Kafka w czasach korony. Barataria

Nasza autorka, nadal we Włoszech (zob. TU), oczywiście, bo gdzie by miała być, skoro im nawet z mieszkań nie wolno wychodzić, ale pisze o sytuacji w Warszawie. Maria używa na perypetie, które opisuje, określenia “sytuacja kafkowska”, ale my, specjaliści, a takich jest już nas kilkoro na tym blogu, dobrze wiemy, że to Barataria. Ani chybi. 

Maria Marucelli

Sytuacja kafkowska to szczeniak w porównaniu ze sprawą leków dla mojej Mamy.
Co prawda miała umówioną wizytę u nowej lekarki domowej gdzieś na styczeń, ale w przeddzień tej wizyty, jedyny raz tej zimy w Warszawie spadł śnieg, i Mama mająca problemy deambulacyjne przestraszyła się, że jak wyjdzie z domu, to się poślizgnie, upadnie, połamie; no sami rozumiecie jak to jest. Mama ma skończone 90 lat, żyje samotnie, ma dwie panie, które przychodzą do niej sprzątać, robić zakupy i gotować obiady, daje sobie nieźle radę, od stycznia ma trzyletnią kotkę. Ale wracam do sprawy leków i lekarza domowego.
Zaraz po odwołaniu wizyty u lekarki w styczniu, zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić nową wizytę. Oczywiście do przychodni jest łatwiej dojść na rzęsach niż się dodzwonić, zadzwoniłam wiec na numer centralny zespołu przychodni i bardzo mila pani powiedziała mi, że również i ona może zamówić mi wizytę, że bardzo dobrze wie, że do przychodni, do której Mama miała iść, nie można się dodzwonić! Tak jak powiedziała, tak też zrobiła – w styczniu zamówiła mi wizytę na pierwszy możliwy termin …. na 19 marca!!! (i to mają być lekarze pierwszego kontaktu?) Pani bardzo uprzejmie poinformowała mnie, że jeżeli Mama nie będzie mogła pójść na tę wizytę to należy ją odwołać, ale nie dzwoniąc do centrali, a bezpośrednio do konkretnej przychodni. Zapytałam uprzejmie jak, skoro w poprzednim zdaniu powiedziała, że wie, że tam nie ma jak się dodzwonić! – odpowiedzi nie dostałam.
19 marca to wszyscy wiemy co się działo w Polsce, w Europie i na Świecie – grasował i grasuje w dalszym ciągu wirus! Na kilka dni przed 19 marca Mama dostała telefon z przychodni z zapytaniem, czy ta wizyta jest pilna, bo jeżeli nie, to trzeba ją odwołać. Oczywiście Mama zmuszona nagle do podjęcia decyzji, iść czy nie iść, w sytuacji, jaka panuje, odpowiedziała: „nie wizyta nie jest pilna”, nie myśląc o tym, że właśnie kończą jej się leki i jest bez recept! Odpowiedziała również w ten sposób, bo pomyślała, że nie będzie się pchać do pełnej chorych ludzi przychodni, żeby złapać nie tylko wirusa, ale i panująca aktualnie grypę; pomyślała jednocześnie o przychodni prywatnej, gdzie przyjmuje lekarka specjalistka, do której Mama chodzi i która przy okazji wizyt wystawia Mamie recepty na leki. Jak pomyślała tak i zrobiła, zamówiła sobie wizytę na 27 marca. Tymczasem od poniedziałku 23 marca ambulatorium prywatne jest zamknięte, nikt nie odbiera telefonów, nawet nie włączyli automatycznej sekretarki informującej o tym, że z powodu koronawirusa itd. I to ma być prywatna opieka zdrowotna? Przecież oni za każdą wizytę biorą spore pieniądze. Po prostu uciekli, bo się przestraszyli wirusa, zamiast zorganizować się tak, żeby wizyty były na konkretną godzinę, żeby pacjenci nie musieli czekać w poczekalni, ale żeby lekarze ich przyjmowali. Lekarze muszą być odpowiednio ubrani: w maskach, w jednorazowych fartuchach, tak żeby ani nie ryzykowali zarażenia pacjenta, ani sami nie zostali zarażeni. Możliwość ochrony istnieje, gabinety lekarskie powinny być często odkażane, na pewno są jakieś zasady i odpowiednie zalecenia. Przecież wirus nie może zablokować całej służby zdrowia, bo pacjenci oprócz tego, że będą umierać na Covid-19, umrą z braku leków i opieki lekarskiej!
Jak nerwowa się zrobiła sytuacja, to pozostawiam Waszej wyobraźni. Na szczęście w bliskiej rodzinie mamy dwóch lekarzy pracujących w warszawskich szpitalach. Pomyślałam, nie ma problemów, zadzwonię do nich, jako lekarze maja recepty, wypiszą je, dostarczą Mamie i sprawa załatwiona. Mój Tata, który był ortopedą, wiele razy wypisywał recepty dla rodziny i nie było z tym żadnych problemów, od wieków na receptach była formułka „pro famiglia”. Ale właśnie: była, ale już nie ma. Nie teraz, teraz jesteśmy w czasach komputerów, internetu i tym podobnych „ułatwień” w załatwianiu wielu spraw. Okazało się, że od pierwszego stycznia został wprowadzony system e-recepty, świetnie, ale po to, żeby została wystawiona taka recepta, trzeba być w SYSTEMIE! Nie będę tu wchodzić w szczegóły, kto jak i kiedy ma być wprowadzony w ten system, bo nie wiem, fakt jest, że nasza kuzynka (wyżej wspomniana lekarka) po to, żeby wprowadzić Mamę do systemu szpitala, w którym pracuje, musiałaby sprowadzić Mamę do tegoż szpitala, odbyć u niej wizytę i dopiero później wypisać recepty, podać wygenerowane kody i wysłać Mamę do apteki, rzecz w obecnej sytuacji NIEREALNA!
Napięcie rosło dalej. Przychodnia prywatna w dalszym ciągu nie odbierała telefonów, do przychodni lekarza pierwszego kontaktu w dalszym ciągu nie można się dodzwonić, bo zajęte, a jak jest wolne to nikt nie podnosi słuchawki.
Na szczęście Mama wpadła na pomysł, żeby zadzwonić do swojej starej przychodni, gdzie dyrekcja ruszyła głową i jak się do nich dzwoni, jest „zegarynka”, która mówi, że są zamknięci z wiadomych powodów, ale żeby „umawiać” się na wizytę – rozmowę telefoniczną, wypełniając formularz na ich stronie internetowej, co też natychmiast zrobiłyśmy, Mama i ja. Było to wczoraj, a dziś rano zadzwonił pan doktor, który wygenerował „cudowne” kody i teraz pozostało tylko pójść do apteki i mieć nadzieję, że będą wszystkie leki!!!!!!!
Dzień później zadzwoniła sekretarka z prywatnej przychodni i spytała, czy ja (ja z Florencji) przyjdę jutro do pani doktor, czy może potrzebuję recept? Odpowiedziałam jej, ze e-recepty już mam i że nie przyjdę. Bardzo podziękowałam za telefon.

Dopisek po dwóch dniach: Leki w aptece były wszystkie.

 PS od Adminki:

Kilka dni temu pojawiła się w sieci fantastyczna hipoteza! Dr Sabina Olex-Condor ze szpitala w Madrycie poczynila bardzo ważne obserwacje, przyjmując pacjentów, którzy mieli kontakt z koronawirusem: osoby posiadające koty i psy nie wykazywały objawów, nie rozwijała się u nich choroba, bądź przechodziły ją bardzo łagodnie. Obserwacje dotyczyły grupy ok. 100 pacjentów i wymagają dalszych badań. Istnieje przypuszczenie, że możemy mieć tu do czynienia z wyższą odpornością ze względu na kontakt z koronawirusami specyficznymi dla zwierząt domowych oraz sprawniej działającym układem odpornościowym, Należałoby może sięgnąć do zagadnienia odporności krzyżowej.

My wszyscy, wielbiciele kotów i psów, pomyśleliśmy, że nareszcie “wyszło na nasze” i to nie jakieś tam czary-mary, aury i fluidy, tylko konkretne naukowo-pragmatyczne podejście: koty i psy nas uodporniają!

Bohaterka opowieści ma na szczęście kicię Puszynkę, czyli przeżyła wprawdzie bieg przez płotki w stylu dowolnym, ale kicia chroni ją i przed stressem (to już dawno było wiadomo, że tak jest), i przed coroną 🙂

W wiosennym ogrodzie

Ela Kargol

Wiosna w moim ogrodzie

Wiosna w moim ogrodzie jakaś nieporadna,
jakby miała zakaz wychodzenia z domu.
Jeszcze w pąkach i zeszłorocznej trawie,
z kilkoma stokrotkami na nędznej murawie.
No może fiołki się pospieszyły,
zapachniały, wyfiołkowały.
Dąb w zimowych szatach nie zmienił ubrania,
nie miałby go gdzie kupić,
więc płaszcza nie ściąga
i płotu się czepia
i z nudów rozciąga.

Co ma kwitnąć, to kwitnie, ale u sąsiada
Nam nornica wszystko z apetytem zjada.
Albo robi zapasy
na niepewne czasy.
Właśnie ta niepewność,
wiosny też dotyczy,
ona nie wie co robić,
nie czyta wytycznych.                                                                        pszczoły w ogrodzie (film)

Tylko pszczoły niebawem królową wybiorą
I koronę ze złota przywdzieją na głowę.
W koronie do twarzy jest tylko królowej.

Inni z chęcią ją zdejmą,
Abdykują, odrzucą,
opuszczą królestwo,
nawet wiosny nie chcąc.
Zza firanki popatrzą, czy słońce już świeci, czy jabłoń zakwitła, albo bez.

Sąsiedzi 13 i wiersze (corona)

Było spiętrzenie wpisów aktualnych i wpis o sąsiadach opóźnił się o tydzień – przepraszam czytelników, którzy przecież czekają niecierpliwie, żeby się dowiedzieć, czy Lesio, czy Filomena, czy pani Klara…

Teresa Rudolf

Powrót Lesia do domu…

Po  trzech tygodniach pobytu w szpitalu pan Lesio został wypisany do domu, gdzie powinien przez następne trzy tygodnie bardzo się oszczędzać, prawa noga i ręka były ciągle jeszcze zagipsowane, twarz jeszcze opuchnięta, ale już bez bandaży i plastrów.

Filomena, pomagając mu przy pakowaniu tych niewielu rzeczy, które miał w szpitalu, pomyślała, “mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak na razie…”, jednak zawstydzona, przerwała te rozważania, koncentrując się na pomocy Lesiowi.
On natomiast długo nie wiedział, czy wypada sąsiadkę angażować w swoje sprawy. Tyle lat mieszkali w tej samej kamienicy, ale nigdy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. Nie lubił rudych włosów, gdyż mu się źle kojarzyły, nie cierpiał też faktu, iż, zdarzało się, że był przypadkowym świadkiem wzajemnej niechęci obu sąsiadek z drugiego piętra, wpadając na siebie stwarzały bowiem napięcia.
Na szczęście, od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, sam nie umiał sobie jednak przypomnieć, jak się to w ogóle stało.
Dzisiaj, kiedy siostra oddziałowa przyszła do jego pokoju, siedziała już tam od rana Filomena.
Pielęgniarka zapytała, jak pacjent poradzi sobie w domu, bo na razie nawet o kulach nie da rady się poruszać, spytała też, na którym piętrze mieszka i czy jest tam winda.
– Owszem w naszej starej kamienicy jest winda, a w domu spróbuję sobie powoli jakoś dać radę, odpowiedział.
Poza tym zamówi na początek kogoś  z Czerwonego Krzyża,  kontynuował, ta pomoc na pewno mu przysługuje, gdyż jest osobą mieszkającą samotnie…
Filomena nieśmiało włączyła się do rozmowy, oferując sąsiedzką pomoc, obiecując również dalsze zaangażowanie Klary w opiekę nad Salomonem.
Jak na razie jedynym problemem, leżącym zresztą w gestii szpitala, był fakt, że Lesio powinien dostać się  do budynku z czyjąś fachową pomocą, gdyż sam może zrobić tylko parę kroków, skacząc na jednej nodze.
– Myślę, że uda nam się zorganizować paru silnych panów z Pogotowia Ratunkowego, relacjonowała oddziałowa.
Filomena usłyszała pukanie do drzwi, kiedy akurat Lesio wyszedł do łazienki.
– Proszę, powiedziała odruchowo w imieniu pacjenta, po czym do pokoju weszła Regina. Filomena omiotła wzrokiem byłą małżonkę Lesława i pomyślała, że Regina nigdy nie nazywa byłego męża Lesiem.
– A gdzie Lesław?, zapytała Regina. Siostra dyżurna powiedziała, że dziś wychodzi do domu, dodała.
Po czym oświadczyła, że jest jedyną osobą, która może pacjentowi pomóc, ponieważ zna bardzo dobrze rozkład mieszkania, no i oczywiście też Lesława.
Filomena na przemin raz czerwona, raz blada, wykrztusiła, że Lesio zaraz wróci, a ona, Regina i tak nie jest żadną dla niego pomocą, bo po prostu nie lubi, a przecież nawet nie cierpi, kotów.
– No, to ten kot Lesława zostanie tam, gdzie teraz jest, u tej starszej kobiety, którą tu poznałam. Ma tam zresztą towarzystwo jakiegoś drugiego sierściucha.
Zamilkła, a po chwili dodała:
– No i nie wierzę, by Lesław przedkładał starego kota, ponad codzienną stałą opiekę fachowej osoby.
Na pytające spojrzenie Filomeny odpowiedziała: – Zrobiłam odpowiednie wykształcenie, dające prawo do wykonywania zawodu opiekunki, zarówno w kraju jak i za granicą…
Filomena czuła się coraz mniej pewna siebie, wiedziała z góry, że z tą kobietą nie ma żadnych szans i na pewno przegra.
Lesio w asyście dwóch pielęgniarek, podskakując na jednej nodze, znalazł się znów w pokoju.
Siadł z wysiłkiem na łóżku, spojrzał na obie kobiety i powiedział: – Regina, jak ostatnio tu przyszłaś, nie oddałaś mi klucza do mieszkania, a zanim się zorientowałem, już wyszłaś. Oddaj mi teraz, proszę, kontynuował, i po tylu latach, nie przyzwyczaj się znów do niego, no, proszę… Wyciągnął jednoznacznie, rozkazująco rękę: – Już przed laty musiałem dorabiać dodatkowy klucz, bo przy odejściu, zabrałaś go ze sobą.
Regina oświadczyła, że właśnie teraz ten klucz bardzo się przydał. Posprzątała mieszkanie, wyrzuciła niepotrzebne rzeczy po kocie, bo skoro go tam nie ma, to już i nie będzie, a teraz jest czyściutko, pachnąco, i ona będzie spała w sypialni, a on w salonie na kanapie, pościel już też zmieniona.
Kiedy skończyła, w pokoju zapadła grobowa cisza, słychać było tylko komara, który przeleciał z cienkim wizgiem. Komar w lutym, pomyślała Filomena, taka dziwna ta zima. Spojrzała na zachwyconą sobą Reginę z najwyższym zdumieniem, ale i respektem, i powiedziała: – No, no, pani to naprawdę doskonale wie, gdzie i jak się w życiu urządzić, a pan, tu zwróciła się do Lesia/Lesława, gdyby pan tej kobiety już w swym życiu naprawdę nie chciał, nie dorabiałby pan wtedy klucza, ale po prostu zmienił zamki, a nie zrobił pan tego.
W pokoju było nadal cicho. Filomena dodała więc jeszcze:
– Mam nadzieję, że będzie pan miał teraz dobrą, bo aż taaaaaaką fachową opiekę, ale gdyby pan czegoś potrzebował, służę sąsiedzką pomocą.
Wstała z krzesla i z uczuciem “wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą” opuściła dumnie pokój.
Nie była jednak wcale taka pewna siebie, jak chciała, by to zbarzmiało. Wyszła na gumowych nogach i z mgłą w oczach.
Co za lafirynda, pomyślała z wściekłością, ale on też nie lepszy, dupek żołędny.
I przysiadła, blada jak kreda, na ławeczce, stojącej na parterze, gdzie znalazła się, nie wiedząc jak i kiedy.

Od adminki:

Autorka przysłała też dwa wiersze. Zazwyczaj umieszczam jej wiersze osobno, w odrębnym wpisie, ale wydały mi się aktualne i nie chcę odkładać ich publikacji na jakiś daleki termin (a czas jest taki, że więcej piszemy, żeby opowiedzieć, żeby poczuć kontakt, żeby podzielić się tym, co myślimy, czujemy, widzimy, a to sprawia, że na blogu jest długa kolejka).

Pytanie
X
Z balkonu nieosiągalna
ręka podana komuś,
figlarny, nieśmiały całus,
spojrzenie następnego razu.
X
Na ulicy biała “burka”,
w ciszy bolących uszu,
pustka pamiętająca,
miliony oddechów.
X
Z szumem skrzydeł
wygłodzone gołębie,
gruchające ulice,
parapety okienne.
X
Powietrze czyściutkie,
kryształowo niebieskie,
przedziwna świeżość
zapowiedzią zdrowia.
X
Niebo z chmurkami
z karteczki pocztowej,
przesadnie niebieskie,
z owieczkami chmur.
X
Niesamowitość zagadki
oplątującej cały świat,
krzyczy w głowach,
początek to, czy koniec?
X
Strach Chin, Włoch,
strach wielkich miast,
strach miasteczek,
zdziwienie człowieka.
X
***
X
A mnie się marzy
X
A mnie się marzy
kwiecień piękny
bez Prima Aprilis.
X
A mnie się marzy
śmiech ludzi,
chichot dzieci.
X
A mnie się marzą
kolorowe parasolki,
z dymiącą kawą.
X
A mnie się marzy
codzienność zwykła,
ze świergotem ptaków.
X
A mnie się marzy
seledynowy, pachnący
sen o szczęściu.
X
A mnie się marzą
prawdy wyśpiewane
ptakami wiosny.
X
A mnie się marzy,
to co już mialam
ale jakoś tak inaczej.X

Spotkania z Księciem Ciemności 12

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! A wiosna właśnie ruszyła: forsycje, listki, ciepło. Toteż i Książę ruszył. Na amory tudzież na łowy. Czarnuch kocha słoneczko.

Rzadko nas teraz odwiedza, choć, trzeba to przyznać, gdy już się pojawi, jego obecność jest bardzo intensywna. Na różnych polach…

Woli się wałęsać całe dnie i noce po okolicy. To tu…

To tam…

Co i rusz widuję go, jak się zasadza na jakieś gryzonie. Albo ambitniej – na ptaki. Wszak to łowca i łowców potomek. Poczytałem coś na ten temat, przeto wiem, że gra w nim krew żbika nubijskiego, przodka wszystkich udomowionych kotów, a przy tym myśliwego, co się zowie!

Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…

Zew natury jest nie do zagłuszenia. Toteż pozostaje nam cieszyć się każdą jego krótką wizytą. I wspominać zimowe wieczory, kiedy bywał częściej i na dłużej. Nie marnował wtedy czasu, bynajmniej. Trenował swe łowcze umiejętności. Jak?

Aby to wyjaśnić, trzeba zacząć od przywołania mojego ulubionego powiedzonka, które głosi, iż połowa właścicieli psów śpi z nimi łóżkach, a druga połowa… się do tego nie przyznaje. Żona i ja należymy do pierwszej ekipy. Kropka ma zawsze wolny dostęp do naszego łoża – na kołdrze lub pod nią, jak woli. Niezrozumiałą pruderią i hipokryzją byłoby udawanie, że jest inaczej.

I teraz już możemy zatopić się w uroczych wspomnieniach. Jest zima, na dworze chłód, ciemność i deszcz. W domu cicho i ciepło, w kominku wesoło tańczą płomienie. Książę leży na fotelu. Albo na podłodze. Albo w koszu z wypranymi ubraniami w sąsiednim pokoju. To obojętne, bo w momencie, gdy Kropka wchodzi pod kołdrę, pojawia się natychmiast, wiedziony chyba jakimś dodatkowym zmysłem.

Wchodzi na łóżko, obserwuje wybrzuszenie na pościeli, zdradzające lokalizację zacnej suni. Siedzi przez dłuższą chwilę cichutki, zaczajony. Potem powoli się podnosi, staje na tylnych łapach, przednie zawieszając w powietrzu. Na chwilę zastyga w bezruchu i…

Kropka wychodzi z pieleszy, odgania go warknięciem albo i delikatnym użyciem kłów. I znowu zakopuje się pod kołdrę. A Książę znowu wchodzi na łóżko… etc…

Potrafił powtarzać to swoje polowanie nawet pięć-sześć razy. I zazwyczaj Kropka w końcu dawała za wygraną, opuszczała ciepłą kryjówkę i siadała na moich kolanach, z bezradną skargą w swych pięknych, dużych, czarnych oczach.

Zaprawdę powiadam wam: nie zmarnował Książę tamtych dni. Dziś one procentują, aż miło.

Katastrofa (zagadka)

Zagadkę przygotował Lech Milewski, nagród nie będzie. Trzeba odgadnąć tytuł i autora tekstu oraz imiona / nazwiska osób zapisanych w tekście zagadki jako Aaaa, Sxxx, Dyyy.

Obie panny doznały uczucia chłodu. Sxxx podniósł głowę i wpatrywał się w Koronę Północną stojącą naprzeciw balkonu. Dyyyyy mówił:
– Wyobraźmy sobie, że kiedyś pisma przyniosą następujący telegram: „W tych dniach astronom taki a taki dojrzał w konstelacji Byka, tuż obok Słońca, nowe ciało niebieskie, które zrobiło na nim wrażenie planety. Obserwacje w tej chwili są przerwane z powodu ukrycia się gwiazdy poza tarczą słoneczną.”

W parę tygodni, gdy publiczność już zapomniała o zjawisku, telegram ogłosił o nim nieco pełniejsze wiadomości. „Nowe ciało niebieskie jest kometą, a raczej olbrzymim uranolitem, równym ziemi lub większym od niej; znajduje się poza orbitą Jowisza, ale szybko zbliża się ku słońcu w linii prostej. Co najważniejsze: droga jego zdaje się leżeć na płaszczyźnie ekliptyki. To ciało niebieskie można już widzieć gołym okiem na godzinę przed wschodem słońca.”

Wiadomość ta, obojętna dla ogółu, od tygodnia zajmowała astronomów, a obecnie zaniepokoiła ludzi obeznanych z astronomią.
Mówili oni: jeżeli ów uranolit toczy się ku słońcu po płaszczyźnie ekliptyki, więc koniecznie musi przeciąć drogę ziemi.
Otóż kiedy on ją przetnie?
Jeżeli kometa, właściwie uranolit, przetnie drogę ziemską przed grudniem albo po grudniu, możemy bezpiecznie przypatrywać się nadzwyczajnemu widokowi.
Ale jeżeli przecięcie nastąpi w grudniu, sprawa stanie się straszną. Może bowiem trafić się zderzenie dwu ogromnych mas, z których jedna leci z prędkością trzydziestu wiorst na sekundę, a druga – nie powolniej. Łatwo zrozumieć, że obie masy przemieniłyby się w kłąb ognia.
Nie trzeba wspominać, że w ciągu następnych tygodni posypałoby się mnóstwo artykułów i broszur roztrząsających kwestię: w którym dniu uranolit przetnie drogę ziemską?
Naturalnie autorzy twierdzili, że o zetknięciu się ziemi z niespodziewanym wędrowcem nie ma mowy, choć już wszystkim było wiadomo, że przecięcie orbity ziemskiej nastąpi w grudniu. Przy czym optymiści twierdzili, że wówczas ziemia od przybłędy będzie oddalona na dziesięć milionów mil, a pesymiści przypuszczali, że będzie odległa na milion mil.

„Ale i w tym wypadku – pisali pesymiści – tylko zobaczymy gwiazdkę kilka razy większą od Jowisza, która szybko przesunie się po niebie od zachodu na wschód.”
„To jeszcze można wytrzymać!” – powiedziała sobie publiczność przechodząc do codziennych kłopotów.
Roztropniejszych jednak uderzył fakt, że astronomowie nie zabierają głosu w tej kwestii, ale że w obserwatoriach trafiają się dziwne rzeczy.
Rachmistrze ciągle mylili się w rachunkach: panowała bowiem niepewność co do prędkości biegu owego ciała niebieskiego. W końcu, co już ukrywano przed publicznością, jeden z astronomów powiesił się, drugi się otruł, a trzeci palnął sobie w łeb. Gdy zaś przejrzano ich rachunki, okazało się, że każdemu z nich wypadło, iż jeżeli uranolit pędzi z szybkością trzydziestu kilometrów i dwustu pięćdziesięciu metrów na sekundę, musi bezwarunkowo zetknąć się z ziemią.

Nareszcie rządy ucywilizowane zabroniły pisać o nadchodzącym zjawisku, ponieważ wielu ludzi ze strachu wpadało w obłąkanie. Ogłoszono tylko notę kilku obserwatorów, że w połowie grudnia ukaże się podczas nocy ciało niebieskie podobne do księżyca w pełni, które w kilka godzin przybierze nieco większe rozmiary, lecz przed wschodem słońca zniknie.
Była to prawda. Astronomowie jednak, którzy pisali ową notę, nie znając dokładnie szybkości uranolitu nie byli w stanie obrachować, jak wielkich rozmiarów dosięgnie ów chwilowy księżyc, czyli – w jakiej odległości przesunie się obok ziemi.

Od czerwca do września nowa gwiazda przesunęła się do konstelacji Bliźniąt, wschodziła po północy i była tak dużą jak Mars. W październiku wyglądała jak Saturn, a jeszcze w listopadzie była mniej świetną aniżeli Jowisz. Wschodziła coraz wcześniej przed północą, rosła nieprędko, ale ciągle, i zbliżała się do konstelacji Raka.
W tej epoce niebieski przybysz już zaczął oddziaływać na ziemię; wprawdzie nie na jej wody lub atmosferę, lecz na jej najbardziej wzniesione punkta, jakimi są – ‘szczyty cywilizacji’.

Europejski chłop, wyrobnik, drobny mieszczanin słyszał coś o nowym zjawisku, lecz nie miał czasu zajmować się nim, pochłonięty troską o chleb, odzież i opał, czego mu ciągle brakowało.
Czerwonoskórzy Amerykanie, Indusi i Chińczycy, wreszcie różne odmiany Murzynów nawet nie zwracali uwagi na drobne światełko sądząc, że jest to jedna z planet, które przez pewien czas błyszczą na niebie, potem znikają i znowu ukazują się w innych gwiazdozbiorach.
Ale inaczej było z ucywilizowanymi a zdenerwowanymi klasami Europy. Miały one rozum, ażeby pojąć nadciągające niebezpieczeństwo, lecz nie były zdolne zapanować nad strachem, bo zabrakło im wiary. Wszyscy niby to drwili ze zbliżającego się końca świata, rozchwytywali odnośne karykatury, biegali na farsy i operetki skomponowane na ten temat; ale myśleli i mówili – tylko o komecie, a każdy dzień powiększał ich beznadziejność. Przy migotaniu złowrogiej gwiazdy widzieli pustkę życia i nicość swoich wierzeń.

Opadły ręce genialnym przedsiębiorcom, którzy łączyli oceany i przekopywali góry: cała ich mądrość, wszystkie machiny nie mogły ani przyśpieszyć biegu ziemi, ani pohamować nadlatującej z boku komety. Struchleli mocarze giełdowi, gdy wytłomaczono im, że wobec możliwej katastrofy miliard nie jest lepszym zabezpieczeniem aniżeli łachman nędzarza.
Rozpacz ogarnęła filozofów wykładających, że jedynym Bogiem jest ludzkość; widzieli bowiem własnymi oczyma, jak łatwo ludzkość traci głowę i jak łatwo zetrzeć ją może lada pyłek nieskończoności.
Mędrcy szaleli, głupcy odurzali się ze strachu; alkohol, morfina i chloral były pochłaniane w nieprawdopodobnych ilościach.

Skutkiem naturalnej reakcji ludzie, którzy rok temu reklamowali potęgę nauki, dziś odtrącili ją z pogardą przeklinając oświatę i zazdroszcząc prostakom. Największą popularnością cieszyła się broszura, w której jakiś obłąkaniec dowodził, że astronomia jest oszustwem, a ciała niebieskie iskrami, które ziemi zaszkodzić nie mogą, choćby wszystkie na nią spadły.

Zaczęto odgrzebywać legendy o końcu świata, a bardzo uczeni mężowie dowodzili, że nic w roku bieżącym nie grozi nam, ponieważ – według Talmudu – jeszcze nie upłynęło sześć tysięcy lat od czasu stworzenia.
Wyrodził się szczególny obłęd – podróżowania. Miliony ludzi zamożnych jeździło z pośpiechem bez kierunku i celu szukając bezpiecznego miejsca.
Lecz gdziekolwiek zatrzymali się, nad morzem czy między górami, wszędzie przyświecała im straszna gwiazda, jaśniejsza aniżeli Jowisz.

W początkach grudnia trwoga panująca między klasami oświeconymi udzieliła się ludowi.
Ale chłop bez względu, czy się lękał, czy nie lękał, musiał młócić zboże; rąbać drwa, gotować jadło i karmić inwentarz. O ile mu zaś zbywało czasu, szedł gromadą pod kościół lub figurę i modlił się. On od dzieciństwa wiedział i wierzył, iż kiedyś musi nastąpić koniec świata; więc gdy nadszedł termin, prostacy bali się – nie zniszczenia, ale sądu.
Toteż między ludem panował smutek, wzrosła pobożność, prawie znikły występki. Człowiek, dbały o zbawienie duszy, nie pił i nie awanturował się; nie potrzebował też kraść, bo zamożniejsi sąsiedzi oddawali mu swój nadmiar.
Wśród powszechnego rozkołysania umysłów tylko dwie istoty pozostały spokojne: żołnierz pod bronią i szarytka. Tamten wiedział, że każdą śmierć powinien spotkać odważnie; ta poleciwszy ducha Bogu nie miała czasu myśleć o sobie, zajęta łagodzeniem cudzych cierpień, których liczba zwiększała się co dzień.

Dyyyyy odpoczął, wypił herbatę, którą podsunęła mu Aaaa, i mówił dalej:
– Wyobraźmy sobie na półkuli północnej kraj górzysty, wzniesiony o jakiś kilometr nad poziom, odległy o kilkaset mil od morza. Przypuśćmy, że w tym szczęśliwym miejscu chwila przejścia uranolitu czy komety przez drogę ziemi przypadałaby w nocy, i pomyślmy, co widzieliby tamtejsi mieszkańcy?
Około ósmej wieczór, w połowie grudnia, razem z konstelacją Raka ukazałby się na wschodzie jasny krąg podobny do księżyca w pełni, tylko – większy. Oryginalny ten księżyc miałby dziwne własności.
Przede wszystkim robiłby wrażenie, że – nie rusza się razem ze sklepem niebieskim, lecz ciągle stoi niezbyt wysoko nad wschodnim widnokręgiem, gdy poza nim przesuwają się konstelacje: Raka, potem Lwa, wreszcie Panny. Nieruchomy ten jednakże krąg wzrastałby bardzo szybko. O dziewiątej średnica jego byłaby dwa razy większą, o dziesiątej – cztery razy, a o północy osiem razy większą niż średnica księżyca w pełni.
W tej ostatniej porze byłby tak ogromny, że równałby się pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu księżycom w pełni, gdyby jednocześnie nie zachodziły w nim szybkie zmiany lunacji. Nowy ten księżyc, który o ósmej był w pełni, już o dziewiątej wyszedłby z pełni, a o dwunastej byłby w kwadrze. W tej postaci jego połowa równałaby się dwudziestu lub trzydziestu księżycom. Wnet jednak kwadra zaczęłaby się zmniejszać tak szybko, że już o pierwszej widać by było na niebie ogromny sierp, który w kilkanaście minut później zgasłby.

Zjawiska te oznaczałyby, że uranolit przeciął o północy drogę ziemską i poleciał dalej ku
słońcu.
Gdyby między mieszkańcami tego błogosławionego kraju znajdował się astronom, mógłby na mocy powyższych obserwacyj zrobić rachunek. I wypadłoby mu, że ów uranolit, wielki i ciężki jak ziemia, przeleciał obok niej w odległości – dwa razy mniejszej aniżeli księżyc.

Mieszkańcy szczęśliwego kraju, a sąsiedzi astronoma, zobaczywszy, że potwór niebieski znikł i nie zrobił im szkody, zapewne oddaliby się radości.
Ale astronom nie cieszyłby się, lecz z niepokojem odczytywałby depesze nadchodzące co kilka minut z innych obserwatoriów, położonych bliżej morza. Jego bowiem rachunki powiedziały mu, że to nie koniec, ale dopiero początek zjawiska, i że kometa, której zniknięcie tak uradowało współobywateli, przeszedłszy obok ziemi wywarła na jej powierzchnię wpływ siedemset razy większy aniżeli księżyc. Księżyc zaś, jak wiadomo, jest motorem przypływów i odpływów morskich.
Otóż między depeszami przychodzącymi z punktów nadbrzeżnych najliczniejsze donosiłyby, że od szóstej wieczór spostrzeżono nagły i silny odpływ morza. Astronom wiedziałby, co to znaczy. Znaczy, że na oceanach Atlantyckim i Spokojnym zaczynają tworzyć się dwie góry wodne, które o północy wzniosą się do trzystu pięćdziesięciu metrów wysokości na podstawach mających przeszło po dziesięć tysięcy mil kwadratowych powierzchni.
W kilka godzin po północy zaczęłyby nadchodzić depesze zawiadamiające o równie szybkim i niezwykłym przypływie mórz, zaś nad ranem… wcale nie przychodziłyby depesze!…

Przyczynę tego zrozumie pani – mówił Dyyyy zwracając się do Aaa – jeżeli dodam objaśnienie, że w niektórych portach europejskich zwykły przypływ dosięga dziesięciu metrów wysokości. A ponieważ wpływ uranolitu na morze byłby siedemset razy większy niż księżyca, wnosić by można, że w portach tych woda miałaby siłę do utworzenia wału równego mniej więcej górze Mont-Blanc!…
Niech pani pomyśli, że wybrzeża morskie w najlepszym razie dosięgają paruset metrów wysokości. Niech pani doda, że to niesłychane rozkołysanie wód trwałoby nie kilka godzin, ale kilka tygodni – że towarzyszyłoby mu parowanie wody, o którego sile nie mamy pojęcia, i – niech pani odpowie, czy te niezmierne deszcze i zalewy nie byłyby potopem, o którym mówi Biblia.

Co wówczas stałoby się z Ameryką Środkową, z Afryką od Gwinei Wyższej do Niższej, z północną Australią, z wyspami Oceanu Indyjskiego?…
Po co wreszcie daleko szukać: czy sądzi pani, że resztki góry wodnej, która powstałaby na Oceanie Atlantyckim, nie zmyłyby Hiszpanii, Francji, Belgii z Holandią, a nade wszystko Wielkiej Brytanii?…
Gdyby kto w rok po uspokojeniu się rozpętanych żywiołów zwiedził zachodnią Europę,
zdumiałby się znalazłszy tylko szczątki niegdyś pełnych życia lądów. Ale ani miast, ani dróg, ani pól i lasów, ani ludzi…
– Awantura arabska!… – mruknął Sxxxxx.

A to koparka Marka…

Wstęp nr 1 (od Adminki): Autor o tym nie pisze, ale ja muszę (MUSZĘ) tu powiedzieć, że to, co zrobił było genialne, profetyczne, zdarzyło się na naszych oczach i nie musieliśmy czekać przez stulecia, aż się spełni. Otóż, gdy Marek dwa miesiące temu przeczytał na FB, że niestety (z przyczyn od nas niezależnych) nie odbędzie się  zapowiadany przez nas już od jesieni Festiwal Literatury Polskiej w Berlinie, podjął wyzwanie i ogłosił, że od teraz będziemy realizowali NIEISTNIEJĄCY FESTIWAL LITERATURY, w skrócie NFL. Magda Parys to ochoczo podchwyciła. Oboje okazali się w tym prekursorami, wytyczającymi nowe drogi. Wkrótce potem poszły za nim WSZYSTKIE Festiwale, Koncerty, Kongresy, Seminaria na świecie. Ale to MY byliśmy pierwsi. I, jak zauważył Marek, NFL to jedyny festiwal, którego nie trzeba odwoływać z powodu Corony!

Tabor Regresywny alias Marek

Wstęp nr 2 (od Autora): Walka z coronawirusem – podejście baratarystyczne. Coronawirusy, dalej nazywane CW, dzielą się na pierwotne, wtórne i pośrednie. CW pierwotne gnieżdżą się w koronach drzew, walają po ziemi i spływają rzekami do mórz. Walka z nimi jest beznadziejna, jeśli nie będziemy jednocześnie zwalczać CW pośrednich. CW pośrednie to te, które wymagają opakowania, a same podlegają konsumpcji np. piwo w puszce. Co do CW wtórnych, jak np Cov 19, to walkę z nimi pozostawiamy tym, którzy zostali do tego powołani. Drobne potyczki z CW pierwotnym i wtórnym z góry skazane są na porażkę (patrz Słowo na Nowy Rok). Tu trzeba pospolitego ruszenia, bo na armię nie ma co liczyć.

TRZECIA WYPRAWA DO SOKOŁOWSKA

Tak się złożyło, że Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku poprzedził w przestrzeni i czasie festiwal literacki Góry Literatury. I znów, “dr H”, wyruszyłem o świcie w stronę gór Włodzickich. Gdy przyszło mi oddalić się od głównego traktu, kupiłem w sklepie bochen chleba. W zasadzie wystarczyło kilka bułek, ale ich nie było. Zwykle zabieram na drogę trochę pieczywa i powidła, ale w tym przypadku nie było takiej potrzeby. Wiedziałem, że po drodze będzie dużo opuszczonych sadów, a w nich maliny, czereśnie i wiśnie.
Gdy dotarłem do domu Olgi T., zaparkowałem w ogrodzie, oczywiście za zgodą gospodarzy. Pamiętam, że Olga zaprosiła mnie na pyszne pierogi. Potem odbyły się spotkania z pisarzami i parę ciekawych rozmów, a wieczorem wszyscy rozjechali się do domów. Rano szykowałem wózek do wyjazdu, a tu Olga woła mnie na śniadanie. Czytelnicy już wiedzą, że nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu. Siadam razem z Olgą, jej synem, mężem, siostrą oraz jej koleżanką, Magdą P. Mówią, że mają wszystko, co potrzeba na śniadanie, oprócz chleba. Poprzedniego dnia uczestnicy festiwalu cały zjedli i że trudno, musimy sobie jakoś poradzić. Odpowiadam, że mam chleb, rozwiewając tym całe zakłopotanie współtowarzyszy. Rzucając na stół cały, nietknięty bochenek, zdobyłem prawo głosu. Zaczęły się pytania o moje wędrówki, o filozofię drogi. Widziałem, że Magda P. otwiera laptopa i zaczyna coś pisać. Raz po raz, przerywając, prosi mnie o powtórzenie. Na koniec zapytała, czy może to opublikować. Zrobiła mi zdjęcia z wózkiem i sama próbowała się do niego “zaprząc”.
Po śniadaniu skończyłem pakowanie i wyruszyłem w stronę Sokołowska. Olga T. zbierała się by odwieźć syna na pociąg, a Magda P. szykowała się do powrotu do domu, gdy wydarzyło się coś, co intryguje mnie do dziś. W obu samochodach, Olgi T. i Magdy P., rozładowały się akumulatory i auta zablokowały drogę. Nie mogłem przejechać, a nerwowe próby naładowania akumulatorów i odpalenia silników trwały, tak się zdawało, wieczność.
Werner Heisenberg w swojej książce opowiadał, jak to Niels Bohr żalił mu się, że tłumaczył podstawy mechaniki kwantowej ludziom z Koła Wiedeńskiego, a oni zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli. A tego nie da się zrozumieć.
Ja chyba miałem więcej szczęścia, bo przyszło mi uczyć fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na samym początku powiedzieli mi: „daj pan sobie spokój, nas nikt niczego nie nauczył, pan też nas nie nauczy”. Super, pomyślałem, spróbuję im wytłumaczyć istotę mechaniki kwantowej na przykładzie eksperymentu Wheelera. Jak nie zrozumieją, to to będzie to. Napisałem na tablicy temat lekcji: „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”. Powiedziałem im, że jest to taka lekcja, że jeśli ją zrozumieją, to znaczy, że ja źle tłumaczę. Nawet to ich zaciekawiło. Z uwagą i zrozumieniem słuchali wywodu, dopiero na końcu stwierdzili, że nic nie rozumieją. Poszli poskarżyć się wychowawczyni, która mi powiedziała: “Marek spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, bo sa oburzeni”. Zacząłem szukać jakiegoś przykładu, żeby im to zilustrować.
Obserwując ludzi przechodzących między kasami sklepu samoobsługowego, zauważyłem, że kierują się tymi samymi prawami, co fotony w eksperymencie Wheelera. Wszystko wyglądało tak samo, jedyna różnica to paragon świadczący o zakupie, będący komunikatem, a plamka na kliszy fotograficznej świadczyła o śladzie fotonu. (O różnicy między śladem a komunikatem opowiedziałem we wpisie „Mars i Wenus”). Jeśli wynik obserwacji, foton, jest komunikatem, czyli znakiem nastawionym na interpretację, to powstaje pytanie, kto jest nadawcą i co chce przez to powiedzieć? Gdyby tak spojrzeć na przygodę z rozładowaniem akumulatorów, to podejrzewam, że winowajczyniami były Olga T i Magda P. Nie wiem tylko, co chciały przez to powiedzieć?

Z lamusa

Tibor Jagielski

na razie internet znajduje się nadal w powijakach
ten oblepiony spamem bobasek wygraża nam piąstką hejtera
i oznajmia, że jak dorośnie, to nam dokopie,
bo nie ma większego filozofa niż google, a filozofki jak wikipedia
te dwie niańki to wektory w przyszłość kiedy to do okna zastuka drona,
uprzejmie ostrzeże, że w przypadku użycia fałszywej karty kredytowej zacznie natychmiast strzelać,
i uprzejmie zapyta
– kto zamówił pizzę, a kto fryty?

Wisława Szymborska

Der Hass

Schaut, wie er immer noch tüchtig,
wie gut er sich hält
in unserem Jahrhundert der Hass.
Wie leicht nimmt er die hohen Hindernisse.
Wie einfach für ihn – springen, zupacken.

Anders als die anderen Gefühle.
Gleichzeitig älter und jünger als sie.
Gebiert selbst Ursachen,
die ihn zum Leben erwecken.
Sein Schlaf wird nie Ewiger Schlaf.
Schlaflosigkeit nimmt ihm keine Kräfte,
sonern vermehrt sie.

Die Religion oder nicht
– in den Startlöchern zu knien, drauf kommt es an.
Die Heimat hin oder her
– Sturmlaufen, das ist es.
Und selbstgerecht von anfang an rennt er alleine.
Der Hass. Der Hass.
Sein Gesicht verzehrt durch Grimmase
einer Liebesekstaze.

Ah, diese anderen Gefühle
– schwächlich und lahmarschig.
Seit wann kann die Bruderschaft
auf die Menge rechnen?
Ist Mitleid jemals
als erstes ans Ziel angelangt?
Wieviele hat Zweifel mit sich gerissen?
Er reisst nur, der seins weiss.

Begabt, aufnahmefähig, emsig.
Braucht man darüber zu sprechen wieviele Lieder er schuf?
Wieviele Seiten der Geschichte er schrieb?
Wieviele Teppiche aus Menschen breitete er aus,
auf wievielen Plätzen und Stadien?

Belügen wir uns nicht:
er kann die Schönheit schaffen.
Prächtig sind seine Brände in der dunklen Nacht.
Ausgezeichnet das Gewimmel der Explosionen
in rostiger Morgendämmerung.
Es ist schwer den Trümmerrn das Pathos abzusprechen,
und den derben Witz, einer, ins Himmel ragenden, Kollonade.

Er ist ein Meister des Kontrasts
zwischen Lärm und Stille
zwischen rotem Blut und weissem Schnee.
Aber vor allem langweilt ihn nie
das Motiv der geplegten Häscher
mit seinen geschändeten Opfern.

Zu neuen Aufgaben immer bereit.
Wartet er mit Geduld.
Man sagt er sei Blind. Blind?
Er hat rege Augen eines Scharfschützen
und blickt brav in die Zukunft
– er allein.

aus dem Polnischen von Tibor Jagielski (1996)

 


Kongres owadów – W Francji nazywają nas Prusakami, w Prusach – Francuzami

naprawdę nie wiem, co mnie pozytywnie nastroi, może to, że żeby się zalogować tutaj, nie potrzebuję wieczności; może z tego powodu, że szelowska wieś (otoczona drutem z kolczastych bajkopisarzy – dorn 😉 ) pochrapuje nadal spokojnie (podczas gdy medialne haubice szeryfowej angeli po przeoraniu grecji, dobrały się do węgier), a jej prezydent czyta uśmiechając się łagodnie, a wręcz dziewiczo na tle zramolałej sceny politycznej zaścianka; polskiej lewicy nie pozostanie nic innego jak poprosić o azyl w chile

(chiny nie wchodzą w rachubę – nie ma gdzie się spowiadać), a najbardziej krewcy udadzą się, pod przywództwem millera, do boliwii, aby założyć tam rodziny z indiankami i plantacje koki

być moze dopiero tam, w cieniu andyjskich wulkanów i w słodkiej melodii fletów, narodzi się nowa lewica aby, najpóźniej za dwieście lat, obalić totalną dyktaturę happytalizmu; venceremos!

Spotkania z Księciem Ciemności 11

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! My tu czeźniemy na kwarantannie, a on jak zwykle przychodzi niezapowiedziany, od czasu do czasu. To posiedzi, to posnuje się bez celu. No dobrze, niech siedzi, niech się snuje. Czarnuch jeden… Czarny. Co on taki czarny? Jak to drzewiej gadali? Że w takie czarne najchętniej wcielał się szatan? No bzdura przecież, średniowiecze! Chociaż… Jak się tak dokładniej przyjrzeć… Kto wie? Wszak odwieczna mądrość ludowa… No i co mu się te oczy tak błyszczą?

Łazi tak jakoś podejrzanie, skrada się pod ścianami. Co on się tak skrada? Ma powody?

I czemu się kryje w zaroślach? Ma coś do ukrycia?

Oho! Jest i następny! Pomiot diabelski. Zbierają się, zwołują… Spiskują… Na pewno spiskują!

Dają sobie znaki ogonem. Mruczą. Jakie tajne rozkazy, jakie ciemne zadania roznoszą po okolicy? Mroczne, czarne jak one same!

Mnożą się. Są już wszędzie. Gdzie by się człowiek nie ruszył, tam łypią złowrogo zielone ślepia.

A wyłapać, do cholery, je wszystkie! A spalić, jako nasze prapradziady czyniły! Najwyraźniej, przepełnione odwieczną ludową mądrością, wiedziały prapradziady, co i dlaczego czynią. Najwyraźniej szatański przychówek i piekielna czeladka sama sobie była winna. Na pewno była!

I dalej jest. O, ten na przykład siedzi nad samą wodą. Wiadomo po co! Łapać go, na pal wbić! Niech zdycha w męczarniach.

A już ten i ów przynosi nowe wieści i gotów jest przysiąc, że widział żydów zatruwających studnie! Trwoga!! Sąd boży!!!

***

Tak. Upływ lat, wieki postępu o kant dupy rozbić. Gdy przychodzi, jak mówią, „co do czego”, wszystko jest po staremu. Słabe umysły tak mają i tak mieć będą.

Ale ty, Kotku, olej ich. Chodź tu do mnie. Połóż się wygodnie. Tutaj nic Ci nie grozi. Zamrucz mi swoją wieczorną kołysankę. Razem jakoś przeskoczymy przez noc.

A ja obiecuję, iż po raz pierwszy i ostatni w opowieści o Księciu Ciemności nawiązałem do aktualiów. Tak trzeba, bo każdy na tym blogu od kilku dni nawiązuje i stosowną daninę złożyć należało. Ale nigdy więcej! Nad publicystykę nieporównanie wyżej cenię bowiem głupiutkie gawędy o błahostkach. Mam powody…

Korona Królowej

Dziś dwie autorki, najpierw Maria z Florencji, a potem Teresa z Wiednia. Przy czym Florencja jest w tej zapowiedzi ważna, a Wiedeń nie, bo Teresa napisała wiersz o nas a nie o Wiedniu. Proszę wszystkich innych autorów o przysyłanie tekstów o życiu podczas zarazy. Jak żyjemy, co myślimy, co czujemy, co czytamy? Opublikuję wszystkie, nie bacząc na kolejność stałych wpisów…

Maria Marucelli

Florencja w czasach koronawirusa

Zaczęło się wszystko po cichu, powoli. Najpierw, jak zresztą wszyscy, śledziliśmy wydarzenia w dalekiej prowincji Chin, bez większego zainteresowania, bo to była epidemia daleko. Później zaczęliśmy omijać Chińczyków, których tłumy przyjeżdżają do Florencji (jak również do innych miast włoskich) podziwiać zabytki i dzieła sztuki. Czy wiecie, że w 2019 przewinęło się przez Włochy 94 miliony turystów wszystkich narodowości (źródło Wikipedia https://it.wikipedia.org/wiki/Turismo_in_Italia) na 60 milionów z kawałkiem ludzi którzy tu mieszkają? To jest jeden z powodów, dla którego Włochy są epicentrum europejskim tego wirusa. Ale dosyć dygresji statystycznych, o tym wszyscy wiedzą. Później wirus zaczął się rozwijać na północy Włoch, tam wprowadzono obostrzenia i pamiętam doskonale pewien piątek, kiedy spotkałam się z moja córką przed żłobkiem jej syna i czekając, aż nas wpuszczą do środka, rozmawiałyśmy z mamusiami i babciami, że to byłaby tragedia, gdyby zamknęli szkoły w całych Włoszech! W następny piątek już wszystko było zamknięte, od żłobka po wyższą uczelnie, i to w całym kraju! Jeszcze w poniedziałek poszłam opiekować się moim wnukiem, pogoda nie była najlepsza, byłam więc z nim całe przedpołudnie w domu, wymyślaliśmy różne gry, bo trzyletni maluch jest bardzo energiczną istotką, pomysłów ma masę i gada bez przerwy. Następnego dnia okazało się, że w dalszej rodzinie mojego zięcia jest pani, której zrobiono badanie i jest pozytywna na koronawirusa! Blady strach padł na nas wszystkich, dziadkowie zostali odstawieni do własnych domów, maluchem zajmują się tylko rodzice, którzy pracują na komputerach z domu, oczywiście na zmianę, bo praca z trzylatkiem wygląda tak jak tu na zdjęciu:

W następnych dniach zaczęto wysyłać ludzi do domów z laptopami i teraz głównie odbywa się „telepraca”. Otwarte są supermarkety, sklepy spożywcze i zieleniarskie, apteki, stacje benzynowe, mechanicy i różne inne usługi, bo pralka może się zepsuć, żarówka przepalić itp. Zasadę znacie wszyscy dobrze: trzeba być NA METR od drugiej osoby! bo izolacja to jedyna metoda walki z tym wirusem.

zdjęcie z sieci

W centrum Florencji jest pusto, nie ma turystów, są zamknięte kościoły, muzea, galerie, biblioteki i archiwa państwowe z bardzo starymi i bardzo cennymi dokumentami. Po takiej Florencji chciałoby się chodzić, jest cisza i spokój, można by się napawać pięknem starego miasta, podziwiać zaułki, domy, wieże i przepiękne parki; kontemplować ze spokojem dzieła sztuki, które w przewalającym się tłumie turystów dla stałych mieszkańców są zupełnie niedostępne.
Florentyńczycy odzyskali, ale tylko teoretycznie, swoje miasto. Chciałoby się podjechać kilka przystanków tramwajem pod stację Santa Maria Novella i dojść spokojnym spacerkiem przez via Panzani i dalej via de’Cerretani dojść do Baptysterium …. Niestety nie należy wychodzić z domów, chyba że w sprawach uzasadnionych. Zamknięte są również parki i place zabaw dla dzieci (jeżeli ogrodzone). Lista zamkniętych sklepów jest bardzo długa, są na przykład zamknięci fryzjerzy i salony kosmetyczne, restauracje i bary, co dla Włochów jest bardzo trudną sprawą, bo wielu z nich jada tam śniadanie (cappuccino albo caffé to wielka tradycja oczywiście z brioches).

Bardzo miłą akcję prowadzą panie właścicielki żłobka, z mamusiami maluchów, które teraz siedzą w domu i się nudzą. Utworzyły grupę na WhatsAppie i codziennie przysyłają dzieciom a to filmiki z piosenkami śpiewanymi przez nie, a to czytane książeczki. Któregoś dnia przyszło zadanie żeby dzieci z pomocą rodziców zrobiły tęczę. Matteo zrobił kolaż przy okazji wysmarowując dwie tubki kleju – zabawa była świetna. Maluch dobrze wie, że wychodzi się tylko na trawnik pod domem, bo jest dużo kaszlu i że dziadków i resztę rodziny widuje się przez Internet.

A Florencję zobaczymy kiedyś, nie traćmy nadziei!!!

Autorka przysłała też tekst polskiego dziennikarza, mieszkającego we Florencji: GoldkornFlorencja


Z Wiednia

Teresa Rudolf

Kimże jesteś Królowo???
X

Przychodzisz najpierw
ukradkiem, żarłoczna,
chciwa, schowana
za maską zmarłych,
chorych.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz teraz już
jawnie, chichocząc,
strasząc, budując
kiedyś mury chińskie,
a teraz światowe.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz,
przelatujesz jak
złowieszczy ptak,
przypływasz jak
zatruta ryba.

Kim jesteś???

Kimże ty jesteś,
co wykrzykujesz
coraz głośniej,
co pokazujesz
w twym języku???
X
Masz tłumacza?
Kimże on jest?
Gnębionym zwierzęciem?
Głodującym czlowiekiem?
Płaczącą Naturą???
X
Masz tłumacza?
Kiedy się ujawni?
Powie to, co wiemy?
“Chcieliśmy mieć wszystko,
nie zostanie nam nic”
????

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.