List do EMS

Teresa Rudolf
Ewuniu, po głowie mi chodzi ten Twój wpis pt. “Dwie siostry“…
Z jednej strony dlatego że ma w sobie tyle ciekawych informacji “historyczno-estetycznych”:
piękne rzeźby, ładne zdjęcia, przemijanie zamknięte w twórczości artystów tamtych epok, w fotografiach dzisiejszych, a z drugiej strony też z tego powodu, że na  początku napisałaś o zniknięciu  miliardów blogów.  Tu  przypomniała mi się też Twoja kuzynka z Kanady i uratowany przez Ciebie jej wpis o Żebraku…
A wiesz, co mi przyszlo JESZCZE  dziś do głowy?
To, że to, co my robimy, na Twoim blogu, to są rysunki na piasku, czasem zatrzymają się przy nich przypadkowi przechodnie,
czasem nawet ktoś dopisze tam jakąś uwagę, ktoś obcy, ktoś znajomy…
no i ktoregoś dnia przyjdzie silniejszy wiatr i wszystko to zdmuchnie.
Gdy sobie to wyobrażałam, zakradły mi się dwa uczucia:
– niesamowita lekkość i przyjemność rysowania na piasku,

– a z drugiej strony trochę też smutek przemijania wszystkiego.

I niestety przyszło mi do głowy coś całkiem jeszcze innego, naprawdę przerażającego:
w Australii “przeminęły z ogniem”, w męczarniach miliardy zwierząt i wiatr rozwiewa ich popioły po świecie.

Jak rysunki dziecinne na piasku…
Jakże względne jest więc to przemijanie i jego sens lub bezsens?…
Przeminęło tyle bardzo ważnych i mniej ważnych ludzi, zjawisk, tyle dookoła bezsensownych ofiar  spowodowanych przez innych.
Oni nie rysowali i nie rysują na piasku, lecz ryją w kamieniu…
I na nich nie wystarczy wiatr, wicher, lecz huragan, który i tak  nie da odfrunąć ich czynom, gdyż nie są niewinne jak rysunki na piasku….


Przemijanie z wiatrem

Te dawne, takie różne
rysuneczki na piasku,
piaskowe zameczki,
ulatujące z wiatrem.

I te piaskowo-miłosne
ze strzałami Amora,
ulatujące z podmuchem
nieobliczalnych wicherków.

Rysunki na  piasku życia
rozwiewający ciągle wiatr,
frunące myśli, uczucia ulotne,
wspomnienia i na zegarze czas…

Na ziarnach piasku mego życia,
rysuję dziś tutaj mój smutek,
bezbrzeżny płacz, nad popiołami
kangurów i misiów koala.

Uwaga adminki: wstawiłam ten wpis na bloga w niedzielę 9 lutego, wieczorem, nadchodziła noc Oskarów i niezwykłej śnieżnej pełni księżyca, a przez Niemcy leciał dziki gon, nazwany przez meteorologów huraganem Sabina.

Baratarysta Regresywny jako Wielki Inspirator Kultury

Od Adminki:

No cóż, plan z reguły jest taki, najpierw wpis na blogu, a potem na Facebooku, chyba, że to reblog…
I oto tymczasem na FB tekst ukazał się już w miniony wtorek, a ja, uparta Adminka, trzymałam się planu. Ma to ponoć być dowód na to, że czas się cofa, co mi przypomniało, że norweska wyspa Sommarøy postanowiła znieść czas i to na pewno jest element baratarystyczny. Z kolei, gdyby tekst nie ukazał się na FB już we wtorek, to Magda Parys być może dopiero dziś odkryłaby powołanie do życia Nieistniejącego Festiwalu Literackiego, czyli pewnie tak po prostu musiało być, bo efekty są fantastyczne.

Jednocześnie informuję, że autor, który postanowił (z powrotem) używać pseudonimu (o ile dobrze pamiętam, jakiś czas temu Facebook zmusił go do rezygnacji z wdzięcznej ksywki), od dziś otrzymał blogowe wtorki dla siebie i swoich projektów, a są to: doktorat z baratarystyki, Kurs Sztuki Żeglowania, połączony z exodusem na Wyspy Szczęśliwe, ocalenie wizerunku Kubusia Puchatka oraz Nieistniejący Festiwal Literatury, połączony z opowieściami o Księżnej Pani. Przydatna we wszystkich tych dziedzinach umiejętność to gotowanie kawy na piecyku z trzech gwoździ.

Wtorki nie będą obowiązkowe. Niektóre będą komentowane już “w rzeczy samej”, jak na przykład ten dzisiejszy

Tabor Regresywny

Dialogi regresywne

Tabor:
Kurs Sztuki Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury.
Ty zostaniesz kuratorką KSŻ.
X
Odp. Adminki:
Tak, jako osoba nie żeglująca świetnie się kwalifikuję do pełnienia funkcji kuratorki kursu żeglowania
X
Tabor:
Proponowałem Ci “siedzenie na Oku”, to jest rozwinięcie tej idei.
X
Odp. Adminki:
Jednooczka na oku 😉 (bo ja nie widzę na jedno oko, o!)
X
X
Odp. Adminki:
Myślę, że rzecz jest przynajmniej po części do zrealizowania – do Berlina da się dotrzeć wodą z Polski, choć raczej nie na lotnisko Tempelhof i już na pewno nie da się wpłynąć przez suchego przestwór oceanu na górę Krzyża (Kreuzberg) w Parku Viktorii na Kreuzbergu, gdzie mieści się – co nazwa góry wszak niemal narzuca – bar Golgota. A trzy gwoździe na Golgocie mogą też posłużyć sztuce gotowania kawy.
X

Tabor:
Nigdy nie płyniemy „do” zawsze w „kierunku”. Wyruszyłem w kierunku Berlina na wykład Mara Jeziornego pt. Murzyńskie prawo pracy… W Berlinie zbiegiem okoliczności nie dotarłem na wykład za to trafiłem w sam środek Nieistniejącego Festiwalu Literatury (bo istniejący właśnie przestał istnieć). Kuratorka zaproponowała mi funkcję konsultanta, a ja w rewanżu zaproponowałem jej funkcję kuratorki Kursu Sztuki Żeglowania. Na znak zgody zrobiliśmy sobie fotki, ja jej na „Kaw/fce” ona mi z „Kaw/fką”. Ustaliliśmy, że KS Żeglowania będzie imprezą towarzyszącą Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury. Nic nie stoi na przeszkodzie, by NFL towarzyszyły imprezy towarzyszące. Mało tego, Istniejące Festiwale Literatury też mogą być imprezami towarzyszącymi. Natomiast Nieistniejący Festiwal Literatury z racji swojego nieistnienia nie może być imprezą towarzyszącą np. Istniejącemu Festiwalowi Literatury. Objawia się tu nam wyższość nieistnienia nad istnieniem. Wracając do lekcji. Płynąc „do” staramy się dopłynąć, często wbrew przeciwnym wiatrom, często z wielkim trudem i w  końcu często okazuje się, że cel nie był wart tych wysiłków. Lepiej płynąć w „kierunku” z otwartością przyjmując wszystko co nas spotyka, bo to może być to, po co płyniemy.

Dowody na istnienie Nieistniejącego Festiwalu Literatury:

 

 

 

 

 

 

 

Od Adminki: Komentarze “w rzeczy samej”:

1. Poważny. Magda Parys napisała kilka dni temu na FB:

Moi drodzy, nie tak dawno opowiadałam Wam o polsko-niemieckim festiwalu „Literatzky Berlin”. Niestety wszystko wskazuje na to, że festiwal się nie odbędzie. Jeśli jednak dojdzie do skutku, to ani Ewa Maria Slaska ani ja nie będziemy jego organizatorkami. Czasem nie wystarcza fakt, że wpadniesz na pomysł, znajdziesz partnerów, którzy chcą go z tobą wprowadzać w życie, nie wystarczy, że uda się zdobyć na to pieniądze. Czasem zwyczajnie i po prostu zadzieje się coś, na co nie masz wpływu. Cholernie mi przykro, że festiwal, który miał taki potencjał i był w tych trudnych czasach potrzebny i Polsce, i Niemcom, nie może być przez nas zrealizowany. Bardzo Was przepraszam za rozbudzenie nadziei. Wiem, że wielu autorów, dziennikarzy i wydawców szykowało się na wyjazd do Berlina. Trochę opadły mi skrzydła, lecz jest jeszcze tyle innych pięknych nazw festiwali i tyle nieodkrytych pomysłów, że na pewno jeszcze kiedyś stworzymy coś bezinteresownego i trwałego dla polskich i niemieckich czytelników. To nie jest nasze ostatnie słowo.

2. Mniej poważny, ale za to poważnie zainspirowany przez NFL. Magda Parys napisała wczoraj na FB:

Kochani! Parę dni temu na blogu Ewy Marii Slaskiej wpadło mi w oko opowiadanie Tabora Regresywnego o wdzięcznym tytule: “Festiwal”. Już pierwsze słowa inspirują, przyznajcie sami: „Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof”.
Niezwykle lubię tego rodzaju literaturę i wszystkim polecam twórczość Tabora Regresywnego. Poza tym nie ukrywam, fakt, że wokół festiwalu “Literatzky Berlin” tworzy się już nowe literackie genre, dał mi kopa i zaintrygował. Lecz pieniądze “na płycie lotniska” intrygują mnie najbardziej. Pomyślałam, wszystko układa sią pięknie, mieszkam blisko i jestem z lotniskiem związana emocjonalnie. Ot, historia! Tempelhof, byłe lotnisko w Berlinie, na którym w latach osiemdziesiątych lądowały uprowadzone samoloty z Polski.
Z paroma młodocianymi pasażerami chodziłam nawet do szkoły. Wkrótce po wylądowaniu, jadąc na rowerze wzdłuż muru berlińskiego udawali, że strzelają do pograniczników enerdowskich. Z kija. Lubili niebezpieczne życie. Zatem im też po starej przyjaźni zadedykuję Nieistniejące.
A teraz Literaturomanie! Książkoznawcy! Książkożercy! Germanofile! Festiwalowcy! Za pozwoleniem Tabora, autora opowiadania „Festiwal”, postanowiłam unieść płyty tempelhofskie. Tym samym posiadłam nieograniczone pieniężne możliwości i zapraszam Polki i Polaków do Berlina do Buchmanna, nieistniejącego Domu Towarowego Książki tuż przy istniejącej Friedrichstrasse. W lśniącym szklanym pięciokondygnacyjnym budynku znajdziecie książki, książki, książki. Oraz książki.
I tam właśnie w nieistniejącym Buchmannie odbędzie się nasz Nieistniejący Festiwal Literatury. Księgarnię Buchmann założą i poprowadzą z nieustającym nieistniejącym sukcesem Wojtek Drozdek i Marcin Piekoszewski. Ci znani berlińscy księgarze jeszcze nie wiedzą, że dzięki Nieistniejącemu Festiwalowi Literatury zostaną biznesmenami i że zarobią krocie, ale skoro pieniądze na inwestycje pochodzą spod płyt byłego lotniska Tempelhof, na pewno nam to wybaczą.
Nieistniejącym patronem nieistniejącego przedsięwzięcia zgodziła się zostać nie wiedząca jeszcze nic o tym Blanka Lipińska. Blanko, gratulujemy, dziękujemy
i cieszymy się razem z Tobą!
Poza pieniędzmi spod płyt tempelhofskich głównymi sponsorami Nieistniejącego Festiwalu Literatury zostali nieistniejący lobbyści Klubu Polskich Nieudaczników. Zajmują ostatnie piętro księgarni Buchmanna, grają w karty i prowadzą giełdę literacką. Wstęp tylko dla vipów i salonowych tygrysów oraz panter!
Jak udało nam się ustalić, Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz zasiądą w nieistniejącym jury „Tańca z książkami”. Pierwsze znane nazwiska par tanecznych to Manuela Gretkowska i Janusz Leon Wiśniewski, Joanna Bator i Ignacy Karpowicz, Ellena Ferante i Irek Grin, Elżbieta Cherezinska i Stefan Chwin, Zośka Papużanka i Łukasz Orbitowski. Nad nieistniejącą choreografią czuwać będą Marcin Wicha i Katarzyna Puzyńska. Jak donosi dyrektor naczelna całego przedsięwzięcia, Gaja Grzegorzewska, przygotowania trwają całą parą. Mamy nieistniejące zdjęcia, ale boimy się publikować.
Pląsy między reportażem i powieściami odbywać się będą na 1 piętrze w Sali Balowej.
Insider z literackiej rodziny zdradził nam, że Marcin Wilk poprowadzi nieistniejące spotkanie Jacka Dehnela ze Szczepanem Twardochem. Nieistniejący tytuł roboczy: „Wieloryby i potwory na Ziemiach Odzyskanych w literaturze IV RP”
2 piętro, Sala Patriotów
Magdalena Grzebałkowska została gospodynią programu „Bilionerzy”, jak zapewnia, pytania nie będą trudne. Na przykład: jak nazywa się siostra szwagra matki Andrieja Nikołajewicza Bołkońskiego z powieści „Wojna i pokój” albo kim była z zawodu matka siostrzeńca Łokietka. Wiemy już, że do programu udało się zakwalifikować Ewie Winnickiej, Sylwii Chutnik, Dominice Słowik, Marcie Dzido, Grzegorzowi Kasdepke, Jakubowi Żulczykowi i Jakubowi Małeckiemu oraz Pawłowi Goźlińskiemu. Próbowała dostać się też Magdalena Parys, lecz odpadła jako pierwsza. Na nic zdały się znajomości. Sprawę zgłoszono do Prokuratora Generalnego Nieistniejącego Festiwalu, Zbyszka Biodro.
Pytania do programu przygotowywali Zygmunt Miłoszewski, Małgorzata Adamczyk Gutowska, Cezary Łazarewicz pod specjalnym nadzorem Krystyny Chwin i Anny Janko. Konsultacja naukowa: Tomasz Piątek.
Ostatnie piętro, Sala Vipów
Dotarliśmy też do nieistniejących źródeł, z których wynika że Blanka Lipińska poprowadzi warsztaty dla feministek, lekcje empatii da Andrzej Sapkowski, natomiast Rafał Ziemkiewicz opowie o kobietach w literaturze współczesnej. Manuela Gretkowska i Wit Szostak zajmą się nieistniejącą produkcją formatu.
4 piętro, Sala Gender
Barbara Piedgoń, Joanna Fabicka, Małgorzata Buttitta poprowadzą kursy nieistniejącego gotowania, przewidziane jest pieczenie i smażenie polsko-niemieckiego ziemniaka. Jury będzie jedoosobowe: Wojtek Drozdek.
Wolna przestrzeń, okolice Bramy Brandenburskiej (pięć minut od nieistniejącej księgarni Buchmanna).
Będą też przepytywani z nieistniejącego życia osobistego bohaterowie książek Olgi Tokarczuk. Już wiemy że nieistniejący program poprowadzi Dorota Masłowska.
3 piętro, Sala Fikcji
Jedno jest natomiast pewne. Dla najmłodszych nieistniejące kursy rzeźbienia mieczem w drewnie przeprowadzi Wiedźmin.
Parter.
Dorota Danielewicz i Krzysztof Niewrzęda pokażą nam literacki underground stolicy Niemiec. Grażyna Słomka i Ewa Maria Slaska założą kanał na youtubie i tam będą mogli Państwo śledzić nieistniejące festiwalowe ploteczki. Nieistniejącymi korespondentami od zadań specjalnych zostali Małgorzata Rejmer i Ziemowit Szczerek.
Uwaga, będą znienacka pojawiać się wszędzie.
Po Berlinie oprowadzać będą nieistniejący polscy bezdomni.
Na integracyjną nieistniejącą kolację i nieustanną wymianę w dziale kulturalnym między polskim i niemieckimi wydawcami zaprasza Anita Musioł, z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zainteresowanie jest tak duże, że trzeba wynająć salę kinową w Kinopalast na Kudammie. Za nieistniejącą organizację i zaproszenia odpowiada Wojciech Chmielarz.
Kudamm, Kino, Sala Oskarowa
Niezwykle cieszy nas nieustająca współpraca polskich i niemieckich mediów, dlatego zapraszamy na panel: „Jak zapewnić miejsce niemieckiej książce w polskiej prasie i w telewizji. Oraz polskiej książce w Niemczech.” W nieistniejącej dyskusji udział wezmą Jacek Kurski, Jerzy Wójcik, Wojciech Bonowicz, Uwe Rada, Inga Iwasiów, Agnieszka Debska, Anna Dziewit Meller, Ewa Maria Slaska, Daniel Kehlamnn, inwestor niemieckiego Bildu i polskiego Super expresu oraz zastępujący zastępca zastępcy naczelnych ze Spiegel online. Dyskusję poprowadzą Katarzyna Janowska i Michał Nogaś. Nad wszystkim postara się zapanować reżyser formatu, Emilia Smechowski. Na to nieistniejące spotkanie już od tygodni zabrakło nieistniejących biletów.
Uniwersytet, sala audi max
Katarzyna Tubylewicz, Wioletta Grzegorzewska, Brygida Helbig, Agnieszka Drotkiewicz, Sylwia Zientek, Grażyna Plebanek, Karolina Kuszyk, Joanna Fligiel, Hubert Klimko-Dobrzaniecki wezmą udział w nieistniejącym mulikukulituralnym literackim standupie. Jak udało nam się dowiedzieć reżyserem i scenarzystą ma zostać Bartek Fetysz, doradcą kostiumowym zaś Juliusz Kurkiewicz, cenzorem Janusz Rudnicki. Nieistniejącym dyrektorem artystycznym Mikołaj Łoziński.
Teatr, Sala Rozpraw
W tym roku do Nagrody Imienia Czułego Prześmiewcy nominowani zostali Agata Passent, Olga Kowalska, Justyna Sobolewska, Bernadetta Darska, Anna Dziewit Meller, Paulina Małochleb, Natalia Szostak, Justyna Suchecka, Katarzyna Wężyk, Małgorzata Kąkiel, Michał Nogaś, Max Cegielski, Paweł Sajewicz, Wojtek Szot, Marcin Wilk, Filip Łobodziński, Łukasz Wojtusik. Obradom nieistniejącego jury przewodniczyć będzie Maria Konwicka i Kot Iwan, reszta jury została utajniona (próbujemy dowiedzieć się dlaczego). Nieistniejącą galę wręczenia nagród poprowadzi Agata Pieniążek i Miłka Jankowska. Jeszcze nie jest pewne, czy mowę wygłosi Dariusz Nowacki czy Adam Zagajewski. W każdym razie na pewno zaśpiewa Sylwia Chutnik.
Ratusz, Sala Czułości
Po burzliwych naradach rzecznikiem prasowym Nieistniejącego Festiwalu Literackiego zostali Karolina Sulej i Filip Springer, menadżerem od spraw wizerunkowych Michał Witkowski. W razie nieistniejących niejasności prosimy o kontakt z Michałem Rusinkiem. Szefem nieistniejącego literackiego security został Grzegorz Kozera. Dyrektorem i szefem wszystkich szefów nieznany niemiecki pancernik.
Za nieistniejące zdjęcia, wystawę i być może prawdziwy komiks odpowiedzialna jest Anna Krenz. Nieistniejąca księgowość Moniki Regulskiej sprawdzi czy dokonano prawidłowych przelewów i zapanowały prawo i praworządność.
Dziękujemy. Czekamy. Kochamy.* Tęsknimy.
* Nikogo nie chcieliśmy urazić, wszystko zełgaliśmy. Wasze nazwiska zamieściliśmy z szacunku i miłości do literatury. Pamiętajcie, im złośliwiej tym większa miłość. Przepraszamy, jeśli ktoś poczuł się zraniony, prawie wszyscy powyżej wymienieni byli naszymi potencjalnymi gośćmi. Może w nieco uboższych festiwalowych formatach, ale zaproszenia już niebawem miały do Was dotrzeć. Nie dotarły, nie szkodzi. Bo jak to mówią, najlepsze to te obrazy nienamalowane, książki nienapisane. Jak widać, to samo dotyczy nieistniejących festiwali. Dziękujemy wszystkim za nieistniejącą obecność ❤️
Wasza redakcja.

Barataria. Mapy i wyspy

Piotr Trysła

Wyprawa. Nie ma mapy i chyba nie będzie.

Mojemu cudownemu synowi

Nie ma mapy i chyba nie będzie,
a przewodnik często sam gubi drogę.
Nawigacja wciąż poza zasięgiem.

Najpierw prosto, potem w prawo za rogiem.

Adres masz, choć ciut niewyraźny.
Nie zapomnij coś włożyć ciepłego.
Wytrzyj nos, przecież jesteś odważny.

Potem prosto, za dworcem w lewo.

I uważaj na pustych ścieżkach.
Czasem pewnie złapie cię noc.
Nie płacz już. Proszę cię, przestań.

Za zakrętem prosto przez most.

Pisz czasami. No zadzwoń przynajmniej.
Już wygasa ogień w kominku.
Droga całe życie ci zajmie.

Idź już. No idź już, synku.

Wiersz podarowany Joannie Kondrat

Ten utwór został opublikowany 18 marca 2015 w zbiorze Piosenki, Wiersze, a ja znalazłam go kilka dni temu na Facebooku, więc chyba pociągnę tym tropem jeszcze przez chwilę.

Ewa Maria Slaska

Znalezione na Facebooku i gdzie indziej. Mapy i wyspy.

No tak. Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera utopii. Oskar Wilde, Dusza człowieka w socjalizmie.
Można by zapytać, a co on mógł o tym wiedzieć, skoro znał socjalizm tylko teoretycznie i to w sposób podwojony – czasowo i geograficznie? W końcu urodził  się w 1854 roku w Dublinie, zmarł w 1900 w Paryżu.

Esej o socjalizmie był bardzo słynny i tak naprawdę nie miał nic wspólnego z tym, co my, współcześni, rozumiemy pod słowem socjalizm. Wydawca wydania polskiego (Wydawnictwo Karakter) pisze:

Głośny esej polityczny, w którym Wilde rysuje wizję nowego ustroju opartego na wolności, humanizmie i sztuce. Autor kwestionuje wszelkie formy politycznego, społecznego i ekonomicznego przymusu wobec jednostki, podkreśla potencjał drzemiący w każdym z nas, nawołuje do życia autentycznego i godnego – a takie najpełniej może się realizować w obszarze kreacji artystycznej. Odżegnuje się od schlebiania masowym gustom i broni indywidualizmu. „Czy to utopijne?” – pyta. I odpowiada: – “Nie warto nawet spojrzeć na taką mapę świata, która nie zawiera Utopii”.

Esej w nowym przekładzie Jacka Dehnela został opatrzony posłowiem dr Cezarego Błaszczyka, który pozwala umieścić tekst w szerszym kontekście historii doktryn politycznych i ukazuje Wilde’a jako pisarza politycznego, anarchistę i jednego z ojców studenckiej rewolty maja ’68.

***
Nie ma mapy i chyba nie będzie, nie ma Baratarii (ostatnio wciąż to piszę), nie ma socjalizmu, a i utopii nie ma za wiele. Ale wciąż jeszcze są wyspy. Choć jedna z trzaskiem wyszła właśnie z Unii, zabierając ze sobą jeszcze kawałek drugiej. Szkoda, lubiłam te wyspy, gdzie wszyscy wciąż jeszcze nosili tweedy, pływali łódkami i kultywowali wyścigi konne, picie herbaty o 17 i pikniki.

W ostatnich dniach zobaczyłam trzy filmy, w dwóch były wyspy.
Body of truth, reżyseria Evelyn Schels, film szwajcarsko-niemiecki z 2019 roku, wejdzie w Niemczech do kin w marcu 2020.
Cztery artystki, Marina Abramović, Sigalit Landau, Katharina Sieverding i Shirin Neshat, w swej twórczości zmagają się z osobistymi doświadczeniami wojny, przemocy i ucisku, jakich doznały w swoim kraju – w Serbii, Izraelu, Niemczech i Iranie, a tworząc posługują się tym, co najbardziej własne, osobiste, intymne – własnym ciałem.

Sigalit Landau kreuje wyspy na morzu. Morze w ogóle odgrywa dużą rolę w jej sztuce. Najbardziej wstrząsającym eksperymentem, jakiego się dopuszcza na własnym ciele jest hula hop z drutu kolczastego – Landau stoi naga na plaży i wprawia w ruch to przeklęte hula hop, które z każdym obrotem bardziej ją rani. W momencie, gdy to piszę, czuję znowu ten sam ucisk strachu przed tym, co się zawiera w tym symbolicznym skrócie, wszystkim, do czego zdolny jest człowiek, gdy chce zrobić krzywdę innym i ktoś mu dał do tego “prawo” – ktoś czyli siła, płeć, władza, pieniądz, religia, nieważne, ktoś.

Wyspy na Morzu Martwym są (co najmniej) dwie. Jedna z krwawiących owoców, jedna z soli zarastającej rany wspomnień.

***

Drugą filmową wyspę zobaczyłam nie na pokazie przedpremierowym, lecz raczej na ostatnim seansie kinowym, ale pewnie oznacza to, że zaniedługo będzie można obejrzeć ten film na DVD lub którymś z portali streamingowych. Mam na myśli francuski film z maja ubiegłego roku, Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciamma. Film dostał Złotą palmę w Cannes oraz wiele innych nagród i nominacji.
Francja, rok 1760. Marianne, malarka, ma przez tydzień zamieszkać na wyspie i wykonać portret mieszkającej tam młodej kobiety. Film jest estetycznym arcydziełem, choć jego treść wydaje mi się dość naciągana, fabuła raczej wątła, a obie główne bohaterki – nieprawdziwe. Recenzenci piszą, że dziewczyny “wyprzedzają swój czas” i mają, jak rozumiem, na myśli, że ich decyzje (i konsekwencje) byłyby typowe raczej dla Francji w roku 1960 niż 1760. Ale, co gorsza (choć może taka była intencja reżyserki), wyglądają mimo stylizowanych sukien (raczej zresztą Biedermayer niż ancien regime) nowocześnie, powiedzmy jak dziewczyny malowane przez Tamarę Łempicką, a nie przez Watteau. Ale nie bądźmy drobiazgowi, bo niezależnie od tego, jak wyglądają i co się dzieje, wszystkie sceny tego filmu są arcydziełami stylizacji “na starych mistrzów”. Są sceny z La Toura, i Delacroix, Caravaggia i Vermeera van Delft, a skąpana w przybojach wyspa to być może Ajwazowski.

Dwa filmy, trzy wyspy, ale symbol jeden i ten sam. Wyspa, czyli miejsce, z którego o własnych siłach nie odpłyniesz, miejsce na dobre i na złe, ale nawet jak na dobre, to i tak w końcu – na złe. Możesz być na wyspie szczęśliwy bez kontroli, ale z reguły wyspa to niewola, od której nie ma ucieczki.

Telefon, czyli opowiadanie znalezione w książce

Ewa Maria Slaska

Powiecie zapewne, że wszystkie opowiadania, jakie czytamy, znajdujemy w gazetach lub książkach. Ale ja nie to mam na myśli. Proszę Czytelnika i Czytelniczkę, by zechcieli zrozumieć to dosłownie. Wzięłam do ręki książkę i na pustych kartkach z tyłu znalazłam moje własne opowiadanie. Jest nieważne i chyba już wtedy, gdy je zapisałam, musiało być nieważne, bo nigdy go nie przepisałam, więcej – bez reszty o nim zapomniałam.
Zdjęcie opowiadania znalezionego w książce jest TU. I przyznaję się – tak, piszę w książkach, podkreślam, notuję, zaginam rogi, poprawiam błędy, zadaję autorowi pytania i w ogóle robię z książkami okropne rzeczy. Tego dnia, trzydzieści dwa lata temu, gdy chciałam coś szybko zanotować, okazało się, że nie mam ze sobą ani kawałka papieru, tylko książkę Gdybym był królem, Andrzeja Kijowskiego… Ukazała się w roku 1988.

Nagle ogarnęła mnie zgroza. Błahe, niewarte uwagi zdarzenie, dziecinny żart telefoniczny, nic naturalniejszego w świecie. A jednak zgroza. Wczoraj to samo dziecko było u mnie z wizytą. Miła, młoda, rozchichotana, jak to w tym wieku bywa, podrastająca panienka, ot, pensjonarka. Ma problemy z angielskim, potrzebuje szybkich korepetycji. Rozmawiamy z sensem, nawet poważnie, ale oczywiście 14 lat to 14 lat, chichot jest na stałe obecny. Jest nas czworo, dziewczynka, tata, przyszły korepetytor i ja. Podżartowujemy, że w tym kwartecie mam pełnić funkcję nadzorcy. Rozstajemy się w miłej, serdecznej atmosferze.
To wczoraj.
Dziś telefonuję do jej ojca, dziewczynka zgłasza się z niemiecką (choć jeszcze dziecinną powagą). ….., pada nazwisko w formie męskiej, jak to na Zachodzie w zwyczaju.
Cześć, mówię. Wczoraj się przecież widziałyśmy. Na wszelki wypadek podaję nazwisko. W formie żeńskiej.
Po drugiej stronie chichot, ale jakiś groźnie niepanieński, prześmiewczy. Zimny.
Hej, mówię, nie wygłupiaj się, poproś tatę.
Głuche charczące burczenie, kilka obraźliwych słów po niemiecku, na ułamek sekundy ryk muzyki i trzask słuchawki.
Czuję zimny dreszcz, choć może to wynika z faktu, że telefonuję z kawiarnianego automatu, wiszącego na ścianie przy drzwiach, które się nie domykają, a na zewnątrz grudniowe zimno.
Dreszcz jednak pozostaje, w telefonie czai się wykrzywiona twarz karła, garbusa, grającego na bębenku wiecznego trzylatka. Coś, co podobno tkwi w każdym z nas, ale rzadko się ujawnia. Potworne gęby rzygaczy z Notre Dame, twarze z labiryntów krzywych luster. Rozrośnięta możliwym okrucieństwem gęba potwora.
Bezmyśnie wpatruję się w słuchawkę.
Na emigracji wszystko się pogłębia, nabiera ponadnormalnej wyrazistości, każdy gest, każde słowo, dziecinny żart. Symbole emigracyjnej rozpaczy, utraty gruntu pod nogami. To zresztą wcale nie grunt – to cienka skorupka lodu – pieczołowicie hodowane, odchuchane okruchy sympatii, przyjaźni, porozumienia, tak rzadkie i przez to ważne. Parę godzin, dziecko, młody chłopak, dojrzały mężczyzna i ja, coś powstało, coś się zawiązało, coś nieważnego, ale jednak miło!
Banalność smutku emigranta. Płytkie sympatie, w których brodzimy, czekając, aż kiedyś wreszcie coś stanie się poważne, głębokie, będzie miało sens i znaczenie, co przyda ciężaru nieznośnej lekkości życia byle gdzie.
Ale głębia zamieniła się w czarny dół. Okrutny dziecinny chichot w słuchawce znosi zarówno sens poprzedniego wieczoru, jak i tolerancję dla dziecinnych żartów.
Wracam do stolika, płacę za kawę, wcale jeszcze nie chcę wychodzić, ale potrzebuję drobnych na telefon. Chcę odczarować wstrętną gębę emigracji. Wykręcam numer i… deja vue: chichot, buczenie, wyzwiska, muzyka, a potem trzask słuchawki.
Czy nie będzie to śmieszne, patetyczne i egzaltowane, jeśli zatytułuję to opowiadanie “Rozmowa”? Bo przecież rozmawiałyśmy. “Rozmowa, czyli rozpad urojonej rzeczywistości”.

PS 1. Wszystko bez znaczenia. Piję kawę i obmyślam model sukienki sylwestrowej, którą sobie uszyję z dwóch innych sukienek. Czerń i srebrny błękit. Coś przecież musi być rzeczywiste.

02.12.1988

PS 2. Nie pamiętam, czy uszyłam sobie tę sukienkę. Nie pamiętam, co to była za dziewczynka.

08.02.2020

PS 3. Czy ktoś zna określenie deja vue, ale dla przypomnienia wrażeń słuchowych, a nie wzrokowych? Przecież głupio jest pisać, o tym, co się słyszy, że to coś, co się już widziało…

09.02.2020

Dwie siostry

Ewa Maria Slaska

Marii i Konradowi

Kiedyś już taki wpis zrobiłam, ale był na bloxie, a blox, jak może Państwo wiecie, rok temu po prostu nas wszystkich skasował. Dwa miliony, a może nawet dwa miliardy blogów zniknęły. Teoretycznie można się było przenieść ze swoim blogiem gdzie indziej, ale mnie się nie udało tego zrobić. I tak zniknęła legendarna KURA, czyli blog zatytułowany Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) tego nie wie. Ciekawe, że blog zaczynał się od przepisu… jak udusić kurę, a potem w każdym wpisie (a był jeden wpis dziennie) był jakiś przepis kulinarny, ale kura z wpisu na wpis wstawała z martwych, nabierała życia, pokrywała się coraz piękniejszym lśniącym upierzeniem, oko jej błyszczało, czasem też towarzyszył jej kogut…

Czarny kogut, białe księżniczki… Siostry, co nas prowadzi już w prostej lini do tytułu tego wspisu.

Ludwika (Luise – to ta wyższa, po lewej, jest też starsza) i Fryderyka (Friederike) księżniczki von Mecklenburg-Strelitz. Siostry poślubiły dwóch braci Hochenzollern. Starsza, Luiza 24 grudnia 1793 roku wyszła za mąż za Fryderyka Wilhelma (wtedy był jeszcze księciem następcą tronu, ale już w roku 1797 został królem – z numerem III, ona zaś – królową), młodsza, Fryderyka, dwa dni później poślubiła królewskiego brata, księcia Ludwika (Luisa). Najwyraźniej rodzina miała niewiele imion do dyspozycji.

Rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa z roku 1795 (zdjęcie: Till Niermann). Altes Museum Berlin.

Gdy siostry pozowały rzeźbiarzowi były już mężatkami i miały 17 (Luiza) i 15 lat. Artysta wybrał suknie, w których księżniczki miały zostać uwiecznione. Ponieważ rzeźba była potem przez jakiś czas wręcz masowo kopiowana, odlewana w gipsie i wypalana z porcelany, znawcy twierdzą, że Schadow i obie młode księżne znacząco wpłynęli na berlińską modę kobiecą na przełomie wieków XVIII i XIX, utwierdzając kilkuletnie panowanie tzw. stylu greckiego. Zaiste rzeźbiarz bardzo starannie przedstawił te suknie, i to zarówno z przodu, jak i z tyłu, co w owym czasie należało do rzadkości.

Rzeźba budziła powszechne zachwyty.

Do czasu jednak, bo gdy mąż Luizy został królem, na dworze berlińskim całkowicie zmieniły się nastroje. O ile tata-król był człowiekiem pogodnym i skłonnym do zabawy, o tyle młody król okazał się ponurakiem, któremu wcale nie podobała się roznegliżowana, ba, frywolna, rzeźba przedstawiająca żonę i jej siostrę, zwłaszcza, że ta, mimo iż właśnie owdowiała, zaszła była w ciążę, jak głosiła pałacowa plotka – z własnym stryjem, i została w trymiga odesłana z dworu na prowincję. Podwójny portret księżniczek też został skazany na banicję i wylądował na sto lat w jakimś mrocznym pałacowym zakamarku. Potem rzeźba powoli wróciła do łask, a teraz jest wręcz kultowym dziełem, sprzedawanym we wszystkich sklepach z pamiątkami, jako figurki z gipsu, marmuru, a nawet czekolady.

Minęło jeszcze sto lat i w roku 1984 znany berliński malarz hiper realista, Matthias Köppel, odtworzył portrety obu księżniczek jako obraz olejny – portret dwóch innych berlińskich sióstr – Annette i Ingi Humpe, piosenkarek popowych. One też są bardzo swobodnie ubrane, a sportretowane zostały na tle parku Charlottenburg, czyli koło pałacu, gdzie mieszkali król Fryderyk i królowa Luiza i gdzie po śmierci pochowano ich w mauzoleum w tymże parku (mauzoleum widać zresztą w głębi alei parkowej).

A wczoraj znalazłam w komputerze na tzw. Second Life następną generację obejmujących się sióstr.

Dwie awatarki. Podobne, prawda? Niestety nie wiem, kto jest autorem stylizacji i zdjęcia. Nie wiem więc też i nie mogę nikogo zapytać, czy podobieństwo jest przypadkowe czy starannie obmyślone?

Sąsiedzi 7

Teresa Rudolf

Kamienica sąsiadów

Budynek, w którym mieszka Pani Klara, Filomena i Pan Lesio, był starą krakowską kamienicą.
Niektórzy lokatorzy mieszkali tu już od pokoleń, na przykład rodzice Filomeny zamieszkali tu jeszcze  przed jej urodzeniem.
Ona spędziła tu całe dzieciństwo, tu w okolicy chodziła do szkoły średniej, w Krakowie też ukończyła studia ekonomiczne.
Za pracą, która spadła jej “jak z nieba”, wyjechala  do Wrocławia. Przyjęto ją do jednego z banków, gdzie przez te wszystkie lata zajmowała się przyznawaniem kreďytów. Mieszkała tam i pracowała 15 lat. Przeżyła dużo różnych, burzliwych, ale krótkich romansów, zanim, z największą miłością jej życia, Franzem, pojechała z powrotem do Krakowa.
Kiedyś obliczyła, że mogłaby już obchodzić srebne gody swego związku z tym miastem i z tym domem. Tak, z przerwami, mieszkała w tej kamienicy już 25 lat!

Pani Klara natomiast mieszkała tu od przeszło 40 lat, najpierw z Jerzym, a po jego tragicznej śmierci od 20 lat sama.
Rodzice Filomeny i Pani Klara ciągle się o coś kłócili, a właściwie nie o coś, tylko prawie o wszystko, a to że radio za głośno grało, że pies, Kajtek za głośno szczekał, że listy znajdowały się mylnie nie w tych w skrzynkach, co trzeba, tylko u sąsiadów.
Kiedy rodzice Filomeny przeprowadzili się do Rabki, do domku z ogródkiem, konflikt przeniósł się na nie obie – na Klarę i Filomenę, ale teraz zamiast “pyskówek” dzieliło je wrogie milczenie i pogarda, którą sobie z przyjemnością wzajemnie okazywały.
Ostatnie zaskakujące wydarzenia zmienily wzajemną wrogość w ciekawość.

Pan Lesio mieszkał tu od 15 lat, od czasu, gdy wrócił do kraju po wieloletnim pobycie w USA, gdzie wyjechał do wujostwa ze strony matki. Pochodzili z  Czarnego Dunajca, a od 40 lat mieszkali w małej miejscowości niedaleko Chicago.
Kiedy do nich przyjechał, na początku bawiła go ich góralska gwara z angielskim akcentem i ich angielski z akcentem rodem z prostej gwary góralskiej. Tak czy inaczej uważał ich za komicznych i żenujących  zarazem. Często dochodziło między nimi do wymiany wzajemnych złośliwości, on kpił z ich języka, a oni z jego trybu życia. Lesio szybko znalazł w Chicago ludzi, których zainteresowania podzielał i z którymi spędzał dużo czasu wieczorami, po pracy. Jednak stałe, legalne zajęcie otrzymał dzięki wujostwu – pracował jako pomocnik w stajni rasowych koni u  bogatego farmera.
Od dziecka lubił konie, chętnie oglądał westerny, i marzył o takim życiu, jakie oglądał na dużym ekranie – wyścigi konne, mężczyźni w wielkich kapeluszach i wysokich butach, romanse, muzyka country. I udało mu się większą część tych marzeń spełnić.
Od dziecka grał na gitarze taką właśnie muzykę, która pasowała do marzeń o życiu amerykańskiego farmera, z setkami koni, z piękną farmerką obok.
Przez 15 lat pracował w USA na różnych farmach, grał w różnych grupach, póżniej już tylko na gitarze elektrycznej, zawarł wiele znajomości z ładnymi seksownymi farmerkami, używał narkotyków i mocnych alkoholi.
Bywał pod wozem i na wozie, pijany, naćpany i trzeźwy, całe 15 lat.
Po tym czasie, któregoś dnia wszystko się skończyło, prawie w mgnieniu oka. Z Polski przyjechała na wakacje kobieta o szmaragdowych oczach i rudopomarańczowych włosach. Wyglądała jak królowa i też stosownie do wyglądu miała na imię Regina. Zapatrzył się, a i ona nie odrywała od niego wzroku. Gdy znów któregos wieczoru grał ze swoją grupą na gitarze, powiedziała:
– Gdyby pan jeszcze śpiewał, myślałabym, że jest pan Elvisem… Czy pan wie, że jest pan podobny???
– Oj, odpowiedział, lepiej, żebym nigdy nie śpiewał, nie mam za grosz głosu… A w Polsce, kiedy miałem 18 czy 20 lat, byłem jedynie na parkiecie królem dyskotek, nigdzie sam nie grałem, tak jak to robię tutaj…
Tutaj wróciłem do swych marzeń…

Spotkania z Księciem Ciemności 5

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Książę zachowuje się jak… Książę. Przychodzi kiedy chce: czasem dołącza do mnie i do Kropki na podwórku podczas spaceru, innym razem czeka na korytarzu. Zostaje, jak długo ma ochotę: nieraz zaledwie parę minut, kiedy indziej kilka godzin; zdarzyło mu się już nawet, raz czy drugi, spędzić u nas noc. Wychodzi, gdy uzna to za stosowne: dumnie kroczy wtedy w kierunku drzwi, dając wyraźnie do zrozumienia, że wizyta skończona.

Robi, co chce. To pobawi się z Kropką, to znów pomizia z moją Żoną.

Jednego dnia rozrabia, próbując na przykład usilnie ściągnąć ze stołu obrus: najlepiej ze wszystkim, co na nim leży. Kiedy indziej refleksyjnie układa się pod tymże stołem. Lub na fotelu. Albo na wypranych ubraniach, które właśnie ściągnąłem z suszarki i na chwilę zostawiłem w kącie, przed ułożeniem ich w szafie.

Całe mieszkanie traktuje jako swe książęce włości. Wszędzie czuje się u siebie. I w prawie.

 

Generalnie: czuje się świetnie.

I, trzeba to uczciwie przyznać, świetnie też wygląda.

Od ponad dwóch lat, na mocy świadomej i wspólnej – żoninej i mojej – decyzji, nie mamy w mieszkaniu telewizora. Po każdej z wielkoksiążęcych wizyt upewniam się w słuszności takiego wyboru. Telewizor? A po co? Oto lepsze theatrum. Czyż nie?

Warto jakoś utrwalić te chwile, bo niewątpliwie są tego warte. Takie chwile bowiem stanowią o smaku życia. Uważność na to, co ważne (ładnie mi się powiedziało) powoduje, iż to życie nie przecieka między palcami. Telewizja? A idźcież z nią do cholery! Co innego literatura. No, powiedzmy: wprawki literackie. Wprawki do czegoś, co skądinąd nigdy nie powstanie. Wprawki na własny użytek, bo i tak nie dorównam Mistrzom. Do pisania o Księciuniu zainspirowała mnie niedawno wydana książka, autorstwa Tadeusza Konwickiego (ściśle rzecz biorąc, to kompilacja Jego tekstów z różnych dzieł): Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Iwan jest chyba najsłynniejszym kotem polskiej literatury. Książę Ciemności mu nie dorówna, jak i moje wprawki nie dorównają frazom Wielkiego Wilnianina. Ale, jako się rzekło, na własny użytek, by wzmóc doznawanie codzienności i utrwalić jej ulotne smaki – wystarczy.

Marzy mi się jeszcze jedna rzecz. Coś, co by sprawiło, iż moja satysfakcja byłaby pełna. Książkę Tadeusza Konwickiego zilustrowała pięknie jego córka Maria. Ja nie mam córki, a za rysowanie sam się na pewno nie zabiorę: są przecież jakieś granice żenady; wystarczy, iż piszę. Ale gdyby któryś/któraś z Szanownych Czytelników/Czytelniczek obdarzonych plastycznie (lub mających tak obdarzonych Przyjaciół) chciałby/chciałaby się tego podjąć… Nieprzypadkowo tak bogato wyposażyłem dzisiejszy tekst w fotografie: może okażą się inspiracją? Poza dozgonną wdzięcznością i uściskiem spracowanej ręki Autora stawiam wystawny (znów ładnie mi się powiedziało) obiad – w Berlinie lub gdziekolwiek indziej –
i dorzucam własne przy nim towarzystwo! Technika, konwencja, styl nieważne. Warunek jest jeden. Poza Księciem na ilustracjach musi pojawić się też Kropka. Bez niej wizyty Czarnucha nie mają bowiem sensu.


Od Adminki: okładka i wpis o książce o Iwanie TU

Tibor. Rysunki, wiersze, tłumaczenia

Tibor Jagielski

momente

leyla (azubi)
erzählt in der pause
über schönheit ihrer heimat kenia (gorillas im nebel u.s.w.)
– ich bin eine giraffe –  schaltet sich die  jackie (schichtleiterin) ein
– brauche nur 4 stunden schlaf!
– du blöde kuh – denke ich
beisse die zähne zusammen
und schweige

Walter Kempowski (spolszczył Tibor Jagielski)

Wdrapałeś się do ucha
a w oczach słyszysz,
co twoje uszy widzą.
Statek widzisz od dołu,
a ptaki z góry.
Stempel podsumował wszystko.
X
Ins Ohr hast du dich verkrochen,
und in den Augen hörst du,
was deine Ohren sehen.
Das Schiff siehst du von unten,
die Vögel von oben.
Das Stempel hat alles zusammengefaßt.
Ucho przy ścianie.
Usłyszałeś cień,
kiedy przemykał.
Czy to było westchnienie?
Czy to był daleki krzyk?
X
Das Ohr an der Wand.
Du hörtest den Schatten,
als er vorüberglitt.
War es ein Seufzer?
War es ein Schrei weit weg?
Rzadkie dni światła,
wiatr potrąca harfę krat:
aż do judasza w drzwiach!
Zimno go nie powstrzyma.
X
Seltene Tage des Lichts,
Wind streicht durch die Harfe des Gitters:
bis an die Lupe der Tür!
Kälte hält ihn nicht auf.
To były wakacje!
Krzyki ponad falami
i trawa na wydmach tnąca w stopy.
X
Chętnie wspominasz burze,
porwany brezent.
Piasek w oczach.
Synem i ojcem byłeś jednocześnie.
Trzymałeś się sam za rękę.
X
Das waren Ferien!
Das rufen über den Wellen,
und Strandhafer schnitt in die Füße.
X
An das Gewitter denkst du gern,
an die gerissenen Planen.
An Sand in den Augen.
Sohn warst du und Vater zugleich.
Du hieltest dich selbst an der Hand.
Nad tobą siorbią,
a pod tobą maszerują.
Raz zawołałeś.
ale odpowiedzi nie było.
X
Über dir schlurft es,
und unter dir wird marschiert.
Einmal hast du gerufen,
doch eine Antwort kam nie.
Walter Kempowski (1929 – 2007)

z cyklu: “Langmut (Wytrwałość)” (2009)

był czlonkiem niefomalnej grupy bedacej w opozycji do hitlerjugend i hitleryzmu w ogóle
nastepna zaraza wsadziła go tutaj
https://de.wikipedia.org/wiki/Justizvollzugsanstalt_Bautzen
na ćwierc wieku, ale trzy lata po śmierci bat’ki – jak wielu innych ułaskawiony; dyrygował chórem więziennym

Coś się dzieje, nie wiadomo co

Redakcja

Do redakcji dotarł pewien list otwarty, adresowany jednak wcale nie do Ewy Marii i Przyjaciół tylko… Ale to zaraz, trzeba bowiem zacząć od pewnego wyjaśnienia natury ogólnej.

W roku 2019 w polskich placówkach dyplomatycznych dało się zaobserwować niespodziewane, niekiedy z dnia na dzień, i nie wyjaśniane odgórnie zwolnienia ambasadorów. Kijów i Tokio, o których za chwilę, to nie jedyne takie przypadki. Ciekawe, że zwolnienia dotyczą dyplomatów, którzy zostali mianowani już za czasów rządów PiSu, ambasadorów spoza podwórka PiS, których Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło do pracy jako ekspertów. Niestety, słowo “ekspert” po raz kolejny okazało się dla pisowskich urzędników wrednie niewygodne, zapewne dlatego że sami eksperci okazali się “zasobem ludzkim” za słabo podatnym na naciski z góry.

A zatem list…

Błędne mapy (nie ma Baratarii)

Wiadomo Komu w podziękowaniu za wieczór filmowy i film

Ewa Maria Slaska

Obejrzałam film Błędne mapy w reżyserii Szymona Uliasza na podstawie scenariusza Magdaleny Barbaruk, kulturoznawczyni, zajmującej się współczesnym trwaniem dziedzictwa Cervantesa
i nowymi obliczami donkichotyzmu. Film został wyprodukowany już kilka lat temu, po hiszpańsku i po polsku, w ramach projektu badawczego realizowanego dla Narodowego Centrum Nauki. Niestety mimo iż film był sponsorowany przez NCN, a od czasu jego produkcji minęło już siedem lat, nadal nie ma go na youtubie, w cda i na zalukaj.

Szkoda. Opowiem więc wam o tym filmie.

Autorzy wyszli od pierwszego zdania powieści: W pewnym miejscu w La Manchy, którego nazwy nie chcę pamiętać… „W pewnym miejscu”, czyli właściwie gdzie? Od dawna wiele miejscowości w tym regionie Hiszpanii pretenduje do miana „tego miejsca”. Twórcy filmu postanowili to wyjaśnić.

Film jest esejem antropologiczno-kulturoznawczym. Jego twórcy wędrują po La Manchy w poszukiwaniu Don Kichota, próbując powtórzyć słynną podróż literacką zrealizowaną w trzechsetlecie powieści Cervantesa (1905) przez Azorína, którą nazywa się “starą trasą Don Kichota”. Polacy wędrują już jednak po “nowej trasie”. Spotkane przez ekipę filmową postaci, obserwowane wydarzenia (np. Madryt podczas strajku śmieciarzy) stają się okazją do zaktualizowania wzorca podróży sprzed stu lat. Za stolicę nowej trasy, która powstała z okazji czterechsetlecia powieści (2005), uznać można prowincję Ciudad Real, gdzie do 2012 roku zapowiadano utworzenie „Królestwa Don Kichota” i zbudowano lotnisko „Don Kichota”. La Mancha z miejsca tranzytowego miała stać się regionem docelowym setek tysięcy turystów. W obliczu idei budowy gigantycznego parku tematycznego, opartego na figurze błędnego rycerza, spór o to, gdzie leży prawdziwe un lugar de la Mancha nabrał nowego sensu. Podróż stała się również refleksją nad przemianami krajobrazu La Manchy – nie ma już bowiem krajobrazu, który widział Cervantes i po którym wędrował jego bohater. Więc już z góry wiadomo, że nie da się wędrować po śladach Don Kichota. Podobnie jak tak naprawdę nie ma Baratarii, bo baratarystyczna wędrówka prowadzi przez obszary psychologii. Stąd specjaliści w dziedzinie marketingu wymyślili hiszpański narodowy Disneyland  – Królestwo Don Kichota i Park Rozrywki.
***
Ale mimo to wciąż ktoś szuka miejsc, które zdaniem Cervantesa odwiedzili Don Kichot i jego giermek. Kilka lat temu na trasę ruszyli Aron Moses i jego ojciec. Zaczęli za Madrytem. Przeszli tysiąc kilometrów. (Kto zna niemiecki może zajrzeć TU.)
Ale i oni nie dotarli do Baratarii. I… w swej relacji nie zamieścili żadnej mapy 🙂

Mapę znajdę dopiero na oficjalnej stronie rządowej, promującej Hiszpanię.
Trasa obejmuje następujące etapy:

Dzień 1. Alcala de Henares (miejsce urodzin Cervantesa)
Dzień 2. Madryd
Dzień 3. Esquivias – Toledo
Dzień 4. Consuegra – Alcazar de San Juan
Dzień 5. Campo de Criptana – El Toboso
Dzień 6. Argamasilla de Alba – Ossa de Montiel – Villa Nueva de los Infantes
Dzień 7. Ciudad Real – Almagro

Tata i syn Mosesowie zaczynają od wędrówki przez mesetę, bezdrzewną równinę Hiszpanii, świetnie znaną każdemu, kto kiedyś szedł trasą francuską do Santiago de Compostela. Nie tłumaczę opisu ich wędrówki, jest za długi, ale postaram się w skrócie opowiedzieć o ich trasie.

Już z daleka widzimy Toledo, kościoły i domy na wysokiej skale nad Tagiem. Cervantes uważał, że Toledo jest najpiękniejszym miastem hiszpańskim. Być może dlatego cała historia Don Kichota zaczyna się właśnie tu, na targu w Toledo, gdzie narrator kupuje od pewnego młodzieniaszka zapisane po arabsku szpargały, które okazują się ni mniej ni więcej, tylko historią Don Kichota napisaną przez niejakiego Sidi Haméta Benengelíego. Narrator jest więc zaledwie tłumaczem.
Na południe od Toledo Mosesowie powędrują przez la Manczę. To arbskie słowo al-Mansha, które oznacza “suchy kraj”. Latem jest to rzeczywiście archaiczny suchy kraj, podzielony na czerwone i brunatne  kwadraty pól. Na wzgórzu w Consuegra fotografują jedenaście wiatraków, które są prawdziwym cudem techniki, jaki Arabowie zostawili w spadku Hiszpanom. Podobnie jednak jak nie wiadomo, w jakim miasteczku w la Manczy zaczyna się opowieść o Don Kichocie i skąd obaj, on i jego giermek, pochodzą, tak nie wiadomo też, które zachowane jeszcze z czasów Cervantesa wiatraki, stały się wyimaginowanymii wrogami błędnego rycerza. Może właśnie te? Nieważne, ważne że już na zawsze weszły do historii kultury, stając się symbolem wszystkiego, z czym kiedykolwiek przyszło walczyć idealistom.

Wiele scen powieści rozgrywa się w oberżach i zajazdach – w La Manchy niemal w każdym miasteczku można więc zobaczyć blaszane sylwetki Rycerza o Smętnym Obliczu i jego giermka. Tak też jest w Puerto Lápice. Wg powieści tu właśnie, w “Venta de Don Quijote”, Don Kichot został przez złośliwego oberżystę pasowany na rycerza, stoczywszy jednak najpier zaciekłą walkę z bukłakami czerwonego wina.

Wzorem Don Kichota i Sancho Pansy Mosesowie często gęsto śpią na świeżym powietrzu, czasem jednak korzystają z gościny w pensjonatach. Pewnego dnia docierają do Villanueva de los Infantes, małego miasteczka, pełnego domów z czasów reneansu i baroku, jednogo z tych, skąd pochodzić miał błędny rycerz. W Ruidera, gdzie kilkanaście jezior rozciąga się jedno za drugim schodzą do podziemnego labiryntu jaskiń, w którym zbłąkali się też 400 lat temu nasi bohaterowie. Don Kichot wierzył, że znalazł tam kryształowy pałac i spotkał bohaterów legend o Królu Arturze.

W Argamasilla de Alba, w podziemnym więzieniu miał spędzić jakiś czas nie tyle nasz chudy szaleniec, ile sam autor opowieści o nim. Podobno wtedy właśnie zaczął pisać tę historię. Mieszkańcy wioski i pracownicy muzeum wierzą bez zastrzeżeń, że tak właśnie było. Podobno nie ma na to żadnych dowodów. No i co? Idźcie do muzeum, zobaczcie stół, krzesło, kamienną ławę przykrytą matą słomianą, obejrzyjcie, jak przez małe okienko wpadają promnienie słońca i oświetlają stół. Jeszcze macie wątpliwości, że to tu? Doprawdy jesteście niepoprawnymi realistami, jak owi historycy, przykuci do skały dokumentu i dowodu, a całkowicie pozbawieni fantazji.

El Toboso, miasto Dulcynei, wędrowcy uważają z jedno z najpiękniejszych miasteczek La Manczy. W El Toboso mieszkała przed ponad 400 laty Ana Zorca de Morales, z którą Cervantes przeżył podobno gorącą hiszpańską miłostkę. Jej dom to kolejne muzeum na trasie: “Museo Casa Dulcinea”, a parę ulic dalej można jeszcze odwiedzić “Biblioteca Cervantina” – zbiór dzieł sztuki, wydawnictw, karykatur oraz ponad 300 wydań książkowych w 50 językach, w tym po galijsku, arabsku, chińsku, persku, hebrajsku i esperanto. W księdze gości znajdują się podpisy znamienitych osobistości, króla Juana Carlosa, Margaret Thatcher, Ronalda Reagana, Richarda von Weizsäckera i Paula von Hindenburg. Franco, Mussolini i Hitler też się tu wpisali.

Pewnego popołudnia wędrowców zaskakuje burza. Całkowicie przemoknięci spotykają na drodze Frederica, starego wieśniaka z krzywym wąsem, w połatanym kaszkiecie na głowie. Frederico oferuje im nocleg w starej szopie, a potem przynosi im dzban wina i kolację – pieczonego kurczaka z kartoflami. Burza się skończyła, przez ciemne chmury prześwituje wieczorne słońce.

W zamku Belmonte Don Kichot stoczył pojedynek z rycerzem luster, a trasa prowadzi Mosesów dalej, przez pola wyschniętych słoneczników i porośnięte sosnami wzgórza do casas colgadas, wiszących domów w Cuenca. Dalej przez góry i wąwozy docierają do Ocana i Aranjuezu. To miasto letnich rezydencji hiszpańskich królów, malowniczo rozsianych nad brzegiem Tagu. Ani Ocany ani Aranjuezu nie ma na oficjalnej propozycji trasy Don Kichota. Ale co tam, każda trasa i tak doprowadzi wędrowca do  Madrytu i na Plaza de Espana, gdzie stoi wspaniały pomnik Cervantesa i jego błędnych bohaterów.

Tu się zaczyna albo tu się kończy każda wędrówka po błędnych trasach błędnych rycerzy.

PS. Gdy szukałam w internecie wspomnianego na początku filmu, ze zdumieniem stwierdziłam, że istnieje w sieci cała subkultura błędnych map – błędnych celowo i przez przypadek.