Alma (1)

Lech Milewski

Foto : Alma Mahler-Werfel
Foto z Wikipedii: Alma Mahler-Werfel

Alma Mahler wpadła mi w oko w Pirenejach podczas nielegalnej przeprawy przez francusko-hiszpańską granicę. Nie tyle ona co jej bagaże – tuzin walizek!

 

Naturalnie, kobieta! – pomyślałem.

A było to tak…
Od roku 1929 Alma Mahler była żoną pisarza Franza Werfla. W 1938 roku, po Anschlussie Austrii, Werfel, który był Żydem, uciekł wraz z żoną do Francji. Przewidując najgorsze ubiegali się o wizę do USA. Otrzymali ją z łatwością dzięki wstawiennictwu Tomasza Manna, który cieszył się ogromną sympatią i zaufaniem Eleonory Roosevelt i pomógł załatwić wizy setkom niemieckich intelektualistów i artystów. Przewidując najlepsze zwlekali z wyjazdem do USA aż do 1940 roku, do zajęcia Francji przez Niemcy. Wtedy było już za późno. Nie mogli wydostać się z Francji legalnie, gdyż nie mieli wizy wyjazdowej, a zgłoszenie się po taką wizę do urzędu, skończyłoby się wydaniem w ręce niemieckie. Ukrywali się w Lourdes, gdzie Franz Werfel zapoznał się szczegółowo z historią Bernadetty Soubirous – dziewczyny, której objawiła się Matka Boska. Złożył wtedy ślub, że jeśli uda mu się szczęśliwie wydostać z Francji, to napisze książkę na temat cudownego objawienia.
Po kilku tygodniach Werfel nawiązał przez pośredników kontakt ze współpracownikiem amerykańskiego konsulatu w Marsylii, dziennikarzem Varianem Fry, który właśnie organizował przerzut do Hiszpanii rodziny Tomasza Manna – syna Golo i brata Henryka wraz z żoną Nelly. Dołączyli więc do nich. Pociągiem dojechali z Marsylii do stacji Cerbere tuż przed granicą hiszpańską. Graniczna stacja Cerbere – jakże właściwa to nazwa!
Piątka uciekinierów powędrowała z przewodnikiem na piechotę, a Varian Fry przejechał legalnie pociągiem do Hiszpanii.
Wędrówka przez góry nie była łatwa. Musieli się wspiąć na wysokość 2000 m, co przy otyłości Franza Werfla i słabej kondycji Henryka Manna było zadaniem nie lada. Z kolei Varian Fry miał prawo obawiać się zainteresowania służby celnej i granicznej rozmiarami bagażu – 17 walizek. W tym 12 walizek Almy Mahler. Alma twierdziła, że walizki zawierają rzeczy absolutnie niezbędne – rękopisy partytur utworów Gustawa Mahlera, rękopis III symfonii Brucknera, rozpoczęte dzieła jej męża i odrobinę jej garderoby. Złośliwi twierdzą, że wszystkie szkice, partytury i rękopisy zajmowały tylko jedna walizkę.
Spotkali się w Portbou – pierwszej stacji po hispańskiej stronie. Varian Fry wrócił do Marsylii, a oni pojechali dalej, pociągiem do Madrytu i w końcu samolotem Lufthansa do Lizbony. Uciekali przed Niemcami samolotem Lufthansa? Czemu nie, w tamtych czasach można było podróżować incognito. Po miesiącu pobytu w Lizbonie pożeglowali do Nowego Jorku. Tam czekał na nich Klaus Mann, syn Tomasza, który w liście do ojca wspomniał, że wszyscy uciekinierzy byli w dobrej formie, tylko Alma wyglądała jak zdetronizowana królowa.

Franz Werfel wypełnił swój ślub – książka Pieśń Bernadetty – KLIK – i film nakręcony na jej podstawie zapewniły mu dobrobyt do końca życia. Był to więc bardzo udany ślub.

Dygresja – Varian Fry pomógł przemycić ponad 2.200 uciekinierów z Niemiec – KLIK.

Moje kolejne spotkanie z Almą nastąpiło w niespodziewanym miejscu – w fikcyjnym osiedlu Tel Kedar na pustyni Negev…

Między wiadomościami nadali program o życiu i miłościach Almy Mahler. Spikerka powiedziała, że świat mężczyzn nie był w stanie jej zrozumieć i widział w niej kogoś innego, niż była naprawdę, a potem opowiadała jaka naprawdę była Alma Mahler. Wyłączyłem ją w pół zdania na potwierdzenie, że świat mężczyzn nie zmienił się na lepsze.

Amos Oz – Nie mów noc – tłumaczyła Agnieszka Jawor-Polak

Rzeczywiście, nie zmienili się. Dowodem może być choćby ta piosenka Toma Lehrera – Najurokliwszą dziewczyną Wiednia była Alma…

Pozwoliłem sobie sparafrazować refren tej piosenki – Almo jakiego użyłaś magicznego tańca, by oczarować Gustawa, Waltera i Franza?

Gustaw, Walter i Franz to kolejni mężowie Almy – Gustaw Mahler, Walter Gropius i Franz Werfel. Zaś pomiędzy mężami, a czasem równolegle z nimi, przez życie Almy przewinęło się wielu słynnych artystów i twórców..

Nie usiłuję zrozumieć Almy Mahler. Nawet wolę jej nie rozumieć. Pozwala mi to przypatrywać się jej i jej otoczeniu czasem w admiracją, czasem ze zgrozą, a ciągle z bezrozumnym oczarowaniem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Evelyn Juers – House of Exile – KLIK – cudowna książka – skarbnica informacji o ucieczce artystów i intelektualistów z hitlerowskich Niemiec.
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.

Dotyk życia

broniaokladkaDzieciństwo Ani

Pierwsze cztery lata życia Ani były bardzo szczęśliwe. Rodzice i starsze rodzeństwo traktowali ją jak małą księżniczkę, uwielbiali ją i rozpieszczali. Ta śliczna dziewczynka o niebieskich oczach i jasnych loczkach miała dzieciństwo bardzo szczęśliwe, acz biedne. Nosiła skromne sukienki i bawiła się szmacianymi lalkami zrobionymi przez mamę. Z natury była dobra i pogodna, chociaż czasami zazdrościła Sabince, wnuczce pani dziedziczki Kantarowej. Sabinka była rówieśniczką Ani, miała swój pokój dziecinny, śliczne sukienki i zabawki kupowane w sklepie. Ania bawiła się i spała w jednym pokoju z rodzicami i rodzeństwem. Ale też w całym jej domu był tylko jeden pokój i maleńka kuchnia, w której stał stół, ława i piec chlebowy,
w którym mama piekła chleb. W kącie, przy piecu
stały żarna.

Oto wracam do korzeni swoich
Kawałka ziemi leżącego odłogiem
Bochna chleba w dłoni
Pachnącego tatarakiem
Zrywam kłos wypełniony ziarnem
Jak niezapominajkę kładę
Na omszałych żarnach

Najmilej Ania wspomina wieczory, kiedy po wspólnej kolacji cała rodzina była w domu. Ojciec brał ją wtedy na barana i podnosząc ją w górę i huśtając nad głową śpiewał:
Gdzieżeś ty bywał
Czarny baranie
Czarny baranie?
Dziewczynka popiskując z radości odpowiadała:
We młynie
We młynie
Mój miły panie!
Ojciec był jej najlepszym przyjacielem i wiedziała, że zawsze może na nim polegać. Mama natomiast objaśniała jej tajemnice świata, odpowiadała na każde pytanie. Brat Romek bawił się z nią na podwórku, a siostra Joasia pięknymi kołysankami utulała do snu.
Śpij Anusiu moja mała
Bo już na cię czas
Ja cię będę kołysała
A ty oczka zmruż
Luli luli śpij spokojnie
Śpij bez żadnych trwóg
Tu siostrzyczka cię utuli
Tam nad tobą Bóg
Czasami Ania była sama w domu. Wtedy biegła na pobliską łąkę i łapała motyle, cichutko śpiewała i szeptała do zrywanych kwiatów. Lubiła wsłuchiwać się w odgłosy łąki – brzęczenie owadów, cykanie świerszczy.
Wnikliwie obserwowała świat przyrody. Nie wiedziała tego, ale tak było. W odradzającej się wciąż naturze odnajdywała poczucie harmonii, spokoju i radości. Współuczestniczyła w odwiecznym procesie zmieniających się pór roku i dnia. Wiedziała, że tylko Bóg mógł stworzyć taki doskonały świat, pełen piękna i tajemnic, które wciąż na nowo odkrywała. Dorastała i w zakamarkach pamięci rejestrowała każde spostrzeżenie, każdy obraz.
W twarzach starych ludzi widziała drzewo, jego pomarszczoną korę. Świat jawił się jako jedność skupiona w drzewie – był magiczny i zagadkowy.

Jestem sosną rosnącą samotnie
Smutnym drzewem skrzypiacym na wietrze
Igiełkowe łzy czasem ronię
Może ktoś sosnę utuli
W wiatru szumie
W słońca aureoli
Rozterka odejdzie w nieznane
Dusza sosny
Nie będzie cierpiała

W rodzinnym domu Ani zawsze panowała atmosfera ciepła i życzliwości. Mimo wielu zmartwień i biedy rodzina żyła spokojnie i zgodnie. Ania była dziewczynką cichą, skrytą i skłonną do melancholii. Wydawała się najbardziej podobna do Ludwika i jak się póżniej okazało miała najsilniejszy charakter ze wszystkich dzieci Antosi i Ludwika.

bronia1stronaWojna

Beztroskę zmącił huk przelatujących samolotów. Podwórko dziecinnych zabaw zaniemówiło. W jednej chwili prysnął spokojny sen. Ktoś zamknął szczęście na klucz i klucz wyrzucił. Zachwiały się schody do nieba, po których do tej pory Ania wędrowała.
Pierwszego września 1939 roku niebo było czyste i bezchmurne. Ania bawiła się na podwórku w piaskownicy. Piekła babki z piasku i układała je na ławeczce stojącej pod ścianą domu. Nad jej głową skrzypiały i szumiały drzewa. Wsłuchiwała się w ich szum, kiedy nagle powietrze zadrgało jakimś uporczywym, powtarzającym się dźwiękiem.
– Co to takiego? – zapytała ojca, który w tym momencie wychodził z domu.
– Sama zobacz, córeczko! – odpowiedział wpatrując się w niebo.
Wtedy zobaczyła samoloty, które jak srebrne ptaki przesuwały się wysoko nad ziemią. Z nieba posypały się białe kartki jak płatki śniegu. Były to ulotki, na których czarnymi literami wypisano: WOJNA. NIEMCY NAPADLI NA POLSKĘ. Ania łapała te kartki jak motyle. Z domów powychodzili ludzie i kiwali głowami, lamentując:
– Znowu będzie piekło na ziemi! – spoglądali w niebo z trwogą.
Rodzice Ani przeżyli już jedną wojnę i bardzo się bali. Ludwik służył w wojsku w 1914 roku i omal nie stracił życia, a Antosia w wieku czternastu lat doświadczyła głodu, brudu i strachu.
Pierwsze miesiące wojny były w miarę spokojne – trwała mobilizacja do wojska i we wszystkich domach padały podobne pytania:
– Jak długo może trwać wojna?
– Jak się skończy?
– Jakie zapasy gromadzić?
– Zostać czy uciekać?
– A jeżeli uciekać to dokąd?
Nikt nie pomyślał, że za jakiś czas bomby będą spadały na domy, okna powypadają z framugami, rozpadną się ściany domów. Tymczasem trwała mobilizacja. Dworce kolejowe w Pohulance, Święcianach, Podbrodziu przepełnione były żołnierzami.
W 1940 roku wojna ogarnęła już całą Europę. Panowało przekonanie, że wkrótce Niemcy uderzą na Związek Radziecki. W czerwcu 1940 roku do Wilna wkroczyły sowieckie czołgi i rozpoczęła się okupacja, grabieże, głód, aresztowania, masowe deportacje Polaków, Litwinów i Łotyszy w głąb Rosji.
Pociągi z wywożonymi odjeżdżały na Wschód w sam środek syberyjskiej zimy.
– Ta przeklęta wojna znowu pochłonie miliony niewinnych ludzi – mówił z goryczą Ludwik.
– Miejmy nadzieję, że nie potrwa długo – uspokajała Antosia.
Ludwik czuł się bardzo źle, był przygnębiony i smutny, od niespokojnych myśli huczało mu w głowie.
– Pójdę się położyć – powiedział cicho, po twarzy płynęły mu łzy. – Gdyby nie ta wojna, to może nasza Joasia by żyła? – dodał z rozpaczą. – Miała tylko siedemnaście lat.
W rok później, też w czerwcu Niemcy zaatakowali i rozpoczęła się wojna sowiecko-niemiecka. Z nieba leciały bomby, domy tonęły w kłębach dymu i ognia. Ludwik patrzył ze ściśniętym sercem na żonę i dzieci – ich oczy straciły blask i były smutne. Od kilku tygodni kładli się spać głodni.
– Jeść! – pochlipywała Ania, wkładając do buzi brudny kciuk.
– Będziesz ty cicho?! – zdenerwował się ojciec surowo mierząc wzrokiem córkę. Od jego głosu zatrzęsła się niska chata.
– Aniu, kochanie – wtrąciła się pospiesznie Antosia obejmując czule córkę. – Wszyscy jesteśmy głodni i nic na to nie możemy poradzić. Jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zrozumieć, że niczego nie mamy do jedzenia. Wczoraj zabrano nam wszystko, co mieliśmy. Gdybyśmy nie oddali zboża i ostatniej krowy, to twój tatuś mógłby zginąć jak wujek Heniek. Pamiętasz przecież jak go zabili.
Ania ze smutkiem pokiwała głową i usiadła w kąciku przełykając łzy. Okupanci żądali coraz więcej i Ludwik był “zadłużony” po uszy. Kilka razy nocą nieznani ludzie wyprowadzali go z domu i katowali. Najczęściej żądali przyznania się do współpracy z ruchem oporu, udzielania pomocy i schronienia Żydom, posiadania broni. Często przeprowadzali rewizje. Ludwikowi serce pękało na widok dzieci i żony stojących pod ścianą z podniesionymi rękami, odwróconych twarzą do muru. Nie potrafił uchronić ich przed ciągłym zagrożeniem, głodem i nędzą.
Rok 1944 dobiegał końca. Ludzie mówili, że za pół roku wojna się skończy, czekali na to z utęsknieniem, potrzebowali wolności jak kromki chleba.
Ludwik czuł się coraz gorzej, był słaby i nie miał siły do pracy. Zbliżał się pierwszy dzień stycznia 1945 roku. Tę datę nosił w swoim chorym sercu przez piętnaście lat.

Bystrzanowice. Wojna i śmierć

Zofia Slaska
kolejna część wspomnień, spisanych w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone, dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Jelskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

konstancja2To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała. Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

konstancja1Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Masią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Masi, która mieszkała z matką w Kielcach.

Gestapo przyszło do Masi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski mieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej córki chodziły do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Masia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Ewy i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać.

Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy. Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie.
Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie mleczarek przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.
I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym  pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia z opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła, lecz zmarła w czerwcu. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

konstancja3-zosiaTak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy niedopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Masia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były komplikacje, i Henryk pojechał na operację do Szwecji. Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci. Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć.

Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania.
I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Nie wiem, co dla ojca ta wizyta znaczyła, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku. To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

Następna część wspomnień już się ukazała. Była zatytułowana 1945.

Przemarsz zer

Dorota Cygan przypomina kolejną rocznicę, nie okrągłą, a tekst wprawdzie nie o niczym tylko o czymś, ale jednak o zerach.

zeraMeeting czyli przemarsz zer – tak brzmi tytuł szkicu węglem autorstwa niemieckiego malarza Wernera Heldta z roku 1933/34. „Dziś przed 81 laty”, jak mówią użytkownicy języka niemieckiego (mhm, to zupełnie tak, jak gdyby w niemieckim gramatyka decydowała o kultywowaniu wiecznie świeżej pamięci) Hitler doszedł do władzy. Rysunek powyżej jest komentarzem tego, co stanowiło nieodłączne kulisy tych i późniejszych wydarzeń związanych z tym faktem.

Można niejedno wyczytać z tego rysunku, nie znając dzieła malarza. Abstrakcyjna forma obrazowania tłumu jako kółka-zerówki to czysta kpina z reżyserowanej liturgii zlotów partyjnych i ich śmiertelnej powagi, której tłem było istne poczucie misji dziejowej. Germaniści piszą czasem, analizując artefakty mrocznych czasów nazistowskich, że wielka szkoda, iż nie było więcej tego typu szpilek nadających się do wkłucia w toporny kloc sztuki propagandowej. Czyli atestują malarzowi rzadką jak na owe czasy subtelność przytyku, a zarazem opozycyjność wobec systemu. Zakładając tym samym, że dla współczesnych krytyka ta była oczywista i czytelna. Poświadczają zatem dziełu subwersywność o sile z dzisiejszej perspektywy trudnej do przecenienia.

Aż się prosi, żeby sprawdzić, jakie miejsce w dziele samego malarza zajmował ten szkic węglem. Czy był pojedynczym żartem, wypadkiem przy pracy, a może konsekwentnym elementem jakiejś drogi rozwojowej? Jaka była jego siła? Skoro artysta opuścił Niemcy nazistowskie wiosną 1933 roku – to czy z powodu tego szkicu? Wykonał go pod wpływem nagłej niezgody na reżim, czy z powodu zwykłej, motywowanej estetycznie, niechęci doń? Kim był malarz, którego dzieło doczekało się retrospektywnej wystawy dopiero w 1989 roku w Norymberdze? Czy był związany z tym miastem? Może właśnie tam napatrzył się na przemarsze SA?

Nic podobnego. Urodzony w 1904 roku, większość życia spędził w Berlinie, stroniąc od typowych atrybutów wielkiego miasta oraz nowych trendów w sztuce (typu Neue Sachlichkeit), żył jednak konsekwentnie jak cygan, szukając w alkoholu zapomnienia – także z powodu skłonności homoseksualnych, które dla chłopaka z pietystycznego domu były trudną do zaakceptowania sprzecznością biograficzną. Wczesne rysunki przepełnione melancholią wpisują się jednak w ducha schyłkowej Republiki Weimarskiej: abstrakcyjnie płaskie, puste przestrzenie bez żywej duszy, redukcja przedstawionego świata i zdystansowanie wobec przedmiotów, kruchość przedstawionych obiektów oraz – bez wyjątku – bezruch.

W przerwach w pracy malarskiej pisał. I tak, w roku 1927 powstaje artykuł Einige Beobachtungen über die Masse, dokończony kilka lat później już na Majorce. Heldt wyznał wówczas matce, że pisanie tego tekstu go uzdrowiło, przestał czuć się szaleńcem i wie, iż jego choroba polega na tym, że nie potrafi brać udziału w kolektywnym obłędzie. Tekstu tego nie oddał jednak do druku, targany jak zawsze wątpliwościami co do swojej osoby. Kryzys życiowy stawał się powoli elementem na stale wpisanym w jego życie. Ale potrafił uczynić z niego temat pracy twórczej – i tak na rok przed dojściem Hitlera do władzy powstało w sumie 80 prac graficznych i malarskich. Jest w nich, jak zawsze, ciężka melancholia w 80 różnych wariantach, np. jako obraz pustych ulic, niekończące się ciągi domów, tajemnicze wnętrza, a także motyw morza – w wydaniu Wernera Heldta również to alegoria depresji . I znów: po tej krótkotrwałej erupcji twórczości następuje obsunięcie w bezczynną depresję.

Interpretatorzy są zdania, że paraliż zdolności twórczych ma ścisły związek z dojściem nazistów do władzy i że nastroje artysty u progu roku 1933 to antycypacja wydarzeń społeczno-politycznych. Tak interpretują jego ucieczkę na Majorkę wiosną 1933 roku z niewielkim bagażem, w którym miało się znaleźć miejsce jedynie na Baudelaire‘a i Kleista. Długotrwałemu kryzysowi psychicznemu towarzyszyło poczucie winy, a także emocjonalna niezdolność do powrotu do Berlina. Ten ostatni symptom jest również typowy dla stanów duchowych wielu pisarzy i artystów niemieckich, przebywających w stanie zawieszenia między emigracją a okazjonalnymi pobytami w kraju. Niby nie ścigani przez policję polityczną, przez niejasne poczucie zagrożenia spokoju wewnętrznego jednak nie zaznali.

I jeszcze jedno jest typowe dla wielu przedstawicieli jego generacji: faszyzm, od którego próbowali uciec, dosięgał ich często również na emigracji – Wernera Heldta akurat na Majorce. Kiedy w Hiszpanii wybucha wojna domowa, musi, chcąc nie chcąc, w połowie sierpnia 1936 roku wrócić do Berlina. Przystań życiową znajduje w budynku ówczesnej Königliche Kunst- und Gewerbeschule przy Klosterstraße 75, która dawała schronienie artystom przepędzonym z Akademii. Heldt znajduje tam przyjaciół na dobre i na złe, a także akceptację i inspirację. Pracować jednak nie może, dręczony obsesjami, panicznym strachem przed prześladowaniami na tle orientacji seksualnej. Okresy depresji przeplatane są szukaniem zapomnienia w alkoholu. Przyjaciele, nazywający go niepohamowanym cyganem, w trosce o niego próbowali go przechytrzyć, kupując obrazy rzekomo w imieniu anonimowych kolekcjonerów. Sam bowiem zwykł je rozdawać za darmo.

Na pierwszej wystawie w Galerie Gurlitt, w zasadzie po zawieszeniu jej działalności, czyli niejako na dziko, pokazał więc jedynie wczesne prace, nowsze bowiem plątały się po piwnicach lub trafiły w ręce przypadkowych ludzi. Echo prasowe ograniczyło się do dwóch notatek gazetowych, zaś na temat echa towarzyskiego nie zachował się żaden zapis. Nie wiemy więc dziś, czy wystawa subwersywnych obrazów odbiła się jakimkolwiek echem w kręgach artystycznych. Do tzw. czynników decyzyjnych najwyraźniej nie dotarła, bo nie poskutkowało to zakazem wykonywania zawodu ani innymi szykanami.

Generalnie wiadomo, że Werner Heltd pogardzał nazizmem i jego metodami. I że w latach 1936-40 nie napisał ani linijki. Z wyjątkiem listów, w których nazywa wojnę osobistą katastrofą. Ale wbrew temu, co mu się początkowo wydawało, po wcieleniu do wojska w 1940 roku okazało się, że wojna jest dla niego wyzwoleniem od niego samego, przynajmniej na czas jakiś. Służba wojskowa oznaczała bowiem strukturę, a tym samym była środkiem na lęki i depresję. Jako żołnierz dokonał nie lada wyczynu: W ciągu 5 lat zdobył zaledwie stopień starszego gefrajtra, co wiele mówi o jego ambicjach militarnych. Do jednego z przyjaciół pisał wówczas, że cieszy się, bo jest w przyzwoitej firmie i w zasadzie nie ma nic przeciw komiśniakowi, a nawet ceni to, że nie musi być sam za sobą. Jedyne, co mu dokucza to fakt, że próbują go w wojsku oduczyć melancholii. Musi więc dbać o to, by nie rzucać się w oczy i ukrywać swoje prawdziwe nastroje, pozornie poddając się militarnej dyscyplinie. I podsumowuje, że wojna przyniosła mu więcej korzyści niż szkody. W 1946 roku wraca do Berlina z poczuciem, że to początek nowego. Tym samym powraca jednak – jak się miało okazać po krótkim okresie względnej stabilności – do swojej nieuleczalnej melancholii. Z uwięzienia przez depresję nie jest go nawet w stanie uwolnić względny sukces na powojennym rynku sztuki, chłonnym i ciekawym nowych nazwisk. Szczyt popularności w roku 1947 bezpośrednio poprzedza ostateczne obsunięcie się w depresję.

Werner Heldt nieustannie potyka się o siebie samego: samotność „pośród śpiewu tłumów” i ta wśród przyjaciół, podskórne obawy, sceptycyzm, dystans, strach przed tłumem – z tych oto stałych elementów składa się jego życie na emigracji we własnym wnętrzu z towarzyszącą mu niezdolnością nawiązania choćby powierzchownych kontaktów z takimi znaczącymi sąsiadami z Majorki jak hrabia Harry Kessler, Hermann Keyserling, Franz Blei, podobnie jak z artystami, z którymi teoretycznie mógł w Berlinie obcować często, korzystając z gościnności tej samej Königliche Kunst- und Gewerbeschule co Käthe Kollwitz, Hermann Blumenthal czy Werner Gilles. Mógłby, gdyby nie jego zupełna niekompatybilność.

Na temat opętania tłumów pozostawił w sumie 24 prace (z lat 1926-1948). Każda z nich to na swój sposób polemika z szaleństwem mas i dyktaturami. Ale jego sytuowanie się poza obrębem wszelkich ugrupowań to taka opozycyjność bez wykrzyknika. Nie da się z niej wyprowadzić wyrazistej tezy o pozycji światopoglądowej autora.

I co tu zrobić z takim rodzajem opozycji wobec nazizmu? Nie nadaje się ani na plakaty ani do zagospodarowania jako symbol oporu. A jednak rysunek Aufmarsch der Nullen powstał. Nie da się zaprzeczyć. I służy jako materiał ilustracyjny do opisu pełnych sprzeczności lat 30.

A może da się odnieść do fenomenu Wernera Heldta ten fragment z Herberta: To wcale nie wymagało wielkiego charakteru / nasza odmowa niezgoda i upór / mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi / lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku / Tak smaku (…)

A mniej patetycznie może powiedzmy, że odmowa udziału i okazywanie niesmaku to w gruncie rzeczy jednak jakiś statement. Lekceważenie wszelkiego rodzaju nadętych, biorących swoje działania na śmiertelnie poważnie zbiorówek o ambicjach ruszania z posad bryły świata, potraktowanie ich rzuconą jakby od niechcenia przez ramię uwagą – „proszę bardzo, panowie, ale beze mnie. Ja te wasze zbiorowe uniesienia skomentuję niewielkim, czarno-białym szkicem” – to jednak jest coś.

Roger Loewig

loewkubcoverVor langem Zeit gaben wir im WIR e.V. mit Lidia Głuchowska zusammen zwei ihre Bücher über Stanisław Kubicki aus, den deutsch-polnischen Maler und Dichter, von dem hier, in diesem Blog, schon zig Mal die Rede war. Das dritte ihre Buch fasste die Schaffung erweiterte das Thema; es hieß: “Roger Loewig und Stanisław Kubicki. Zwei Maler-Dichter in der Verteidigung der Inseln der Menschlichkeit “

Damals arbeiteten wir eng mit der Roger Loewig Gesellschaft zusammen und mit ihrer Mitarbeiterin – Felice Fey. Irgendwann danach gab Felice selber ein Buch über Roger Loewig heraus. Heute hat sie uns / mir ein Fragment dieser Biographie zur Verfügung gestellt.

liebendeRoger Loewig: Eine Biographie, von Felice Fey
Berlin: Lukas Verlag, 2011

Auszug aus dem Kapitel „Späte Ernte“, S. 216-217

Die Reisen brachten eine gewisse Verschiebung der Bildinhalte mit sich. Noch immer schuf er Landschaften des Untergangs. Noch immer war die deutsche Teilung das Motiv, um das sein Schaffen kreiste. Aber er löste sich langsam von Fixierungen. Die Entwicklung hin zu einer subtileren Formulierung im Bild wird deutlich in einem Text, den er im Katalog der Regensburger Ausstellung zur abgebildeten Kugelschreiber-Zeichnung „Landschaft mit zwei untergehenden Sonnen“ aus dem Jahr 1976 veröffentlichte:

Die Weite eines Feldes, eines Ackers, die Tiefe eines Weges, einer ins Endlose entschwindenden einsamen Straße – ob damals zu Hause, ob in Nordböhmen,  in Masuren oder woanders – haben mich immer fasziniert und gelockt und in sich hineingesogen. […] An ihren Rändern, durch ihre Mitte, über die ganze Breite des Himmels, Zweigestirne bildend, klafft oft ein Graben, ein Riß, trennt sie eine gebrochene Naht, eine lange Wunde, eine schlecht verwachsene Narbe: Gleichnisse für böse Grenzmarkierungen. Die Absperrungen, die schrecklichen Palisaden, den unbewohnten, unbegehbaren Streifen Niemandsland, die träumte ich in meine Felder nicht hinein. Das ist deutliche, unverwischbare Wirklichkeit. Und wo finden sie sich nicht? Sie sind eingraviert in alle Himmelsrichtungen, sie zerschneiden Länder und Völker, Ströme, Straßen, Städte und uns selbst. Und sie lassen schließlich – zu dauerhaft und bis heut noch unverrottbar – manches und manchen, die, von ihnen verwundet, sich ihnen nicht mehr entziehen konnten, ausbluten.

flugfeldzeichenNicht nur in der Kunst, sondern auch im Leben blickten Roger Loewig und mit ihm seine Gefährtin Creszentia Troike bereits aus einer weiten Distanz zurück. Wesentliche Auseinandersetzungen lagen hinter ihnen. Beide hatten sie, er als Künstler, sie als unermüdliche Vertreterin seiner Kunst und seiner Geschichte, gemeinsam ein abenteuerliches Leben geführt: in der DDR die Verhaftung und die ersten professionellen Jahre mit ihren Schwierigkeiten und Lichtblicken, Verhinderungen, Förderungen und Freundschaften, später die Erfahrungen der Übersiedlung mit nachfolgendem Einreiseverbot. Sie lebten an der Peripherie West-Berlins und hatten ihre Rolle als Vermittler zwischen Ost und West angenommen. Besonders die mehr nach außen gewandte Creszentia Troike war unermüdlich damit beschäftigt, den Bundesbürgern ihre Erfahrungswelt und Perspektive zu vermitteln. Sie wollte die DDR erklären, lebte in Gesprächen und Briefen. 1978 ergab sich eine noch bessere Gelegenheit, die historische Erfahrung ihrer mit Roger Loewig geteilten Lebensgeschichte mitzuteilen. Hans Harmsen, der langjährige Wegbegleiter, hatte sie an die Akademie Sankelmark empfohlen, bei deren Leiter Dietmar Albrecht sie Verständnis fand. So erschien 1978 in der Schriftenreihe der Akademie das Bändchen „Licht und Schatten. Erfahrungen eines Künstlers in Ost und West, herausgegeben von einem Freund.“ Der Freund war Creszentia Troike. Sie hatte biographische Dokumente – Akten, Briefe, Rezensionen – gesammelt und kommentiert: Nicht ohne Polarisierung, nicht ohne Bitternis. Die Erfahrung der Zeitgenossenschaft verwandelte sich langsam in eine Geschichte, die den Zugang zu seinem Werk und seiner Person ermöglichte – oder auch verschloss.

haende

Auszug aus dem Kapitel: „Abgrenzungen“, S. 264-266

Er wollte anerkannt werden, in seiner Arbeit wie auch in seiner Ethik. Zusammen mit Creszentia Troike sehnte er sich nach Ehrung – leidenschaftlich, unerfüllt, unverstanden, oft mit Zorn. Er litt unter seiner Isolation. Nichtsdestoweniger leistete er sich eine Haltung, die dazu führen musste. 1995 schrieb er noch einmal an die Freie Akademie der Künste Mannheim. Diesmal war er, in Vorbereitung einer Anthologie, um Auskünfte zum Thema „Kunst und Künstler in unserer Zeit“ gebeten worden:

In der Gegend, aus der ich herkomme – das war die Deutsche Demokratische Republik – wurde die Kunst zur Farce. Der Staat, die Partei – besser Genossen und Funktionäre – droschen pausenlos die haarsträubendsten Phrasen über Kunst und Kultur, daß einem speiübel wurde; und sie reglementierten. Die braven Künstler gestalteten fromm was sie hörten, wohl kaum was sie sahen, und sie lebten wie die Maden im Speck. Zuletzt, nach der Wende natürlich, avancierten sie zu wahren Helden, zu Partisanen, zu Vorturnern. Die Nicht-braven, es gab nicht viele, zogen Straßen in die Versunkenheit, oft sehr schlimme.
Ich bin inzwischen 65 Jahre alt geworden, ich habe dieses Leben rückhaltlos und ohne je einer Partei, einer Ideologie, einem Marschblock, einer Gruppe zu folgen, meiner Schreib-, Zeichen- und Malarbeit geopfert, die ich für sehr notwendig halte und die ich nach eigenen Maßstäben ausrichte. Dabei geriet ich mit Staat und Parteien und anderen in Konflikte, in gefährliche wie ungefährliche, und auf schwierigen Weg.
Ich hasse die unendlichen Redereien über Kunst, das langweilige, unerfreuliche, für mich völlig uninteressante Theoretisieren. Da muss ich absagen, das kann ich nicht.

sinkender1996 geschah es, dass er sogar eine Auszeichnung, die er spontan angenommen hatte, nach einiger Überlegung doch wieder ablehnte. Auf Vorschlag des bekannten Polnisch-Übersetzers Henryk Bereska, der selbst aus Oberschlesien stammte, war ihm ein „Schlesier-Preis“ zuerkannt worden. Am Telefon überrascht, hatte er zugestimmt; dann siegten die Bedenken:

Ich bin für Preise wenig geeignet, doch völlig ungeeignet für einen „Schlesierpreis“, denn ich stamme aus Schlesien und alle meine Vorfahren; wie ließen alles in Schlesien, tiefe Verwurzlungen, Bindungen, Häuser und Güter. Dann habe ich Sehnsucht und Liebe nicht auf die hier noch (wie ich) herumstrudelnden Schlesier übertragen, sondern auf polnische Menschen, die mir längt unentbehrliche Freunde wurden; bei ihnen weiß ich „mein Schlesiertum“ gut aufgehoben.

ohne_fluegelNein, er war nicht verankert: nicht im Kulturbetrieb der Bundesrepublik, nicht beteiligt an politisch motivierten Gruppierungen. Unter dem Diktat des Sozialistischen Realismus war er ein Anhänger der verpönten Moderne gewesen. In der liberalen Umgebung des Westens bestand er auf den Qualitäten der Aussage und der Darstellung in der Kunst und nahm damit Positionen ein, die der konservativen Kulturkritik entsprachen. Unter Kommunisten war er Sozialist gewesen – „im Sinne des Prager Frühlings“. Unter den Sozialisten des Westens war  er dennoch nicht heimisch geworden. Er hätte, was seine Haltung zur Diktatur der DDR betraf, als ein verspäteter „Kalter Krieger“ gelten können. Aber das traf es nicht. Er war im Vergangenen verwurzelt, dem alten Preußen verbunden. Das Ressentiment der Landsmannschaften lehnte er dagegen ab. Im Gegensatz zu vielen Westdeutschen kannte er das Leben im östlichen Europa sehr gut.
kahlgefegteIn den nun etwa zwanzig Jahren nach seiner Übersiedlung von Ost nach West hatte er sich verändert. Neue Themen und Formen der Arbeit hatten sich entwickelt, und er hatte neben der Geschichte auch wiederum, wie bereits in seinen Anfängen, auch die Natur in den Blick genommen. Im Grunde aber blieb er, als Zeitgenosse wie auch als Künstler, der Haltung treu, die er in seinen Anfängen eingenommen hatte, in den 60er Jahren – gefördert von Marga Böhmer, anerkannt von den wenigen, die sich verdeckt und unter Schwierigkeiten für die Moderne in der DDR einsetzten, gefeiert in Warschau als ein Deutscher, der in seiner Arbeit für seine Nation, für das Grauen der Vergangenheit einstand. Diese Erfahrungen waren es, auf die er unter wechselnden Zeitumständen immer wieder zurückkam. Seine Treue war unverbrüchlich, oft auch mit einer Anstrengung des Willens verbunden.

Reblog: Das Weihnachtswunder von 1914

choinka-okopyInge da Silva (auf dem Facebook)

Weihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

***
Und noch passend dazu ein Weihnachtsgedicht von Erich Mühsam

Heilige Nacht

Geboren ward zu Bethlehem
ein Kindlein aus dem Stamme Sem.
Und ist es auch schon lange her,
seit’s in der Krippe lag,
so freun sich doch die Menschen sehr
bis auf den heutigen Tag.
Minister und Agrarier
Bourgeois und Proletarier,
es feiert jeder Arier
zu gleicher Zeit und überall
die Christgeburt im Rindviehstall.
(Das Volk allein, dem es geschah,
das feiert lieber Chanukka.)

Poesie / August von Platen

Weihnachten bei Avantgardisten. 1914

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. 

In der Ausgabe vom Dezember 1914 finden wir unter anderem das Gedicht Christnacht von August von Platen (1796 – 1835),  der in Polen von allen wegen seiner Polenlieder sehr bekannt ist.

1914-3
1914-4
Christnacht

Der Engel der Verkündigung:

Seraphimsche Heere,
Schwingt das Goldgefieder
Gott dem Herrn zur Ehre,
Schwebt vom Himmelsthrone
Durchs Gewölk hernieder,
Süße Wiegenlieder
Singt dem Menschensohne!

Ein Hirte:

Was seh’ ich? Umgaukelt mich Schwindel und Traum?
Ein leuchtender Saum
Durchwebt den azurnen, ewigen Raum,
Es schreiten die Sterne des Himmels entlang,
Mit leisem Gesang,
Der seligen Scharen musikalischer Gang.

Chor der Hirten:

Die Engel schweben singend
Und spielend durch die Lüfte,
Und spenden süße Düfte,
Die Lilienstäbe schwingend.

Chor der Seraphim:

Wohlauf, ihr Hirtenknaben,
Es gilt dem Herrn zu dienen,
Es ist ein Stern erschienen,
Ob aller Welt erhaben.

Chor der Hirten:

Wie aus des Himmels Toren
Sie tief herab sich neigen!

Chor der Seraphim:

Lasst Eigentriebe schweigen,
Die Liebe ward geboren!

Der Engel der Verkündigung:

Fromme Glut entfache
Jedes Herz gelind,
Eilt nach jenem Dache,
Betet an das Kind!

Jener heißerflehte
Hort der Menschen lebt,
Der euch im Gebete
Lange vorgeschwebt.

Traun! Die Macht des Bösen
Sinkt nun fort und fort,
Jener wird erlösen
Durch das Eine Wort.

Chor der Hirten:

Preis dem Geborenen
Bringen wir dar,
Preis der erkorenen
Gläubigen Schar.

Engel mit Lilien
Stehn im Azur,
Fromme Vigilien
Singt die Natur.

Der den kristallenen
Himmel vergaß,
Bringt zu Gefallenen
Ewiges Maß!

Der Engel der Verkündigung:

Schon les’ ich in den Weiten
Des künft’gen Tages bang,
Ich höre Völker schreiten,
Sie atmen Untergang.

Es naht der müden Erde
Ein frischer Morgen sich,
Auf dieses Kindes “Werde”
Erblüht sie jugendlich.

Chor der Seraphim:

Vergesst der Schmerzen jeden,
Vergesst den tiefen Fall,
Und lebt mit uns im Eden,
Und lebt mit uns im All!

Poetry – Poezja – Poesie / Aaron Zeitlin & Joan Baez

Dziś w nocy obchodzimy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego publikuję tu słynną piosenkę Donna Donna, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Każdy z nas to znał i śpiewał na rajdach lub przy ognisku. Ale czy każdy wiedział – bo ja nie wiedziałam – że podobnie jak Dance me to the end of love, również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah? Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewana była w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Donna Donna to inwokacja do Boga.

Adonai Adonai! Donna Donna! Panie!

Donna Donna (דאָנאַ דאָנאַ „Dana Dana“, דאָס קעלבל „Dos Kelbl“ oder „Dona Dona“) ist ein in weiten Teilen der Erde bekanntes Lied. Es handelt von einem Kälbchen, das sich nicht dagegen wehren kann, zur Schlachtbank geführt zu werden. Es ist abhängig wie ein Arbeitnehmer oder Knecht. Die Schwalbe hingegen bestimmt ihr Schicksal selbst, symbolisiert Eigenständigkeit und Selbstverantwortung. Sie ist die  Freiheit. Das Lied ist entstanden in der Zeit des Dritten Reichs und reflektiert die Situation der Juden. Es wurde für das Musical Esterke (1940–1941) von den jüdischen Künstlern Aaron Zeitlin (Text) und Shalom Secunda (Musik) geschrieben.  “Donna Donna” – auf hebräisch Donaj, Donaj – bedeutet Adonai, Gott.

Ich publiziere es heute am 75. Jahrestag der Kristallnacht.

Yiddish (transcription)
Dos Kelbl

Oyfn furl ligt dos kelbl
Ligt gebundn mit a shtrik
Hoykh in himl flit dos shvelbl
Freydt zikh, dreyt zikh hin un krik.

Chorus
Lakht der vint in korn
Lakh un lakht un lakht
Lakht er op a tog a gantsn
mit a halber nakht.
Hey Dona, dona, dona…

Shrayt dos kelbl, zogt der poyer
“Ver zhe heyst dikh zayn a kalb?
Volst gekert tsu zayn a foygl
Volst gekert tsu zayn a shvalb?”

Chorus
Lakht der vint in korn…

Bidne kelber tut men bindn
Un men shlept zey un men shekht
ver s’hot fligl, flit aroyf tzu
iz bay keynem nit keyn knekht

Chorus
Lakht der vint in korn…

Hebrew (transcription)

Egel rakh kashour bekhevel
al ha’agala moutal
velamala bashamayim
efroni mamri el al.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Lama ze tige’e?
omer ikar la egel hamoutal
lou tzamakhta shte knafayim
vehimreta gam ata.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Agalim bli da’at lama
el atevakh holkhim tamid
ve’asher libam lakhofesh
mamrim ke’efroni.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

http://www.esther-ofarim.de

English

On a wagon bound and helpless
lies a calf who is doomed to die.
High above him, flies a swallow,
sawing gaily through the sky.

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Now the calf is softly crying:
“Tell me, wind, why do you laugh?
Why can’t I fly like the swallow
Why did I have to be a calf?”

Wind laughs in the cornfield,
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Calves are born and soon are slaughtered,
with no hope of being saved
only those with wings like swallows
will not ever be enslaved

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Deutsch

Auf einem Wagen liegt ein Kälbchen ist gefesselt mit ´nem Strick.
Hoch am Himmel fliegt ein Vogel, fliegt nach rechts und fliegt nach links.

Lacht der Wind im Kornfeld, lacht und lacht und lacht,
lacht den ganzen Tag darüber und noch die halbe Nacht.
Donaj, Donaj, Donaj……. daj!

Schreit das Kälbchen, sagt der Bauer: Weshalb bist du auch ein Kalb?
Wenn du willst, dann sei ein Vogel, wie am Himmel diese Schwalb!

Lacht der Wind…

Arme Kälbchen kann man fesseln und zum Schlächter schleppen hin,
frei zu sein bedarf es Flügel, und du fliegst zum Himmel hin.

Lacht der Wind…

Reblog: Woman’s work 2


Woman’s work: Columbia Journalism Review

A dark, rancid corner Borri says journalists have failed to explain Syria’s civil war because editors only want ‘blood.’ (Alessio Romenzi)

He finally wrote to me. After more than a year of freelancing for him, during which I contracted typhoid fever and was shot in the knee, my editor watched the news, thought I was among the Italian journalists who’d been kidnapped, and sent me an email that said: “Should you get a connection, could you tweet your detention?”

That same day, I returned in the evening to a rebel base where I was staying in the middle of the hell that is Aleppo, and amid the dust and the hunger and the fear, I hoped to find a friend, a kind word, a hug. Instead, I found only another email from Clara, who’s spending her holidays at my home in Italy. She’s already sent me eight “Urgent!” messages. Today she’s looking for my spa badge, so she can enter for free. The rest of the messages in my inbox were like this one: “Brilliant piece today; brilliant like your book on Iraq.” Unfortunately, my book wasn’t on Iraq, but on Kosovo.

People have this romantic image of the freelancer as a journalist who’s exchanged the certainty of a regular salary for the freedom to cover the stories she is most fascinated by. But we aren’t free at all; it’s just the opposite. The truth is that the only job opportunity I have today is staying in Syria, where nobody else wants to stay. And it’s not even Aleppo, to be precise; it’s the frontline. Because the editors back in Italy only ask us for the blood, the bang-bang. I write about the Islamists and their network of social services, the roots of their power— a piece that is definitely more complex to build than a frontline piece. I strive to explain, not just to move, to touch, and I am answered with: “What’s this? Six thousand words and nobody died?”

Actually, I should have realized it that time my editor asked me for a piece on Gaza, because Gaza, as usual, was being bombed. I got this email: “You know Gaza by heart,” he wrote. “Who cares if you are in Aleppo?” Exactly. The truth is, I ended up in Syria because I saw the photographs in Time by Alessio Romenzi, who was smuggled into Homs through the water pipes when nobody was yet aware of the existence of Homs. I saw his shots while I was listening to Radiohead—those eyes, staring at me; the eyes of people being killed by Assad’s army, one by one, and nobody had even heard of a place called Homs. A vise clamped around my conscience, and I had to go to Syria immediately.

But whether you’re writing from Aleppo or Gaza or Rome, the editors see no difference. You are paid the same: $70 per piece. Even in places like Syria, where prices triple because of rampant speculation. So, for example, sleeping in this rebel base, under mortar fire, on a mattress on the ground, with yellow water that gave me typhoid, costs $50 per night; a car costs $250 per day. So you end up maximizing, rather than minimizing, the risks. Not only can you not afford insurance—it’s almost $1,000 a month—but you cannot afford a fixer or a translator. You find yourself alone in the unknown. The editors are well aware that $70 a piece pushes you to save on everything. They know, too, that if you happen to be seriously wounded, there is a temptation to hope not to survive, because you cannot afford to be wounded. But they buy your article anyway, even if they would never buy the Nike soccer ball handmade by a Pakistani child.

With new communication technologies there is this temptation to believe that speed is information. But it is based on a self-destructive logic: The content is now standardized, and your newspaper, your magazine, no longer has any distinctiveness, and so there is no reason to pay for the reporter. I mean, for the news, I have the Internet—and for free. The crisis today is of the media, not of the readership. Readers are still there, and contrary to what many editors believe, they are bright readers who ask for simplicity without simplification. They want to understand, not simply to know. Every time I publish an eyewitness account from the war, I get a dozen emails from people who say, “Okay, great piece, great tableaux, but I want to understand what’s going on in Syria.” And it would so please me to reply that I cannot submit an analysis piece, because the editors would simply spike it and tell me, “Who do you think you are, kid?”—even though I have three degrees, have written two books, and spent 10 years in various wars, first as a human-rights officer and now as a journalist. My youth, for what it’s worth, vanished when bits of brain splattered on me in Bosnia, when I was 23.

Freelancers are second-class journalists—even if there are only freelancers here, in Syria, because this is a dirty war, a war of the last century; it’s trench warfare between rebels and loyalists who are so close that they scream at each other while they shoot each other. The first time on the frontline, you can’t believe it, with these bayonets you have seen only in history books. Today’s wars are drone wars, but here they fight meter by meter, street by street, and it’s fucking scary. Yet the editors back in Italy treat you like a kid; you get a front-page photo, and they say you were just lucky, in the right place at the right time. You get an exclusive story, like the one I wrote last September on Aleppo’s old city, a UNESCO World Heritage site, burning as the rebels and Syrian army battled for control. I was the first foreign reporter to enter, and the editors say: “How can I justify that my staff writer wasn’t able to enter and you were?” I got this email from an editor about that story: “I’ll buy it, but I will publish it under my staff writer’s name.”

And then, of course, I am a woman. One recent evening there was shelling everywhere, and I was sitting in a corner, wearing the only expression you could have when death might come at any second, and another reporter comes over, looks me up and down, and says: “This isn’t a place for women.” What can you say to such a guy? Idiot, this isn’t a place for anyone. If I’m scared, it’s because I’m sane. Because Aleppo is all gunpowder and testosterone, and everyone is traumatized: Henri, who speaks only of war; Ryan, tanked up on amphetamines. And yet, at every torn-apart child we see, they come only to me, a “fragile” female, and want to know how I am. And I am tempted to reply: I am as you are. And those evenings when I wear a hurt expression, actually, are the evenings I protect myself, chasing out all emotion and feeling; they are the evenings I save myself.

Because Syria is no longer Syria. It is a nuthouse. There is the Italian guy who was unemployed and joined al-Qaeda, and whose mom is hunting for him around Aleppo to give him a good beating; there is the Japanese tourist who is on the frontlines, because he says he needs two weeks of “thrills”; the Swedish law-school graduate who came to collect evidence of war crimes; the American musicians with bin Laden-style beards who insist this helps them blend in, even though they are blonde and six-feet, five-inches tall. (They brought malaria drugs, even if there’s no malaria here, and want to deliver them while playing violin.) There are the various officers of the various UN agencies who, when you tell them you know of a child with leishmaniasis (a disease spread by the bite of a sand fly) and could they help his parents get him to Turkey for treatment, say they can’t because it is but a single child, and they only deal with “childhood” as a whole.

But we’re war reporters, after all, aren’t we? A band of brothers (and sisters). We risk our lives to give voice to the voiceless. We have seen things most people will never see. We are a wealth of stories at the dinner table, the cool guests who everyone wants to invite. But the dirty secret is that instead of being united, we are our own worst enemies; and the reason for the $70 per piece isn’t that there isn’t any money, because there is always money for a piece on Berlusconi’s girlfriends. The true reason is that you ask for $100 and somebody else is ready to do it for $70. It’s the fiercest competition. Like Beatriz, who today pointed me in the wrong direction so she would be the only one to cover the demonstration, and I found myself amid the snipers as a result of her deception. Just to cover a demonstration, like hundreds of others.

Yet we pretend to be here so that nobody will be able to say, “But I didn’t know what was happening in Syria.” When really we are here just to get an award, to gain visibility. We are here thwarting one another as if there were a Pulitzer within our grasp, when there’s absolutely nothing. We are squeezed between a regime that grants you a visa only if you are against the rebels, and rebels who, if you are with them, allow you to see only what they want you to see. The truth is, we are failures. Two years on, our readers barely remember where Damascus is, and the world instinctively describes what’s happening in Syria as “that mayhem,” because nobody understands anything about Syria—only blood, blood, blood. And that’s why the Syrians cannot stand us now. Because we show the world photos like that 7-year-old child with a cigarette and a Kalashnikov. It’s clear that it’s a contrived photo, but it appeared in newspapers and websites around the world in March, and everyone was screaming: “These Syrians, these Arabs, what barbarians!” When I first got here, the Syrians stopped me and said, “Thank you for showing the world the regime’s crimes.” Today, a man stopped me; he told me, “Shame on you.”

Had I really understood something of war, I wouldn’t have gotten sidetracked trying to write about rebels and loyalists, Sunnis and Shia. Because really the only story to tell in war is how to live without fear. It all could be over in an instant. If I knew that, then I wouldn’t have been so afraid to love, to dare, in my life; instead of being here, now, hugging myself in this dark, rancid corner, desperately regretting all I didn’t do, all I didn’t say. You who tomorrow are still alive, what are you waiting for? Why don’t you love enough? You who have everything, why you are so afraid?

With the exception of Alessio Romenzi, the names in this article have been changed for reasons of privacy.


Jak to się czasem dziwnie składa; oba zdjęcia znalazłam podczas tej samej wizyty na Facebooku, choć wstawili je do FB zupełnie inni ludzie. /Wie sich manchmal die Dinge merkwürdig ergänzen; beide Bilder fand ich bei demselben Besuch im Facebook; sie wurden aber von verschiedenen Leuten gepostet.
vangogh-roslina
Obok portretu van Gogha cytat: “Normalność to wybrukowana ulica; dobrze się po niej chodzi – ale nie urosną tu rośliny”.