol Marks był wielkim myślicielem, nawet jeśli nie zawsze miał rację. Nie wiadomo, czy w ogóle żyli kiedyś jacyś myśliciele i myślicielki, którzy zawsze mieli rację. W roku 2009 ukazał się audiobook z listami, jakie pisali do siebie Marks i Engels. Z listów wynikało, że obaj Wielcy mieli paskudny charakter, byli zrzędni i nikt im się nie podobał. O własnych rodzinach wygłosili zdanie, że “najlepiej, jak już wszyscy wykitują”, a o robotnikach, że “nadają się tylko na mięso armatnie”. Szwajcarzy byli ich zdaniem “głupi”, Duńczycy to “kłamczuchy”, a “Polakom nie należy się Existenzberechtigung – prawo egzystencji”. Po lekturze tych epistoł recenzent z Die Zeit, ocenił, że ci smutni panowie dwaj reprezentują “nacjonalizm, seksizm, antysemityzm, rasizm i że obrażają własnych zwolenników”. To oczywiście prawda, pisze Martenstein, ale nie wolno jednak zapominać, że rasizm i nacjonalizm były w XIX wieku czymś absolutnie na porządku dziennym. Dlatego nie wolno ludzi z tamtej epoki oceniać, przykładając do nich nasze własne miary.

Pod tym felietonem autor cytuje pewien komentarz. Marks, ten pruski grabieżca z Trewiru, głosił w swym życiu retorycznym wiele poglądów, które się wzajemnie wykluczają. Odmówił Polakom Existenzberechtigung? No proszę, a w Londynie w roku 1867 na tzw. polskim mityngu wygłosił płomienną mowę wspierającą Polaków. Zakończył ją słowami: “Europa ma tylko jedną alternatywę – albo spadnia na nią lawina wschodniego barbarzyństwa rodem z Moskwy, albo musi pomóc odrodzić się Polsce, po to, by w razie potrzeby stanęły w jej obronie miliony polskich bohaterów”.

Podpisano donqichotte.

Książka Jadwigi Żylińskiej Kapłanki, amazonki, czarownice (opowieść z końca neolitu i epoki brązu, 6500-1150 lat p.n.e.) została wydana w roku 1972. W dzisiejszym pojęciu to staroć z lamusa, i być może nikt jej już nie czyta poza mną (wracam do niej regularnie raz na dziesięć lat) i Grażyną Plebanek, która poświęciła i tej książce, i jej autorce wiele przepięknych stron. Jeśli jesteście kobietami, koniecznie przeczytajcie. Jeśli nie – też Wam się przyda, ale pewnie nie będziecie chcieli.
We wpisie o kotach i Don Kichotach trzeba wspomnieć Kapłanki, amazonki, czarownice, bo dwukrotnie pojawiają się w niej Wysypy Szczęśliwe, które w baratarystyce zajmują ważne miejsce. To zawsze kobiety odpływają na Wyspy Szczęśliwe.
I zabierają ze sobą jabłka. (Pamiętacie? U Sapkowskiego Avalon, mglista kraina śmierci zawsze pachnie jabłkami).

Pozostały jeszcze dwa Don Kichoty niejako “właściwe” – Jose Ortega y Gasset, Medytacje o “Don Kichocie”, w tłumaczeniu Janusza Wojcieszaka, pierwsza książka Ortegi, opublikowana w roku 1914. Wydawca pisze na okładce, że książka:

…zawiera zręby całej późniejszej koncepcji autora. Odwołanie do genialnego dzieła Cervantesa stanowi pretekst nie tylko do rozważań o istocie hiszpańskości, ucieleśnionej w donkichotyzmie, lecz także o specyfice kultury śródziemnomorskiej w ogle, w zestawieniu z kulturą germańską…

Graham Greene, Monsignore Kichote – powieść, jak to zawsze u Greena – świetnie skonstrowana, dobrze napisana, pełna niespodzianek i zasadzek. Uczciwe pisanie, gwarantujące serdeczne czytanie.

Dobranoc. Zbliża się północ. Ten wpis się zaraz ukaże. Jeszcze w przyszłości napiszę o tych obu książkach, na razie więcej już nie mam siły, oczy mi się kleją. A przecież jeszcze trzeba poczytać…

 

 

 

Reblog o czytaniu

Jacek Dehnel

Co jakiś czas czytam fejsowe mądrości, że ludzie nie czytają książek, bo „książki są drogie” i dostaję cholery. Pomijam już, że mnóstwo książek jest dostępnych bezpłatnie (biblioteki, znajomi, wymiana sąsiedzka), a kolejne mnóstwo za półdarmo (Allegro zawalone jest ofertami znakomitej niekiedy literatury za parę złotych). Ale nawet nowości wydawnicze… serio, ile byście sobie życzyli płacić za przedmiot wielokrotnego użytku, którego – w przeciwieństwie do zużytego biletu na film czy wypitego drinka – można użyć ponownie, sprzedać, wymienić? No ile, żebyście przestali narzekać? 2 zł? 5 zł? Może tyle co kolorowy magazyn, czyli 8 zł? Poszalejmy!

Okładkowa cena nowej powieści wynosi średnio około 40 zł, w przecenie często taniej – na Bonito można kupić na ogół za jakieś 30 zł. To tyle, co jeden do dwóch drinków, dwa bilety do kina, jeden (lub pół) do teatru czy filharmonii, pięć tygodników, dwanaście gazet, dziesięć biletów autobusowych. Kiedy zaczynałem pracować w tym biznesie 15 lat temu, powieść kosztowała… no, ile? Tyle samo. Przez półtorej dekady średnie wynagrodzenie wzrosło ponad dwukrotnie, czyli książki staniały o połowę. Czyli przez te lata pisarze stracili połowę siły nabywczej, innymi słowy: zarabiamy na książkach o połowę mniej. Przypomnijcie sobie swoją pensję z 2004 roku i pomyślcie, że nadal tyle zarabiacie.

Ludzie mają różne przekonania o tym, z czego utrzymują się pisarze, więc może parę słów, żeby to wyjaśnić: poza pracami dodatkowymi, takimi jak pisanie do prasy, spotkania autorskie, jurorowanie w konkursach, pisarz utrzymuje się zasadniczo ze sprzedaży książek. Pisze, podpisuje umowę z wydawcą, wydawca publikuje i sprzedaje, autor otrzymuje procent. MAŁY.

W dużym uproszczeniu wygląda to tak, że podpisując umowę, pisarz otrzymuje od wydawcy zaliczkę na poczet tych procentów – nawet jeśli książka się w ogóle nie sprzeda, nie zarobi mniej, niż dostał w zaliczce. Procenty są liczone na ogół nie od ceny okładkowej, tylko ceny wydawcy – czyli tej, po której sprzedaje on książki hurtownikom, bo to dystrybucja pochłania najwięcej (około połowy) ceny, którą płacimy w księgarni. Z reguły, w zależności od gatunku, popularności pisarza, liczby sprzedanych egzemplarzy zamyka się to w widełkach 10-20% (od połowy ceny okładkowej), czyli jakieś 2-4 zł. Tak, to nie pomyłka: z książki, którą kupujecie w księgarni za 40 zł, pisarz dostaje średnio trzy złocisze. Te procenty są sumowane i wydawca rozlicza się z autorem w trybie na ogół półrocznym – sprawdza, czy uskładało się więcej, niż zaliczka i wypłaca procenty.

Łatwo policzyć, że jeśli autor miałby zarabiać średnią krajową na rękę (3600), to musi zarabiać jakieś 4000 miesięcznie (z tytułu praw autorskich płaci się podatek od połowy kwoty, druga połowa jest liczona ryczałtowo jako koszty uzyskania przychodu, przy czym oczywiście przyjmujemy, że autor nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego), a zatem 48 tys. rocznie. Oznacza to, że rocznie musiałby sprzedać ok. 16 tys. książek (przy czym przy krótkim żywocie książki na rynku polskim sprzedaż obejmuje głównie pierwszy rok od wydania). Tymczasem autorów literatury niekomercyjnej, niegatunkowej, którzy sprzedają tych 16, 25 czy 50 tys. sztuk prawie nie ma, a nawet w literaturze komercyjnej o sukcesie mówi się przy sprzedaży 10 tys. nakładu. Przy poziomie czytelnictwa w Polsce większość książek wychodzi i sprzedaje się (lub nie) w nakładach 3-5 tys. egzemplarzy. A to oznacza – nawet u tych, którzy piszą i wydają powieść rocznie, czyli bardzo często – miesięczny zarobek poniżej polskiej płacy minimalnej.

Poza garstką szczęściarzy (do której szczęśliwie sam się zaliczam, więc mam czas na takie akcje uświadamiające na fejsie) polskich pisarzy po prostu nie stać na pracę we własnym zawodzie.

Więc jeśli nie żyjecie w faktycznej nędzy, która nie pozwala Wam na żadne przyjemności, tylko po prostu macie inne priorytety i wolicie wydać na drinka, kino, konsolę, lunch, kolczyki, nowszy telefon – to spoko, ale przestańcie wciskać kit, że nie czytacie dlatego, że książki są drogie. Nie czytacie, bo Wam się nie chce.

Idę na wybory

Ewa Maria Slaska

Uwaga: Agitacja przedwyborcza!

No więc tak – na pewno każdy, kto mnie zna i tak to wie, ale może trzeba to jednak powiedzieć głośno i wyraźnie: jestem lewaczką i będę głosowała na Lewicę. A ponieważ mieszkam w Berlinie i z przyczyn zawodowych nie mogę wyjechać do Polski i głosować w Gdańsku, będę głosowała na Joasię…

Joanna reprezentuje lewicę – to jest oczywiście powód.
Znam ją osobiście – to też jest powód.
Ma dobry program – to powód zapewne najważniejszy.
Ale przede wszystkim… – o tym “ale” za chwilę, bo najpierw może jednak trochę agitacji wyborczej.

Strona na FB 


Joanna Bronowicka – Kandydatka Lewicy do Sejmu i Antoni Komasa-Łazarkiewicz nakręcili wspólnie spot przedwyborczy Joanny. Jeśli chodzicie na demonstracje w Berlinie, to znacie ich oboje.
Antoni jest kompozytorem muzyki filmowej, stworzył między innymi muzykę do filmu “Pokot” Agnieszki Holland. Joanna i Antoni poznali się, organizując w Berlinie Łańcuch Światła w obronie niezależnych sądów. Razem protestowali przeciwko anty-demokratycznej polityce PiS. Angażują się na rzecz Polski otwartej i tolerancyjnej. Ich przesłanie:
Nadchodzące wybory to szansa, by znowu pokazać, że nasz głos się liczy.
13 października, wybierzmy Polskę, w której przestrzegane są prawa człowieka, a sądy, media i kultura są wolne od politycznych wpływów.
W Polsce i na całym świecie – zagłosujmy na Lewicę!

Ale przede wszystkim…

Joanna jest naszą polonijną kandydatką. Nie jestem polityko-znawczynią, nie wiem więc, czy dobrze myślę, ale wydaje mi się, że Joanna jest pierwszą w XXI wieku “naszą” kandydatką – naszą polonijną. Jest młodą, inteligentną, zaangażowaną, miłą kobietą, ma lewicowe poglądy – to wszystko za nią przemawia, ale  ja osobiście uważam, że najważniejsze jest, że reprezentuje Polonię! I – uwaga! – nawet jeśli Joanna przegra i nie wejdzie do Sejmu, to głosy, jakie na nią oddamy nie pójdą na marne. Myślę sobie, że jeżeli Joanna dostanie od nas, Polaków i Polaczek 🙂 z zagranicy, ogromne mnóstwo głosów, to przy następnych wyborach partie walczące o prawo i sprawiedliwość w Polsce będą wiedziały, że muszą uwzględnić również nas – 20 milionów Polaków mieszkających poza granicami Polski.

My wszyscy, Polacy głosujący poza Polską, jeśli nie pojedziemy do naszych własnych okręgów wyborczych, głosujemy na okręg 44 w Warszawie. Tam naszą kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Jest na pierwszym miejscu, na pewno wejdzie i głosując na nią wzmacniamy opozycję w Polsce. Myślenie strategiczne skłaniałoby więc nas do głosowania właśnie na nią. Dlatego tak ważne wydaje mi się, żeby powiedzieć – tak, dla wygranej opozycji w Polsce będzie się liczył każdy głos oddany na najważniejszą kandydatkę Koalicji Obywatelskiej, ale my, Polacy za granicą mamy też nasz dalekosiężny cel do osiągnięcia – powinniśmy pokazać, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć, a to znaczy, że trzeba głosować na Joannę.

Co widziałam w kinie?

Bardzo dużo chodzę do kina, co zdaje się jest w przypadku pań w moim wieku już dość rzadkie, bo często jest tak, że jestem jedyną siwowłosą osobą na sali. Nie przeszkadza mi to. Lubię kino, lubię magię chodzenia do kina, a przede wszystkim lubię ten inny świat, który na dwie godziny zastępuje mi moje własne życie.

Filmy, które obejrzałam latem 2019 roku były, jak rzadko, prawie wszystkie świetne. Widziałam ich w tym roku tyle, że nawet nie wiem, czy wymienię je tu wszystkie.

Roma, film Alfonsa Cuarón (Meksyk), który wygrał w biegu do Oskara z Zimną wojną i chyba słusznie. Podobnie jak film Pawlikowskiego również Roma jest filmem, którego znaczenie rozumie się tylko wtedy, jeśli zna się tło polityczne filmu. W filmie Polaka – czasy stalinowskie, u Meksykańczyka – rok 1971 i masakrę rewolty studenckiej przez rządowe oddziały paramilitarne w dniu Bożego Ciała.

Ból i blask Pedro Almodovara (Hiszpania) z Penelopą Cruz i Banderasem.

Deszczowy dzień w Nowym Jorku Woody Allena, który nikomu się chyba nie podobał, tylko mnie, jak sądzę głównie z uwagi na wspaniałą rolę młodego aktora francusko-amerykańskiego Timothée Chalameta.

Wszystkie trzy filmy po części autobiograficzne, opowiadają o dzieciństwie i dorastaniu wrażliwych młodych ludzi.

Podobnie jak w Romie, również w nowym filmie Tarantino nie da się dobrze zrozumieć intencji reżysera bez znajomości historii. Pewnego razu w… Hollywood – Quentin Tarantino, znakomity jak za czasów Pulp Fiction, ze wspaniałymi kreacjami Brada Pitta i Leonarda di Caprio (obejrzałam dwa razy – raz po niemiecku z dubbingiem i raz po polsku z oryginalnym głosem i podpisami – dubbing to doprawdy kretyński wynalazek dla analfabetów). Film jest nową, tarantinowską wersją historii morderstw, jakich dopuściła się banda Mansona w willi Romana Polańskiego w Hollywood, ma więc mnóstwo polskich odniesień. Samego Polańskiego gra polski aktor Rafał Zawierucha.

Burning, koreański film Lee Chang-donga wg opowiadania Murakamiego. Również ten film był w tym roku typowany do Oskara jako najlepszy film nie-angielskojęzyczny.

Gdy go obejrzałam byłam zachwycona jakością wykonania, precyzją scenariusza, grą aktorów, ale zniechęcona do treści filmu i jego zapowiadającego się od pierwszych scen okrucieństwa.

Co ciekawe, dokładnie tak samo oceniłam drugi film koreański, który obejrzałam w tym roku – Parasite Bong Joon-ho’a.

Oba mi się nie podobały, ale oba obejrzałam z zainteresowaniem, ba – fascynacją. I przyznaję, że najbardziej w obu filmach interesowała mnie nie akcja, lecz po prostu Korea. Niezwykłe inne życie. Czułam się jak w czasach Komuny, gdy chodziliśmy do kina, żeby oglądać, jak się żyje na Zachodzie, tylko że teraz interesujący jest przeciwnie – Wschód. I to nie Japonia i nie Chiny, lecz właśnie Korea.

Film Bong Joon-ho’a zyskał w Korei niemal natychmiast status kina kultowego, nic więc dziwnego, że podczas projekcji w Berlinie sala była pełna Koreańczyków.

I jeszcze jedno zaskakujące podobieństwo – w filmie Parasite i oczywiście w Deszczowym dniu pada wściekły deszcz.

Cmentarz żydowski w Nicei

Cimetière juif

Uwaga – nie wszystkie motywy w tym filmiku naprawdę sfotografowano na cmentarzu żydowskim w Nicei.  I w ogóle w sieci jest okropny bałagan, niektóre groby pojawiają się wiele razy na różnych cmentarzach, innych nie ma, nie wiadomo – już nie ma, w ogóle nie ma,

Prochy z Auschwitz.


Mydło wyprodukowane w Auschwitz, Majdanku i Treblince.

Zmarli, którzy urodzili się wszędzie, w krajach arabskich, w północnej Afryce, we wszystkich trzech częściach Polski pod zaborami. W Rumunii, Armenii i na Ukrainie. W Beserabii i Erewaniu, Berlinie, Pradze, Lwowie i Trypolisie. Czasem cenotafy, jak ten Maurycego Łukowskiego, najczęściej groby tych, którzy urodzili się wszędzie, a umarli w tu, w ciepłym łagodnym klimacie Lazurowego Wybrzeża, w Nicei, w Eze, w Mentonie.

Najstarszy grób z roku 1540.

Leży tu kilka znanych osobistości, nicejski malarz, śpiewaczka operowa, matka Garibaldiego, Rosa, zmarła w roku 1852. Na wielu grobach stoją bardzo ekspresyjne rzeźby, przedstawiające postaci ludzkie – widać w odległym uzdrowisku można sobie było na więcej pozwolić niż w rodzinnej Łodzi czy Berlinie.

Leży tu też słynny René Goscinny (1926-1977), autor komiksów (Asterix & Obelisk, Lucky Luke) i słynnych książeczek o Mikołajku.

Polacy.

Fanny Moszkowicz, o której rodzina pisze po angielsku, tylko tyle, że była matką, ale zostawia jej w nazwisku sz i cz, choć inni członkowie rodziny używają już pisowni łatwiejszej do wymówienia dla cudzoziemców – np. Moskowitz. Anna Lichtenbaum z domu Eisenmann, rówieśniczka mojej praprababki, z nagrobkiem po polsku.

Ze wszystkich nagrobków wybieram jeden i próbuję dociec, kto tu leży. Wyobrażam sobie, że to pisarz, rzeczywistość mnie jednak surowo zawodzi.

Fortunato Liscia, urodzony w Tunezji w roku 1840, zmarł w Nicei w roku 1910. Wybrałam ten nagrobek, oczywiście z uwagi na książki, już w Nicei, ale nie studiowałam szczegółów. Dopiero teraz widzę, że Fortunato miał, jak ja, 70 lat.

Urodził się w Médina de Tunis. Był synem Moise Liscia i Scemamy Seroni, jego bratem był Vittorio Liscia. Fortunato ożenił się 20 marca 1861 roku Giulią Liscia (być może kuzynką, bo nazywała się Liscia Liscia – urodziła się w roku 1843 w Livorno); miał liczną rodzinę: córki Fanny, Fortunatę, Adelę i Matyldę oraz synów – Adolfo i Gustavo.
Liscia po włosku to “gładki, gładka”, ale także nazwa małego miasteczka w Abruzji (Abruzzo) we Włoszech i rzeki na wyspie Sardynii, niewykluczone więc, że Fortunato i Giulia mieli nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości, tak jak polskie nazwiska Berliner, Lubliner, Warschauer lub Amsterdamski. Dziś w Liscii w Abruzji mieszka 700 osób, dawniej była to pewnie mała wioska. Sardyńska rzeka w latach 50 została przegrodzona tamą, która nazwa się Diga del Liscia.

Człowiek, który ma taki dostatni grób, był na pewno zamożny. Ale w jakiej dziedzinie działał? W sieci pojawiają się zdjęcia budynków podpisane Fortunato Liscia, informacja o hacjendzie i biżuteria. Jak by jednak nie było, wygląda na to, że Fortunato Liscia nie był pisarzem (a takie żywiłam złudzenia, fotografując jego grób w Nicei) i że księgi mają charakter symboliczny:

Księgi występują bardzo często i w różny sposób, pisze Monika Krajewska, w artykule nt. symboliki nagrobków żydowskich, pojedyncza — zamknięta lub otwarta, niekiedy w dłoni, rząd ksiąg zwróconych grzbietem do widza, całe szafy z książkami. Czasem na stronach otwartych książek lub grzbietach bywają wyryte tytuły modlitewni­ków lub dzieł rabinicznych, a na grobach uczonych można spotkać księgi z tytułami ich dzieł (…). Motyw księgi, zdobiący nieraz całe kwatery cmentarza, jest wyrazem uczoności, spełniania religijnego nakazu studiowania Tory i Talmudu, a więc cnót wysoko cenionych przez społeczność żydowską. Jego wszechobecność każe jednak sądzić, że chodzi często o uczoność przypisywaną zmarłemu raczej niż autentyczną.

W innym artykule Krajewska pisze, że…

w końcu XIX w. i w XX w. na wielkomiejskich cmentarzach żydowskich (…) powstały pomniki o motywach stylowych i symbolicznych zaczerpniętych z cmentarzy chrześcijańskich, np. obeliski, kolumny z urną lub draperią, rzeźbione sarkofagi (…)

I tak to nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Myślałam, że pisarz, a tu księga jest tylko symbolem. Myślałam, że mądry, a tu, metaforycznie, każdy zmarły jest mądry. Myślałam, że wrażliwy, a tu po prostu moda i jeszcze na dodatek naśladownictwo. Czego ja tu sobie nie myślałam…

Na zakończenie jeszcze jeden grób z cmentarza żydowskiego w Nicei – Sylwio Maurice Asseo, urodzony w roku 1923, zmarł w roku 1931. Miał jak na owe czasy nowoczesne zabawki – kolejkę, autko, samolocik…

 

 

Każdy, kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem

EMS: Może zresztą nie każdy, ale Autor tego tekstu na pewno nim jest… Tekst znakomicie pasujący do dzisiejszego święta

Marek Włodarczak

MARS I WENUS

Marsjanie byli wybitnymi myśliwymi i doskonałymi tropicielami śladów – znaków – świadczących o tym, co się wydarzyło. A Wenusjanki były wieszczkami, ze znaków na niebie i ziemi przewidywały przyszłość. Nazywały te znaki komunikatami. Nic zatem dziwnego, że świat widziany przez Marsjan był odmienny od Wenusjańskiego świata komunikatów. Na Marsie wyroki zawsze były sprawiedliwe, bo zgodne z prawem, a jak się komuś prawo nie podobało, to siedział, diagnozy lekarskie zawsze były trafne, choć nie wszyscy pacjenci przyjmowali to do wiadomości i chorowali dalej, a szkoły były wyłącznie zielone. Na Wenus szkół nie było, bo po co, skoro wiedza tajemna była wrodzona, nie było też wymiaru sprawiedliwosci, były wyrocznie przewidujące skutki czynów niegodnych, zamiast do lekarza szło się do wyroczni, a że droga była daleka, wychodziło to tylko na zdrowie. Świetnie rozwijały się poezja, malarstwo i muzyka. Nie, religii nie było, choć roiło się od bogów, bogiń i różnych dobrych duszków. Jak nietrudno się domyślić, w końcu doszło do spotkania Marsjan z Wenusjankami, do zderzenia dwóch sposobów patrzenia na świat i porozumiewania się w nim. Od razu rozgorzał spór o wyższości śladów nad komunikatami. Świat był na krawędzi wojny, na szczęście Wenusjanki miały coś, czego Marsjanie bardzo pożądali. Strony podjęły negocjacje, ale te nic nie dały, a wręcz zaogniły sytuację. W końcu ustalono, że przedstawiciele obu stron pozostaną na Ziemi i będą kontynuować rozmowy w małych dwuosobowych zespołach. Z tej okazji urządzone zostało wielkie wesele, po czym strony rozjechały się, pozostawiając negocjatorów samych sobie. Historia tych negocjacji opisana jest w licznych dziełach filozoficznych, teologicznych i z zakresu teorii sztuki. Te bezowocne negocjacje trwałyby do dziś, gdyby nie pewne wydarzenie w sklepie samoobsługowym…

Tekst jest niedokończony.

To nieskończenie jest celowe.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Teresa Rudolf

Ach ty Nostalgio!

Myśl, świergot ptaków,
uśmiech czyjś, muzyka,
zapach trawy, wieczorem ogniska.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Coś tak świątecznego,
nieuchwytnego, cieniutkiego
wzrusza i boli całym sercem.

A ty skąd się tu wziełaś?

Przelatujesz nagle,
czasem jak jaskółka,
a czasem jak dinozaur.

A  ty skąd się tu wzięłaś?

Ciągniesz za rękę,
po dawnych korytarzach,
lub świeżo malowanych pokojach.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Ty uwodzicielko, tańczysz
ze mną, przede mną,
za mną i  nagle odlatujesz…

I  gdzie się  teraz podziałaś?

Już  znowu jesień…

Liść złotorudy podfrunął, musnął
po twarzy i odszedł
dalej za wiaterkiem…

Jeż przeszedł obok,
kręcąc zalotnie biodrami,
dziewczyna to pewnie,
świadoma urody…

Zapachniało mchem
lasu ciągle zielonego,
oddech długi, wciąga
zapach przemijania.

Jesień, znów powolutku,
majestatycznie wchodzi
w nieodwołalny rytm życia,
zapowiada niespodzianki.

Jesień, często kapryśna,
piękna i wystrojona w złocie,
lub ta płaczliwa, lamentująca
w szarzyźnie życia i czerni.

Jesień nieobliczalnie
smutna,  śpiewa żałobne
songi po zmarłym lecie,
i nie wie,  gdzie ono…

Natura  światu przypomni:
przyjdzie kiedyś znów lato,
bo wiadomo już z góry
“Król umarł, niech żyje Król”…


Uwaga –  uważni Czytelnicy już wiedzą, że Teresa Rudolf zawsze sama wybiera oprawę muzyczną, filmową bądź fotograficzną swoich wpisów

30 lat temu upadł Mur Berliński (8)

No cóż – temat aż się sam prosił. Od wielu tygodniu Ela Kargol i Joanna Trümner (i ja jako adminka) publikujemy tu co pewien czas opowieści o Murze Berlińskim. Od ponad roku berliński TIP też publikował kolejne odcinki serialu pod tytułem Grenzgänge – Wanderungen auf dem Berliner Mauerweg. Teraz TIP i ZITTY zebrały te opowieści, uzupełniły wywiadami i wydały jako książkę. Może my też tak zrobimy. Bo to na pewno nie są – nigdy nie są – ani te same opowieści, ani takie same.

 Ela Kargol

Mur, Niederkirchnerstraße

W Berlinie są dwie ulice Niederkirchner. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedna, ta bardziej znana, dzieląca dwie dzielnice, dwa sektory, dwa systemy polityczne, przy której do dziś stoją resztki autentycznego, nieco już okaleczonego muru berlińskiego, od 1961 roku przestała fizycznie istnieć, bo znalazła się w pasie granicznym, tzw. pasie śmierci.

A ponieważ Käthe Niederkirchner, komunistka z przekonania i działania, zamordowana w Ravensbrück bardzo pasowała do obrazu dobrych Niemców z NRD, w 1974 roku przemianowano ulicę w Prenzlauer Berg z Lippehner Straße (od miasteczka w zachodniopomorskim Lipiany) na ulicę Käthe Niederkirchner.

Teraz są znowu dwie ulice.Ta pierwsza, na granicy dwóch dzielnic Kreuzbergu i Mitte jest bardziej zauważalna. Do roku 1951 nosiła jeszcze nazwę Prinz-Albrecht-Straße. A ponieważ ten adres, kojarzył się z faszystowskim terrorem (tu mieściła się główna kwatera Gestapo), zmieniono ją po wojnie, dając jej imię zagorzalej antyfaszystki, która w walce z nazizmem poświęciła swoje życie.

Przy Niederkirchnerstraße znajdowało się nie tylko Gestapo, ale też należące do niego więzienie, dowództwo SS, służba bezpieczeństwa SS, oraz główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Tych budynków już nie ma, w odkopanych piwnicach jeszcze do 13 października można oglądać wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu. A MuzeumTopografii Terroru, otwarte w roku 2010, pokazuje bardzo dokładnie i precyzyjnie historię terroru III Rzeszy.

Może w 1951 roku jeszcze nikt nie przypuszczał, że w tym miejscu między sektorem amerykańskim i radzieckim będzie stał mur lub, używając retoryki z NRD, antyfaszystowski wał ochronny.

Przyjechaliśmy do Berlina w roku 1984. Mur dzielił miasto już ponad 20 lat i nic nie zapowiadało jego rychłego końca. Mur był zawsze i w owej chwili nie umiem sobie przypomnieć, żebyśmy poświęcali mu szczególną uwagę. Córkę odprawadzaliśmy do przedszkola przy Askanischer Platz, a więc niedaleko Niederkirchnerstraße, i nie pamiętam, żebyśmy podchodzili do muru i robili zdjęcia dla potomnych, a szkoda. Żyliśmy w tym mieście, otoczonym murem, jak na jakiejś wyspie, i dopiero teraz po 30 latach od jego upadku, zastanawiam się więcej nad jego fizycznym istnieniem i nad tamtą potrzebą szybkiego zapomnienia, wymazania z pamięci, tak że trudno jest mi trafić do miejsc, gdzie fizycznie istniał.

W roku 1985 odwiedził nas David spod Londynu. David był artystą malarzem, a Berlin Zachodni fascynował go szczególnie. Brał sztalugi i szedł w miasto, do Kościoła Pamięci (Gedächniskirche), do dworca Anhalckiego (Anhalterbahnhof), a w zasadzie do ruin, które z nich zostały i przypominają do dziś okrucieństwo wojny oraz do muru okalającego miasto, właśnie przy Niederkirchnerstraße. Była tam platforma widokowa, niejedna po zachodniej stronie muru, która mieszkańcom zachodniego sektora pozwalała spojrzeć na umocnienia graniczne Berlina Wschodniego. Wejście na taką platformę odbywało się na własną odpowiedzialność, a ponieważ różne opowieści krążyły o terrorze i możliwościach enerdowskiej straży granicznej, towarzyszyło mi przy tym zawsze lekkie uczucie strachu i dreszczyk emocji. David ze sztalugą, farbami, pędzlami spędzał na niej kilka godzin. Niestety nie mam zdjęć efektu jego pracy, ani przy pracy. David opowiadał, że był cały czas obserwowany i fotografowany. A więc kto wie, być może, gdzieś w archiwach Stasi zachowały się jeszcze raporty i zdjęcia. Niedawno dowiedziałam się o istnieniu wieży wartowniczej, jakby z drugiej strony pasa granicznego, położonej w kierunku Placu Poczdamskiego przy dzisiejszej Erna-Berger-Straße. Stamtąd rozpościerał się widok na budynki znajdujące się przy Niederkirchnerstraße.

Dzisiejszy budynek Parlamentu Berlina, dawny gmach Landtagu Prus był miejscem, gdzie toczyły się spory między dyktaturą a demokracją. Budynek otwarty dla wszystkich, który w pewnym miejscu na parterze posiada jeszcze podłogi z siedmiu epok politycznych, począwszy od czasów tzw. II Rzeszy przez Republikę Weimarską, czasy nazizmu, wojny, podziału Niemiec po dzień dzisiejszy. Gmach został odbudowany na rozkaz radzieckiej administracji wojskowej i w latach 1949-53 był siedzibą pierwszego rządu NRD, a w latach 80 – miejscem podsłuchu prowadzonego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego („Stasi”). Wejścia główne zamurowano potrójnymi murami, bo znajdowały się zbyt blisko zachodniej strony. Pracownicy wchodzili bocznymi drzwiami, poddając się licznym kontrolom.

David nie wiedział jaki budynek maluje, umieszczając go w drugim lub trzecim planie swojego obrazu.

Teraz przed głównym wejściem do gmachu można oglądać wystawę o upadku berlińskiego muru (Schön aber ist es, dass die Mauer Löcher bekommen hat), która jest jakby dalszą częścią poprzedniej wystawy o Pokojowej Rewolucji z 1989 roku (Von der Friedlichen Revolution zur deutschen Einheit).

Idąc dalej w kierunku Wilhelmstraße mijamy były gmach Reichsluftfahrtministerium (Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy), na czele którego stał Hermann Göring. Po wojnie i powstaniu NRD ten monumentalny budynek skupiał w sobie wiele ministerstw, Niemiecką Komisję Gospodarczą, Państwową Komisję Planowania NRD, później został nazwany „Domem Ministerstw“ ( Haus der Ministerien), obecnie budowla nosi imię zamordowanego w roku 1991 Detleva Rohweddera, szefa Urzędu Powierniczego i mieści się tu Federalne Ministerstwo Finansów.

W latach 50 ubiegłego wieku w westybulu budynku, w miejsce obrazu przedstawiającego maszerujących żołnierzy Wehrmachtu zawisło socrealistyczne dzieło Maxa Lingnera, wykonane na zamówienie enerdowskiego rządu: „Budowa Republiki” (Aufbau der Republik). W roku 2000 jako przeciwstawieństwo obrazu „szczęśliwego państwa robotników i chłopów” artysta Wolfgang Rüppel, bazując na fotografii demonstrantów z 17 czerwca 1953 roku, stworzył niczym karykaturalne odbicie dzieła Lingnera tzw. fotoinstarsję, przedstawiającą demonstrantów, tym samym upamiętniając powstanie robotników w Berlinie Wschodnim.

W formie komiksu na ogrodzeniu Ministerstwa Finansów pokazana jest spektakularna ucieczka rodziny Holzapfel z dachu budynku na zachodnią stronę.

https://www.bundesfinanzministerium.de/Content/DE/Videos_tatue-app/Historisch/2016-06-30-flucht-holzapfel/2017-06-30-flucht-der-holzapfels.html

 

W roku 1988 w Martin-Gropius-Bau (budynek Gropiusa), już w zachodniej części miasta, dokładnie na przeciwko budynku Landtagu, odbywała się wystawa znanego, dla niektórych kontrowersyjnego niemieckiego artysty Josepha Beuysa. Wchodzilo się wtedy do muzeum od Stresemannstraße, bo główne wejście, od Niederkirchnerstraße znajdowało się zbyt blisko muru.

Budynek Królewskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego po zachodniej stronie muru, zniszczony mocno podczas wojny, który cudem uniknął wyburzenia, został pieczołowicie odrestaurowany w końcu lat 70 i ponownie w latach 90, już po upadku muru. Jest to miejsce, gdzie można oglądać wspaniałe i ważne wystawy. To tu odbywała się w roku 2011 wystawa “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, której kuratorką była Anda Rottenberg.

Josepha Beuysa poznałam osobiście, krótko przed jego śmiercią i krótko po moim przyjeździe do Berlina. Był na pewno nieprzeciętnym artystą i charyzmatycznym człowiekiem. W czasie wojny studiowł w moim rodzinnym mieście na uczelni, którą skończyłam 40 lat później. Wtedy nosiła nazwę Reichsuniversität Posen.

W sztuce wykorzystywał materiały tak nietrwałe jak tłuszcz, filc, miód, oraz rzeczy codziennego użytku. Tworzył akcje, performace, był jednym z głównych członków artystycznego ruchu Fluxus, w którym sztuka wykraczała bardzo poza istniejące kanony.

W roku 1964 Beuys zaszokował wszystkich swoją ideą, postulatem, aby mur w Berlinie z powodów estetycznych i proporcjonalnych podnieść o pięć centymetrów. W zasadzie można powiedzieć, że żart artysty się spełnił, bo mury następnych generacji były wyższe i bardziej perfekcyjne. To właśnie taki mur typu 75 (Grenzmauer 75) stoi do dzisiaj przy Niederkirchnerstraße, otoczony z obydwu stron siatką, która ma chronić resztki tego betonu przed tzw. „dzięciołami”.

Po swojej wypowiedzi artysta musiał się tłumaczyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Dla niego mur był absurdem, który tylko fizycznie podzielił miasto i jego stan rzeczywisty nie był tak ważny, jak ważny był stan duchowy i mentalny tych, którzy mur stworzyli. „Nie należy tyle rozprawiać o murze, ale udowodnić przez samoudoskonalenie, wyższą moralność w ludziach, a wszystkie mury znikną.”

Joseph Beuys zmarł dwa lata przed upadkiem muru.

 

Konstytucja

Ewa Karbowska

PO ZNAJOMOŚCI BO – I PATETYCZNIE PONIEWAŻ

o ile sprzyjają anioły
to kumplem, kolegą ze szkoły
ale – na ogół – bez tego – nieczęsto spotykasz Ją, Jego

no chyba że bywa sąsiadem
o wywiad poprosisz, poradę
przy odrobinie ogłady… z tym jednak też bez przesady

bez nachodzenia natrętów
szacunek
dla wagi urzędu

bo zwykle w normalnym kraju
rodacy Sędziów nie znają
z takimi to wyjątkami gdy sądów są bywalcami –

w PiS-landii?
tak nie da rady
tu razem na barykady

czyś odzian w waciak czy w togę
Ojczyzna ta sama
więc w drogę –

wszak
– choć troglodyci dziś rządzą –
wartością jest praworządność

22.08.2019