Każdy, kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem

EMS: Może zresztą nie każdy, ale Autor tego tekstu na pewno nim jest… Tekst znakomicie pasujący do dzisiejszego święta

Marek Włodarczak

MARS I WENUS

Marsjanie byli wybitnymi myśliwymi i doskonałymi tropicielami śladów – znaków – świadczących o tym, co się wydarzyło. A Wenusjanki były wieszczkami, ze znaków na niebie i ziemi przewidywały przyszłość. Nazywały te znaki komunikatami. Nic zatem dziwnego, że świat widziany przez Marsjan był odmienny od Wenusjańskiego świata komunikatów. Na Marsie wyroki zawsze były sprawiedliwe, bo zgodne z prawem, a jak się komuś prawo nie podobało, to siedział, diagnozy lekarskie zawsze były trafne, choć nie wszyscy pacjenci przyjmowali to do wiadomości i chorowali dalej, a szkoły były wyłącznie zielone. Na Wenus szkół nie było, bo po co, skoro wiedza tajemna była wrodzona, nie było też wymiaru sprawiedliwosci, były wyrocznie przewidujące skutki czynów niegodnych, zamiast do lekarza szło się do wyroczni, a że droga była daleka, wychodziło to tylko na zdrowie. Świetnie rozwijały się poezja, malarstwo i muzyka. Nie, religii nie było, choć roiło się od bogów, bogiń i różnych dobrych duszków. Jak nietrudno się domyślić, w końcu doszło do spotkania Marsjan z Wenusjankami, do zderzenia dwóch sposobów patrzenia na świat i porozumiewania się w nim. Od razu rozgorzał spór o wyższości śladów nad komunikatami. Świat był na krawędzi wojny, na szczęście Wenusjanki miały coś, czego Marsjanie bardzo pożądali. Strony podjęły negocjacje, ale te nic nie dały, a wręcz zaogniły sytuację. W końcu ustalono, że przedstawiciele obu stron pozostaną na Ziemi i będą kontynuować rozmowy w małych dwuosobowych zespołach. Z tej okazji urządzone zostało wielkie wesele, po czym strony rozjechały się, pozostawiając negocjatorów samych sobie. Historia tych negocjacji opisana jest w licznych dziełach filozoficznych, teologicznych i z zakresu teorii sztuki. Te bezowocne negocjacje trwałyby do dziś, gdyby nie pewne wydarzenie w sklepie samoobsługowym…

Tekst jest niedokończony.

To nieskończenie jest celowe.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Teresa Rudolf

Ach ty Nostalgio!

Myśl, świergot ptaków,
uśmiech czyjś, muzyka,
zapach trawy, wieczorem ogniska.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Coś tak świątecznego,
nieuchwytnego, cieniutkiego
wzrusza i boli całym sercem.

A ty skąd się tu wziełaś?

Przelatujesz nagle,
czasem jak jaskółka,
a czasem jak dinozaur.

A  ty skąd się tu wzięłaś?

Ciągniesz za rękę,
po dawnych korytarzach,
lub świeżo malowanych pokojach.

A ty skąd się tu wzięłaś?

Ty uwodzicielko, tańczysz
ze mną, przede mną,
za mną i  nagle odlatujesz…

I  gdzie się  teraz podziałaś?

Już  znowu jesień…

Liść złotorudy podfrunął, musnął
po twarzy i odszedł
dalej za wiaterkiem…

Jeż przeszedł obok,
kręcąc zalotnie biodrami,
dziewczyna to pewnie,
świadoma urody…

Zapachniało mchem
lasu ciągle zielonego,
oddech długi, wciąga
zapach przemijania.

Jesień, znów powolutku,
majestatycznie wchodzi
w nieodwołalny rytm życia,
zapowiada niespodzianki.

Jesień, często kapryśna,
piękna i wystrojona w złocie,
lub ta płaczliwa, lamentująca
w szarzyźnie życia i czerni.

Jesień nieobliczalnie
smutna,  śpiewa żałobne
songi po zmarłym lecie,
i nie wie,  gdzie ono…

Natura  światu przypomni:
przyjdzie kiedyś znów lato,
bo wiadomo już z góry
“Król umarł, niech żyje Król”…


Uwaga –  uważni Czytelnicy już wiedzą, że Teresa Rudolf zawsze sama wybiera oprawę muzyczną, filmową bądź fotograficzną swoich wpisów

30 lat temu upadł Mur Berliński (8)

No cóż – temat aż się sam prosił. Od wielu tygodniu Ela Kargol i Joanna Trümner (i ja jako adminka) publikujemy tu co pewien czas opowieści o Murze Berlińskim. Od ponad roku berliński TIP też publikował kolejne odcinki serialu pod tytułem Grenzgänge – Wanderungen auf dem Berliner Mauerweg. Teraz TIP i ZITTY zebrały te opowieści, uzupełniły wywiadami i wydały jako książkę. Może my też tak zrobimy. Bo to na pewno nie są – nigdy nie są – ani te same opowieści, ani takie same.

 Ela Kargol

Mur, Niederkirchnerstraße

W Berlinie są dwie ulice Niederkirchner. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedna, ta bardziej znana, dzieląca dwie dzielnice, dwa sektory, dwa systemy polityczne, przy której do dziś stoją resztki autentycznego, nieco już okaleczonego muru berlińskiego, od 1961 roku przestała fizycznie istnieć, bo znalazła się w pasie granicznym, tzw. pasie śmierci.

A ponieważ Käthe Niederkirchner, komunistka z przekonania i działania, zamordowana w Ravensbrück bardzo pasowała do obrazu dobrych Niemców z NRD, w 1974 roku przemianowano ulicę w Prenzlauer Berg z Lippehner Straße (od miasteczka w zachodniopomorskim Lipiany) na ulicę Käthe Niederkirchner.

Teraz są znowu dwie ulice.Ta pierwsza, na granicy dwóch dzielnic Kreuzbergu i Mitte jest bardziej zauważalna. Do roku 1951 nosiła jeszcze nazwę Prinz-Albrecht-Straße. A ponieważ ten adres, kojarzył się z faszystowskim terrorem (tu mieściła się główna kwatera Gestapo), zmieniono ją po wojnie, dając jej imię zagorzalej antyfaszystki, która w walce z nazizmem poświęciła swoje życie.

Przy Niederkirchnerstraße znajdowało się nie tylko Gestapo, ale też należące do niego więzienie, dowództwo SS, służba bezpieczeństwa SS, oraz główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Tych budynków już nie ma, w odkopanych piwnicach jeszcze do 13 października można oglądać wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu. A MuzeumTopografii Terroru, otwarte w roku 2010, pokazuje bardzo dokładnie i precyzyjnie historię terroru III Rzeszy.

Może w 1951 roku jeszcze nikt nie przypuszczał, że w tym miejscu między sektorem amerykańskim i radzieckim będzie stał mur lub, używając retoryki z NRD, antyfaszystowski wał ochronny.

Przyjechaliśmy do Berlina w roku 1984. Mur dzielił miasto już ponad 20 lat i nic nie zapowiadało jego rychłego końca. Mur był zawsze i w owej chwili nie umiem sobie przypomnieć, żebyśmy poświęcali mu szczególną uwagę. Córkę odprawadzaliśmy do przedszkola przy Askanischer Platz, a więc niedaleko Niederkirchnerstraße, i nie pamiętam, żebyśmy podchodzili do muru i robili zdjęcia dla potomnych, a szkoda. Żyliśmy w tym mieście, otoczonym murem, jak na jakiejś wyspie, i dopiero teraz po 30 latach od jego upadku, zastanawiam się więcej nad jego fizycznym istnieniem i nad tamtą potrzebą szybkiego zapomnienia, wymazania z pamięci, tak że trudno jest mi trafić do miejsc, gdzie fizycznie istniał.

W roku 1985 odwiedził nas David spod Londynu. David był artystą malarzem, a Berlin Zachodni fascynował go szczególnie. Brał sztalugi i szedł w miasto, do Kościoła Pamięci (Gedächniskirche), do dworca Anhalckiego (Anhalterbahnhof), a w zasadzie do ruin, które z nich zostały i przypominają do dziś okrucieństwo wojny oraz do muru okalającego miasto, właśnie przy Niederkirchnerstraße. Była tam platforma widokowa, niejedna po zachodniej stronie muru, która mieszkańcom zachodniego sektora pozwalała spojrzeć na umocnienia graniczne Berlina Wschodniego. Wejście na taką platformę odbywało się na własną odpowiedzialność, a ponieważ różne opowieści krążyły o terrorze i możliwościach enerdowskiej straży granicznej, towarzyszyło mi przy tym zawsze lekkie uczucie strachu i dreszczyk emocji. David ze sztalugą, farbami, pędzlami spędzał na niej kilka godzin. Niestety nie mam zdjęć efektu jego pracy, ani przy pracy. David opowiadał, że był cały czas obserwowany i fotografowany. A więc kto wie, być może, gdzieś w archiwach Stasi zachowały się jeszcze raporty i zdjęcia. Niedawno dowiedziałam się o istnieniu wieży wartowniczej, jakby z drugiej strony pasa granicznego, położonej w kierunku Placu Poczdamskiego przy dzisiejszej Erna-Berger-Straße. Stamtąd rozpościerał się widok na budynki znajdujące się przy Niederkirchnerstraße.

Dzisiejszy budynek Parlamentu Berlina, dawny gmach Landtagu Prus był miejscem, gdzie toczyły się spory między dyktaturą a demokracją. Budynek otwarty dla wszystkich, który w pewnym miejscu na parterze posiada jeszcze podłogi z siedmiu epok politycznych, począwszy od czasów tzw. II Rzeszy przez Republikę Weimarską, czasy nazizmu, wojny, podziału Niemiec po dzień dzisiejszy. Gmach został odbudowany na rozkaz radzieckiej administracji wojskowej i w latach 1949-53 był siedzibą pierwszego rządu NRD, a w latach 80 – miejscem podsłuchu prowadzonego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego („Stasi”). Wejścia główne zamurowano potrójnymi murami, bo znajdowały się zbyt blisko zachodniej strony. Pracownicy wchodzili bocznymi drzwiami, poddając się licznym kontrolom.

David nie wiedział jaki budynek maluje, umieszczając go w drugim lub trzecim planie swojego obrazu.

Teraz przed głównym wejściem do gmachu można oglądać wystawę o upadku berlińskiego muru (Schön aber ist es, dass die Mauer Löcher bekommen hat), która jest jakby dalszą częścią poprzedniej wystawy o Pokojowej Rewolucji z 1989 roku (Von der Friedlichen Revolution zur deutschen Einheit).

Idąc dalej w kierunku Wilhelmstraße mijamy były gmach Reichsluftfahrtministerium (Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy), na czele którego stał Hermann Göring. Po wojnie i powstaniu NRD ten monumentalny budynek skupiał w sobie wiele ministerstw, Niemiecką Komisję Gospodarczą, Państwową Komisję Planowania NRD, później został nazwany „Domem Ministerstw“ ( Haus der Ministerien), obecnie budowla nosi imię zamordowanego w roku 1991 Detleva Rohweddera, szefa Urzędu Powierniczego i mieści się tu Federalne Ministerstwo Finansów.

W latach 50 ubiegłego wieku w westybulu budynku, w miejsce obrazu przedstawiającego maszerujących żołnierzy Wehrmachtu zawisło socrealistyczne dzieło Maxa Lingnera, wykonane na zamówienie enerdowskiego rządu: „Budowa Republiki” (Aufbau der Republik). W roku 2000 jako przeciwstawieństwo obrazu „szczęśliwego państwa robotników i chłopów” artysta Wolfgang Rüppel, bazując na fotografii demonstrantów z 17 czerwca 1953 roku, stworzył niczym karykaturalne odbicie dzieła Lingnera tzw. fotoinstarsję, przedstawiającą demonstrantów, tym samym upamiętniając powstanie robotników w Berlinie Wschodnim.

W formie komiksu na ogrodzeniu Ministerstwa Finansów pokazana jest spektakularna ucieczka rodziny Holzapfel z dachu budynku na zachodnią stronę.

https://www.bundesfinanzministerium.de/Content/DE/Videos_tatue-app/Historisch/2016-06-30-flucht-holzapfel/2017-06-30-flucht-der-holzapfels.html

 

W roku 1988 w Martin-Gropius-Bau (budynek Gropiusa), już w zachodniej części miasta, dokładnie na przeciwko budynku Landtagu, odbywała się wystawa znanego, dla niektórych kontrowersyjnego niemieckiego artysty Josepha Beuysa. Wchodzilo się wtedy do muzeum od Stresemannstraße, bo główne wejście, od Niederkirchnerstraße znajdowało się zbyt blisko muru.

Budynek Królewskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego po zachodniej stronie muru, zniszczony mocno podczas wojny, który cudem uniknął wyburzenia, został pieczołowicie odrestaurowany w końcu lat 70 i ponownie w latach 90, już po upadku muru. Jest to miejsce, gdzie można oglądać wspaniałe i ważne wystawy. To tu odbywała się w roku 2011 wystawa “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, której kuratorką była Anda Rottenberg.

Josepha Beuysa poznałam osobiście, krótko przed jego śmiercią i krótko po moim przyjeździe do Berlina. Był na pewno nieprzeciętnym artystą i charyzmatycznym człowiekiem. W czasie wojny studiowł w moim rodzinnym mieście na uczelni, którą skończyłam 40 lat później. Wtedy nosiła nazwę Reichsuniversität Posen.

W sztuce wykorzystywał materiały tak nietrwałe jak tłuszcz, filc, miód, oraz rzeczy codziennego użytku. Tworzył akcje, performace, był jednym z głównych członków artystycznego ruchu Fluxus, w którym sztuka wykraczała bardzo poza istniejące kanony.

W roku 1964 Beuys zaszokował wszystkich swoją ideą, postulatem, aby mur w Berlinie z powodów estetycznych i proporcjonalnych podnieść o pięć centymetrów. W zasadzie można powiedzieć, że żart artysty się spełnił, bo mury następnych generacji były wyższe i bardziej perfekcyjne. To właśnie taki mur typu 75 (Grenzmauer 75) stoi do dzisiaj przy Niederkirchnerstraße, otoczony z obydwu stron siatką, która ma chronić resztki tego betonu przed tzw. „dzięciołami”.

Po swojej wypowiedzi artysta musiał się tłumaczyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Dla niego mur był absurdem, który tylko fizycznie podzielił miasto i jego stan rzeczywisty nie był tak ważny, jak ważny był stan duchowy i mentalny tych, którzy mur stworzyli. „Nie należy tyle rozprawiać o murze, ale udowodnić przez samoudoskonalenie, wyższą moralność w ludziach, a wszystkie mury znikną.”

Joseph Beuys zmarł dwa lata przed upadkiem muru.

 

Konstytucja

Ewa Karbowska

PO ZNAJOMOŚCI BO – I PATETYCZNIE PONIEWAŻ

o ile sprzyjają anioły
to kumplem, kolegą ze szkoły
ale – na ogół – bez tego – nieczęsto spotykasz Ją, Jego

no chyba że bywa sąsiadem
o wywiad poprosisz, poradę
przy odrobinie ogłady… z tym jednak też bez przesady

bez nachodzenia natrętów
szacunek
dla wagi urzędu

bo zwykle w normalnym kraju
rodacy Sędziów nie znają
z takimi to wyjątkami gdy sądów są bywalcami –

w PiS-landii?
tak nie da rady
tu razem na barykady

czyś odzian w waciak czy w togę
Ojczyzna ta sama
więc w drogę –

wszak
– choć troglodyci dziś rządzą –
wartością jest praworządność

22.08.2019

Barataria w każdym domu

Ewa Maria Slaska

Pani i pan stoją w pokoju i ściskają się niedwuznacznie. Pan chciałby przejść do działań w pozycji wygodniejszej, ale pani wysuwa się z objęć kochanka (a może zresztą męża) i biegnie do kuchni, aby wyjąć z lodówki globulki ZET. Taka była treść pierwszej reklamy kinowej, jaką zapamiętałam. Zasadniczo bowiem w polskim kinie nie było żadnych reklam, a tylko Polska Kronika Filmowa. A tu reklama. I to taka! O seksie! Nie wiadomo, czy małżeńskim. W kinie. Zapachniało wielkim światem miłości, dorosłości, wolności.

Gdy opowiadam pewnemu bardzo młodemu człowiekowi o tej reklamie, nie chce mi wierzyć, ale nie mogę mu pokazać tej reklamy – nie ma jej w internecie czyli po prostu nie ma już jej na świecie.

Ale to szukanie wprowadza mnie w cały tajemniczy świat peerelowskiej antykoncepcji. Prezerwatywy, które jeśli wierzyć dowcipom, często były wybrakowane, jak przecież cała produkcja komunistyczna. Globulki ZET, ręcznie ugniatane i wyciskane też ręcznie w foremkach do wafelków, jakieś dziwne kapturki.

Z Wikipedii:

Globulki ze środkiem plemnikobójczym wprowadza się do pochwy około 15 minut przed stosunkiem. Pod wpływem ciepła globulka zamienia się w pianę, stanowiącą mechaniczną i chemiczną barierę dla plemników. Przy każdym kolejnym stosunku lub po godzinie od założenia należy założyć kolejną globulkę.

Hasło cytowane przez znajomą chemiczkę – chemia żywi, chemia zdrowi, chemia zapobiega przyrostowi.

Ale to teoria. W kraju panuje ciemnota niebywała. Zdarzają się wypadki połykania prezerwatyw. Użytkownicy skarżą się, że globulki pienią się w… ustach. Kobiety najbardziej wierzą w trzy dni niepłodne przed i trzy po miesiączce, co jest chyba odmianą kościelnego kalendarzyka. Mężczyźni w tak zwaną “ucieczkę” czyli stosunek przerywany. Teraz, gdy szukam filmiku o globulkach ZET, czytam gdzieś, że stosunek przerywany to nie jest metoda zapobiegania ciąży. To ja się pytam – ale co to w takim razie jest? Taka perwersyjna odmiana seksu?

Te i inne rewelacje znajduję w jakimś cytowanym pokątnie artykule Ewy Winnickiej z Polityki.

Eugeniusz Siwik, czytam u pani Ewy, ginekolog, prekursor porodów domowych, także współpracował z Towarzystwem Świadomego Macierzyństwa. Porównałby je do antykoncepcyjnego Don Kichota, który walczy z wiatrakami oporu zogniskowanego wśród nauczycieli, księży czy innych o tradycyjnie wstydliwie ukształtowanych światopoglądach.

Ale zdanie! No, ale pomijając styl, sens jest jasny. O antykoncepcji polskiej myślało się poprzez słowo wstydliwość. Też mówię – cały świat to jedna wielka wyspa Barataria, od początku do końca skłamana i oszukana. Wszyscy się pieprzą, ale wszyscy są wstydliwi.

Winnicka pisze:

Długie lata antykoncepcja była sprawą bardziej wstydliwą niż aborcja. Kiedy kobieta zachodziła w niechcianą ciążę, poświęcała się i rodziła lub szła na zabieg, „bo miała pecha”. Natomiast ta, która zapobiegliwie starała się do niechcianej ciąży nie dopuścić, przy czym interesowała się prezerwatywą lub kapturkiem, uznawana była za osobę o krzywym kręgosłupie moralnym, wspominają seksuolodzy. Takie zainteresowanie oznaczało, że seks nie zdarza się kobiecie mimochodem. O zgrozo, być może jest nawet pozamałżeński i satysfakcjonujący. Słowem: ona interesuje się seksem, a wiadomo, że takimi rzeczami interesują się tylko prostytutki.

PRL cierpiał na seksualną schizofrenię. Z jednej strony o seksie się nie mówiło, a państwo było pruderyjne, z drugiej jednak strony wolny człowiek socjalistyczny miał być naprawdę wolny, a zatem wolno mu było uprawiać wolny seks. Jednak…

Szybko okazało się, że niekontrolowane obcowanie płciowe może rozregulować plany produkcyjne, demograficzne, mieszkaniowe i zaopatrzeniowe państwa. Kobiety miały pójść do pracy, nadmierne rodzenie dzieci wyłączało je z produkcyjnego cyklu, przeludnienie narażało społeczeństwo na niedobory, pokątne aborcje powodowały alarmującą śmiertelność, która w nowoczesnym państwie nie powinna była mieć miejsca. Nowoczesność, tłumaczono, oznacza niewielką liczbę potomków. Jednym ruchem państwo postanowiło zapobiec dzietności oraz zdrowotnym komplikacjom poaborcyjnym.

W roku 1956 wprowadzono prawo usuwania ciąży.

Społeczeństwu starano się więc uświadomić w końcu, że są sposoby, by decydować o własnej płodności. Sposoby te były ciągle wadliwe oraz trudno dostępne. W każdym razie świadomi żenującej podaży w 1958 r. działacze z TŚM własnym sumptem założyli przedsiębiorstwo o nazwie Securitas i uruchomili linię produkcyjną słynnej globulki Zet, a potem innych środków zabezpieczających. Produkcja miała charakter chałupniczy, niewystarczający. Równolegle z produkcją globulki ruszyła akcja „A”. Uprawiających seks traktowano cały czas jak grupę spiskowców. Gazety informowały tajemniczo: Globulka Zet zapobiega. „Nie dawaj dupulki bez Zet globulki” – pouczały podwórkowe wierszyki.

Globulka robiła karierę za granicą. W połowie lat 60 państwo R. pojechali na autokarową wycieczkę do Jugosławii. W schowkach nad siedzeniami upchano handlowy zapas globulek, które jednak pod wpływem południowej temperatury stopiły się i zaczęły kapać na głowy turystów. Ulepione ponownie sprzedano miejscowym amatorom, którzy następnego dnia wrócili z reklamacją. Globulki się pieniły, a ich pozostałości można było znaleźć w organizmie kobiety jeszcze długo po zbliżeniu.

Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna, głosił pewien podwórkowy wierszyk. No, ale może jednak globulkę?

 

Już jesień

Teresa Rudolf

Wewnętrzny album

Wspomnienia różne
z różnych miejsc,
z różnych rozmów.

Smutek, bo było,
bo dawno, bo
tylko w nim??

Plejada osób,
tych też już tylko,
dawno ze zdjeć.

Albumy bardzo pełne,
miejsc, ludzi, czasu,
różnych pór roku.

Obudził się znów
z oczyma pełnymi łez,
jak opium gorzkich.

Za oknem już jesień,
w powietrzu jesień,
w nim też już jesień.

“Całe moje szczęście,
że we mnie jeszcze
te albumy pamięci,

z tym, co było, jest,
takie moje naprawdę,
czas niczego nie odbierze”.

Ray Charles & Mary Ann Fisher – Sweet Memories
Fragmenty filmu To Catch a Thief, z roku 1955 – romantyczny thriller Alfreda Hitchcocka; w rolach głównych Grace Kelly i Cary Grant

Taka para ciut starsza,
a jak kiedyś…

Trzymają się za rączki,
jak kiedyś, pierwszy raz,
dziś, dla pewnosci, wtedy,
by poczuć serc bicie…

Idą powoli, widząc róże
w ogrodach sasiadów,
długo stoją wdychając
ten subtelny zapach.

Stoją w lesie, słuchając
ptaków, toż to dzięcioł,
a to kukułka, to nie wiem
co za jeden, a ty?

Patrzą na rybki w małej
rzeczce, są takie szybkie,
kolor jak te kamyki,
a tam, taka malutka.

Wracają do domu tacy
znów szcześliwi, znów,
i znów, tak długo, jak
długo będzie kogo,

…trzymać za rękę.


Uwaga –  jak zawsze u Teresy Rudolf, również ten post to wpis autorski; Rudolf sama wybiera oprawę muzyczną, filmową bądź fotograficzną każdego swojego wpisu

Donkichoty za płoty (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Tyle się tego nazbierało przez to lato, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. A więc znowu bez ładu i składu kolejna porcja dowodów, że Don Kichot jest wszędzie, mimo że nikt go przecież nie czyta.

Proszę, fragment tekstu zacytowany na Facebooku przez Justynę Sobolewską. Jak schować pieniądze, żeby nikt nie znalazł:

– Hajs masz przy sobie, tak?
– Nie… Schowałem w tym starym wydaniu Moby Dicka.
Tym, co się rozpada, z Penguin Books. Błyszczące książki w miękkich okładkach ktoś mógłby gwizdnąć, ale Melville jest obszarpany. A Zbrodnię i karę mam po rosyjsku, tego też nikt nie tknie!
– Co? Nie masz kasy przy sobie?
– Wziąłem tyle, co na wydatki. I wydałem.
– No nie!
– I jeszcze schowałem trochę w Don Kichocie z Taniej Książki, tam też nikt nie będzie szukał.

Jachym Topol, Wrażliwy człowiek, przeł. Dorota Dobrew, Wydawnictwo Czarne

No cóż. Nie byłabym taka pewna. Kiedyś, dawno temu, opiekowałam się przez miesiąc pewnym mieszkaniem. Utarło się, że wieczorami na lampkę wina wpadali niemieccy sąsiedzi. Kiedyś rozmowa zeszła na to, czy warto jechać do Polski, wyjęłam z półki atlas samochodowy Polski (taki podłużny w brązowej plastikowej okładce – wszyscy, co żyli w PRL-u muszą pamiętać ten atlas). Sąsiedzi wzięli na kilka dni atlas do domu, żeby sobie spokojnie postudiować trasy i odległości. Pożyczyłam im ten atlas bez jakiejkolwiek głębszej myśli – byliśmy osobami czekającymi na azyl. Nasi sąsiedzi Niemcy mogli jechać do Polski, my – nie. Pożyczyłam i zapomniałam. Sąsiedzi też zapomnieli, tak to bywa z książkami. Właściciel mieszkania i atlasu wrócił, ja się przeniosłam do siebie. Po kilku dniach telefon. Gdzie jest atlas!? Gdzie jest atlas?! Na moje szczęście atlas spokojnie leżał u sąsiadów, a pod okładką nietknięte (bo niezauważone) spore oszczędności.

Obraz przedstawiający koszulkę z Don Kichotem Picassa, wystawiony w Domu Kultury Klub Skolwin na Skolwinie (dzielnica Szczecina); Marek Maj, poeta, kierownik kulturalny tej szacownej placówki im. Don Kichota (o czym już pisała Ela Kargol), podpisał to zdjęcie na Facebooku: Kolega z pracy z kolegą

***
Kolega, ach tak. Kilka dni temu, też przy okazji jakiejś kolacji z winem kolega (inny) zapytał, czy już wreszcie przeczytałam książki Marca-Uwego Klinga o kangurze. Doradza mi to już od roku i doprawdy się na mnie obrazi, jeśli tego wreszcie nie zrobię. Następnego dnia wśród książek wyłożonych do zabrania u mnie w domu na klatce schodowej znajduję odpowiednią książkę, a w niej we wstępie zdanie wygöoszone przez kangura:

So nehmt für Euren Prolog doch einfach die Vorrede aus Leben und Taten des scharfsinnigen Edlen Don Quijote de la Mancha und tauscht ein paar Schlüsselwörter aus.

***
Kolejny kolega, znowu na Facebooku, Jarek Łukasik (jego też już TU prezentowałam), ale to nie on jest autorem tej oto “mądrości ludowej”:

A jak myślicie – kto to wymyślił? No?

***
Ale to oczywiście głupota, wynagródźmy ją więc sobie tym (pseudo)renesansowym Don Kichotem, spotkanym w Krakowie w Muzeum Europeum (Paul Emile Machault, Don Kichot, ok. połowy XIX wieku). Na stronie muzeum Dorota Dec pisze:

Don Kichot, bohater wydanej w 1605 roku słynnej powieści Miguela de Cervantesa, jako pełen fantazji romantyczny rycerz, zapalczywie walczący z wiatrakami, a także obrońca wszystkich uciśnionych, stał się z czasem symbolem europejskich idealistów podejmujących się zadań przerastających ich siły, bądź wręcz niewykonalnych.

 

 

 

 

 

 

 

Z kolei w Warszawie na wystawie grafiki w Zachęcie dwa Don Kichoty Stefana Rassalskiego z lat 60. A w sieci znalazłam jeszcze jedną grafikę z tego cyklu.

Heute / Dziś

Stadtführung – Wycieczka po Berlinie

Auf den Spuren von Tschechen, Russen, Bulgaren und Polen im Berliner Bezirk Rixdorf (Neukölln)

Wycieczka śladami Czechów, Rosjan, Bułgarów i Polaków w berlińskiej dzielnicy Rixdorf (Neukölln)

Explore Berlin’s East Europe Now: Rixdorf/Neukölln

Organizatorzy / Organisatoren: Osteuropa-Tage Berlin

  • Niedziela / Sonntag,
    15. September /  września 2019
    14:00 – 18:00
  • Neuköllner Oper

    Karl-Marx-Straße 131-133, 12043 Berlin
    Neukölln ist heute ein Ort, an dem Menschen unterschiedlicher Herkunft zusammen leben und arbeiten. Und auch Flüchtlinge und Übersiedler aus dem heutigen Osteuropa fanden hier ihre neue Heimat – ob die tschechischen Protestanten aus Böhmen, die hier im 18 Jh. kamen, polnische Exilsuchende der 80er Jahre, bulgarische Arbeitssuchende im vereinigten Europa. Unser Rundgang mit dem aus Stettin stammenden und seit über 20 Jahren in Berlin lebenden Stadtführer Martin Januszewski führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Wir gelangen zu dem kirchlichen Arbeitslager, wo meist russischen Zwangsarbeiter arbeiteten, zu der bulgarisch-orthodoxen Kirche, einem polnischen Restaurant mit italienischem Einfluss und zu einem böhmischen Dorf, das noch heute einige Traditionen aus der Heimat pflegt und hegt.
    Im Restaurant Bona machen wir eine lunchpause und bitten alle Teilnehmer ca. 10 Euro in der Tasche zu haben für wunderbares Essen (mit selbstgebackenem Brot) und ein Getränk. Somit bedanken wir uns bei der Gastronomen, die an dem Tag zwischen 16 und 17 Uhr nur für uns geöffnet sind.
    Bitte melden Sie sich HIER verbindlich an.
    14:00
    Treffen am Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Besichtigung im Rixdorf mit kleiner Pause im Comenius Garten
    15:30 – 16:00
    Gang über Körnerpark und Thomasstraße zu polnisch-italienischen Restaurant Bona Kollektiv (Lunchpause)
    16:00 – 17:00
    Essen und Gespräch mit einem Priester von der Bulgarischen Kirche
    17:00 – 17:30
    Besichtigung der Bulgarischen Orthodoxe Kirche
    17:30 – 18:00
    Spaziergang durch den Friedhof zu dem kirchlichen Zwangsarbeiter Lager
    18:00
    Besuch bei dem Denkmal für Zwangsarbeiter auf dem Thomas-Friedhof

    Neukölln to dzielnica Berlina, gdzie spotykają się ludzie z całego świata a więc i z Europy Wschodniej, którzy dziś tu wspólnie mieszkają i pracują. Przybywali tu zarówno emigranci, jak uciekinierzy, jak ludzie sprowadzeni tu przymusowo.  W XVII wieku przybyli tu czescy protestanci z Moraw, w XX wieku robotnicy z Bułgarii i robotnicy przymusowi z Rosji, w latach 80 pojawili się Polacy tzw. emigracji solidarnościowej. Wycieczkę prowadzi Martin Januszewski, profesjonalny przewodnik, pochodzący ze Szczecina, który od 20 lat mieszka w Berlinie. To on poprowadzi nas najpierw do dawnego Rixdorfu, czeskiej wioski, w które do dziś pielęgnuję się pamięć przybyszów. führt uns auf den Spuren des alten und neuen Rixdorfs, wie Neukölln noch vor etwas über 100 Jahren hieß. Pokaże nam kościelny obóz pracy przymusowej, gdzie pracowali przede wszystkim Rosjanie, bułgarską cerkiew i polsko-włoską restaurację, gdzie zjemy spóźniony lunch (koszt około 10 euro wraz napojem – prosimy, żeby uczestnicy wycieczki wsparli ten świetny lokal polsko-włoski, który od 16 do 17 będzie otwarty tylko dla nas).
    Zgłoszenia TU.
    14:00
    Spotkanie przy wejściu do Neuköllner Oper
    14:00 – 15:30
    Zwiedzanie Rixdorf (krótki odpoczynek w Comenius Garten)
    15:30 – 16:00
    Spacer przez Körnerpark i Thomasstraße do polsko-włoskiej knajpki Bona Kollektiv
    16:00 – 17:00
    Lunch i rozmowa z księdzem z kościoła bułgarskiego
    17:00 – 17:30
    Zwiedzanie kościoła bułgarskiego
    17:30 – 18:00
    Przejście do kościelnego obozu pracy przymusowej
    18:00
    Odwiedziny Miejsca Pamięci na cmentarzu św. Tomasza – kamień i wystawa przypominają losy robotników jedynego w Europie kościelnego obozu pracy przymusowej

Reblog: Mentona

Pojutrze lecę do Nicei, a potem jedziemy z Iwoną do Mentony.
Dziękuję, moja kochana!
Reblog wpisu z 10 lutego 2018 roku.

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja i sponsoring)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka „z Ameryki” czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, „a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. A potem przysłała dwa zdjęcia.

Właśnie minęło 107 lat od jej śmierci.

Zaglądam do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Śródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są symbolem stylistyki secesyjnej. Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Janina z Jełowickich Lewandowska żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest to dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Sprawdzam informację o Powązkach i zaiste – rzeźba Barcagalio zdobi tu grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. „Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

„Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… „inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak „żywego” posągu w naszym „mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak „czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: „warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.