W harcerstwie podczas wojny (5)

To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.

A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.

karusia-wycieczki1 karusia-wycieczki2
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

O niektórych naszych dzieciach

M A R E K

Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.

W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.

M A N I U Ś

Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.

Kordula2

K O R D U L A

Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.

Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.

W harcerstwie pod koniec wojny (4)

Klucz-mchy-porostyKarolina Lubliner-Mianowska

Gdy w czasie wojny Karusia zajmowała się ogrodem i szklarniami w Konstancinie, była już doktorem nauk przyrodniczych i autorką  publikacji na pasjonujące tematy – mchy i porosty. Oto jedna z nich, wydana w roku 1935 w Instytucie Popierania Nauki Kasy im. Mianowskiego.

Kolejna praca Karusi na temat mchów i porostów ukazała się nakładem “Naszej Księgarni” Związku Nauczycielstwa Polskiego w roku 1937.

mchy-porosty2jpgNajbardziej zastanawia mnie, że obie te publikacje ukazały się już przed wojną pod podwójnym nazwiskiem, podczas gdy rodzina jest przekonana, że Karusia nigdy nie wyszła za mąż, a Mianowska było pseudonimem konspiracyjnym, zachowanym i po wojnie, co w końcu mogło być zrozumiałe. Dla mnie w każdym razie byłoby bardziej zrozumiałe niż nagłe spojrzenie na jakąś skrywaną skrzętnie tajemnicę rodzinną. Nie pierwszą zresztą i zapewne nie ostatnią.

Druga z publikowanych tu dziś relacji (Opowieść o sardynkach)  nie ukazała się w relacjach harcerek, czyli jest to kolejny zapis li tylko archiwalny.

Wyprawa po zboże

Karusia-zboze-male0Było to w lutym 1945 r. Niemcy cofali się już na zachód i podwarszawskie osiedla były już wolne. Ale skutkiem zmiany waluty, warunki bytu naszego internatu, w którym schroniło się 50 pogubionych warszawskich dzieci, były coraz trudniejsze. Nie miałyśmy nowych pieniędzy, a zapasy żywności były na ukończeniu. W tej sytuacji poszłam po pomoc „komandira” radzieckiej jednostki wojskowej, która stała w jednej z sąsiednich wsi. „Komandir” wysłuchał mojej skargi, pogadał chwilę z towarzyszami, zajrzał w jakieś papierki i w rezultacie dał mi na piśmie zlecenie do gminy Nowo-Iwiczna, żeby wydano nam 10 worków zboża. Z cennym tym papierkiem pognałam do domu i zaraz zaczęłyśmy organizować wyprawę po upragniony chleb. Konia z wozem użyczył nam darmo jeden z gospodarzy spod Skolimowa, więc wziąwszy do pomocy dzielną opiekunkę dzieci Jadzię Kajferowicz, już na drugi dzień o mroźnym świcie wyruszyłyśmy w drogę. Towarzyszyła nam jeszcze choć wbrew naszej woli domowa suka „Pluskwa”. Zwierzę rudobrunatne jak jej imienniczki, było miłe, ale bardzo źle wychowane. Po drodze goniła wszystkie kury po wioskach, za co kilometrami goniły nas soczyste przekleństwa gospodyń.

Karusia-zboze-male1Podróż trwała dobrych kilka godzin, więc zmarznięte na kość stanęłyśmy przed Urzędem Gminy Nowo-Iwiczna. Wójt posłusznie zgodził się zrealizować komandorską kartkę i wskazał, u którego gospodarza mamy dostać żyto. Jeszcze kawałek drogi i wreszcie wchodzimy do ogrzanej izby. Żywimy cichą nadzieję, że może nas czymś poczęstują, bo jakieś jadło perkotało na kominie w garnkach. Ale nie było tak dobrze i trzeba było poprzestać na powąchaniu. Po małej chwili gospodarz zaprowadził nas do stodoły, gdzie istotnie leżało kilkanaście pełnych worów. Z pomocą naszego gospodarza ładują na wóz 10 zawiązanych, pełnych worków. Dziękujemy serdecznie i natychmiast wyruszamy z powrotem. Oczywiście nie do domu, ale prosto do młynarza w Skolimowie, gdzie stajemy już o zmroku. Nasz gospodarz zaczyna się już bardzo śpieszyć do domu. Wobec tego zrzuca worki na ziemię przed młynem, utargowuje od nas „Pluskwę” jako wynagrodzenie za jazdę i znika w ciemnościach razem z Jadzią, którą ma odwieźć do internatu. Zostaję pod młynem sama, z 10 workami żyta i nadzieją na chleb. Po dłuższym czasie zjawia się młynarz, pan Korda, mały pękaty człowieczek. Wnosi z pomocnikiem jeden worek do młyna, rozwiązuje go bierze garść życia, ściska „fachowo” w ręku i nagle odrzuca je z obrzydzeniem, jakby ścisnął kolce. Patrzę na niego i jeszcze nie rozumiem. A młynarz aż podskakuje ze złości i wrzeszczy: „co oni wam dali? Przecież to mokre żyto. W ziemi je chyba trzymali. Ja tego nie mogę wziąć na młyn, to kamienie zatrze. I w ogóle żadnego chleba z tego żyta nie będzie. Ono już porosło.”

Ogarnia mnie czarna rozpacz. Nie będzie chleba dla naszych dzieci. Nadarmo wszystkie starania i trudy. Oszukano nas bezczelnie. Czemu miałyśmy takie zaufanie do tych chłopów, że nie rozwiązałyśmy worków i nie zbadały, co nam dają? Czemu mierzyłyśmy tych ludzi własną miarą? Siedzę na progu młyna i płaczę jak małe dziecko. Młynarz Morda stoi przy mnie i klnie, bo taka jest jego męska reakcja na łajdactwo. Chyba nie ruszę się stąd i nie wrócę do domu. Bo co im powiem? Gdzie obiecany chleb?
Po jakiejś godzinie może przyjechał do młyna jakiś chłop ze swoim zbożem. Młynarz postawił warunek: zmiele mu żyto, jeśli najpierw odwiezie mnie i moje worki do wskazanego miejsca. Ładują na wóz nieszczęsne żyto, a potem i mnie, nieczułą już i oklapłą jak pusty worek.

Przepisała z rękopisu Kary Lublinerówny-Mianowskiej harcmistrzyni ZHP, Emilia Węglarzówna, w styczniu 1964 roku.

Wiosenna wyprawa do Pruszkowa

Było to już w marcu, a więc po wyjściu Niemców. W naszym internacie dla warszawskich dzieci głodno było w dalszym ciągu. Raz dostałyśmy wspaniały dar od Szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Była to beczułka borówek, 6 krążków sera i 2 skrzynki sardynek. Podpisałam osobiście oświadczenie, że produkty powyższe zostaną spożyte a nie sprzedane. I oczywiście po powrocie do domu musiałam jednak częściowo nie wypełnić swego zobowiązania. Borówki i ser używaliśmy dla urozmaicenia naszych skromnych posiłków. Ale sardynki. Raz spróbowałam użyć je na chleb. Ale 2 pudełka stanowiły posiłek tylko symboliczny na 50 kilka osób. Natomiast u bogatych ludzi w Konstancinie i okolicy dawano mi za pudełko sardynek kilogram smalcu. A to już stanowiło niezłą okrasę i starczało na dwa dni. Więc prowadziłam handel wymienny tymi sardynkami i jakoś nikt tego przestępstwa nie zauważył.

Karusia-pruszkow1malyAle trzeba było wreszcie zrobić wyprawę do władz R.G.O., żeby wydostać jakieś jeszcze przydziały żywnościowe. Drogę do Pruszkowa opisałam już w poprzednim rozdziale. Teraz szłam tym samym szlakiem, z tą tylko różnicą, że błoto na drogach było jeszcze gorsze. Ponieważ nie miałyśmy ani chleba, ani nowych pieniędzy, wzięłam na drogę zamiast tego kawałek szwedzkiego sera, z nadzieją wymienienia go na chleb. Następną trudnością była sprawa korzystania z kolejek bez pieniędzy. Jeździłam więc „na gapę” tłumacząc konduktorom, że muszę koniecznie pojechać, choć i bez biletu. Tym trybem dobrnęłam dopiero około południa do Pruszkowa – było więc za późno, żeby coś załatwić. Przypomniałam sobie, że w Milanówku mieszka drużynowa warszawska Nina Saska. Miałam jej adres, więc wesolutko, zabłocona i mokra po pas, zapukałam do jej drzwi. Otworzyła mi jej ciotka i powiedziawszy że Nuna wyjechała do Podkowy Leśnej, ale adresu jej nie zna, zatrzasnęła czym prędzej drzwi. Ładna historia. Gdzie tu się podziać w pięknej osadzie Milanówka. Karusia-pruszkow2malyJakiś przechodzień podał mi adres sióstr zakonnych, u których podobno można przenocować. Poszłam. Siostry bardzo wystraszone powiedziały, że im nie wolno brać na nocleg – i dały z kolei adres Czerwonego Krzyża, który jakoby miał schronisko. Tabliczka Cz. Krzyża była owszem na domu, ale schronisko było dopiero w projekcie. Tymczasem było już późno, zupełnie ciemno, a moje przemoczone i zmarznięte nogi nosiły mnie coraz trudniej. Wreszcie spotkałam bryczkę, na której jechali milicjanci. Ucieszyłam się bardzo, gdy mnie zatrzymali i wylegitymowali, bo może oni coś będą wiedzieć o możliwości noclegu. Istotnie, zgarnąwszy z posterunku jeszcze jednego poszukiwacza noclegu, młodzieniec uzbrojony w karabin maszynowy wyruszył z nami w ciemność. Po bezskutecznych próbach w paru miejscach, w jednym, wyraźnie bogatym i eleganckim mieszkaniu, mój opiekun oświadczył gospodarzom, że muszą mnie przenocować bez gadania. Dla ich bezpieczeństwa zabrał mój dowód osobisty, miałam go odebrać rano na posterunku. Usiadłam na krześle w przedpokoju, zbyt zmęczona, żeby ruszyć się z miejsca. „Gościnni” gospodarze po jakimś czasie położyli w kącie eleganckiej jadalni 2 słomianki, na nich jeden dywanik i zaofiarowali to legowisko, bardzo odpowiednie dla domowego pieska. Następnie zasiedli do obfitej kolacji, nie proponując mi nawet szklanki wody. Wyszłam zatem do kuchni i, odbywszy krótką naradę z pomocnicą domową, skorzystałam z tego, że gospodarze zajęci byli jedzeniem, żeby umyć się porządnie w ślicznej, ogrzanej łazience. Było to bardzo potrzebne, bo nogi miałam zabłocone wyżej kolan. Taż sama pomocnica umożliwiła mi rozpuszczenie w szklance wrzątku trochę zupy w proszku, jaki zabrałam z domu. Z chleba i sera nie było już ani śladu. Następnie podłożywszy sobie zwinięty sweter pod głowę, wyciągnęłam się na dywaniku.

Przyznam , że poprzez wszystkie lata wojny i wszystkie wędrówki po kraju nie zdarzyło mi się spotkać z taką stuprocentową obojętnością ze strony ludzi, którzy niewątpliwie mieli pretensje do kultury i inteligencji.

Na drugi dzień odzyskawszy swój dowód na posterunku pojechałam na gapę do Pruszkowa, aby załatwić sprawy naszego domu u władz R.G.O.

W harcerstwie podczas wojny (3)

Karusia2Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Wyprawa po koks i wyprawa po ziemniaki

Wyprawa po koks

Było to w styczniu 1945 r. Nasz „internat” dla warszawskich dzieci zostawionych bez opieki podczas powstania, urósł od sierpnia do 50 sztuk. Coraz trudniej było nam wyżywić tę gromadkę. Ofiarność społeczeństwa miejscowego, bardzo żywa w sierpniu i wrześniu 1944 r. do stycznia wygasła już doszczętnie. Karusia-koks-ziemniaki1Żyliśmy wyłącznie ziemniakami i jarzynami, jakie przydzielili nam Niemcy jesienią. Najgorzej jednak wyglądała sprawa opału. Przy największych oszczędnościach wypaliliśmy już zapas koksu jaki był w naszym domu /w Anusi/, oraz z trudem wydostane resztki koksu z „Piasków”. W styczniu koks kończył się ostatecznie, a mrozy zaczynały się na dobre. Poinformowano nas, że są duże zapasy w pobliskiej papierni „Mirków”, ale trzeba mieć od Niemców pozwolenie na otrzymanie stamtąd koksu. Wydostaliśmy drogą skomplikowanych wywiadów adres tego oficera niemieckiego, który był „komercyjnym zarządcą „Mirkowa”; miało się go znaleźć w Zalesiu Górnym. Chociaż więc funkcja „proszenia Niemców” nie należało do przyjemnych obowiązków, jednak nikt prócz mnie nie mógł tego się podjąć, ponieważ tylko ja z całego personelu umiałam po niemiecku. Wczesnym rankiem wybrałam się w pieszą wędrówkę do Zalesia. Drogę wystudiowałam na mapie, więc nie miałam trudności z jej znalezieniem, ale było daleko i krótki zimowy dzień już się kończył, gdy dobrnęłam wreszcie do Zalesia.

Osiedle było dosłownie naszpikowane wojskiem. W laskach i zagajnikach stały armaty, karabiny maszynowe i wozy z amunicją. Wokół kręciło się mnóstwo żołnierzy. Musiałam jednak dopytać się o willę, w której mieszkał komisarz, więc zaczepiłam o to żołnierzy, bo nikogo cywilnego nie było widać na drodze. Oczywiście nie pierwszy, ale któryś z rzędu wskazał mi drogę. Drzwi willi były otwarte. Weszłam do komfortowego lokalu; dywany, kwiaty, lampy, przytulne ciepło. Na dole pilnujący żołnierz objaśnił mnie, w którym pokoju urzęduje poszukiwany oficer. Był to wspaniale urządzony gabinet z biurkiem i głębokimi fotelami. Okno zasłonięte cienką aksamitną storą. Oficer był młody, czyściutki, wylizany. Nie wiem z kolei jakie ja zrobiłam na nim wrażenie. Nosiłam w tym czasie czarny aksamitny płaszcz ze spiczastym kapturem, obszyty srebrnym króliczym futerkiem. Koleżanki twierdziły, że wyglądam w tym jak „żona świętego Mikołaja”. Bez wstępów rozpoczęłam trochę koślawą niemczyzną przemowę do „szanownego komisarza”. Było tam wszystko co potrzeba o niewinnych sierotach, o rurkach centralnego ogrzewania pękających od mrozu i o nieprzebranych zapasach koksu w Mirkowie. Skutek był szybki, ale nieproporcjonalnie mały: dostałam kartkę z poleceniem wydania z magazynu Mirkowa 1 tony koksu.

Karusia-koks-ziemniaki2Było już późno żeby wracać z Mirkowa do domu, przenocowałam więc u Hanki Zawadzkiej w Zalesiu i na drugi dzień po południu wylądowałam w domu. Następnego dnia zaczęłyśmy się rozglądać za środkami przetransportowania owej tony koksu z Mirkowa. Ale wnet okazało się, że starania te są zbędne, a kwitek zacnego oficera nic już nie znaczy: był bowiem już 17 stycznia.

Wyprawa po ziemniaki

W październiku 1944 r. nasz internat dla warszawskich dzieci w Konstancinie otrzymał przydział ziemniaków i jarzyn. Było tego w sumie 1000 kg, ale do odebrania w Szymanowie. Wobec tego że o środki transportu musiałyśmy się starać same, a drogi przez Warszawę i transporty kolejowe były niedostępne, przywiezienie tych ziemniaków z odległości 80 km po bocznych drogach było czystą niemożliwością. Wobec tego wziąwszy cenny kwit do kieszeni wybrałam się do Pruszkowa, żeby wytargować tam zmianę przydziału na składnicę w Piasecznie. Droga do Pruszkowa była w owym czasie dość skomplikowana. Najpierw szło się po południu piechotą do Piaseczna. Stamtąd kolejką podjeżdżało się do stacji Pyry. W Pyrach nocowało się u koleżanki Marysi Z., która miała tam folwarczek. Następnego dnia wczesnym rankiem następowała najważniejsza część podróży, przemarsz piechotą od Pyr do Salomei czyli do linii kolejki elektrycznej. Ten spacer zajmował około 6 godzin, zależnie od stanu dróg. Wtedy były one w stanie nieco mizernym, że mniej więcej w połowie drogi noga ugrzęzła mi tak głęboko w błocie, że wyjęłam ją w skarpetce, a półbucik został wklejony w drogę. Wydobyłam go z trudem, ale okazało się, że tylna część spłaszczyła się tak, że dalszą drogę szłam w jednym pantoflu bez pięty. Karusia-koks-ziemniaki3Wieczorem dobrnęłam do Pruszkowa, gdzie trzeba było znów przenocować, bo za późno już było na urzędy. Pielgrzymka po nich rozpoczęła się nazajutrz rano. Zaczęłam od R.G.O. Tu wytargowałam najpierw parę drewniaków, które zastąpiły mi rozklapane w błocie półbuty. Potem dowiedziałam się, że niestety zmiana adresu otrzymania ziemniaków zależy od przedstawicieli „Herrenvolku”. Poszłam zatem do odnośnego urzędu dyrygującego przydziałem ziemniaków. Wyrecytowałam krótkie ale treściwe przemówienie po niemiecku, na co otrzymałam krótką a treściwą odpowiedź „Alle polnische Weisen können für mich krepieren”. Na razie wyszłam, ale po pół godzinie wróciłam z tą samą przemową. Tym razem otrzymałam wskazówkę: powinnam wyjść od razu za drzwi. Tu nastąpiła dyskusja w tonie coraz gorętszym. W każdym razie oświadczyłam w końcu „nie wyjdę z tego pokoju bez przydziału ziemniaków w Piasecznie”. Pomogło. Nie był to jednak jeszcze koniec „zdobywania ziemniaków”. Po 1,5 dnia trwającej powrotnej pielgrzymce, zaczęłam starania o wozy, któreby ziemniaki z Piaseczna przywiozły. Oczywiście trzeba było znów chodzić do Niemców, bo większość chłopów miała konie zarekwirowane.

Pamiętam szczególnie dobrze wizytę w tej sprawie w szkole gospodarczej w Chyliczkach. Jakiś podoficer niemiecki przyjął mnie tam bardzo życzliwie, powiedział, że mają konie i wozy, wykazał pełne zrozumienie dla konieczności wyżywienia internatu. Ale zanim zdążyłam umówić termin przewozu i odejść, zjawił się jakiś inny Niemiec wyższy szarżą od mego rozmówcy. Ten stanął na baczność, a zapytany wyjaśnił treść mojego życzenia. W odpowiedzi usłyszałam długą litanię wyzwisk pod moim adresem, naszych dzieci, a także uprzejmego rozmówcy podoficera. Było tam jeszcze dużo mówienia o niemieckich rękach przeznaczonych do innych celów niż pomoc dla Polaków. Widząc, że na nic moje starania, zaczęłam po cichu posuwać się ku drzwiom, szczęściem otwartych. Odetchnęłam z ulgą znalazłszy się już za drzwiami. Ale teraz trzeba było wnet znaleźć innych Niemców, do których trzeba będzie iść i prosić o wozy

71 lat temu, jutro w Zielonce

Opowieść Mirki o roku 1944 już tu publikowałam – teraz dla przypomnienia krótki fragment, żebyśmy wiedzieli, dlaczego Zielonka?

Mirka

71 lat temu

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę.

Redakcja

Jutro

baner-zaproszenie

18 MARCA 2015

9:00               Msza św. w kościele parafialnym Matki Boskiej  Częstochowskiej w Zielonce
10:00               Złożenie kwiatów na grobie rodzinnym Łękawskich w 71 rocznicę rozstrzelania w Ciemnem
10:30               Złożenie kwiatów przed pomnikiem AK w Zielonce
11:00               Otwarte spotkanie Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Zielonce  (sala widowiskowa OKiS)
 * O Wiktorze Ostrowskim – Janina Kowalska „Mirka”, córka; Joanna Gierczyńska, kierownik Muzeum Więzienia Pawiak, Wirginia Węglińska, autorka życiorysu, Joanna Zaniewska-Janusz
* O wystawie „Warszawiacy w Stutthofie” – Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie, Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Inauguracja Zielonkowskich Zeszytów Historycznych – Artur Bieszczad, Redaktor Naczelny
Zeszyt 1: Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski (Lubliner) 1895-1977
Zapowiedź kolejnych osobowości: Łękawscy, Tadeusz Derengowski – Paweł Tadeusz Gajzler, Redaktor prowadzący
12:30               Otwarcie i zwiedzanie wystawy „Warszawiacy w Stutthofie”
(Hall Miejskiego Gimnazjum im. Kardynała Wyszyńskiego)
* Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie
Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Sprzedaż książki: Wiktor Ostrowski, Warszawiacy w Stutthofie, wyd.II
13:30               Zwiedzanie wystawy w Muzeum Zielonki

19 – 31 MARCA 2015

10:00-16:00 Zwiedzanie wystawy przez zorganizowane grupy
w uzgodnieniu z Muzeum Zielonki – tel.732 600 137
16:00-20:00 Zwiedzanie wystawy przez rodziny i osoby indywidualne

Patronaty      Burmistrz Miasta Zielonka
Muzeum Stutthof w Sztutowie
Muzeum Więzienia Pawiak

Inicjatorzy     Paweł Tadeusz Gajzler, Joanna Zaniewska-Janusz
członkowie Sekcji Historycznej Towarzystwa Przyjaciół Zielonki
Organizator  Muzeum Zielonki, jednostka samorządu wspierana przez:
* Towarzystwo Przyjaciół Zielonki w ramach „Działań na rzecz pielęgnowania tradycji i kultury” poprzez projekty Archiwum Zielonki i Gościńce Zielonki – turystyka dziedzictwa
* Ośrodek Kultury i Sportu w Zielonce
* Miejskie Gimnazjum w Zielonce

zielonka-zaproszenie

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.

Reblog: Państwo Islamskie

Czego naprawdę żąda ISIS? Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

Graeme Wood
Marzec 2015
Tłumaczenie: Monika Skladowski

Państwo Islamskie nie jest grupą przypadkowych psychopatów – to odłam muzułmanów, dla których najważniejszym elementem jest nadchodząca apokalipsa. Poniżej przedstawiam, jak określa to strategię Państwa Islamskiego i jak – ewentualnie – można je zatrzymać.

Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

To tylko pozornie łatwe pytanie. Niewielu zachodnich liderów zna odpowiedź. W grudniu “The New York Times” opublikował tajne notatki generała Michaela K. Nagaty, dowódcy do Spraw Specjalnych Operacji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Nagata przyznaje, że dopiero zaczął rozumieć fenomen popularności Państwa Islamskiego. Nie pokonaliśmy idei – powiedział. Nawet nie rozumiemy idei. W zeszłym roku prezydent Obama stosował różne określenia wobec Państwa Islamskiego, np.: nie-muzułmańskie i juniorski zespół al-Qaedy [al-Kaidy]. Odzwierciedla to niezrozumienie grupy, a może przyczynić się do znaczących strategicznych błędów.

Grupa zajęła Mosul w Iraku w czerwcu 2014 r. i rządzi już terenem większym niż Wielka Brytania. Abu Bakr al-Baghdadi stoi na jej czele od maja 2010, lecz do lata zeszłego roku niewyraźne zdjęcie z niewoli amerykańskiej w Camp Bucca w czasie okupacji Iraku było jego jedyną dobrze znaną fotografią.

5 lipca 2014 r. w wielkim meczecie al-Nuri w Mosulu w czasie ramadanu wygłosił on kazanie jako pierwszy kalif od kilku pokoleń. Jego zamazany obraz przekształcił się w wyraźny wizerunek, a jego pozycja – w rolę prześladowanego partyzanta, lidera wszystkich muzułmanów. Napływ dżihadystów z całego świata był bez precedensu. Zarówno jego tempo, jak i ich liczba. Trwa on nieprzerwanie.

Nasza ignorancja w stosunku do Państwa Islamskiego jest w pewien sposób zrozumiała: to królestwo “pustelnicze”. Niewielu tam pojechało i stamtąd wróciło. Baghdadi mówił przed kamerami tylko raz. Jednakże jego przemowa, a także niezliczone propagandowe filmy wideo i “encykliki” wyprodukowane przez Państwo Islamskie, są dostępne w internecie. Zwolennicy kalifatu zrobili wszystko, żeby wiedza o ich projekcie dobrze się rozchodziła. Możemy przyjąć, że ich państwo pryncypialnie odrzuca wszelki pokój, że jest żądne ludobójstwa; że religijne poglądy uniemożliwiają zmiany pewnego typu, nawet jeżeli takie zmiany mogłyby zapewnić przetrwanie państwa. Ci islamiści sądzą bowiem, że zmiany mogą oznaczać bliski koniec świata.

Państwo Islamskie, znane także jako Państwo Islamskie Iraku i al-Szamu (ISIS), kieruje się wskazaniami odłamu islamu, którego wiara w drogę do Dnia Sądu ma znaczenie dla strategii działania i może pomóc Zachodowi zrozumieć wroga, a także przewidzieć jego zachowania. Dojście do władzy IS nie przypomina triumfu Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie (IS uznaje Bractwo za apostatów). Jest to realizacja apokaliptycznej wizji, za którą podążyli David Koresz czy Jim Jones, mając absolutną władzę tylko nad kilkusetosobową grupą, a nie nad 8 milionami ludzi.

Interpretujemy ideę Państwa Islamskiego błędnie przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, postrzegamy dżihad jako monolit i nadal stosujemy wobec niego taką samą logikę jak wobec al-Kaidy, organizacji, która już upada. Rozmawiałem ze zwolennikami IS, nadal określającymi Osamę Bin Ladena jako “Szejka Osamę” – tytułem honorowym. Jednakże dżihadyzm zmienił się od czasów największej aktywności al-Kaidy w latach 1998-2003. Wielu dżihadystów odcięło się od priorytetów grupy oraz jej obecnego przywództwa.

Bin Laden postrzegał terroryzm jako początek drogi do budowy kalifatu. Nie sądził jednak, ze zobaczy kalifat za swojego życia. Jego organizacja działała na zasadzie sieci niezależnych komórek. IS wprost przeciwnie- chce objąć legalne terytorium ze ścisłą strukturą rządową – biurokracją podzieloną na władze militarne i świeckie, a terytorium – na prowincje.

Po raz drugi jesteśmy zmyleni przez sprawną, lecz nieuczciwą kampanię, mającą na celu zaprzeczanie opinii o średniowiecznej religijności IS. Peter Bergen, który przeprowadził wywiad z Bin Ladenem w 1997 r., zatytułował swoją pierwszą książkę Holy War, Inc, gdyż po części pragnął przedstawić Bin Ladena jako produkt współczesnego świeckiego świata. Bin Laden stworzył sieć terrorystyczną, żądał politycznych ustępstw, np. wycofania sił USA z Arabii Saudyjskiej. Jego bojownicy przemierzali sekretnie cały świat. W ostatnim dniu życia Mohammad Atta robił zakupy w Walmarcie i zjadł obiad w Pizza Hut.

Prawie wszystkie decyzje IS podążają “profetyczna drogą”, którą można odczytać na bilbordach, monetach, rejestracjach samochodowych.

Istnieje pokusa diametralnie innej obserwacji. Dżihadyści to grupa nowoczesnych i świeckich ludzi, ich poglądy polityczne są “dzisiejsze”, a religijna średniowieczna ekspresja to tylko maska na użytek IS. Faktycznie jednak działania grupy to dokładnie przemyślany powrót do prawnych regulacji z VII wieku i z określeniem kresu świata z nadejściem apokalipsy.

Działacze i zwolennicy IS potrafią dokładniej nazwać obecną sytuację. Są określani jako “nowocześni” tylko ironicznie. W rozmowie podkreślają, że nie zamierzają  odstąpić od obowiązujących w islamie przykazań Proroka Mahometa i jego zwolenników. Często używają kodów czy też aluzji, które są niezrozumiałe lub staroświeckie dla nie-muzułmanina – odnoszą się do pewnych specyficznych tradycji czy też tekstów wczesnego islamu.

Oto przykład. We wrześniu 2014 r. szejk Sheikh Abu Muhammad al-Adnani, główny rzecznik IS, wezwał muzułmanów w krajach Zachodu, takich jak Francja czy  Kanada, aby odnaleźli niewiernego i rozbili jego głowę kamieniem, otruli go, przejechali samochodem, czy zniszczyli jego zbiory. Dla ludzi Zachodu kary typu ukamienowanie czy zniszczenie zbiorów, które mają podtekst biblijny, są dziwaczne i przerażające, podobnie jest z wezwaniem do zabójstwa przez wysadzenie w powietrze samochodu.

Adnani nie mówi bzdur. Jego przemówienie było teologiczną i prawną dysputą, a nawoływanie do zniszczenia zbiorów – odbiciem nakazów Mahometa, aby pozostawić wodę i zbiory nienaruszone, chyba że armie islamu bronią się. Wtedy muzułmanie na terytorium kuffar (niewiernych) powinni być bezlitośni i zatruć wszystko.

W rzeczywistości IS jest islamskie, bardzo islamskie. Tak, przyciąga psychopatów oraz poszukiwaczy przygód, głównie z rozczarowanych grup społecznych Bliskiego Wschodu i Europy. Lecz jego najbardziej gorliwi religijni zwolennicy wywodzą się z  grup pryncypialnych i uczonych interpretatorów islamu.

Każda poważna decyzja i prawo głoszone przez IS – w prasie, na bilbordach, numerach rejestracyjnych, monetach – podążają “profetyczną drogą”, co oznacza  dokładne wyznawanie proroctwa Mahometa. Muzułmanie mogą odrzucić IS, prawie wszyscy to robią. Lecz udawanie, że IS nie jest religijną , millenarystyczną grupą, której teologię koniecznie należy poznać, żeby z nią walczyć, już doprowadziło Stany Zjednoczone do niedocenienia siły Państwa Islamskiego i niemądrej taktyki w walce z nim. Musimy zapoznać się z intelektualną genezą Państwa Islamskiego, jeżeli mamy zareagować tak, żeby nie doprowadzić do jego wzmocnienia, a do samozniszczenia z powodu jego fundamentalistycznych praktyk.

Dla zwolenników IS najważniejsza jest kontrola terytorium. Mapa, opracowana przez Institute for the Study of War, pokazuje obszar pod kontrolą kalifatu 15 stycznia 2015 r. Tam, gdzie IS przejęło władzę, zbiera podatki, reguluje ceny, wprowadza system sądowniczy, a także usługi – od służby zdrowia przez edukację do telekomunikacji.

I. Posłuszeństwo

W listopadzie 2014 r. Państwo Islamskie pokazało informacyjny film wideo o swoich początkach, zakorzenieniu w ideologii Bin Ladena. Wideo pokazuje Abu Musa’b al Zarqawiego, brutalnego przywódcę al-Kaidy w Iraku – od 2003 r. aż do jego śmierci w 2006 – jako jednego z bezpośrednich protoplastów IS. Inni to dwaj liderzy partyzanccy przed Baghdadim. A też następcę Bin Ladena, Aymana al Zawahiriego,  egipskiego okulistę i chirurga, który obecnie stoi na czele al-Kaidy. Zawahiri nie przyrzekł wierności Baghdadiemu i jest coraz bardziej znienawidzony przez dżihadystów, izolowany i nie ma charyzmy. Na filmach wideo przymyka oczy i jest zdenerwowany. Proces podziału między al-Kaidą i IS rozpoczął się już dawno i częściowo wyjaśnia to żądzę krwi ze strony Państwa Islamskiego.

Abu Muhammad al Maqdisi jest tak samo izolowany jak Zawahiri. To jordański kleryk (55 lat), który ma duży wkład w intelektualną budowę al-Kaidy. Znany może dżihadystom, ale nie przeciętnemu amerykańskiemu czytelnikowi gazet. Maqdisi i IS zgadzają się w większości spraw doktrynalnych. Obydwie strony identyfikują się z odłamem sunnizmu, zwanym salafizmem, z arabskiego al salal al salih – “pobożni przodkowie”. Przodkowie to sam Prorok i jego pierwsi zwolennicy, których salafici czczą i uznają za wzory we wszystkich aspektach życia z wojskowością, modą, rodziną włącznie, a nawet stomatologią!

Państwo islamskie oczekuje armii “Rzymu”, której klęska pod Dabiq w Syri, rozpocznie odliczanie czasu do apokalipsy.

Maqdisi uczył Zarqawiego, który brał udział w wojnie w Iraku. Z czasem Zarqawi przewyższył swojego mentora w fanatyzmie, aż w końcu dostał od niego naganę. Problemem było upodobanie Zarqawiego do krwawych widowisk i niektóre sprawy doktrynalne, jego nienawiść do innych muzułmanów, sięganie po klątwy i morderstwa. W islamie istnieje praktyka takfiru – ekskomuniki – teologicznie niebezpieczna. Jeżeli mężczyzna mówi do swojego brata: jesteś niewierny, Prorok powiada – tylko jeden z nich mówi prawdę. Jeżeli oskarżający myli się, sam dokonuje apostazji przez rzucanie fałszywych oskarżeń. Apostazja jest karana śmiercią. Mimo to Zarqawi coraz częściej tak się zachowywał.

Maqdisi napisał do swojego byłego ucznia, by zachował ostrożność w “stosowaniu takfiru” lub “nazywaniu ludzi apostatami z powodu ich grzechów”. Różnica między apostazją a grzechem wydaje się niewielka, ale jest to główny punkt niezgody pomiędzy al-Kaidą a Państwem Islamskim.

Apostazja to zaprzeczenie świętości Koranu czy też proroctwu Mahometa. Zarqawi i jego państwo uznali, że apostatą można ogłosić muzułmanina za wiele innych czynów. Może to być w pewnych przypadkach sprzedaż alkoholu czy narkotyków, zachodni ubiór, zgolenie brody, głosowanie w wyborach, nawet jeżeli kandydat jest muzułmaninem. Państwo Islamskie uważa szyityzm za herezję, odstępstwo od wiary, zaprzeczanie doskonałości Koranu. IS twierdzi, że praktyki szyickie, takie jak modlitwy na grobach imamów czy publiczne samobiczowanie, nie mają podstaw w ani w Koranie, ani w słowach Proroka. Oznacza to, że około 200 milionów szyitów potencjalnie jest skazanych na śmierć. Podobnie jak każdy przywódca muzułmańskiego państwa, który świeckie prawo postawił wyżej od szariatu, lub który egzekwował świeckie prawo.

Podążając za doktryną takfiri, Państwo Islamskie zobowiązało się do oczyszczenia świata przez zamordowanie znacznej liczby ludzi. Brak obiektywnych raportów z jego obszarów utrudnia przedstawienie danych na temat morderstw, lecz media społecznościowe z tamtych regionów sugerują, że indywidualne egzekucje odbywają się cały czas, a masowe co kilka tygodni. Ofiarami są zazwyczaj muzułmańscy “apostaci”. Chrześcijanie są wyłączani z natychmiastowych egzekucji, gdyż nie przeciwstawiają się nowemu rządowi. Baghdadi obiecuje darować im życie pod warunkiem, że będą płacić specjalny podatek, tzw. jizyai, jako znak poddaństwa.

Minęły wieki od wojen religijnych w Europie i od czasów, kiedy tysiące ludzi ginęły z powodu teologicznych dysput. Być może jest to jeden z powodów, dla których Zachód przyjął z niedowierzaniem wiadomości o praktykach Państwa Islamskiego. Wielu nie uwierzyło, że stosunkowo niewielka społeczność może do tego stopnia poświęcić się swojej religii lub być aż tak wsteczna w poglądach, a też może oczekiwać apokalipsy – jak pokazują jej akcje i oświadczenia.

Taki sceptycyzm jest zrozumiały. W przeszłości ludzie Zachodu, którzy oskarżali muzułmanów o ślepą wiarę w starożytne pisma, byli krytykowani przez akademików, zwłaszcza przez już nieżyjącego Edwarda Saida. Wskazywał on, że określanie muzułmanów jako “wsteczników” oczernia ich i krzywdzi. Naukowcy raczej interpretowali warunki, w których narodziły się te ideologie – fatalne rządy, zmiany społeczne i obyczajowe na świecie, upokorzenie z powodu życia na ziemi, która ma tylko jedną wartość – złóż ropy naftowej.

Należy brać pod uwagę te czynniki, by zrozumieć powstanie Państwa Islamskiego. Lecz skupienie się tylko na nich i wyłączanie z rozważań ideologii i teologii islamskiej odzwierciedla stronniczość Zachodu. O ile ideologia religijna nie ma tak dużego znaczenia w Waszyngtonie czy Berlinie, to jest bardzo ważna w Raqqa lub w Mosulu. Kiedy zamaskowany kat krzyczy “Allahu’akbar!” i ścina głowę apostacie, robi to przecież z powodów religijnych.

Wiele organizacji muzułmańskich należących do głównego nurtu powiada nawet, że Państwo Islamskie jest antyislamskie. Oczywiście to pocieszające, że większość muzułmanów nie chce zamienić hollywoodzkich filmów na publiczne egzekucje w ramach wieczornej rozrywki. Bernard Haykel (Uniwersytet Princeton), czołowy analityk teologii tej grupy fundamentalistów, powiedział mi, że muzułmanie, którzy określają Państwo Islamskie jako antyislamskie, są zawstydzeni i politycznie poprawni, mają cukierkowaty pogląd na własną religię. Zaniedbują jednak historyczne i prawne wymagania ich konfesji. Wielu muzułmanów zaprzecza, że IS ma jakąkolwiek religijną naturę, a ich religijność wywodzi się z nonsensownej chrześcijańskiej międzyreligijnej tradycji.

Każdy akademik, którego pytałem o Państwo Islamskie, odsyłał mnie do Haykela. Wychował się on w Libanie i USA, a kiedy mówi, słychać lekki akcent, który trudno umiejscowić.

Według Haykela szeregi Państwa Islamskiego idą naprzód z wielkim zapałem religijnym. Wszędzie można znaleźć cytaty z Koranu. Bojownicy cały czas wyrzucają z siebie jego słowa. Uśmiechają się do kamery i nieustannie powtarzają podstawowe zdania z Koranu. Haykel uważa, że komentarze, według których Państwo Islamskie niewłaściwie interpretuje teksty islamu, są niedorzeczne; tłumaczy to ignorancją. Ludzie, którzy pragną wybielić islam, powtarzają jak mantrę, że islam jest religią pokoju. Jeżeli istnieje takie zjawisko jak islam – to właśnie jest to, co czynią muzułmanie i jak interpretują własne teksty! Te teksty wygłaszają wszyscy sunnici, nie tylko z Państwa Islamskiego…

Wszyscy muzułmanie przyznają, że wczesne podboje Mahometa nie były bezkrwawe, a prawa wojenne w Koranie były stanowione na potrzeby czasów, w których panowały przemoc i chaos. Według ocen Haykela, bojownicy IS wracają wiernie do norm wczesnego islamu. Współcześni muzułmanie wolą nie przyznawać się do tego faktu. Niewolnictwo, ukrzyżowanie, ścinanie głowy są wzięte bezpośrednio z tradycji średniowiecznej – mówi Haykel. Żołnierze IS żyją zgodnie z tradycjami średniowiecznymi i “hurtowo” dostosowują je do współczesności.

Nasze niezrozumienie zasadniczych różnic pomiędzy ISIS i al-Kaidą może doprowadzić do niebezpiecznych decyzji.

Koran uznaje ukrzyżowanie za jedyną karę dla wrogów islamu. Odniesienie do podatku nałożonego na chrześcijan można znaleźć w Surah Al-Tawba, dziewiątym rozdziale Koranu, który nakazuje muzułmanom walczyć z chrześcijanami i Żydami aż będą płacić jizya z gorliwą uległością i poczują się gorszymi. Prorok, którego wszyscy muzułmanie uznają za wzór, ustanowił te reguły i miał niewolników. Liderzy Państwa Islamskiego współzawodniczą we wprowadzeniu w życie reguł wskazanych przez Mahometa i odnawiają tradycje zapomniane setki lat temu. Zdumiewający jest nie tylko literalizm, ale też powaga, z którą odczytywane są te teksty – mówi Haykel. Jest w tym rodzaj pracowitości, obsesyjnej powagi, której muzułmanie normalnie nie mają.

Zanim powstało Państwo Islamskie, żadna inna grupa nie próbowała stworzenia bardziej radykalnego modelu wierności Prorokowi niż wahabici w XVIII w. w Arabii. Podbili większość terenu obecnej Arabii Saudyjskiej, a ich ortodoksyjne praktyki przetrwały w prawie szariatu. Haykel widzi ważną różnicę pomiędzy tymi grupami: Wahabici byli ostrożni w użyciu przemocy. Byli otoczeni przez muzułmanów, podbijali ziemię, która już była islamska. To wiązało im ręce. Jednak ISIS odwrotnie,  naprawdę nawiązuje do wczesnego islamizmu. Wcześni muzułmanie byli otoczeni przez nie-muzułmanów, a Państwo Islamskie uważa, że jest w tej samej sytuacji.

Jeżeli al-Kaida chciała przywrócić niewolnictwo, nigdy o tym nie mówiła. Dlaczego miałaby to robić? Milczenie na temat niewolnictwa prawdopodobnie odzwierciedlało myślenie strategiczne. Brano pod uwagę opinię publiczną. Kiedy IS rozpoczęło praktyki niewolnicze, nawet niektórzy sympatycy nie okazali entuzjazmu. Mimo tego kalifat kontynuował niewolnictwo i ukrzyżowania. Podbijemy wasz Rzym, złamiemy wasze krzyże i weźmiemy w niewolę wasze kobiety. Adnani, rzecznik IS, przyrzekł w jednej z wiadomości przekazanych Zachodowi: Jeżeli nie osiągniemy tego celu za naszego życia, to osiągną go nasze dzieci i wnuki, one sprzedadzą waszych synów na rynku niewolników.

W październiku “Dabiq”, pismo IS, opublikowało artykuł Przywrócenie niewolnictwa. Zajął się on m.in. problemem jazydów (starożytnej sekty kurdyjskiej, atakowanej przez IS w północnym Iraku). Według Państwa Islamskiego jazydzi to upadli muzułmanie, dlatego powinni być skazani na śmierć, a jeśli są “tylko” poganami, w najlepszym razie mogą zostać niewolnikami. Grupa uczonych w Państwie Islamskim zebrała się, by “rozwiązać” ten problem i wydać odpowiedni dekret rządowy. Anonimowy autor artykułu pisze: [jeżeli jazydzi są poganami], kobiety i dzieci Jazydów mają być podzielone – według szariatu – pomiędzy bojownikami Państwa Islamskiego, którzy brali udział w Sinjar [operacja militarna w Północnym Iraku]… Wzięcie w niewolę rodzin kuffar (niewiernych) i zabranie ich kobiet to część prawa szariatu, gdyż ten, który wyśmiewa lub zaprzecza wersetom Koranu i słowom Proroka, jest zaprzańcem.

II. Terytorium

Uważa się, że tysiące muzułmanów z zagranicy wyemigrowało do Państwa Islamskiego. Rekruci pochodzą z Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Holandii, Australii, Indonezji, USA i wielu innych miejsc. Wielu zamierza walczyć i jest gotowa zginąć.

Peter R. Neumann, profesor King College w Londynie, powiedział mi, że internet jest najważniejszy w rozprzestrzenianiu propagandy wśród rekrutów. Rekrutacja internetowa także zmieniła demografię społeczności dżihadystów – konserwatywne kobiety muzułmańskie, izolowane do tej pory we własnych domach, mogą dołączyć do rekrutów w Syrii. W ten sposób IS ma nadzieję zbudować pełne społeczeństwo.

W listopadzie pojechałem do Australii, aby spotkać się z Musą Cerantonio, trzydziestoletnim mężczyzną, którego Neumann i inni naukowcy identyfikują jako jednego z dwóch najważniejszych duchowych przywódców cudzoziemców zamierzających dołączyć do Państwa Islamskiego. Cerantonio przez 3 lata był teleewangelistą w Iqraa TV w Kairze, zrezygnował, gdy zaczęto krytykować jego wezwania do stworzenia kalifatu. Teraz naucza na Facebooku i Twitterze.

Cerantonio, duży, przyjazny mężczyzna o wyglądzie intelektualisty powiedział mi, że bladł, gdy widział ścięcie głowy na filmie wideo. Nienawidzi przemocy, choć wymaga się od zwolenników Państwa Islamskiego, aby przemoc popierali. Wypowiada się też przeciwko atakom samobójczym, argumentując, że Bóg zabrania samobójstwa. Ma obsesję motywu apokalipsy w islamie. Wydaje się, że przeżywa dramat, który wygląda jak średniowieczna baśń, tyle że krew jest jak najbardziej prawdziwa.

W lipcu 2014 r. Cerantonio i jego żona próbowali wyemigrować – nie mówili dokąd (Wyjazd do Syrii jest nielegalny -mówi ostrożnie) – lecz zostali złapani w drodze na Filipiny, deportowani z powrotem do Australii z powodu nielegalnego przedłużenia wizy. W Australii próba dołączenia do IS jest przestępstwem, paszport Cerantonio został skonfiskowany. Nie może się ruszyć z Melbourne, gdzie policja go dobrze zna. Gdyby został złapany na ułatwianiu podróży do IS komukolwiek, zostałby aresztowany. Obecnie jest wolny – formalnie jest niezrzeszonym ideologiem, który rozmawia z innymi dżihadystami, ale jego głos liczy się w sprawach doktrynalnych IS. Spotkaliśmy się na lunchu w Footscray, gęsto zaludnionej wielokulturowej dzielnicy Melbourne, w której mieści sie siedziba Lonely Planet, wydawcy przewodników podróżniczych. Cerantonio wychował się tam w irlandzko-kalabryjskiej rodzinie. Na ulicy Footscray można znaleźć afrykańskie knajpy, wietnamskie sklepy, spotkać młodych Arabów z wielkimi brodami, w salafickich szatach, długich koszulach i spodniach do połowy łydki.

Cerantonio wyjaśnił radość, jaką poczuł, gdy Baghdadi ogłosił kalifat 29 czerwca. Nagle poczuł magnetyczną siłę Mezopotamii: Byłem w hotelu na Filipinach i widziałem deklarację w telewizji – opowiadał. – I byłem zdumiony, dlaczego ja jeszcze siedzę w tym cholernym pokoju.

Ostatnim kalifatem było imperium ottomańskie, którego rozkwit przypada na wiek XVI, później nastąpił powolny schyłek, aż do roku 1924, kiedy to założyciel Republiki Tureckiej Mustafa Kemal Ataturk dokonał ostatecznej jego likwidacji. Cerantonio, jak wielu zwolenników IS, nie uznaje tamtego kalifatu za prawomocny, ponieważ nie w pełni egzekwował on prawo islamskie, które przewiduje kamienowanie, niewolnictwo i obcinanie kończyn za karę. A jego kalifowie nie wywodzili się z plemienia Proroka – Qurayshi – tak jak powinni wg ortodoksji.

Podczas lipcowego kazania w Mosulu Baghdadi mówił m.in. na temat znaczenia kalifatu. Że jego przywrócenie jest obowiązkiem islamskiej społeczności: To obowiązek nas muzułmanów, obowiązek, który zaniedbaliśmy… Muzułmanie tym zaniedbaniem zgrzeszyli, bo muzułmanie zawsze muszą próbować ustanowić kalifat. Podobnie jak bin Laden, Baghdadi mówi kwieciście, często odnosi się do świętych tekstów. Ale w przeciwieństwie do bin Ladena i fałszywych kalifów Imperium Osmańskiego, on jest z plemienia Qurayshi!

Cerantonio: Kalifat nie jest tylko jednością polityczną, ale drogą do zbawienia. Propaganda IS regularnie publikuje raporty na temat przysiąg wierności baya, napływających od grup dżihadystów z całego muzułmańskiego świata. Cerantonio cytuje Proroka, mówiąc, że śmierć bez przysięgi na wierność kalifowi oznacza śmierć jahil – ignoranta. Rozważmy, jak muzułmanie (a także chrześcijanie) wyobrażają sobie, co robi Bóg z duszami ludzi, którzy nigdy nie dowiadują się o prawdziwej religii. Nie będą oczywiście zbawieni. Podobnie, mówi Cerantonio, muzułmanin, który wprawdzie uznaje jednego Boga i modli się, lecz umiera bez złożenia przysięgi na wierność jedynemu kalifatowi i bez żadnych obowiązków wynikających z tej przysięgi – nie żyje bowiem w pełni islamskim życiem. Czy oznacza to, że większość muzułmanów w historii i wszyscy, którzy zmarli między rokiem 1924 a 2014, zmarli śmiercią ignorantów? Cerantonio przytakuje: Powiedziałbym nawet, że islam został ustanowiony na nowo przez kalifat.

Zapytałem go o jego własną baya, szybko poprawił mnie: – Nie powiedziałem, że złożyłem przysięgę. Przypomniał mi, że australijskie prawo zabrania bayi: – Ale zgadzam się, że Baghdadi spełnia wszystkie warunki bycia kalifem – kontynuował. – Teraz zamierzam mrugnąć do ciebie, zinterpretujesz to jak będziesz uważał – śmiał się.

Aby zostać kalifem, trzeba spełniać warunki określone w prawie sunnickim. Musi to być dorosły muzułmanin wywodzący się z plemienia Qurayshi, o nieskazitelnej moralności, silny fizycznie i moralnie; mający także amru czyli władzę. – Ostatnie kryterium – mówił Cerantonio – jest najtrudniejsze do spełnienia, gdyż kalif musi posiadać terytorium, na którym może egzekwować prawo islamskie. Islamskie Państwo Baghdadiego spełniło te warunki na długo przed 29 czerwca.

Cerantonio mówił, że powstała frakcja przygotowana na wojnę z grupą Baghdadiego, jeżeli doszłoby do dalszej zwłoki w ogłaszaniu kalifatu. Przygotowała ona list do wpływowych członków ISIS, wyrażający niezadowolenie z powodu niewyznaczenia kalifa. Została jednak powstrzymana przez Adnaniego, rzecznika, który dopuścił ją do tajemnicy – kalifat już został ogłoszony, ale nie publicznie.

Po kazaniu Baghdadiego zaczął się napływ do Syrii dżihadystów z nową motywacją. Jürgen Todenhöfer, niemiecki pisarz i były polityk, który odwiedził Państwo Islamskie w grudniu 2014 r., opublikował raport o przybyciu 100 bojowników do jednego z punktów rekrutacyjnych na granicy tureckiej w czasie tylko dwóch dni! Mamy do czynienia z ciągłym napływem cudzoziemców, przygotowanych, aby porzucić wszystko i dostać się do raju – w najgorszym miejscu na Ziemi!

W Londynie, na tydzień przed lunchem z Cerantonio, spotkałem się z trzema byłymi członkami zdelegalizowanej islamskiej grupy Al Muhajiroun (The Emigrants): Anjem Choudarym, Abu Baraa i Abdulem Muhidem. Wszyscy chcą emigrować do Państwa Islamskiego idąc w ślady swoich kolegów, lecz władze skonfiskowały im paszporty. Podobnie jak Cerantonio uważają kalifat za jedyną legalną władzę na Ziemi, chociaż żaden z nich nie przyznał się do złożenia przysięgi. Chcieli mi wyjaśnić, czym jest Islamskie Państwo, i w jaki sposób jego polityka odzwierciedla prawo Boga.

Choudary (48) był liderem grupy. Często pojawia się w wiadomościach tv kablowych  – jest jednym z niewielu fundamentalistów wciąż zapraszanych do studia. Głośno broni Państwa Islamskiego; zwykle aż wyłączą mu mikrofon. W Wielkiej Brytanii ma reputację pompatycznego i odrażającego gaduły. On i jego uczniowie w sprawie doktryny mówią jednym głosem. Choudary i inni często odzywają się na Twitterze, a Abu Baraa ma kanał na YouTube, na którym odpowiada na pytania dotyczące szariatu.

Od września 2014 r. władze prowadzą wobec moich trzech rozmówców śledztwo w sprawie podejrzeń o popieranie terroryzmu. Z tego powodu spotkali się ze mną osobno – inaczej naruszyliby warunki zwolnienia z aresztu za kaucją. Lecz rozmawia się z nimi jak z jedną osobą noszącą trzy różne maski. Choudary spotkał sie ze mną w cukierni w dzielnicy Ilford (East London). Był ubrany w elegancką niebieska tunikę prawie do kostek i popijał red bulla. – Przed kalifatem być może nawet 85 procent praw szariatu było nieobecnych w naszym życiu – mówi Choudary. – Te prawa nie były stosowane, dopóki nie mieliśmy kalifa, a teraz go mamy. Na przykład bez kalifatu sędziowie nie mają obowiązku orzekać kar amputowania rąk złodziei złapanych na gorącym uczynku. Kalifat tego wymaga.

W teorii wszyscy muzułmanie mają obowiązek emigracji do terytorium, gdzie kalif stosuje prawo szariatu. A od kalifa wymaga się jego wdrożenia. Ci, którzy złożyli przysięgę, mają informować kalifa osobiście, gdy dowiedzą się o jakimkolwiek odchyleniu od tego prawa. Według zachodnich kryteriów po prostu mają donosić na rzekomych czy faktycznych odstępców od zasad. Kalif nakazuje im posłuszeństwo i poprawę. Tłumaczy, czym jest ich grzech. Ci, którzy trwają przy błędzie lub nadal popierają nie-muzułmanów, są uważani za apostatów i powinni być wyeliminowani.

Choudary mówi, że prawo szariatu bywa źle interpretowane. Np. reżim w Arabii Saudyjskiej choć ścina głowy mordercom czy ucina ręce złodziejom, nie w pełni wdraża szariat. – Problem jest w czymś innym – wyjaśnia. – Arabia Saudyjska stosuje prawo karne, ale nie ma w niej społecznej i ekonomicznej sprawiedliwości, które szariat gwarantuje. Wywołuje to niechęć do władzy i prawa. A szariat to darmowe jedzenie, domy, odzież. Oczywiście każdy może bogacić się – ale pracując…

Abdul Muhid (32) był ubrany według mody mudżahedinów: niechlujna broda, afgańska czapeczka i portfel przypięty na zewnątrz. Chętnie rozmawiał o sprawach socjalnych. Państwo Islamskie może stosować średniowieczne kary za przestępstwa moralne (chłosta za pijaństwo lub seks przedmałżeński, kamienowanie za cudzołóstwo), lecz jego program socjalny w niektórych aspektach jest tak postępowy, że zadowoliłby komentatorów MSNBC. Opieka zdrowotna jest darmowa. – Nie jest darmowa w Wielkiej Brytanii, nieprawdaż? Za niektóre usługi, np. okulistę, trzeba płacić. Polityka socjalna IS to obowiązek wobec prawa bożego.

III. Apokalipsa

Wszyscy muzułmanie uznają, że Bóg jest jeden i tylko on zna przyszłość. Ale Koran i pisma proroków zawierają część proroctw dotyczących przyszłości i objawionych przez Boga. Państwo Islamskie różni się niemal od wszystkich innych ruchów dżihadu – wierzy, że pochodzi bezpośrednio od Boga i jest wpisane w jego plan.

Al-Kaida działa jako podziemny ruch polityczny, ma na celu usunięcie wszystkich nie-muzułmanów z Półwyspu Arabskiego, całkowite zniszczenie Izraela, likwidację niektórych reżimów na ziemiach muzułmańskich. Państwo Islamskie troszczy się o sprawy przyziemne w miejscach, które kontroluje: zbieranie śmieci czy stały dopływ bieżącej wody, lecz lejtmotywem jego propagandy jest nadejście Dni Ostatecznych. Bin Laden rzadko wspominał apokalipsę, kiedy już to robił, mówił, że nadejdzie ona dopiero po jego śmierci. Bin Laden i Zawahiri pochodzą z elit sunnickich, które patrzą z pogardą na tego rodzaju spekulacje i sądzą, że jest to zajęcie dla mas – mówi Will McCants z Brookings Institution, który pisze książkę o myśli apokaliptycznej w Państwie Islamskim.

W ostatnich latach amerykańskiej okupacji Iraku założyciele Państwa Islamskiego widzieli wszędzie znaki nadejścia końca. Przewidywali, że w ciągu roku przyjdzie Mahdi – Mesjasz, i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa przed końcem świata. McCants uważa, że prominentni islamiści w Iraku ostrzegali bin Ladena w 2008 r., że istnieje millenarystyczna grupa, która mówi cały czas o Mahdim i ma strategiczny program oparty na wierze w jego nadejście. Al-Kaida apelowała do jej przywódców o odcięcie się od tego. Bezskutecznie.

Dla niektórych głęboko wierzących w ten rodzaj długotrwałej bitwy Dobra ze Złem wizja apokaliptycznej masakry to spełnienie ich głębokich psychologicznych potrzeb.  Musa Cerantonio bardzo interesuje się tematem apokalipsy i problemem ostatnich dni Państwa Islamskiego i świata. To jego własne przemyślenia, niemające statusu doktryny. Niektóre są oparte na głównych źródłach sunnickich i pojawiają się wszędzie w propagandzie Państwa Islamskiego. Zakładają one istnienie świata tylko za rządów 12 akceptowanych formalnie kalifów, a Baghdadi jest ósmym! Armie Rzymu zderzą się z armią islamu w północnej Syrii; a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Jerozolimie.

Państwo Islamskie przywiązuje wielką wagę do syryjskiego miasta Dabiq niedaleko Aleppo. Magazyn propagandowy IS został nazwany “Dabiq”, kiedy podbito – wielkim kosztem – to strategicznie nieważne miasto. Bo Prorok powiedział, że to właśnie tutaj armie Rzymu rozbiją swój obóz, a armie islamu zwyciężą w bitwie. Dabiq będzie dla Rzymu jak Waterloo.

Pismo cytuje Zarqawiego: iskra zabłysła tutaj w Iraku, a ogień będzie rozprzestrzeniać się, aż w Dabiq spali uczestników krucjaty. Propagandowe wideoklipy IS korzystają z hollywoodzkich filmów o średniowieczu – przecież wg proroctw armie przybędą konno i będą używać dawnej broni.

Skoro zajęto już Dabiq, Państwo Islamskie oczekuje nadejścia wrogiej armii, której porażka rozpocznie apokalipsę. Zachodnie media często nie reagują na odniesienia do Dabiq w filmach przekazywanych przez Państwo Islamskie, skupiają się na makabrycznych scenach ścięcia głowy. – Oto tutaj jesteśmy, grzebiemy pierwszego krzyżowca amerykańskiego w Dabiq, czekamy na przybycie waszej armii – mówi zamaskowany kat na filmie udostępnionym w listopadzie 2014 r., pokazując ściętą głowę Petera Kassiga, pracownika humanitarnego, który przetrzymywany był w niewoli ponad rok.

Podczas grudniowych walk w Iraku, po tym jak mudżahedini ogłosili, że widziano amerykańskich żołnierzy w akcji, konto na Twitterze Państwa Islamskiego eksplodowało radością.

Proroctwo, które przewiduje bitwę pod Dabiq, określa armię jako “Rzym”. Czym jest “Rzym” teraz, kiedy papież nie ma armii, to sprawa do dyskusji. Cerantonio mówi, że Rzym oznaczał całe Wschodnio-Rzymskie Imperium, ze stolicą w dzisiejszym Istambule. Powinniśmy więc myśleć o Rzymie jako o Turcji – tej samej republice, która zakończyła ostatni kalifat 90 lat temu. Inne źródła należące do Państwa Islamskiego sugerują, że Rzym może oznaczać jakąkolwiek armię niewiernych,  oczywiście także amerykańską.

Według Cerantonio po bitwie w Dabiq kalifat rozszerzy się i zajmie Istambuł. Niektórzy wierzą, ze zajmie całą Ziemię, ale Cerantonio sugeruje, że IS może nigdy nie przekroczyć Bosforu. Anty-Mesjasz, według muzułmańskiej literatury apokaliptycznej zwany Dajjal, przyjdzie z Khorasan, regioniu wschodniego Iranu i zabije wielu bojowników kalifatu, aż zostanie ich tylko 5000, blisko Jerozolimy. Gdy Dajjal będzie gotów ich też zabić, Jezus, który jest drugim najbardziej poważanym prorokiem w Islamie, wróci na Ziemię, przebije włócznią Dajjala i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa.

Tylko Bóg wie, czy armie Państwa Islamskiego zrealizują przepowiednie, mówi Cerantonio, ale taką ma nadzieję. Prorok powiada, że jednym ze znaków bliskiego nadejścia Końca jest to, że ludzie przestaną o nim mówić. Dziś nawet w meczetach nikt o tym nie mówi – sugeruje Cerantonio. Według tej teorii, żadna porażka Państwa Islamskiego nic nie znaczy, ponieważ Bóg z góry przesądził, że jego ludzie zostaną niemal wszyscy zabici. IS ma przed sobą najlepsze i najgorsze dni.

IV. Walka

Ideologiczna czystość Państwa Islamskiego ma jedną zaletę: pozwala przewidzieć niektóre działania tej społeczności. Osama bin Laden rzadko był przewidywalny. Zakończył swój pierwszy telewizyjny wywiad zagadkowo. Peter Arnett (CNN) zapytał go, jakie są twoje plany na przyszłość? Bin Laden odpowiedział: – To się okaże. Gdy będziesz uważnie słuchał, usłyszysz o nich w mediach, jeżeli Bóg pozwoli. Państwo Islamskie przechwala się otwarcie swoimi planami. Nie wszystkimi, ale wystarczy, żeby można było przewidzieć, jak chce rozszerzać swoją działalność i rządzić.

W Londynie Choudary i jego studenci szczegółowo opisują politykę zagraniczną Państwa Islamskiego, obecnie kalifatu. Podjęło ono już “agresywny dżihad”, ekspansję na kraje rządzone przez nie-muzułmanów. – My tylko się bronimy – mówi Choudary. – Głównym obowiązkiem kalifatu jest jego rozszerzanie.

Choudary przedstawia prawa wojenne Państwa Islamskiego, politykę łaski, a nie brutalności. Mówi, że państwo ma obowiązek terroryzować swoich wrogów. Święte prawo, aby ich zastraszyć przez ścinanie głów, ukrzyżowania i branie w niewolę kobiet i dzieci. Przyspiesza to zwycięstwo, a jednocześnie pozwala uniknąć długotrwałego konfliktu.

Kolega Choudary’go, Abu Baraa, wyjaśnia, że prawo islamskie zezwala tylko na krótkoterminowe pokojowe układy, trwające nie dłużej niż dekadę. Zgoda na ustanowienie jakichkolwiek granic terytorialnych podlega anatemie, jak mówi Prorok, co przejawia się w filmach Państwa Islamskiego. Jeżeli kalif zgadza się na dłuższy traktat pokojowy czy stałą granicę – błądzi. Krótkoterminowe traktaty pokojowe odnawia się, lecz nie z wszystkimi wrogami na raz. Kalif musi angażować się w dżihad chociaż raz w roku. Nie może odpocząć, inaczej będzie grzeszył zaniechaniem i lenistwem.

Czerwonych Khmerów, którzy wymordowali prawie jedną trzecią ludności Kambodży, można porównać do Państwa Islamskiego. Lecz Czerwoni Khmerzy zajmowali miejsce w ONZ jako Kambodża! – To jest niedozwolone – mówi Abu Baraa. – Wysłanie ambasadora do ONZ oznacza uznanie innej władzy poza władzą Boga. Ta forma dyplomacji to shirk lub politeizm, natychmiast uznany byłby za herezję i Baghdadi zostałby usunięty. Nawet przyspieszenie powstania kalifatu demokratycznymi metodami, np. przez głosowanie na politycznych kandydatów, którzy popierają kalifat, jest shirk.

Trudno sobie wyobrazić, jak sparaliżowane może być Państwo Islamskie ze względu na swój radykalizm. Współczesny system międzynarodowy, stworzony po pokoju westfalskim w 1648 r., polega na gotowości każdego państwa do uznania granic innych krajów. Dla IS takie uznanie byłoby ideologicznym samobójstwem. Inne islamskie grupy – Bractwo Muzułmańskie czy Hamas – uległy niedoskonałościom demokracji i potencjalnym zaproszeniom do międzynarodowych społeczności, łącznie z miejscem w ONZ. Negocjowano także z talibami – za ich rządów Afganistan wymienił ambasadorów z Arabią Saudyjską, Pakistanem i Emiratami Arabskimi – to akt, który unieważnił władzę talibów w oczach IS. Dla Państwa Islamskiego to nie jest wybór, ale apostazja.

Stany Zjednoczone i sojusznicy zareagowali na IS z opóźnieniem i w swojego rodzaju oszołomieniu. Ambicje grupy i jej strategia były oczywiste w deklaracjach i mediach społecznościowych już w 2011 r., kiedy była to jedna z wielu terrorystycznych grup działających w Syrii i Iraku, która nie popełniła jeszcze masowych zbrodni. Adnani mówił zwolennikom, że ambicją grupy jest przywrócenie islamskiego kalifatu i przywoływał apokalipsę: – Tylko kilka dni pozostało. Baghdadi już w 2011 r. wystylizował się na przywódcę wiernych, jak zwyczajowo nazywany jest kalif. W kwietniu 2013 r. Adnani ogłosił, że ruch jest gotowy zmienić świat zgodnie z zaleceniami Proroka i kalifatu”. W sierpniu 2013 r. powiedział: – Naszym celem jest ustanowienie Państwa Islamskiego, które nie uznaje granic, ale jest oparte na słowach Proroka. Wtedy grupa zajęła już Raqqa, stolicę syryjskiej prowincji zamieszkanej przez ok. 500 tys. ludzi, a także przyciągnęła znaczną liczbę bojowników.

Gdybyśmy rozpoznali intencje Państwa Islamskiego wcześniej, zorientowalibyśmy się, że sytuacja polityczno-militarna w Syrii i Iraku stworzyła dużą przestrzeń do swobodnego działania IS. Moglibyśmy skłonić przynajmniej Irak do uszczelnienia granicy z Syrią i porozumienia ze swoimi sunnitami. Pozwoliłoby to uniknąć porażającego efektu propagandowego, jaki miało ogłoszenie kalifatu po podbiciu trzeciego pod względem wielkości miasta Iraku. Ponad rok temu Obama powiedział pismu “The New Yorker”, że uważa ISIS za słabszego partnera al-Kaidy. – Jeżeli zespół juniorów ubiera się w koszulki Lakersów, to nie oznacza, że będzie grał jak Kobe Bryant – powiedział prezydent.

Nasze niedocenienie rozłamu między Państwem Islamskim a al-Kaidą oraz głównych różnic pomiędzy nimi doprowadziło do niebezpiecznych decyzji. Jesienią 2014 r. rząd USA wyraził zgodę na desperacki plan uratowania życia Petera Kassiga. Plan wymagał kontaktów między prominentnymi osobami w Państwie Islamskim i al-Kaidzie, i nie mógł być gorzej zaimprowizowany i przeprowadzony.

Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Państwie Islamskim, powolne upuszczanie mu krwi jest najlepszą ze złych militarnych opcji.

Plan ten wymagał kontaktu z Abu Muhammadem al Maqdisim, mentorem  Zarqawiego i znaczącą postacią w al-Kaidzie, i zbliżenia się do Turki al-Binali, głównego ideologa i byłego studenta Maqdisiego, chociaż ci dwaj mężczyźni byli od dawna skonfliktowani z powodu krytyki Państwa Islamskiego przez Maqdisiego. Maqdisi wzywał IS do ułaskawienia Alana Henninga, brytyjskiego taksówkarza, który pojechał do Syrii z pomocą humanitarną dla dzieci. W grudniu “Guardian” poinformował, że rząd amerykański przez negocjatora poprosił Maqdisiego o rozmowy interwencyjne w Państwie Islamskim w sprawie Kassiga.

Maqdisi żył na wolności w Jordanii, lecz zabroniono mu wszelkiej komunikacji z terrorystami zagranicą i był ściśle monitorowany. Kiedy Jordania wyraziła zgodę, by USA ponownie skontaktowały się z Maqdisim, kupił on telefon satelitarny za amerykańskie pieniądze i mógł swobodnie komunikować się ze swoimi byłymi studentami. Potem rząd jordański zahamował to, a rozmów użył jako pretekstu do uwięzienia Maqdisiego. Kilka dni później w sieci pojawił się film pokazujący ścięcie Kassiga w Dabiqu.

Zwolennicy Państwa Islamskiego drwili na Twitterze z Maqdisiego i al-Kaidy, ponieważ nie uznali oni kalifatu. Cole Bunzel, uczony, który zajmuje się ideologią IS, przeczytał opinie Maqdisiego na temat Kassiga i stwierdził, że mogło to przyspieszyć jego śmierć i innych zakładników. – Gdybym był zakładnikiem Państwa Islamskiego, a Maqdisi oświadczyłby, że nie powinienem być zabity, mógłbym pożegnać się z życiem.

Śmierć Kassiga była tragedią, lecz sukces planu jego uratowania byłby jeszcze większą. Porozumienie między Maqdisim a Binalim oznaczałoby zasypanie przepaści  pomiędzy dwiema największymi organizacjami dżihadu. Możliwe, że rząd chciał tylko użyć Binaliego do celów szpiegowskich czy też zamachu. Jednak decyzja, żeby swatać dwie największe organizacje terrorystyczne, była zdumiewająco zła i niebezpieczna.

Z powodu naszej obojętności Państwo Islamskie operuje dziś na terytoriach kurdyjskich i na irackim polu walki musimy atakować je z powietrza. Ta strategia nie pozbawiła IS żadnych większych terenów, chociaż uniemożliwiła bezpośredni atak na Bagdad i Erbil i mordowanie ludności Shia i Kurdów. Niektórzy obserwatorzy wzywają do eskalacji działań, zwłaszcza ci po prawej stronie sceny politycznej (Max Boot, Frederick Kagan), wzywają do wysłania tysięcy amerykańskich żołnierzy do Iraku. Te wezwania nie powinny być ignorowane zbyt szybko: organizacja otwarcie dopuszcza się ludobójstwa i popełnia codziennie zbrodnie na terenach przez siebie kontrolowanych.

Jednym sposobem, który “odczarowałby” zwolenników Państwa Islamskiego, byłoby militarne obezwładnienie go i zajęcie części Syrii i Iraku – obecnie pod rządami kalifatu. Al-Kaida jest nie do wykorzenienia, ponieważ może przetrwać jak karaluch, pod ziemią. Państwo Islamskie nie może. Jeżeli straci terytorium w Syrii i Iraku, przestanie być kalifatem. Kalifaty nie mogą istnieć jako ruchy podziemne, ponieważ wymagana jest od nich władza terytorialna: gdy jej nie ma, wszystkie przysięgi na wierność przestają być wiążące. Ci, co złożyli już przysięgę, mogliby nadal atakować Zachód, ścinać głowy wrogom jako tzw. wolni strzelcy. Lecz wartość propagandowa kalifatu przestałaby istnieć razem z religijnym obowiązkiem imigracji i działania na jego rzecz.

Ryzyko eskalacji konfliktu jest ogromne. Największym zwolennikiem amerykańskiej inwazji jest samo IS. Prowokacyjne filmy, na których kaci w czarnych kapturach zwracają się bezpośrednio do prezydenta Obamy, są robione tylko po to, by wciągnąć Amerykę do wojny. Inwazja byłaby wielkim propagandowym zwycięstwem dżihadu: bez względu na to, czy złożyli przysięgę kalifowi, wszyscy wierzą, że Stany Zjednoczone chcą współczesnej krucjaty, aby wymordować muzułmanów. Kolejna inwazja i okupacja potwierdziłyby te przekonania i wzmocniły rekrutację nowych bojowników i zwolenników.

ISIS powstał tylko dlatego, że nasza poprzednia okupacja zostawiła przestrzeń dla Zarqawiego i jego zwolenników. Kto może przewidzieć konsekwencje kolejnej nieudanej akcji?

Humanitarny koszt istnienia Państwa Islamskiego jest wysoki. Ale stanowi ono mniejsze zagrożenie dla USA niż częste konfrontacje z al-Kaidą. Skupia się ona na “dalekim wrogu” (Zachód), co jest rzadkością wśród grup dżihadu, które koncentrują się na sprawach bliższych ich siedzib. Dotyczy to zwłaszcza Państwa Islamskiego. Widzi ono wrogów dookoła, życzy wszystkiego co najgorsze rządowi amerykańskiemu, jednak wdrożenie ścisłego szariatu w kalifacie i ekspansja terytorialna są dla niego najważniejsze – nie zamachy w Ameryce. Baghdadi powiedział to wprost w listopadzie 2014 r. jego saudyjskim agentom: – Najważniejsze to pokonać Rafida (Shia), następnie al-Sulul (sunniccy zwolennicy saudyjskiego monarchy)…

Cudzoziemscy bojownicy (i ich żony oraz dzieci) podróżują do kalifatu z biletem w jedną stronę: chcą żyć tam, gdzie jest prawdziwe prawo szariatu. A wielu pragnie męczeństwa. Doktryna wymaga od wiernych, aby zamieszkali w kalifacie, jeżeli tylko mogą to zrobić. Jeden z mniej krwawych filmów Państwa Islamskiego pokazuje grupę dżihadystów palących swoje francuskie, brytyjskie i australijskie paszporty. Byłby to bezsensowny akt dla kogoś zamierzającego wrócić, aby wysadzić się w powietrze w kolejce do Luwru, czy wziąć zakładników w kawiarni w Sydney.

Kilku “samotnych wilków”, zwolenników Państwa Islamskiego atakowało zachodnie cele, można się spodziewać kolejnych takich zamachów. Lecz większość atakujących to sfrustrowani amatorzy, niemogący wyemigrować do kalifatu z powodu konfiskaty paszportu czy innych problemów. Nawet jeżeli IS przyklaskuje tym atakom – robi to w swojej propagandzie – nie zaplanowało, ani też nie sfinansowało żadnego. Atak na “Charlie Hebdo” w Paryżu był operacją al-Kaidy. Jürgen Todenhöfer przeprowadził w grudniu w Mosulu wywiad z niemieckim dżihadystą i zapytał go, czy jakiś z jego towarzyszy powrócił do Europy, aby przeprowadzić atak. Dżihadysta uważa, że ci co wracają, to nie są żołnierze, ale uciekinierzy. – Powinny odkupić swój powrót. Mam nadzieję, że raz jeszcze spojrzą uważnie na swoją religię.

Państwo Islamskie prawdopodobnie będzie działać samotnie. Żaden kraj nie jest jego sojusznikiem, gdyż ideologia tak nakazuje. Tereny, które kontroluje, choć bardzo duże, są w większości niezamieszkane i biedne. Jeżeli IS wpadnie w stagnację lub powoli skurczy się, główne hasła o  woli Boga i apokalipsie osłabną, coraz mniej wiernych będzie tu imigrować. Inne radykalne ruchy muzułmańskie też zostaną zdyskredytowane, zwłaszcza raportami o biedzie na obszarach ich działania.

Jednak upadek IS nie nastąpi szybko i nadal wiele spraw może potoczyć się bardzo źle: jeżeli IS otrzyma wsparcie al-Kaidy, może się zamienić w najgorszego wroga, jakiego do tej pory widzieliśmy. Ale rozdźwięk między Państwem Islamskim a al-Kaidą powiększył się w ostatnich miesiącach; w grudniowym wydaniu “Dabiq” zamieszczono długą historię uciekiniera z al-Kaidy, który opisuje korupcję i nieudolność swojej poprzedniej grupy, a Zawahiriego jako nieudolnego lidera.

V. Opozycja

Określenie problemu Państwa Islamskiego jako “problemu z islamem” byłoby za łatwe. Religia zezwala na wiele interpretacji. Jednakże określenie IS jako nie-islamskiego może przynieść niedobre skutki. Jak zareagują ci, którzy czytają święte teksty i widzą w nich poparcie dla praktyk kalifatu?

Muzułmanie mogą mówić, że niewolnictwo jest teraz nielegalne, a ukrzyżowania były stosowane w pewnym historycznym czasie. Lecz nie mogą potępić niewolnictwa czy ukrzyżowania bez zaprzeczenia słowom Koranu i przykładowi Proroka. – Jedynym zasadniczym argumentem, na który mogą powołać się oponenci Państwa Islamskiego, jest to, że niektóre teksty i tradycyjne nauczanie islamu są już nieważne – mówi Bernard Haykel. Byłby to jednak akt apostazji.

Ideologia IS niezwykle wpływa na niektórych wiernych. Hipokryzja i niepewność znikają. Musa Cerantonio i salafici, których spotkałem w Londynie, są nie do zatrzymania, nie zająknęli się przy żadnym pytaniu. Jeżeli akceptuje się ich punkt widzenia, są nadzwyczaj przekonujący. Gdyby byli tylko niegroźnymi gadającymi maniakami, mógłbym sądzić, że ich ruch wypali się, ponieważ psychopaci wysadzają się w powietrze lub zostają zabici w akcjach. Lecz ci mężczyźni mówili z akademicką precyzją i zapałem. Nawet dobrze czułem się w ich towarzystwie – i to mnie najbardziej przestraszyło.

Nie-muzułmanie nie mogą powiedzieć muzułmanom, jak mają praktykować swoją religię. Lecz muzułmanie zaczęli tę debatę we własnym gronie już dawno. – Musisz utrzymywać standardy – mówi mi Anjem Choudary. – Ktoś, kto tylko mówi, że jest muzułmaninem, ale toleruje homoseksualizm czy pije alkohol, nie jest muzułmaninem. Nie ma takiego kogoś, jak niepraktykujący wegetarianin.

Istnieje inny odłam islamu, który oferuje fundamentalistyczną alternatywę wobec Państwa Islamskiego – tak samo bezkompromisową, lecz skrajnie odmienną we wnioskach i realizacji. Ten odłam jest atrakcyjny dla wielu muzułmanów, tęskniących za zrozumieniem każdej litery świętych tekstów z najwcześniejszych lat islamu. Zwolennicy Państwa Islamskiego wiedzą, jak zareagować, kiedy muzułmanie ignorują część Koranu: takfirem. Ale zdają sobie sprawę, że niektórzy muzułmanie także studiują Koran wytrwale i stanowią ideologiczne zagrożenie.

Baghdadi jest salafitą. Określenie salafi zostało oczernione, gdyż wielu bandytów bierze udział w walkach właśnie pod flagą salaficką. Tymczasem salafici nie są dżihadystami i większość należy do sekt, które odrzucają Państwo Islamskie. Są, jak zauważa Haykel, zobligowani do rozszerzania Dar al-Islam, terenu islamu, być może nawet z najgorszymi praktykami jak niewolnictwo czy amputacja – lecz dopiero w pewnym punkcie w odległej przyszłości. Ich priorytetem jest przestrzeganie zasad religii, wierzą, że cokolwiek, co przeszkadza tym praktykom, np. wojna, czy zamieszki, które zakłóciłyby życie i modlitwy – jest zabronione.

Żyją wśród nas. Jesienią odwiedziłem meczet w Filadelfii, gdzie imamem jest Breton Pocius, lat 28, salafita używający imienia Abdullah. Jego świątynia znajduje się na granicy dzielnicy o wysokiej przestępczości – Northern Liberties, i dzielnicy, która powoli staje się modna wśród tutejszych hipstersów; można ją nazwać Dar al-Hipster.

Teologiczna alternatywa dla państwa islamskiego istnieje, tak samo bezkompromisowa, ale dochodząca do przeciwnych wniosków.

Pocius dokonał konwersji 15 lat temu. Ma polskie i katolickie korzenie, jest z Chicago. Podobnie jak Cerantonio świetnie zna starożytne teksty i jest przekonany, że to jedyna droga, by uniknąć ognia piekielnego. Kiedy spotykam go w miejscowej kawiarni, ma przy sobie pracę na temat Koranu po arabsku i książkę do nauki japońskiego. Przygotowywał kazanie na temat obowiązków wynikających z ojcostwa dla 150 wiernych na piątkowe modły.

Pocius mówi, że jego głównym celem jest zachęcenie wiernych do życia według halal. Powstanie Państwa Islamskiego zmusiło go do odpowiedzi na polityczne pytania, które zwykle nie są ważne dla salafitów. – W większości mówią, jak się modlić, ubierać, to samo ja głoszę w meczecie. Lecz jeśli chodzi o zagadnienia społeczne, mają poglądy jak Che Guevara.

Kiedy pojawił się Baghdadi, Pocius zaadaptował slogan To nie jest mój kalif. – Czasy Proroka były okresem wielkiego rozlewu krwi – mówi Pocius – i wiedział on, że chaos pogorszy warunki bytowania w umma (muzułmańskiej społeczności). Według Pociusa najlepszym rozwiązaniem dla salafitów jest niestwarzanie nieporozumień przez ogłaszanie innych muzułmanów apostatami.

Jak większość salafitów Pocius uważa, że muzułmanie powinni się odciąć od polityki. Ci mistyczni salafici zgadzają się z tezą Państwa Islamskiego, że istnieje tylko prawo boskie i unikają praktyk jak głosowanie czy tworzenie partii politycznych. Lecz interpretują inaczej słowa Koranu potępiające chaos i niezgodę. Jeżeli to konieczne dla zatrzymania nienawiści, należy poprzeć przywódcę, nawet jeżeli jest grzesznikiem. – Prorok mówi: jeżeli przywódca nie jest kuffr (niewiernym), dajcie mu posłuszeństwo.

Mistycznym salafitom nie wolno robić podziałów pośród muzułmanów, np. przez masowe ekskomuniki. Życie bez bayi robi z ciebie ignoranta. Lecz baya nie oznacza przysięgi wobec kalifatu, a z pewnością nie wobec Abu Bakr al-Baghdadiego, twierdzi Pocius. Może oznaczać, w szerokim sensie, przysięgę na rzecz religijno-społecznych umów i zobowiązanie wobec społeczeństwa muzułmańskiego, obojętnie, czy jest rządzone przez kalifat, czy też nie.

Salafici wierzą, że muzułmanie powinni skierować swoją energię na doskonalenie osobistego życia, modlitwę, rytuały i higienę. W ten sam sposób jak ultraortodoksyjni Żydzi debatują, czy odrywanie papieru toaletowego w szabat jest dozwolone? (czy jest to rozdzieranie szat?), spędzają bardzo dużo czasu, żeby upewnić się, czy ich spodnie nie są za długie, a ich brody są przycięte tak samo. Dzięki temu dokładnemu przestrzeganiu religii Bóg da im siłę oraz liczebność, a może kiedyś też powstanie kalifatu. Wtedy muzułmanie osiągną zwycięstwo w Dabiq. Pocius cytuje kilku współczesnych salafickich teologów, którzy uważają, że kalifat nie może powstać bez woli i interwencji Boga.

Państwo Islamskie oczywiście zgodziłoby się z taką interpretacją, dodając, że Bóg właśnie wyznaczył Baghdadiego do utworzenia kalifatu. Pocius ripostuje i wzywa do pokory. Cytuje Abdullaha Ibn Abbasa, jednego z towarzyszy Proroka, który usiadł z odszczepieńcami, pytając, jak to jest możliwe, że są tak bezczelni, aby mówić większości, że nie mają racji? Sam rozłam, który prowadzi do rozlewu krwi lub do podziału w umma, jest zabroniony. Nawet sposób, w jaki Baghdadi ustanowił kalifat jest niewłaściwy. – Kalifat zostanie ustanowiony przez Allaha – mówi Pocius – będzie też konsensem uczonych od Mekki do Medyny. A to się nie wydarzyło. ISIS pojawił się znikąd.

Państwo Islamskie nienawidzi tego sposobu myślenia, jego zwolennicy tweetują szyderczo na temat mistycznych salafitów. Nazywają ich “salafitami menstruacji” z powodu ich niejasnego tłumaczenia, kiedy kobiety są czyste, a kiedy nie, i innych mniej ważnych aspektów życia. – Teraz właśnie nam potrzeba fatwy, dlaczego jest haram (zabronione) jeżdżenie na rowerze na Jupiterze – tweetował ktoś złośliwie. Anjem Choudary z kolei mówi, że żaden grzech nie zasługuje na większe potępienie, niż uzurpacja wobec prawa Boga. Ekstremizm w obronie monoteizmu nie jest złem.

Pocius nie liczy na żadne oficjalne poparcie ze strony USA jako przeciwwagi dla dżihadyzmu. W istocie toby go zdyskredytowałoby, a i tak jest rozżalony na Amerykę za traktowanie go jak obywatela drugiej klasy. (Oskarża rząd o infiltrowanie jego meczetu, nękanie matki w pracy pytaniami o potencjalne powiązania syna z terroryzmem).

Jednakże jego mistyczny salafityzm oferuje antitodum na dżihadyzm w stylu Baghdadiego. Ludzie, którzy przybywają, aby walczyć za wiarę, nie mogą być zatrzymani, lecz ci, których główną motywacją jest znalezienie ultrakonserwatywnej, bezkompromisowej wersji islamu – znajdą alternatywę tutaj. Nie jest to liberalny islam. Większość muzułmanów uzna go za ekstremalny. Jednak jest to forma, którą głęboko wierzący uznają za właściwą, autentyczną, niebluźnierczą, szczerą. Hipokryzja nie jest grzechem tolerowanym przez młodych ideologów.

Zachodni politycy prawdopodobnie powinni się wstrzymać od wszelkich teologicznych debat. Barack Obama już wpadł w wody takfiri, kiedy uznał, że Państwo Islamskie jest “nieislamskie”. Jest w tej sytuacji pewna ironia – Obama jako niemuzułmański syn muzułmanina sam jest klasyfikowany jako apostata. I właśnie on praktykuje takfiri przeciwko muzułmanom. Niemuzułmanie praktykujący takfir  wywołują chichot wśród dżihadystów (są jak świnia pokryta kałem, radząca innym, jak trzymać higienę – mówił jeden z tweetów).

Przypuszczam, że większość muzułmanów docenia Obamę: jako prezydent stanął razem z nimi przeciwko Baghdadiemu i niemuzułmańskim szowinistom. Bo większość muzułmanów nie jest podatna na hasła dżihadu.

W granicach swojej wąskiej i prymitywnej teologii Państwo Islamskie jest pełne energii, nawet kreatywności. Poza nimi pozostaje ciche i jałowe: wizja życia w skrajnym posłuszeństwie, w zgodzie z przeznaczeniem i porządkiem. Musa Cerantonio i Anjem Choudary mogą przeskakiwać od kontemplacji masowej śmierci, wiecznych tortur do dyskusji nad rozkoszą picia wietnamskiej kawy.

Jednak dla mnie zgodzić się z ich poglądami, to zobaczyć, jak wszystkie zapachy świata przemieniają się w jeden mdły.

Mógłbym dobrze czuć się w ich towarzystwie, ale tylko do pewnego momentu. W recenzji z “Mein Kampf” z marca 1940 r. George Orwell napisał, że nigdy nie byłby w stanie lubić Hitlera, pokazał jego słabe strony, odrażające i tchórzliwe cele. Gdyby miał zabić mysz, wiedziałby, jak sprawić, żeby wydawała się smokiem. Partyzanci IS mają podobną właściwość. Wierzą, że ich walka będzie trwała po ich śmierci, stoją po stronie sprawiedliwych, a walka jest przywilejem, przyjemnością, zwłaszcza jeśli jest ciężarem.

Faszyzm, kontynuował Orwell, jest bardziej koncepcją psychologiczną niż hedonistyczną. Socjalizm, a nawet kapitalizm bardziej lub mniej chętnie mówią ludziom: oferujemy dobrą zabawę. Hitler im mówił – oferuję walkę, niebezpieczeństwo i śmierć – i w rezultacie pociągnął za sobą cały naród. Nie powinniśmy nie doceniać emocjonalnych uwarunkowań polityki i konfliktów!

W przypadku IS to religijna lub intelektualna atrakcyjność. IS ma wypełnić misję Proroka, to sprawa dogmatu, mówi nam o tym zapał naszego przeciwnika.  Przeciwnik, który nawet w obliczu przegranej pozostaje pewny siebie, wierzy, że otrzyma boską pomoc, gdy będzie wierny Prorokowi. Można przekonać niektórych potencjalnych konwertytów, że IS przekazuje fałszywą wiadomość i antywartości. Lecz takie akcje będą miały niewielkie znaczenie i wojna może być bardzo długa, nawet jeżeli nie potrwa do samego Końca.

W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych

Reblog: Trylogia o… (3)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst sprzed dwóch tygodni zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Ciocia Stasia

Moim pierwszym placem zabaw był cmentarz. Matka siedziała zamyślona przy grobie mojego Ojca, a ja bawiłem się w czołg na sąsiednim grobie.
Domem mojego dzieciństwa był dom starców. Rodzice przenieśli się w 1943 roku z Warszawy do Kielc i zamieszkali w domu Fundacji Malskiej dla zubożałej inteligencji i starszych pań z ziemiaństwa. Po zakończeniu wojny dom zamieniono na państwowy dom starców prowadzony przez Siostry Sercanki.
Naturalne więc chyba było, że pierwsze wakacje poza domem spędziłem w zakładzie dla dzieci cofniętych w rozwoju.

Miałem wtedy blisko 5 lat. Jechaliśmy z Matką pociągiem całą noc. Oczywiście Matce nie udało się dostać miejsca siedzącego w przedziale. Jechała na buforach między wagonami w pozycji półkucznej, trzymając mnie na kolanie.
Rano dojechaliśmy do Mierzęcina. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do bram zamku. Z dala, w portalu, majaczyła niewielka biała figurka…

 

– To Ciocia Stasia – powiedziała Matka – pobiegnij do niej.
Oczywiście nie posłuchałem, tylko złapałem się jeszcze mocniej matczynej dłoni.
Po krótkich powitaniach Ciocia zaprosila nas na śniadanie. Mój zachwyt wzbudziły misterne porcelanowe filiżanki i talerze ze złotym szlaczkiem. Na śniadanie był chleb, wędliny, jajka na miękko, herbata. Obstukałem czubek jajka i zacząłem je obierać.
– Lusiu, Lesio nie umie jeść jajek na miękko – powiedziała Ciocia do mojej Mamy.
– Ależ Siniu, on nie ma jeszcze 5 lat.
– Och przepraszam Cię, przecież ja nigdy nie byłam matką.

Wieczorem Mama wyjechała, a ja spędzałem całe dni z dziećmi pod opieką sióstr. To były Siostry Samarytanki. Bardzo podobały mi się ich welony. Nad czołem miały szpiczasty daszek – kojarzyły mi się z jakimiś przyjaznymi ptaszkami.

Ciocię widywałem tylko przelotem. Jedynie w niedzielę, po mszy, jadałem śniadania z Ciocią. Lubiłem niedziele. Najpierw msza, wtedy jeszcze odprawiana po łacinie. Siostry pięknie śpiewały, najbardziej podobało mi się Credo: Bóg z Boga, światło ze światłości – Deum de Deo, lumen de lumine – KLIK.
Potem śniadanie. Cieszyłem się na nie, mając w pamięci te filiżanki i talerze ze złoconymi brzegami. Dostawałem jajko przezornie ugotowane na twardo. Ciocia nie jadła, tylko piła kawę i opowiadała mi legendy o początkach Polski. Lubiłem jej głos, cichy, spokojny a jednak czuło się w nim siłę. Taki sam głos miał jej brat czyli mój wujek – kapitan polskich i brytyjskich statków handlowych. Potrafił takim głosem utrzymać w ryzach załogę podczas rejsów do Murmańska i dzikiego strajku u wybrzeży Australii.

Na wakacje do Samarytanek jeździłem przez kilka lat dopóki Ciocia nie uznała, że tamtejsze towarzystwo nie jest już dla mnie odpowiednie.

Dopiero kilka lat później dowiedziałem się o Jej osobistej tragedii. Oczywiście, w Jej obecnosci tego tematu nie poruszaliśmy. Poza Jej plecami też nie, była uważana za swego rodzaju rodzinną świętość.
Matka czasem wspominała Jej role teatralne – Orcio, Puk, Consuela, ślepa Berta. Bardzo lubiłem słuchać jak Matka deklamowała wiersze. Szczególne wrażenie robił na mnie wiersz o księciu Józefie Poniatowskim: “…Epos kona! 0, gwiazdo! Gwiazdo Polski i Napoleona!…”Może ktoś zna tytuł tego wiersza?
Matka miała bardzo silny głos i wyrazistą mimikę.
– Gdy wróciłam z Paryża – wspominała – poznałam Aleksandra Zelwerowicza. – Chwycił mnie za obie dłonie i zawołał:- Dajcie mi ją do teatru! Ale Stasia zasłoniła mnie.
Z łatwością mogłem sobie wyobrazić moją Matkę na scenie w jakiejś dramatycznej roki. Gdy wiele lat później oglądałem w Teatrze Narodowym Matkę Courage w wykonaniu Ireny Eichler doznałem szoku, wydawało mi się, że to moja Matka. Niewiele się myliłem, Irena Eichler rozpoczęła studia pod kierunkiem Aleksanda Zelwerowicza kilka miesięcy po opisanej powyżej scenie.
– A jak było w Paryżu? – pytałem. Matce pochmurniała twarz.
– Komu taki pomysł przyszedł do głowy? Jak moja matka mogła się na to zgodzić? Przecież ja miałam 18 lat. Ja miałam być podporą dla kogoś, kto przeżył taką tragedię? Stasia spędzała całe dni na cmentarzu, a ja siedziałam przy niej. Długie godziny w milczeniu. Czasami Stasia zapominała o jedzeniu, to i ja całymi dniami nic nie jadłam.

Przez wiele lat kontakt z Ciocią był rzadki i przypadkowy. Dwa razy w roku jeździła na rekolekcje i jeśli było jej po drodze to odwiedzała Kielce. Któregoś roku przywiozła książkę Thomasa Mertona – The Seven Storeys Mountain i poprosiła żebym spróbował przetłumaczyć ją na polski. Oczywiście było to ponad moje siły. Teraz też nie podjąbym się takiego zadania. Po prostu Matka nadmiernie zachwalała moją znajomość angielskiego. Tylko za to mogła mnie pochwalić, angielski był jedynym przedmiotem, z którego miałem dobrą ocenę w szkole.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że Ciocia to nie jest żywy pomnik, ale żywa osoba, nadal bardzo aktywna umysłowo, zainteresowana najnowszymi wydarzeniami. Może miała jakieś oczekiwania związane z moją osobą? Niestety oddalenie uniemożliwiało bliższe kontakty.

Z cytowanej w poprzednich odcinkach książki – Album z rewolwerem – dowiedziałem się jak bliski i intensywny miała kontakt z autorem, Zdzisławem Umińskim, swoim bratankiem. To dla niego robiła kaftanik podczas pobytu w paryskim więzieniu.
Być może istotne były podobne traumatyczne doświadczenia. Zdzisław w wieku niespełna 18 lat uczestniczył w wykonywaniu wyroków na konfidentach Gestapo.
Zdzisław był pisarzem, według mnie bardzo dobrym. W swej książce wspomina o poczuciu, że Cioci jego twórczość nie zadawalała, że oczekiwała po nim czegoś wielkiego, na miarę Krasińskiego lub Norwida.

Po przejściu na emeryturę Ciocia zajmowała się indywidualnie trudniejszymi dziećmi i spędzała troche czasu w przyklasztornym ogródku – powyższe zdjęcie z archiwum Władysława Noakowskiego.

W roku 1976 Ciocia miała wylew, po którym jej stan fizyczny mocno się pogorszył. Dwa listy napisała odręcznie, bardzo odmienionym charakterem pisma, następne pisały za nią siostry.

Zmarła w dniu Bożego Narodzenia 1977 roku. Pogrzeb odbył się kilka dni później w zakładzie sióstr Samarytanek w Niegowie niedaleko Wyszkowa.
Oprócz mnie przybył Zdzisław Umiński i dwie siostrzenice Cioci. Nie mogli przybyć bratanek i siostrzeniec, którzy przebywali na stałe za granicą. Tylko tyle nas zostało, a przecież Ciocia miała aż dziewięcioro rodzeństwa.

Msza odprawiana była po polsku, ale siostry śpiewały tak jak przed laty – Credo in unum Deum…
Po mszy zgłosiłem się do pomocy przy niesieniu trumny. Siostry przyjęły mnie życzliwie, ale już po chwili okazało się, że niezbyt pasuję do zgranego zespołu.
– Dziękujemy, ale lepiej jak my same poniesiemy, robimy to tak często.
Splotły razem ramiona w siostrzanym uścisku i poszły ze śpiewem na ustach. W bramie zakładu przełożyły trumnę na furkę.
Wiejski cmentarz był po drugiej stronie szosy. Ciocię pochowano w prostym grobie pod drzewami. Od kuzyna, siostrzeńca Cioci, tego który w 1977 roku mieszkał za granicą, dowiedziałem się, że obecnie groby wszystkich zakonnic przeniesiono na teren zakładu.

 

Reblog: Trylogia o… (2)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst, który ukaże sę za tydzień, zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Siostra Benigna    

W marcu 1936 roku w Domu Zakonnym Samaria w Niegowie opodal Wyszkowa odbyły się śluby wieczyste siostry Benigny, która od prawie 9 lat pracowała w zakonie Samarytanek. Wśród zaproszonych gości, oprócz najbliższej rodziny, znajdował się znany reżyser Leon Schiller. W ten sposób zakończyło się świeckie życie Stanisławy Umińskiej.

Stanisława Umińska zadebiutowała w 1919 roku, w wieku 18 lat, na scenie Teatru Polskiego w sztuce G.B. Shawa, Major Barbara. Kilka miesięcy później zyskała zainteresowanie krytyków rolą Orcia w Nieboskiej Komedii.

Drobna, szczupła, do roli Orcia obcięła sobie krótko włosy. Nic dziwnego, że wieloktrotnie powierzano jej chłopięce role: Arlekin w Mandragorze Szymanowskiego, Dionizy w komedii Duhamela, Cherubin w Weselu Figara.
O tej ostatniej roli Kornel Makuszyński pisał:
“Rola ta, niesamowicie trudna, zachwycająca równocześnie, wymaga koniecznie doskonałej sprawności aktorskiej w połączeniu z dziecinnym, niefałszowanym wdziękiem, co bardzo rzadko chodzi w parze. Połączenie to […] ma panna Umińska; brak frywolnej lekkości, która każdego urwisa czyni ogromnie sympatycznym, nadrobiła dziwną swoją urodą, która przybrana w świetny kostium, wywierała to wrażenie z lekka i miło niepokojące, jakie ma budzić ten pączek, jeszcze nierozkwitły, nawet w większym stopniu, niż to było trzeba“.

I znowu chłopcy – nieznośny Nono w farsie Luigiego Pirandella Człowiek, zwierzę i cnota, Puk w Śnie nocy letniej.
“Była w tej roli ‘wcieleniem wyśnionego przez poetę ducha lasu’”, poświadczał Jan Parandowski.„Dała Puka pełnego swawoli, humoru, beztroski, a podała to z taką zwinnością, finezją i urokiem, a przede wszystkim szczerością, że grą swoją ożywiała ten fantastyczny las zaczarowany”, pisał Breiter. „Cudowny Puk Umińskiej” – jeszcze dziesięć lat później pamiętał Boy-Żeleński. „Był perłą wieczoru” – zachwycał się Rabski”. Źródła (2)

Julian Tuwim napisał dla niej tekst kabaretowy- Mała Gigolette.

Dramatyczny wymiar swojego talentu zademonstrowała w roli Consueli w sztuce Leonida Andrejewa – Ten, którego biją po twarzy.
“Jan Lechoń, tłumacz sztuki, w swoim Dzienniku w 1956 roku przypomniał ten spektakl: ‘Cóż mówić o Stasi Umińskiej – westchnął – jedynej Consuelli na świecie'” – Źródła (2).

W ciągu niespełna pięciu lat kariery aktorskiej Stanisława Umińska wystąpiła w ponad 20 sztukach i w jednym filmie. Uważana była za czołową aktorkę młodego pokolenia.

W 1923 roku również jej życie osobiste nabrało kolorów. Poznała wtedy Jana Żyznowskiego – pisarza, krytyka, malarza.

“Jak niosła wieść rozplotkowanej warszawskiej bohemy, pokochali się od pierwszej kolacji, jaką wydał na cześć aktorki Teatr Mały. Ona upajała się właśnie pierwszym smakiem artystycznej kariery. On – sukcesami czytelniczymi swojej prozy – Krwawego strzępu i Kamieni ugornych. On skończył właśnie 34 lata, miał za sobą traumę pierwszej wojny światowej, w czasie której walczył w szeregach armii francuskiej, dwa zawody miłosne i ból po śmierci serdecznego przyjaciela, towarzysza broni, pisarza Eugeniusza Małaczewskiego. Ona nie miała jeszcze 22 lat i dopiero wyrywała się z bezpiecznego kokonu rodzicielskiej opieki.
W mieszczańskiej Warszawie wydawało się to być skandalem samym w sobie. (…) Ogrom ich uczucia musiał robić spore wrażenie na współczesnych, nikt bowiem nie odważył się, co było nagminne, umieścić wzmianki o najpopularniejszej parze stolicy w żadnej z kronik towarzyskich. Zdawało się, że los zetknął tych dwoje, by pokazać umęczonej wojnami Warszawie piękno miłości”. Źródła (5)

Pod koniec 1923 roku u Żyznowskiego wykryto raka wątroby, warszawscy lekarze byli bezradni. Żyznowski udal sie do Paryża, do kliniki doktora Roussy, który leczył raka promieniami radioaktywnymi.

Umińska podążyła za nim. Przed wyjazdem wystąpiła jeszcze w roli ślepej Berty w Świerszczu za kominem.
“Ślepe ruchy rąk, – analizował Stanisław Pieńkowski – a szczególnie ruchy szczęk i warg, tak znamienne dla ociemniałych, były w wykonaniu artystki wzorowym studium kunsztu aktorskiego. Przy tym całą postać prześwietlała aktorka duszą od wewnątrz – głosem, pozą i ruchem, a w technice patrzenia ślepymi oczami nie załamała się ani na chwilę. Tragiczność roli Berty – pisał Adam Zagórski – uzyskała nie przez jednostajny lament, ale właśnie doskonale podkreśliła go przez uśmiech, przez promienność tej pokrzywdzonej przez los istoty, dla której kalectwo nie jest powodem do przekleństw, a przeciwnie powodem do ofiary serca” – Źródła (2).

Kuracja w Paryżu nie przyniosła oczekiwanych efektów, choroba rozwijała się. Radioaktywne naświetlania spowodowały wypalenie otwartych ran i powiększyły cierpienia. Jedyną ulgą byla morfina.
Stanisława czuwała przy chorym dzień i noc, robiła mu zastrzyki, dwukrotnie oddała krew do transfuzji.
W chwilach przytomności Żyznowski dyktowal jej swoją ostatnią powieść Z podglebia, która mocno przypominała ich losy. Bohater książki popełnia samobójstwo, ale przedtem stwierdza: “…miłość do zboczenia – wszystko to ją wywlokło w chorobę świętości”.

Żyznowski poprosił swoją żonę (w Paryżu wzięli cichy ślub) o skrócenie cierpień. Poinstruowal ją jak posługiwać się rewolwerem browning.

Stanisława: Czy dla niego nie ma już ratunku?
Doktor Roussy (posępnie): Jest.
Stanisława (z odrobiną nadziei): Jaki to ratunek?
Doktor Roussy: Jedyny jaki mu jeszcze pozostał.
Stanisława: Na miłość boską…
Doktor Roussy: Tym ratunkiem jest śmierć. Wtedy przestanie cierpieć.
…
Stanisława:… czy choremu można w większym niż dotychczas stopniu ulżyć. Mam na myśli bóle.
Doktor Roussy: To właściwie przekracza nasze możliwości. Otrzymuje zastrzyki i to jest wszystko.
Stanisława: Chyba więc już wrócę do niego.
Doktor Roussy: Oczywiście, a może pani ma jakieś specjalne życzenia?
Stanisława: Jakie na przykład panie doktorze?
Doktor Roussy: Rozumiem. Przykro mi bardzo, ale będę musiał panią pożegnać.

Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem.

Nad ranem 15 lipca 1924 roku Stanisława zabiła ukochanego strzałem w głowę.

Następne kilka miesięcy spędziła w paryskim więzieniu. Skracała sobie czas robiąc na drutach kaftanik dla właśnie narodzonego bratanka Zdzisława.

Proces rozpoczął się na początku lutego 1925 roku…

Ława przysięgłych potrzebowala zaledwie 5 minut by wydać wyrok uniewinniający. Aktorka przyjęła wyrok zupełnie obojętnie.
Pozostała w Paryżu jeszcze kilka miesięcy, towarzyszyła jej młodsza siostra Lucyna. Duchowym wsparciem służył ksiądz Augustyn Jakubisiak.

Po powrocie do Polski próbowała wrócić na scenę.
“W październiku 1926 zaczęła próby w Teatrze Małym w sztuce Paula Raynala Pod Łukiem Triumfalnym w reżyserii Węgierki. „Lecz prasa – wspominał Janusz Warnecki – rozpętała ohydną wrzawę brutalnie przypominając tragedię aktorki. Umińska załamała się ponownie i ustąpiła ze sceny, z wielką, niepowetowaną stratą dla sztuki”. Najpewniej nie potrafiłaby grać ze świadomością, że w każdej roli towarzyszy jej sensacyjne zainteresowanie widowni”. – Źródła (2)

17 marca 1927 roku Stanisława Umińska wstąpiła do Stowarzyszenia Sióstr Samarytanek, którego ideą była troska o osoby najbardziej upośledzone.

“Umińska przyjęła imię zakonne Benigna i podjęła najpierw pracę w szpitalach skórno-wenerycznych św. Józefa w Lublinie i św. Łazarza w Warszawie. Potem skierowano ją do zakładów dla dzieci upośledzonych umysłowo.” – Źródła (2) .

“Była zawsze zadumana, poważna, bardzo rzadko uśmiech zjawiał się na jej twarzy.– wspominała Cecylia Młodawska, kierowniczka zakładu specjalnego dla chłopców w Karolinie – Była nadzwyczaj uczynna, niezmiernie dobra dla wszystkich, pełna głębokiego uczucia, wyrozumiałości, poświęcenia, a pokorą, nie uniżonością, przewyższała stokroć wszystkie siostry. Ogólnie bardzo kochana, a dzieci przepadały za nią; pisała im różne wierszyki, opowiadała bajeczki, prowadziła urozmaicone zabawy, zajęcia. Dzieci nazywały ją ‘aniołem’. W zakonie pełniła różne funkcje. […] był to człowiek nieprzeciętny o nadzwyczajnym charakterze”. Źródła (2) .

Źródła:
1. Siostra współczucia – Palestra 7-8/2004 – KLIK
2. Prof. Lidia Kuchtówna – Portrety teatralne – Stanisława Umińska
3. Marta Grzywacz – Miłość i eutanazja – gazeta.pl – KLIK – artykuł opublikowany w 90 rocznicę tragedii w paryskim szpitalu
4. Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik
5. Jak mnie kochasz to mnie zabij – KLIK

Nie jesteśmy sami na świecie

Mirka opisywała już tu cały swój rok 1944, teraz skoncentrowała się tylko na maleńkim fragmencie tego, co się wtedy zdarzyło…

…pierwsze dni w celi

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do “budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to,co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie “wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w “cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała “gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła  gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, “pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: “w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie

***

Droga Autorko, oto znalezione w Wikipedii wyjaśnienie nazwy “Serbia”: Budynek wzniesiony został w latach 1830-1835 z przeznaczeniem na więzienie kryminalne dla kobiet. W latach 1877-1878 mieścił się tu szpital wojskowy, a od prowadzonej wtedy wojny rosyjsko-tureckiej (tzw. serbskiej) uzyskał swą obiegową nazwę.
Na zdjęciu poniżej jest to ten wolnostojący budynek w głębi po lewej.