Weihnachtsmarkt / Jarmark Bożonarodzeniowy

Ewa Maria Slaska

Jednym z magnesów przyciągających turystów do Berlina są niewątpliwie Jarmarki Bożonarodzeniowe. Przyjeżdżają Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Szwedzi, Polacy, Japończycy i Chińczycy.  I są to naprawdę tłumy. Jarmarków jest w Berlinie masa, są jarmarki koreańsko-japońskie i polskie, są gejowskie i artystyczne, ale najwięcej jest tych całkiem normalnych – z drewnianymi budkami, w których kupić można francuskie naleśniki i włoskie sery, ale przede wszystkim wypić tradycyjnego niemieckiego grzańca, zjeść potwornie słodkie jabłko zanurzone w czerwonym karmelu i kupić malowane kolorowym cukrem pierniki, z napisami po bawarsku, na przykład “Ich liebe Dir”, co można przetłumaczyć jako “Kocham Ci”.
Mają rację ci, którzy powiedzą, że jarmarki bożonarodzeniowe to kicz do potęgi. Tak, to kicz, ale jak dobrze jest choć przez parę godzin zapomnieć o tym, jak ciężko i smutno jest na świecie, jak dobrze jest napić się grzanego wina, zjeść pierogi przy stoisku z polskim jedzenie, nacieszyć się miłą, przyjazną atmosferą.

Można by pomyśleć, że po ataku terrorystycznym trzy lata temu, 19 grudnia 2016 roku, zainteresowanie jarmarkami zmaleje, ale wydaje się, że wręcz przeciwnie, że przybywa jeszcze więcej turystów niż przedtem, być może pod hasłem “nie myślcie, że dacie nam rady”.

Dziś, w trzecią rocznicę tamtego strasznego dnia wspominamy 11 osób, które zginęły pod kołami uprowadzonej przez terrorystę ciężarówki i Łukasza Urbana, polskiego kierowcę, który stawił opór napastnikowi, zginął w walce, ale uratował wiele dalszych możliwych ofiar. Wśród ofiar znaleźli się Niemcy

Ein goldener Riss im Boden erinnert an die Opfer des Terroranschlags am Breitscheidplatz am 19. Dezember 2016
Tzw. Złota Szczelina przypomina o ofiarach ataku terrorystycznego 19 grudnia 2016 roku

Weihnachtsmärkte sind etwas, was Touristen aus aller Welt nach Berlin zieht. Italiener, Engländer, Spanier, Polen, Schweden, Japaner und Chinesen. Aus allen Herren- und Frauenländer kommt man massenweise nach Berlin, kauft ein, trinkt Glühwein, isst Marzipanstollen, geröstete Mändeln und bunt karmellisierte Äpfel. Man kann sagen, dass es Kitsch ist. Und man wird recht haben. Klar, es ist Kitsch, aber es ist so verdammt gut für ein paar Stunden zu vergessen, wie die Welt da draussen aussieht und einfach die unglaublich schöne, ruhige, freundliche Atmosphäre des Jahrmarkts genießen.

Nach dem Vorfall vom 19. Dezember 2016 hätte man meinen können, der Magnet hat ihre Kraft eingebüsst. Aber nein. Ja, auf dem Weihnachtsmarkt im Herzen der Stadt, zwischen KaDeWe und Europa Zenter, gibt es ein Gedenkort, da, wo der Terrorist mit einem von einem Polen gekaperten Truck eingefahren ist, man geht vorbei, liest die Namen, zündet eine Kerze, legt eine Blume, seufzt, geht weiter. Am Weihnatchstmarkt-Betrieb änderte es wenig, oder hätte es ihn gar verstärkt, nach dem Motto, wir lassen uns nicht runterkriegen

Heute erinnern wir uns an die 12 Todesopfer des Anschlags, darunter auch Łukasz Urban, der polnische Truck-Fahrer, der dem Terrorist Widerstand geleistet hatte und gestorben ist, der aber durch seinen Kampf unzählige weitere Menschenleben gerettet hatte.

 

Zdjęcia: Ania, Ela i Monika

Chandra

Merkanty Kramarczyk

Przedświąteczna kropelka goryczy

Oczywiście, że nikogo nie musi obchodzić moja chandra, a nawet (na co wskazuje przewlekłość tego stanu) – już chyba depresja.
Oczywiście, że nie odkryję Ameryki, obwieszczając, iż świat jest do dupy i idzie ku jeszcze gorszemu, zło się panoszy, zaś marzenia przestały się spełniać – już chyba definitywnie.
Oczywiście, że ryzykowne jest wyskakiwanie z takimi rewelacjami tuż przed Świętami, gdy większość ludzi chciałaby uwierzyć, że sentymentalne czułości faktycznie coś zmienią. Niełatwo odgrywać rolę dyżurnego trouble-fête.
Ale cóż pozostaje? Mam przekonanie, graniczące z pewnością, że takich jak ja jest więcej. Dla was, braciszkowie i siostrzyczki, piszę te słowa, wylewam tę kropelkę przedwigilijnej goryczy… no, niech będzie, że nie kropelkę, ale całe wiaderko.
Wy natomiast, którym przejście przez nasze „doliny” zostało oszczędzone, okażcie wyrozumiałość. A kiedy i wasze szlaki tamtędy powiodą, pamiętajcie, w jak piękną poezję można przekuć smutek. Wigilijne karpie to tylko pretekst – utwór jest aktualny przez cały rok.

Czarny czwartek

Ewa Maria Slaska

17 grudnia 1970 roku
Gdynia

Tego dnia, podczas tak zwanych rozruchów grudniowych, partia wydała rozkaz strzelania do strajkujących robotników. Byli zabici. Ilu? Tego do dziś nikt nie wie. Pochowano ich ukradkiem na cmentarzu na Witominie w Gdyni i Emaus w Gdańsku.

Dziś, po pół wieku, pamięć o tym, co się zdarzyło pielęgnuje przede wszystkim ta piosenka.

Ballada o Janku Wiśniewskim

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy, stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł

Huczą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy
Padają starcy, dzieci, kobiety
Janek Wiśniewski padł

Jeden raniony, drugi zabity
Krew się polała grudniowym świtem
To partia strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł

Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta
Przez niego giną dzieci, niewiasty
Poczekaj draniu, my cię dostaniem
Janek Wiśniewski padł

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Janek Wiśniewski padł

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą
Za chleb i wolność, i nową Polskę
Janek Wiśniewski padł

Słowa Krzysztof Dowgiałło, muzyka Andrzej Korzyński (pierwszej wersji muzycznej autorstwa Mieczysława Cholewy obecnie się nie wykonuje). Piosenka powstała w roku 1970. Na filmie widzimy inscenizację z roku 1990.

Krzysztof Dowgiałło, który napisał tę piosenkę na gorąco i od razu, nie wiedział, jak się nazywał zabity chłopak, którego na drzwiach zaniesiono pod komitet wojewódzki. Jednak nawet, kiedy już było wiadomo, nikt nie zmieniał słów piosenki. Janek Wiśniewski stał się symbolem Polaków walczących o wolność z czerwonym reżimem.

Ballada o Janku Wiśniewskim została wykorzystana w trzech filmach:

Andrzej Wajda, Człowiek z żelaza (1981), śpiewa Krystyna Janda, towarzyszą jej Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski;

Władysław Pasikowski, Psy (1992); balladę wykonują po pijanemu byli esbecy, niosąc na drzwiach pijanego w sztok kolegę; była to oczywiście kpina z tragedii robotników Stoczni z 1970 roku i wywołała spore oburzenie;

Antoni Krause, Czarny czwartek  (2011), śpiewa Kazik Staszewski.

Oprócz Jandy i Kazika piosenkę wykonuje też w wersji punck rocka zespół “Nauka o Gównie”, a podczas Koncertu dla Niepodległej 10 listopada 2018 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie wykonali ją Olga Szomańska i Michał Kowalonek.

***
Kolejną odsłoną tej piosenki, jest gryząca, ironiczna parodia, śpiewana od kilku lat przez Suwerena (jeśli ktoś wie, jak się człowiek nazywa, to niech wpisze w komentarzu – ja nie znalazłam żadnych informacji).

Chłopcy z Targówka i ze Śródmieścia
Pomnijcie Jarka, co stan ten przespał
Ludzi łapali, w ludzi strzelali
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w telewizji brak teleranka
Gdy na górników czeka łapanka
W wygodnym łożu, na Żoliborzu
Jarek Kaczyński spał!

Jeden zraniony, drugi zabity
krew się polała grudniowym świtem
A tam w łóżeczku, na poduszeczce
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w kinie “Moskwa” film o Wietnamie
Jarosław woli drzemać przy mamie
Na prawym boku, w ciepłym półmroku
Jarek Kaczyński spał!

Już Kuroń leży na styropianie,
bo go pobili zomowskie dranie
drżą robotnicy, a on w szalfmycy!
Jarek Kaczyński spał!

Nie płaczcie dzieci, płakać nie warto
W miękiej piżamie, z różową kokardą.
Za chleb, za wolność, za nową Polskę
Jarek Kaczyński spał!

Przypomnę jeszcze, dla porządku, że autorem piosenki w oryginalnej wersji jest Krzysztof Dowgiałło z Trójmiasta, działacz Solidarności, aresztowany (nie internowany, tylko aresztowany!), a potem w roku 1989 kandydat do Senatu w pierwszych (na wpół) wolnych wyborach i wreszcie Senator RP, wybrany miażdżącą większością głosów. Moja teściowa, która była wówczas wolontariuszką podczas wyborów na Osiedlu Brodwino, gdzie mieszkała i gdzie mieszkali też Dowgiałłowie, opowiadała potem, że przy zliczaniu głosów wysortowali zaledwie trzy czy cztery głosy, oddane na kogoś innego, reszta – ogromna sterta – to były głosy na Krzysztofa.

Zawsze ze wzruszeniem myślę, że znałam Krzysztofa od dzieciństwa i zawsze będę pamiętać pewien cudowny zimowy spacer w wigilijny poranek – Krzysztof wpadł do nas i wyciągnął na spacer Tatę i mnie. Poszliśmy do ciemniejącego lasu, po jakimś czasie Krzysztof rozpalił ogienek i wyciągnął z kieszeni bułki i kawałki kiełbasy, które, jakże niebogobojnie, upiekliśmy nad ogniem na patykach. Minęło od tego czasu 60 lat, a ja wciąż nas widzę w ciemniejącym lesie z patykami w ręku, takich obojętnych na wszystko i niezależnych – nikt nam nie powie co wolno, a czego nie wolno w lesie, w Wigilię, o zmroku. Jesteśmy wolnymi ludźmi…

Dziękuję, Krzysztofie!

I może ostatnia uwaga: Zawsze, ale to zawsze płaczę, gdy słucham tej piosenki. Też tam byłam w Gdańsku w roku 1970, w roku 1980, w roku 1981… Dopiero podczas wyborów w roku 1989 byłam w Berlinie, nie głosowałam więc na Krzysztofa tylko – jak zawsze Polacy za granicą – na kogoś z Warszawy. Niestety – nie pamiętam na kogo. Oczywiście na kogoś z naszych, ale na kogo? Nie wiem. Zawsze się łudzę, że na Gieremka albo Holoubka.

Byron o wyspach szczęśliwych (i nieszczęśliwych)

Dziękuję Agnieszce R., która mi te wiersze przypomniała


George Byron, Giaur, tłumaczył Adam Mickiewicz

Wyspy szczęśliwe! w każdej porze roku
Zarówno miłe i sercu i oku,
Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita.
Wraz nagły urok źrenice mu chwyta,
I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.
Tu szklane morza cichego oblicze
Na falach drobnych jak uśmiechu dołki,
Gór okolicznych odbija wierzchołki

Strzegące brzegów, z którymi łagodnie
Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.
Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,
I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,
I kwiecie z brzegu przyniesione miota,
Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!
Tam na skał wierzchu, u ścieku poników
Błyszczy się róża, sułtanka słowików
Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,
Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.
Śliczna i skromna, królowa ogrodów,
Nietknięta wichrem, niezwiędła od chłodów
Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,
Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.
Balsamy, których niebo jej udziela,
W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela,
Niebo wzajemnie, co dzień jej użycza
Świetnych kolorów swojego oblicza.

Tam, w polu tyle jest kwiecia dla wianków,
Tam, w lasach tyle cienia dla kochanków
Tam, groty dla nich ciosane umyśnie;
Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,
I nocą z małej czatuje galery
Na bezpiecznego żeglownika stery.
Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,
Zabrzmi gitara morskiego przechodnia
Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi
Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,
Zahacza statek, zdobycze rozdziela;
Wrzask konających miesza pieśń wesela.
Dziwna! gdy kraj ten natura obrała
Na ogród bogów, i hojnie nań zlała,
Tyle bogactwa, piękności tak wiele
Jakby we własnym zakochana dziele,
Dziwna! że dzieła własnego się zrzeka,
I dziś natura wpuszcza tu człowieka,
Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,
Ogród Edeński na nowo wyplenia,
I jako leśny dzik kwiecie wytłacza
Niepokropione znojami oracza
Ani znające ręki ogrodnika!
Tu kwiecie samo dokoła wynika,
Za tyle wdzięków, za taką obfitość
Uprasza tylko człowieka o — litość.
Dziwna! tu ziemia oddycha pokojem.

A serce ludzkie, chucią i rozbojem.
Czyż kraje światła na nowo ogarnie
Noc namiętności rządzących bezkarnie?
Patrząc myśliłbyś, że tu zbuntowani
Wojsko aniołów zwalczyli szatani,
I cherubinów trony dziś przywłaszcza
Tłum, który piekieł wyzionęła paszcza.
Tak śliczny kraj ten ojczyzna rozkoszy,
Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Przyp Admin.: Bo z Wyspami tak już jest. Jeśli są naprawdę Szczęśliwe, to ich nie ma, a jeśli są, to jednak na nic ich prośby o litość, w tej ojczyźnie rozkoszy, brzydki się tyran kryje, co je dziś pustoszy…

Malujemy jak Kubicki / Wir malen wie Kubicki

Für diese Veranstaltung malten wir, Schüler von Marianne-Cohn-Schule, neue Kunstwerke. Es war die dritte Werkstatt unter dem Titel: Wir malen wie Kubicki, diesmal unter der Leitung von Ewa Maria Slaska. Wir malten auch ein Rock für Ewa (siehe unten).

Wir werden Übermorgen ab 10 Uhr unsere Ausstellung aufhängen und laden ein ab 11 Uhr – es wird der Film gezeigt über “Hermann Stöhr und Stanisław Kubicki – zwei Vorreiter der Deutsch-Polnischen Versönung”, der während des Projekts aufgenommen war. Das war ein langes Projekt, dauerte drei Jahre und beinhaltete so viel, dass man es aus dem Kopf nicht wissen kann. Jedenfalls gab es Vorträge, Ausstellungen, Spaziergänge, Ausflüge in Berlin und in Stettin, Museum- und Bibliotheksbesuche und vieles, vieles mehr. Darunter auch unsere Malworkshops.
Also: Übermorgen um 11 Uhr wird im Regenbogen-Kino der Projektfilm gezeigt. Dabei kan man auch uns sehen 🙂

Jesteśmy uczniami szkoły specjalnej w Berlinie. Od kilku lat współpracujemy z panią Ewą Marią Slaską w ramach projektu “Hermann Stöhr – Stanisław Kubicki – dwaj prekursorzy pojednania polsko-niemieckiego”.
Kilka tygodni temu podczas lekcji przygotowaliśmy nowe prace na wtorkową wystawę w Regenbogenfabrik. Zostanie też pokazany film Michaliny Mrożek o tych dwóch odważnych ludziach i o tym projekcie. A więc i o nas 🙂 

Dziękujemy naszym partnerom, organizatorom i sponsorom.
Danke an all unsere Projektpartner, Organisatoren und Sponsoren!

IX Liceum Ogólnokształcące Stettin Szczecin
Berlinische Galerie, Berlin
Blog “ewamaria2013”, Berlin
Bogdan Twardochleb, Stettin Szczecin
Christine Ziegler, Berlin
Deutsch-Polnisches Jugendwerk, Potsdam Poczdam
Dorota Kot, Berlin
Dr. Lidia Głuchowska, Berlin Zielona Góra
Ewa Maria Slaska, Berlin
Fraueninitiative Berlin-Warschau, Berlin
Friedensbibliothek und Antikriegsmusem, Berlin
Fundacja Progressum Stettin Szczecin
Hufeisensiedlung gegen Rechts, Berlin
Jacek Bołądź, Berlin
Jochen Schmidt, Berlin
Książnica Pomorska, Stettin Szczecin
Marianne-Cohn-Schule, Berlin
Michalina Mrożek & MIMO Filmproduktion, Berlin
Museum Topographie des Terrors, Berlin
Professor St. K. Kubicki, Berlin
Programm Erasmus EU
Rathaus Kreuzberg, Berlin
Redakcja gazety szkolnej “IX Wrota”, Stettin Szczecin
Redakcja “Kuriera Szczecińskiego” i dodatku “Szkolny Pulitzer”, Stettin Szczecin
Regenbogenfabrik Kulturprogramm, Berlin
Regenbogen-Kino, Berlin
Städtepartner Stettin e.V., Berlin
Stara Rzeźnia i Projekt Łasztownia, Stettin Szczecin
Stiftung Menschenwürde und Arbeitswelt, Berlin
Uniwersytet Zielonogórski, Grünberg-Zielona Góra

Und? Haben wir etwas oder jemanden vergessen? Dann Entschuldige und meldet euch!

I kto jeszcze? Zapomnieliśmy o kimś? O jakiejś osobie lub instytucji? Jeśli tak, to przepraszamy i prosimy o natychmiastowe zgłoszenie nam tego faktu 🙂

Pamiętacie tę piosenkę?

W wersji oryginalnej oczywiście nie możecie (nie możemy) jej pamiętać, bo piosenka skończy w przyszłym roku sto lat, ale nawet w wersji ćwierć wieku późniejszej też jej nie możemy pamiętać:

Sur cette terre, ma seule joie, mon seul bonheur
C’est mon homme.
J’ai donné tout c’que j’ai, mon amour et tout mon cœur
À mon homme

Sur cette terre, ma seule joie, mon seul bonheur
C’est mon homme.
J’ai donné tout c’que j’ai, mon amour et tout mon cœur
À mon homme
Et même la nuit,
Quand je rêve, c’est de lui,
De mon homme.
Ce n’est pas qu’il soit beau, qu’il soit riche ni costaud
Mais je l’aime, c’est idiot,
Il m’fout des coups
Il m’prend mes sous,
Je suis à bout
Mais malgré tout
Que voulez-vous

Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’j’en d’viens marteau,
Dès qu’il s’approche c’est fini
Je suis à lui
Quand ses yeux sur moi se posent
Ça me rend toute chose
Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’au moindre mot
Il m’f’rait faire n’importe quoi
J’tuerais, ma foi
J’sens qu’il me rendrait infâme
Mais je n’suis qu’une femme
Et, j’l’ai tell’ment dans la peau…

Pour le quitter c’est fou ce que m’ont offert
D’autres hommes.
Entre nous, voyez-vous ils ne valent pas très cher
Tous les hommes
La femme à vrai dire
N’est faite que pour souffrir
Par les hommes.
Dans les bals, j’ai couru, afin d’l’oublier j’ai bu
Rien à faire, j’ai pas pu
Quand il m’dit: “Viens”
J’suis comme un chien
Y a pas moyen
C’est comme un lien
Qui me retient.

Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’j’en suis dingo.
Que celle qui n’a pas aussi
Connu ceci
Ose venir la première
Me j’ter la pierre.
En avoir un dans la peau
C’est l’pire des maux
Mais c’est connaître l’amour
Sous son vrai jour
Et j’dis qu’il faut qu’on pardonne
Quand une femme se donne
À l’homme qu’elle a dans la peau
À l’homme qu’elle a dans la peau
C’est mon homme, c’est mon homme
Un homme que j’ai dans la peau
Un homme que j’ai dans la peau
C’est mon homme
C’est mon homme, c’est mon homme, c’est mon homme


Ale w tej… o, w tej wersji słuchaliśmy jej wszyscy i być może to ona odpowiadała za nasze pierwsze uniesienia erotyczne (przynajmniej tak wynika z powieści Ni pies, ni wydra Wiki Korb, berlińskiej pisarki, o jej ostatnim roku w Polsce – przed i po Marcu 1968):
Blady Niko!

Grzegorz, który zrobił to wideo i wstawił tę piosenkę na youtube’a napisał:

Barbara Rylska — Blady Niko (Pale Nico) (Original French title: Mon Homme) (Muz. Maurice Yvain, Tekst: Stanisław Ratold) Recorded by Muza, 33 rpm. (Warsaw, Poland ca 1967)

“Mon Homme” (Polish title: Blady Niko, meaning in English: Pale Nico) was a great hit of the early 1920s, composed in Paris by Maurice Yvain and made famous in 1922 by Mistinguett – la grande vedette of the cabarets of Paris. Originally composed as a Fox-Trot, it was sung by her more “a la maniere du chanson artistique”. During its long and worldwide career, that song was sung by many artists also as tango – such was first Polish recording of “Blady Niko”, made in Warsaw in 1922 for Syrena Grand Rekord by a cabaret singer Stanisław Ratold, who was also author of the Polish text – full of passion and desire. I never heard that version, but only with an utmost effort of my imagination I can see a man! — confessing in public such heartbreaking story of his mad love for a criminal hunk Blady Niko, who: “beats me to blood, takes away my money but when he approaches to kiss me, every nerve trembles in my flesh” 🙂

Now, I am presenting “Mon Homme” (Blady Niko) performed as ultra-hot tango and recorded in late 1960s in Warsaw, by Barbara Rylska. In a communist Poland, Rylska was one of these wonderful stage artists who were able to recall with taste and refinement — in almost perfectly mimetic way and with only a discreet parodistic touch — the atmosphere and style of legendary pre-war cabarets and music theatres of Warsaw. The hot apache-tango “Blady Niko” sung by Rylska’s low and slightly harsh voice belongs, no doubt to her peak achievements. What a great loss for Polish stages was her withdrawal from artistic career, in the end of the 1970s!


Piosenkę śpiewały wszystkie liczące się piosenkarki na świecie. Tu Billie Holiday:

Although the song originated in France — where it was a hit for Mistinguett in 1916 — it was popularized in the English speaking world in the 1920s with the 1921 recording by Ziegfeld Follies singer Fanny Brice. The song was a hit, and the record eventually earned a Grammy Hall of Fame Award for Brice in 1999.

The ballad version recorded by Brice was modified by Billie Holiday, who introduced a jazz/blues recording of “My Man.” Holiday’s version was also successful, although the song continued to be associated with Brice. Over the years, other artists from both the United States and abroad covered the song, though none of the artists achieved as much success as Brice and Holliday. One notable version was a 1940s recording by Edith Piaf, the most notable recording of “Mon Homme” in its original language.

Peggy Lee recorded the song for her 1959 album “I Like Men!” Her arrangement is very minimalistic, with the drums predominant in the mix.

In 1965, the song was covered by Barbra Streisand, the then-rising star of the hit Broadway musical, Funny Girl, a semi-biographical account of Fanny Brice’s life. Streisand’s cover became a minor commercial success, and was also included on the album My Name Is Barbra and in the film adaptation of Funny Girl. Her emotional rendition of “My Man” as the film’s finale drew additional critical praise to an already lauded performance that earned her the Academy Award for Best Actress in 1968.

Diana Ross performed the song in her final concert appearance as a Supreme at the Frontier Hotel in Las Vegas, Nevada, on January 14, 1970. Her performance was recorded & later released on the 1970 live album, Farewell. Ross adopted Billie Holiday’s jazz and blues version rather than the Brice or Streisand versions. In 1972, Ross recorded “My Man” again for the soundtrack for the film Lady Sings the Blues, in which she portrayed music legend Billie Holiday. The soundtrack album peaked at #1 on Billboard’s Pop albums chart, reportedly selling over 300,000 copies during its first eight days of release. Ross’ acting received critical acclaim and Golden Globe and Academy Award nominations for Best Actress; she won the Golden Globe award for “Most Promising Newcomer.” Ross’ second version of the song was a revival of Holiday’s jazz/blues reading. Ross gave one of her most critically hailed performances of the song in 1979 at Caesars Palace, Las Vegas, Nevada, which was recorded for an HBO concert special during her “The Boss” world tour.

It’s cost me a lot
But there’s one thing
That I’ve got
It’s my man
It’s my man
Cold and wet
Tired you bet
All of this I’ll soon forget
With my man
He’s not much on looks
He’s no hero out of books
But I love him
Yes, I love him
Two or three
Girls has he
That he likes as well as me
But I love him
I don’t know why I should
He isn’t true
He beats me too
What can I do?(refrain)
Oh my man I love him so
He’ll never know
All my life is just despair
But I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright
All right
What’s the difference if I say
I’ll go away
When I know I’ll come back on
My knees someday
For whatever my man is
I’m his forever more
Oh, my man, I love him so, he’ll never know
All my life is just despair, but I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright, all right…
What’s the difference if I say I’ll go away
When I know I’ll come back on my knee someday
For whatever my man is, I am his forever more
It cost me a lot,
But there’s one thing that I’ve got, it’s my man
Cold and wet tired, you bet,
But all that I soon forget with my man
He’s not much for looks
And no hero out of books is my man
Two or three girls has he
That he likes as well as me, but I love him…
Oh, my man, I love him so, he’ll never know
All my life is just despair, but I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright, all right…
What’s the difference if I say I’ll go away
When I know I’ll come back on my knee someday
For whatever my man is, I am his forever more…

O dziwo, nie znalazłam tej piosenki w wersji niemieckiej, choć przecież powinny ją były śpiewać Claire Waldoff, Zarah Leander i Marlene Dietrich, natomiast jest jej wersja hiszpańska, nagrana przez Maruję Garrido z… Salvadorem Dali w roli tego obłędnego mążczyzny, którego śpiewająca kobieta kocha bez pamięci.

Fińska lekcja

Jarosław Suchoples

W ostatnich dniach przez polską prasę przetacza się dyskusja o tym, jak to możliwe, że Finlandii premierem została 34-letnia kobieta, a większość członków jej gabinetu to również panie. Wśród głosów zdziwienia lub zachwytu nie znalazłem jednak właściwie niczego, co tłumaczyłoby polskim czytelnikom w sensowny sposób ten fiński, a w nieco szerszym kontekście północnoeuropejski fenomen.

Dlaczego więc w Finlandii 34-letnia kobieta na czele rządu to nic dziwnego (nic dziwnego dla Finów)? Polscy dziennikarze właśnie po raz kolejny odkryli Amerykę. I nie bardzo wiedzą, jak to odkrycie wytłumaczyć. Próbują konstruować swoje teksty albo w oparciu o biadolenie, że na szczytach władzy na świecie za mało jest kobiet, a Europa Północna to chlubny wyjątek (niestety, nie tłumaczą, z czego się ten wyjątek wziął), albo wpisują się w feministyczną narrację o tym, że świat jest zbyt mało kobiecy, tylko akurat na północy Europy jest bardziej kobiecy (i też nie tłumaczą dlaczego).

No właśnie, dlaczego światem Europy Północnej, bardziej niż gdzie indziej, rządzą kobiety? Odpowiedź jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Najkrócej można by powiedzieć – “historia (i geografia, i klimat), głupcze!”

Zacznijmy od historii, trwających dziesiątki, a nawet setki lat procesów emancypacyjnych. Gdy w XVI wieku do władzy w Królestwie Szwecji, którego częścią Finlandia była wtedy, doszedł Gustaw Waza, skoncentrował się on na ugruntowaniu swej władzy monarszej,  założeniu dynastii i umocnieniu państwa, które dzięki temu nie mogło już stać się łatwym łupem zaborczych sąsiadów (brzmi znajomo, co?) Po to, by mieć pieniądze na utrzymanie dworu, administracji i armii, król przeszedł na luteranizm i skonfiskował majątek kościoła. Pastorzy stali się z czasem urzędnikami państwowymi, których państwo wynagradzało, ale i od których wymagało. Wymagało między innymi transmitowania do głów ludu bożego (wolnych chłopów – Szwecja i Finlandia nie znały pańszczyzny) treści zgodnych z programem państwa, a był on na wskroś pragmatyczny: czasy wikingów się już dawno skończyły, lud boży ma pracować, wystrzegać się pijaństwa, złodziejstwa i wszelkiego występku, przestrzegać prawa i płacić podatki.

W zamian władca otaczał poddanych opieką, tworząc sprawnie funkcjonujące państwo, co leżało i w jego interesie, i w interesie poddanych (zapewniał porządek prawny, spokój wewnętrzny, udział we władzy ustawodawczej i możliwość szybkiego wzbogacenia się poprzez udział w łupieżczych wyprawach wojennych, których ofiarą w wieku XVII stała się również Polska, ale przecież strach przed szwedzkim orężem znali też Duńczycy, Rosjanie, Niemcy, a nawet Czesi). Królowie, opierający swoją władzę na wsparciu otrzymywanym od stanu trzeciego, mogli pokusić się zarówno o złamanie potęgi arystokracji (z czasem stała się ona bazą warstwy urzędniczej, korzystającej nadal ze swego bogactwa, wykształcenia i ogłady, ale pozbawionej już władzy politycznej), jak i próbę stworzenia przynajmniej regionalnego mocarstwa. Niejako przy okazji chłopi i mieszczanie również korzystali z  wolności. Jedni lepiej, inni gorzej, jedni wykorzystując nadarzające się okazje, a inni tracąc je lub przeoczając, ale czyniąc to na własny rachunek i odpowiedzialność.

Tutaj dochodzimy do pierwszego warunku emancypacji kobiet z północy kontynentu. Skoro chłopska rodzina musiała się na własny rachunek utrzymać na gospodarstwie, którego ziemia specjalnie urodzajna nie była, a warunki klimatyczne (długie zimy) nie rozpieszczały, to stała ona przed prostym wyborem: albo wszyscy razem pracujemy po to, żeby razem przeżyć, albo razem zginiemy, jeśli zaczniemy “wydziwiać”, np. dzielić prace na męskie i kobiece. Mróz i głód nie zapytają czyś mężczyzną, czy kobietą. Spiżarnia musi być przed zimą pełna, dom zaopatrzony i wyremontowany, a kto to zrobi (lub nie), to już Wasza sprawa.

Wojny prowadzone przez Szwedów i Finów (tak, tak, szwedzka kawaleria składała się głównie z Finów, którzy na swoich małych, a silnych koniach siali, tak jak niegdyś Mongołowie, popłoch w szergach przeciwników) kosztowały jednak życie wielu ich żołnierzy, a ubytek ten w słabo zaludnionym Królestwie Trzech Koron trudny był do zrekompensowania. Mąż ruszał na wojnę, żona i dzieci zostawały same. Czasem na wiele lat, a czasem na zawsze. To ona musiała przejąć wszystkie obowiązki, nakarmić rodzinę i zapłacić podatki. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że falę funkcjonalnej emancypacji Szwecja, a wraz z nią Finlandia praktykowała przez całe stulecia, począwszy od wieku XVI, podzas gdy reszta Europy miała z nią do czynienia dopiero w wieku XIX, w epoce napoleońskiej (ok. 25 lat) i w wieku XX, w czasie I wojny światowej (4 lata).

Przejście ziem fińskich w roku 1809 pod panowanie rosyjskie nie oznaczało zerwania z dotychczasowymi schematami. W Finlandii nadal obowiązywało szwedzkie prawo, a kraj cieszył się autonomią, która szczególnie po 1863 roku zataczała coraz szersze kręgi. Przydał się tutaj bardzo zależny od państwa (również od Cesarstwa Rosyjskiego) kościół luterański. To w oparciu o jego struktury stworzono efektywny system wiejskiej edukacji (w kraju, gdzie miast prawie nie było, można w zasadzie uznać go za system edukacji narodowej). To wiejski pastor organizował szkołę i uczył dzieci. Religii również, ale przede wszystkim pisania, czytania i podstawowej wiedzy o świecie. Z czasem, po sieci szkół elementarnych, zaczęto tworzyć sieć szkół średnich. Zwieńczeniem systemu było istnienie znakomitego Uniwersytetu Helsińskiego, kuźni kadr administracji kraju, który był oczkiem w głowie wielkich książąt Finlandii, czyli carów Rosji.

Ludzie, którzy umieją czytać, muszą mieć co czytać. I co robić. Nie dziwi więc eksplozja fińskiej prasy, dla kobiet i mężczyzn, rozwój klubów i stowarzyszeń, a wreszcie partii politycznych. Wszędzie tam fińskie kobiety były aktywne w zasadzie od samego początku. Przy tym miały one, moim przynajmniej zdaniem, pewną przewagę. Wciąż było ich więcej. Mężczyźni wędrowali często za pracą, chociażby do pobliskiego St. Petersburga. Nierzadko też emigrowali za ocean, pozostawiając rodziny. I znowu to kobiety musiały stawić, często samotnie, czoła życiowym wyzwaniom. Nic więc dziwnego, że symbolem fińskiej kobiety są jej niezliczone klucze i kluczyki od drzwi, szaf i szuflad całego domostwa. To ona zań odpowiadała. A mąż? Nawet jeśli wrócił, to i tak nie wiedział, gdzie i co się znajduje, a poza tym, to nie on już w domu rządził. W domu był gościem i to nieraz kłopotliwym (ach to pijaństwo i skłonność do przemocy!)

Czymś naturalnym było więc, że kiedy w 1906 roku przeprowadzono reformę parlamentu i systemu wyborczego, kobiety uzyskały w Finlandii prawo do wybierania posłów i prawo bycia wybieranymi jak posłanki. W pierwszym powołanym według nowych zasad parlamencie było ich 19, to znaczy 9,5% ogółu posłów. To był rok 1907. A później już poszło… Jeszcze nie w okresie międzywojennym (wtedy kobiety działały w partiach politycznych i w parlamencie), ale jakieś 25-30 lat po II wojnie światowej już tak, i to nie tylko coraz aktywniej w polityce, ale i w biznesie. Przyszedł czas na pierwsze kobiety ministrów, przewodniczące parlamentu i piastujące urząd prezydenta czy prezesek i członkiń zarządu dużych firm. Dlatego powołanie Sanny Marin na stanowisko premiera rządu to najnaturalniejsza sprawa pod słońcem. I chyba tylko w tak bardzo zajętej sobą Polsce może to stanowić sensację.

Jej premierostwo to również egzemplifikacja fińskiego pragmatyzmu i koncepcji społeczeństwa. Przecież pięcio i pół milionowy naród nie może zrezygnować z połowy, z grubsza rzecz biorąc z połowy, talentu, pracowitości i poświęcenia swoich obywateli (przepraszam, obywatelek). Nie może też powiedzieć połowie z nich, że są gorsi albo że się do czegoś nie nadają. W państwie, którego fundamentem są dwie zasady: poszanowanie prawa i bezwględna równość wszystkich jego dzieci, to po prostu niemożliwe. Czasem wydaje mi się, że ta równość, to jakiś fetysz Finów, ale chyba lepiej tak, niż jakieś dziwaczne podziały na pierwszy sort i inne, panów i chamów, patriotów i zdrajców itd.

Chyba dlatego Polacy Finlandii mogą zazdrościć (przynajmniej niektórzy). Jednak trzeba mieć świadomość, że w Polsce szybko drugiej Finlandii czy Szwecji dla kobiet i wszystkich innych jej mieszkańców nie stworzymy. Najpierw musielibyśmy przekształcić w ekspresowym tempie nasz katolicki kościół w instytucję służącą państwu na wszystkich frontach (kościół luterański jako element systemu obrony państwa – zgrabny temacik na zupełnie inną pogadankę; inną, ale jakby nie do końca), stworzyć rozsądny system edukacji i nie “reformować” go co 4 albo 8 lat, i jeszcze mieć rządy, których absolutnym priorytetem byłoby umacnianie praworządności w kraju i świadomości prawnej wśród jego obywateli oraz koncepcji równości, równości wobec prawa i siebie nawzajem z żelazną konsekwencją, nieznającą albo prawie nieznającą wyjątków. Pewnych spraw nie przeskoczymy. Trzeba je w mozole przerobić i przetrawić. I chociaż dzisiaj wszystko dzieje się dużo szybciej niż w XVII wieku, to wciąż mówimy o czasie liczonym nie w latach, a w pokoleniach. Równość płci nigdy nie była w Finlandii czy w ogóle w Europie Północnej celem samym w sobie. To “tylko” efekt pewnej drogi rozwoju państwa i społeczeństwa. Tylko tyle i aż tyle. To trochę jak z hokejem. W 1976 roku w czasie mistrzostw świata w Katowicach Polska grała z Finlandią dwa razy. Było 3:3 i 5:5. Dzisiaj Finlandia jest mistrzem świata, a gdzie jest polski hokej? Niestety, bez pracy, konsekwencji, wysiłku popartego dobrym planem…, ale o czym ja właściwie piszę.

A tak w ogóle to Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hyvää joulua ja onnellista uutta vuotta!


Jarek Suchoples jest profesorem wizytującym w Instytucie Sztuki, Muzyki i Badań nad Kulturą Uniwersytetu w Jyväskylä. W latach 2017-2019 był Ambasadorem RP w Finlandii

Tokarczuk a mandat

Kolejny wpis na temat Olgi Tokarczuk

Marek Włodarczak

Inspiracje literackie

Oldze Tokarczuk zawdzięczam trzy inspiracje i jeden mandat. By o tym opowiedzieć muszę na wstępie opisać szyk marszowy pochodu cywilizacyjnego. Pozwolę sobie sięgnąć do doświadczeń z wojska, gdzie ćwiczyliśmy przemarsz w warunkach bojowych. Pierwsi szli zwiadowcy, za nimi awangarda gotowa do spotkania z wrogiem, dalej główna kolumna, a za nią straż tylna, wyłapująca dezerterów.

Chyba każdy się zgodzi, że rolę zwiadu w pochodzie cywilizacyjnym pełni nauka, a w szczególności fizyka. Straż przednią formują wynalazcy i inżynierowie, którzy odkrycia nauki przekuwają na wynalazki służące dobru ludzkości. Dalej z większym, a częściej mniejszym, zapałem kroczy główna kolumna czyli lud pracująco-konsumujący, bez którego to wszystko nie miałoby sensu. Na końcu idą psychiatrzy, wyłapujący dezerterów, którzy próbują ich zawrócić na drogę pracy i konsumpcji.

Markietanki

Napoleon zauważył, że częstym powodem dezercji były dziewczyny pozostawione w rodzinnej wsi. Włączając do kampanii wojennej markietanki, znacznie zredukował ilość dezercji, a i bitność wojska wzrosła. No tak, markietanki dając żołnierzom namiastkę miłości, skutecznie ich odwodziły od myśli o dezercji. W czasie przemarszu z oczywistych powodów markietanki szły między główną kolumną a strażą tylną.

Pod hasłem „Wystarczy pomyśleć, że jest dobrze i już jest dobrze” w Kłodzku odbywało się spotkanie z Olgą Tokarczuk, poświęcone książce Moment niedźwiedzia. Pomyślałem wtedy, że sztuka, dając nam namiastkę czegoś nieokreślonego, za czym tęsknimy, chroni nas przed szaleństwem i niczym te markietanki ogranicza dezercje, a przy okazji w poniedziałek po sobotnim koncercie mamy większy zapał do pracy. Słusznym zatem się wydaje umieścić sztukę między ludem pracującym a oddziałem psychiatrów.

Bieguni

Opis pochodu cywilizacyjnego wydawał mi się coraz bardzo sensowny, ale miałem kłopot z umiejscowieniem religii. Kiedyś będąc u Heni, Królowej Madagaskaru, wziąłem do ręki książkę Bieguni. Pytam o czym jest ta książka? A Henia na to – o tobie. Przygotowując dysertację doktorską z teorii literatury, wpadłem na trop Biblii Cygańskiej. Cyganie zgubili swoją Biblię, rozsypała się po całym świecie, a oni odtąd wędrowali w jej poszukiwaniu. Zrezygnowałem z pisania doktoratu i rozpocząłem poszukiwania w miejscu, gdzie Cyganie je przerwali. Szybko okazało się, że Biblia Cygańska ma się do Biblii tak jak fizyka doświadczalna do fizyki teoretycznej. Fizyka teoretyczna dodaje skrzydeł doświadczalnej, a doświadczalna niczym Dedal pilnuje, by teoretyczna nie leciała ani za wysoko, ani za nisko. Na okładce Biegunów znalazłem taką notatkę. Bieguni – odłam starowierców… Uważali, że zło ma największą moc, gdy człowiek stanie w miejscu. Jedynym sposobem ratunku przed złem jest podróż, ruch.

Z moich peregrynacji wyłania się trochę inny obraz. A w nim dwa sposoby czynienia ziemi sobie poddaną: właściwy i niewłaściwy. Ten niewłaściwy proponuję nazwać za tłumaczami Biblii Poznańskiej „ujarzmianiem ziemi”. Jakie niesie to z sobą skutki i ile zła, my, współcześni, coraz lepiej sobie uświadamiamy. Ujarzmianie związane jest z życiem osiadłym, a wręcz zmusza do osiadłego życia. Ruchliwość związana z transportem nie ma tu nic do rzeczy. Tylko piesza wędrówka sprzyja właściwemu czynieniu ziemi sobie poddaną. Zło, które nierozłącznie towarzyszy ujarzmianiu, stało się kamieniem węgielnym religii, etyki, w końcu państwa z jego organami wymiaru sprawiedliwości. Gdy Bóg nie przyjął od Kaina ofiary, ten się zachmurzył. Wtedy Bóg mówi: Dobrze czynił będziesz (ziemię sobie poddaną) nie będziesz wywyższon, źle czynił będziesz, grzech stoi u twoich drzwi, ty nad nim panować będziesz. (I wtedy będę wywyższon?- pyta Kain. A Bóg: Wtedy będziesz.) ( W nawiasach moje uzupełnienia.)

Między Taborem a Golgotą

W czasie swojego występu na Festiwalu Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku artyści Łodzi Kaliskiej czytali teksty różnych intelektualistów. W jednym z nich autor zastanawiał się, jak to się stało, że cywilizacja europejska zdominowała wszystkie inne, choć np. chińska czy japońska były bardziej rozwinięte i przygotowane do sprawowania hegemonii. Prawdopodobnie miało to związek z chrześcijaństwem.

Czytając Księgi Jakubowe zastosowałem trik wzięty z fizyki. Fizycy w pewnych okolicznościach stosują rachunek zaburzeń. Dodają do prostych zagadnień, których rozwiązanie znają, małe zaburzenie, a po przybliżonym rozwiązaniu, redukują zaburzenie do zera, co pozwala skorygować rozwiązanie początkowe.

Pozwoliłem sobie na lekturę Ksiąg Jakubowych tak, jakbym czytał piątą ewangelię. Wprowadzając małe zaburzenie nabierałem dystansu do pozostałych i wtedy pojawiła się taka myśl: Słowa „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” nie mogły paść z ust syna Bożego. Przecież Bóg nikogo by nie opuścił, nawet Antychrysta. Takie słowa mogły paść tylko z ust Antychrysta, który opuściwszy Boga, zwala na niego winę. Bardzo kusząca i niebezpieczna hipoteza i trudno było mi sobie z nią poradzić.

Szczęśliwie się złożyło, że krótko po tym Ewa Maria opublikowała na swoim blogu mój tekst pt. Historia Świata według EKSK. Zarówno ona jak i komentujący sugerowali, że Tabor Regresywny (co było wówczas wciąż jeszcze moim pseudonimem peregrynacyjno-artystycznym) nawiązuje do transfiguracji Jezusa na górze Tabor. I od razu pojawiło się pytanie – jaka transfiguracja, po co?
Myśl wydawała się niemożliwa, ale… Czyżby Chrystus dokonał przemiany w Antychrysta, a w ostatnim tchnieniu chciał nas o tym poinformować? Może dlatego mówi do kobiet „Nie płaczcie nade mną, płaczcie raczej nad sobą i nad swoimi dziećmi, bo nadchodzą dni, kiedy będą mówić: Szczęśliwe niepłodne, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”.
Wystarczy, dalej nawet nie mogę pisać.
Umarł za nasze grzechy, a więc można podbijać, zniewalać oszukiwać, wyrzynać, kosić, betonować i asfaltować, ignorować zmiany klimatyczne, a jak by co, to przyjdzie i nas zbawi. Nie przyjdzie, bo obstawiliśmy się krzyżami, a On mdleje na widok krzyża. Taki uraz psychiczny po przygodzie w Jerozolimie.

Mandat karny

Gdy o trzeciej w nocy, przechodząc przez dwupasmowe skrzyżowanie na czerwonych światłach, zobaczyłem patrol policyjny, na moment się zawahałem. Wtedy przypomniało mi się spotkanie autorskie z Olgą, która poruszyła problem przechodzenia na czerwonym świetle, gdy ulica jest pusta. Podzielając zdanie pisarki, stanąłem przed dylematem, a co jeśli w pobliżu jest patrol policyjny? Przecież nie będę zmieniał przekonań ze względu na patrol. Gdy ruszyłem przez drugi pas, policjanci nie wytrzymali. Wypisując mi mandat, dziwili się dlaczego szedłem dalej, mimo że ich widziałem? Zacząłem się zastanawiać, co Olga zrobiłaby na moim miejscu? Czy pisarz przekraczający granice wyobraźni narracyjnej, powinien również przekraczać granice życia. Wydaje mi się, że nie, że to by ograniczało jego wyobraźnię narracyjną, zafundowałby sobie autocenzurę, ukrócił wodze fantazji. Pisarz niczym przemytnik doprowadza do granicy, ale sam jej nie przekracza. Co byśmy zrobili bez przemytników?

Nagroda. Tokarczuk.

Fragment auf Deutsch: ganz unten;
ganze Beiträge auf Deutsch – vorgestern sowie morgen

Od kiedy ukazali się Bieguni, wiedziałam, że tak będzie. I z uporem maniaka powtarzałam: Tokarczuk pracuje na Nobla i dostanie Nobla. No i dziś go dostanie.

Z tej okazji poprosiłam moich blogowiczów o napisanie, zadedykowanie bądź zacytowanie czegoś, co podkreśli ważność tego dnia. To zdjęcie też zostało skomponowane do tego wpisu. Myślałam, że teksty i przemyślenia zaproszonych do zabawy autorów, opublikuję w jednym wpisie w kolejności ich napływania. Jednak tak się nie dało. Posty o Tokarczuk wyparły z bloga wszystko, co było zaplanowane i zmiotły z powierzchni wszystkie ustalone od dawna terminy.

Wpis Arkadiusza Łuby został opublikowany już w poniedziałek (zob. TU), Eli Kargol wczoraj (TU), następny tekst Łuby będzie jutro (TU), Marka Włodarczaka TU. Zapraszam. A wszystkich, którzy czekają na  następne zapiski niespiesznego cyklisty lub chcą się dowiedzieć, co robią kolejni sąsiedzi, muszą poczekać, aż minie  szaleństwo związane z nagrodą Nobla.

I pomyśleć, że facet wynalazł dynamit. Niby wiem to od dawna, niby wszyscy to wiemy, ale mimo to straszne…

Krystyna Koziewicz

A nie mówiłam…

Czasami zdarzało  mi się coś intuicyjnie przewidzieć, niekiedy moje myśli spełniły się w życiu naprawdę, obróciły jakby w „złoto”. Tak było po przeczytaniu książki Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”, która mnie do tego stopnia zafascynowała, że sobie wtedy pomyślałam, tu cytuję… “jeśli ta książka nie otrzyma Nobla, to upadł bezpowrotnie międzynarodowy prestiż tej nagrody literackiej”. Miałam rację, co mnie niezmiernie ucieszyło – wartości uniwersalne przekonały gremium, przyznające nagrodę. Gratulacje dla Olgi Tokarczuk!

Zdjęcia zrobione przez Autorkę (z ukrycia) podczas Berlinale roku 2017, kiedy to film POKOT zsotał nagrodzony Srebrnym Niedzwiedziem – reżyseria Agnieszka Holland, scenariusz wg powieści Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych.


Teresa Rudolf

Kręć się, kręć wrzeciono!

Słowo do słowa,
a tam wzorek, a tam pytanie,
a tam zagadka, a tam zdziwienie.

Słowo do słowa,
a tam smutek, a tam radość,
a tam wypadło oczko…

Słowo do słowa,
a tu już utkany z liter szal,
z Krakowa do Wiednia.

Słowo, do słowa,
a tam już nowy wzorek,
ciąg dalszy nastąpi.

Pisać, znaczy tkać
z myśli, emocji, zdarzeń
a czasem pruć, by znow tkać.

Pisać, znaczy tkać,
kolorowo lub szaro,
w głowie i sercu…

we własnym domku,
na własnym wzgórku,
na własnym wrzecionku…

W sobie,  dla siebie,
zanim ktoś inny….
zanim ty, lub ty, to zobaczysz…


Julita Bielak

Dwie twarze i filiżanka herbaty

Fotografie oddychają czy też: mają swoje tchnienie. Możemy doskonale objąć ich zawartość, zgłębić ich kompozycję, umieścić je w dziejach sztuki, zrozumieć emocje, jakie wywołują. Jeśli jednak nie poczujemy na twarzy ich tchnienia, nie poczekamy na chwilę, gdy je z siebie wypuszczą, przejdziemy mimo nich.

Marek Bieńczyk, Książka twarzy

Jej przeszłość wydawała mi się biało-czarna, jak stary film. Ludzie poruszali się w niej nerwowo i szybciej niż w rzeczywistości. Wszystko tam było jakieś toporne, nie miało głębi.

Olga Tokarczuk, Gra na wielu bębenkach, Szkocki miesiąc

Na klasowym spotkaniu po latach zapytałam pewnego poetę, co czyta: „Życie każdego z nas jest książką, nie sądzisz?” – odpowiedział. Nie sądziłam, moje przypominało wówczas stary program w muzycznej telewizji Dzika szafa grająca albo co najwyżej poradnik Drewno moje hobby. Tomasz Pągowski, z zawodu konserwator drewna zabytkowego, mawia, że choćbyś nie wiem, jak się wiórami upieprzył, to zawsze ładnie pachniesz. Pewnie istnieją wyjątki.

Dopiero w liście ów poeta, może targany wyrzutami sumienia, że mnie zbył, przyznał, że spośród polskich pisarzy najwyżej ceni Olgę Tokarczuk. – Czyta Tokarczuk – powtarzałam. To „czyta Tokarczuk” chodziło za mną, niepokoiło. Z księgarni przyniosłam Księgi Jakubowe, które z punktu uznałam za wyzwanie. Nie myliłam się, zakładka długo tkwiła na siedemnastej stronie, tam, gdzie zwykle pieczątkę stawiają biblioteki. Nie rezygnowałam, na Literackim Sopocie do Ksiąg… dokupiłam Grę na wielu bębenkach, opowiadania przeczytałam w jeden wieczór. Następnego dnia wróciłam do Ksiąg…, już wiedziałam, jak je czytać.

W jednym z wywiadów Andrzej Piaseczny opowiedział o mailu otrzymanym od nieznanej mu dziewczyny: „Niedawno umarł mój mąż, miał tyle lat, co Ty. Dzisiaj w samochodowym radiu usłyszałam Twoją piosenkę ‘Przyjdź, przytul, przebacz’, nie mogłam powstrzymać łez. To nie Ty ją napisałeś, napisało ją moje życie”. Opowiadania Olgi Tokarczuk stały się moją znaczącą lekturą, zaczynam zawsze od początku, docieram do Tancerki i każde „Kochany Tatusiu” dławi mnie w gardło. Jest styczną obrazów literackich i mojego życia. Powrotem do czegoś, czego już nie ma, a może w ogóle nie było.


EMS: 25 lat temu, w czwartym numerze wydawanego przeze mnie wówczas polsko-niemieckiego czasopisma literackiego WIR, znalazł się wywiad Judith Büsser z Olgą Tokarczuk. Olga była już znaną pisarką, po EE, Prawieku i Podróży ludzi Księgi wiadomo było, że pojawił się Ktoś.

Judith Büsser, Sny są ważną częścią życia (przedruk)

Olgo, jakie masz tempo pisania?

Myślę dosyć długo, zanim zacznę pisać.

A potem, pewnego dnia wychodzi gotowy tekst?

(…) Jedyne , co mogę powiedzieć to to, że tę książkę pisałam w amoku. Ty jako czytelniczka odbierasz tę energię, którą ja jako autorka wkładałam w tekst, a tej energii było dużo. Pisałam w ogromnym napięciu. Ale jest też mnóstwo materiału, który nie został wykorzystany, a był napisany. Pod koniec cięłam, bardzo dużo wyrzucałam. Bardzo mi zależało, żeby forma była zwarta. (…)

Każdy z rozdziałów jest w gruncie rzeczy krótkim, zamkniętym w sobie opowiadaniem.

Jeśli będę pisała jeszcze coś, to właśnie w taki sposób, ponieważ tak myślę – krótkimi historiami. Łatwiejsza jest dla mnie krótka forma. Jestem zbyt niecierpliwa, żeby długo utrzymać napięcie.

Postaci w twojej powieści miewają zdumiewająco dużo snów.

Sny są ważną sferą życia. Nie można robić prób opisania czyjegoś życia, pomijając sny. (…)


Ewa Maria Slaska

Dokładnie przed stu laty, 10 grudnia 1919 roku, Marcel Proust otrzymał najważniejszą francuską nagrodę literacką – nagrodę Goncourtów – za drugi tom swojego Dzieła, które potem urosło do wymiarów siedmiotomowego ARCYdzieła: W poszukiwaniu straconego czasu. Była to pierwsza książka wydana we Francji natychmiast po zakończeniu I wojny światowej.

Czy coś z tego wynika? Czy te dwie daty łączą się ze sobą? Zapewne nie, zapewne zwykła to koincydencja, jakich w naszym życiu tak wiele, że czasem ich nawet nie zauważamy. Ale jakoś dobrze się czuję z tą myślą, że sto lat temu Proust, mój Autor naj naj naj, a dziś Tokarczuk, nasza Autorka naj naj naj… Niech i o niej za sto lat ludzie myślą, niech o niej pamiętają, wciąż ją czytają i znajdują w jej książkach ważne dla siebie przemyślenia, tak jak my czytamy Prousta i pomaga on nam zrozumieć w życiu tyle spraw, przede wszystkim nas samych.


trzydzieści lat temu umarł mur wokół nas,
ale odrodził się w sercach;
sytuacja nie jest jednak beznadziejna;
byłem i jestem zdania wilhelma reicha,
że jeśli ktoś chce pokonać totalitaryzm,
to powinien zacząć od samego siebie;
właściwie od dziecka to, niełatwe, zadanie podjęli pani olga tokarczuk i  pan peter handke,
tegoroczni nobliści, ludzie, nie tylko literacko, niepospolici
gratulacje!

tibor jagielski
berlin, grudzień, roku dwa tysiące dziewiętnastego


Monika Wrzosek-Müller

Der Preis für Olga Tokarczuk war für meine Generation erstaunlicherweise eine große Genugtuung. Das höre und lese ich aus verschiedenen Aussagen und Notizen, die jetzt erscheinen. Es ist nicht einmal ein Gefühl des Stolzes, aber eine Erleichterung und Zufriedenheit, dass polnische Literatur, unsere oft weit ausschweifende Ausbildung belohnt wurde. Beim Nobelpreis für Szymborska dachte ich, niemand schreibt einfach so leichte und ironische Gedichte. Es hatte aber für mich wenig mit uns Polen zu tun und noch weniger mit denen, die im Ausland leben und am wenigsten mit mir. Warum also jetzt die Wärme, frohe Stimmung und Erleichterung bei Tokarczuk? Ich persönlich war durch „Unrast“ auf die Autorin aufmerksam geworden. Was ich bei ihr spüre, ist die Lust sich mit der Sprache auseinanderzusetzen, den Worten, der Erzählung, der großen epischen Form einen Platz zu geben. Ich denke, sie wird zu einer Symbolfigur für das bessere, intellektuelle und offene Polen, das mit den Wurzeln in der Heimat verankert ist aber sie nicht glorifiziert. Für uns junge und ältere DZIEWCZYNY ist sie die nächste Polin, die die Auszeichnung bekommt und damit uns anspornt, besänftigt und herausfordert! Bravo!


I na zakończenie: TU, czytaj i słuchaj. Wykład noblowski, wygłoszony przez Tokarczuk w minioną sobotę!

Tokarczuk (Barataria)

To bardzo naciągane, wiem, ale proszę – oto powód, dla którego dzisiejszy wpis, kolejny na drodze Olgi Tokarczuk po nagrodę Nobla, może, skoro został opublikowany w poniedziałek, który jak wiadomo jest dniem Baratarii, zostać zakwalifikowany jako przyczynek baratarystyczny:

Ba, przyczynek na temat całkowicie nieznany. Widzicie to, co ja, prawda? Erich Kästner erzählt Till Eulenspiegel, Münchhausen, Don Quichotte, Die Schildbürger, Gullivers Reisen.

Erich Kästner opowiada Dyla Sowizdrzała, Barona Münchhausena, Don Kichota, Podróże Guliwera i Opowieści kołtuńskie.

Don Kichot opowiedziany przez autora Ani czy Mani, Latającej klasy, Emila i detektywów. A w tej opowieści jest być może również Barataria. A ja? A ja nie znam tej książki, zobaczyłam ją przed chwilą na zdjęciu Eli i nie mam wyjścia, jest godzina 23, niczego już nie dogonię, nie przeczytam, oddaję głos autorce.

Ela Kargol

W poszukiwaniu książek Olgi Tokarczuk

Może nie mam wszystkich, ale mam kilka. Rozrzucone po mieszkaniu, raczej na półkach z książkami, a książki w półki składane są u mnie bez żadnego systemu. Tylko Jakubowe… mam przy łóżku, wydanie uzupełnione mężowym zdobnictwem, ale przez to jedyne w swoim rodzaju, w środku trochę suszonych kwiatów.
Szafa, której nie mogę znaleźć, była pierwszą książką, która mnie zachwyciła. Szukanie Szafy przyniosło jednak inne korzyści, takie jak znalezienie dwóch zagubionych książek z biblioteki i odnalezienie ważnej książki o Szczecinie, którą już pożegnałam, myśląc, że zaniosłam ją z innymi książkami na jarmark świąteczny.
Te inne znajdowałam w różnych książkowych miejscach.
Opowiadania bizarne między krzyżem z Lednicy od ojca Góry, na książce Marii Czubaszek i Cmentarzach Slaskiej i Rembasa.
E.E. oraz Dom dzienny, dom nocny obok muszli, starej komórki, pudełka z Zakopanego, papieża i między książkami, które na zdjęciu widać. Bieguni leżą na Niezwykłych kobietach w dziejach, o innych nie wspomnę, ale zobaczyć można. Prowadź swój pług przez kości umarłych przeczytałam dopiero po filmie i odłożyłam tam, gdzie było miejsce, między baśnie, tak jakbym wiedziała, gdzie mam odłożyć. Szafy w dalszym ciągu nie mogę znaleźć, ale wiem, że jest. Zacznę chyba szukać w szafach.
Pani książki są u mnie wszędzie, co może świadczyć o bałaganie, ale nie musi. Są czasem w bardzo dziwnym sąsiedztwie. Sfotografowałam je tak jak znalazłam i tak już zostaną.
Wszędzie.

PS 1. Moi drodzy, jednak zdążyłam sprawdzić. Kästner opowiada znane książki raz jeszcze, tak by były zrozumiałe dla dzieci. W opowieści o Don Kichocie NIE MA Baratarii! 

PS 2. Tak się złożyło, że stworzył się na blogu
Tydzień Nagrody Nobla dla Olgi Tokarczuk

– 8 grudnia opublikowałam już post Arkadiusza Łuby
– 9 grudnia wpis Eli Kargol
– 10 grudnia ukaże się wpis składankowy różnych autorów
– 11 grudnia – następny tekst Arkadiusza Łuby (tym razem komentarz do wykładu noblowskiego – TU)
– 12 grudnia – wpis Marka Włodarczaka (inspiracje z lektury książek Noblistki i… mandat: TU)