Człowiek

Teresa Rudolf

Człowiek

Wstyd,
bicie serca, zimny pot,
gorączka paląca twarz,
ziemio rozstąp się!

Żal,
ból, piekło na ziemi,
gorączka paląca serce,
rzeka cierpienia rwąca.

Żałoba,
żal, tęsknota, zły sen,
oby się ocknąć, przepaść,
niewiara w rzeczywistość.

Miłość,
wiara, zaufanie, bajka,
gorączka pragnienia,
gniazdo orła na niebie.

Zdrada,
pełzanie węża jadowitego,
śmiertelne miłości ukąszenie,
zabójstwo z premedytacją.

Człowiek?
To wszystko razem,
a i wiele wspaniałości,
zakopanych, jak w sniegu.

Wiosno przyjdź,
czekam na pierwsze
przebi-śniegi:
moje kwiaty

nadziei i wiary w dobro.

“Wiadomości”

Wojna, bieda, głód,
dzieci na ulicach wielkich miast,
lub w łóżkach bogatych mężczyzn.

Wojna religii, bieda Afryki,
głodne dzieci w miastach,
na wsiach całego świata.

Wojna w rodzinach,
bieda piszcząca jak pisklę,
zanim zabije głodem.

Wojna w biały dzień,
lub podstępna nocą
głód człowieka i zwierząt.

“A miał być tu przedpokój
Raju, miało być dobrze,
jeśli się jest grzeczniutkim”.

Wojna własnych uczuć,
myśli, przekonań, głód
spokoju i lekkości życia.

“Wiadomości” odpłynęły,
słońce, śniadanie, muzyka,
spokój każdemu prawie.

Jakby nigdy nic się nie stało
puka codzienność własna…
tak daleka od tej innej…

Płyniemy sobie łódką
naszego dnia, do następnych
“Wiadomosci”:
wojna, głód, bieda…

Tajemnica

Co mówią twoje oczy,
kiedy ściskasz jej rękę,
a co mówi ręka,
kiedy patrzą oczy?

Co mówią twoje słowa
kiedy patrzysz na nią,
a co mówią myśli
w twojej głowie?

Co mówi twoje ciało,
kiedy patrzysz na nią,
a co mówi twa fantazja,
gdy zamykasz oczy?

To wszystko sekretem,
kiedy na nią patrzysz,
kiedy ją ściskasz,
kiedy kłamiesz.

Ale też sekretem,
gdy kochasz bez pamięci,
kiedy brak ci słów,
bo aż tak kochasz…

Wpis został w całości skomponowany przez autorkę

Z powieści…

Poprzedniego dnia umarł mąż bohaterki powieści, która pracuje jako opiekunka w Passau. Jutro wraca do domu, ale jeszcze jeden dzień spędza w tym mieście, w domu, gdzie opiekowała się starym panem.

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu. Katedra św. Szczepana.

O katedrze TU.

Pod wieczór wybieram się do katedry świętego Szczepana. Nie wiem, po co tam idę. Tę potrzebę czuję sercem, jakąś niezrozumiałą energią, która mnie otula. Ta energia ma jakiś nakaz, głos, mówiący – idź do kościoła. Tam znajdziesz otuchę. To będzie czas twojej skruchy. Czuję ogień wypieków na policzkach, może to ogień mojego sumienia, rozrachunku z przeszłością? Idę głównym przejściem w kierunku ołtarza. Przyklękam. Katedra jest prawie pusta. Turyści przenieśli się do pubów. W Pasawie odbywa się Festiwal Muzyki. Siadam na ławce tuż z brzegu. Nie wiem co mam zrobić z rękoma i w ogóle ze sobą. Po co właściwie tu przyszłam? Czuję się w tej ławce, jakbym była złodziejem, jakbym przywłaszczyła sobie ławkę, która jest własnością kogoś innego. Zaczynam wstydzić się samej siebie, że ponownie zaczynam wierzyć w Niego, Boga w trzech osobach. Mam wrażenie, jakbym cofnęła się do średniowiecza, gdzie nakaz religijny, nakaz wiary pod presją spalenia na stosie przywiódł mnie w to miejsce. Może myślę niestosownie, może urągam? Zastanawiam się, dlaczego moja wiedza, poglądy, te wszystkie zapatrywania są w tej chwili niezgodne z tym, co mam w głowie. Czy to utrata bliskiej osoby powoduje zmianę poglądów?

Każda następna chwila przynosi zmianę myśli i uczuć. W tej chwili jestem tylko turystką, która rozgląda się po obleczonych w majestatyczne obrazy mury. Chcę stąd wyjść. Czuję się niepewnie, ale zostaję i kontynuuję monolog do Boga.

– Czyżbyś wszczepił we mnie robala, który mnie powoli zżera? Raczej nie istniejesz. Czy ja muszę być wiecznie niespokojnym duchem i zadawać pytania? A może tylko przytępiłeś mój umysł, żebym całe życie szukała nadaremnie zadowalającej odpowiedzi. Jak to wszystko się dzieje, że rodzimy się i umieramy? Dlaczego nie jesteś Bogiem, który wysłuchuje i pomaga? Oświeć mnie, proszę. – Spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. – Przeszedłeś do historii, wsiąknąłeś w ludzką pamięć pokoleń, tak jak mój mąż jest już tylko w mojej pamięci. – Podnoszę dumnie głowę. – Odpowiedz! – mówię, niemal głośno. No odpowiedz! – rozkazuję. – Czemu tak urządziłeś nasz ludzki gatunek? Dlaczego jego jądrem musi być rozstanie i cierpienie? – już tylko proszę, ale bez pokory. – Chcę wiedzieć i już! Zawsze wierzyłam, że potrafię nad wszystkim zapanować, że mam kontrolę nad sobą, nad każdym krokiem. Los ze mnie zadrwił. Czuję się teraz wobec Ciebie, Boże, jak zwierzątko. Zaprosiłeś mnie na bankiet zwany życiem, a tu sala opustoszała, wyszedł mój mąż i zresztą wielu innych znajomych. Zjadam resztki z Twojego stołu, jakieś ochłapy. Może powinnam nisko pochylić głowę przed Tobą, byś zaczarował czas i oddał mi męża z powrotem? Siedzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Moje myśli w kołowrotku. Po co podrzucałeś książki, w których nauka tłumaczy Twoją boskość w zupełnie inny sposób? Może nie jesteś formą energii, na którą dałam się nabrać, tylko jako Stwórca wychodzisz poza energię? Wiem na pewno, że stworzyłeś świadomość, a świadomość to energia. Przecież jedną z cech świadomości jest to, że jest świadoma sama w sobie, że ma różne struktury. Na cokolwiek spojrzę, to to coś ma świadomość. A komunikacja? To też cecha świadomości, a więc mogę z Tobą rozmawiać i Ty możesz ze mną i ze wszystkim, cokolwiek stworzyłeś. Przecież nie stworzyłeś tego wszystkiego i poszedłeś sobie hen daleko, tylko musiałeś mieć jakiś cel? Czy tym celem ma być rozmowa z Tobą? A może to jakaś gra? A w tej grze chodzi o to, żeby zaakceptować to, że mamy w sobie Twoją cząstkę, jak w tym śnie, z którego „złapałam” słowa: „Nie było i nie ma bogów przed nami, to my jesteśmy bogami”. Co mam zaakceptować, jakiego Ciebie? Otwórz mi ten kanał połączenia z Tobą, proszę. Obudź moje zmysły. Wiesz! Brakuje mi chyba odwagi i niewinności, by w Ciebie uwierzyć, Ciebie takiego w trzech osobach. Wiesz co? Jesteś współwinnym tej mojej niewiary, moich ograniczeń. Zrozum! Czekam tu na cud. Przyszłam tu dla cudu odpowiedzi na pytanie. – Dlaczego przemijamy? Nagle! Jakby ktoś lub coś otworzył mi zapadkę w umyśle. Może nie słyszę dosłownie, ale gdzieś na poziomie jakieś energii we mnie. Nie przemijamy. Przyszłaś tu w określonym celu. Poczułam się jak niepyszna, ukarana za niedostateczną wiarę, więc wyobrażam sobie mojego Boga, który nie ma ograniczeń poznawczych jak ja, który zna dogłębnie Fizykę Całego Kosmosu, bo przecież ją stworzył i umie ją zastosować. Boże! Jesteś genialnym Obserwatorem, który śledzi biegi wszystkich czasów, tworzy, wygasza i modyfikuje. Naginasz prawa. Bywasz w każdej części Wszechświata, w dowolnym strumieniu czasu. Jesteś we wszystkich światach naraz i dbasz, by te światy wpływały na siebie. Katalizujesz rozwój każdej jednostki, a śmierć dajesz nam po to, by uwolnić nasze dusze. Rozumiem.

Nie wiem czy był to monolog czy jednak rozmowa, bo odpowiedź dostałam. Czyżbym poznała urywek, ułamek prawdy? Chcę wstać z kolan, ale coś mnie trzyma, każe skłonić głowę, zmusza do pokory. Czuję to.

– Boże, być może nie wierzę w Ciebie, takiego jak nakazuje mi moja religia, jednak wiem, że jesteś i wierzysz we mnie. Nie wiem, jak mam się do Ciebie zwracać. Daj mi jeszcze jakiś inny znak. Dobry znak w tym parszywym moim losie. Tylko o to Cię proszę.

Wychodząc jeszcze raz spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. Wlokę się noga za nogą do domu, jakbym bała wrócić się do światła. Już na miejscu koncentruję się na poszukiwaniu w swojej głębi jakiejś przyjemności. Przeszkadza mi hałas dochodzący z ulicy, więc zamykam szczelnie okna, wyłączam radio, gdzie w eterze muzyka się ledwo tli. Przysiadam na kanapie, a właściwie się kładę. Rozmyślam. Próbuję sobie sama wytłumaczyć, czym jest śmierć. Czy to tylko zamiana formy, kanał, połączenie do innego wymiaru bytności, w którym zawsze istniejemy? Most do czegoś, czego nauka w tej chwili nie może udowodnić? Spoglądam na swoje nogi, na tę twardą materię i mam wrażenie, że jakaś cząstka mnie jednocześnie istnieje w innym wymiarze, bo część mojej świadomości jest oddzielna i istnieje Tu i Tam. Czy ciało jest jak stary łach, który się wyrzuca. – Kochanie może tu jesteś i mnie dotykasz?

Ponownie korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam na schwytanie w religijne pułapki mojego umysłu. Mam przecież prawo do korzystania z tej wolności. Może moje koncepcje wcale nie są fikcją? Boże – daj znak.

Od tamtej pory zaiskrzyło we mnie. Mam coraz to większe wątpliwości w tym procesie poszukiwania Boga. Dziwne, że nie szukam go w religii, w której przyszło mi się urodzić, tylko szukam Go w nowoczesnej nauce, która rozwinęła skrzydła w ciągu ostatnich lat, a teoria powstała zaledwie sto lat temu. Dziś słyszy się takie zdania: Kwantowe myślenie, kwantowe jedzenie (słyszałam już o serwowanych kwantowych sznyclach). Uzdrowiciele leczą metodą kwantową, a bioterapie też są kwantowe. Czy ja żyję już w Matrixie? I w tym Matrixie mam szukać Boga? Jeszcze trochę, a w aptece dostanę kwantowe tabletki, które zlikwidują mi zmarszczki. Nawet mi się to podoba, dałabym się nabrać. Słyszałam też o kwantowych dotykach, kwantowych spostrzeżeniach. Może mnie nie ma, a tylko moja plazma bez przerwy się zmienia. Może moje życie naprawdę jest fikcją, a to prawdziwe toczy się gdzieś w innym wymiarze? Może ten nasz wymiar, to boski cel, by sprawdzić nas jako ludzką rasę, co zrobimy ze sobą, gdy mamy wolną wolę? A zatem dlaczego ludzie dostali szału na punkcie pieniędzy i ich pomnażania? Ja osobiście nie pomnażam, a tracę to, co mam, bo tak podpowiada mi intuicja. Do grobu zabiorę tylko to, co mam w głowie, dobre lub złe myśli, ponieważ z nich się składam. Myśli są kwantowe. Więc tak sobie myślę, że tę szkołę, którą jest życie, ukończę na dostateczną i kwantowo przeniosę się w inny wymiar, który gdzieś jest tu obok.

Z powieści…

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu: Bajka zamku Książ

Po pół wieku uciekam od szalonych czasów pełnych szalonych ludzi w głąb Wałbrzyskiego Parku Narodowego. Pobyt w zamku ma być próbą, czy pęknę pod ciężarem kłamstw tego świata, czy wrócę do domu zrelaksowana. Jestem już w Książu na dolnym Śląsku, niedaleko Świebodzic, gdzie jako mała dziewczynka i nastolatka spądzałam u stryjka wakacje i święta. Pragnę odszukać ślady tej miłości, którą zostawiłam w samym zamku Książ.

Życie to bajka, tak zwykłam mówić. Każdy żyje w swojej, wykreowanej przez własne myśli. Chowam się w zaciszu Natury, w lesie okalającym zamek. Powracam w miejsca, gdzie zostawiłam ślady dziewczęcych stóp. Podążam też śladami samotnej Daisy, Stokrotki, ostatniej pani tego zamku, która sto lat temu też samotnie uciekała w las, by nad dzikim strumieniem łowić pstrągi i rozmyślać. Daisy, mimo swego bogactwa, również była samotna. Mój powrót do zamku był szokiem. Odnowiony, z przygotowanymi komnatami i dziełami sztuki sprzed lat, przyciąga turystów z całego świata. Wynajmuję prywatnego przewodnika, który oprowadza mnie po zamku i opowiada jego historię. Biorę też udział w nocnej wyprawie po zamkowych lochach. Wracam w te same miejsca, po których kiedyś latały nietoperze i biegały szczury wielkie jak koty. Mieszkam w domku, jednym z wielu domków dla służby, a po których biegałam jako mała dziewczynka z grupą innych dzieciaków, bawiąc się w chowanego. Podziwiam piękne pałacowe ogrody. Nie chcę opisywać dziejów zamku i związanej z nim historii niemieckich laboratoriów śmierci w czasie drugiej wojny światowej, czy historii pięknej, bajecznie bogatej, dobrej księżniczki, która mieszkała tu do czasu wybuchu wojny. Można to znaleźć w literaturze faktu.

O Daisy TU. O dziejach zamku podczas II wojny TU. A tu jeszcze opowieść o tym, jak Daisy spędzała święta.

Późnym popołudniem tego samego dnia wybieram się na pierwszy spacer do „puszczy” okalającej zamek. Odnalazłam dziką dróżkę, nieznaną turystom, prowadzącą głęboko w dół lasu. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a o kompasie w ogóle nie pomyślałam. Wszystkie moje życiowe wybory i kroki, jakie podejmuję, są na chybił trafił. I tak było tym razem. To był instynktowny moment zapuszczenia się w głąb tej „puszczy”. Ryzyko, nie czuję strachu, adrenalinę mam chyba we krwi. Inteligencji orientacji mam tyle, co szprotki w puszce, a jednak idę dalej. Moim celem jest wartki strumień, nad którym rozmyślała księżniczka, a później ruiny starego zamku. Idę tą samą dróżką, którą pokonywała Daisy. Po przejściu następnych kilkuset metrów zgubiłam się. Ani w tą, ani w tamtą. I wtedy mroczny las pokazał swoją nieokiełzaną siłę i moc. Przysiadam na zwalonych pniach drzew i myślę o księżniczce i inteligentnych drzewach. Opowieści o Pani zamku słyszałam już od stryjka. W głowie jak na ekranie komputera wyświetla się „film” i słyszę głos stryjka – „Księżniczkę do lasu prowadziły sarenki, dlatego nigdy nie zbłądziła”. Wstaję i nie mam innego wyjścia, jak podążyć się w jednym kierunku. Gdzieś przecież wyjdę. Jestem już nad urwiskiem. Głęboko w dole płynie strumień. Las wydaje się bajkowy, jakbym znalazła się w filmie Avatar. Nie mogę się zgubić, przecież drzewa też mają serca. Przez ich wiekowe konary, rozczapierzone jak tysiące ludzkich rąk, wpadają ostatnie promyki słońca. Jest godzina dwudziesta. Przysiadam na zwalonym pniu, który będę musiała pokonać, by iść dalej. Spoglądam na niższe piętro lasu. Nagle widzę gromadkę sarenek, a wśród nich jedną malutką. Pokonuję zwalony pień i idę w dół, śladem zwierząt. Jestem blisko, może dwadzieścia metrów. Płoszę je. Jedna z nich zostaje i mi się przygląda.

– Chodź do mnie, malutka, nie zrobię ci krzywdy, zgubiłam się – mówię głośno.

Inne już odbiegły, a ta mała zachowywała się irracjonalnie. Obserwowała mnie, jakby na mnie czekała. Jedna ze starszych saren co chwilę przystawała i na pewno wiadomymi sobie znakami dawała małej reprymendę. Szłam dalej, jakby sarenka mnie prowadziła i zapomniałam, że w ogóle się zgubiłam. I tak doszłam do strumienia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że one szły do wodopoju, ale instynkt mnie nie zawiódł. A może znalazłam się w bajce, a sarenka to Daisy? Przykucnęłam i zobaczyłam szerokie kilkudziesięciostopniowe schody z kamieni, prowadzące do ruin zamku. Po raz drugi ogarnął mnie lęk i to uzasadniony. Jestem sama w puszczy. Pomyślałam: skoro Daisy się nie zgubiła, to i ja nie muszę. Nagle słyszę jakieś głosy. Teraz to mnie zamordują – takie myśli przebiegły przez głowę. Głosy były coraz bardziej słyszalne. „Ja tam nie idę”, „Zobacz, tam ktoś jest”. Głos kobiecy był przyjazny, więc się odwracam. Widzę parę młodych, którzy idą w moim kierunku.

– Co pani tu robi sama w tym ogromnym lesie? – pyta mężczyzna.
– Idę na stary zamek – odpowiadam spokojnie, jakbym była leśnikiem i znała tu każde drzewo.
– Jest późno, robi się szaro. Ma pani szczęście, tu można zabłądzić, tu nikt sam nie rusza w las.
– Za późno – odpowiadam.
– Idziemy do ruin?
– Pewnie, że idziemy, muszę zrealizować swój plan.

No i wchodzimy po szerokich i głębokich schodach. W czasie wspinaczki dziewczyna opowiada historię Daisy, jakiej jeszcze nie znałam. Uraczyła mnie prawdziwą opowieścią z życia jej babci, która pracowała w pałacowych ogrodach. Wracaliśmy już prawie po omacku, przy świetle latarki, którą miał ze sobą mężczyzna. Młody dobrze orientował się w terenie i bez problemu o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści wróciliśmy na zamek.

Dziewczyna o imieniu Grażynka opowiedziała legendę, która mówi o księżnej zamku, o jej duchu, błąkającym się wśród ścieżek, którymi za życia podążała i pomaga nie zgubić się osobom zapuszczającym się w głąb tego olbrzymiego lasu.

Tak sobie myślę, iż zdarzyły się dwa cuda. Jeden, że spotkałam ludzi, akurat tego dnia, akurat o tej porze, akurat dziewczę, które znało historię życia Daisy i związane z nią legendy. Czy to przypadek? Tego się już nie dowiem. Teraz zaczekam na moją sarenkę, która zaprowadzi mnie ponownie nad tę samą rzeczkę, ale w czasie snu.

Zaprosiłam młodych na piwo i tak do drugiej w nocy słuchałam opowieści związanych z zamkiem. Wszystko jest dla mnie takie dziwne. Tam jest magia. W końcu moje marzenie się spełnia. Wymądrzę się w tym momencie i dodam, że to intencje wpływają na procesy zachodzące w mózgu. Im więcej intencji, tym większa możliwość spełnienia marzeń. Z tym zamkiem łączy się moja platoniczna przygoda miłosna, której ślady tam zostawiłam.
W latach sześćdziesiątych był to dziki, opuszczony teren z pozostałościami zniszczeń po wojnie, zarówno po Niemcach jak i armii rosyjskiej. Okalający zamek las (ponad 200 ha) też był mi znany, jakby to była moja własna posiadłość. Do tej puszczy (tak nazywam dziki Wałbrzyski Park Krajoznawczy) nie prowadziła kiedyś droga, tylko piaszczysty dukt. Z innymi dzieciakami penetrowaliśmy opuszczone lochy. Jako zakochana szesnastolatka robiłam z moim chłopakiem całodzienne wypady. Przyjechałam do Świebodzic, gdzie moja pierwsza miłość nadal mieszka z rodziną. Umówiliśmy się w jednej z restauracji w zamku Książ. Poinformowałam go przez telefon, jak jestem ubrana. Pijąc kawę rozmarzyłam się. Czekam na młodego, przystojnego chłopaka, studenta trzeciego roku Politechniki Wrocławskiej. Jestem rozemocjonowana i chyba zaprogramowana w taki sposób, by utrwalać emocje chemiczne w pamięci długoterminowej. Taką zamyśloną wyrywa mnie głos, wypowiadający moje imię. Podnoszę głowę. Co po nas zostało? Tylko głos, który jest wizytówką niezmienną od lat, identyfikatorem. Na własnej skórze odczułam tę degradację czasu. Doznaję szoku, bo wracam. Skąd wracam? Jestem już Teraz i Tu.

Staje przede mną starszy pan w dżinsach i sportowej koszuli, odmawia wypicia kawy. Nie czuję radości ze spotkania ani w jego pozie ani w jego oczach, co najwyżej szklaną pustkę. Nie tak miało być, nie taki obraz zaplanowałam. Płacę w pośpiechu rachunek i ruszamy starym audi do Świebodzic, do domu, w którym pomieszkiwałam w czasie wakacji. Konsternacja odbiera zmysły, więc rozmowa nie klei się. Dojeżdżamy. Moim oczom ukazuje się może nie zdewastowany, ale bardzo zniszczony budynek, na którym ta sama co kiedyś, ale wyblakła reklama zakładu fotograficznego sąsiada z pierwszego piętra. Choć pozornie nic się nie zmieniło, tylko się zestarzało, to wspomnienia zakodowane w pamięci długotrwałej żyją starymi obrazami. Pomyślałam: Domy są jak ludzie, składają się z tych samych cząsteczek, atomów, elektronów, pozytonów i nawet emanują zapachem tamtych czasów, bo w dziwny sposób włączył mi się zmysł węchu z czasów dzieciństwa i młodości. Nie ma już ładnego ogródka, w którym rosły róże i pachnące konwalie. Nie ma naszej romantycznej altanki. To wspomnienie młodości niosło ślady cierpienia, a jego brzegi raniły mnie aż do molekuł. Pomyślałam, że przeszłość zostawiłam za sobą, a tu na własne życzenie jest obok. Poczułam się, jakby atomy moich rzęs drgały w świetle kosmicznego tańca światła, a ja byłam tylko ich wylęgarnią.

– Ależ jest! – nagle wybudzam się z zamyślenia. – Jest schowana za garażem.

Kolega prowadzi mnie tą samą dróżką, po której dawno, dawno temu dreptałam. W mózgu włączają się chyba antyatomy, antyelektrony, te wszystkie antycząstki, bo znowu na kilka sekund jestem w tamtym czasie, z grupą imponujących mi studentów. Pijemy alkohol i palimy fajki. Katalepsja mija i widzę obecny obraz. Stara nora, zarzucona wieloma szpargałami i brudnymi szmatami. Czyżby to jeszcze te koce, którymi kolega okrywał mnie w późne letnie, chłodne wieczory, kiedy czytaliśmy Mickiewicza, Tetmajera i innych wielkich poetów, a fraszek Sztaudyngera uczyliśmy się na pamięć? Znów mój umysł odebrał wrażenie zapachu altany z tamtych lat. To samo odczucie dopadło mnie, kiedy wchodzę do domu i witam się z panią w moim wieku. Siedziała na kanapie i cały czas coś żuła. Zdawała się być jak cicha, łagodna owieczka, która zjada trawę. To jego żona. Na spotkanie wychodzi i wyciąga szeroko ramiona stulatek, ojciec kolegi i przyjaciel mojego stryjka. Wygląda jak dobry, poczciwy batiuszka. Zaprasza. W mieszkaniu, które pięćdziesiąt lat temu było dla mnie „bogate”, nic się nie zmieniło, oprócz nowych setek książek upchanych, gdzie się da. No tak! „Dom bez książek, to dom bez okien”. Dziadek opowiada historie, które są dla mnie jakby nie z tej ziemi, historie wojny związane z zamkiem. Podziwiam jego rześkość i prawię komplementy. Choć nie. To, co mówię, to prawda. Dziadek otwiera stare zniszczone pudełko, które nawet dziwnie pachnie i wyciąga pożółkłe czarno białe zdjęcia z księżną Daisy.

– Zobacz, o tu, tu siedzi mój ojciec.

Staruszek wraca do przeszłości, nie tylko tej wojennej historii Książa. Opowiada o swoim ojcu, bywalcu na zamku w latach dwudziestych. Wchodzę w tamtą przestrzeń, która dla mnie jest tylko myślą, bo reszta, co otacza tę przestrzeń, to już chyba myślący Bóg, który tak zarządził. Słowa o Niemcach, o czasie drugiej wojny światowej i laboratoriach, w których poddawani byli okrutnym badaniom mieszkańcy okolic, są precyzyjne, zdania logiczne i sensowne, strzela nimi jak harpunami, a harpuny łatwo wbić, ale wyciągnąć, to już nie będzie jak. Na trwałe zostanie zapisany w moim umyśle i sercu odpowiednim kodem mój stosunek do Niemców. Nawet pani Merkel ze swoją polityczną poprawnością ratowania milionów emigrantów nie pomoże. Podziwiam piękny umysł tego staruszka i jego moc przebaczenia, o którą ja będę musiała prosić Boga. Niesamowitość potęguje wrażenie, kiedy ta pierwsza moja miłość kładzie na stole moje listy sprzed pół wieku, adresowanych kaligraficznie kopertach. Przypominam sobie, ile czasu poświęcałam pisaniu tych adresów, okłamując matkę, że to lekcje. Robię zdjęcia i zachłannie czytam. Rozpoznaję w nich siebie poprzez transformacje ideowe, duchowe, kulturowe. Choć czuję się „przestarzała”, to gdzieś w środku jestem tą samą osobą, te listy o tym świadczą. Zatrzymuję wzrok dłużej na jednym, gdzie odnajduję mój wiersz, który mogę dzisiaj uznać za dobry. Rozbraja mnie zapis: „[…] przepraszam, ale to z poetyckiego nawyku”. Boże! Pomyślałam: jakiż to poetycki nawyk mogłam mieć w wieku szesnastu lat? Chciało mi się śmiać, ale z moich wierszy już nie. Opuszczam Świebodzice i dom pełen wspomnień. Wyjeżdżamy. Po drodze robię ksero listów. Wysiadam tak po prostu, mówiąc „do widzenia”.
Gdzie ten dżentelmen sprzed lat? No cóż, do przeszłości się nie wraca. Życie zostało tak zaplanowane i zapisane w boskiej księdze, że nie jego żoną miałam być. Boski plan został zrealizowany. Wypełniły się nawet banalne cele, a teraz dostałam nowe zadania, bo chyba jestem kobietą zadaniową. Czy je zrealizuję? Nie wiem. Ale po latach dostałam odpowiedź. Do przeszłości się nie wraca. Jej już nie ma.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 11

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie – polami, lasami, wioskami – mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jesień hula. Duje mocno. A ja właśnie brnę pod wiatr, niestety. Droga płaska, nawierzchnia przyzwoita, gdyż trakt przecina akurat sporą osadę. Ale z powodu podmuchów lekko nie jest, toteż jadę powoli. Rozglądam się. Popatruję na prawo. W górę. Przed siebie. W górę. Za siebie. W górę. Na lewo. W górę. W górę. W górę. Coś mnie tam, do diaska, frapuje. Na tej górze. Takie coś nazywają bodajże dysonansem.

Ptak jak ptak. Leci sobie. Cóż to, ja ptaka w locie nie widziałem!? Zbliża się szybko z naprzeciwka. Już po chwili mogę w nim rozpoznać sierpówkę, czyli synogarlicę turecką. I już chyba wiem, czym przyciągnęła ona moją uwagę, co z nią nie tak.

Wiele rodzajów ptasiego lotu dane mi było w życiu obserwować. Bociany szybują majestatyczne. Jaskółki zręcznie wywijają arabeski. Myszołowy kołują złowrogo, lecz dostojnie. Mewy zastygają w bezruchu nad taflą wody. Wróble kotłują się wariacko w stadzie. Czasem jest to piękne, nieraz miłe, niekiedy zabawne. Ale wszystkie ptasie loty mają charakter utylitarny. Nieważne, czy chodzi o łowy, gody czy też o wędrówkę na zimowe leże.

Sierpówka leci, można by rzec, osobliwie. I niestety za szybko, by zrobić jej zdjęcie. To wznosi się, to szybuje, to w dół pikuje bezwładnie. Faluje na wietrze. Trochę jakby bez sensu. Wszak pokarmu tu brak. Wspólnika godów też nie widać. A i do ludzkich siedzib za blisko, żeby mogło jej chodzić o zmylenie patrolującego teren ptasiego drapieżcy, bo takowy w te rejony nie zalatuje. Czemu więc służy dziwaczna lewitacja?

Chwila! Ptaszyna po prostu… wygłupia się. Frunie dla przyjemności. Bawi się w latawca. A mówią: ptasi móżdżek.

I mknę dalej szosą. Ślad kół przestaje przypominać linię prostą.

Zum Welttag der Armen: Gemeinschaft mit Bedürftigen

Verwöhnt zu werden, das erleben Arme selten. Ehrenamtliche Malteser und Gemeindemitglieder von St. Matthias teilten am Sonntag, 10. November, Gemeinschaft mit Bedürftigen.

Die 58-jährige Lilly strahlt. Als Mutter von sechs Kindern wird sie selten verwöhnt. Im Gegenteil. Sie lebt von staatlicher Hilfe, das reicht gerade zum Leben. Für sie ist der Wohlfühltag für Stadtarme und Obdachlose, den die Malteser zusammen mit der Gemeinde Sankt Matthias in Berlin-Schöneberg am Sonntag, 10. November, organisiert haben, ein Festtag. Das mehrgängige Menü ist auf feine bordeauxrote Karten gedruckt. Kürbissuppe, Piroggen, Bigos, Putengeschnetzeltes, Gurkensalat und Dessert – alles wird serviert von Frauen, Männern, Jugendlichen und Kindern, die sich ehrenamtlich im Mensaraum der benachbarten Katholischen Schule St. Franziskus eingefunden haben. Der Polnische Rat Berlin hat die Nationalgerichte seines Landes gespendet.

Es geht um die Begegnung

„Es geht heute vor allem um die persönliche Begegnung mit Menschen, denen es nicht so gut geht im Leben – die Mangel leiden, sei es an Essen oder Zuwendung,“ sagt Carmen Rippoll, Diözesanoberin der Berliner Malteser. Der sogenannte „Wohlfühltag“ findet mit Blick auf den 3. Welttag der Armen statt, den Papst Franziskus für den 17. November ausgerufen hat. Im Vordergrund steht die Begegnung mit bedürftigen Menschen. Auch an diesem Sonntag in der Mensa der Sankt Franziskus Schule. Hier steht das gemeinsame Miteinander im Vordergrund. Die ehrenamtlichen Helfer und Helferinnen sitzen mit den Gästen an den Tischen. Es wird fröhlich geplaudert, gegessen und miteinander gelacht. Auch die 13-jährigen Schüler Hannah und Liam sind dabei. Sie spülen, servieren und mischen sich unter die Gäste. „Es macht einfach Spaß, Menschen, die arm sind, zu helfen. Man sieht, dass sie sich freuen – da freut man sich selbst auch,“ sagt Liam, der seit einem Jahr als Malteser-Schulsanitäter und Schulklimapate an der katholischen Schule Sankt Franziskus engagiert.

Musik und Zauberei

Der Tag geht zu Ende mit Musik, Zauberei, Massagen und Geschenketüten – liebevoll bemalt und verpackt von Schülern und Schülerinnen aus dem Malteser Schulprojekt an der Sankt Franziskusschule. Helmut, 77, aus Friedrichshain geht glücklich heim. Er lebt allein, bekommt monatlich 760 Euro Rente. 450 Euro verschlingt die Miete. Das lange Gespräch mit Ralph, einem von 22 ehrenamtlichen Maltesern, die beim Wohlfühltag helfen, hat ihm gut getan – das schmackhafte, liebevoll servierte Essen sowieso.

Ewa Maria Slaska

An dem Tag beteiligten sich auch Polen: Jacek Manowski und Magdalena Kotala

Sie organisierten Spenden aus dem Polnischem Lebensmittelladen “U Zosi” und von der Familie Domaradzki in Lübars (im Text spricht man vom Polnischen Rat, dessen Vorsitzende Ferdynand Domaradzki ist, aber es ist in der Tat eine Spende seiner Familie gewesen).

Auch die Polnische Botschaft in Berlin war dabei. Ein Auto brachte Mützen, Schals und Handschuhe für Bedürftige (leider hat man sich für fingerlose Handschuhe entschieden, die eh Mode-Accesoires sind als für Warmhalten an kalten Tagen taugen).

Unter den Verwöhnten, Obdachlosen und Armen aus der Stadt, gab es überwiegend Polen. Klar, es gab auch anderen, es waren Deutsche, Moldaven, Ukrainer da, aber Unsereine sind in der Überzahl.

Immer wieder stellen wir uns die Frage: Wieso? Wieso gibt es soviele aus Polen in Berlin, die auf der Strasse wohnen? Und die Antwort ist leider klar: Weil sie hier viel besser leben können, weil es hier mehr Obdachlosenheime und Obdachlosenhilfe gibt. Weil, wenn die ersten Frostnächte kommen, gab es aus Polen sofort erste Meldungen, die dann den ganzen Winter immer wieder zu lesen sind. Es starben zwei Menschen, es starben zwanzig Menschen… In Deutschland sterben sie auf den Strassen nicht.

Anm. von EMS: Alle Fotos in meinem Teil des Berichts von Jacek Manowski; auf dem oberen Foto Magdalena Kotala

Giermek na białym ośle (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Wiadomo Komu

Przyjechał z daleka Wiadomo Kto – Wieczny Giermek na białym ośle, i uwiecznił to zdarzenie odpowiednią ilustracją.

Bardzo mnie rozbawił ten obrazek, wręcz ponad i tak dobrze zasłużoną normę, bo odczytałam, że to Wieczny Gieremek. Przybył, pomyślałam, by wspomóc Rycerza Grodzkiego, jak to w legendach bywa, dla wspomożenia nowych, wstają duchy dawnych rycerzy, te które śpą pod Giewontem i nawet piorunów się nie boją, i te, które z Barbarossą w Kyffhäusen, i te gliniane nieopodal Shaanxi.

No, ale doczytałam się, i to był jednak Wieczny Giermek, co zresztą i nieprawda, bo czasem już mu bardziej pasuje hełm-kapelusz Don Kichota niż czapka giermka, i jest na to dowód nawet tu na tym blogu i kto chce niech go szuka w kilkuset Baratariach, które się już w międzyczasie objawiły. Choć, jak go znajdziecie, to na głowie będzie miał czapkę.

Przywiózł on był z daleka prezent znacznie powiększający prywatną mą kolekcję donkichotystyki, a mianowicie Don Kichota w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa i z ilustracjami Wojciecha Siudmaka.

Ale sprawił jednocześnie, że w podręcznej biblioteczce baratarystycznej ziać jęła wielka i dojmująca dziura. Przybył bowiem mianowicie tom pierwszy, a Barataria, jak wszystkim wiadomo, znajduje się w tomie II, czemu jednakowoż dało się zaradzić, bo natychmiast ten brakujący tom zamówiłam  i poń pojechałam, przywożąc przy okazji również kota Iwana, który, jak się kochani Czytelnicy za kilka dni przekonacie, też okazał się niezbędny… I tak to z jednego prezentu wyniknęły dwa zakupy i na dodatek jeden wyjazd do księgarni, co jest jeszcze przyjemniejsze, bo dobrze jest dostać nieznane dzieło, ale  lepiej jest mieć przed sobą trzy takie książki.

Tak więc tym razem Barataria w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa.

Mam na półce tłumaczenie Anny i Ludwika Czernych, w internecie, w Wolnych lekturach, bez trudu można sięgnąć po wersję najpopularniejszą czyli przekład Zakrzewskiego. Na chomikuj.pl znalazłam kiedyś tłumaczenie Woroszylskiego, ale translacji Charchalisa nie da się znaleźć, mimo iż tłumacz w wywiadach zapewnia, że wszystko jest. No, ale może było, a nie jest i nie pisze się w rejestr, nie wiem, w każdym razie ja nie znalazłam i dopiero teraz mogłam zobaczyć, co recenzenci mieli na myśli, pisząc (bądź z uznaniem, bądź krytycznie), że język przekładu jest mocny, rubaszny, zrozumiały i zwięzły, tak iż nawet maluczcy mogliby byli poczytać sobie Don Kichota i nader dobrze by go pojęli.

I tak owszem jest, co wydaje mi się zabawne, acz jednak tylko do pewnego momentu. Bo nie spodobało mi się nazwanie Sancha Brzuchaczem, Rosynanta Chabetą, a Dulcynei Cudenią, chociażby dlatego, że jeśli już, to powinna była chyba zostać nazywana Słodyczką. Jeszcze większą zakawykę mam z Sancho Brzuchaczem, bo panza to nie tylko brzuch ale i wątpia, czyli z jednej strony proste flaki, z drugiej jednak również budzące wątpliwości i wynikające ze zwątpienia wróżby ze zwierzęcych wnętrzności, które owym wątpiom nadały nazwę. Wątpia czyli wyciągnięte z brzucha wróżebne mięsiwo dla tych, którzy wątpią w pomyślną przyszłość. W hiszpańszczyźnie też coś z tego można znaleźć, bo panza to brzuch, a pensere – myślenie. Tak więc Brzuchacz jako imię mówiące jest zdecydowanie zbyt ciasne i powinno by brzmieć na przykład Brzumysł. Ale pomysł dosłownego tłumaczenia nie podoba mi się również z innych powodów. Po pierwsze uważam za ryzykowne nadawanie nowych imion z dawna znanym bohaterom książek. Jesteśmy ludkiem konserwatywnym i nie chcemy zbytecznych nowinek. Po co nazywać Sancha inaczej, skoro imię Sancho Pansa świetnie się sprawdziło? Fredzi Phi Phi zamiast Kubusia Puchatka też nie chcieliśmy. Podobnie jak wstrząsnęło by nami, gdyby jakiś tłumacz nazwał Harry Pottera Heniem Ceramiczkiem, a Bilba Bagginsa Torbaczem. Zresztą nie nazywamy Stefana Koronatusem, Leona Lwiskiem, ani Ewy Babą czy Kobietą. A słynny szeryf Brown to przecież Brown (czytany jednak po polsku) a nie Brąz czy Brązowy, a wierna Penelopa zwaliłaby nas z nóg jako kochająca Kaczka. I tak dalej, i tak dalej…
Ale mój opór ma jednak jeszcze i inne przyczyny. Bo imiona i nazwy z innych krajów mają w sobie zapach i smak odmiennych światów, podobnie jak niedubbingowane filmy. Surabaja Johnny, ileż w tym egzotyki, to angielskie imię, przydomek jak indonezyjskie miasto i jeszcze przybył z Birmy… Podobnie jak dźwięki i brzmienia obcej mowy. W W Pustyni i w puszczy Idrys i Gebhr krzyczą na wielbłądy jalla, jalla i to przecież nie jest na miły Bóg to samo, co hejta, wiśta, wio.

Tak sobie myślę, że nie trzeba wszystkiego zbyt przybliżać i zmieniać w swojską wioskę, bo kończy się to tak, że cały świat to jedna wielka Polska, pełna Marysiek, co porodziły syna i Józków, co dziecię pielęgnują. Spolszczony świat traci wyraziste kontury i głębie, uteraźniejsza się i rozrasta. I wtedy okazuje się łacno, że Polska zawsze była, jest i będzie wielka.

Aleć to wszystko furda w porównaniu z tym, że jak się wreszcie dorwę do drugiego tomu i dopadnę Baratarii, to nazywa się ona Bakszysz! Bakszysz! Bakszysz! Po co? Dlaczego? Dlaczego? Po co?

Ależ to jest jeszcze gorzej niż bigos zamiast olla podrida czyli zgniłego garnka, z którego często gęsto pojadają bohaterowie Cervantesa. Choć przynajmniej i bigos, i olla podrida to potrawy z resztek. Jest jednak tak źle, że tylko płakać. Bo nie dość, że bakszysz to nie oszustwo jak hiszpańska Barataria, co tłumacz wie i w przypisie wyjaśnia, to jest to przecież jałmużna, a tymczasem wyspa, którą dostaje Sancho, jest z góry przyobiecaną zapłatą, a jej oszukańczość leży w złych zamiarach pary książęcej, a nie w dobrodusznym Sanchu. Ta wyspa “mu się należy”, jak nagrody pewnej pani i jej kolegom.

W ostatnim akcie opery Julesa Massenet, Don Quichotte, umierający Don Kichot mówi do giermka:

Sancho, obiecałem ci ongi wzgórza zielone i zamki,
nawet wyspę ci obiecałem kwitnącą…
Wciąż leży w mej mocy, by ci ją dać.
Weź tę wyspę, jest twoja.
Błękitne fale rozbijają się o jej brzeg,
jest tak piękna, tak przyjazna…
Weź ją, to Wyspa Marzeń!

Błędny rycerz nie płaci swojemu giermkowi żołdu, byłoby to nieromantyczne i zgoła drobnomieszczańskie, w nagrodę za wierne służby błędny rycerz daje swemu towarzyszowi i przyjacielowi co najmniej zamek lub posiadłość, najchętniej jednak wyspę, a czasem nawet jakieś niewielkie państewko.

Jest to tak nagminne w opowieściach, że wcale nie powinno dziwić nikogo, że w drugiej połowie drugiego tomu Sancho jednak dostaje tę swoją wyspę i sprawuje na niej godne rządy, choć przecież wszystko jest tylko złośliwym żartem Księcia i Księżnej. Problem z nazwą tej wyspy jest jednak dwojaki. Bo to z jednej strony Kraina Kłamczuchów i Oszustów, po drugie jednak – i jest to nader ważne – jej nazwa pojawia się w książce tylko raz i to mimochodem. A tu tłumacz używa sobie do woli na oryginale i szafuje nazwą Bakszysz na lewo i prawo.

I dlaczego to wszystko takie ma być znowu ważne? Ano dlatego, że ta Barataria raz jeden jedyny nazwana w powieści, nie umknęła i nie przepadła. Nie! Barataria obrosła w prawdziwym świecie setką a może tysiącem znaczeń, i to zarówno namacalnie i fizycznie, jak i metaforycznie.

Na jej cześć nazwana została wyspa, zatoka, okoliczne przesmyki i kanały, rezerwat przyrody na wyspie. O tych miejscach powstały książki, filmy, scenariusze teatralne.
Ponieważ przez kilkanaście lat mieszkał tu słynny pirat, Barataria stała się wzorem wszystkich Wysp Skarbów na świecie i zainspirowała pisarzy i reżyserów do napisania i nakręcenia różnych korsarskich opowieści.
Ponieważ była krainą oszustów, była kontynuacją, ale też i wzorem następnych naśladownictw, w których chciano przedstawić świat łgarzy.
Ponieważ jej gubernator okazał się władcą mądrym, sprytnym i uczciwym, stała się kolejnym wcieleniem Raju na Ziemi czyli Utopii. Powieliła wzory, ale też sama stała się wzorem. Była też, dodajmy, modelem kraju dalekiego i egzotycznego, w którym można było osadzić każdą opowieść.
Ponieważ Sancho chętnie czerpał z mądrości ludowych jakimi są przysłowia, pojawiła się co najmniej jedna antologia przysłów, na tle których osnute zostały niewielkie zgrabne sztuki teatralne – nazwana Dwór Barataria.
Ponieważ władza Pansy jako Gubernatora rychło się skończyła, okazało się, że Pansa to wcielenie Salomona, a zarazem Karnawałowy Król, prawdziwy władca pozbawiony władzy lub jego zamiennik. Mityczny władca zabijany raz na rok na taką prawdziwą dobrą wróżbę, a nie te nasze głupkowate lania wosku w Andrzejki i topienie ołowiu w Sylwestra.
Powstało kilkadziesiąt książek, obrazy i gobeliny, koszulki trykotowe i flagi. Opery, balety, marsze i utwory jazzowe, a także kilka sztuk teatralnych, realistycznych, przygodowych, fantastycznych, szalonych, a nawet naukowych, które opisują Baratarię. I wcale nie mam tu na myśli prac naukowych na temat Cervantesa i jego bohaterów.

Powstały hippisowskie komuny i miasta, tak nazwane. Hotele, osiedla, restauracje i sklepy z pamiątkami. Pomniki. Nawet nie silę się, by sporządzić jakąkolwiek listę.

Fascynujące jest śledzenie, ile przemian i wcieleń może mieć jedno jedyne słowo wymyślone przez pewnego pisarza 400 lat temu. To tak, jakby po całym świecie rozprzestrzeniło się, zawsze używane w języku oryginału czyli po polsku, słowo “blaskomiotny” wymyślone przez Waldemara Łysiaka.

Tymczasem Charchalis pozbawił Czytelnika tych radosnych skojarzeń, tej swobodnej i pełnej fantazji wędrówki po krętych ścieżkach, jakimi wędrują motywy i tematy literackie, posyłając Czytelnika w diabły, czyli do krainy natrętnych żebraków, zawodowo domagających się bakszyszu. Och, Panie Wojciechu, jaka szkoda, jaka wielka szkoda.

Byłam tym Bakszyszem zamiast Baratarii tak rozżalona, że ofiarodawca ułożył nawet limeryk na ten temat:
Była pewna Ewa Maria
Jej to była Barataria
Czasem w głos krzyczała “kysz!” –
Określenia typu Bakszysz
Były dla niej jak malaria.

Wszystkie zdjęcia we wpisie (prócz globusa) – Wiadomo Kto: A.Ł.

“Sprawą Charchalisa” zajmuję się jeszcze w kolejnych wpisach: TU  i TU


A skoro już tam na górze wspomniałam Tomasza Grodzkiego, dzisiejszego naszego Rycerza Szlachetnego Oblicza, to pomyślałam, że może chcecie na spokojnie przeczytać orędzie, które Marszałek Senatu wygłosił w TVP kilka dni temu, albo go posłuchać. To proszę – TU jest tekst, a TU nagranie.

Andrzej Titkow (Z Facebooka)

DZIADEK MIKOŁAJ

Spluwał siarczyście
na warszawskie bruki,
wiejskim obyczajem
z Guberni Woroneskiej.

W Nowej Lubomirce
dźwigał worki
na stacji kolejowej,
i kłody w tartaku,
a w Antoniewie
ziemię szwagra
uprawiał jak własną.
Nigdy nie narzekał,
miał pogodę ducha
samotnych koczowników.

Codziennie chodził na obiad
do biura, w którym niegdyś pracował.
Jaworzyńską do Placu Zbawiciela,
a potem Marszałkowską do Żurawiej.
Szedł szybko, wyprostowany,
z podniesioną głową,
jak człowiek wolny.

Królował przy biesiadnym stole,
z zawadiackim uśmiechem
wznosił wielopiętrowe,
pełne znaczeń toasty,
taki na przykład-
Sława etich warot,
iz kotorych wyszeł wies narod.
Mocny kuksaniec w bok
od siedzącej obok Babci,
śmiechów przyjazny szmer
i kieliszków brzęk.

W swej sprawnej,
biurokratyczno – administracyjnej,
choć nieco śpiewnej polszczyźnie
(tej wschodniej nuty nigdy się nie pozbył)
uwodził urzędniczki, sklepikarki
i białogwardyjskie artystki
z babcinego teatru.

Nie był wojownikiem,
chociaż był niezłomny
i kiedyś, tylko raz,
już po wielu latach,
powiedzał szwagrowi
swoje non possumus.
Siedzimy obok siebie,
lecz nie jesteśmy razem,
ja byłem na dole,
ty byłeś na górze.

I cisza zapadła
przy biesiadnym stole.

Od 15 lat jestem opiekunką (reblog)

Edyta Brzozowska (onet) rozmawia z Łucją Fice

  • Od 15 lat jestem opiekunką starszych i chorych ludzi. Jednak najgorsze jest to, że takich kobiet jak ja, Polek – są tysiące. Emerytek, które zatrudniają się u innych emerytów. Tych bogatych, z Zachodu – mówi Łucja Fice, 68-letnia emerytka
  • Wśród dorabiających do emerytury tak, jak ona, pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. I inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ-u uznał za zdrową i nie przyznał jej renty
  • Wszystkie boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogrody. I strasznie tęsknią za własną rodziną. Tak jak wiele innych Polek również Łucja była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Życie tak mi się ułożyło, że musiałam szukać pracy poza granicami własnego kraju, gdzie od kilkunastu lat opiekuję się starszymi ludźmi – zaczyna swoją opowieść Łucja Fice z Gorzowa. – Choć ciężko Polsce pracowałam, to kiedy osiągnęłam wiek emerytalny, dowiedziałam się, że przysługuje mi tylko 800 złotych. Przeżyłam szok, kiedy dowiedziałam się, że świadczenie jest tak niskie, bo nie zachowały się dokumenty sprzed czasów transformacji. Poczułam upokorzenie.

Pani Fice z zawodu jest chemiczką. Pracowała głównie w państwowych zakładach, a ostatni etat straciła, kiedy w jej zakładzie pracy przeprowadzono redukcję zatrudnienia. Nowego zajęcia szukała przez dwa lata, bezskutecznie. Podjęła decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej.

– W centrum Gorzowa otworzyłam sklep z odzieżą używaną – wspomina. – Interes szedł świetnie, ale tylko do momentu, kiedy na obrzeżach miast powstało ogromne centrum handlowe. Zbankrutowałam.

Opowiada, że to był dla niej trudny czas: razem z mężem musiała spłacać kredyty i chciała pomagać córkom: tej studiującej za granicą i młodszej, tuż przed maturą, która także marzyła o studiach. Z jednej pensji było to mało realne.

– Ukończyłam specjalne kursy i zgłosiłam się do agencji pracy za granicą. I tak w 2004 roku zostałam opiekunką seniorów. Najpierw w Wielkiej Brytanii, a przez ostatnie dziewięć lat w Niemczech – opowiada.

Pani Łucja, od kiedy została opiekunką w zagranicznych domach opieki oraz u rodzin, przekonała się, że inne Polki w jej wieku znalazły się w podobnym położeniu.

– Takich kobiet jak ja są tysiące. Emerytek, którym nie starcza na godne życie we własnym kraju. Emerytów z Zachodu stać na to, aby zapewnić sobie tanią opiekę z Polski. I mogą sobie pozwolić na coś więcej, niż chleb ze smalcem czy cienką zupę na co dzień.

W piwnicy z robakami

Właśnie w Wielkiej Brytanii pani Łucja po raz pierwszy zetknęła się ze starością i cierpieniem. Dosłownie, namacalnie i na własne oczy przekonała się, jak wyglądają ostatnie dni wiekowych ludzi: chorych na Alzheimera, z demencją, otępiałych i bez kontaktu z rzeczywistością. Niezdolnych do samodzielnego życia, na wózkach, leżących.

– Dom opieki w miasteczku nad Kanałem Bristolskim był duży, elegancki i świetnie wyposażony – opowiada. – Wyspy Brytyjskie słyną z troski o swoich seniorów. Nawet niewielkie miasto z kilkoma tysiącami mieszkańców ma takie domy. Często niemalże luksusowe. Lecz my, zatrudnione w nich Polki, mieszkałyśmy w innych warunkach: w wilgotnych piwnicach, gdzie robaki chodziły po ścianach i w ciasnych klitkach. Poznałam tam wiele rodaczek w starszym wieku, które dorabiały do głodowej emerytury. Jako jedna z nielicznych byłam w tej dobrej sytuacji, bo znałam angielski. Ale od kiedy zaczęłam pracować w Niemczech, języka niemieckiego musiałam się dopiero nauczyć.

83-letnia Polka dorabia w Niemczech

Z poznanych za granicą opiekunek pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. Ale też inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ uznał za zdrową i nie przyznał renty.

– Ta kobieta pytała: „Za co mam żyć, za co się leczyć? Za co prywatnie iść do lekarza? W Polsce nikt mnie do pracy nie przyjmie” – wspomina pani Łucja. – Pamiętam też tłumaczkę przysięgłą, której mąż uzależniony od hazardu przegrał w kasynie wszystkie oszczędności i sprzedał samochód. Zostawił rodzinę z niespłaconym kredytem za mieszkanie. Poznałam opiekunkę chorą na padaczkę i inną, 75-letnią, ze spuchniętymi nogami, która dźwigała swojego podopiecznego, myła, karmiła, woziła na spacery.

Wszystkie te kobiety łączy jedno: boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogródki. I strasznie tęsknią za własną rodziną.

Nigdy nie było perfekcyjnie

Łucja Fice niektóre z pań opisała w swojej trylogii opowiadającej o opiekunkach pracujących na Zachodzie. Książki Przeznaczenie, Wyspa starców i Za kryształowym lustrem pokazują ciężką pracę przy schorowanych seniorach. Łucja pisze także o własnych doświadczeniach.

– Dla mnie najbardziej traumatyczna była opieka nad chorą na raka Ritą, Niemką po zabiegu mastektomii. Musiałam się na nowo nauczyć prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować, bo dla gospodyni nigdy nic nie było perfekcyjnie. Niemieckiego jeszcze wtedy dobrze nie znałam, z czego moja chlebodawczyni czerpała wielką satysfakcję. Byłam dla niej obiektem drwin. Z czasem nauczyłam się jej języka i rozumiałam co do mnie gderała: „Za siedzenie nie płacimy”, „Przyjechałaś tu do sanatorium, a może na urlop?” Złośliwie skąpiła mi jedzenia i karmiła suchymi bułkami, choć wyżywienie miałam zapisane w kontrakcie.

Jednak pani Łucja nie protestowała, bo bała się, że straci pracę. Tak jak wiele innych Polek, była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Wyprowadzałam psy, sprzątałam, zdezelowanym rowerem jeździłam na zakupy, chodziłam na pocztę oddaloną o kilka kilometrów – wylicza. – Miarka się przebrała, kiedy podczas burzy i wielkiej ulewy Rita kazała mi wykonywać ciężkie prace ogrodowe, bo „z cukru nie jestem”.

Wszystko we mnie krzyczało: „Czy muszę to wszystko znosić tylko dlatego, że jestem kimś bez pracy w kraju?” Już nie chciałam dłużej słuchać tłumaczeń męża Rity, że ona jest umierająca, że cierpi. A bywa obcesowa, bo wie, że odchodzi. Spakowałam walizkę i wyjechałam bez słowa.

W mundurze oficera SS

Łucja wspomina też inną podopieczną, Niemkę, 92-letnią Elizę z Berlina.

– Często mówiła, że musi iść do fryzjera, bo lada dzień wróci jej mąż Martin, choć mężczyzna od dawna nie żył. Miała demencję. W gorsze dni rozbierała się do naga i powtarzała mi: „Zabiję cię, zabiję”.

Któregoś razu starsza pani zaprowadziła Łucję do szafy i kazała wyjąć mężowskie ubranie.

– Zobaczyłam mundur żołnierza SS i zamarłam. Nigdy nie zapomnę znaku trupiej czaszki na czapce i swastyki na przepasce – wspomina.

Kiedyś staruszka wymknęła się z domu. Pani Łucja wpadła w panikę, ale na szczęście odnalazła ją na pobliskim przystanku autobusowym.

– Była bosa, ale ubrała się w wojskowy mundur męża – opisuje. – Zbyt długie nogawki podwinęła, przepasała się grubym pasem, a rękawy obcięła nożyczkami. Dopiero od córki Elizy dowiedziałam się potem, że jej męża rozstrzelano w czasie wojny za pomaganie Polakom i Żydom.

Następnego dnia po ucieczce z domu Eliza dostała udaru i zmarła.

Królowa Lodu

Na rękach pani Łucji zmarła też inna podopieczna, Rose, rocznik 1918.

– Była bardzo bogata – opisuje kobietę. – Bizneswoman, do której należało kilkanaście marketów w okolicy Köln, a jej rodzina dorobiła się ogromnego majątku. Ale była tak skąpa, że żądała, abym robiła wielkie zakupy na cały tydzień za 2-3 euro, które mi wręczała. Sama ubierała się w zniszczone rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat.

Pani Łucja wiedziała, że kilkanaście polskich opiekunek, które pracowały u Rose, były w jej pojęciu złodziejkami: żadna nie wytrzymała tam dłużej niż tydzień. Niemka miała przydomek „Królowa Lodu”.

Pani Łucja mówi o sobie, że jest z natury pogodna. Więc często podśpiewywała pod nosem.

– Wtedy Rose na mnie krzyczała: „Zamknij się! Po obiedzie czyszczenie lamp i abażurów!” A kiedy protestowałam, bo w ciągu dnia przysługiwała mi dwugodzinna przerwa, babcia łapała za laskę i próbowała mnie bić. Krzyczała: „Ja ci dam przerwę, leniuchu! Przyjechałaś tu do pracy, a nie na wakacje” – opowiada.

Ale Polce żal było kobiety, której dziecko zginęło przed laty w tragicznym wypadku.

– Dlatego nie rozstawała się z lalką, która zastępowała jej córkę – tłumaczy. – I do ostatnich chwil tuliła ją do siebie w przekonaniu, że trzyma własną, żywą córeczkę.

Nadal chce wyjeżdżać

Pani Łucja mówi, że nie wszystkie chwile na zagranicznych kontraktach były przykre.

– W niektórych niemieckich rodzinach czułam się naprawdę doceniona, wręcz rozpieszczana. I nie tylko ja, bo moje koleżanki, które opiekują się potrzebującymi ludźmi poza granicami naszego kraju, często nazywane są „perłami”. Ludzie, którzy korzystali z naszej pomocy, powtarzali, że bez nas nie poradziliby sobie. I tak naprawdę bardzo się cieszę, że Polki mają taką możliwość, aby wyjechać i dorobić do skromnych emerytur.

Niestety, kiedy pani Łucja opiekowała się jednym z ostatnich podopiecznych, musiała się zmierzyć z rodzinną tragedią.

– Trzy lata temu któregoś dnia, w Niemczech, odebrałam od córki telefon. Powiedziała: „Mamuś, nasz tato nie żyje”.

Był to dla niej cios. I choć od tej pory pobiera mężowską emeryturę – większą, niż ta, której wyliczył jej ZUS – nadal chce wyjeżdżać jako opiekunka.

– Ale teraz jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę negocjować stawkę – podkreśla pani Łucja – I nie pracuję z mniej niż dwa tysiące euro.

Apel do polityków

Fice zaznacza, że niektóre koleżanki z Gorzowa zazdrościły jej „zarabiania kasiory”.

– Radziłam im wtedy, żeby same zostały opiekunkami i przekonały się, jak to jest. Tęsknić za swoim domem, spaniem we własnym łóżku. Nie wszystkie to wytrzymują. Niektóre piją, ale dyskretnie, wieczorami, żeby nikt nie widział. Ile zarobią? To zależy od agencji. Przeciętnie 1200 euro na miesiąc. Za dzień i noc ciężkiej, fizycznej pracy, która wypala także psychikę – podkreśla. I dodaje: – Moje powieści to krzyk dojrzałych kobiet: Polek, matek, żon i babć, które marzą o pracy we własnym kraju. I bardzo bym chciała, żeby moje książki o emigracji zarobkowej emerytek przeczytali politycy. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie o takiej starości marzyłyśmy.

*

Książka Za kryształowym lustrem wzbudziła w Niemczech duże zainteresowanie. Autorka wzięła udział w filmie dokumentalnym realizowanym przez telewizyjną stację RTL o polskich opiekunkach pracujących w Niemczech. Obecnie powieść została przetłumaczona na język niemiecki. W maju 2019 roku ukazała się nowa powieść autorki pt. Druga strona grzechu, która także dotyczy emigracji zarobkowej kobiet, ale jest też próbą podsumowania osobistej filozofii autorki.

Kobieta z sową

Maryna Szturo Over i Ewa Maria Slaska

Rzecz o Valu Prinsie (i Praprababci)

Jest rok 1863. W Polsce powstanie. Moja Praprababcia, Paulina Cohn, zajmuje się produkcją prochu, oficjalnie sprzedaje go myśliwym i firmom budowlanym, tajnie – dostarcza powstańcom. Pisałam już o tym, ale nie mogę się oprzeć, by tej anegdotki tu nie powtórzyć. Przyjeżdża powstaniec po kolejny transport prochu. Ma odebrać cztery paczki, wie w końcu, pacan, że w środku jest proch. Ale co tam, szlachecki honor każe na oczach darczyni opieczętować paczki, by było jasne, że nic nikt po drodze nie uszczknie. Cóż więc robi – wyciąga lak, zapala świecę, i trzymając to nad paczkami, kapie beztosko czerwonym lakiem na różne załamania papieru i węzły sznurka, i szybko, zanim lak nie zastygnie, przybija swą rodową pieczęć. Praprababcia Paulina stoi obok. Milczy, tylko w duchu modli się zapewne w duchu do wszelkich bogów i bogiń tego świata, żeby ten idiota jak najszybciej skończył swoje popisy szlacheckiego honoru.

Na pewno tak właśnie wygląda. Jakby nic się nie działo. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie tak mają. Nie mamy grottgerowskich twarzy, na których rozgrywa się cała rozpacz z powodu upadku ojczyzny, wściekłość wyzutych z praw czy strach przed wojną. Nie. My głaszczemy kota, psa, sowę. I milczymy. Praprababcia stoi i czeka. Jest może trochę bledsza, trochę starsza, trochę bardziej milcząca.


Atena wysłuchała modłów. Pan odjechał bryczuszką, nie wysadziwszy w powietrze ani paczek, ani całej prochowni.

Obraz namalował w roku 1863 Valentine Cameron Prinsep, zwany Val Prinsep, jak napisała Maryna, niezwykły artysta i postać cyganerii. Prerafaelita pełną gębą. Jedna z sióstr jego matki, Julia Margaret Cameron, była znaną fotografką, druga, Maria Jackson (née Pattle) – babcią Virginii Woolf i Vanessy Bell. W I połowie XIX wieku rodzice przebywali w Indiach, on sam urodził się w Kalkucie. Po powrocie z kolonii, od 1851 r.  Prinsepowie prowadzili w Londynie słynny salon literacko-artystyczny w posiadłości Little Holland House. Val był, jako się rzekło, Prerafaelitą, bliskim przyjacielem Johna Everetta Millaisa i Burne-Jonesa, z którym podróżowali po Włoszech. Wraz z Dantem Gabrielem Rossettim i innymi przyjaciółmi wykonał dekoracje Oxford Union.

 

Był  nie tylko znanym i uznanym malarzem (jego obraz Miriam na brzegu Nilu znajduje Mojżesza wisiał w Buckingham Palace), ale również autorem, napisał dwie sztuki teatralne Cousin Dick i Monsieur le Duc, wystawione w Royal Court Theatre i St James’s Theatre, kilka powieści oraz pamiętnik, dokumentujący pobyt artysty w Indiach, Imperial India: an Artist’s Journal (1879).

Lublinerzy i Lublinerowie

for English scroll down

czyli projekt Andrzeja Titkowa

Kiedyś wydałam książkę o rodzinie.

Kiedyś Andrzej Titkow zrealizował taki film, który po polsku nazywa się Lublinerzy.

Film Titkowa dotyczy mieszkańców Lublina. Moja książka to historia rodziny, która wzięła nazwisko od od tego miasta, ale to co ja jako kronikarka wiem, już się z tym miastem nie łączy. Dalekie ślady prowadzą do Galicji, do Krakowa, rodzina przeniosła się do Warszawy, a po wojnie rodzinne drogi rozeszły się po świecie, a my zawędrowaliśmy do Łodzi, Gdańska, Berlina, Ottawy i Florencji.


Teraz koleżanka tłumaczy książkę na niemiecki (pieniądze by się przydały, oczywiście, ale to nie o takie sumy tu teraz chodzi), a Andrzej Titkow chce zrobić film, a pieniędzy po prostu nie ma i prosi o nie w sieci. W apelu jest zdjęcie, jak Andrzej siedzi na schodach. Nie widać kapelusza, pewnie jest z drugiej strony. Postanowiłam, że usiądę sobie obok niego i też będę prosić na ten film. Dajcie, dobrzy ludzie, my naprawdę robimy te książki i filmy nie tylko dla siebie, ale dla Was, przede wszystkim dla Was!


Lublinerzy/ LUBLINERS
Jestem poetą, reżyserem, scenarzystą i producentem. W branży filmowej pracuję prawie pół wieku. Jestem autorem osiemdziesięciu filmów dokumentalnych, filmów fabularnych, spektakli teatralnych i telewizyjnych. Filmy o tematyce żydowskiej są obecne w mojej twórczości od wielu lat. Pełnometrażowy dokument „Lublinerzy” to jeden z nich. Pracuję nad nim od kilku lat. Pomysł filmu zrodził się podczas Lubliner Reunion, zorganizowanego przez Ośrodek “Brama Grodzka-Teatr NN, który odbył się w dniach 3-7 lipca 2017 roku. Uczestniczyłem w tym niezwykłym wydarzeniu i prowadziłem jego dokumentację.

W filmie „LUBLINERZY” chcę przedstawić historię kilku żydowskich rodzin na szerszym, społeczno-politycznym tle historii międzywojennej Polski. Chcę pokazać możliwie wszystkie aspekty tego życia, niczego nie pomijając, ani nie zatajając. Polska była przez wieki krajem wielokulturowym, a życie społeczności żydowskiej było nierozerwalnie związane z polską historią. Korzenie bohaterów tego filmu są ściśle związane z Lublinem i choć los rozrzucił ich po całym świecie, tysiące niewidzialnych nici wiążą ich wciąż z tym miastem. W tym filmie chcę pokazać problem Zagłady od strony psychologicznej i jednostkowej, poprzez bardzo osobiste, często intymne, opowieści filmowych protagonistów. Każda z tych historii jest inna, lecz wszystkie są jednakowo poruszające i niosą humanistyczne przesłanie. Chcę w tym filmie pokazać nie tylko niewyobrażalne cierpienie związane z żydowskim losem podczas Zagłady, ale także zaakcentować ludzką wolę przetrwania, która potrafi przezwyciężyć śmierć.

Ten dokument jest projektem bardzo wyjątkowym i trudnym ze względu na sam temat, jak również z powodu  ilości protagonistów i miejsc zdjęciowych oraz wielu innych elementów. Pewne środki finansowe zostały już pozyskane dzięki szczodrości Prezydenta Lublina, pan Krzysztofa Żuka, jednak jest to kwota niewystarczająca do rozpoczęcia produkcji. W tej sytuacji zmuszony jestem do poszukiwania jeszcze innych zródeł finansowania i, z tego powodu, zwracam się również do Państwa. Ten niezwykle ważny i potrzebny film ma szansę powstać jedynie dzięki Waszej wspaniałomyślnej pomocy. Wszyscy darczyńcy zostaną wymienieni w napisach końcowych filmu, dostaną płytę dvd z filmem oraz zostaną zaproszeni na uroczystą premierę, która zaplanowana jest na grudzień 2020 roku.

My name is Andrzej Titkow. I am a poet, film director, a producer and a scriptwriter with a long experience. I am the author of 80 documentaries and several TV feature films including a drama serial, a cinema feature, a few stage drama performances and TV spectacles. I am also an author of three Volumes of Verse. Throughout my career, the Jewish themes were constantly present in my artistic activity.

My latest project, a full-length documentary entitled “Lubliners” focuses on the history of several Jewish families in Diaspora. For centuries, Poland was a multicultural country, and the life of the Jewish community is inextricably linked to Polish history. The roots of my protagonists are closely related to Lublin. Although, their fate has spread them all over the world, thousands of invisible threads still tie them with this city. The idea to make such a documentary came up in my mind during Lubliner Reunion, which took place from 3 to 7 July 2017.

This documentary may provide an opportunity to unveil the truth hidden in the deepest part of the history. The testimony of protagonists bring valid and yet universal message. I am deeply convinced that this testimony will be able to preserve, reaching the subsequent generations. In my documentary, I would like to present Shoah through the stories of my protagonists. Each of them is different, yet they are all equally complex and moving. My goal is to present not only the enormity of the suffering bounded to the Jewish fate, but also to emphasize the great will to survive, which transcends death.

“LUBLINERS”  is very demanding project, which requires  a full commitment due to a number of protagonists, locations and other elements. I would like to mention that the some financial means were already provided by the President of Lublin. This amount of money was a great support, thanks to which I was able to finish the development stage. Nevertheless, this sum is not sufficient to start production and therefore I am asking for help. The amount acquired through this fundraising will allow me to start shooting in various places around the world. Your generous help is the only way to obtain the goal of creating valid and worthwhile film. I would like to assure that all the donators are going to be mentioned in the film credits. I also provide them a DVD copy of the documentary. Finally, all the benefactors are going to be invited for the official film premiere in Lublin in December 2020.