Reblog: Trylogia o… (1)

Ten tekst i jego dwa kolejne odcinki ukazały się na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Pastorałka

“Jest styczeń 1943 roku. Grupa warszawskich artystów marznie na stacji Most koło mostu Kierbedzia (dziś: Śląsko-Dąbrowski), czekając na kolejkę do Jabłonny. Są wszyscy – Kreczmarowie i Wyrzykowscy, Wierciński, Lutosławski, Panufnik, Andrzejewski i Miłosz. I grupka młodzieży z tajnego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jedziemy do Henrykowa, gdzie Leon Schiller wystawił ‘Pastorałkę’ z zespołem upadłych dziewcząt, złodziejek, morderczyń, prostytutek.” – Andrzej Łapicki.

Zakład dla upadłych dziewcząt w Henrykowie – poniżej zdjęcie budynku sprzed kilku lat…

To była ciekawa instytucja. Jej początków należy szukać w szpitalu św. Łazarza w Warszawie, założonym w XVI wieku przez Piotra Skargę. Początkowo było to schronisko dla ubogich i trędowatych. Pod koniec XVIII wieku zamieniono je na szpital specjalizujący się w leczeniu chorób skórnych i wenerycznych. W latach 20. XX wieku trafiały tam prostytutki schwytane przez policję i straż miejską. Były poddawane obowiązkowym badaniom i w razie potrzeby, przymusowej, długotrwałej kuracji.

Do tego szpitala zgłosiła się do ochotniczej pracy szarytka – Jadwiga Jaroszewska, która przybrała zakonne imię – siostra Wincenta. Jej wizja pomocy ludziom wybiegała poza szpitalne mury. Leczenie chorób wenerycznych to był tylko czubek góry lodowej.
Po pierwsze w szpitalu, w jednej sali, przebywały osoby całkiem zdemoralizowane i młode dziewczęta, które trafiły na ulicę w wyniku lekkomyśności, szantażu, przymusu.
Po drugie w szpitalu, na tym samym oddziale co dorosłych, leczono dzieci obciążone dziedziczną chorobą weneryczną.
Po trzecie – wyleczone prostytutki, zaopatrzone w czarną książeczkę, nie miały innej szansy na przeżycie jak tylko powrót na ulicę.

Jadwiga Jaroszewska założyła nową rodzine zakonną, która przyjęła nazwę sióstr Samarytanek ( oficjalnie uznane przez Watykan w 1933 r.) i już jako Matka Wincenta doprowadziła do przeniesienia dzieci do osobnego oddziału. W 1927 r. rada miejska zaproponowała Matce Wincencie przejęcie zakładu w Henrykowie. W zakładzie kontynuowano leczenie chorych dziewcząt i jednocześnie prowadzono proces resocjalizacji, przyuczano do praktycznych zawodów, wdrażano do pracy. Ponad 50% dziewcząt wracało do normalnego życia.

W 1937 r. Matka Wincenta zmarła. W tym czasie Stowarzyszenie prowadziło kilka ośrodków, niektóre z nich zajmowały się opieką nad dziećmi chorymi i upośledzonymi. Kierownictwo nad zakładem w Henrykowie przejęła Matka Benigna – Matka Łagodna.

Nadeszła wojna. Do zakładu w Henrykowie zaczęły się zgłaszać osoby potrzebujące pomocy. Najpierw uciekinierzy z bombardowanej Warszawy, potem ukrywali się tu członkowie ruchu oporu i Żydzi.
Znajdowal się tam również, założony bez wiedzy sióstr, skład broni i amunicji AK.

W 1942 r trafił do zakładu słynny reżyser teatralny – Leon Schiller.
Leon Schiller – pełne nazwisko to Leon Schiller de Schildenfeld. Ten przyrostek otrzymała jego rodzina podczas nobilitacji przez cesarzową Marię Teresę.
Piosenkarz, muzyk, aktor, reżyser, pisarz, działacz kulturalny – prawdziwie renesansowa postać. Gorąco zachęcam do przeczytania atrykułu o jego działalności – link podany w źródłach.
Podczas okupacji Leon Schiller nie czuł zagrożenia ze strony Niemców, uważał, że chroni go austriacki tytuł szlachecki. Nie uchronił. W marcu 1941 roku Armia Krajowa wykonała wyrok na Igo Symie – popularnym warszawskim aktorze kabaretowym, współpracowniku Gestapo – KLIK. Po zamachu Niemcy przeprowadzili serię aresztowań w warszawskim środowisku teatralnym. Aresztowali również Schillera i zesłali go do Oświęcimia. Stamtąd wykupiła go siostra.

Matka Benigna szukała różnych sposobów, aby zmienić i wzbogacić życie duchowe swoich podopiecznych. Jednym z nich był teatr. Bardzo oczywistym wyborem były jasełka. A czyż mógł być ktoś bardziej powołany do stworzenia takiego przedstawienia niż Leon Schiller propagujący mickiewiczowską wizję teatru monumentalnego – KLIK?

Matka Benigna nawiązała z nim kontakt. Na swój list otrzymała taką odpowiedź:
“Wielce Szanowna i Czcigodna Siostro!
Pozwalam sobie przesłać egzemplarz ‘Pastorałki’, jedyny, jaki po spaleniu całego nakładu, ocalał, dlatego z przykrością, po ewentualnym zużytkowaniu go, będę musiał prosić o łaskawy zwrot.
Tekst niniejszego misterium ludowego (…) został ułożony ‘na wyrost’, można go dowolnie skracać i nawet w tym duchu utrzymywanym wbogacać. (…)
W egzemplarzu zaznaczyłem zielonym i czarnym ołówkiem kwestie i śpiewy mogace wejść w skład skróconego widowiska, którego plan podaję na osobnej karteczce.(…)
Łączę wyrazy głębokiego szacunku i czci głębokiej. Leon Schiller
“- Zdzisław Umiński, Album z rewolwerem.

Zdzisław Umiński – przebywający w Henrykowie członek AK – wspomina:
“Po przybycu Leona Schillera przez miesiąc trwały przygotowania do wystawienia sztuki. Wielki reżyser zjawiał się dwu lub trzykrotnie w ciągu tygodnia, w końcu, na prośbę Przełożonej, został na stałe. (…)
Pensjonariuszki podzieliły się na dwa obozy (te, które chciały wystąpić i te, które nie chciały -przypisek mój). Tylko Teresa, dziecko prawie szesnastoletnie, bardzo grzeczna i na pozór skromna, chodziła ze spuszczoną głową powtarzając cichym głosem: ‘Dziwka jestem, biedna, nieszczęśliwa dziwka’. (…) W połowie grudnia Przełożona wezwała ją do siebie proponując, żeby odegrała rolę jednego z aniołów. Zgodziła się i jakby odzyskała wiarę w siebie.
– Będę aniołem – mówiła prawie każdemu, kogo tylko napotkała. Ale podczas prób załamała się, stanęła na proscenium i nagle oznajmiła głosem wypełnionym po brzegi smutkiem:
– Nie, nie jestem aniołem, jestem kurwą – i zaczęła się histerycznie śmiać.
Pan Leon zrobił gest pełen rozpaczy, odszedł do niej i usiłował uspokoić, ale dziewczyna zawołała:
– Nie, niech pan mnie zostawi, wy wszyscy jesteście tacy sami.
” – Album z rewolwerem.

Po przestawieniu Andrzej Łapicki wspominał: “Przedstawienie było niezwykłe. Matka Boska – prostytutka z ogoloną głową – przejmująco odśpiewała ‘Pomaluśku Józefie’. Józef – dziewczyna o twarzy morderczyni – była troskliwą opiekunką Maryi. Niezwykłe wrażenie. Przejęcie i czystość tych dziewcząt udzieliły się widowni. Jedno z najpiękniejszych wzruszeń teatralnych, jakie przeżyłem. ..”

Czesław Miłosz pisał: “Matka Boska ubrana na niebiesko, nieduża, prawie dziecinna, szczupła, jasnowłosa. Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kimś innym, co, jeżeli się zastanowić, znaczy, że każdy człowiek jest domem wielu osobowości przebywających w nim potencjalnie, nigdy nie zrealizowanych, bo jedna tylko z nich występuje na zewnątrz i dostarcza przyjętej przez innych maski. “

Jeszcze raz Czesław Miłosz – „I wtedy przychodzi to nagłe uświadomienie sobie, że przecież teatr sakralny polega właśnie na transformacji dokonującej się przed naszymi oczami, że dziewczyna gra tylko samą siebie, prawdziwszą od tej, co włóczyła się z niemieckimi żołnierzami, że jest, wstępując w wyższy wymiar, tylko sobie przywrócona”.

Po przedstawienu Leon Schiller spytał Zdzisława Umińskiego jaka jest jego opinia:
“… interesuje mnie co sądzi o tym niefachowiec.
– Dziewczyny grały jakoś tak, jakby grały dla całego świata. I dla nas, i nawet dla Niemców, którzy…
Schiller przystanął, odwrócił się i pocałował mnie w policzek
– Powiedziałeś prawdę, mój drogi parobczaku – po chwili powtórzył jeszcze raz – Tak, właśnie tak było. Jakby całemu światu i Niemcom. I Niemcom także!
” – Album z rewolwerem.

Goście wracają do Warszawy.
“Żegnamy się z siostrą Benigną. Bije od niej spokój i dobroć. A przecież to kobieta, która zabiła. Zabiła we śnie wielką miłość swojego życia.” –  Andrzej Łapicki.

Ciąg dalszy w następny poniedziałek…

Źródła:
Teatr-Pismo – wspomnienie A. Łapickiego – KLIK.
TVN24 – Co ma Miłosz do Białołęki – KLIK.
Dzielnica Białołęka – Historia domu Sióstr Benedyktynek w Henrykowie – KLIK.
Leon Schiller – Życie i twórczość – KLIK. Polecam koniecznie!!!
Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik – 1984.

Rok 1944 (3)

Nocą z 29 lipca na 30 lipca na tory w Zielonce wjechał Niemiecki pociąg pancerny i ostrzelał północną cześć Zielonki. Czołgi się wycofały, a z nimi znaczna część naszych akowskich żołnierzy, dobrze już uzbrojonych. Jaki jest stosunek Bolszewików do żołnierzy AK nie bardzo było wówczas wiadomo. Doszły nas wieści, że 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie, ale z braku wsparcia Powstanie na Pradze zostało odwołane i zeszło do podziemia.

Mirka

Biła się dzielnie Warszawa, a my nie mogliśmy jej pomóc, co nas bardzo bolało.

Pośrednio jednak brałam udział w powstaniu, bo w lecie 1943 roku wszystkie patrole łączniczek zostały przeszkolone w robieniu opasek zapalających. Opaski te miały być nakładane na butelki z benzyną i przy stłuczeniu butelki benzyna wchodziła w reakcję chemiczną z zawartością opaski i dawała potężny słup ognia.

Laboratorium, gdzie robiłyśmy opaski, było urządzone w cegielni, pod wiatą, pod którą w kozłach suszyły się cegły. W samym środku ogromnej wiaty zostawiono puste miejsce, postawiono duży stół, gdzie z czterech stron stały apteczne wagi, a na podłodze obok krzesełek ustawione zostały worki z chemikaliami, które w odpowiednich proporcjach należało połączyć. Miejsce było doskonałe, górą był naturalny przewiew, który wywiewał na zewnątrz szkodliwe pyły. Przychodziłyśmy z rana, każda osobno, zmiana liczyła nas cztery, bo tyle było wag, ubierano nas w białe kitle i maseczki. Znałyśmy doskonale recepturę i proporcje. Na wadze kładło się dość szeroki pasek papieru pergaminowego i na to sypało się poszczególne składniki dokładnie je ważąc. Następnie składało się papier robiąc opaskę, a końcówki wkładało się jedna w drugą. Gotowy produkt układało się w koszu. Jaki był skład tego proszku nie pamiętam, pamiętam jedynie, że była tam kalafonia, od której lepiły się nam ręce. Pracowałyśmy około czterech godzin dziennie. Po południu chłopcy pakowali te opaski do kartonów, zaklejali paskami z napisem „uwaga, trucizna na szczury” – napis był po polsku i po niemiecku – i transportowali te paki do Warszawy, w jakieś miejsce składowania, my jednak nie wiedziałyśmy gdzie. I tak po roku nasza praca przydała się do niszczenia niemieckich czołgów w czasie Powstanie Warszawskiego.

Bolszewicy podeszli nieco bliżej, Niemcy umacniali się na morenowych wzgórzach Zielonki. Były w sierpniu noce, kiedy zjawiały się radzieckie czołgi, ale rano znów byli Niemcy. 10 sierpnia przyszła w lasy zielonkowskie doborowa armia niemiecka Hermana Goeringa. Wtedy było wiadomo, że będzie gorąco. Obie z Mamą wróciłyśmy do naszego mieszkania, a raczej do naszej piwnicy, bo te nocne przepychanki między dwiema armiami nie obywały się bez bitwy, bezpieczniej więc było w piwnicy.

W dzień wychodziłam do naszego mieszkania i porządkowałam je, odkurzałam, zmywałam brudne naczynia, ustawiałam je na półkach, gdzie zawsze miały swoje miejsce. Robiłam to, wiedząc, że ta praca nie ma najmniejszego sensu, bo w każdym momencie wszystko mogło zostać zniszczone. Bomba, pocisk, a nawet odłamek mógł zniweczyć moją pracę. Po tylu miesiącach tułaczki i ucieczek ta praca, mimo braku sensu, dawała ukojenie nerwom, przywracała pozory normalności, która tak bardzo była mi wtedy potrzebna. Któregoś dnia wpadli Niemcy i zgarnęli wszystkich młodych i silnych do kopania okopów na froncie, zgarnęli i mnie, i pognali wszystkich do tartaku. Tu usiadłam na jakiejś belce i rozpłakałam się jak małe dziecko – „wylazłam z łap Gestapo, a teraz mam zginąć na froncie?” Po kilku godzinach przyszedł żołnierz i kazał mi iść do bramy, oddał mnie zdumioną w ręce Mamy. Jak się okazało, dostał za tę przysługę litr spirytusu. Tyle było warte w tych czasach życie ludzkie.

Od początku września zaczęły chodzić „słuchy”, że nas wyrzucą z Zielonki, bo tu będzie walna bitwa. W ośmiu mieszkaniach naszego domu były same kobiety z dziećmi w różnym wieku. Moja Mama była jedną z najstarszych kobiet. Była też osobą bardzo mądrą i dobrze zorganizowaną. Wszystkie przychodziły do niej po radę. Czekało nas opuszczenie naszych mieszkań, nadchodziła jesień i zima, co zabrać ze sobą, jak się spakować, jak uchronić małe dzieci, aby nie doznały uszczerbku na zdrowiu w czasie tułaczki, która nas czekała? Mama stworzyła trzyosobowy „komitet”, który zarządził, że każda z kobiet ma przygotować rzeczy do zabrania, a komitet obejrzy to, co kobiety przygotują i powie, co jest konieczne a co nie. To, co zastał „komitet” w tych mieszkaniach, jeżyło włosy na głowie. W rzeczach do zabrania były np. firanki (bo nowe), a nie było swetrów i ciepłych butów dla dzieci. Na szczęście Mama miała taki autorytet u tych kobiet, że poddały się dyktatowi i posłusznie pakowały to, co było bardzo potrzebne. Drugim problemem było niesienie tych tobołków. Byłyśmy w domu trzy dziewczyny nastolatki, podjęłyśmy się reperacji starych rowerów i wózków jako środków transportu.

4 września wyrzucono nas z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Ze wszystkich stron Zielonki szły w kierunku Ząbek i Pragi szeregi ludzi, starców, kobiet z dziećmi, wszyscy smutni, zapłakani, opuszczali swoje miejsca na ziemi, w których wyrośli i w które wrośli. Teraz, nie z własnej woli, musieli wyrwać te korzenie, które często trzymały ich przy życiu. Były też obrazy śmieszne – mały, trzyletni chłopczyk trzymał się wózka wypełnionego dobytkiem, a pod pachą dźwigał stołek o trzech nogach, bo czwartej nie było, i Plastusiowy Pamiętnik, swoje dwie ukochane rzeczy. Pierwszą noc tułaczki spędziłyśmy w jakiejś szopie w Ząbkach. Następnego dnia marsz od szóstej rano. Kolumna ludzi szła na Pradze ulicą Radzymińską, wzdłuż kolumny jeździły patrole niemieckie na motocyklach.

Od Radzymińskiej w lewą stronę pod kątem ostrym odchodziła ulica Wołomińska, to był nasz cel. Odczekałyśmy, zwalniając, aż przejedzie patrol, i odbiłyśmy od kolumny, wchodząc spokojnym krokiem w Wołomińską. Nikt z obstawy tego nie zauważył, prowadziłyśmy wolno rower obciążony naszym jedynym dobytkiem. Wołomińska, mała uliczka, kończy się na ulicy Folwarcznej, akurat na bramie domu, gdzie mieszkał Edward, brat Mamy, z żoną. Weszłyśmy w bramę witane przez znanego nam dozorcę. Wujostwa nie było w domu, oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym i tam byli skoszarowani. Dozorca z żoną poczęstowali nas zupą i pozwolili umyć się, posłali też syna do Monopolu, aby zawiadomić Wuja i Ciocię, że jesteśmy. W niedługim czasie przybiegli oboje i przyjęli uciekinierki. Wiedzieli już, że ósmego września Monopol będzie ewakuowany do Żyrardowa, nie wiedzieli, czy uda się załatwić i naszą ewakuację. Przenocowałyśmy u nich dwie noce i okazało się, że możemy jechać razem z nimi (jaka była łapówka za załatwienie tego, do dziś nie wiem).

Następną noc spędziliśmy w Monopolu, a raniutko załadowano nas wszystkich na ciężarówkę przykrytą szczelnie brezentem. Był to jedyny dzień, kiedy można było przejechać przez Warszawę, bo zarządzono zawieszenie broni, aby z miasta mogli wyjść starcy i kobiety z małymi dziećmi. Do dziś nie mogę zapomnieć widoku kolumny wynędzniałych ludzi i zburzonego miasta, na które w śmiertelnym milczeniu patrzyliśmy przez szparę zrobioną w brezencie. Po przejechaniu przez Warszawę w samochodzie długo nikt się nie odezwał.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Żyrardowa na teren tamtejszej gorzelni. Wyładowano nas przed budynkiem składu korków do butelek. Wcale nie wiedziałam, że tak dobrze śpi się na korkach od tzw. setek, koreczki były drobne i elastyczne. Na tych korkach spędziliśmy kilka nocy, dopóki nie znaleźliśmy mieszkania, może to za duże słowo, było nas sześć osób i zamieszkaliśmy w jednej izbie wiejskiej w chacie pod Żyrardowem. Trzy osoby miały pracować w Gorzelni, a z tej wsi było bardzo daleko do pracy.

Po kilku dniach przenieśliśmy się do mieszkania w „centrum” miasteczka. Dwa maleńkie pokoiki i ciemna kuchenka odtąd służyły nam za miejsce do życia. Wujostwo pracowali w Gorzelni i do swoich pensji mieli dodatek w postaci wódki i spirytusu, a była to w tamtych czasach dobra waluta.

Nic nie wiedzieliśmy o Ojcu, który był w obozie w Stutthofie, nie miałyśmy możliwości posłania mu paczki z jedzeniem i bardzo nas to gnębiło, od niego też nie otrzymałyśmy żadnej wiadomości.

Nadchodził czas Bożego Narodzenia, którego bardzo się bałam. Nie było choinki, bo nikt z nas jej nie chciał. Wigilia była postna, tzn. kartofle i śledź, gdzieś zdobyty przez Ciotkę. Nie dzieliliśmy się opłatkiem, bo nie chcieliśmy płakać. Gromada ludzi bez miejsca do życia i żadnych perspektyw na najbliższą przyszłość. Front stanął na Wiśle, a i co było za tym frontem, też nie było wiadomo. W takim nastroju minorowym dotrwałam do Sylwestra i wtedy, jak to się teraz mówi puściły mi nerwy, ten wieczór i noc spędziłam siedząc na worku kartofli, zalewając się łzami i podsumowując miniony rok i wspominając poprzedniego Sylwestra. Tak minął rok 1944.

P.S. piszę te wspomnienia w 2010 roku, mając 80 lat. Mówi się, że z wiekiem pamięć zanika, że nie pamięta się szczegółów z lat minionych. Jeżeli jednak te lata niosą we wspomnieniach duży ładunek emocjonalny – niczego się nie zapomina, nawet mając już sklerozę. Pisząc musiałam selekcjonować szczegóły, żeby nie robić nudnej wspomnieniowej „piły”. Z opuszczonych fragmentów mogę napisać następne opowiadanie, ale nie mam już siły.

P.S. od redakcji: ojciec Mirki, wywieziony do obozu w Stutthofie, przeżył wojnę i wrócił do rodziny wczesnym latem 1945 roku. Mirka pisze o tym we wpisie Powrót Taty na blogu “Jak udusić kurę…”

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień

Rok 1944 (1)

Opowieść Mirki o roku 1944 jest kontynuacją opowieści, którą opublikowałam w Sylwestra ubiegłego roku.

Mirka

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę. Na pytanie, co znaleźli w domu, pokazali mu album ze zdjęciami Ojca z ćwiczeń wojskowych, torbę sanitarną z bandażami, nic więcej, nie pokazali tego, co ukradli, a była to walizka pełna narzędzi Ojca i innych cennych drobiazgów. W tym momencie kamień spadł nam z serca – nie znaleźli nic z tego, co było sprytnie poukrywane w domu i bardzo nas kompromitujące.

Sprowadzono nas do podziemi, gdzie były tzw. tramwaje, czyli trzy cele, których ścianę od korytarza tworzyła krata i wejście przez nią. W celi były krzesełka ustawione w kilku rzędach i odwrócone tyłem do kraty. Każde z nas zostało wepchnięte do innej celi.

W głowie kłębiły się różne myśli i zupełnie ich nie mogłam uporządkować. Wiedziałam jedno – to jest koniec mojego życia. Co jeszcze przyjdzie przeżyć, zanim to życie się skończy, trudno było przewidzieć, ale nie wyglądało to optymistycznie. Końca życia się nie bałam, bałam się tylko jednego, żebym się nie załamała psychicznie. Wiedziałam dużo, aż za dużo jak na moje lata, i wiedziałam, że każde moje nierozważne słowo może kosztować życie kilku ludzi i to mnie przytłaczało, nie byłam psychicznie przygotowana na taką odpowiedzialność.

Na tych krzesłach przesiedzieliśmy do rana, zresztą nie my jedni, ludzi było dużo i ciągle przywożono nowych. Pilnie słuchałam wymawianych nazwisk, czy nie ma dalszych aresztowań z naszego rejonu, ale na szczęście żadnych znanych ludzi nie przywieziono. Rano wpakowano nas do budy, ale już każde osobno i gdzieś nas wieźli, sądziłam jednak, że nie rozstrzelają nas od razu, że czegoś od nas będą się chcieli dowiedzieć.

Okazało się, że zawieziono nas na Pawiak (stare, jeszcze carskie, wielkie więzienie z oddzielnym więzieniem kobiecym, zwanym Serbią). Staliśmy, dobrze pilnowani, na podwórku więzienia, czekając na coś. Był słoneczny zimny poranek, wokół pustka, bo więzienie stało w centrum zburzonego Getta, cisza i dziwny spokój, który mnie ogarnął. To, czego bałam się przez cały czas pracy konspiracyjnej, wpadka i uwięzienie, właśnie się stało, więc mogę przestać się bać i stąd ten spokój, który był tylko moim udziałem, widziałam na twarzach Rodziców wielki niepokój i troskę w oczach, kiedy patrzyli na mnie. Oczami dawałam im znać, że jestem spokojna i na wszystko gotowa. Powiedzieć im nic nie mogłam, bo rozdzielali nas strażnicy. Nie wiem, jak długo staliśmy tam, po jakimś czasie zabrali Ojca. Pożegnałyśmy go łzami, a nas odprowadzono w drugą stronę, za furtkę, do Serbii.

Po załatwieniu krótkich formalności otwarto drzwi celi, w której siedziało kilka kobiet na siennikach, ułożonych pod ścianą. Weszłyśmy, zatrzasnęły się za nami drzwi, usiadłyśmy na podłodze pod ścianą, bo na siennikach nie było miejsca.

Ciąg dalszy za tydzień

PS od redakcji: scena aresztowania została dokładniej opisana TU.

Sylwester 1943

Mirka

1944

Był sylwester 1943 roku, mijał czwarty rok wojny, nikt w tym okresie nie umiał przewidzieć, jak długo ta wojna jeszcze potrwa. Nie będę tu opisywała sytuacji strategiczno-politycznej, bo nie o tym chcę pisać.

W listopadzie skończyłam czternaście lat, ale były to inne lata niż dziś, byłam po prostu dorosłą dziewczyną. Sytuacja, w jakiej żyłam, praca konspiracyjna, czyhające nieustannie niebezpieczeństwo, stale towarzystwo osób dorosłych (byłam jedynaczką) zaprzepaściły gdzieś mój okres „podlotkostwa”, byłam po prostu dorosła. A wyglądałam… byłam wyrośnięta chuda gidia, za którą trochę już się oglądali chłopcy, co mi nieco imponowało.

Ten dzień był dla mnie WIELKI – byłam zaproszona na pierwszego swoim życiu Sylwestra. Miałam bawić się całą noc (inaczej nie można było, bo godziny zabawy wyznaczała… godzina policyjna).

Zabawa była doskonała, dobre płyty, dobra muzyka, tańczyłam do upadłego, a tańczyć umiałam doskonale, przed wojna chodziłam na rytmikę i uczyłam się tańczyć.

Sylwester odbywał się w leśniczówce, której właściciele byli mocno zaangażowani w pracę konspiracyjną. Towarzystwo, które bawiło się na tym Sylwestrze, to podchorążowie konspiracyjnej szkoły podchorążych i inni konspiratorzy. Dziewczęta, wszystkie to łączniczki, sanitariuszki i dziewczęta z patrolu gospodarczego, więc kwiat polskiej młodzieży.

Zima była dość tęga. Z leśniczówki wyszliśmy, kiedy było już widno i przez śnieg przedzieraliśmy się do drogi do wsi. W uszach brzmiała mi ostatnia piosenka: Hanko … bo kiedy usta twe mówią nie, to oczy mówią tak… Tę piosenkę pamiętałam długo i w zmiennych kolejach losu tego roku 1944, wielokrotnie ją w myślach nuciłam.

PS. Tego, że panowie, którzy uczestniczyli w Sylwestrze to byli absolwenci kursu Konspiracyjnej Szkoły Podchorążych, którzy tego dnia zdali końcowe egzaminy, dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku (2013). Nie wiedziałam o tym, mimo że egzaminował ich między innymi mój Ojciec, który tę szkołę prowadził. Jak konspiracja to konspiracja.

Ciąg dalszy nastąpi

W górę rzeki (8)

Zbigniew Milewicz

Wileńskie kołduny

Jakiś czas temu napisałem już wstęp do tego pamiętnika, taki oto:

Gdzie leży Polska ? Propaganda komunistyczna nie pozostawiała cienia wątpliwości, że na wschód od Łaby. Obecna konsekwentnie powiada, że na zachód od Bugu, że bliżej nam do Rzymu, niż np. na Polesie, do Dubicz Cerkiewnych, gdzie co roku na Iwana, na Kupała świętuje się staropogański obyczaj wiosenno-letniego przesilenia. Stereotypy są złe, odzwyczajają od samodzielnego myślenia, wyłażą z nich różne oszołomy, rodzą nacjonalizm. Pochodzę z czysto kresowej rodziny, po mamie z kresów zachodnich, z Górnego Śląska, ojciec urodził się w Wilnie, na polskich kresach wschodnich. W śląskim gorku miejscowe krupnioki warzyły się razem z polskim barszczem i niemieckimi bokwurstami, w wileńskim tyglu litwskie kołduny pyrkały w rosole pani Ćwierciakiewiczowej, popijało się je ukraińskim kwasem chlebowym, albo białoruską wódką, a żydowska maca była wszędzie. Przepraszam za tę kulinarną przenośnię, ale tak to widzę. Pod koniec drugiej wojny światowej moi przyszli rodzice jakoś tak wpadli na siebie i głodni życia, połączyli obydwie kuchnie, z czego wyszedł niezły bigos…
Na początek jednak wileńskie kołduny, które obiecałem w poprzednim wpisie, choć u pani Antoniowej pojawiają się one na stole rzadko. Familia żyje biedniej niż Paluchowie z Chorzowa, ale mieszka w samym sercu miasta, przy ulicy Ostrobramskiej, pod nr 20, a później 23. Dziadek Antoni, ojciec mojego ojca, pracował jako woźny w urzędzie inżynieryjnym w Wilnie i ze skromnej pensji utrzymywał żonę i trójkę dzieci. Wcześnie zmarł, Edward miał zaledwie trzy lata. Aby wyżywić rodzinę, babcia Urszula zajęła się dorywczym praniem i sprzątaniem u sąsiadów. Widocznie nie mogli z tego wyżyć, skoro starsza siostra ojca, Maria, została oddana pod opiekę sióstr Urszulanek, do ochronki żyjącej z darów hr. Ożarowskiej. Arystokratka hojnie wspierała wileński klasztor, starała się o to, aby dzieci zdobyły dla siebie jakiś pożyteczny zawód na przyszłość, niektórym nadawała swoje nazwisko. Stąd w dokumentach cioci Marii pisało, że jest z domu Ożarowska.
To nazwisko pojawiło się już raz na tych stronach, we wpisie Babcia Urszula. Nosiła je mama mojego ojca, co zostało odnotowane w księdze zgonów kętrzyńskiego USC. Ponieważ to dzieci dziedziczą nazwiska po rodzicach, a nie odwrotnie, przypuszczam, że sprawczynią wyjątku w tej regule była ciocia Maria, bo tylko jej mogło zależeć na formalnym uproszczeniu rodzinnej historii. Kiedy zamknęła mamie oczy, dopełniła formalności w ratuszu , powiedziała, że zmarła nazywała się Ożarowska i urzędnik tak to zapisał, bo krótko po wojnie przyjmowano jeszcze w urzędach różne informacje na wiarę. Poza tym zmarłemu jest chyba obojętne, jak nazywa się po śmierci, a świętemu Piotrowi dokumenty są niepotrzebne. To jest jednak wyłącznie moja teoria. W dokumencie zawarcia związku małżeńskiego moich rodziców pisze się, że mama ojca była z domu Gorczycka, a dziadek nazywał się Milewicz, ale brak innych dowodów, które by to potwierdzały.

po mieczuMój ojciec, po ukończeniu szkoły powszechnej, poszedł do zakładu ślusarsko-mechanicznego niejakiego Michalskiego, aby nauczyć się rzemiosła. Ze względu na brak pracy w tej branży, latem 1931 r. przyjął się do zarządu dróg w Wilnie, jako kamieniarz. Układał nawierzchnię dróg w mieście i powiecie, wyrabiał kostkę brukową i tłuczeń granitowy, zimą spał z kolegami w przydrożnych szopach, latem wprost na trakcie.

brukowanie

XXX
Zdzich, mój starszy brat po mieczu, który dzieli się ze mną tymi informacjami, mówi, że do wybuchu II wojny światowej ojciec na pewno utrzymywał się z brukarstwa. Losy okupacyjne jego i rodziny są mniej przejrzyste, zawierają sporo luk.

Brat pokazuje mi pożółkły dokument ze swastyką i zdjęciem ojca, jest to tymczasowy paszport bezpaństwowca z Litwy, wystawiony 10 grudnia 1942 r. w Katowicach. Pod koniec czerwca 1941 r., po zbombardowaniu Wilna przez Luftwaffe, do miasta wkroczył Wehrmacht i przez trzy lata było ono niemieckie. Ojciec i jego starsza siostra zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Ciocia Maria trafiła do fabryki celulozy w Mannheim, gdzie produkowano owiewki do samolotów, on gdzieś w okolice Essen. Ojca trudno było namówić na zwierzenia z wojennej przeszłości; raz powiedział rodzinie, że uciekł z robót, w czasie podróży z Essen do Katowic, dokąd jeździł na jakieś badania lekarskie, w związku z utratą zdrowia w fabryce. Mogło tak być, ale dziwne, że go później nikt nie szukał. Zastanawiam się, jak to się stało, że uciekł, a później dostał pracę u niemieckiego szewca na Śląsku, no i kiedy wystawiono mu ten paszport, przed czy po ucieczce?

Najmłodszą Stasię sowieci zesłali do Kazachstanu. Nie wiadomo, kiedy się to stało, podczas ich pierwszej okupacji Wilna, czy latem 1944 r., jak odbili miasto Niemcom. Jedni oprawcy warci byli drugich, w czasie wojny hitlerowcy wspólnie z litewskimi nacjonalistami zamordowali w podwileńskich Ponarach około 100 tysięcy polskich obywateli, zwłaszcza Żydów. Natomiast sowieckie prześladowania i deportacje objęły około 35 tysięcy mieszkańców Wileńszczyzny, głównie polskiego pochodzenia. Stasia trafiła do łagru w Jekybastuz (Ekibastus), gdzie swego czasu więziony był również Aleksander Sołżenicyn.

Stasia pokłóciła się o jakąś błahostkę z ulicznym przekupniem, a że język miała ostry, zadenuncjował ją w NKWD, pewnie na okoliczność ustrojowej nieprawomyślności, to wystarczyło. Niewiele o niej wiem, tyle zaledwie, że czuła się kobietą wyzwoloną, miała poglądy lewicowe, krewki charakter i jako najmłodsza z rodzeństwa była oczkiem w głowie rodziny.

Po wojnie ojcu udało się za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odszukać Stasię, nawiązał z nią listowny kontakt i rozpoczął starania o jej repatriację do kraju, pisał w tej sprawie do władz w Moskwie. Urzędnicza machina, jak to ona, pracowała jednak opieszale. W latach 60 udało się ojcu uzyskać zezwolenie na rozmowę telefoniczną z siostrą. Mieszkał wtedy już na Goleniowskiej, w Szczecinie-Dąbiu. W domu nie miał telefonu, poszedł na pocztę i czekał, długo czekał. Wreszcie rozległ się dzwonek, roztrzęsiony z emocji o mało nie wyrwał w kabinie słuchawki z automatu. Obcy głos z centrali poinformował go tylko beznamiętnie, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Później otrzymał urzędowy list, że jego siostra zamarzła w drodze do rozmównicy. Była w łagrze kaczigarą, palaczką.

W górę rzeki (7)

Zbigniew Milewicz

Skutki wspólnego kopania rowów

milewiczkopanierowowNowym kamieniem wśród tych śląskich, Paluchowych i Hamplowych, który pewnego dnia wpadł do ogródka przy ulicy Wesołej, był mój przyszły ojciec. Stanowił w pewnym sensie okaz egzotyczny, bo i mówił, i zachowywał się inaczej niż miejscowi, co niekoniecznie musiało się wszystkim podobać, ale może właśnie dlatego mama się nim zainteresowała. Pochodził z Wilna, z ojczyzny polskiego wieszcza narodowego, którego wiersze kochała, wiele z nich znała na pamięć. W maturalnym roku pojechali cała klasą na wycieczkę do Nowogródka, który wówczas był jeszcze polski, do nowo otwartego muzeum Adama Mickiewicza. Ojciec nawet podobnie się nazywał, więc jak przejść obok kogoś takiego obojętnie? A mogła to zrobić.

milewiczzareczyny (2)Tak jak kiedyś do Jadzi Hamplówny, również do Niny Paluchówny uderzało w konkury wielu młodych ludzi. Wszyscy dobrze ułożeni, z tzw. porządnych domów; Zerwane zareczyny...jeden z nich miał na imię Gerard (na zdjęciu po prawej), dziadkowie go akceptowali, jako ewentualnego zięcia i z nim mama była już prawie, a może faktycznie zaręczona, tego dokładnie nie wiem. W międzyczasie jednak pojawił się człowiek o imieniu Edward, którego poznała w ostatnich miesiącach wojny, prawdopodobnie przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Od kilku lat pracowała już wtedy w firmie drzewnej Gebr. Grabowski w Katowicach, gdzie najpierw zajmowała się stenografią, a później prowadziła dział kalkulacji. Podobno firma ta do dziś istnieje w Niemczech. Kiedy spotkała ojca, miała 23 lata, on był o 7 lat starszy. W niczym nie przypominał Ninie dotychczasowych adoratorów, zwykle rówieśników, z którymi dyskutowała o przeczytanych książkach albo obejrzanych sztukach teatralnych, przekomarzała się i flirtowała. Mówił niewiele, ważył słowa, a głos miał głęboki, śpiewny, wielu kwestii nie dopowiadał do końca, co dodawało mu tajemniczości i sprawiało na mamie wrażenie, że jest bardzo mądry.

milewiczparamlodaBył pierwszym mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, który stanął na jej drodze, pewnym siebie i zdecydowanym, który bodaj po kilku tygodniach znajomości oświadczył się. Powiedział, że chciałby z nią założyć rodzinę, bo wydaje mu się, że jest dobrym materiałem na żonę i matkę ich przyszłych dzieci. Nie wiem, czy powiedział, że mamę kocha i będzie dobrym mężem, ale nie zdziwiłbym się gdyby, jako człowiek w gruncie rzeczy mało romantyczny, uznał to za zbędne. Mama zaś o życiu wiedziała niewiele. Rosłam w domu jak pod kloszem – opowiadała mi później. – Umiałam coś ugotować, posprzątać, grać na pianinie, świadectwo maturalne wyglądało ładnie, ale z moją mamą na wiele tematów nie można było w ogóle rozmawiać. Kiedy miałam 21 lat i po raz pierwszy pocałowałam się z chłopakiem na randce, to myślałam, że od tego zachodzi się w ciążę. W szkole o ważnych sprawach też nie uczono, były tematem tabu.

Z pojedynczych zdań, które Edward wypowiedział o sobie, wynikało, że w Wilnie nie miał łatwego życia, a kiedy do miasta wkroczyły hitlerowskie wojska, wyjechał na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie ciężko pracował. Mama postanowiła w małżeństwie wynagrodzić mu te wszystkie niedostatki. Wyrosła na romantycznej literaturze, w tradycyjnym, katolickim środowisku i naturalna empatia szła u niej w parze z łatwowiernością; myślę, że te cechy po niej oddziedziczyłem. Widziała, że ojcu brakuje towarzyskiej ogłady i tzw. manier, nie umiał tańczyć, a ona taniec uwielbiała, w kościele nie bardzo wiedział, jak się zachować, ale wierzyła, że wszystko to przyswoi mu w przyszłości. Była urodzoną optymistką.

milewiczzareczynyDziadkom nie pasował jako kandydat na męża dla córki. Przede wszystkim nie był ze Śląska i mało o nim wiedzieli. Życiowej zaradności nie mogli mu odmówić, ale wątpili w szczerość jego małżeńskich zamiarów; niczego materialnie nie posiadał, ożenek z moją mamą mógł być podszyty chęcią wzbogacenia się, mogło mu np. chodzić o dom, który był ich oczkiem w głowie. Ciocia Irka opowiadała mi, że mój ojciec nie nosił litery „P“ na ubraniu, pracował u jakiegoś niemieckiego szewca i miał niemieckie dokumenty, które pozwalały mu na korzystanie z basenu, kina czy kawiarni, przeznaczonych tylko dla obywateli III Rzeszy. Czyli był przymusowym robotnikiem, ale jakby na specjalnych prawach, co dziwiło dziadków. Na Bugli w Katowicach, gdzie przed ślubem ojciec chodził z mamą popływać, ludzie oglądali się za nimi i wzdychali, jaka to piękna para. Rodzice mamy też wzdychali, ale ze zmartwienia, że Nina dokonała takiego wyboru i niczego nie daje sobie wytłumaczyć. W tym momencie pasowałoby mi przerwać na jakiś czas śląski wątek i wrócić do wileńskiego, od którego rozpocząłem swoją rodzinną opowieść. Wilno będzie jednak w następnym wpisie, bo właśnie na Śląsk nadchodzą krasnoarmiejcy, a oni lubią to robić bezzwłocznie.

milewiczzareczyny (1)Innymi słowy, te rowy przeciwlotnicze czy przeciwczołgowe, które moi przyszli rodzice razem kopali, nie na wiele się zdały. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona przełamała na Górnym Śląsku niemiecki front i tutaj wojna się już zakończyła, ale powstały inne problemy. Kiedy bojcy albo NKWD dotarli na Wesołą, Erwina, jako niemieckiego faszystę, postawiono pod murem. Odbył się krótki sąd polowy i gdyby nie sąsiad z domu obok, pan Kruzel, który zaświadczył, że dziadek jest powstańcem śląskim, nikt by mi już tak pięknie nie pokazał, ani nie opisał Tatr. Pan Kruzel to była też piękna postać. Przyszedł razem z radzieckimi żołnierzami z ugrupowania marszałka Koniewa, w polskim mundurze oficerskim. Nie wiem, czy w tym ugrupowaniu służył, ale przyszedł z frontu do domu. Zapamiętałem po latach jego łysą, jak księżyc głowę, przysadzistą sylwetkę i jowialną, dobrą twarz. Pamiętam też jego uroczą, zawsze pogodną żonę, podlewającą kwiaty w ogrodzie i oranżerii na pierwszym piętrze. Bardzo się kochali. Kiedy po latach wspólnie spędzonego życia, ona pierwsza odeszła, on z rozpaczy popełnił samobójstwo.

milewiczweseleMoi rodzice pobrali się 27 marca 1945 r. w Chorzowie. Ceremonia ślubna odbyła się w urzędzie stanu i kościele, a wesele w domu młodej pani, na Wesołej, w wąskim gronie rodziny i najbliższych sąsiadów. Ze strony ojca nie było nikogo, poza jego przyjacielem Ryszardem Esopem, który świadkował mu na ślubie. Rodzice poszli mieszkać na swoje, z mieszkaniami w owym czasie nie było problemów, wiele stało pustych. Ich niemieccy właściciele ewakuowali się w ślad za pokonaną armią na Zachód, ale atrakcyjne adresy były w cenie. Dziadkom pewnego dnia zagroziła eksmisja, oficjalnie z powodu volkslisty i wtedy mój ojciec pokazał, co potrafi. Nie wiem, jak to zrobił, ale przy pomocy osobistych kontaktów, gdzieś tam, udało mu się ten nakaz anulować. Wujka Jurka, brata dziadka, nie było już wtedy w Chorzowie, ale w suterenie na Wesołej nadal mieszkała jego żona z dziećmi. Nie wiem, kto zajmował parter po Rosenbergach, później wprowadził się tam pan Jazowy, mój przyszły profesor łaciny w Słowaku, z rodziną. To już jednak znacznie nowsze dzieje.

W górę rzeki (6)

Zbigniew Milewicz

Brunatna mgła

Tytuł częściowo „pożyczyłem“ z książki Tadzia Dyniewskiego, mojego dawnego kolegi redakcyjnego*, ale mam nadzieję, że mi wybaczy zza grobu, tym bardziej, że piszę o tym samym okresie w historii Śląska, chociaż z innej perspektywy niż on. W latach 80 XX w. ruch śląskich autonomistów nie był jeszcze tak rozbuchany jak dziś. Póki co jest jednak początek września 1939 r. i trzeba wywiesić z okna flagę ze swastyką, bo Chorzów znowu nazywa się Königshütte.

brunatnamgla1 (2) dwieKiedy do domu przychodzi urzędnik miejski ze znaczkiem NSDAP w klapie marynarki, dziadkowie są w mieście. Na ulicy Wesołej, która zmienia nazwę na Narzisenweg, jest tylko moja mama Nina. Właśnie wróciła z jakiejś zbiórki, albo alertu, ma na sobie polski mundur harcerski i ukończone 18 lat. Przybysz zwraca jej uwagę, że w okolicznych domach flagi już powieszono, a tutaj jeszcze nie, więc niezwłocznie powinna to zrobić.
– Niczego nie powieszę – odparła hardo.
– Pani musi to zrobić – rozkazał stanowczo.
Wtedy nie wytrzymała, poszła do kuchni, wzięła nóż do mięsa i krzyknęła mu w twarz, że po jej trupie, ale tej szmaty nie wywiesi z okna. Łatwo można sobie wyobrazić, czym groziło wówczas takie wystąpienie. Zrządzeniem Opatrzności nadeszli rodzice, w mig zorientowali się w powadze sytuacji i babcia na poczekaniu odegrała jedną ze swoich najlepszych scen w życiu. Dogłębnie załamanym głosem oświadczyła urzędnikowi, że spotkało ich z mężem wielkie nieszczęście, bo ich córka jest chora psychicznie. Leczą ją wprawdzie, ale nie widać poprawy, więc – i tu zalała sie łzami – trzeba ją będzie chyba wywieźć do szpitala w Rybniku. Ta nazwa brzmiała na Śląsku (i nadal brzmi) złowrogo, więc stróż porządku jakoś udobruchany kiwnął ze współczuciem głową, jeszcze raz przypomniał o obywatelskim obowiązku i sobie poszedł. Widocznie nie sporządził później żadnej notatki służbowej, bo obyło się bez dalszych konsekwencji. Nina nie zamierzała jednak spokornieć. W jakiś czas później spotkała na ulicy jedną ze swoich kuzynek, która na dzień dobry odpowiedziała jej heil Hitler, więc ją publicznie spoliczkowała.

Zarówno dziadkowie jak i mama podpisali jednak niemiecką Volkslistę; w imieniu młodszej Irki zrobili to rodzice. Pewnie nie była to dla nich łatwa decyzja, mogli odmówić, ale zbyt wiele by ryzykowali. Sięgnę tu do historycznej pracy Danuty Sieradzkiej**, by głębiej naświetlić problem:

Późną jesienią 1939 r. podjęto próbę ustalenia składu narodowościowego ludności miasta; był to spis policyjny, tzw. palcówka. Formularz rejestracyjny (drukowany w językach polskim i niemieckim) zawierał pytania dotyczące narodowości i języka.

Blankiet policyjnego rejestru ludności należało oddać w lokalu urzędowym i w obecności władz zostawić odcisk palca wskazującego. Wielu Polaków – ze względów taktycznych – podało narodowość niemiecką. Na przebieg rejestracji wpływała atmosfera terroru, a ponadto zalecenie biskupa Stanisława Adamskiego (w porozumieniu z rządem polskim na emigracji), aby Polacy wpisywali na kwestionariuszu narodowość niemiecką. Biskup chciał w ten sposób uchronić wielu Górnoślązaków przed licznymi prześladowaniami.

Zarządzenie Reichsführera SS Heinricha Himmlera o Niemieckiej Liście Narodowościowej (Deutsche Volksliste) miało ostatecznie rozwiązać problemy narodowościowe. W marcu 1941 r. ustalono 4 kategorie listy: 2 pierwsze były zastrzeżone dla rodowitych Niemców, 2 następne dotyczyły Polaków, z którymi wiązano nadzieję, że staną się członkami niemieckiej wspólnoty narodowej. /…/ Chorzów na tle innych miast wypadł niekorzystnie: ponad 40% mieszkańców zaliczono bezpośrednio do grup, które mogły zaraz otrzymać obywatelstwo niemieckie, natomiast dalsze 44,6 % oczekiwało na indywidualne nadanie niemieckiej przynależności państwowej. Złożoność ówczesnej sytuacji oddaje wiersz z tamtego okresu :

Jeśli nie podpiszesz – twoja wina
Zaraz cię wezmą do Oświęcimia.
A gdy podpiszesz, ty stary ośle,
Zaraz cię Hitler na Ostfront pośle

Wielu chorzowian nie podpisało volkslisty. Ludzi tych zazwyczaj wyrzucano z mieszkań (tak się n.p. stało z rodzinami Dubielów, Fojcików czy Hanke ) i w każdej chwili narażali się na szykany, a w konsekwencji na rozstrzelanie lub śmierć w komorze gazowej.

Na podstawie odpowiednich zarządzeń Ślązakom, którzy oficjalnie określali się, że są Polakami, nie wolno było m.in. wstępować do żadnej restauracji i słuchać nabożeństw odprawianych w głównym kościele. Ich karty żywnościowe i odzieżowe, z literą „P“, miały zmniejszony przydział, a w pracy potrącano im dodatkowo 15% zarobku.

W niejednej polskiej rodzinie w Chorzowie i w innych miastach Śląska – pisze dalej autorka – przeżywano osobiste tragedie. Wielu Polaków, zaszeregowanych do III grupy volkslisty, odmawiało służby w wojsku niemieckim – czekały ich aresztowania i Oświęcim. Do Wehrmachtu wcielano nawet tych, którzy nie podpisali volkslisty. Zazwyczaj byli wysyłani na front wschodni, gdzie ginęli. Matka – której syn był Polakiem i czuł się Polakiem – otrzymywała wiadomość, że jej ukochane dziecko poległo na polu chwały za Führera i III Rzeszę. Raporty policyjne donosiły, że osoby wpisane do III grupy niemieckiej listy narodowej demonstracyjnie przyznają się do polskości i używają języka polskiego.

brunatnamgla1 (1)grobDo tej grupy zostali zaszeregowani również moi dziadkowie z mamą i ciocią Irką. Status społeczny rodziny się zmienił, dziadek musiał odejść ze „Skarbofermu“, spółka przyjęła nazwę Bergwerksverwaltung Oberschlesien GmbH der Reichswerke Hermann Göring. Dziadek dostał pracę w biurze kopalni, prawdopodobnie Polska, co teraz nazywała się Deutschland , a moja mama, która przed wojną marzyła o tym, żeby studiować medycynę i zostać chirurgiem, zatrudniła się w inżynieryjno-budowlanej firmie Schubert, gdzie powierzono jej księgowość. Równolegle z liceum Curie, ukończyła bowiem szkołę handlową i miała na ten temat pewną fachową wiedzę, a już na pewno nie bała się jej sprawdzić w praktyce. Kiedy dziadek przestał pokazywać się w pracy, a także na ulicy, tego dokładnie nie wiem. Na pewno stało się to po tym, jak babcia dowiedziała się, że pod Stalingradem padli brat męża Maks i jej brat Wili. W piwnicy na Wesołej, między węglem i ziemniakami, została zbudowana kryjówka, w której Erwin spędzał dni, bo spać chodził do Jadki, na piętro. Przez tę piwnicę przeziębił sobie nerki i później już zawsze miał z nimi problem, ale może uratował życie. Krycie miał dobre, na parterze , po rodzinie Szumskich, którzy musieli wyprowadzić się na Klimzowiec, do jakiejś klitki, mieszkał wysokiej rangi oficer Wehrmachtu o nazwisku Rosenberg, a w suterenie ciocia Marysia z dziećmi, żona brata Jorga, co w międzyczasie wstąpił już do SA i był głównie tam , gdzie, jak to się mówi, strzelali. Przypuszczam, że obydwaj niczego o tej skrytce nie wiedzieli, ale przecież dzisiaj mi tego już ani nie potwierdzą, ani temu nie zaprzeczą.

Volkslista dziadkow 003 Volkslista dziadkow 002O niemieckich dokumentach w rodzinie dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek, władze PRL nie lubiły niemieckich Ślązaków, więc się z nimi w rodzinie nie obnoszono. Kopie dowodów osobistych z hitlerowską gapą, opatrzonych zdjęciem mojej babci i dziadka, zobaczyłem dopiero w 1988 r., kiedy po nielegalnym wyjeździe do Monachium sam złożyłem wniosek o przyznanie mi niemieckiego obywatelstwa. Przysłała mi je z Polski, przez innych „turystów“, ciocia Irka, która miała oryginały, trzymała je czujnie i mocno przy swojej bujnej piersi i rok później sama drapnęła do Niemiec. Jakże ironicznie postępuje z ludźmi historia. Oczywiście, każdy jest kowalem swojego losu, a nawet jeśli w to wątpimy, Czesław Miłosz powiada: nie jesteś przecież tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach…

* Tadeusz Dyniewski „Zbrodnia i Kara“, Pitaval Śląski. Wyd.1986
** Danuta Sieradzka „Królewska Huta, Chorzów w latach 1868-1945“. Wyd.2001

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

***
Wywiad z Tomaszem Fetzkim nagrany już po opublikowaniu tego wpisu i na jego podstawie, wyświetlony w regionalnej telewizji żarskiej i dostępny online:

http://www.telewizjazary.pl/51,2676-poznaj_swoje_miasto_-_kamien_hermanna_l%c3%b6nsa.html