Chiny. Dwa dni w lutym 2020 roku

Reblogs

Jeśli myślicie, że Koronawirus, to wszystko, czym nas mogą przerazić Chiny…

1/ Artur Cieślar 
20 lutego 2020
Stracić twarz
codziennie, a raczej conocnie śledzę chińskich blogerów i vlogerów, którzy cudem pańskim omijają cenzurę komunistycznych władz i przemycają swoje relacje do sieci, do youtuba, nam, ludziom Zachodu. coraz mniej tych relacji, bo ci, którzy wykładali karty na stół i wprost mówili o manipulacjach władz dot. działań przeciwko wirusowi, ci, którzy wprost mówili: “hej, komunistyczny rządzie, ja się śmierci nie boję, a ty myślisz, że ciebie będę się bał!”, oni wszyscy zapadli się pod ziemię, znikali jeden po drugim, a ich relacje ustawały. i warto wiedzieć, warto przekazywać dalej, że mamy do czynienia z powtórką a la Czarnobyl, fałszowaniem danych, i aresztowaniami oraz mordami ludzi, którzy dla chińskich władz, ich wizerunku i podejścia, które nam jest obce – “za wszelką cenę nie można przed innymi stracić twarzy”, że komunistyczne Chiny prędzej cały świat zakażą wirusem niż przyznają się do swojej tępej polityki i odpuszczą sobie własne stołki, powołując do życia demokratyczne mechanizmy, których Chińczycy od wieków zwyczajnie nie znają – a bo cesarze, a bo Mao, a bo komuniści zaraz po nim.
przeraża mnie jako zwyczajnego konsumenta informacji o tym, co wydarza się na mojej planecie, że wszystkim rządzą pieniądze, że nawet w naszych mediach dziennikarze głównie martwią się stratami w gospodarce, spowodowanymi blokadą Chin w związku z wirusem. przeraża mnie, że jakoś nie słyszę o wielkich działaniach humanitarnych na rzecz walki z wirusem i pomocy. oni, czytaj Chińczycy, przemycają światu piękne obrazki z najnowocześniejszych szpitali, gdzie personel przypomina astronautów z NASA, gdzie wszystko lśni i jest na glanc monitorowane, zdjęcia ozdrowieńców, którzy z wdzięcznością machają lekarzom bukiecikami kwiatów i opuszczają szpital. tymczasem tam jest Armagedon. tam wszystkiego brakuje. większość Chińczyków jest zakażona i przebywa chorobę we własnych domach, całe bloki, osiedla chorują i nie ma szansy na ambulans ani miejsce w szpitalu. albo chorują na prowizrycznych łózkach polowych, gęsto porozstawianych w salach gimnastycznych szkół. cała masa przypadków zgonów jest nieopisana i nieudokumentowana. ciała zmarłych są zabierane bezpośrednio do krematoriów, a pracownicy tychże nie nadążają ze spalaniem zwłok, są przemęczeni i zdruzgotani tym, że oficjalne dane komunistów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt im nie pomaga.
to jedna z najbardziej przerażających pułapek, jakie ludzie zastawili na ludzi w XXI w. to pułapka władz państwowych na własnych obywateli, gdzie metody sowieckie są stosowane na co dzień i po dziś dzień. nota bene: wydalono właśnie wczoraj amerykańskich dziennikarzy z Wall Street Journal, bo zbyt krytycznie przedstawiali sytuację w Chinach! to “mocarstwo”, gdzie ludzi się łamie, a ci, którzy znajdują w sobie pokłady siły i odwagi i nazywają rzeczy wprost, znikają w tajemniczych okolicznościach.
i światu nie przeszkadza handlować i przyjaźnić się z chińskimi władzami, które z każdym kolejnym sprzedanym iPhonem, parą butów, koszulką, garnkiem i samochodem, obrastają w tłuszcz mocy i jeszcze szczelniej obudowują własną twierdzę. twierdzę, która jest pułapką dla ponad miliarda mieszkańców naszej planety.

2/ Andrzej Titkow
23 lutego 2020
Jestem Ujgurem

Koronawirus zwrócił oczy całego świata na Chiny. Ale ten kraj próbuje ukryć przed nami inny horror: chińskie władze wtrąciły do brutalnych „obozów reedukacyjnych” już milion Ujgurów.

Kobiety się gwałci i torturuje, dzieci przemocą odbiera rodzicom.

Trudno uwierzyć, że coś tak makabrycznego może mieć miejsce w 2020 roku przy milczącej akceptacji naszych rządów. Ale my nie będziemy milczeć! Za kilka dni w ONZ może się odbyć debata w tej sprawie. Wierzymy, że światowy apel może skłonić kilka wpływowych państw, by sprzeciwiły się chińskiej bezwzględności. Jeśli każdy, kto to czyta, podpisze naszą petycję, zbierzemy milion podpisów i dostarczymy je na forum ONZ – po jednym podpisie za każdego zatrzymanego Ujgura!

Następnie dostarczymy świadectwa samych Ujgurów do parlamentów całego świata. Będziemy naciskać na globalne koncerny, by przestały uczestniczyć w tym kulturowym ludobójstwie. Pokażmy Chinom i całemu światu, że żądamy, by Ujgurzy odzyskali wolność.

Podpisz

Do Rady Praw Człowieka ONZ, parlamentów naszych państw oraz do przedsiębiorstw prowadzących interesy w Chinach:

Brutalne internowanie i „reedukacja” co najmniej miliona niewinnych ludzi to zbrodnia przeciwko ludzkości. Żądamy reakcji. Apelujemy o potępienie tej potworności, nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne oraz o wycofanie inwestycji – po to, by nakłonić rząd Chin do respektowania fundamentalnych praw człowieka i prawa międzynarodowego. Nie możemy pozwolić na nieustanną inwigilację, reedukację, masowe internowanie, zorganizowane gwałty i tortury i na kulturowe wyniszczenie całego narodu.
Historia będzie pamiętać o Ujgurach – i o tym, co w ich sprawie zrobiliście.

Podpisz petycję

Wtorek z Markiem

Tabor Regresywny alias Marek

Żona wysłała mnie po jajka. Chciała żebym pojechał pociągiem. Słucham kobiet, a w szczególności żony, ale robię po swojemu. Tym razem to był błąd. Ale po kolei. Miałem kupić dwadzieścia dwa jajka, dwanaście do naszego pojemnika i dziesięć w standardowym opakowaniu. Wziąłem wózek o wdzięcznej nazwie „Zapilux” i o czwartej rano ruszyłem w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Szło się rewelacyjnie. Zawsze miedzy czwartą a dziesiątą rano idzie się rewelacyjnie, bez odpoczynku, bez picia i bez jedzenia. Na miejscu byłem około ósmej. Kupiłem od znajomego jajka, wypiliśmy kawę, trochę pogadaliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Nie lubię wracać tą samą drogą. Do Bystrzycy Kłodzkiej szedłem przez Kłodzko, Krosnowice, Gorzanów Zabłocie, a z powrotem przez Stary Waliszów, Romanowo, Trzebieszowice. Szło się trochę gorzej zaczęły się przerwy na odpoczynek. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wprawdzie zapłaciłem za 22 jajka, ale zapomniałem 10, tych w pudełku. No trudno. Nie będę wracał. W Ołdrzychowicach nad rzeką było zejście do wody. Postój i moczenie nóg. W drodze staram się jak najczęściej myć nogi i sandały. W pewnym momencie do wody podchodzi kobieta z wiadrami. To pana wózek? Mój. Skąd pan idzie? Z Bystrzycy. A dokąd? Do Kłodzka. A wstąpi pan na kawę? A wstąpię.

Nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu.

I już siedzimy na podwórku z jej mężem i synem, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto, kpimy z lokalnych polityków. Bardzo wesoła rozmowa, zapraszają, jak bym wstąpił, jak bym przechodził, jakbym był w pobliżu. Ruszam dalej, jestem coraz bardziej zmęczony, w końcu wspinam się na Przełęcz Droszkowską, gdzie u znajomych zostaję na noc. Wieczorem długa rozmowa przy winie i z pięknymi widokami na Ptasznik i góry Złote. Rano gospodarz mówi, że nie mamy już nic do jedzenia, ale ja mam przecież jajka. No i poszło siedem. Ruszam w kierunku sklepu Madagaskar w Kłodzku. To taki sposób by oszukać chochlika drogi powrotnej. Nie wracam do domu, tylko idę w kierunku jakiegoś miejsca w pobliżu domu, tam kończę wędrówkę i dopiero wtedy wracam. Chochlik drogi powrotnej to taka złośliwa bestia, która utrudnia powrót. Odyseusz miał z nim do czynienia, gdy wracał na Itakę. Jest niebywale przebiegły. Ostatnio jak jechałem do Berlina, to wykiwał mnie i okazało się, że zamiast kupić bilet powrotny na Flixbusa z Berlina do Wrocławia, kupiłem bilet z Wrocławia do Berlina. Oddałem sprawę w ręce kobiet i wszystko wyprostowały. Wróćmy jednak do naszych jajek. Kończę wyprawę u Heni w Madagaskarze, pijemy kawę, no i mogę wracać do domu, dla pewności pcham wózek tyłem. Zbliżając się do domu, muszę minąć sklep spożywczy, a tam siedzą miejscowi zwolennicy Partii Przyjaciół Piwa. A ja z tym idiotycznym wózkiem. Jak minąć ich niepostrzeżenie, żeby się nie śmiali? Podjechałem do nich i pytam: Kto postawi piwo staremu koniowi, który wraca do domu, bo mu się pieniądze skończyły? Wszyscy rzucają się, by mnie poratować. Nie jest tak źle. Jest jeszcze solidarność w narodzie. W domu tłumaczę żonie, jak to się stało, że zostało mi tylko pięć jaj. No, ciebie to tylko wysłać po jajka, mówi żona. Próbuje być zła, ale jej to nie wychodzi.


PS. Te dziesięć jaj, których zapomniałem, odzyskaliśmy. Żona dała je synowi, mówiąc: To są jaja od chłopa. To są jaja są niemyte. Jaja niemyte dłużej zachowują świeżość. Taka jest wiara chłopów.

Berlinale i inne filmy

Ewa Maria Slaska

Agnieszce Łaszczuk z podziękowaniem

W Berlinie zaczęło się Berlinale (TU program). Ludzie biegają zaaferowani pomiędzy kasami, a znajomymi, którzy może mogliby pożyczyć wejściówkę (choć to chyba ostatnio strasznie się zrobiło trudne) lub mają bilety do odstąpienia. Czasem można się  przy okazji załapać na jakieś spotkanie wieczorne z udziałem osobistości, których jednak ani nie dotkniesz, ani nawet nie obejrzysz z bliska. Bo zwykły człowiek, z wejściówką lub bez, dociera tylko do poziomu sali, gdzie na stołach ustawiono zakąski i napitki, a kelnerzy uwijają się, rozdając wino i zbierając kieliszki. VIPy natomiast (taki Jeremy Iron na przykład) przebywają w ogrodzonym wybiegu dla lwów, na podwyższeniu. Siedzą przy stołach, kelnerzy zgięci w pół, z lewą ręką na plecach, nalewają trunki z butelek owiniętych w wykrochmalone serwety. Jeśli my dostajemy pomidorki i szynkę, to na stołach, jak sądzę, królują dewolaje i świeże szparagi, a jak u nas łosoś i truskawki, to u nich zapewne kawior i polędwica z wołków Kobo. W mieście pojawiają się dokładne rozpiski, kiedy i gdzie można “upolować” jakąś sławę, ale informacje są celowo niedokładne, trzeba godzinami stać na dworze, a potem co – pstrykniesz zdjęcie ponad głowami tłumu i przez czerwony kordon, a głównym motywem będą łyse głowy, czapki z pomponem i wyciągnięte do góry ręce z komórką. Skarżył mi się ostatnio jakiś operator telewizyjny, że już w ogóle nie można filmować publiczności. Ochrona danych osobistych?, zapytałam. Nie, odpowiedział, komórki. Trzymane w górze, wiadomo, ale też te na podołku, a nad nimi pochylone głowy, bo nie ma już żadnej okazji, kiedy nie sprawdza się wiadomości. Co przypomniało mi oczywiście pewien mem, jaki obiegł internet jakiś czas temu. Nie znalazłam, ale na potrzeby tego postu odtworzyłam go. Na górnym zdjęciu Wałęsa swobodnie gawędzi z Królową (angielską oczywiście). Oboje się uśmiechają, choć nikt nie wie, jak się ze sobą porozumiewali. Na drugim, ćwierć wieku później, Królowa z kamienną twarzą siedzi wyprostowana jak kij, a z tyłu za nią, w drugim rzędzie, Morawiecki. Zasłoniłam mu napis na piersiach, bo nie znalazłam tego zdjęcia w innej wersji, tylko ze słowem na k, które tu przecież wcale a wcale nie jest potrzebne, bo Morawiecki jaki jest, każdy widzi.

Czym to się człowiek nie pociesza w trudnych czasach.
Jednak mój filmowy luty to wcale nie Berlinale, lecz filmy o wojnie. Bo obejrzałam w lutym pięć filmów o II wojnie.

Gdy Hitler ukradł różowego króliczka, film nakręcony na podstawie wspomnień Judith Kerr, córki słynnego przedwojennego dziennikarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia. Hitler dochodzi do władzy, Kerrowie uciekają, wojna wybucha, gdy kończy się film, ach nie, oczywiście na odwrót – film kończy się w momencie wybuchu wojny. Piękny, wzruszający film, pokazujący wojnę z perspektywy dziesięcioletniego wrażliwego dziecka. Podobną perspektywę przyjmuje Jo Jo rabbit, amerykański film satyryczny w reżyserii Nowozelandczyka, Taika Waititi. Tu też głównym bohaterem jest dziesięcioletnie dziecko – chłopiec, który się zaprzyjaźnia z wyimaginowanym Hitlerem.

Mam dziesięcioletniego wnuka i Bogu dziękuję, że on i jego rówieśnicy, że pokolenie ich rodziców, ba, że my, pokolenie dziadków, nie musieliśmy przeżywać tego, co te dzieci. Strach, głód, bieda, poniewierka.  Ile szczęścia nam przypadło! Przecież wystarczyło się urodzić o kilka lat wcześniej, albo i teraz, ale tysiąc kilometrów dalej, na wschód, na południe. Cztery tysiące kilometrów na południe od nas dzieci w Aleppo zmarzają w obozach dla uchodźców. To się dzieje na naszych oczach. Gdy wojna, tamta wojna wybuchła, nasi rodzice byli w tym właśnie wieku, mieli pięć, dziesięć, dwanaście lat. I świat też na to patrzył, jak ginęli w bombardowanych miastach, łapankach, kacetach, gułagach i wagonach bydlęcych.

I wreszcie ostatnio przez trzy dni pod rząd oglądałam słynny niemiecki serial telewizyjny sprzed kilku lat – Nasze matki, nasi ojcowie. Tak się złożyło, że dopiero teraz, miałam okazję go obejrzeć. Ten film został potwornie skrytykowany przez polską prawicę spod znaku PiS, za fałszywe przedstawienie Polaków. Obejrzałam i nie dopatrzyłam się niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Oskarżono ludzi z AK, że byli antysemitami. A nie byli? Nie wszyscy oczywiście, ale przecież byli. Oskarżono ich o to, że byli brutalni. A nie byli? To była wojna.

To dobry film, a nasz problem z nim leży zupełnie gdzieś indziej, ale o tym za chwilę.

Pięć filmów pokazujących filmę oczami Niemców, bo nawet jeśli Żydów, to Niemców. Uderza prywatność tej wojny. W tle dzieją się wielkie zdarzenia, pojawiają się informacje radiowe. Niemcy rozpętują wojnę, lub ją przegrywają, w Afryce, na Sycylii, w Rosji, w Berlinie. Amerykanie lądują w Normandii, w Naszych matkach… bracia Winter walczą w Rosji i pod Kurskiem biorą udział w największej bitwie pancernej w historii, bitwie, którą wygrała Armia Czerwona, co przesądziło o losach wojny i świata. Ale mimo to wojna pokazywana w latach 2010/2020 jest przede wszystkim sprawą prywatną. Już same tytuły formułują tę perspektywę: Różowy króliczek, Jojo króliczek, nasze matki, dzieci i ich rodzice. Tak chyba jest, że po 80 latach od wybuchu wojny, nie chcemy już chyba oglądać bitew, tylko życie.

To wszystko są filmy o Niemcach w czasie wojny. JoJo Rabbit to satyra, nie można się pośmiać, bo tragiczna, ale nie trzeba jej brać poważnie. Poza tym hitlerowcy mówią po angielsku, czyli z góry wiadomo, że to wszystko nieprawda.
Różowy króliczek z kolei jest filmem dla Polaków łatwym do samoidentyfikacji, bo pokazuje świat z perspektywy ofiary. A tylko tak chcemy widzieć wojnę – jako ofiary lub bohaterowie. I tylko takie chcemy znać perspektywy opowiadania o wojnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do prywatnej perspektywy niemieckiej, jak to się dzieje w Naszych matkach… Tu właśnie czai się niebezpieczeństwo, z jakim polski widz sobie nie radzi, i może to właśnie ono tak naprawdę wywołało ataki ze strony prawicy. Pięcioro bohaterów filmu to młodzi ludzie, nasze córki, nasi synowie. Nie mamy wyjścia, utożsamiamy się z nimi. W pierwszym odcinku nie jest to trudne, bo są młodzi, ładni i niewinni. Ale utożsamiamy się z nimi również potem, wtedy, gdy przestali już być naiwni i niewinni, bo wojna ich wszystkich zmieniła, bo już dopuścili się zdrad, już się zaprzedali, już stali się okrutni. Gdy bracia Winter z oddziałem atakują sowiecką stację nadawczą, perspektywa filmowa jest “nasza”, “nasz” oddział atakuje Złego, który czai się na poddaszu. Wszystkie filmy naszego dzieciństwa tak były kręcone i z takiej perspektywy poznawaliśmy zło. Takie były w owym czasie wszystkie westerny. Dobrzy atakują Złego, ten się broni, ale Dobrzy zawsze w końcu wygrywają. Rio Bravo z Johnem Waynem i Ricky Nelsonem. Gdy oglądam scenę napadu niemieckiego na stację sowiecką, oglądam Rio Bravo, moja podświadomość chce więc, żeby im się udało. Chcę, żeby udało się Niemcom! Jest tak, bo tak się przyzwyczaiłam i jest tak, bo przywiązałam się do młodszego Wintera jeszcze wtedy, gdy nie chciał tej wojny i nie umiem usunąć tej sympatii, gdy stał się już okrutnym wykonawcą zadań wojennych. I to jest, moim zdaniem, największa groza tego filmu. Udało mu się. Tak, udało mu się. Ja, Polka, oglądając ten film utożsamiam się z wrogiem! Przyjmuję jego rolę. Widzę w Niemcu człowieka, a nie zbrodniarza.
No cóż, za moich czasów mówiło się, że film “zmusza do myślenia”. Nasze matki, nasi ojcowie zmuszają nas do pójścia znacznie dalej, do zejścia do piwnic naszego polskiego ja, do głębokiego przeanalizowania tego, co się tam kryje. Bo zawsze dotąd myślałam, że moje reakcje na takie filmy wynikały z “naszyzmu”, nasi walczyli, nasi cierpieli, nasi wygrywali. A dopiero teraz widzę, że może to wszystko, cały ten “naszyzm”, to bzdura, bo to co się liczy, to… miłość. Bo nie umiem zobaczyć w tych młodych Niemcach zbrodniarzy, nawet wtedy, gdy widzę, jak popełniają zbrodnię, a widzę w nich tylko nasze dzieci. Nasze córki, naszych synów…

I nic na to nie mogę poradzić.

Sąsiedzi 9

Teresa Rudolf

Salomon

Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również  bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy  puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej  ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej  szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem  Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.

Spotkania z Księciem Ciemności 7

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Przychodzi. Z łaskawą miną, miękkim i powolnym krokiem, dokonuje obchodu swych włości. Łaskawie obdarzy zainteresowaniem moją Żonę, mnie ignorując zupełnie. Po czym kieruje się do kuchni, wyraźnie dając znać, iż pora na posiłek. I w tym akurat muszę się z nim zgodzić, ja też właśnie myślałem o jakiejś przekąsce.

Karma z puszki wędruje wprost do miseczki, dla Księcia. A dla mnie do salaterki – tuńczyk. Też z puszki. Taki w kawałkach, w wodzie (nie w oleju i nie w sosie własnym, tylko właśnie w wodzie), czyli nic nadzwyczajnego. Aha, trzeba jeszcze przynieść sobie chleb!

Wracam. Patrzę…

Czy to wina zwierzęcia? Nie, raczej moja bezbrzeżna głupota, naiwność oraz brak przezorności. Kot i tuńczyk z puszki w jednym pomieszczeniu: to nie mogło się skończyć inaczej! Pssssiiik, paszoł won, Sierściuchu jeden!!!

Nie przejął się zanadto. Siedzi. Patrzy. A wygląda, nie przymierzając, jak Behemot, z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem – na który zdążył już nadziać marynowany grzyb – w drugiej. Ja zaś zapewne przypominam w tym momencie nieszczęśliwego, skacowanego Stiopę Lichodiejewa.

Tak. Zjadłem.

I co mi zrobisz?

Jam jest Książę Ciemności!

Smutne wiersze

Teresa Rudolf

 

Jakim prawem

Jakim prawem, jakim prawem
uderzasz psa, bo masz zły dzień,
a masz go codziennie?

Jakim prawem, jakim prawem
kot staje się petardą
wybuchającą w Sylwestra?

Jakim prawem strzelasz
bydlaku do lecących ptaków,
uciekających zwierząt?

Jakim prawem prawie zabijasz,
twego sąsiada Araba, bo uciekł
spod łopaty, by wpaść pod twoją?

Jakim prawem katujesz dziecko,
które umiera, bo głośno płakało,
kiedy ty bez opamiętania piłeś??

Jakim prawem zdradzasz ją,
i znęcasz się nad nią, kiedy
cię na tym drańswie przyłapie?

Jakim prawem okradasz,
biedniejsiejszych od siebie,
sam śpiąc na grubej forsie?

Jakim prawem udajesz
lekarza, księdza, polityka,
będąc zwykłą szują?

Jakim prawem, jakim prawem,
odpowiedzcie mi potwory,
zanim was, każdego z osobna
i tak diabli wezmą!!!!!

Marzenie

Biały ptak  w błękitnym szalu
pruje powietrze,
leci nisko, krąży, krąży,
gdzie by tu usiąść?

Biały ptak w błękitnym szalu,
pruje powietrze,
leci, leci bardzo wysoko,
ogląda malutki  świat.

Biały ptak w błękitnym szalu,
pruje powietrze,
leci nad oceanami,
siada na szczycie gór.

Biały ptak w błękitnym szalu,
siedzi na szczycie góry,
czuje podmuch powietrza
trzepoczący białą kopertą.

Biały ptak w błękitnym szalu
zasypia głęboko, zmęczony,
a wiatr pruje powietrze
z kopertą Gołąbka Pokoju…


Muzykę do wierszy dobrała autorka

Biblia Cygańska

Tabor Regresywny

Z oczywistych powodów festiwale literatury obracają się wokół książek. Należy się spodziewać, że Nieistniejący Festiwal Literatury obracać się będzie wokół nieistniejącej książki. Istniejących książek może być wiele, nieistniejąca może być tylko jedna, tak jak zbiór pusty jest tylko jeden. Tą jedyną nieistniejącą książką jest Biblia Cygańska. Biblia wspólna dla wszystkich ksiąg, tak jak zbiór pusty jest wspólny dla wszystkich zbiorów. Jedyna, o którą nikt się nie kłóci, jedyna, której nie można spalić, jedyna której nie można zgubić. Nieuchwytna, bliższa piosence. Opowiadana wieczorem przy ognisku. Rano zapomniana. Bez początku i bez końca, zawsze między wierszami.

Biblia Cygańska

Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła łuna świętojańska.
I aromat w niej, jak mirt rozdarty,
Leśny szum i gwiazdarska kabała,
Cień mogilny, pięćdziesiąt dwie karty,
Podkościelny dziad i mara biała.

Kto tę księgę odkrył? My uczeni,
Szperający w starzyźnie pamięci,
Węchem gnani i przeczuciem tknięci,
Pod spód zmysłów i myśli wpatrzeni.
Dolinami zapadłej wiedzy
Klechda kręta nurtuje jak rzeka:
I nie w życiu i nie śmierci, lecz między,
A na śmierć i na życie urzeka.

Na tę księgę woskowymi łzami
Kapią nocą żałobne gromnice,
W tej to księdze ułudnymi domysłami
Przewracają się sny jak stronice.
Migające wibrują wersety,
Nie uchwycisz, co się w nich ukrywa…
Coś jak gdyby: męczeństwo poety…
…Że coś zbawić ma… I księga się rozpływa.

Siedzieliśmy przy ognisku u wejścia do Przełomu Nysy Kłodzkiej, po drugiej stronie rzeki majaczyły w ciemności wysokie skały, woda szemrała po kamieniach. Amanda recytowała Biblię Cygańską Tuwima. Ryki pilnował ogniska, Juliano jak zawsze nieobecny wpatrzony w płomienie, Zorian wyciągnięty na plecach liczył gwiazdy.

W zaciemnionym pokoju siedzieli pod ścianami cyganie. Zjechali z całej Polski Amanda w sukni ślubnej, wśród kwiatów, obsypana słodyczami których jej brakło za życia, leżała w trumnie. Kilka dni wcześniej miastem wstrząsnęła tragedia. W rzece utopiła się trójka dzieci. Nie ważne, jak do tego doszło, mogło być gorzej, bo rzeka porwała całą piątkę. Dwójkę Amanda jakimś nadludzkim wysiłkiem wypchnęła na brzeg, dwójki najmłodszych nie udało się jej uratować. Znaleźli ją wplątaną włosami w gałęzie u zbiegu dwóch rzek niedaleko mojego domu.

Długo nie mogliśmy się z tego otrząsnąć, szczególnie jej bracia. Ani psycholodzy ani wyjazdy do rodziny nie pomagały. Kiedyś wieczorem, gdy starym zwyczajem siedziałem u nich w kuchni, powiedziałem. Żyjmy tak, żeby Amanda chciała wrócić. Czy wróci? Nie wiem. To nie nasza sprawa. Ale można by spróbować tak żyć. Jestem to winny Amandzie. Jesteśmy to winni Amandom, by chciało im się żyć.

środa, 22:13

Byłem dzisiaj nad rzeką, w miejscu gdzie ta tragedia się zaczęła. Stoi tam krzyż, który sam na prośbę matki Amandy ustawiałem. Od dziesięciu lat stoi na brzegu, często pod wodą, okoliczne krzaki i drzewa są powywracane, a ten krzyż stoi. Imię jest ledwo widoczne, ale reszta, nazwisko i daty, w dobrym stanie. Za każdym razem, jak tam idę, jestem przekonany, że krzyża nie będzie, że nie przetrzymał ostatniej wysokiej wody. A on stoi. Niesamowite.

 

Sąsiedzi 8

Teresa Rudolf

Co się stało, pani Klaroooo??????

Pani Klara zaczęła dzwonić i bębnić do drzwi Filomeny ze zdenerwowaniem i ogromną niecierpliwością.
Spotkała się ze zdumieniem, ciekawością i potępieniem, w oczach schodzącej schodami sąsiadki z trzeciego piętra (wszyscy w kamienicy wiedzieli o wzajemnej antypatii obu kobiet).
Pani Klara trzymała w ręku dzisiejszą gazetę, z jakmś dużym zdjęciem na stronie tytułowej, czego jednak kobieta już nie zdążyła dokładnie zobaczyć.
Drzwi otworzyły się i zdumiona, zaspana Filomena zapytała:
– Czy cooooooś się stało, pani Klaro???
Klara wparowała bez zaproszenia, rozstrzęsiona, do mieszkania Filomeny.
Siadła zadyszana w kuchni na krześle, pokazując gazetę i zdjęcie na stronie tytułowej, jąkając się wykrztusiła:
– To przecież naaaaaasz Lesio, niech pani spojrzy tylko…
Filomena zobaczyła na zdjęciu Lesia w łóżku szpitalnym. Miał obandażowaną głowę, prawą rękę i nogę całkowicie zagipsowane.
– A skąd pani wie, że to naaaaaasz Lesio? Jak go pani rozpoznała? A może to ktoś inny? Wygląda toto jak jakaś kukła, a nie jak naaaaaasz pan Lesio!
– No to niech pani głośno czyta!
Filomena przeczytała wyraźnie tekst, z którego wynikało, że bardzo poważany  w Krakowie detektyw, Lesław M. lat 50, po ukończeniu ważnego zadania, wracając w nocy do domu, został przed bramą napadnięty przez napastników, pobity do nieprzytomności i znajduje się obecnie w  bardzo ciężkim stanie, w szpitalu policyjnym. Na szczęście, został szybko po zajściu znaleziony przez przejeżdżający patrol, bo inaczej być może umarł by z wychłodzenia, w nocy były bowiem temperatury minusowe.
Obie panie spojrzały na siebie i wrzasnęły rownocześnie: SALOMON!
Jedna przez drugą przeganiały się w czarnych scenariuszach, co stanie się dalej z Lesiem i czy z tego wyjdzie, że kto by pomyślał, że to detektyw, a nie akurat “ojciec chrzestny” jakiejś mafii w Krakowie… No i Salomon sam, głodny w domu…
Przypominały sobie, jak źle mówiły i myślały o Lesiu, kiedy usłyszały jak lekceważąco on się wyraża o nich obu.
– Jedziemy do szpitala, zadecydywała  energicznie Filomena, mając łzy w oczach.
– Oczywiście, zabiorę tylko dokumenty, a i pani też niech nie zapomni, krzyknęła jeszcze Klara i wybiegła. – Spotkamy się na dole, przed bramą, dodała.
Filomena szybko się umyła, ubrała i zrobiła makijaż, pobijając, jak się jej wydało, dochczasowy swój rekord w podobnych sytuacjach.
Zdążyła jeszcze wysłać jakieś bardzo ważne, roczne zestawienie do znanej krakowskiej firmy, dla której od pięciu lat pracowała. Była samodzielną, cenioną ekonomistką, pracowała w domu, gdzie miała nowocześnie wyposażone biuro.
Zbiegła szybko na dół i stanęła gotowa przed pania Klarą, która, przyglądając się jej dokładnie,  przywitała ją ponownie, tym razem słowami:
– Ależ osioł z tego Lesia, przed nosem marnuje mu się taka ładna, atrakcyjna kobieta, oboje jesteście  przecież sami… ach, machnęła ręką, może życie wie najlepiej, co robi, po co się w to wtrącać? Już sama nie wiem, ale…, znów machnęła ręką, z taką miną, jak gdyby się właśnie ugryzła w język.

Dotarły do ogromnych drzwi wejściowych szpitala i spojrzały na siebie niepewie, nie bardzo wiedziały, co powiedzą, kim są dla Lesia, gdyby padło takie pytanie i miało być warunkiem wpuszczenia ich do pacjenta.
Od portiera dowiedziały się, że Lesław M. leży na trzecim piętrze, niedaleko pokoju pielęgniarek, tak by w razie czego mogły natychmiast reagować, “gdyby się coś działo”.
Od kiedy go tu przywieziono, był pępkiem, no, może nie świata, ale na pewno oddziału chirurgicznego.
Rano była już tu telewizja, gazeta regionalna, mnóstwo kolegów detektywów z innych grup parnerskich.
Lesio był jednym z nielicznych, bardzo doświadczonych detektywów, pracujących w pojedynkę, a tylko czasem, w niektórych, skrajnych przypadkach, potrzebował pomocy umundurowanych policjantów.
Na jego doskonałą reputację składało się wiele czynników: biegła znajomość języka angielskiego (z akcentem amerykańskim), sympatyczna, atrakcyjna, ciągle młodzieńcza i nie wzbudzająca najmniejszych podejrzeń powierzchowność oraz duże doświadczenie w samodzielnej pracy, z wyjątkowym talentem do podejmowania szybkich decyzji.
Ostatnio jednak, coraz częściej w jego kręgach słyszano, jak przebąkiwał coś o gotowości zrezygnowania z zawodu, gdyż po 15 latach czuje się już kompletnie wypalony, wyczerpany, a nawet jakby popadł w depresję.
Na Zachodzie stan takiego samopoczucia, fizycznego i psychicznego, zwany jest “Burnout” i nie wróży nic dobrego.
Filomena i Klara, po dłuższej dyskusji przekonały oddziałową, wylegitymowały się i podpisały deklarację, podkreślając, że są najbliższymi osobami pacjenta, które muszą się teraz przede wszystkim zająć jego kotem, Salomonem. Potrzebują od niego kluczy do mieszkania i pozwolenia na opiekę nad zwierzęciem.
Pielęgniarka zgodziła się, jednak pod warunkiem, że będzie asystować przy tej rozmowie, która musi być krótka, gdyż pacjent jest dopiero co, od godziny przytomny, ale ciagle w bardzo ciężkim stanie. I nie mają się niczemu dziwić, gdyż przed  jego drzwiami stoi dla ochrony dwóch policjantów, którzy również muszą być obecni przy rozmowie.
Po wejściu do pokoju Lesia, kobiety oniemiały z szoku, gdyż zdjęcie w gazecie, na którym go zobaczyły, nie oddawało całego rozmiaru tragedii.
Lesio spod pół przymkniętych oczu i bandaży spojrzał na nie i wymamrotał:
– Regina, ty tutaj, a po co? Jezus Maria, a po co? Czy ja  już umieram?, wyjąkał.
Obie kobiety spojrzały na siebie, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Panie Lesiu, to my, Klara z Filomeną, sąsiadki, czytałyśmy dziś, co się stało i przybiegłyśmy, by zapytać, czy  w czymś pomóc, czego Pan tu potrzebuje, no i trzeba się zająć Salomonem.
Jak by Pan wolał? Mamy chodzić do niego do mieszkania, czy też mam go zabrać do mnie, gdzie poznałby Salcię. Salcia wygląda dokładnie tak samo jak Salomon, podejrzewamy nawet z Filomeną, że to może być rodzeństwo.
Kobiety czekały na odpowiedź, przyglądając się w napięciu Lesiowi, który wykrztusił:
– Aaaaa, to panie, gdy zobaczyłem kolor włosów pani Filomeny, przestraszyłem się, że to moja była żona, Regina stoi tu nagle, z jakąś obcą kobietą, słabo widzę jakoś teraz… A to chwała Bogu, że to Panie… Klucz jest zawsze w mojej małej torbie na ramię, o Boże, Salomon… Proszę się nim zająć, jakoś mi słabo…
– Panie muszą już wyjść, to za dużo emocji dla pacjenta, energicznie powiedziała siostra oddziałowa, popychając je lekko w stronę drzwi.

Spotkania z Księciem Ciemności 6

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Albo Czarnuszek. Lub też Sierściuch, Bambusik, Dzwoneczek Leśny, Murzynek, Księciunio, Drań… Określenie kocurka zależy od aktualnych okoliczności lub nastroju dwójki starych dziwaków (czyli Żony i mnie), a te bywają przeróżne. Czasem natomiast zwiemy go Maciej Kot. Młodzież zapewne natychmiast rzecz skojarzy z utytułowanym polskim skoczkiem narciarskim.

Ale my, starzy, mamy na szczęście bogatszy repertuar asocjacji. Kto z nas nie pamięta ciepłej i miękkiej ballady, wykonywanej po mistrzowsku przez Hannę Banaszak?!

Przedstawię ci Macieja kota;
Fascynujący z niego facet.
Całymi dniami tkwi w fotelu
I lekceważy każdą pracę.

Lecz niewątpliwą ma zaletę:
Gdy spływa wieczór granatowy
On słodko mruczy wprost do ucha
Najbardziej senne bossa novy.

Wszystko się zgadza; i to lekceważenie, i ten granatowy wieczór. I, oczywiście, nastrojowy koncert.

Skądinąd, był to jeden z tych przymiotów, którymi Książę ujął nas od samego początku. Wtedy, gdy przynosiłem małą, wystraszoną, czarną kuleczkę, by się nawzajem z Kropką oswoili, a on większość czasu spędzał wówczas na moich rękach. I mruczał. Ale jak mruczał! Słodko. Głęboko. Najpierw lekko się stroszył, po czym wprowadzał całe ciało w drgania. Mruczał, można powiedzieć, całym sobą. Dźwięk wydobywał się ze wszystkich zakamarków jego futerka. A to było zaledwie basso continuo. Dopiero na jego tle Sierściuszek produkował melodie „otworem paszczowym”.
I tak zostało po dziś dzień. Maciej Kot mruczy. Brzozowe polana w kominku płoną i strzelają iskrami. Spokój. Półmrok, w którym unoszą się fluidy kociego uroku i psiej wierności. Magia.

Jeśli życie, to tylko takie.

List do EMS

Teresa Rudolf
Ewuniu, po głowie mi chodzi ten Twój wpis pt. “Dwie siostry“…
Z jednej strony dlatego że ma w sobie tyle ciekawych informacji “historyczno-estetycznych”:
piękne rzeźby, ładne zdjęcia, przemijanie zamknięte w twórczości artystów tamtych epok, w fotografiach dzisiejszych, a z drugiej strony też z tego powodu, że na  początku napisałaś o zniknięciu  miliardów blogów.  Tu  przypomniała mi się też Twoja kuzynka z Kanady i uratowany przez Ciebie jej wpis o Żebraku…
A wiesz, co mi przyszlo JESZCZE  dziś do głowy?
To, że to, co my robimy, na Twoim blogu, to są rysunki na piasku, czasem zatrzymają się przy nich przypadkowi przechodnie,
czasem nawet ktoś dopisze tam jakąś uwagę, ktoś obcy, ktoś znajomy…
no i ktoregoś dnia przyjdzie silniejszy wiatr i wszystko to zdmuchnie.
Gdy sobie to wyobrażałam, zakradły mi się dwa uczucia:
– niesamowita lekkość i przyjemność rysowania na piasku,

– a z drugiej strony trochę też smutek przemijania wszystkiego.

I niestety przyszło mi do głowy coś całkiem jeszcze innego, naprawdę przerażającego:
w Australii “przeminęły z ogniem”, w męczarniach miliardy zwierząt i wiatr rozwiewa ich popioły po świecie.

Jak rysunki dziecinne na piasku…
Jakże względne jest więc to przemijanie i jego sens lub bezsens?…
Przeminęło tyle bardzo ważnych i mniej ważnych ludzi, zjawisk, tyle dookoła bezsensownych ofiar  spowodowanych przez innych.
Oni nie rysowali i nie rysują na piasku, lecz ryją w kamieniu…
I na nich nie wystarczy wiatr, wicher, lecz huragan, który i tak  nie da odfrunąć ich czynom, gdyż nie są niewinne jak rysunki na piasku….


Przemijanie z wiatrem

Te dawne, takie różne
rysuneczki na piasku,
piaskowe zameczki,
ulatujące z wiatrem.

I te piaskowo-miłosne
ze strzałami Amora,
ulatujące z podmuchem
nieobliczalnych wicherków.

Rysunki na  piasku życia
rozwiewający ciągle wiatr,
frunące myśli, uczucia ulotne,
wspomnienia i na zegarze czas…

Na ziarnach piasku mego życia,
rysuję dziś tutaj mój smutek,
bezbrzeżny płacz, nad popiołami
kangurów i misiów koala.

Uwaga adminki: wstawiłam ten wpis na bloga w niedzielę 9 lutego, wieczorem, nadchodziła noc Oskarów i niezwykłej śnieżnej pełni księżyca, a przez Niemcy leciał dziki gon, nazwany przez meteorologów huraganem Sabina.