Powrót barda

Piękna dziś data, prawda? 02.02.2020
Zobaczcie TU
Ponadto jest to 33 dzień roku i do końca roku pozostały 333 dni

Kiedyś pisał tu co miesiąc, potem stał się bardem opozycji i zniknął, teraz wraca. Za pierwszy z opublikowanych poniżej wierszy dostał wczoraj, po raz kolejny zresztą, jak to sam określił, “bana na Facebooku”. Poczułam, że nie mam wyjścia, muszę poprzestawiać zaplanowane wpisy i natychmiast zamieścić te wiersze.

Roman Brodowski

Taka sobie polityczna rymowanka

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Może ktoś mi zrozumieć pomoże
Jak to jest że nad naszą Ojczyzną
Kaczor krąży nie polski zaś orzeł.

W Sejmie PiSu czcigodni posłowie
Uczą nowych zasad konwersacji
Język płynąć ma prosto z rynsztoka
Mowa kłamstwa pomówień dewiacji

W rządzie także są sami kaczyści
Klub wzajemnej siebie adoracji
Rządzą w imię swej części narodu
Uwalniając ich z pęt demokracji.

Obiecują więc dają… na krechę
Pięćset plus dotacje socjalne…
Choć z pustego Salomon nie nalał
Oni leją – cud Tadka? – normalne?

Poza Sejmem też nowe zwyczaje
Faszyzm śmiało kroczy do wielkości
Krzyże w dłoniach różańce na szyjach
Wartko płyną słowa kat kaczo – miłości.

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Bo zrozumieć nie potrafię tego
Skąd się biorą jednostki społeczne
Które mówią być z PiSem? – nic złego

Berlin 24.01.2019

A teraz kolejne wiersze już z tego roku, ale też jeszcze z ubiegłego.

To tylko sen

Przebudziłem się ciszą
Niby w domu a bezdomny
Odziany w wolność słowa
Krzywego zwierciadła prawd

Ruszyłem w ponad światy
Do ziemi bogatej w jutro
Do nowych lepszych idei
Do wspólnoty bez wad

W gniazdach bogobojnych
Plaga fałszywej miłości
Rozpoczęła kolejny już akt
Ojczyźnianej tragedii jutra

Przebudziłem się płaczem
Przodków czasem pokorny,
Głosem przestrogi wnętrza.
Pamięcią proszącą o trwanie

Berlin 07.01. 2020

Hobbysta

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Prawie za bezcen
Jak zużyty stary łach

Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
A jednak to smutne
Powiedziałem ciszy
Podnosząc nabytek

Jak szalony zbieram
Sentyment wartości
Człowieczego “wczoraj”
Na pokarm filozofii

W mojej kolekcji
Jest wiele homo nihil
Pordzewiała prawda
Namiastka empatii

Jest zużyta tolerancja
I starcza życzliwość
Do oddania młodym
Jako relikt przemijania

Lecz nikt nie chce
Dziwny świat z lamusa
Stał się niemodny
Dla karłowatej pustyni

Dziś niepotrzebne
Zwierciadło bożych łask
Dobro tonie w rynsztoku
A przed nami?…. “lepszy” czas.

Berlin 09 .11. 2019

Na zawsze Ona

Odnalazłem poszarzały
Obleczony w przeszłość
List zapisany strofami
Młodzieńczego patosu

Kilka prostych rymów
W Intymności serca
Romantycznej duszy
Na przedsionku trwania

Odnalazłem czas miłości
Odziany w tęsknotę
Jęczącą pokorą wnętrza
I to pytanie – Dlaczego?

Tylko Jej uśmiech wędruje
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
A zegar wybija kolejny rok.

Berlin 22. 06. 2019

A w nowym roku inaczej

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i była “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiSu dyktator ulica

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność jedność demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu populizm dewiacja

Żal mi naszej polskiej tożsamości
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiSu władza
Dumnie kroczy nacjonalizm faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają: gorycz i oczu łzawienie

Berlin, Grudzień 2019

Moja Żoneczka

Moja Żoneczka jak przed laty,
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy…. tylko dla iej
Ona jest moim dobrym duszkiem

Światełkiem w mroku mego życia
Lekarstwem na jesienny smutek
Płomieniem w czasie niepogody
I zbiorem najpiękniejszych nutek

Jest taka sama jak przed laty
Gdy ją ujrzałem tam… na kresach
Wierny Towarzysz na czas słoty
Który pociesza i rozgrzesza

Berlin 13. 04. 2019

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
Purpura sprzedaje
Zmienia się wiara
Zmienia przeszłość
Płyną złowieszcze
Chmury nad krajem

Na horyzoncie
Armia zbawienia
Czeka na wiernych
Miecza i krzyża
Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Lecz nikt nie wierzy
Że mrok się zbliża

Kroczy przed siebie
„Pierwiastek“ ludu
Z hasłem na ustach
„Bóg, honor, Ojczyzna“
A dla mnie słowa
Dumne, szlachetne
W tym towarzystwie
Brzmią jak „obczyzna“

Nie ma tam Boga
Gdzie nienawiść kwitnie
I nie ma honoru
Gdzie kłamstwo zwycięża
A Ojczyzna umiera
Gdy język wspólnoty
Miast mową przyjaźni
Jest językiem węża

Berlin, wrzesień 2019

Sąsiedzi 6

Teresa Rudolf

Filomena i ten uśmiech…

Filomena weszła do swego mieszkania, kompletnie zdezorientowana po przypadkowej,  niespodziewanej wizycie u Pani Klary.
– U licha, przeciez nie cierpiałam tej kobiety od lat, nigdy nie rozmawiałyśmy wcześniej, a tu teraz jest tak, jakbyśmy się od lat znały – myślała – mało tego, mamy nawet coś ze sobą wspólnego, chociaż to kompletnie inna generacja.
Mąż Klary też czasem mówił do niej “Mona-Lizo”, jak i ten mój Franz do mnie.
Ale u niej to tak jakoś wszystko było romantyczno-dramatycznie, kochali się, a ona po jego śmierci do dziś jest tylko z nim, na każdym kroku. Prawie ogladam się, będąc u niej, czy aby on nie wyjdzie gdzieś do nas z balkonu, lub z kuchni.

Tak rozmyślając, Filomena siadła przy maleńkim stoliku, w małym pokoju. Zapaliła papierosa, który miał być znów ostatnim, tak jak to się działo od dwóch lat. Założyła nogę na nogę, włączyła radio i słuchając jakiejś sentymentalnej muzyki zatonęła, w gorzkich  wspomnieniach.
Franz (tak kazał na siebie mówić, po powrocie z Niemiec, po pięciu latach pobytu) na ogół kojarzył się jej teraz, dziesięć lat od rozstania, jak najgorzej.
Poznała go w podróży, stojąc na korytarzu pociągu linii Warszawa-Wrocław. Było tak  tłoczno, że nawet konduktor zrezygnował z przebijania się przez ten tłum.
Nadepnęła mu na nogę, zaklął siarczyście,  po polsku i po niemiecku, ale później jednak  przeprosił:
– Ach, zabolało, ale nie powinienem być tak ordynarny, bardzo Panią przepraszam, wie Pani, ból na ogół nie jest salonowy, jest albo bardzo wulgarnym, albo tchórzliwym fenomenem, czyli albo klnie, albo się modli. Jeszcze raz przepraszam, mogę to Pani jakoś wynagrodzić, może kawa, po wyjściu z tego, tutaj piekła?
Nagle pociąg  znów tak ostro przyhamował, że Franz zachwiał się z całej siły i teraz to on nadepnął na stopę Filomeny, a ona zaklęła jak robotnik na budowie, głęboko przekonany, że nikt go nie słyszy.
I dodała – Na razie klnę, bo tak to boli i tak zostanie, a modły zostawię Panu, bo chyba  zaraz oddam…
W tym momencie zaczęli się oboje tak  śmiać, że zarazili innych pasażerów, przylepionych do nich ciasno w tłoku…

Franz był wtedy bardzo czarującym brunetem, jak i ona w wieku około 40 lat.
Na poczekaniu miał slogany, dowcipy, cytaty, no i nie odrywał od niej wzroku, kiedy znaleźli się już na tej zapowiedzianej kawie.
Restauracja średniej jakości, niedaleko dworca, nagle stała się dla niej najpiekniejszą, najromantyczniejszą, jaką w tym mieście znała.
Ciągle mówił: – Pani będzie moją Moną-Lizą, ten uśmiech… Znów sobie przypomniała,  co opowiadała dziś Pani Klara i pomyślała, czy ci faceci naprawdę muszą wszyscy być tacy sami, tacy banalni???…
Ale z drugiej strony, nigdy wcześniej nikt do mnie tak nie mówił, i poza Panią Klarą nie znam też i innej kobiety, którą by podobnie nazywano, dziwne bardzo…

Znów w myślach wyłonił się nagle, w całej okazałości, Franz…
Nie mogla opanować złości na samą siebie, za to, że kiedyś tak była nim zaślepiona.
Dla niego prawie natychmiast rzuciła pracę w banku wrocławskim, gdzie byla szanowaną, elegancką, kompetentną pracownicą, zajmującą się udzielaniem kredytów. Pracę swą lubiła i ceniła.
Franz po powrocie z Niemiec zamieszkał na stałe w Krakowie. Tam też ustabilizował się zawodowo. Był dyrektorem administracyjnym jednego z większych przedsiębiorstw naftowych.
Posiadał ogromne mieszkanie w centrum miasta, pięć minut od Rynku. Był singlem z odzysku, po  intensywnym “koszmarnym małżeństwie” z niejaką Krystyną.
No i los rzucił go pod nogi Filomeny.
Stwierdzili oboje, że takiego zbiegu okoliczności nie wolno ignorować, trzeba było brać natychmiast “byka za rogi”.
Więc najlepiej, gdyby bykiem zajęła się Filomena, rzucając wszystko we Wrocławiu, a on zajmie sie rogami, aby, rymując, przygotowć im grunt pod nogami.
Przypominała teraz sobie, jak zaczał wprowadzać ją w swoje, jak później stwierdziła, szemrane towarzystwo.
Wszędzie przedstawiał ją: Filomena, moja Mona Liza!
– No proszę, pomyślała ironicznie, spotkałam dziś drugą Monę Lizę i to w tym samym bloku, starszą ode mnie o ponad 25 lat!!!
Ale za czasów, gdy Klara była młoda, Mona Liza miała się dużo lepiej, była muzą, boginią, a nie jak ona sama później – zdzirą.
Zapłakała gorzko nad sobą, swą naiwnościa, i nad swą samotnością, teraz już nie do zniesienia.
No i co zrobił z moim życiem ten bandyta?
Mona Liza, psiakrew…

Spotkania z Księciem Ciemności 4

Ksawery Kopański

Ktoś zauważy: to nepotyzm. Odpowiadam: oczywiście. Inny zarzuci: kolesiostwo! Replikuję: jak najbardziej. Świadome. Z premedytacją.

Dzisiejsza opowieść skupi się na mojej ukochanej Suni. Ją dzisiaj docenię, Ją będę bezwstydnie publicznie promował i Jej przymioty pod niebiosa wynosił. Nie może być inaczej, bo bez Niej nie zaczęłaby się cała historia z Księciem Ciemności w roli głównej. Zaś bez Jej uroku nie byłaby ta klechda taką, jaka jest.

Bez samotności Kropki nie istniałaby bowiem potrzeba przyniesienia do domu na próbę małej, czarnej, futrzanej kuleczki: a nuż się polubią, zaprzyjaźnią? Zresztą i sama Kropka trafiła do nas krótko po swym urodzeniu, sześć i pół roku temu, jako osłoda i podpora starości Łatki. Łatka nie miała własnych dzieci, więc Kropkę potraktowała jak córkę. Przyjęła i wychowała. Były nierozłączne. A że istniało między nimi pewne podobieństwo, zwłaszcza dotyczące umaszczenia (przy tym Łatka była nieco większa) naprawdę wyglądały jak mama z córeczką. Cztery lata to trwało, aż Łatka – do dziś gardło i serce się ściskają, gdy sobie przypominam – krótko przed siedemnastymi urodzinami pobiegła niechętnie, wciąż oglądając się za nami, po tęczowym moście…

I tak Kropka została sama na długie dwa lata. Oczywiście: byliśmy Żona i ja, ale to przecież nie to samo.

Gdy więc koło domu zaczął się kręcić Czarnuszek, wpadłem na pomysł powtórzenia sprawdzonych rozwiązań. Do pewnego stopnia przynajmniej: jak wspominałem, nie było możliwości wzięcia Sierściuszka na stałe. Ale „na przychodne”? Czemu nie. I, jak również już pisałem, udało się. Przyjaźń kwitnie.

Właśnie… Czy słowo „przyjaźń” to dobre określenie na związek łączący Kropkę i Księcia? Jest w nim bliskość, jest czułość. Ale da się też zauważyć coś innego: Kropka okazuje wobec kotka dużą opiekuńczość. Zwłaszcza, jak zauważyłem dwa tygodnie temu, przy korytku. Pozwala mu się najeść, dba wręcz, by mógł to zrobić spokojnie.

Z jednej strony jest serdeczna, z drugiej jednak uczy nieraz moresu czarnego ancymonka i łobuza! Gdy skurkowaniec na przykład nadmiernie intensywnie tuli się do mojej Żony (a ukochanej Pani Kropki), albo gdy w zabawie staje się zbyt rozbrykany i niedelikatny, Kropka pokazuje ząbki i warczeniem przywołuje go do porządku. A on co prawda rezygnuje, odskakuje na kilkanaście centymetrów, uspokaja się. Ale żeby się szczególnie przejął, tym bardziej obraził? Skądże!

Gdybym chciał precyzyjnie określić charakter łączącej ich relacji, musiałbym chyba uznać, że to przyjaźń, ale szczególnego rodzaju, z domieszką czegoś więcej: Kropka do pewnego stopnia zachowuje się wobec Księcia jak mamusia. Lub raczej starsza siostra: kochająca, ale i wymagająca. I tak jest dobrze!

Wspomniałem, że Książę lubi się tulić do mojej Żony i z nią się miziać. A ze mną? Ze mną nie. Mnie traktuje, co ponoć dla kotów typowe, jako narzędzie do otwierania puszek i wykładania jedzonka do miseczki. Przyjąłem te warunki, kontentując się możliwością obserwowania kwitnącej kocio-psiej przyjaźni, jak i po prostu piękna czarnego futra oraz zielonych oczu.

Przyszło mi to tym łatwiej, że mam wsparcie w Kropce. Bo ona, jak to dla psów typowe, kocha głęboko, bezwarunkowo i czule. Zaś swe uczucia dzieli sprawiedliwie między Żoną a mną… i jeszcze dla kotka wystarcza.

Nie będę nawet próbował sportretować naszej wzajemnej miłości. Brak mi warsztatu, nie staje polotu. Uchwycić zachowania i wybryki kocurka to insza inszość – nie jest zbyt trudne. Ale opisać psie uczucia? To potrafiłby tylko mistrz. Mnie by wyszedł nieznośny banał. Powiem tylko, że jeśli chcecie coś z tego zrozumieć, szukajcie w oczach Kropki: tam wszystko jest. Tylko trzeba umieć patrzeć.

Zacząłem kilka tygodni temu swą opowieść deklaracją, iż jestem zaprzysięgłym psiarzem. Podtrzymuję.

KIG 115 (Reblog)

Ela Kargol

Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V. 

In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie

Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.

Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.

Das ganze Gedicht ist unter diesem Link zu hören und zu sehen:
https://www.youtube.com/watch?v=3hlExHOrr_g…

Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.

Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…

Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.

Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.

***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.

Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.

Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.

Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.

W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.

Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU

KIG

Już rok temu, w rocznicę urodzin KIGa, autor przysłał mi wiersz. W tym roku wiersz (w nowej wersji) powrócił, a z nim opis urodzin w leśniczówce

Mieczysław Węglewicz

Urodziny poety

Jakie tajemne znaki
zwiastowały Polakom
dzielnym
że się narodzi Konstanty
poeta niebagatelny?
jak poznał lud i socjeta
że przyszedł na świat
poeta?
Nie anonse o niemowlętach
nie literackie gazety
nie blask
gwiazd
nie komety
to Wisła miała kolor zielony
pawie w królewskich
Łazienkach
rozkładały zielone ogony
to zorza była zielona
i atrament zielony podrożał
PS
Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się w W-wie 23 01 1905 roku

Program imprezy urodzinowej
1. uwielbiać KIGa i czcić
2. opiewać gęś zieloną
3. śpiewać pieśni i wino pić
4. delektować się gęsią pieczoną

Leśniczówka z czerwonej cegły, porośnięta dzikim winem robiła wrażenie tajemniczej świątyni. Wejścia przed furtką strzegła drewniana gęś. Za furtką, druga gęś, zielona z brązu, na wysokim postumencie, witała przybyłych, szeroko rozpościerając skrzydlate ramiona. Pokornie weszliśmy na podwórze, z szacunkiem dla odchodzącego dnia. Wokół była cisza, chłód i szarość bezśnieżnej zimy. Zapadał zmierzch.
Na ławce przed drewnianym gankiem zjawił się po cichu jak leśny duch wielki, kudłaty kocur main coon.
Próbowaliśmy łasić się do niego, ale pozostawał obojetny na pieszczoty.
Uchyliły się drzwi i na ganek wyszedł wyrośniety czterdziestolatek w zimowej kurtce. Zaprosił przybyłych do leśniczówki. Na parterze w otwartym kantorku z biletami, książkami i pamiątkami, wsród kilku osób jest także pani Grażynka, zawsze uprzejma i pomocna. Droga wiodła po drewnianych schodach, które słyszą i czują każdy krok. Czasem nawet coś mówią skrzypiącym głosem.

Weszliśmy jako pierwsi do dużej izby na poddaszu z kaplicznymi rzędami krzeseł.

Przed pierwszym rzędem jak na ołtarzu stały dwie figury zielonych gęsi – duża i mała. Gęś i gąska. Mama i dziecko.

Z każdą minutą więcej i głośniej skrzypiały schody. Przybywało gości. Krzesła zostały zajęte. Niektórzy stali przy schodach. Wreszcie schody zamilkły. Natężała się cisza, niekiedy zakłócana powściągliwymi chrząknięciami.
I kiedy już wszyscy jakoś dojrzeliśmy do słuchania, poeta i dyrektor Wojciech Kass, podzielił się swoja dumą i pochwałami, że heroicznie przybywamy od sześciu lat na urodziny KIGa w Praniu.

Czysta przyjemność po naszej stronie, panie Wojciechu!

Gość honorowy 115 urodzin KIGa, pan prof. Piotr Mitzner (zdjęcie po prawej stronie), snuł ciekawą opowieść o życiu i twórczości ś.p. Jubilata, a my po cichu na huśtawce marzycieli sięgaliśmy w wyobraźni po tort urodzinowy, po herbatę i grzane wino, podane wkrótce podczas wspólnego ogniska.

Na koniec nad ognisko zleciałały się kiełbasy, które co raz to unosiły się dostojnie nad ogniem, to opadały bliżej żaru. Widowisko to obserwowali zgromadzeni wokól ogniska ludzie. Niektórzy wyglądali tak jakby kierowali ruchem kiełbas wzrokiem, u innych zaś widać było czarodziejskie różdżki.
Nocne powietrze, wilgotne i chłodne, nasycone było żywicznym kadzidłem.
Trwały czary…


Nasza autorka, Ela Kargol, pojechała na urodziny poety do Szczecina – zob. TU

Barataria jako ogólna teoria wszystkiego (lub coś w tym rodzaju)

Uczony baratarysta, fizyk, filozof, taboryta i pacyfista, który podjął postanowienie napisania doktoratu z Baratarystyki. Pierwszym krokiem będzie powołanie do życia festiwalu, katedry i księgi…

Marek Włodarczak (vel Tabor Regresywny) 

Festiwal

Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof, nie mówiąc już o tych zakopanych na Wdzydzach. Co do hamulców, to im lepsze hamulce, tym więcej gazu można dodawać. Mam w domu taki hamulec i chętnie go zabiorę na festiwal.

Autor wyjeżdża do Berlina na zebranie założycielskie Nieistniejącego Festiwalu Literatury, który przeto zaistniał

Katedra

Moje spotkanie z prof. Feliksem Przybylakiem zapoczątkowała myśl, którą będę wielokrotnie powtarzał – nic nie zdarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Spotkanie zaowocowało propozycją studiów doktoranckich na wydziale filologii germańskiej w zakładzie poetyki i przekładu. Mając za sobą wszystkie egzaminy, otwarty przewód doktorski i spory zbiór tekstów, odmówiłem formy pisemnej doktoratu, proponując formę ustną.
Profesor stwierdził, że nie ma nic przeciwko temu, ale uniwersytet tego nie przetrzyma. Często gdy przynosiłem mu jakiś tekst, powtarzał. Genialne, ale w tym instytucie nikt tego nie zrozumie. Nie brał pod uwagę szatni i Pani szatniarki. Zbiór tekstów, który opatrzyłem wspólnym tytułem „Na płonącej granicy poetyki i nauki” należy do Baratarystyki, dziedziny, której nie ma w wykazie kierunków i dyscyplin naukowych. Konstytucja dla nauki nie zostawia tu żadnej furtki. Ściśle wyznacza, co jest nauką, a co nie jest. To oznacza koniec Uniwersytetu jako otwartej wszechnicy. Właściwie robi z niego Wyższą Szkołę Zawodową. Jedyna nadzieja w szatni, tu nie ma żadnych ograniczeń, nie obowiązują żadne wykazy, co najwyżej regulamin szatni. Jeśli miałbym bronić doktoratu z Baratarii, to tylko w szatni. Szatnia jako ostatni bastion uniwersytetu.

NA PŁONĄCEJ GRANICY POETYKI I NAUKI, czyli Księga Wstecz

Promotor: prof. Feliks Przybylak
Akuszerka: Ewa Maria Slaska

Motto: Nic nie wydarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Feliks Przybylak

Spis treści

1. Barataria, czyli Chatka Puchatka
2. Klątwa, czyli o sposobie egzekwowania prawa w Baratarii
3. Tokarczuk, czyli mandat
4. Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, czyli ciąg dalszy
5. Każdy kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem, czyli o walce dobra ze złem
6. Barataria, czyli odjazd na Wyspy Szczęśliwe (próba)
7. Barataria, czyli Wyspy Szczęśliwe (wiersze)
8. Niebiańska Jerozolima, czyli kubatura kuli
9. Barataria 66 (reblog), czyli Historia świata wg EKSK

Sąsiedzi 5

Teresa Rudolf

Ach, te maki…

Dziś rano wstał Pan Lesio jakiś taki nieswój. Popatrzył przy śnadaniu na Salomona, pochłaniającego jedzonko z  puszki Sheba, i swierdził, że właściwie nie wie, skąd dziś u niego ten wisielczy humor.
– A i Salomon jakiś też ponury???, pomyślał.
Musiał się jeszcze szybko ogolić, ubrać, “zapachnieć”,  no i podążyć do pracy.
Od wielu lat robił coś, o czym nikt ze znajomych nie wiedział, na pytania odpowiadał, że  ma pracę nudną jak przysłowiowe flaki i z szybkością światła przechodził na inny temat.
– No, kochany, zostań, pilnuj domku – jak codziennie powiedział, patrząc w szeroko otwarte, szmaragdowe  oczy Salomona.
– Pamiętaj, nie otwieraj nikomu, Lesio przyjdzie niedługo.
I wyszedł, zamykając za soba drzwi na klucz. Usłyszał jeszcze krótkie miauknięcie kota.
Zapachniało znów Lesiem na klatce schodowej, ale dziś Lesio nie próbował nawet gwizdać przy schodzeniu w dół.
W drzwiach wyjściowych z  budynku natknął sie na Panią Klarę z ogromnym pudłem Whiskasa, z ktorego uśmiechał się Salomon.
– Dzień dobry pani, pogadałbym chętnie, ale jestem już spóźniony do pracy, wykrzyknął  Lesio i wybiegł na ulicę.
Pani Klara nie zdążyla się nawet zastanowić, jak zareagować, po jego ostatniej uwadze o niej i Filomenie…
Przyjechała na drugie piętro windą, weszła do mieszkania, gdzie przywitała się wylewnie z przeszczęśliwą kotką Salcią.

Jakoś tak naszły ją różne wspomnienia. Chyba te perfumy Lesia na mnie tak działają, pomyślała.
Kiedy tak siedziała z Salcią na kolanach, zrobiło się jej błogo od mruczenia Salci i iskrzenia ognia w kominku.
Odpłynęła w głęboki sen, o tym “życiu za życia”, jak często myślała o młodości.

Śniło jej się, że znów miała na sobie tę “ukochaną suknię Jerzego”, białą w cudowne maki.
Kiedy ją zobaczył, wsiadającą do pociągu linii Wrocław-Warszawa, szedł za nią aż do przedziału, gdzie, jak się okazało, siedzieli tylko we dwójkę.
– Jak pan myśli, czy to normalne, że nikogo nie ma w tym w przedziale, zazwyczaj ludzie stoją nawet na korytarzu.
– Ma pani rację, coś niezwykłego – patrzył tak nią w tej sukience, jak gdyby zrywał z niej mak po maku, aż nie zostało żadnego już, tylko bezwstydnie naga, biała  sukienka.
– Jakoś pan tak dziwnie, onieśmielająco na mnie patrzy, proszę przestać, bardzo dziwnie się czuję – powiedziała cichutko.
– Ściągałem wzrokiem maki  z pani sukienki, będę je mógł teraz idealnie namalować, pani jest moja muzą, a kiedyś odważę się i panią namalować, muszę mieć więcej śmiałości, sama pani rozumie, ten pani uśmiech, w tych makach…

Nagle dzwonek w drzwiach wyrwał  ją ze snu… Przeskoczyła 50 lat życia, by znów znaleźć się w dniu dzisiejszym.
Ból rozczarowanego nagle serca ściskał teraz za gardło i wyciskał łzy, które opanowywała, otwierając drzwi. Jak się okazało, była to Filomena, która trzymała w ręku białą kopertę w maki.
– Ten list przez pomyłkę zawędrował do mojej skrzynki, pani Klaro, oddaję w pani ręce,  wycofywała się sąsiadka.
– Proszę, niech pani zostanie chwilę, coś niezrozumiałego dzieje się ostatnio… niech mi pani na przykład powie, czy widziała pani w ostatnich latach takie koperty? Bo ja nie.
– Rzeczywiście zdziwiła mnie ona, niezmiernie, nigdy nie widziałam takiej ozdobnej,  przypomniały mi się od razu te pani filiżaneczki.
Pani Klara zadumana kontynuowała – kiedy pani zadzwoniła do drzwi, akurat śniłam o moim mężu, Jerzym, który dostał obsesji na punkcie maków, zakochując się we mnie przed 50 laty. Miałam na sobie wtedy właśnie sukienkę całą w makach, ciągle powtarzał, że mój “uśmiech Mony Lizy” i ta sukienka to cały jego świat. Był bardzo zazdrosny, nigdy nie wolno mi bylo zakładać tej sukienki, kiedy wychodziłam gdzieś z domu sama, wie Pani, kiedyś może opowiem, jak bardzo wpłynęła ona na całe moje życie, ech… – łza zakręciła się w oku.
Filomena czuła się jak dziecko na mszy świętej, bardzo uroczyście, nic jednak nie wiedząc, nie rozumiejąc, dlaczego.
Prawie już chciała uklęknąć, kiedy zdała sobie sprawę z tego absurdalnego uczucia i uśmiechnęła się bardzo ciepło…

Spotkania z Księciem Ciemności 3

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Księciu, jako kotu par excellence, kotu wypełnionemu po brzegi pękatego ciałka kocistością (kociowatością?), wypada być dostojnym, wyniosłym i zdystansowanym. I nawet się Sierściuszek stara: gdy wróciwszy z pracy wysiadam z samochodu i zmierzam przez podwórko ku domowi, materializuje się przy mych nogach niemal bezgłośnie – niemal, bo jego nadejście zwiastuje cichy głos dzwoneczka – i kroczy wraz ze mną, jako się rzekło: dostojnie, wyniośle, z dystansem. I oczywiście z dumnie uniesionym ogonem.

Przynajmniej do momentu, gdy znów się puści w komiczny truchcik: musi być przy drzwiach pierwszy! Żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy zostawić go na zewnątrz. Oczywiście, coś takiego by mi na myśl nie wpadło. Ale on tego nie wie.

I tak cała wyniosłość „się traci”. Tym bardziej trudno o jej zachowanie, że Książę, jako tłuścioszek, ma, póki co, aparycję raczej uroczego bufonka, niż zimnego gentelmana. Ale jak nie być grubaskiem, skoro kilkoro sąsiadów (rzecz jasna: też w tym uczestniczymy), w ramach rywalizacji o względy panicza, oferuje jedzonko. A on bez skrupułów korzysta i futruje na kilku frontach…

A poza tym, pamiętajcie, że ja jestem ciągle małym kotkiem! Nie skończyłem jeszcze roku! I chcę się bawić!

Choinka to pokusa nie do przeoczenia i nie do pokonania: kolory, refleksy świetlne, błysk, ruch. Mały kotek zastyga przed nią w zachwycie.

Ile radości! Ile zabawy! Ile możliwości! W zapamiętaniu, w zachwycie!

Oho! Ktoś na mnie patrzy. Że co? Że to zabawne? W życiu! Spójrz tylko: powaga i dostojeństwo. Jam jest Książę Ciemności!

1269 (4)

Mieczysław Bonisławski

VI.

Zgodnie z tradycją sięgającą jeszcze walk z Kazimierzem, księciem kujawskim w wojnie o kasztelanię lędzką, Bolesław noc po bitwie wieńczącej wyprawę, spędzał pośród swoich wojsk. Niejednemu z Bolesławowego rycerstwa noce takie wydawały się później najważniejszymi w życiu, gdyż książę zwykł wówczas osobiście pasować tych, co znamienitszymi czynami się wsławili, na rycerzy, panów obdarowywać nowymi nadaniami, a na końcu dzielić miedzy wszystkich wojenne łupy.

Trwające przy ogniskach do rana bachanalia zwycięzców, rozładowywały narosłe waśnie, łagodziły ból ran, a często, jako że Bolesław sam rzadko napadał na sąsiadów, i żal po stratach z początku kampanii. Książęce podarki ułatwiały również pohamowanie powstałej u rycerzy i pospólstwa żądzy odwetu na pobitych i bezbronnych brańcach, których pobożny Bolesław, w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, często odstawiał pod strażą do granic ziem przeciwnika.

Tym razem było jednak inaczej…
– Sam książę mówił, co zbrodniarzy głową będziem karać…! – nie wytrzymywał powątpiewającego tonu towarzyszy Gniewomir.
– Tak, ale to o nas chodziło, że barbarzyństwo wobec tego tam… – rycerz Szczerzyk pokazał ręką w stronę dopalających się zgliszcz zamku i splunął przed siebie w ogień – wilczego pomiotu…
Siedzieli w czterech ze swoją służbą wokół ogniska: Gniewomir, który niedawno został zaszczycony przypasaniem rycerskiego miecza, po kądzieli spokrewniony z Nałęczami; Tomisław z Szamotuł i Sędziwój, obaj Nałęczowie w pierwszej linii; i bohater dopiero co zakończonego szturmu, Szczerzyk, wsławiony własnoręcznym pojmaniem Sabela.
– Braciszkowie wybronią Sasów, obaczycie panowie… – judził wychyliwszy puchar z miodem Tomisław. – A to tobie, panie – zwrócił się do Szczerzyka – ten psi syn, Sabel, się należy. Jeno twoje to prawo wolnością go obdarować…

Przy ogniskach strugami lał się miód i piwo. Rozochoceni panowie śpiewali, sulęcińskie dziewki i inne, przybyłe jak to zwykle za wojskiem, bachantki piszczały obściskiwane po ich niewieścich wypukłościach. Znaleźli się nawet przywleczeni siłą z miasta na Gołębią Górę grajkowie. Zachęcani rubasznymi kułakami pijanych ciurów, nie kryli przerażenia, ale spełniali swoje posłannictwo, ku zadowoleniu rozbawionej gawiedzi.
– Nieźli to nawet są rycerze, a i pochwalić się ich godzi, że za margrabią, przeciw naszemu księciu nie obstawali – bronił templariuszy Sędziwój. – Ale co prawda, to prawda – za brańcami nie powinni się wstawiać, nie ich to rzecz.
– Może o swoich ludzi się jeno dopominają? – powątpiewał Szczerzyk.
Tomisław już pijany, zatoczył się wstając i krzyknął:
– A ja wam mówię kamraci, co morderców bronią! Niewinnych niewiast i dziatek międzyrzeckich pomścić nam nie dają!
– Idźże panie Szczerzyku do namiotu księcia – namawiał Gniewomir – Idźże o Sabela się dopomnij. Prawo masz do niego!
– Tak, tak! – rozochocił się właściciel Szamotuł. – Hej ciuro, a wartko miodu nalewaj panu Szczerzykowi… No, napijmy się przed tą wyprawą – przypił do kamrata, tamten jednak miał dalej wątpliwości:
– Jakże mi tak do namiotu księcia? Wam Nałęczom, to co innego, blisko żeście przy Bolesławie…
– A tak! – nie krył ukontentowania Tomisław – Tam przecie i dziś, Szymon Nałęcz, co to kasztel międzyrzecką w dożywocie trzyma, o brańcach z innymi radzi. Idźże, idźże mości Szczerzyku i na nas, Tomisława z Szamotuł i pana Sędziwoja się powołuj. Ty smyku za małoś jeszcze znaczny – machnął pojednawczo ręką w kierunku Gniewomira i wychylił kolejny puchar miodu.
– Co racja, to racja. Furda!, wszystkim należy nam iść – zawyrokował Sędziwój i wstając, ponaglił pozostałych – A ni chwili tu nie mitrężmy…!

Przedłużająca się niepewność co do wyników negocjacji księcia z templariuszami przywiodła pod jedyny w całym obozowisku na Gołębiej Górze namiot nie tylko zawsze skorych do buntów Nałęczów. Mnóstwo rycerstwa otoczyło obszytą baranimi futrami konstrukcję. To że w środku są zakonnicy i chcą zebranych na zewnątrz pozbawić przynależnego im słusznego prawa do zadośćuczynienia sprawiedliwości – tego byli pewni wszyscy; o czym konkretnie rozmawiał książę – tego znakomita większość jednak nawet się nie domyślała.

– Rycerstwo przed wejściem się zbiera. Gniewni srodze – poinformował zebranych wokół stołu kasztelan Szymon wycofawszy się spod wejścia do namiotu.
– Popili się jeno – próbował bagatelizować sprawę brat Egon – do rana wywietrzeje im wszystko z rozgrzanych łbów.
– Daj im tylko bracie jeszcze tyle miodu, by nie zdążyli przed zaśnięciem roznieść was na mieczach po uwolnieniu Sasów… – dobrodusznie doradził wojewoda Przedpełek i zupełnie innym tonem zwrócił się do Bolesława – Sprawa wydaje się poważna książę, nie należy głosu rycerstwa teraz lekceważyć.
– Chyba nie ośmielą się żadnego rokoszu tu podnosić? – zaniepokoił się prepozyt Pakosław.
– Żołnierz to dobry, bitny. Szkoda by jakimś nierozważnym czynem, którykolwiek z nich, honor swój pokalał. I to przez kogo? – przez pobitego już wroga… – Bolesław skinął na dziekana gnieźnieńskiego – Księże Falenty, waszej rozwadze oddaję zaprowadzenie tam spokoju.
– Potrafimy zginąć jak rycerze – rzekł hardo brat Gwidon mierząc wzrokiem wojewodę. – Nie po to jednak tu nas posłano, a i rycerstwo, jako i my, chrześcijańskie nas otacza. Sługi boże mogą się zatem tu chyba czuć bezpiecznie…?

Nastała chwila milczenia. Wojewoda zagryzł wargi, rękę oparł na pochwie miecza, nie chciał jednak jakąś gwałtowną reakcją powodować niesnasek, jako że książę z zainteresowaniem odniósł się, jak na razie, do posłów.
Bolesław spojrzał spode łba na de Molaya, uważając, że to on powinien pohamować swych ludzi. Burgundczyk, który chciał coś w pierwszej chwili powiedzieć, zamilkł jednak również, z jego twarzy zniknęła maska sympatii, ustępując miejsca determinacji.
Na szczęście poły namiotu rozchyliły się i do środka wszedł rycerz Nasław z Rudy.
– Jestem panie – rzekł i nie strzepując nawet z kaptura śniegu począł meldować – Jak żescie kazali panie, udałem się do miasta. Przy pogorzelisku karczmy nie było nikogo i dopiero z pomocą miejskich drabów odnalazłem Żyda Szymona na południowym przedmieściu – oto i on!

Przed siedzących wyszedł zza Nasława przygarbiony człowieczek. Był to mężczyzna około sześćdziesięcioletni, ubrany w długi i gruby płaszcz skracający jeszcze bardziej jego sylwetkę. Po bokach twarzy zwisały mu siwe pejsy, wydłużoną czaszkę przykrywała płytka mycka. W nikłym świetle pochodni, rysowała się czarną, skupioną w sobie plamą na tle jasnych skór poszycia namiotu.
– Podejdźże tutaj człowieku i opowiadaj, co wiesz! – przynaglił go wojewoda Przedpełek.
– Wybaczcie wielcy panowie mizernemu Żydowi to, co przez jego nic nie warte usta, przeszło w nic nie znaczącym gniewie. Co ja mówię, gniewie? Czy ja powiedziałem: nic nie znaczącym? To ja powiedziałem mało – to nie był gniew, moje usta się w ogóle nie rozwarły. Ot – psyt! – i nikt nic nie słyszał, i wielcy panowie już nie muszą się o nic gniewać na najmarniejszego z marnych Żyda. A najlepiej, jeśli oni zapomną że taki Szymon, karczmarz z miasta Sulęcina istnieje, ba, że w ogóle, kiedykolwiek istniał…!
– O czym on gada, co? – książę nie przerywając potoku słów Szymona spojrzał zaskoczony na wojewodę. Karczmarz w lot skomentował tę uwagę:
– To panów nie interesuje? No tak, bo i kogóż miałoby interesować, że jakiś tam karczmarz kupił za wszystkie swoje pieniądze, i swojej rodziny pieniądze, lichą gospodę i dom, i że to wszystko szybko szlag trafił! Wielka polityka, choć robiona dla ludzi, jest wysoko ponad małym człowiekiem. Cyt! – a może niech już lepiej, książę to czy margrabia, nie zauważa robaka Żyda, gdy pali ten swój świat? Ale i niech nie słyszy, gdy już spali temu Żydowi dom i zabije całą jego rodzinę, jak ten robak na niego klnie. Niech ten Żyd chodzi dalej po tej ziemi, skoro Bóg tak go doświadczył, czyli miał ku temu powód; niech cierpi żyjąc, bo to jest większe cierpienie, niżby miał zginąć z ręki kata za obrazę majestatu…
– Zamilcz Żydzie! – ryknął Przedpełek i nie dając staremu ochłonąć, rozkazywał dalej – Gadaj co wiesz o rycerzu Sunnenwaldzie. Popił on ponoć ostro w twej karczmie przed księcia i naszym nadejściem – gdzież on teraz?!
– Posłuchaj Szymonie – niespodziewanie odezwał się łagodnie Bolesław – rozumiem, żeś wszystko dziś stracił? Rodziny, którą Bóg powołał do siebie, ci nie zwrócę, ale gdy to, co powiesz, będzie dla nas przydatne, sowicie cię wynagrodzę. Postawisz sobie nową karczmę i kamienicę w rynku, co…?
– Rycerz Sunnenwald? – zastanowił się karczmarz, skubnął nerwowo pejsa i powtórzył – Panowie mówią rycerz Sunnenwald…? – głos jego nagle zmiękł, Żyd zachwiał się – Niech będzie przeklęty dzień, w którym ja usłyszałem o mieście Sulęcin, jeśli to wtedy ktoś tam na górze postanowił, iż na koniec spotkam tego właśnie rycerza…
Prepozyt Piotr zwinnie doskoczył do słaniającego się Szymona i podtrzymał go, ratując przed upadkiem. Pociągnął go do stołu i usadowił na wolnym miejscu.
– Niby to Żyd, ale posiada widać jakieś chrześcijańskie uczcucia – zwierzył się szeptem Pakosławowi międzyrzeckiemu.
Szymon gestem podziękował za ten ludzki gest i okazaną ze strony majestatu łaskę i nieco uspokojony jął opowiadać:
– Moi przodkowie stanowią stateczny i zacny żydowski ród konstantynopolski. Rabbi Abram przybył tam jeszcze przed 650 rokiem. Ja wywodzę się z gałęzi od zawsze zajmującej się kupiectwem. Na moje nieszczęście nie poszedłem śladem mych braci i chciałem handlować z Arabami. Zostałem oszukany i oskarżony o przemyt broni musiałem uciekać z miasta. Miałem na szczęście przyjaciela, kupca, zacnego al-Sahina, Araba, na stałe osiadłego w strefie chrześcijańskiej. Często podróżował on po całej Europie i miał zaufanie zarówno krzyżowców jak i swoich. On to pomógł mi opuścić Konstantynopol, zmylić mych prześladowców i zamieszkać w wybranym przez niego miejscu, w Montcroix we Francji.

Usłyszawszy w ustach Szymona nazwę templariuszowskiego zamku, de Molay zaczął zwracać większą uwagę na jego słowa.

– Był rok 1233, gdy zacny al-Sahin przekazał mi przez zaprzyjaźnionego brata Huberta z zamku Die, pewną wiadomość. Śląski książę, zaprzyjaźniony z mym przyjacielem, zakładał nowe miasto i ściągał do niego kupców. To mógł być dobry interes!
Gdy przybyłem na miejsce, ktoś mi podszepnął, bym kupił karczmę, ale miejscowy karczmarz nie zamierzał jej sprzedawać. Niestety Bóg sprawił, że przygniotło go drzewo w lesie. Zapłaciłem więc wdowie korzystną cenę i zacząłem robić interesy. Że też ja wtedy nie pomyślałem, że z tym drzewem, to był niedobry znak…!

Bernard de Molay podekscytowany nie mógł spokojnie usiedzieć. Myślał tylko o tym, jak wyciągnąć z namiotu karczmarza, aby porozumieć się z nim na osobności. Na razie jednak musiał uważać, by nie zdradzić przed Polakami zainteresowaniem Żydem. Pochylił się więc nad ławą i bawiąc się złotym medalionem, który miał zawieszony na piersiach, udawał w ogóle nie zainteresowanego długim i nie na temat opowiadaniem starego.
Żyd tymczasem szybko przeskoczył najbardziej ciekawy dla Burgundczyka okres:

– Wreszcie Bóg pozwolił mi i mojej rodzinie zaznać trochę spokoju. Nowe miasto rozwijało się, przybywało ludzi, to i interes szedł coraz lepiej. Gdy 20 kwietnia 1249 roku arcybiskup Magdeburga sam sobie spłacił Ziemią Lubuską dług księcia śląskiego, miasto było już własnością zakonu. Mógł sobie Bolesław Srogi bić się z kim chciał, mogli książęta poznańscy walczyć z margrabiami – po Sulęcin nikt prócz Pana nie miał prawa ręki wyciągnąć, a On nie był do tego skory, zresztą czemu miałby to robić? Przecież nie po to, by psuć interes jakiemuś tam Żydowi, oskarżonemu o przemyt broni?!

Do namiotu wrócił wzburzony dziekan Falenty. Spojrzał pytająco na księcia, gdyż nie chciał przerywać mówiącemu, lecz książę dał mu znak, by powiedział co ma do powiedzenia.
– Rycerstwo srodze niekontente, mości książę…
Bolesław zniecierpliwił się:
– Nie po to cię posyłałem księże dziekanie…! Zawodzisz mnie w takiej chwili? Któż zatem sobie poradzi, gdy ty nie możesz, co? – zwrócił się do otaczających mężczyzn.
Falenty szybko sprostował:
– Twoi ludzie wierzą ci panie, każdą twą decyzję uznają za słuszną, jeno…
– Jeno co? – mruknął niezadowolony Piastowicz.
– Chcą byś panie przy nich, publicznie sądził dzisiejszej nocy dowódcę zamku.
– I morderców z Międzyrzecza zapewne, co? – wtrącił twardo wojewoda poznański.
– To zrozumiałe – odparł swobodnie dziekan.
– A z tym, to będzie gorzej – ciągnął ze smutkiem Bolesław – Ale Sabela osądzimy. Niechaj rycerstwo widzi, że nie mamy w tym względzie tajemnic – nie zrażało go rozczarowanie malujące się na twarzach templariuszy, wręcz pod ich adresem dalej wyjaśniał – A prawo osądu przy tym, kto wroga pojmał – Sabelowy zamek rycerstwo zdobyło, niechaj cieszy się swą przewagą… Nasław! Wypoczętyś już, idźże przyprowadź tu nam Sabela. Bacz jeno, by cały tu przybył… Co jeszcze? – dorzucił w stronę wyczekującego dziekana.
– Delegacja Rady, chcę podziękować za ocalenie miasta.
– Później! – machnął ręką Bolesław – A ty – zwrócił się do Szymona – mów o co cię pytają, czasu szkoda.

– Był Sunnenwald w karczmie przed zajęciem przez nasze wojska miasta, czy tez nie był? – przejął przesłuchanie w swoje ręce wojewoda Przedpełek.
– Czemu miał nie być? Wino u mnie dobre i pod dostatkiem go, a rycerz Sunnenwald miał po wizycie w Międzyrzeczu o czym zapominać…
– Mówił on co?
– A o czym on by rozmawiał z Żydem? Gdy zaś już był mocno pijany, pewnie te niewinne dusze mu się zwidywały, bo niczym szaleniec po karczmie się miotał.
– Ale wnuczki waszej to nie przeraziło, co? – bezlitośnie dręczył karczmarza Przedpełek. O, Panie, wybacz małej Racheli, to za mój grzech, sprowadziła ona na siebie i na całą rodzinę zgubę…
– Gadasz wreszcie do rzeczy, czy mam kazać cię wychłostać?! – wrzasnął poirytowany Przedpełek.
– O, wielcy panowie, nie potępiajcie zbyt srogo młodej dziewczyny, skoro i ja już jej wybaczyłem…
– Mów prędzej – ponaglił Bolesław.
– Rycerz Sunnenwald niedawno duże łupy przywiózł ze sobą, jako że wrócił po wielu zwycięskich bitwach wreszcie do domu. Ma on tu swa posiadłość, Lubniewicami ją zwą.
Ostatnio jednak coraz częściej ogarniał go dziwny obłęd, a ukojenie znajdował jeno u mnie, w karczmie. Ach, i czemuż ty nieszczęsny Żydzie od razu nie odgadł, że to nie o wino chodziło, ale o Rachelę…?
Młody arabski kupiec, jadący z Poznania do Niemiec, jednego razu opowiedział w mojej karczmie o pięknym amulecie, należącym do sławnego rabina, a który, po uprzednim zabiciu tegoż rabina, brat pani chorążyny międzyrzeckiej, przywiózł jej w prezencie z wyprawy krzyżowej.
Głupia Rachela, pomyślała, że mogłaby mieć ten żydowski skarb. I już nie podobał jej się żaden podarek rycerza Sunnenwalda, ani z Pomorza, ani z Prus, ani znikąd. Wielkie łupy stały się niczym w niewieścim sercu.
Myślał rycerz jak zdobyć amulet, ale on był po drugiej stronie granicy. I na moje nieszczęście, margrabia Otto zaczął zamek w Sulęcinie budować. Dlaczego tutaj?, na zakonnej ziemi? Wiadomo, że jak zamek, to i wojna, rycerz Sunnenwald już wiedział, jak zdobędzie wyśniony przez kochankę amulet…
Niemądra Rachela, gdybyż dobry Pan ją na czas oświecił. Ale to nie na rozum niewiasty, i ona czekała na powrót rycerza z Międzyrzecza z kolejnym podarkiem. Któraż jednak kobieta odda dobrowolnie jaki świecący przedmiot? Ręka, która zerwała pani chorążynie z szyi amulet, zerwała go już z szyi trupa…
A potem rycerz przyszedł i powiedział, że nadciąga Bolesław, że zamek mało obronny, i że Polacy zabijają miejscowych Żydów. Dlaczego Żydów? – ja się pytam – A może tylko morderców? Ale Rachela popatrzyła na swój skarb i po raz pierwszy w swym życiu coś zrozumiała. Ona dobrze wszystko zrozumiała. Ona zrozumiała aż za dobrze. Załadował Sunnenwald na wóz swe łupy, a wśród nich Rachelę i moją rodzinę, i sobie odjechał.
Czyż oni myśleli, że ujdą swemu przeznaczeniu? Czyż sądzili w swej głupocie, w swej bezgranicznej głupiej głupocie, że tam, dokąd jadą, czekają na biednych Żydów z otwartymi rękami?
A dziś wrócili do swych domów ludzie, którzy też uciekali nad Odrę. I oni widzieli trupa Racheli i trupy pozostałych moich dzieci i wnucząt, i rozbity wóz z łupami rycerza Sunnenwalda. Te łupy dzielili między siebie lędzcy kmiecie z kmieciami szamotulskimi…
– A sam Sunnenwald, co z nim? – wyrwał się kasztelan międzyrzecki.
Karczmarz opanowując z trudem szloch pokręcił przecząco głową.
– Ale gdzie to chociaż było?
– Niedaleko Górzycy Pan raczył powołać do siebie moje dzieci i wnuki, całą moją nadzieję. Bo i dla kogóż ja mam teraz pracować?, kogo oglądać w marzeniach, jak przejmuje mój interes?
Bolesław gestem nakazał wyprowadzić starego. Pochylił przy tym głowę ku kasztelanowi Jankowi i szeptem polecił:
– A wypłaćże mu tam jak obiecałem…

Podniósł się i de Molay, zmierzając ku wyjściu.
– Hej bracie – powstrzymał go Bolesław – Wychodzisz? A tu już chyba nam sprowadzono Sabela? Jakże to, nie ciekawyś?
Burgundczyk zatrzymał się niezadowolony. Nie siadał jednak, tylko poważnym głosem, stojąc, poprosił księcia:
– Panie, noc już, a myśmy nic jeszcze nie uradzili. Nie potrzeba nam Sabela, byś mógł ocenić naszą propozycję. Raczysz nas zatem teraz wysłuchać?
Książę skinął twierdząco.
– Dobrze – i gestem odsyłając wartownika dodał – Sabel może zaczekać.

W międzyczasie de Molay nachylił się do ucha brata Egona.
– Idź i znajdź mi karczmarza. Pilnuj go aż będę mógł przyjść – prawie bezgłośnie wyszeptał.
Egon wstał i przepuszczony przez Bernarda opuścił namiot. Burgundczyk dopiero teraz usiadł. Nie kazał długo czekać zebranym.

– Sprowadziła mnie tutaj misja niezwykłej wagi dla chrześcijaństwa i Europy. Długo nasz wielki mistrz szukał tego, do którego mógłby się w tej sprawie zwrócić, aż wybór padł na ciebie mości książę. To co powiem musi zostać jednak w tajemnicy a i nikt, kto nie musi, niechaj nie słucha, wszak każdego z nas Bóg obdarzył jakąś ludzką słabością, nie wspomagajmy więc czyhających pokus…
Towarzyszący księciu Polacy wstali. Bolesław ruchem ręki zatrzymał ich.
– Panie wojewodo poznański i panie kasztelanie kaliski, ostańcie, proszę, z nami. A i wy, księże dziekanie… też…
Reszta, pokłoniwszy się księciu i de Molayowi, wyszła. Piastowicz odczekał chwilę i zachęcił zakonnika:
– No mów panie de Molay.
– Zwracam się do ciebie panie, jako do syna księcia Władysława Odonica, wielkiego dobroczyńcy kościoła na terenie Wielkopolski. Wszyscy również wysoko sobie cenimy, to że wraz ze swym bratem Przemysławem, nie bacząc na zły przykład płynący z innych dzielnic, a i na niechęć własnego rycerstwa, potwierdziłeś wszystkie nadane ku chwale Pańskiej przez ojca twego przywileje, nawet nowe dodając. Mniemam zatem, że to co powiem nie winno być ci niemiłe.
Wiedz panie, że zdradzam ci teraz najskrytsze tajemnice zakonu i to niech będzie oznaką, jakim wielkim darzymy cię szacunkiem, ale zarazem, proszę cię książę, abyś nie zapominał o cnocie dochowania powierzonej tajemnicy.
Jak wiecie panowie po utracie Jerozolimy lud chrześcijański z bólem musiał oddać Saracenom prawie całą ziemię świętą, a zakony rycerskie, pozostając na tak okrojonym obszarze, utraciły możliwość pełnienia swej służby całą siłą. Wielki to sprowadziło smutek na naszego mistrza, ale jeszcze raz okazało się, że dobry Bóg nie opuszcza swych sług. Dotarły do nas wieści o ludzie pogańskim, strasznie dręczącym wyznawców prawdziwej wiary. Książę mazowiecki Konrad, korzysta już z pomocy rycerzy-zakonników, ale i my chcielibyśmy przyczynić się do nawrócenia cierpiących w bałwochwalstwie Prusów. Gotowi jesteśmy w każdej chwili porzucić nasze zamki we Francji i przybyć w te dzikie bory i trzęsawiska, skoro tylko Pan tego od nas zażąda.
Chcemy tu przybyć jednak nie symbolicznie tak, jak nasi poprzednicy, ale pełną siłą, aby czym prędzej ład zaprowadzić i ludowi przez szatana mamionemu dopomóc. Nie pójdzie to jednak tak prędko jak byśmy chcieli, poganie wspomagani siłą nieczystą już blisko dziesięć lat niszczą zamki zakonu Najświętszej Marii Panny… Prawie całą Pomezanię, Sambię i Dolne Prusy na powrót Bogu odebrali… Dlatego wielki mistrz powziął zamiar przeniesienia naszej stolicy bliżej terenu nowej misji.
Posłuchaj teraz uważnie książę, abyś mnie dobrze zrozumiał. Jak sam panie wiesz, od wielu już lat ziemia na której teraz jesteśmy, Ziemia Lubuska, pije przelewaną zgoła niepotrzebnie chrześcijańską krew. Jest przyczyna poczynań, które wręcz nie przystoją chrześcijańskim władcom! Ciągłe wojny czynią z tej krainy teren wymarły, co raz niszczony, nie dający nikomu korzyści. I to w czasie, gdy tuż tuż wznosi zbrojną dłoń szatan grożący zalewem pogaństwa! Czyż nie godzi się posłać tych wojsk raczej na Prusów?!
Stąd też płynie nasz projekt. Jako że zakon ma tu już sporo nadań, chcemy prosić o oddanie nam całej Ziemi Lubuskiej, abyśmy mogli tu założyć nową stolicę i zaprowadzić pokój w tej nieszczęsnej krainie. Nie uszczupli to niczyich dochodów, gdyż teraz ani książęta wielkopolscy, ani śląscy, ani panowie marchijscy nie mogą korzystać w pełni z bogactw tego rejonu, a tak zyska na tym chwała Pańska, a czyn taki, w imię Boga przedsięwzięty może, jak Opatrzność pozwoli, i zgodę między zwaśnione strony przyniesie?
– Rozmawiałeś już o tym z margrabią? – spytał Przedpełek.
– Margrabia nie będzie przeciwny, gdy książę polski się zgodzi, też pragnie pokoju na swym pograniczu… – na twarzach Wielkopolan pojawił się pobłażliwy uśmieszek – A my chcemy ponadto pomóc przywrócić rozdartym dzielnicom koronę, jako, że tylko silne państwo polskie stworzy skuteczną zaporę przed napływem pogan. Wszakże tu nie tylko o Prusów, ale i o Mongołów, przeciw którym nasi rycerze, jako jedyni, wsparli nieszczęsnego księcia polskiego pod Legnicą, chodzi…
Mądry i sprawiedliwy książę kaliski tę koronę może i, co jako rycerze i słudzy Boży, chętnie przed papieżem poświadczymy, winien, otrzymać.

Pakosław i Piotr ze Skórzewa wraz z kasztelanem Szymonem po wyjściu z książęcego namiotu postanowili porozmawiać z Sabelem. Inni rozsiedli się blisko namiotu, czekając na wezwanie księcia, a Nasław miał w razie potrzeby powiadomić o tym od razu trójkę przebywającą w więzieniu z Sabelem.
Odsyłając żądne świeżych informacji rycerstwo do tych, co pozostawali, obaj prepozyci i kasztelan zniknęli w mroku. Więzienie było blisko, niemal na środku obozu. Była to taka sama jama, jak wszystkie pozostałe, pilnowana jednak przez kilku wartowników. Kilkunastu uratowanych z pożaru jeńców dowódca straży kazał nawet na noc rozwiązać, by leżąc czy siedząc bez ruchu, nie zamarzli. Wśród nich był też i Sabel.
Szymon zameldował przełożonemu warty przybycie dostojników i poprosił o sprowadzenie do sąsiedniej kwatery, okupowanej przez odpoczywająca zmianę strażników, saskiego dowódcy. Prośba została spełniona.

Dzień babci

To tekst sprzed miesiąca. Ale to bez znaczenia. Czytam to i szlag mnie trafia

Szlag mnie trafia, bo jasne – w Polsce były i są watahy moherowych beretów, ale, OMG, każdy z Was, młodych przemądrzalców, spotkał na swojej drodze niejedną kobietę – babcię, w wieku babci, w funkcji babci, która jest inna – której życia nie określają tylko wnuki, weki i leki, która wyrosła w czasach hippisów i Solidarności, która ma nowoczesne poglądy, słucha Janis Joplin i Nicka Cave’a, jest pacyfistką, nie je mięsa i lubi (a nie tylko toleruje) gejów i przyjaźni się z nimi od czasów, kiedy Wy, smarkacze, jeszcze pieluchy w zębach nosiliście. Ale nie, Wy… Wy wiecie lepiej, bo jakżeby inaczej – świat się zaczął od Was i Waszego aktywizmu, Wy, niedorobione kalki Grety, w większości i tak przecież sporo od niej starsze (zyg zyg marchewka)…

Już o tym pisałam… TU. I naprawdę chyba mam dość Waszego łaskawego protekcjonizmu!

Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Babci. I uważajcie na doniczki, które zawsze przecież mogą Wam spaść na głowę z jakiegoś balkonu…

PS. Niektóre z nas mniemają, że w Niemczech jest lepiej, mimo że chyba nie obchodzi się Dnia Babci, ale za to szanuje grupę nieformalną Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicowcom). Ale i w tym kraju wszechobowiązującej uprzejmości pojawił się pod koniec ubiegłego roku pewien kawałek chóralno-popularny śpiewany przez gromadką przesłodkich dzieci, pod batutą jakiegoś kapelmajstra. To taka tradycyjna piosneczka (tu w tym tradycyjnym wydaniu), która opowiada o różnych przygodach babci, co w zamierzeniu jest śmieszne, bo łączy ową babcię z czynnościami nietypowymi dla jej wieku, a charakterystycznymi tylko dla młodych. Babcia jeździ na motorze, rozrabia, jest bezczelna. Wszystkie zwrotki zaczynają się od słów Meine Oma – moja babcia, a kończą wyrazami uznania: Meine Oma ist ‘ne ganz patente Frau (babcia jest fajowa). Całość przypomina polską zabawę z piosneczką Przepijemy naszej babci domek mały...

Takie rymowanki przy każdej okazji można łatwo zaktualizować. I otóż w trosce o zmiany klimatyczne dziatki zaśpiewały ostatnio teksty takie: „Meine Oma fährt im Hühnerstall Motorrad. Das sind tausend Liter Super jeden Monat. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Albo: „Meine Oma brät sich jeden Tag ein Kotelett, ein Kotelett, ein Kotelett. Weil Discounter-Fleisch so gut wie gar nix kostet. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Czyli babcia jeździ na motorze i truje benzyną, bo jest starą klimatyczną świnią. Albo: babcia zjada masę kotletów, a kupuje je taniej niż wino, bo jest starą klimatyczną świnią…

Wam, drodzy obrońcy środowiska w Niemczech też radzę, żebyście uważali – tu również może Wam spaść doniczka na głowę.