Dekameron

Oczywiście, jak zawsze, pierwszy był poeta

Tibor Jagielski

cisza w mediolanie

ta cisza jest inna
zwiastująca niebezpieczeństwo
zamykam się na cztery spusty
i czytam decamerone

tylko gołębie na placu del duomo
uwijają się jak gdyby nigdy nic

24.02.2020

Sejm RP
Choroba zakaźna COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2, pojawiła się w grudniu w Wuhanie w środkowych Chinach. Od 31 grudnia 2019 r. do 1 marca br. zanotowano 87 tys. 24 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 2 tys. 979 zgonów – podał w niedzielę Główny Inspektorat Sanitarny.

2.03.2020

Tabor Regresywny

Co nam biednym ludziom pozostało, gdy medycyna rozkłada bezradnie ręce, gdy politycy jak zwykle coś kręcą, gdy biznes liczy straty, a spekulanci zyski? Nam biedakom nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do średniowiecznych sposobów i wyruszyć na pielgrzymkę. Pytanie tylko dokąd? Miejsc świętych już nie ma, Ziemia Święta wcale nie jest taka święta. Może do Wałkonii, krainy wolnej od śmieci, bo nikt ich nie produkuje, wszyscy się wałkonią.
Przyjechałem kiedyś moim wozem na konferencję pt. Koniec świata i co dalej? Konferencję zorganizował Papieski Uniwersytet Teologiczny w Krakowie. Po wystąpieniach plenarnych były pytania z sali. Zabrałem głos jako ostatni:
– Przyjechałem tu z Ławicy, małej wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Proszę moją wypowiedź traktować jako wypowiedź wieśniaka z Ławicy. Mam taki problem. Spytałem syna, kim chciałby być, jakby nie był tym kim jest. Odpowiedział: wałkoniem. On jest wybitnym wałkoniem amatorem. Potrafi przez kilka miesięcy włóczyć się po Europie, ale przez resztę roku ciężko na to pracuje. A ja bym chciał, żeby przeszedł na zawodostwo, rzucił pracę i żył z emerytury babci. Ale jeden warunek. Babcia ma być przeszczęśliwa. Ani syna, ani teściowej nie mogę do tego przekonać. Możecie mi pomóc, jakoś teoretycznie to uzasadnić? Wszystkich zatkało. Jakiś dr ksiądz czegoś nauczał, że może na innej uczelni za pieniądze mi pomogą. Atmosfera robiła się nieprzyjemna. Wtedy wstał wysoki mężczyzna z imponującą łysiną i odwracając się do mnie powiedział.
– To jest cynizm. To jest cynizm w tym najpiękniejszym Greckim wydaniu, za którym kryje się głęboka etyka. Ja panu bardzo dziękuję za tę wypowiedź.
Na dworzec wracałem w towarzystwie dwóch kobiet, wózek ciągnął syn jednej z nich. Corona wirus jest tak skonstruowany, że najwieksze żniwo zbiera wśród emerytów i rencistów. Nie mam zamiaru oddawać emerytury bez walki. Żal mi tylko młodzieży, dla której może nie starczyć. Na waszym miejscu postawiłbym ultimatum. Najpierw emerytura a potem praca. Jak sie nie zgodzą, to chodźcie z nami.

03.03.2020

TIP (Jacek Slaski)

Kwarantanna w Berlinie. Planszówki, telewizja, wyspać się (Zachód). Piec ciasteczka z dziećmi, ćwiczyć na skrzypcach. Spandau (Szpandawa). Chleb chrupki, zupki w proszku. Panika. Seks, poliamoria. No sex, please. Wina Merkel (być może po polsku powinno się przetłumaczyć jako Wina Tuska). Prywatnym samolotem na prywatną wyspę. Queer-Sex. Marihuana i play station. Planszówki, telewizja, wyspać się (Wschód).

Jak chomikuje Berlin? Piwo, chipsy, karma dla psów (Zachód). Tofu, soja, mieszkanie na poddaszu. Spandau (Szpandawa). Czerwone wino, krakersy serowe. Sushi & szampan. Olewam. Chomiki. Płaski ekran 70 cali. Wołowina z Kobo i Dom Perignon. Kondomy. Karty pamięci i orientalne klopsiki. Piwo, chipsy, karma dla psów (Wschód).

Berliner Zeitung, Pieniądze albo będę kichał…

Znalezione na Facebooku. Ula Ptak. Zdjęcie zrobione w metrze. Zakupy jakiejś syryjskiej współpasażerki.

Urzędy

Szkoła zamknięta. W Berlinie już trzy szkoły zamknięto. Ale może tylko dwie. Prasa podaje różne wersje.

Pracuję w ministerstwie. Na korytarzu przy wejściu ustawiono przenośny dezynfekator rąk. Ale nikt nie kontroluje, czy go używamy.

Ktoś z rodziny jest w szpitalu. Poszłam go odwiedzić. Ani lekarze i personel, ani pacjenci nie noszą masek. Dezynfekatory w każdym pokoju, ale tu też nikt nie kontroluje, czy się dezynfekuje ręce.

Odwołano Festiwal książki w Lipsku, berlińskie Targi Turystyczne i wycieczkę z Nowego Targu.

My

Jadę metrem. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna, widzę miodowego koloru płaszczyk, cienkie czarne rajstopy i gładkie czarne włosy. W pewnej chwili dziewczyna zaczyna kaszleć. Rzucam okiem na jej twarz. Być może azjatycka, ale może “tylko” ukraińska lub serbska. Patrzę na kobietę, która siedzi naprzeciwko. Uśmiechamy się do siebie. Smutno. No bo nawet jeśli to Chinka, nawet jeśli kaszle, bo jest chora, nawet jeśli właśnie nas zaraża, to co my możemy w tej sytuacji zrobić? Co w ogóle możemy my, ludzie, z tym zrobić?

Pancernik

Podobno tym razem to on, ale może zresztą nie on, wyprodukował wirusa. Mały pancernik. Zwierzę pod całkowitą ochroną. Mimo to łapie się go, zabija i zjada. Bo smaczny i bo wzmacnia potencję. Jeśli to naprawdę on, to jest to wręcz symboliczne. Nasza żarłoczność i nasz niepohamowany popęd seksualny jako przyczyna epidemii. Czy to Apokalipsa? Czy to wojna światów? W imieniu Natury, w imieniu Ziemi, pancernik rozpoczął z nami wojnę.  Aurora? Pancernik Potiomkin? Schleswig-Holstein?

Materiały źródłowe
wolnelektury.pl

Giovanni Boccaccio, Dekameron

Tłumaczył Edward Boyé

Zaczyna się księga Dekameron, w której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.

Prolog

Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, mające następnie wystąpić, zebrały się tutaj i gawędzą społem, pod przewodem Pampinei rozprawia się o tym, co każdemu najbardziej przypada do smaku.

Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie, i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tym samym, czym dla wędrowców stroma i spadzista góra, za którą skrywa się miła i piękna równina. Im trudniejsze było wejście i zejście, tym słodsze jest później odetchnienie.

Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnić bym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.

Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.

Don Kichot udomowiony

Nazbierało się po domu donkichotowych drobiazgów i trzeba je udostępnić publiczności.

Będą filmy (no, nie przesadzajmy – filmiki) i muzyka, której posłuchamy oglądając filmiki. Ale najpierw jeszcze Mrożek, Sławomir z książeczki wydanej 30 lat temu, a zatytułowanej najprościej jak można: Rysunki (Oficyna Literacka, Kraków 1990). Rysunki odkrył i przysłał Wiadomo Kto czyli Arkadiusz Łuba.

Don Kichot po polsku. Obok Hamlet, ale zostawiłam ich obu, to w końcu bracia, i duch ich łączy, i epoka ta sama. Warto o tym pomyśleć, że czas złota, walki, odkryć geograficznych, podbojów i królów, wydał też takich jak oni, niedopasowanych fantastów. W średniowieczu, jeśli udało im się uniknąć wypraw blisko i daleko i nie poginęli w krucjatach, zostawali trubadurami na dworach opuszczonych przez mężów-rycerzy pięknych dam, którym śpiewali o miłości. Dlatego po niemiecku nazwano ich Minnesänger, ci co opiewają miłość, Minne. Podobno zresztą byli stale na haju, tak jak zapewne cała ludność Europy, bo wszyscy jedli zboże zatrute sporyszem, z którego (jak wiemy) można uzyskać LSD.
W renesansie, kiedy zaczynał się już prawdziwy podbój świata, a nie jakieś średniowieczne wyprawy łupieżcze, Minnesängerzy zniknęli, ale świat nie może tylko produkować i ujarzmiać, świat potrzebuje również tych, co myślą, marzą i miłują. Tak pojawili się neurotycy i już nie zniknęli. Póki wy (my?) zajmujecie się czynieniem sobie ziemi poddaną, oni (my?), oddając się szaleństwu, sprawiają, że sztuczny świat sztucznych ludzi w ogóle jest zdolny do istnienia. Bo może nie wiecie o tym, ale jak to kiedyś w wierszu, dawno temu, napisał Leszek Szaruga: jeśli nie będzie poetów, nie będziecie umieli nawet wywieźć śmieci. Dziś, po 30 latach, wiemy że tak jest, za mało zwracaliśmy (zwracaliście) uwagi na szaleńców i nawet nie umiemy wywieźć śmieci.

 


KLICK (Tu jest cała płyta w streamingu)

Meditaciones Sobre el Quijote
na gitarze gra Giuliano Belotti
muzyka Francisco Fleta Polo, Erik Marchelie, Peter Toth. 

14. Sancho Panza na wyspie Barataria, komp. Fleta Polo


Filmiki nakręcili Konrad i Anton, używając aplikacji StopMotion z WhatsAppa. Obiektu, będącego ewidentnie Don Kichotem, dostarczył Wiadomo Kto.

Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?

Sąsiedzi 10

Teresa Rudolf

Śpiący Lesio…
Filomena z Klarą cichutko weszły do pokoju szpitalnego, w którym leżał biedny, pobity Lesio.
Lesio spał, a oczom odwiedzających było dane oglądać go ciągle w bandażach i gipsach (ręka i noga leżały trochę wyżej niż reszta ciała, na jakichś metalowych rurkach).
Panie były tu już trzeci raz, miały nadzieję, że czegoś wiecej dowiedzą się o jego stanie zdrowia, o samopoczuciu psychicznym, miały też niezmiennie dużo pytań, dotyczących Salomona, który mało jadł, nie “odzywał”, czyli o nic nie prosił, nie narzekał, nie miauczał, po prostu z nikim się nie komunikował.
Klara nazwała ten stan apatią, w wyniku zniknięcia Lesia, “a przecież kotom nigdy niestety nie wytłumaczysz, co i  dlaczego”…
Kobiety stały przy łóżku śpiącego wciąż Lesia i patrzyły zaskoczone na uśmiechniętą, a nawet można by powiedzieć wręcz roześmianą twarz chorego.
Nagle kołdra na lewej nodze, w okolicy stopy zaczęła poruszać się rytmicznie.
– On chyba tańczy, albo słucha muzyki, skwitowała to rozbawiona Filomena.
Niespodziewanie usłyszały zrozpaczony i wystraszony głos Lesia:
– Regina, ty znowu tu, miałaś przeeeeeeecież wyjechać do Polski!!!!!, krzyczał.
W jednej sekundzie twarz mu się zmieniła, nie było już ani uśmiechu, ani radości, jedynie grymas niewypowiedzianego bólu.
– Kobieto, zejdźże mi wreszcie z nogi, krzyczał zupełnie wyraźnie Lesio.
Sytuacja zaczęła się komplikować.
– Idę po siostrę, jego musi któraś z tych nóg boleć, powiedziała Klara i wyszła z sali.
Filomena przyglądała sie Lesiowi, myśląc znów o tym, jaką zołzą musiała być owa Regina, że mu się wszędzie pojawia, nawet tutaj, w szpitalu.
Klara wróciła, a wraz z nią przyszła pielęgniarka dyżurna, która poinformowała je, że pan Lesław otrzymuje obecnie silne środki przeciwbólowe, dzięki którym może się też wreszcie troche wysypiać.
– Ależ on ma jakieś koszmarne sny, krzyczy, prawie płacze, mówiły jedna przez drugą poruszone sytuacją sąsiadki.
– Mówi o jakiejś Reginie, tak? To musiała być jakaś straszna historia, bo się na nią ciągle denerwuje, powiedziała siostra i wyszła z pokoju.
– Trzeba go obudzić, niech się już tak z tą rudą małpą dłużej nie męczy, zdecydowała Klara i zrobiła się nagle jak maki czerwona, spojrzawszy na czerwonopomarańczowe włosy Filomeny.
– Ależ mi się znów coś głupiego wyrwało, najmocniej panią przepraszam, pani Filomenko, mówiła dalej.
– Nie szkodzi, nie każda ruda musi być zaraz małpą, jak i nie każda kobieta musi mieć zawsze takt – skwitowała sprawę Filomena.
Klara zmieszana chwilowym napięciem dodała: – No, niechże się pani nie gniewa, ja naprawdę jestem cięta na tę… “rudą małpę, Reginę”, powiedziały równocześnie i obie się głośno roześmiały.
Lesio, właśnie zaczął się budzić i spoglądał zdziwiony na obie sąsiadki. Nagle cicho zapytał: – Czy była tu moja ex, Regina, bo Panie coś o niej mówiły?
– Ależ nie, ona się Panu chyba śniła, bo Pan coś do niej bardzo krzyczał, odpowiedziała Filomena.
– Ach tak… Najpierw mi się śniło, że znów byłem w Stanach, graliśmy z moją grupą country na jakiejś ogromnej imprezie, śpiewała z nami kobieta, była bardzo podobna do pani Filomeny, było mega sympatycznie, pięknie, lekko i nagle weszła na scenę Regina i panią wyrzuciła, spojrzał z niepokojem na Filomenę. Zrobiła się awuntura, bo Regina zaczęła krzyczeć, że jest moją żoną, choć przecież już dawno nie jest.
– O Jezu, ale miał Pan pecha, kurczę pieczone, dwie rude, na jednej scenie?
– No chyba wrócę do moich blond włosów, powiedziała Filomena. Takie to życie skomplikowane, a przecież mogłoby wreszcie stać się  jak motyl lekkie.
Lesio popatrzył na nią ciepło i zapytał: – A jak tam Salomon, dał się już polubić?
– On tak, ale my chyba nie bardzo, powiedziała Klara. Nie podchodzi do nas, na Filomenę w ogóle nie spojrzy, idzie od razu do miski, ale je niewiele. Aaaaa, a czy on kiedykolwiek widział innego kota? Może by się z moją Salcią zaprzyjaźnił?
Lesio zamyślił się i po chwili odpowiedział: Myślę, że Pani Filomena mu Reginę przypomina, pod koniec naszego małżeństwa się jeszcze poznali, a jeśli chodzi o koty, to Salomon widział tylko sam siebie w lustrze w przedpokoju, i nawet się sobie spodobał.

– A więc Salcia będzie od zaraz jego lustrem, stwierdziła Filomena.

Spotkania z Księciem Ciemności 8

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Ale… akurat mnie nie ma. Drugi dzień.

Koty to łazęgi. Wiem o tym właściwie od zawsze. Jedna z fajniejszych bajek, jakie pamiętam z dzieciństwa, to ta Kiplinga, o kocie, który chadzał własnymi drogami. Wypisz-wymaluj: Książę. Czasem siedzi niemal bez przerwy, jak ostatnio, gdy spędził u nas dwie noce pod rząd. A potem przepada na całe godziny, albo i dnie. Tym razem to już, jakem wspomniał, dzień drugi.

Mam czas, by pomyśleć. Nie są to miłe myśli. Wredny Czarnuch! Najpierw osacza mnie czarna zazdrość. Na pewno siedzi u sąsiadów! Bo trzeba tu dodać, iż opisana niegdyś konspiracja okazała się tak skuteczna, że o kant dupy ją rozbić. Sąsiedzi poznali tajemnicę i – mam wrażenie – rywalizują o względy Sierściucha. No i na pewno tam teraz wygrzewa się i obżera, niewdzięcznik jeden. A kij mu w oko! Łaski bez, jak mawiają małolaty.

Lecz to tylko przypuszczenia. Dowodów brak. Czas mija, a mnie ogarnia czarny niepokój. Co, jeśli spotkała go jakaś krzywda? Mało wokół niebezpieczeństw? Samochody śmigają w pobliżu całymi stadami, choć to li i jedynie dzielnica podmiejska. Niemal wiejska. Może teraz gdzieś… Nie!!! Ani nawet tak nie myśl, chłopie. Wredota, samolub, pyszałek – a jak się człowiek do niego przywiązał. Niebywałe.

Za chwilę zapewne pogrążę się w czarnej rozpaczy.

I wtedy Książę wraca. Wchodzi jakby nigdy nic, gdym otwarł drzwi, wynosząc śmieci. Wchodzi, łaskawie wita się krótkim miźnięciem z moją Żoną. Chwilę kotłuje się z Kropką po podłodze i po meblach.

A potem uspokaja się i siada na krześle. Jakiś taki wyciszony, refleksyjny. Dopiero teraz widać, że jest po prostu zmęczony.

Do tego stopnia, iż za chwilę przechodzi do sąsiedniego pokoju, bezceremonialnie włazi na kosz z wypranymi ubraniami i się na nich wygodnie mości. Po czym śpi bite trzy godziny.

Myśmy go posądzali o najgorsze, a tymczasem on załatwiał swoje kocie sprawy. Czy były to obowiązki wobec przyszłych pokoleń – tego nie wiem. Ale na pewno coś ważnego. I męczącego.

Wyspał się, wstał i dumnym krokiem kieruje się ku drzwiom. Gdy mnie w nich mija wychodząc, kłaniam się dwornie w pas i uroczystym głosem deklaruję: Dziękujemy za wizytę. Zapraszamy ponownie!

Bo cóż innego można zrobić?

Chiny. Dwa dni w lutym 2020 roku

Reblogs

Jeśli myślicie, że Koronawirus, to wszystko, czym nas mogą przerazić Chiny…

1/ Artur Cieślar 
20 lutego 2020
Stracić twarz
codziennie, a raczej conocnie śledzę chińskich blogerów i vlogerów, którzy cudem pańskim omijają cenzurę komunistycznych władz i przemycają swoje relacje do sieci, do youtuba, nam, ludziom Zachodu. coraz mniej tych relacji, bo ci, którzy wykładali karty na stół i wprost mówili o manipulacjach władz dot. działań przeciwko wirusowi, ci, którzy wprost mówili: “hej, komunistyczny rządzie, ja się śmierci nie boję, a ty myślisz, że ciebie będę się bał!”, oni wszyscy zapadli się pod ziemię, znikali jeden po drugim, a ich relacje ustawały. i warto wiedzieć, warto przekazywać dalej, że mamy do czynienia z powtórką a la Czarnobyl, fałszowaniem danych, i aresztowaniami oraz mordami ludzi, którzy dla chińskich władz, ich wizerunku i podejścia, które nam jest obce – “za wszelką cenę nie można przed innymi stracić twarzy”, że komunistyczne Chiny prędzej cały świat zakażą wirusem niż przyznają się do swojej tępej polityki i odpuszczą sobie własne stołki, powołując do życia demokratyczne mechanizmy, których Chińczycy od wieków zwyczajnie nie znają – a bo cesarze, a bo Mao, a bo komuniści zaraz po nim.
przeraża mnie jako zwyczajnego konsumenta informacji o tym, co wydarza się na mojej planecie, że wszystkim rządzą pieniądze, że nawet w naszych mediach dziennikarze głównie martwią się stratami w gospodarce, spowodowanymi blokadą Chin w związku z wirusem. przeraża mnie, że jakoś nie słyszę o wielkich działaniach humanitarnych na rzecz walki z wirusem i pomocy. oni, czytaj Chińczycy, przemycają światu piękne obrazki z najnowocześniejszych szpitali, gdzie personel przypomina astronautów z NASA, gdzie wszystko lśni i jest na glanc monitorowane, zdjęcia ozdrowieńców, którzy z wdzięcznością machają lekarzom bukiecikami kwiatów i opuszczają szpital. tymczasem tam jest Armagedon. tam wszystkiego brakuje. większość Chińczyków jest zakażona i przebywa chorobę we własnych domach, całe bloki, osiedla chorują i nie ma szansy na ambulans ani miejsce w szpitalu. albo chorują na prowizrycznych łózkach polowych, gęsto porozstawianych w salach gimnastycznych szkół. cała masa przypadków zgonów jest nieopisana i nieudokumentowana. ciała zmarłych są zabierane bezpośrednio do krematoriów, a pracownicy tychże nie nadążają ze spalaniem zwłok, są przemęczeni i zdruzgotani tym, że oficjalne dane komunistów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt im nie pomaga.
to jedna z najbardziej przerażających pułapek, jakie ludzie zastawili na ludzi w XXI w. to pułapka władz państwowych na własnych obywateli, gdzie metody sowieckie są stosowane na co dzień i po dziś dzień. nota bene: wydalono właśnie wczoraj amerykańskich dziennikarzy z Wall Street Journal, bo zbyt krytycznie przedstawiali sytuację w Chinach! to “mocarstwo”, gdzie ludzi się łamie, a ci, którzy znajdują w sobie pokłady siły i odwagi i nazywają rzeczy wprost, znikają w tajemniczych okolicznościach.
i światu nie przeszkadza handlować i przyjaźnić się z chińskimi władzami, które z każdym kolejnym sprzedanym iPhonem, parą butów, koszulką, garnkiem i samochodem, obrastają w tłuszcz mocy i jeszcze szczelniej obudowują własną twierdzę. twierdzę, która jest pułapką dla ponad miliarda mieszkańców naszej planety.

2/ Andrzej Titkow
23 lutego 2020
Jestem Ujgurem

Koronawirus zwrócił oczy całego świata na Chiny. Ale ten kraj próbuje ukryć przed nami inny horror: chińskie władze wtrąciły do brutalnych „obozów reedukacyjnych” już milion Ujgurów.

Kobiety się gwałci i torturuje, dzieci przemocą odbiera rodzicom.

Trudno uwierzyć, że coś tak makabrycznego może mieć miejsce w 2020 roku przy milczącej akceptacji naszych rządów. Ale my nie będziemy milczeć! Za kilka dni w ONZ może się odbyć debata w tej sprawie. Wierzymy, że światowy apel może skłonić kilka wpływowych państw, by sprzeciwiły się chińskiej bezwzględności. Jeśli każdy, kto to czyta, podpisze naszą petycję, zbierzemy milion podpisów i dostarczymy je na forum ONZ – po jednym podpisie za każdego zatrzymanego Ujgura!

Następnie dostarczymy świadectwa samych Ujgurów do parlamentów całego świata. Będziemy naciskać na globalne koncerny, by przestały uczestniczyć w tym kulturowym ludobójstwie. Pokażmy Chinom i całemu światu, że żądamy, by Ujgurzy odzyskali wolność.

Podpisz

Do Rady Praw Człowieka ONZ, parlamentów naszych państw oraz do przedsiębiorstw prowadzących interesy w Chinach:

Brutalne internowanie i „reedukacja” co najmniej miliona niewinnych ludzi to zbrodnia przeciwko ludzkości. Żądamy reakcji. Apelujemy o potępienie tej potworności, nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne oraz o wycofanie inwestycji – po to, by nakłonić rząd Chin do respektowania fundamentalnych praw człowieka i prawa międzynarodowego. Nie możemy pozwolić na nieustanną inwigilację, reedukację, masowe internowanie, zorganizowane gwałty i tortury i na kulturowe wyniszczenie całego narodu.
Historia będzie pamiętać o Ujgurach – i o tym, co w ich sprawie zrobiliście.

Podpisz petycję

Wtorek z Markiem

Tabor Regresywny alias Marek

Żona wysłała mnie po jajka. Chciała żebym pojechał pociągiem. Słucham kobiet, a w szczególności żony, ale robię po swojemu. Tym razem to był błąd. Ale po kolei. Miałem kupić dwadzieścia dwa jajka, dwanaście do naszego pojemnika i dziesięć w standardowym opakowaniu. Wziąłem wózek o wdzięcznej nazwie „Zapilux” i o czwartej rano ruszyłem w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. Szło się rewelacyjnie. Zawsze miedzy czwartą a dziesiątą rano idzie się rewelacyjnie, bez odpoczynku, bez picia i bez jedzenia. Na miejscu byłem około ósmej. Kupiłem od znajomego jajka, wypiliśmy kawę, trochę pogadaliśmy i ruszyłem w drogę powrotną. Nie lubię wracać tą samą drogą. Do Bystrzycy Kłodzkiej szedłem przez Kłodzko, Krosnowice, Gorzanów Zabłocie, a z powrotem przez Stary Waliszów, Romanowo, Trzebieszowice. Szło się trochę gorzej zaczęły się przerwy na odpoczynek. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wprawdzie zapłaciłem za 22 jajka, ale zapomniałem 10, tych w pudełku. No trudno. Nie będę wracał. W Ołdrzychowicach nad rzeką było zejście do wody. Postój i moczenie nóg. W drodze staram się jak najczęściej myć nogi i sandały. W pewnym momencie do wody podchodzi kobieta z wiadrami. To pana wózek? Mój. Skąd pan idzie? Z Bystrzycy. A dokąd? Do Kłodzka. A wstąpi pan na kawę? A wstąpię.

Nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu.

I już siedzimy na podwórku z jej mężem i synem, pijemy kawę, zajadamy pyszne ciasto, kpimy z lokalnych polityków. Bardzo wesoła rozmowa, zapraszają, jak bym wstąpił, jak bym przechodził, jakbym był w pobliżu. Ruszam dalej, jestem coraz bardziej zmęczony, w końcu wspinam się na Przełęcz Droszkowską, gdzie u znajomych zostaję na noc. Wieczorem długa rozmowa przy winie i z pięknymi widokami na Ptasznik i góry Złote. Rano gospodarz mówi, że nie mamy już nic do jedzenia, ale ja mam przecież jajka. No i poszło siedem. Ruszam w kierunku sklepu Madagaskar w Kłodzku. To taki sposób by oszukać chochlika drogi powrotnej. Nie wracam do domu, tylko idę w kierunku jakiegoś miejsca w pobliżu domu, tam kończę wędrówkę i dopiero wtedy wracam. Chochlik drogi powrotnej to taka złośliwa bestia, która utrudnia powrót. Odyseusz miał z nim do czynienia, gdy wracał na Itakę. Jest niebywale przebiegły. Ostatnio jak jechałem do Berlina, to wykiwał mnie i okazało się, że zamiast kupić bilet powrotny na Flixbusa z Berlina do Wrocławia, kupiłem bilet z Wrocławia do Berlina. Oddałem sprawę w ręce kobiet i wszystko wyprostowały. Wróćmy jednak do naszych jajek. Kończę wyprawę u Heni w Madagaskarze, pijemy kawę, no i mogę wracać do domu, dla pewności pcham wózek tyłem. Zbliżając się do domu, muszę minąć sklep spożywczy, a tam siedzą miejscowi zwolennicy Partii Przyjaciół Piwa. A ja z tym idiotycznym wózkiem. Jak minąć ich niepostrzeżenie, żeby się nie śmiali? Podjechałem do nich i pytam: Kto postawi piwo staremu koniowi, który wraca do domu, bo mu się pieniądze skończyły? Wszyscy rzucają się, by mnie poratować. Nie jest tak źle. Jest jeszcze solidarność w narodzie. W domu tłumaczę żonie, jak to się stało, że zostało mi tylko pięć jaj. No, ciebie to tylko wysłać po jajka, mówi żona. Próbuje być zła, ale jej to nie wychodzi.


PS. Te dziesięć jaj, których zapomniałem, odzyskaliśmy. Żona dała je synowi, mówiąc: To są jaja od chłopa. To są jaja są niemyte. Jaja niemyte dłużej zachowują świeżość. Taka jest wiara chłopów.

Berlinale i inne filmy

Ewa Maria Slaska

Agnieszce Łaszczuk z podziękowaniem

W Berlinie zaczęło się Berlinale (TU program). Ludzie biegają zaaferowani pomiędzy kasami, a znajomymi, którzy może mogliby pożyczyć wejściówkę (choć to chyba ostatnio strasznie się zrobiło trudne) lub mają bilety do odstąpienia. Czasem można się  przy okazji załapać na jakieś spotkanie wieczorne z udziałem osobistości, których jednak ani nie dotkniesz, ani nawet nie obejrzysz z bliska. Bo zwykły człowiek, z wejściówką lub bez, dociera tylko do poziomu sali, gdzie na stołach ustawiono zakąski i napitki, a kelnerzy uwijają się, rozdając wino i zbierając kieliszki. VIPy natomiast (taki Jeremy Iron na przykład) przebywają w ogrodzonym wybiegu dla lwów, na podwyższeniu. Siedzą przy stołach, kelnerzy zgięci w pół, z lewą ręką na plecach, nalewają trunki z butelek owiniętych w wykrochmalone serwety. Jeśli my dostajemy pomidorki i szynkę, to na stołach, jak sądzę, królują dewolaje i świeże szparagi, a jak u nas łosoś i truskawki, to u nich zapewne kawior i polędwica z wołków Kobo. W mieście pojawiają się dokładne rozpiski, kiedy i gdzie można “upolować” jakąś sławę, ale informacje są celowo niedokładne, trzeba godzinami stać na dworze, a potem co – pstrykniesz zdjęcie ponad głowami tłumu i przez czerwony kordon, a głównym motywem będą łyse głowy, czapki z pomponem i wyciągnięte do góry ręce z komórką. Skarżył mi się ostatnio jakiś operator telewizyjny, że już w ogóle nie można filmować publiczności. Ochrona danych osobistych?, zapytałam. Nie, odpowiedział, komórki. Trzymane w górze, wiadomo, ale też te na podołku, a nad nimi pochylone głowy, bo nie ma już żadnej okazji, kiedy nie sprawdza się wiadomości. Co przypomniało mi oczywiście pewien mem, jaki obiegł internet jakiś czas temu. Nie znalazłam, ale na potrzeby tego postu odtworzyłam go. Na górnym zdjęciu Wałęsa swobodnie gawędzi z Królową (angielską oczywiście). Oboje się uśmiechają, choć nikt nie wie, jak się ze sobą porozumiewali. Na drugim, ćwierć wieku później, Królowa z kamienną twarzą siedzi wyprostowana jak kij, a z tyłu za nią, w drugim rzędzie, Morawiecki. Zasłoniłam mu napis na piersiach, bo nie znalazłam tego zdjęcia w innej wersji, tylko ze słowem na k, które tu przecież wcale a wcale nie jest potrzebne, bo Morawiecki jaki jest, każdy widzi.

Czym to się człowiek nie pociesza w trudnych czasach.
Jednak mój filmowy luty to wcale nie Berlinale, lecz filmy o wojnie. Bo obejrzałam w lutym pięć filmów o II wojnie.

Gdy Hitler ukradł różowego króliczka, film nakręcony na podstawie wspomnień Judith Kerr, córki słynnego przedwojennego dziennikarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia. Hitler dochodzi do władzy, Kerrowie uciekają, wojna wybucha, gdy kończy się film, ach nie, oczywiście na odwrót – film kończy się w momencie wybuchu wojny. Piękny, wzruszający film, pokazujący wojnę z perspektywy dziesięcioletniego wrażliwego dziecka. Podobną perspektywę przyjmuje Jo Jo rabbit, amerykański film satyryczny w reżyserii Nowozelandczyka, Taika Waititi. Tu też głównym bohaterem jest dziesięcioletnie dziecko – chłopiec, który się zaprzyjaźnia z wyimaginowanym Hitlerem.

Mam dziesięcioletniego wnuka i Bogu dziękuję, że on i jego rówieśnicy, że pokolenie ich rodziców, ba, że my, pokolenie dziadków, nie musieliśmy przeżywać tego, co te dzieci. Strach, głód, bieda, poniewierka.  Ile szczęścia nam przypadło! Przecież wystarczyło się urodzić o kilka lat wcześniej, albo i teraz, ale tysiąc kilometrów dalej, na wschód, na południe. Cztery tysiące kilometrów na południe od nas dzieci w Aleppo zmarzają w obozach dla uchodźców. To się dzieje na naszych oczach. Gdy wojna, tamta wojna wybuchła, nasi rodzice byli w tym właśnie wieku, mieli pięć, dziesięć, dwanaście lat. I świat też na to patrzył, jak ginęli w bombardowanych miastach, łapankach, kacetach, gułagach i wagonach bydlęcych.

I wreszcie ostatnio przez trzy dni pod rząd oglądałam słynny niemiecki serial telewizyjny sprzed kilku lat – Nasze matki, nasi ojcowie. Tak się złożyło, że dopiero teraz, miałam okazję go obejrzeć. Ten film został potwornie skrytykowany przez polską prawicę spod znaku PiS, za fałszywe przedstawienie Polaków. Obejrzałam i nie dopatrzyłam się niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Oskarżono ludzi z AK, że byli antysemitami. A nie byli? Nie wszyscy oczywiście, ale przecież byli. Oskarżono ich o to, że byli brutalni. A nie byli? To była wojna.

To dobry film, a nasz problem z nim leży zupełnie gdzieś indziej, ale o tym za chwilę.

Pięć filmów pokazujących filmę oczami Niemców, bo nawet jeśli Żydów, to Niemców. Uderza prywatność tej wojny. W tle dzieją się wielkie zdarzenia, pojawiają się informacje radiowe. Niemcy rozpętują wojnę, lub ją przegrywają, w Afryce, na Sycylii, w Rosji, w Berlinie. Amerykanie lądują w Normandii, w Naszych matkach… bracia Winter walczą w Rosji i pod Kurskiem biorą udział w największej bitwie pancernej w historii, bitwie, którą wygrała Armia Czerwona, co przesądziło o losach wojny i świata. Ale mimo to wojna pokazywana w latach 2010/2020 jest przede wszystkim sprawą prywatną. Już same tytuły formułują tę perspektywę: Różowy króliczek, Jojo króliczek, nasze matki, dzieci i ich rodzice. Tak chyba jest, że po 80 latach od wybuchu wojny, nie chcemy już chyba oglądać bitew, tylko życie.

To wszystko są filmy o Niemcach w czasie wojny. JoJo Rabbit to satyra, nie można się pośmiać, bo tragiczna, ale nie trzeba jej brać poważnie. Poza tym hitlerowcy mówią po angielsku, czyli z góry wiadomo, że to wszystko nieprawda.
Różowy króliczek z kolei jest filmem dla Polaków łatwym do samoidentyfikacji, bo pokazuje świat z perspektywy ofiary. A tylko tak chcemy widzieć wojnę – jako ofiary lub bohaterowie. I tylko takie chcemy znać perspektywy opowiadania o wojnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do prywatnej perspektywy niemieckiej, jak to się dzieje w Naszych matkach… Tu właśnie czai się niebezpieczeństwo, z jakim polski widz sobie nie radzi, i może to właśnie ono tak naprawdę wywołało ataki ze strony prawicy. Pięcioro bohaterów filmu to młodzi ludzie, nasze córki, nasi synowie. Nie mamy wyjścia, utożsamiamy się z nimi. W pierwszym odcinku nie jest to trudne, bo są młodzi, ładni i niewinni. Ale utożsamiamy się z nimi również potem, wtedy, gdy przestali już być naiwni i niewinni, bo wojna ich wszystkich zmieniła, bo już dopuścili się zdrad, już się zaprzedali, już stali się okrutni. Gdy bracia Winter z oddziałem atakują sowiecką stację nadawczą, perspektywa filmowa jest “nasza”, “nasz” oddział atakuje Złego, który czai się na poddaszu. Wszystkie filmy naszego dzieciństwa tak były kręcone i z takiej perspektywy poznawaliśmy zło. Takie były w owym czasie wszystkie westerny. Dobrzy atakują Złego, ten się broni, ale Dobrzy zawsze w końcu wygrywają. Rio Bravo z Johnem Waynem i Ricky Nelsonem. Gdy oglądam scenę napadu niemieckiego na stację sowiecką, oglądam Rio Bravo, moja podświadomość chce więc, żeby im się udało. Chcę, żeby udało się Niemcom! Jest tak, bo tak się przyzwyczaiłam i jest tak, bo przywiązałam się do młodszego Wintera jeszcze wtedy, gdy nie chciał tej wojny i nie umiem usunąć tej sympatii, gdy stał się już okrutnym wykonawcą zadań wojennych. I to jest, moim zdaniem, największa groza tego filmu. Udało mu się. Tak, udało mu się. Ja, Polka, oglądając ten film utożsamiam się z wrogiem! Przyjmuję jego rolę. Widzę w Niemcu człowieka, a nie zbrodniarza.
No cóż, za moich czasów mówiło się, że film “zmusza do myślenia”. Nasze matki, nasi ojcowie zmuszają nas do pójścia znacznie dalej, do zejścia do piwnic naszego polskiego ja, do głębokiego przeanalizowania tego, co się tam kryje. Bo zawsze dotąd myślałam, że moje reakcje na takie filmy wynikały z “naszyzmu”, nasi walczyli, nasi cierpieli, nasi wygrywali. A dopiero teraz widzę, że może to wszystko, cały ten “naszyzm”, to bzdura, bo to co się liczy, to… miłość. Bo nie umiem zobaczyć w tych młodych Niemcach zbrodniarzy, nawet wtedy, gdy widzę, jak popełniają zbrodnię, a widzę w nich tylko nasze dzieci. Nasze córki, naszych synów…

I nic na to nie mogę poradzić.

Sąsiedzi 9

Teresa Rudolf

Salomon

Klara i Filomena otwierały w milczeniu drzwi do mieszkania Lesia na trzecim piętrze. Nie rozmawiały jednak o tym, czego się spodziewają. Klara była ciekawa, jak daje sobie radę samotny mężczyzna i jaki jest też ten Salomon, uśmiechający się z pudła Whiskasu, będący równocześnie kopią Salci.
Filomena była również  bardzo ciekawa mieszkania Lesia, ale myślami bardziej była przy nim w szpitalu.
– Co on z tą jakąś Reginą musiał przeżyć, że aż się tak wystraszył możliwości jej odwiedzin, toż to musiała być jakaś straszna zołza, pomyślała.
Poczuła nagle nastrój dawnych, dramatycznych rozstań… odchodzeń, przychodzeń,
a też i rozdrażnienie, niewytłumaczalny niepokój, smutek sączący się nie wiadomo skąd.
Kobiety weszły do środka
Klara szybko otworzyła okna, komentując:
– Biedna kicia, nie ma kto kuwety wyczyścić, piasku nasypać, no więc jak tu ma nie śmierdzieć?
Ale gdzie on teraz jest? Gdzie się schował? Najpierw damy mu coś do jedzenia. Kupiłam Shebę z łososiem…
Może ze względu na sam zapach już z kąta wyjdzie?
W dużym pokoju w kącie stały trzy  puste miski, jedna na wodę, jedna na jedzenie miękkie i wilgotne, jedna na pokarm suchy.
Klara napełniła wszystkie trzy miseczki. Usiadły z Filomeną na kolorowej kanapie, kolory były nienachalne, stonowane. Usiadły i czekały na kota.
Była godzina 18.00, o tej porze dostawał kolejny posiłek.
Czyli nie było żadnego uchybienia ze strony pań, poza jednym zasadniczym: nie były Lesiem.
– Miau, miau, kici, kici, wołały jedna przez drugą…
Ale kota, jak nie było, tak nie było.
– Ale gdzie on może być?, niecierpliwiły się Klara i Filomena…
– Wyczyszczę kuwetę, powiedziała Klara i zabrała się natychmiast do pracy, rutyna rzuciła się natychmiast w oczy.
Filomena natomiast zaczęła rozglądać się po mieszkaniu. W pokoju znajdowały się nowoczesne, jasne meble z Ikei, stół, krzesła, proste, lekkie, na stole jasnosłoneczna serweta lniana, komponująca się świetnie z jednym z kolorów szmaragdowo-łososiowo-żółtej kanapy. Na stole stały tulipany, również łososiowego koloru, jeszcze w zupełnie dobrym stanie.
Ogólnie rzecz biorąc, pokój był, zdaniem Filomeny, skromnie, ale gustownie urządzony.
Nie było nigdzie popielniczki, czym jako palaczka, kończąca z nałogiem od lat, akurat nie była za bardzo zachwycona.
– Cholera, co to za facet, powiedziała głośno do Klary, która właśnie wróciła z pół przymkniętego balkonu, gdyż także i tam szukała Salomona.
Ale kota nie było. Spróbowała sobie wyobrazić, co zrobiłaby Salcia, gdyby ktoś obcy dziś do nich przyszedł.
– Wiem, krzyknęła odkrywczo, kanapa od tyłu!
Kobiety odsunęły kolorową, wygodną, jak stwierdziły zgodnie kanapę i zobaczyły dziurę w płótnie tylnej  ściany.
– Coś takiego, naprawdę jak Salcia, czyli, że wszedł do szuflady na pościel…, miejmy nadzieję, że Lesio nie trzyma jej tutaj…
Klara wyciągnęła szufladę z przodu, Filomena pilnowała dziury z tylu..
– Przecież musi coś jeść, pić, do kuwety iść, biedne, przerażone stworzenie, jak mu powiedzieć, żeby się nie bał, bo Lesio wyjdzie z tego???, mówiła Klara.
Filomena również bezradnie stała za kanapą.
Zgodnie z przepowiednią Klary, w pustej  szufladzie na pościel, siedział zwinięty w kłębek, ale nastawiony bojowo, więc prychający, kompletnie zdezorientowany Salomon.
– Salomon, chodź kotku do nas, musisz coś przeciez zjeść, twój Lesio niedługo przyjdzie, a teraz ciocie się tobą zajmą, obłaskawiała kota Filomena.
Kot nawet na nią nie spojrzał, co ją nieco zmroziło i pohamowało w zalotach.
Nie znała kotów, rodzice mieli ostatnio psa, Kajtka, który ciagle bez powodu szczekał i był dlatego kością niezgody między nimi i pania Klarą.
– Ależ to było wszystko bez sensu, tak dawno, naprawdę wszyscy zwariowali wtedy i to tyle lat, pomyślała i spojrzała uważnie na Klarę.
Tymczasem  Salomon wziął rozpęd i wyskoczył łukiem z szuflady, prawie pod nosem Klary.
Najpierw pobiegł do kuwety, gdzie po ważnych czynnościach, zaczął wszystko zagrzebywać, a wyglądało to tajemniczo, trwało długo i jeszcze powtórzyło się parę razy.
– Co on tak tam zagrzebuje, spytała Klara, Salcia wszystko załatwia szybciutko, grzebie krótko i gotowa, cała w skowronkach, wraca do pokoju.
Salomon jeszcze ciągle coś zagrzebywał, wyglądało na to, że ten rytuał nie ma końca.
Wreszcie z podniesionym ogonem i zmierzwionym futerkiem, jakoś tak bokiem, podszedł do swoich misek. Napil się wody, zjadł parę suchych keksów, ale mokrą karmę z uporem maniaka starał się zagrzebać prawie pod parkiet!
– Oj kiepściutko, kiepściutko, prawie równocześnie powiedziały samozwańcze ciotki Salomona.