Przedruk: Żagiew

minabombymyszyFragmenty książki Bomby i myszy, którą autorka opatrzyła podtytułem powieść mieszczańska. Jest to niezwykła opowieść o życiu w getcie warszawskim relacjonowana przez młodą kobietę – Natę. To ona jest tą mieszczanką, to ona, jej mąż Piotr i synek Bobuś są tą mieszczańską rodziną. Powieść ukazała się w roku 1966 w Londynie i chyba nigdy nie pojawiła się w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy jeszcze takich relacji nie czytaliście i jeśli uda się Wam to znaleźć w bibliotece, to konieczcie sobie pożyczcie. W Warszawie Bomby i myszy są na pewno w Bibliotece Uniwersyteckiej. Pismo, o którym mowa w cytowanym tu fragmencie, „Żagiew”, ukazywało się w getcie w latach 1941-1943. Jego numery zachowały się w Archiwum Ringelbluma.

Człowiek, który założył i redagował „Żagiew”, a którego autorka nazywa Kazimierz, nazywał się naprawdę Stefan Lubliner. Urodził się w roku 1890. Przed I wojną światową był uczestnikiem strajków szkolnych. Brał udział w wojnie, za co w roku 1932 został odznaczony Orderem Niepodległości. Był zwolennikiem bezwzględnej asymiliacji Żydów. Studiował matematykę w Lozannie, po wojnie pracował jako dziennikarz – współpracował z pismem Młodzieży Wyznania Mojżeszowego “Rozwaga”, prowadził na zlecenie Sejmu i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP biuro wycinków prasowych. Stefan Lubliner zginął albo w getcie albo w obozie koncentracyjnym w Trawnikach w roku 1943. 

Mina Tomkiewicz Bomby i myszy

Gryf Publications Ltd Londyn 1966, strona 154 ff

Kiedy Piotr po raz pierwszy wprowadził na strych Kazimierza i Adasia, ci aż zachłysnęli się z wrażenia. Kazimierz obejrzał dokładnie wąskie schody, okno, możliwe wejścia i wyjścia.
„Dobrze” – powiedział i jeszcze raz spytał Piotra, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i co mu grozi. Spojrzał przy tym na niego uważnie wielkimi zaciętymi oczyma, które zawsze krył pod kobieco wygiętymi długimi rzęsami.

Adaś o nic nie pytał. Już szperał, myszkował między gratami, już wyciągał z tryumfalnym okrzykiem połamane polowe łóżko ze sterczącym włosiem, majstrował coś przy śmiertelnie brudnej lampce, którą trudno było znaleźć tak zlała się szarością i brudem z otoczeniem. Potem Adam wytaszczył z pod skrzynek misternie rzeźbioną mahoniową deskę i stwierdził, że nadaje się cudownie na stolik. Piotr palił papierosa za papierosem. Dopiero na widok mahoniowego kawałka uśmiechnął się kątem warg,
„To część naszego kredensu. Nata zabiłaby cię!”

I znów zapalił papierosa. Adaś, umorusany, z opadającymi kosmykami włosów, z twarzą o komicznie rozłożonych plamach brudu, chciał odłożyć wiśniowy blat na miejsce, krzywiąc się zresztą z odrobiną ironii, ale Piotr machnął ręką z lekceważeniem.
„Zostaw, nieważne!”
Nie upłynęło pół godziny, kiedy na części nacinego kredensu, umocowanej na skrzyni, stanął aparat radiowy, który Kazimierz wypakował z papierowej walizki. Adaś głaskał radio z czułością, jak się pieści ukochane dziecko.
„Nawet się nie obiło, nic a nic. Popatrz!”
Włączył radio do kontaktu, który już zdążył założyć. Zawarczało, zacharkało, przez aparat przeszło rzężenie, jak u chorego. Niemiecka gimnastyka, muzyka, jakieś przemówienie, z początku niewyraźne, potem coraz dostępniej, można łowić słowa obcego, dźwięcznego języka. Po francusku.

Piotr spuścił głowę i uważnie gasi nogą papierosa. Zdaje sobie sprawę, że bierze na siebie odpowiedzialność za życie kilkuset co najmniej osób z całego domu. Wśród nich Nata, Bobuś… matka… cała rodzina. Jak w tanim melodramacie snują mu się pod powiekami wielkie litery Bekantmachungu. Za przechowywanie radia… kara śmierci… kara śmierci… kara śmierci… a tutaj oprócz radia jest jeszcze tajna gazetka, opór, bunt, kilku słabych ludzi wplątanych w beznadziejną robotę podcinania korzeni największej dzisiaj potęgi świata, Niemiec.

zagiew-w-getcie (2)-mala„Żagiew” nazywa się tajna gazetka, za której wydawanie grozi kara śmierci… jednej… dziesięciu, tysięcy śmierci. Na ulicy 6-go Sierpnia zlikwidowali cały dom za znalezienie radia. Na Kruczej wywieźli 60 ludzi za tajną gazetkę. Rozstrzelali, powiesili, wywieźli do Oświęcimia za bunt, za krecią robotę, za marzenie o wolności. I to po aryjskiej stronie. W getcie mogą wszystko wysadzić w powietrze. Różowe łapki Bobusia, zapłakane matczyne oczy w otoku zmarszczek, Nata…
Piotr dusi butem papierosa, który już dawno nie pali się. Kiedy podniósł oczy, napotkał wzrok Kazimierza, ciężki od napięcia, czujny, gorący. Bez słowa Piotr podał mu rękę.
A potem już swobodnie ustawili gdzieś w kącie za pakami powielacz, okurzyli maszynę do pisania i zastanawiali się, jak ulepszyć odbiór. Kazimierz zszedł na dół, żeby sprawdzić, czy nic nie słychać. Ale w codziennym jazgocie podwórza, w krzyku ulicy, zawodzeniach żebraków i turkocie przejeżdżających wozów, roztapiały się dźwięki radia. Radio mogło grać. Grało tak od pierwszej chwili wojny. Wchłaniało grzmiące i puste słowa otuchy, martwiło się niemieckimi zwycięstwami, zapłakiwało nad „planowym” cofaniem tych, na których się liczyło. Radio pierwsze wiedziało, że Narvik, konało pod Dunkierką, załamywało się w Paryżu i traciło resztki nadziei pod Kijowem.

Nasłuchy robił kuzyn Adaś. Jeszcze przed wojną rodzina miała z kuzynem Adasiem ciągłe kłopoty. Bo kuzyn Adaś to stary komunista. Pokłócił się z rodzicami, fabrykantami z Łodzi, nosił zawsze wygniecione ubranie i wystrzępiony wiśniowy krawat. Czupryna była w „artystycznym nieładzie”. To Adasia poszukiwali „tajniacy”, to Adaś był aresztowany, trzeba się było starać dla niego o kaucję. Sprawa, wałówki, adwokaci. To wpadał do mieszkania z plikiem nielegalnej literatury, to Adasia trzeba było schować, lub przenocować jego koleżków. O Adasia dopytywały się zawsze jakieś podejrzane typy „w przebraniach” kelnerów, służących, robotników (Nata zawsze twierdziła, że typy były poprzebierane). Jednym słowem konspiracja. Komunizm.

„Odziedziczy fabrykę ojca, to odechce mu się komunizowania” – przepowiadała ciotka Justyna, badając nerwowo, czy brylantowy pająk dobrze siedzi w czarnej sukni.
„Właśnie zmądrzeje” – mówili rodzice Naty, zadowoleni, że ze swoich dzieci mają pociechę.

Kuzyn Adaś był popularny w rodzinie, można nawet powiedzieć – lubiany. Lubiany, jak nieudane dziecko, z pobłażaniem, z obawą, z litością. Lubili go, owszem, ale każdy po kolei wolał go nie widzieć u siebie z tymi jego tajemniczymi paczkami i arsenałem światoburczych idei. Cóżby dopiero powiedziała rodzina na dzisiejsze zachowanie kuzyna Adasia! Że Adaś, oprócz wielu innych zakazanych czynności, słucha codziennie radia właśnie w domu na Lesznie.

Radio stało się haszyszem Adasia, namiętnością. Czy miał się Adaś obawiać Bekantmachungów, grożących śmiercią, kiedy śmierć była po prostu ukoronowaniem bohaterskiego życia, naturalnym zakończeniem podniebnych lotów. Czy mogły go obchodzić jakiekolwiek gettowe rozkazy, rodzinne niepokoje, kiedy dla niego bliższe i dostępniejsze były kręte uliczki Tobruku, czy bezbrzeżne piaski El-Alamain, niż cała gettowa rzeczywistość.

Bomby nad Barceloną to był jego chrzest bojowy. Teraz najchętniej poszedłby w lasy, ale komórka organizacyjna, do której należał, wyznaczyła mu tę pracę, którą pokochał. Łączność. Często, kiedy w jakiejś zakonspirowanej norze leżał z Wandą na wąskim wyrku, rozsnuwał przed nią wizje dalekiego świata, w którym tętniło życie i śmierć, bohaterstwo i czyn. Wanda, mądra zrównoważona Wanda, łykała jego słowa, jak cudowny szampan w rozdźwięczaną noc karnawałową. Zrósł się Adaś ze swoim radiem, jak Kazimierz zrósł się ze swoim powielaczem, na którym wiernie odbijał radiowe opowieści, tłumacząc je i komentując w podziemnej gazetce o nazwie „Żagiew”.

zagiew-strona copy
Z tych wszystkich, którzy walczyli, Kazimierz był może najbardziej bezkompromisowy. Toczyła go żądza walki, nie miał cierpliwości czekać, każdy jego artykuł, każde przemówienie biczowało inercję, tchórzostwo, brak oporu. Głębokie przemiany dokonały się w Kazimierzu, zanim doszedł do tego stanu.
Kiedyś, wydawałoby się przed wiekami, paradował z koleżkami w kolorowych deklach i śpiewał na komersach „Gaudeamus Igitur”. Asymilatorska korporacja, do której należał, nazywana była „Lutetia”, jej filistrem honoris causa był ramolowaty profesor sanacyjny, który podczas przemówień korporanckich szczypał kelnerki. Wysoko postawieni przyjaciele z ministerstw i ze sfer akademickich, kolacyjki, za które płacił, prezenty, które kupował, inteligenckie pogawędki w kawiarniach. Czarne oczy Kazimierza były pełne żaru, kiedy recytował z pamięci całe strony Norwida czy z Wyspiańskiego, lub opowiadał o rozwoju polskiej sztuki ludowej. Dla polskich kolegów Kazimierza były to przeważnie nowiny, oni nie muszą przecież tego znać tak dobrze. Klepali Kazimierza po plecach, mówiąc „Rzeczywiście nadzwyczajne, że  w ł a ś n i e   p a n a   to interesuje”. Tolerowali Kazimierza, „owszem, żydowski inteligent, ale…” Bariera. Kazimierz chciał złamać barierę, być taki jak oni. Nie szło. „Asymilator”, mówili jego żydowscy koledzy, słuchając z szacunkiem jego wywodów na temat „Wesela”. Ale trzymali się od niego z daleka, nie wtajemniczali go w swoje żydowskie sprawy, jak obcego. Nie należał więc ani do tamtych, tak zawsze naturalnie pewnych siebie Polaków, ani do tych innych, szarpanych wątpliwościami i problemami. Jedni i drudzy, instynktownie, nie mieli do niego zaufania i Kazimierz setki razy zadawał sobie rozpaczliwe pytanie, kim jest.

Niemcy rozstrzygnęli. Jako Żyda zamknęli go w getcie. Niewola i ucisk stały ponad problemami, które dręczyły do tej pory Kazimierza. Walka ze złem była także jedna, niepodzielna. Za murami getta Kazimierz odnalazł siebie.
W getcie Kazimierz prowadzi pracę wolnościową nie szczędząc życia i majątku (…żeby wiedzieli, żeby wiedzieli, że Żyd taki sam, i w dobrym, i w złym…). Prowadzi tajne kursy wojskowe, organizuje bojówki, jest duszą podziemia. „Żagiew” pokochał jak własne dziecko.

Wiernym przyjacielem radia był także Korn, chociaż poglądami różnił się od przyjaciół i „Żagwi”. Korn był przez długi czas „złotym młodzieńcem”. Przed obiadem siedział w Ziemiańskiej, po obiedzie chodził na fajfy do Adrii, a wieczorami na bridża. W międzyczasie studiował filozofię, co rodzina uznawała za zalążek jego przyszłych dziwactw. Bo cóż daje Żydowi ukończenie filozofii?

Pewnego dnia, miał już wtedy ze 25 lat i zrobiony doktorat, rzucił dom, zrezygnował z Ziemiańskiej i został chalucem na farmie rolniczej na Grochowie. Orał ziemię, doił krowy, jego wypielęgnowane ręce popękały i zgrubiały. Nigdy nie chciał mówić o tym, co na niego wpłynęło w kierunku tak radykalnego przeobrażenia.
Rodzina uważała krok Korna za rodzaj spokojnego obłędu. „Można przecież być syjonistą, ale nie od razu jechać do Palestyny i doić krowy z doktoratem z filozofii w kieszeni.” Uważali, że zmiana ta była następstwem rozczarowania spowodowanego nie otrzymaniem asystentury na Uniwersytecie ze względów rasowych. Nata była zachwycona postępowaniem Korna, pewno dlatego, że sama nigdy nie zdobyła się na nic podobnego.
W getcie Korn był członkiem „kibucu” syjonistycznego na Nalewkach, brał na siebie najniebezpieczniejsze roboty, wydawało się czasami, że nie zna uczucia strachu. Pracował jako mechanik samym gnieździe os, w Gestapo w Alejach Szucha, których sama nazwa budziła w ludziach zwierzęcy strach. Udawało mu się nieraz zdobywać tam ważne wiadomości, lub pomagać aresztowanym. Stamtąd dostarczał lamp i części do adasiowego radia. Ostatnio Kazimierz wciągnął go do „Żagwi” i Korn okazał się także i przy tej robocie bardzo pożyteczny. Dzięki swojej przepustce z „Gestapo” kręcił się swobodnie po aryjskiej stronie i mógł przenosić „Żagiew”, którą za pośrednictwem Witolda przekazywano jednej z podziemnych organizacji otrzymując w zamian wolnościowe pisma polskie, których była wielka ilość różnych formatów, poglądów i rodzajów. Co to za tryumf był dla „Żagwi”, kiedy w jednym z takich pism poświęcono jej całą stronicę, przy czym, ubolewając nad niskim poziomem niektórych pism, postawiono „Żagiew” za wzór.

Kilku ich było przy tej gazetce. Wierni, zacięci, żyli stale jak pod hipnozą niewielkiego aparatu radiowego. W jednej z najbardziej ludnych cukierni na Lesznie mieli swoją „skrzynkę”, tam rozdawali swoje „Żagwie”, wypuszczali je w świat, aby niosły słowa pociechy, czy protestu. Tam także odbywały się pertraktacje między tymi „żebrakami wolności”, a ludźmi, którzy dostarczali im papieru, materiałów, czasem pieniędzy.
Kiedy ostatnie mieszkanie paliło im się pod nogami i nie mieli gdzie się podziać ze swoim radiem, maszyną do pisania, hektografem i podejrzanymi wizytami, zwrócili się do Piotra z prośbą o konkretną pomoc. Piotr był w tym okresie bardziej niż kiedykolwiek szarpany sprzecznymi uczuciami.
Przypadkowo któregoś dnia natknął się przy murku na zmasakrowanego trupa dobrej znajomej. Leżała w poprzek ulicy, w jedwabnej bieliźnie, nogi w gazowych pończochach tytłały się w rynsztoku. Zaondulowane fale blond włosów splamione były krwią i błotem. Na górnej wardze pozostał jeszcze wygięty łuk wyrysowany starannie jaskrawą pomadką. Złapana po aryjskiej stronie… Nie pierwszy taki wypadek, tylko że akurat dobra znajoma. Taka ładna, miła kobieta.
W kilka dni później Piotr był przy egzekucji stu osób także złapanych po aryjskiej stronie. Małe dzieci, kobiety, padały pokotem pod salwą policyjnego szwadronu. Wrogowie potężnego Reichu: dziesięcioletni Abuś, który chciał zobaczyć Wisłę, Rywka, która chciała kupić tani chleb. Inni, podobni. Okazało się, że tańsze jest życie.
Płakali mężczyźni przy egzekucji stu szarych ludzi, złapanych po aryjskiej stronie. Piotr nie płakał. Skrystalizował się w nim wtedy bunt, zdławiony do tej pory obrożą obowiązków. Pierwszym jego wyrazem było zaofiarowanie pomocy „Żagwi”.
Wystarał się u kuzynki Dory o pokój dla Kazimierza, który powoli wrastał w społeczeństwo kamienicy. O różnych porach dnia i nocy redagował „Żagiew”, drukował ją i odbijał na hektografie, załatwiał sprawy, o których nikt nic nie wiedział. Wieczorami siadywał w kącie pokoju u Lesserów, bawił się z Józieczkiem, kibicował przy bridżu. Albo czytał, Wyspiańskiego, Tuwima, czasem nawet Mickiewicza.

„Żagiew” zrosła się z kamienicą na Lesznie, jak klub karciany pani Konowej, jak składy gestapowca Erlicha, jak „pierwsze piętro” nędzarzy, jak romans pani Izabelli z Braudowiczem.

(…) O 5.25 jest audycja z Rosji, potem inne. Z Anglii, z Niemiec, z Francji. Trudno się od tego oderwać. Przykręca się gałkę, żeby było ciszej, głowy prawie dotykają skrzynki, bo wydaje się, że tak lepiej słychać. Błyszczy żółtawo tarcza radia z nazwami dalekich wolnych miast, posuwa się igła po swobodnym świeci. Skuleni na podłodze, na skrzynkach czy na połamanym łóżku, siedzą Piotr, Kazimierz, Korn i Adaś, słuchają przerywanego tysiącem zgrzytów i świstów głosu spikera, opowiadającego o bojach, o robocie pozafrontowej. Wsłuchują się w dzikie przemówienia propagandowe Goebelsa, Rosenberga, Hitlera.
Żydzi są wszystkiemu winni! Żydzi wywołali wojnę z Rosją! Żydokomuna! Roosvelt to pachołek żydowski. Zaraza świata! Wytępić! Wygubić! Zniszczyć! Wszystkiemu winni Żydzi, Żydzi. ŻYDZI!
„I cykliści zapomniał dodać! – uzupełnia za każdym razem niemieckich wodzów Adaś, śmiejąc się sam ze starego dowcipu.

(…) Była to wielka chwila odprężenia, gdy przez rosyjskie radio nadano zachłystującym się ze wzruszenia głosem wiadomość o przystąpieniu Ameryki do wojny. To przybliżało koniec koszmaru, zwiększało szanse, zapalało do dalszej roboty. Członkowie grupy dwoili się i troili. Redakcja i kolportaż „Żagwi”, organizacja grupek młodzieżowych, kontakty z aryjską stroną, szykowanie grupek dywersyjnych.

(…) Czasem przychodził do getta Witold, szary żołnierz w podziemnej Armii Krajowej. Przynosił aryjskie papiery. Stanowił łącznik z polską walką, z własnej inicjatywy dodawał ducha i otuchy. Towarzyszył mu często starszy siwy pan, pseudonim „architekt”, którego poglądy polityczne były niejasne. Pomaganie Żydom uważał za rodzaj misji chrystusowej, obowiązek wierzącego chrześcijanina. Wszyscy razem układali apele i sprawozdania dla zagranicy, które Witold posyłał gdzie było trzeba tajnymi drogami polskiego podziemia.

(…) Pomoc z zewnątrz była minimalna, raczej teoretyczna, raczej uczuciowa. Jednostki posiadające siłę wewnętrzną i potrzebę walki bez względu na przeszkody, były nieliczne. (…) Czy mogła w takich warunkach mowa o czymś zakrojonym na większą skalę? Nie tak łatwo połączyć komórki od tylu wieków samowystarczalne. Te wszystkie wątpliwości i sprawy roztrząsali Kazimierz i Piotr w długich rozmowach prowadzonych na strychu przy akompaniamencie stłumionych dalekich słów z graniastej skrzynki.
Z przyjściem Witolda czy „architekta” dyskusja ożywiała się. Dwaj aryjczycy wnosili świeżość, nadzieję, mieli więcej wiary w przyszłość. Było im źle, ale nie tak beznadziejnie, jak tym za murami.

(…) Kiedyś Witold i „architekt” przyszli bardzo zdenerwowani. „Architekt” szarpał rzadkie kępki włosów, poprawiał co chwię krawat, mrucząc przy tym coś pod nosem. Witold wkładał i zdejmował okulary, przecierał je, chuchał w nie, jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Kazimierz obserwował ich uważnie.
„Jakaś wsypa?”
Witold machnął ręką pogardliwie i chrząknął przy tym gwałtownie.
„Są łobuzy… Chrystusa w sercu nie mają… nie nauczyli się kochać bliźniego…” – mruczy „architekt”, a ciekawość Kazimierza wzrasta.
Kazimierz wie, że przyjechał wysłannik z Londynu dla dokonania koordynacji całej prasy podziemnej. Wraz z Piotrem i Witoldem ustalili, aby na komisji koordynacyjnej postawić wniosek o przyjęcie „Żagwi” do wspólnoty pism walczących o wolność. Chcieli, by „Żagiew” miała te same prawa i opiekę rządu londyńskiego jak inne pisma. Kazimierz domyśla się trochę, że zachowanie „architekta” i Witolda pozostaje w związku z tą sprawą. Ale co się stało? Co mogło się stać?
Siwy pan nadal poprawia krawat i mamle o wrogach ludzkości, o braterstwie, o wstydzie. Wreszcie Witold zdecydował się wykrztusić prawdę.
Po aryjskiej stronie wychodziło dwadzieścia kilka pism „podziemia”. Organizacje prawicowe, bardziej rozbite na partie i partyjki i operujące większymi funduszami, miały tych pism z piętnaście, bo każdy odłam i odłamik uważał sobie za punkt honoru takie pismo lepiej czy gorzej, ale wydawać i kolportować. Otóż na komisji koordynacyjnej postawiony przez Witolda wniosek w sprawie „Żagwi” przepadł właśnie owymi piętnastoma głosami. Nie szło „Żagwi” o pomoc materialną, jakoś sobie radzili, chcieli tylko mieć to uczucie łączności, świadomość równouprawnienia we wspólnej walce o ludzkie prawa. Dla grupki ludzi skupionych koło pisemka, „Żagiew” była sztandarem. Ten sztandar został sponiewierany, uznany za gorszy od innych sztandarów, chociaż na równi z innymi był symbolem walki o wolność, która jest jedna.

(…) Trzeba przeżuć w sobie tę sprawę, policzek jeszcze za bardzo piecze, żeby można się było zdobyć na bezstronność. Tyle trudu, tyle dobrych myśli… Biedna „Żagiew” cierpi za swoje żydostwo. Jak my (Treblinka…, Bełżec…, Żydzi, Żydzi, ŻYDZI!!!!). Kazimierz czuje się jak matka, której powiedziano, że najukochańsze dziecko jest brzydkie i głupie, nic nie warte. BARIERA, znów TA BARIERA, chociaż tyle wspólnej krwi już w nią wsiąkło!

„Ano, to będziemy dalej walczyć, żeby i takie rzeczy zwalczyć. Takie jest przecież nasze zadanie. Budować nowy świat, innych ludzi. Dlaczego właściwie tak martwicie się? Przecież każda walka ma swoje zwycięstwo i klęski, wzloty i upadki. Inaczej nie byłaby to walka.”

Wanda mówi po prostu i naturalnie, tylko na matowe policzki wystąpił ślad rumieńca, bo Wanda nie jest przyzwyczajona dużo mówić.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc

 

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego (3)

Andrzej Rejman                  1._miasto_2015_wwa (1)

 

Warszawa 2015 rejon Ronda “Radosława”

Warszawa, koniec lipca 2015. Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania. Upał! Będzie burza!

Przeszedłem ulicami miasta, którego miało już nie być, miasta, które miało definitywnie zostać wymazane z mapy świata.

Ulice roześmiane, rozedrgane, na Krakowskim Przedmieściu słyszy się głównie języki obce… przepełnione kawiarnie, Japończycy fotografują tablice poświęcone Powstańcom…

Idąc ulicą Miodową – przeszedłem obok – przeoczyłem właściwie to miejsce – Miodowa 23.

2._Warszawa_Miodowa_23_fot_St_Hrebnicki_ok_1946Zburzony fragment ulicy Miodowej 23, fot Stanisław Hrebnicki ok r. 1946

Tu właśnie 1 września 1944 roku po bombardowaniu szpitala – z gruzów wyciągano pozostałych żywych rannych – między innymi moją mamę, łączniczkę “Elżbietę”.

Komendantką szpitala polowego była dr Zofia Maternowska (“Przemysława”),

Z opowiadań rodzinnych wiem, że o mało nie rozstrzelali wszystkich, ale ranni Niemcy, którzy byli w szpitalu poświadczyli o ich dobrym traktowaniu, co uratowało wszystkich rannych.

Z innych opowieści rodzinnych wynika, że “Elżbieta”, znająca dobrze niemiecki starała się (co podobno się nawet udało) powiadomić jednego z dowodzących akcją Niemców, o przypadkowo usłyszanej przez nią rozmowy w języku rosyjskim (może żołnierze RONA?), o zamiarze likwidacji rannych…

Fragmenty wspomnień Stanisława Tyskiego (listopad 1971 r.):

… W Powstaniu “Elżbieta” pełniła funkcję łączniczki sztabowej ppłk. “Radosława”…

W czasie walk na Starym Mieście… została ranna, ugodzona odłamkami granatu w głowę i pierś. Rany na szczęście okazały się niegroźne, po kilku dniach czując się rekonwalescentką “Elżbieta” włączyła się do pomocy służbie sanitarnej …Tymczasem na Starym Mieście sytuacja Powstańców stawała się coraz bardziej krytyczna… zdecydowano ewakuację kanałami do Śródmieścia… W szpitalu odwiedzał “Elżbietę” pewien oficer, z którym zaprzyjaźniła się w czasie walk (prawdopodobnie był to “Klara”, Stanisław Wierzyński, przyp. mój)… po jego namowach, nastrój ewakuacji udzielił się także “Elżbiecie”. Szykowała się do opuszczenia szpitala. Wtem usłyszała zwrócone pod jej adresem zapytanie jednej z ciężej rannych koleżanek, “czy i ty także nas opuszczasz?” W jednej chwili “Elżbieta” uświadamia sobie w pełni moralną stronę tego zagadnienia. Postanawia pozostać z rannymi. Nie pomogły prośby i nalegania gotowego do drogi, zaprzyjaźnionego oficera. Nie miała także decydującego znaczenia otwierająca się przed Nią perspektywa dalszej czynnej walki, perspektywa życia, którego uosobieniem była ona sama. “Elżbieta” pozostała w szpitalu. Nastrój panujący tam wówczas obrazowo przedstawił Stanisław Podlewski w książce “Przemarsz przez piekło”.

Następnego ranka samoloty niemieckie zrzuciły na szpital około 8 bomb. Byli zabici i ranni. “Elżbieta” i “Rysia”, koleżanki z pracy konspiracyjnej, obie łączniczki sztabowe ppłk “Radosława”, uległy przysypaniu. Odłam zawalonego stropu zmiażdżył im stopy – jednej prawą, drugiej – lewą…

Dalej Stanisław Tyski wspomina:

…Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po natrafieniu na ślad Julci (“Elżbiety”, przyp. mój) w Milanówku, odwiedziłem ją w szpitalu. Był to 15 października 1944 roku. W olbrzymiej sali, na siennikach rozpostartych na ziemi leżało kilkadziesiąt okaleczonych dziewcząt. Wśród nich ujrzałem Julcię, ze wzruszenia bladą jak papier… Zaraz na wstępie rozmowy zobowiązała mnie do dania jej bezwzględnie szczerej odpowiedzi na pytanie, które zamierza mi postawić. Nurtowała ją wewnętrzna rozterka – czy pozostając z rannymi w szpitalu postąpiła słusznie? Czy nie należało raczej przedzierać się do Śródmieścia, aby dalej walczyć? Czy pozostanie w szpitalu nie może być poczytane za dezercję, przypłaconą kalectwem, na które naraziła się z irracjonalnych względów. Zapewniłem ją, że w moim przekonaniu podjęła decyzję słuszną i dojrzałą – po prostu godną człowieka – inaczej postąpić nie mogła. Zdawała sobie bowiem doskonale sprawę z tragizmu odczuć ciężej rannych kolegów, będących zdawało się w beznadziejnym położeniu. Nie do wszystkich sytuacji w życiu można przykładać wyłącznie miarę wartości racjonalnych, skoro życie człowieka wypełnione jest w znacznym stopniu treścią duchową, moralną. Po tej dramatycznej wymianie myśli Julcia z ulgą, głęboko odetchnęła, jakby zdjęto z Niej wielki ciężar, tym razem przygniatający nie ciało tej bohaterskiej dziewczyny – a duszę.
Dowództwo Armii Krajowej jednoznacznie oceniło zachowanie się “Elżbiety” w szpitalu – przyznano Jej Krzyż Virtuti Militari za wysokiej rangi osobiste męstwo na polu walki.

(skrót powyższych wspomnień Stanisława Tyskiego został opublikowany w tygodniku “Stolica” w 1971 roku pod tytułem “Nasza Elżbietka”, przyp. mój.)

Stanisław Tyski (1913-2002) – geolog

W latach 1940-1944 działał w konspiracji jako ppor. Stefan, następnie Tomek, jako szef wyszkolenia w Związku Odwetu przy Komendzie Głównej ZWZ, przekształconego w 1942 w Kierownictwo Dywersji Kedyw, gdzie był współtwórcą i organizatorem kursów sabotażowo-dywersyjnych. W 1943 nominowany na podporucznika, został zastępcą dowódcy szkolenia. W przeddzień Powstania Warszawskiego, w lipcu 1944, wraz ze Stefanem Zbigniewem Różyckim w skrzyniach przygotowanych przez Niemców do ewakuacji wymienił materiały naukowe na makulaturę, a później wraz z kilkoma geologami ukrył je pod ziemią na terenie Instytutu… (Wikipedia) … dalej w życiorysie S.T. w Wikipedii jest chyba jakaś nieścisłość, ale to sprawa do wyjaśnienia przy innej okazji…

3_Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_1 (1) 4._Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_2

Kartka “Elżbiety” ze szpitala w Milanówku do Stanisława Tyskiego (ze zbiorów rodzinnych)

***

List do rodziców wysłany przez Julię Hrebnicką (“Elżbietę”) w październiku 1944 z Milanówka

Najdrożsi moi!

Nareszcie Was odnalazłam. Skąd wzięliście się w Opocznie?
Co z Kazikiem?
Ja leżę ranna w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Milanówku –
przewieźli mnie tu przed paru dniami ze szpitala warszawskiego.
Niestety muszę się przyznać, że amputowali mi stopę.
Ale nie martwcie się – to cud Boski, że w ogóle żyję i resztę nóg i rąk
mam w porządku – z pod tak strasznych gruzów mnie wyciągnięto.
Operację zrobili 7 września.
Gojenie na dobrej drodze – ale jeszcze nie wstaję. Opatrunki teraz co 3-4 dzień.

Odnalazłam Weinzieherów w Komorowie i trochę koleżanek tutaj i oni się mną opiekują. Tu pielęgniarką jest Bożenka.

Jeżeli p. Karasińska jest z Wami, to powiedzcie jej, że widziałam Hankę w końcu sierpnia w okolicy Długa-Miodowa. Pewno dostaniecie depeszę od dra Bocheńskiego o mnie, bo pisałam do niego.

Czy Papciółko może przyjechać mnie odwiedzić?
Zupełnie nie orientuję się, czy to możliwe.
Ale tak chciałabym kogoś z Was zobaczyć!

Tylko naprawdę nie martwcie się – bo tu jest zupełnie możliwie, a głupią nogą nie ma się co przejmować – ja się tylko cieszę, że żyję i że tu jest zielono i spokojnie.

Całuję bardzo, bardzo mocno,

Julcia

***

Zbigniew Zygmunt Ziemięcki – ps. Gałązka”
1. oficer Kedywu K.G. A.K.
napisane w Choroszczy 12.10 1973 roku
(dotychczas prawdopodobnie nigdzie nie publikowane)

O “Elżbiecie” – Julii Doktorowicz- Hrebnickiej jeszcze słów kilka.

“Nasza Elżbietka” (nawiązanie do artykułu Stanisława Tyskiego o tym tytule zamieszczonego w “Stolicy” w 1971 roku, przyp. mój. A.R.) – to tytuł szeroko pojęty. Nasza – to znaczy i nas rannych, którzy przebywaliśmy z Nią razem w szpitaliku na Krzywym Kole. Autor wspomnienia w nr 39 “Stolicy” Stanisław Tyski ożywił w pamięci tamte dni, rozjaśnił obrazy zdarzeń i przeżyć, które pragnąłbym przekazać czytelnikom.

Ppłk. “Radosław” ranny na Powązkach 11 sierpnia 1944 r. został przeniesiony do mieszkania “Krzysia” (Tyszkiewicza) na Krzywym Kole i w ten sposób powstał szpitalik prowadzony przez szefową łączności Kedywu K.G. “Przemysławę” (dr Zofię Maternowską).

Wszyscy z bliskiego otoczenia ppłk. “Radosława” po zranieniu byli przenoszeni na Krzywe Koło. Ranny 13 sierpnia przy rozpoznawaniu pozycji nieprzyjaciela na ulicy Inflanckiej odłamkiem moździerza salwowego w lewa nogę nie pozwoliłem podkomendnym odnieść się do szpitala. Poleciłem przeniesienie mnie na drugie piętro kamieniczki przy ulicy Długiej, narożnik Barokowej. Nie znosiłem nastroju piwnicy i szpitala. Moja łączniczka bojowa “Nina” (Wyleżyńska) i łącznik “Wojsław” (nazwiska nie pamiętam) – dostarczali na żywo informacje o losach 1-szej kompanii batalionu “Miotła”, plutonu “Niedźwiedzi” i Grup Szturmowych. 16 sierpnia kamieniczka, w której leżałem i miałem miejsce dowodzenia została trafiona pociskiem z działa kolejowego 600mm. Zostałem żywcem przysypany zerwaną ścianą szczytową i sufitem z poszyciem dachowym. Nieobecna w tym momencie “Nina” po przybyciu na miejsce wskazała żołnierzom miejsce gdzie mogę leżeć pod gruzami i wspólnie z nimi odkopała mnie. Po zastosowaniu sztucznego oddychania przywrócono mnie do przytomności i z pomocą rannego por. “Brzozy” (Wacław Micuta) zaprowadzono z ogromnymi trudnościami do szpitalika na Krzywe Koło. Tak wiec 16 sierpnia znalazłem się na Krzywym Kole.

Po minięciu szoku, zorientowałem się, że leżę na podłodze w dużym pokoju z całym szeregiem oficerów i łączniczek.

Na jednym łóżku przy wejściu ppłk. “Radosław”, dalej ppłk Kmita” (Sztompka), por “Brzoza”, por “Julek” (nazwiska nie pamiętam), plut. podchorąży “Lewandowski” (nazwiska nie pamiętam), plut. podch. “Miecz”(Kurzyna) i inni oraz łączniczki “Wiktoria” (Borczyk), “Scarlett” (Tonchu Tu) i pod oknem wychodzącym w stronę Wisły, na fotelu “Elżbieta” (Doktorowicz-Hrebnicka).

Nie na ścisłych informacjach opiera się Pan Tyski mówiąc, że była lekko ranna. “Elżbieta” była poważnie kontuzjowana – nie wolno jej było się poruszać.

“Elżbietę” poznałem jeszcze na Woli na terenie zdobytego Monopolu przy ulicy Dzielnej.

W szpitaliku przy ulicy Dzielnej doktor “Przemysława” dokonywała cudów medycznych nie mając wyposażenia w narzędzia chirurgiczne ani w środki opatrunkowe. Mnie wyciągnęła odłamek z piszczela obcęgami ślusarskimi.

“Elżbieta” była pierwsza, która mnie pocieszyła, mówiąc: – “Panie poruczniku, jak widzę nie dał się Pan”.

Jej pogodne usposobienie i pełna optymizmu postawa były kojące. W czasie codziennych opatrunków nigdy nie wydała jęku.

Położenie nasze na Starym Mieście było coraz tragiczniejsze. Kamieniczka, w której mieścił się szpitalik, była ostrzeliwana z czołgów od strony Wisły. Były chwile, że widoczność w pokoju malała do zera. Nie było widać własnej dłoni wyciągniętej na długość ramienia. Pod wpływem trafień pocisków wapno odpadało od ścian i rozpylało się, tworząc w pokoju mgłę wapienną.

“Elżbieta” leżała przy oknie. Nigdy się na nic nie skarżyła. Miała także chwile osobistej satysfakcji.

Oto 22 sierpnia przyniesiono ppłk. “Radosławowi” listę awansową i odznaczeniową Jego ugrupowania.

Sam ppłk. “Radosław” gratulował “Elżbiecie” odznaczenia Krzyżem Walecznych.

25 sierpnia cala kamieniczka zadrżała. Zaniepokojony zwlokłem się ze swego legowiska i o kuli pokuśtykałem na uliczkę Krzywe Koło. Widok był przerażający. Trzy pociski moździerza salwowego (tzw “szafa”) trafiły w ścianę szczytową, wzniecając pożar. Zachodziła konieczność natychmiastowego gaszenia. Jedynym sprawnym i w pełni sił oficerem był ppor. “Wileński” (Horodyński), który zorganizował grupę cywilów z moją pomocą i ugasił pożar.

Po kilkunastu minutach wróciłem do szpitalika. Wśród rannych panowała panika. I nagle odzywa się spokojny i górujący nad wszystkimi głos “Elżbiety”: “Prawda Poruczniku, że nic się nie stało?” Nic, absolutnie nic.

Tak, “Elżbieta” była optymistką.

Odwiedzał ją por. “Klara (Wierzyński), oficer Kedywu K.G. Rozmowy toczyły się zawsze w nastroju pogodnym.

Od 26 sierpnia zaczął odwiedzać ppłk. “Radosława” dowódca Grupy “Północ” płk. “Wachnowski” (Ziemski). Rozmowy prowadzone półgłosem nie dały się przed rannymi ukryć. Płk “Wachnowski” namawiał ppłk. “Radosława” do powrotu na linię do podniesienia morale walczących.

28 sierpnia ppłk “Radosław” opuścił szpitalik apelując do nas, aby kto czuje się na siłach poszedł za jego przykładem.

29 sierpnia wbrew protestom “Przemysławy” szykowałem sie do powrotu na linię. Niestety moja nieodłączna łączniczka bojowa “Nina” zaległa z 40 stopniowa gorączką. Zwróciłem się do “Elżbiety”, która w dalszym ciągu leżała unieruchomiona, z apelem, aby na “Ninę” uważała.

“Elżbietę” spotkałem dopiero w 1946 roku w Krakowie, na ulicy.

Oto, czego się dowiedziałem – “Przemysława” 31 sierpnia z pozostałymi pod jej opieką rannymi przeniosła się do szpitala na ulicę Miodową 23, wyrażając niezłomne postanowienie nie ewakuowania się do Śródmieścia, a pozostanie z rannymi. Była to decyzja bohaterska, bo wiadomo było, że Niemcy w dotychczas opanowanych szpitalach powstańczych zabijali nie tylko rannych, ale i personel medyczny.

“Elżbieta” na Miodowej włączyła się natychmiast do służby sanitarnej, wobec braku dostatecznej liczby personelu. Nie udało się por. “Klarze” namówić Jej do przejścia kanałami na Śródmieście. Przykład “Przemysławy” zapalił zawsze gotową do ofiar Julię do nie opuszczenia rannych. Była to odwaga, granicząca z determinacją.

Reszta wspomnień Stanisława Tyskiego zgadza się. Nieszczęście chciało, że na jednym łóżku leżały – “Elżbieta” z “Rysią” (Maria Lutostańska), moją łączniczką z Woli, z Monopolu.

Wierność przyjaźni Julii ze mną wyrażona w ciągłej, nieustającej korespondencji w okresie prawie 10 lat, aż do nieodżałowanej śmierci, jest przyczyną, dlaczego uważam to wspomnienie za hołd pamięci bohaterskiej Polce.
***

Julia Hrebnicka  (1944)

Nie boli…nie…
Rozpływa się
W zielonej mgle
Zielony kask…

Uklęknął polny kwiat
Pod ciężką kroplą krwi,
O Dobry Święty Piotrze
Do nieba otwórz drzwi…

Zadźwięczał w sadzie ptak
I zadrżał wiatr…
Nadchodzi noc…
Idzie dusza żołnierza młodego
W światłość wiekuistą
Weź ją pod swą opiekę
Matko Boża
Matko Najświętsza,
Matko Przeczysta.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego cz. 2

Andrzej Rejman

Mama nie chciała zbyt wiele opowiadać mi ze swoich przeżyć okupacyjnych, może między innymi dlatego, że łączyły się one w prosty sposób ze wspomnieniem jej brata, Kazimierza (1922-1944). Kazimierz nie przeżył okupacji, zginął w sierpniu 1944 rozstrzelany przez żandarmerię pod Skierniewicami. Jednak z jej później napisanego życiorysu oraz wspomnień towarzyszy broni wiadomo znacznie więcej, niż jest w archiwach rodzinnych.

1.bilet_z_Julia_Hrebnicka_Muzeum_Powstania_WarszawskiegoBilet do Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie z krótkim życiorysem łączniczki, Julii Hrebnickiej.

O życiu w Warszawie w tym okresie – pisze moja babcia w swoich dziennikach okupacyjnych.

Dziennik czasu wojny – Małgorzata Hrebnicka

miejsce: Warszawa, Rakowiecka 4, budynek Instytutu Geologicznego, gdzie mieszkała rodzina Hrebnickich podczas okupacji

(fragmenty – koniec lipca początek sierpnia 1944)

23 lipca

W nocy był alarm i musieliśmy zejść do schronu, jednak przed odwołaniem jeszcze wróciliśmy, bo Papciólkowi (Stanisławowi Hrebnickiemu, przyp. mój) zrobiło się niedobrze, miał jednak 38,8 gorączki. Na szczęście było spokojnie.

Na Wiśniowej wzdłuż naszego ogrodu pełno samochodów, żołnierze – jedzą, wylęgają się, a najwięcej piją. Wypadki toczą się z oszałamiającą szybkością. Niespodzianka za niespodzianką…

27 lipca

Wczoraj wpół do 11-tej do wpół do 12-tej w nocy trwał alarm. Siedzieliśmy w schronie. Bomb ani artylerii nie było słychać.

28 lipca

Ładną nockę mieliśmy. Od godz. 10-ej do 12-ej waliły bomby i artylerja, aż mi się dotąd ręka trzęsie, a w schronie trzęsło jak w febrze, chociaż wcale zimno nie było. Boże, cóż to za okropieństwo siedzieć tak biernie w schronie, nic nie widzieć i czekać, aż w raz uderzy. Jakoby paliły się dworce Gdański i Wileński. Bombardowano jeszcze Pragę i Nowy Świat.

29 lipca

Wczoraj koło wpół do 11-tej wiecz. znowu nalot, ale słaby i krótszy, trwał koło godziny. Bombardowano, jak mówią szosy i tory. Wpłaciłam w PRO za gaz. 19 zł. 60 gr. Papciólkowi wypłacili prawie dwumiesięczną pensję. Kupiłam kilo mięsa (195 zł!), 5 jaj po 12 zł. Julcia posilała „Ślaza” kolacją. Mięso było okropnie twarde i żylaste. Kartofli nigdzie nie ma. Naloty ostatecznie wyprowadziły mnie z równowagi, nietylko zresztą one. Nie mogę pójść ani do Mickiewiczówny, ani do Aci, wogóle oddalać się na dłużej z domu. Słychać działa.

30 lipca

Noc względnie spokojna. Waliły działa przyfrontowe, ale daleko, ale zato tam od czasu do czasu pojawiały się jakieś niesamowite błyski, coś w rodzaju rakiet, ale widocznie puszczanych przez Niemców z ziemi. Nim się zorjentowaliśmy napłoszyliśmy się znowu, zbiegliśmy do schronu, a tam już znaleźliśmy parę osób śpiących, które tak miały spędzić całą noc, w poprzecznym korytarzu siedział samotnie p. Falkowski, kiwając nosem. Prędko wróciliśmy do domu. Było koło 3-ciej, a zrana Julcia musiała wstać o wpół do 6-tej.

31 lipca

Z wczoraj na dziś na usilne naleganie Julci nocowaliśmy w „gnieździe” – Staś, Kazik, ja i niańka. Było bardzo przytulnie, mieliśmy 2 łóżka i bujak. Przyjęli nas bardzo serdecznie, nie wiem, czy pójdziemy i dziś. Leje deszcz. W sklepach pustki, chleb kartkowy – 30 zł. bochenek, kartofle po 12 zł. kilo. Tłuszczów niema. Względnie tanie są ogórki, po 2, 3 złote, większe – 5, 6. Kupiłam jajka w korporatywie po 3 zł. trochę zapleśniałe, ale jajecznica z nich była dobra. Przenieśliśmy się z 2-ma łóżkami i rzeczami do piwnicy Stasia, przylegającej do schronu. Wszyscy urządzają sobie legowiska mniej lub więcej komfortowe, przygotowują się do oblężenia Warszawy. Śród dnia jedliśmy obiad ze Stasiem, dzieci nie było, zaczęły się jakieś buchania, warkoty samolotów, trzaski, wybuchy. Zbiegliśmy do naszej piwnicy. Były to jak mówią walki powietrzne samolotów. Kazik widział to, idąc po ulicy.

Sierpień

2.Kazimierz_Hrebnicki_zolnierz_AK_rozsrzelany_pod_Skiern1 sierpnia

Zrana koło 11-tej usłyszeliśmy odwołanie alarmu, którego nikt nie słyszał, a który był jak się później dowiedziałam o 5-tej zrana. Kupiłam białego chleba i zielonych papierówek, idąc po obiad, aby zamienić czerstwy chleb Kazikowi z plecaka, ale już nie zdążyłam, Kazik już wychodził*) i nie chciał ani chwili już tracić na przepakowywanie plecaka. Ledwo zdążyłam go pożegnać.

Kazimierz Hrebnicki ok 1943

Do widzenia, chłopcze kochany, wracaj zdrów i cały! Matko Boska Częstochowska miej go w swojej opiece! Ufam Ci, a jednak serce mi się rozrywa z bólu i męki. Julcia wyszła koło 11-tej. Nie ma jej dotąd? Dlaczego?

*) koło 3-ciej popołudniu. Nie przeczuwałam wcale, że widzę Go po raz ostatni i już Go więcej nie zobaczę. Nie śmiałam myśleć źle, aby nie ziściło się, aby On sam widział, że matka nie dopuszcza nawet myśli, że może Go coś złego spotkać.

2 sierpnia

Wczoraj o 5-tej zaczęło się. Usłyszeliśmy strzelaninę, mieliśmy jeść obiad, ale zaniechaliśmy i pobiegliśmy do schronu.

3.Julia_Doktorowicz_Hrebnicka_z_prawej_i_Rysia_laczniczk8 sierpnia

Ósmy dzień siedzimy w schronie bez wychodzenia na zewnątrz! Życie zorganizowało się wcale możliwie. Nawet chleb pieczemy.

Od prawej: “Elżbieta” (Julia Doktorowicz-Hrebnicka) i “Rysia” (Maria Lutostańska) – łączniczki “Radosława”, fot. Muzeum Historyczne M.St. Warszawy

Plitka u p. Grellnerowej pali się cały dzień, więc woda ciepła do umycia się, gotowanie obiadu i korzystanie z ubikacji przez cały dzień. Aż gęsto koło plity, panie gotują, robią makarony, naleśniki i inne specjały, p. Kobyłecka kąpie dziecko i myje pieluszki. P. Janczewski kazał nanieść węgla z kotłowni, desek jest dużo na rozpałkę. Dziś zgasło światło. Zaraz że znalazły się karbidówki, p. Jurkiewicz narąbał dla wszystkich karbidu, przyniósł nam śliczny kremowy abażurek, bo przedtem światło było bardzo rażące i teraz jest bardzo przytulnie w naszej norze. A na zewnątrz przepiękna słoneczna, bezwietrzna pogoda. Tęskno za zieleniną i błękitnem niebem! Króliki nasze pewnie już pozdychały z głodu. W ogródku pewnie pysznie kwitną dalje i floksy. Kiedy wyjdziemy?…

4_Hrebniccy_podczas_okupacji***

na tym dziennik kończy się; po prawie dwóch latach babcia pisze: (po powiadomieniu Hrebnickich o śmierci ich syna)

Hrebniccy podczas okupacji w swoim mieszkaniu w Warszawie

27/V 1946 r.

Okropny cios, potworny! Jak żyć z tym okropnym bólem, z tą nieludzką męką. A świat dalej istnieje, niebo błękitnieje i kwiaty pachną. Syneczku, nic Ci nie pomogły moje modlitwy, moje myśli o Tobie, krzyżyki, kreślone Ojca ręką i moją na szczęśliwe przetrwanie. Męczenniku-bohaterze, oddałeś w ofierze swe młode życie, bezcenny dar, zginąłeś w polu, jak kwiat podcięty, czy mogę bez szemrania poddać się woli Bożej, czuję w duszy żal przeogromny i bunt zawiedzionej ufności. Głęboko wierzę, że nie zasłużyłeś na karę żadną, boś był dobry i czysty i chyba teraz masz lepiej, niż było by tu Tobie na tym głupim podłym, choć czasem och jak pięknym świecie.

***
Ciekawostka: zdjęcie nr 3 zostało wykorzystane w filmie/serialu “M jak Miłość”, w wątku miłości powstańczej, jednego z bohaterów, którego gra wybitny aktor – Janusz Zakrzeński

http://archiwum.mjakmilosc.tvp.pl/57349/janusz-zakrzenski-w-m-jak-milosc-cz-2.html

 c.d.n.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego

1._Julia_Hrebnicka_z_Adamem_Hrebnickiem_Raj_ok_1934Andrzej Rejman

Julia            

Julia Hrebnicka z Adamem Hrebnickim, Raj, ok. 1934 r.

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Z tej okazji warto przypomnieć sylwetkę mojej mamy, uczestniczki Powstania, łączniczki sztabowej płk. “Radosława” – Jana Mazurkiewicza.

Temat jest obszerny, więc rezerwuję sobie nawet kilka odcinków na te szkicowe opowieści.

Tymczasem kilka zdjęć z dzieciństwa i młodych lat Julii.

2._Julia_Hrebnicka_ok_1930

3._Julia_Hrebnicka_z_bratem_Kazimierzem_ok_1930 Na dolnym zdjęciu Julia z bratem Kazimierzem,
oba zdjęcia mn.w. z roku 1930.

4._Julia_Hrebnicka 5._Julia_Hrebnicka_ok_1932

 

 

 

 

 

 

 

Julia Doktorowicz-Hrebnicka urodziła się dokładnie sto lat temu, we wrześniu 1915 w przedrewolucyjnym Petersburgu, gdzie mieszkali jej rodzice. Na petersburskich uczelniach studiowało wtedy wielu Polaków, dla których miasto to było jednym z niewielu miejsc, (prócz Wilna, Dorpatu i Rygi) gdzie mogli się dalej kształcić. Dotyczyło to głównie rodzin pochodzących z zaboru rosyjskiego.

Jak pisze Maria B. Topolska w książce “Historia wspólna, czy rozdzielna” – …W latach 1863-1914 w szkołach wyższych różnego typu w imperium rosyjskim studiowało co najmniej 30 tysięcy Polaków, zaś w okresie międzywojennym co trzeci zatrudniony uczony w II RP był absolwentem tych uczelni…

Losy rodziny Hrebnickich związane są właśnie z tym faktem. Ojciec Julii – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki ukończył petersburski Instytut Górniczy (Gornyj Insitut) i pracował w tamtejszym Komitecie Geologicznym, którego przewodniczącym był także Polak – Karol Bohdanowicz.

Do pełniejszego opisu losów Hrebnickich od przyjazdu z Rosji do niepodległej już Polski – wrócę przy innej okazji.

Tymczasem przyjrzyjmy się bliżej losom okupacyjnym mojej mamy – Julii Doktorowicz-Hrebnickiej.

Na zdjęciach legitymacja szkolna z roku 1936 i Julia w roku 1938

7._Julia_Hrebnicka_ok_1938 6._legitymacja_szkolna_Julii_Hrebnickiej

 

 

 

 

 

 

 

Przed wybuchem wojny uczęszczała ona do Prywatnego Gimnazjum Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny przy ulicy Wiejskiej,które ukończyła uzyskując maturę w 1934 roku.

W tymże roku wstąpiła na Wydział Ogrodniczy warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Podczas okupacji obroniła (podczas kontynuowanych konspiracyjnie zajęć akademickich) pracę magisterską p.t. „Płynny owoc produkowany w Polsce i jego ocena mikrobiologiczna i chemiczna ze szczególnym uwzględnieniem witaminy C” i uzyskała tytuł magistra inżyniera w 1940 roku – potwierdzony dyplomem w 1946 roku.
Jej patriotyzm i gotowość służenia Krajowi skierował ją do pracy w ruchu oporu.

Zaangażowana początkowo przy kolportażu prasy podziemnej pod pseudonimem „Elżbieta” w 1941 roku zostaje łączniczką kursów szkolenia sabotażowo-dywersyjnego przy Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej (później AK).

W przeddzień Powstania Warszawskiego przydzielona do sztabu pułkownika „Radosława” jako łączniczka sztabowa bierze udział w walkach na Woli i Starym Mieście. Będąc ranna trafia do szpitala, w którym pozostaje opiekując się ciężko rannymi i nie korzysta z możliwości wyjścia ze Starego Miasta przy ewakuacji szpitala. Tu zostaje powtórnie ranna zawalonym przez bombę stropem, tracąc stopę. Za odwagę i poświęcenie otrzymuje dwukrotnie Krzyż Walecznych i krzyż Virtuti Militari.

c.d.n.

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Droga do piekła (rozdział I)

– Śpij spokojnie córeczko – powiedziała mama zmęczonym głosem, gasząc jedyną palącą się w mieszkaniu żarówkę.
– Dobranoc mamusiu – odpowiedziała Lidzia, rozsuwając w ciemnościach, po omacku wiszącą nad oknem ciężką brunatnozieloną kotarę, oddzielającą zimowy świat ulicy, od przytulnego, ciepłego pokoju.
Zgodnie z rozporządzeniem władz okupacyjnych, po zmroku wszystkie okna w mieszkaniach zasłonięte musiały być tak, by żadne promienie światła nie wychodziły poza nie i nie przekraczały granicy panującej na zewnątrz ciemności. Innymi słowy wszystkie okna powinny być zaciemnione, a z tętniących życiem mieszkań, nie powinny wydobywać się najmniejsze oznaki bytowania. Za nie przestrzeganie tych zarządzeń groziły dotkliwe, a czasem bolesne kary.
Stojąc w bezpiecznej odległości od tej częściowo oblodzonej strefy światłomroku, dziewczyna długo podziwiała unoszone przez wiatr tumany srebrzącego się przy blasku księżyca, śniegu. Wodziła wzrokiem za spadającymi delikatnym puchem, płatkami, które niby biała kołderka pokrywały futrynę szczelnie zamkniętej przestrzeni prywatności . Początek lutego w tym nowym, 1940 roku był wyjątkowo zimny.
Na firnamencie ciemnobłękitnego nieba, jak kiście winogron migotały tysiące gwiazd. Lidzia często szukała pośród nich tej jedynej, tej o której się mówi , że każdy ją ma., i jak zawsze, tak i tego wieczoru odnalazła ją. Świeciła jaśniej niż inne, uśmiechając się z wysokości do swojej piętnastoletniej imienniczki. Zza szyb wieczorny świat wyglądał zupełnie inaczej niż ten pozbawony tajemnic, dzienny widok okaleczonej i opuszczonej rzeczywistości. Ulice o zmroku zazwyczaj były puste i tylko od czasu do czasu zobaczyć można było przechadzających się sowieckich żołnierzy patrolujących teren, kontrolujących każdego napotkanego przechodnia, albo strzelających z nudów, w ramach zabawy, do bezdomnych psów szukających ciepłego schronienia. Strzelali do nich tak długo, dopóki nie trafili, a gdy zwierzęta nie dawały znaku życia, wyrażali radość, dzikimi, pełnymi nienawiści do Polaków, okrzykami.
Nawet bezpańskie koty, których z każdym dniem ubywało, instynktownie kryły się w zakamarkach domów, opuszczonych piwnicach lub ruinach, pozostałych po wrześniowych walkach.
– Jak dobrze, że mamy jeszcze węgiel – pomyślała, spoglądając na stojący w rogu pokoju, ciepły kaflowy piec. – Jak dobrze że tatuś pracuje na kolei, że mamy deputat. Gdyby nie to, węgla z pewnością nie wystarczyłoby nawet do końca grudnia. – wyszeptała niby modlitwę do Boga. – Dzięki Ci za to Ojcze Niebiański.
Aby przetrwać ten ciężki zimowy czas, ludzie z miasteczka radzili sobie, jak tylko mogli. W dzień wychodzili z domów w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawało się na opał, by wieczorem usiąść przy rozgrzanym piecu, ciesząc się , że chociaż przez chwilę mogą ogrzać swoje mieszkania, że mogą zapomnieć o marznących, czasem odmrożonych kończynach. Niektórzy palili stare meble, inni książki, szmaty, znaleziony w pobliskim parku chrust czy końskie odchody leżące niekiedy na ulicy.
– Jak dobrze mieć węgiel – powtórzyła , zasłoniwszy niby kurtyną po zakończeniu spektaklu ponownie okno. Zmorzona długim dniem, położyła się do nagrzanego łóżka obok śpiącego od dawna braciszka

– Atkrywaj, Atkrywaj! – usłyszała przez sen przeraźliwy krzyk.
– Nie, to niemożliwe, to nie do nas – powiedziała na wpół przebudzona, do śpiącego Antka, i przykrywszy jego nagie plecy pierzyną, zamkęła oczy, próbując ponownie zasnąć.
– Atkrywaj, swołocz! – usłyszała ponownie, ten sam głos – tym razem jednak przy akompaniamencie karabinowej kolby uderzającej w twarde, dębowe drzwi. Nagle w drzwiach zajęczał klucz przesuwający zardzewiały rygiel.
To matka obudzona nagłym hałasem otwierała powoli wrota do dotychczas bezpiecznego dla nich azylu. Do środka weszło dwóch ubranych w zgniłozielone mundury rosyjskich żołnierzy oraz opatulony w kożuch cywil. Po chwili dołączył do nich, jeszcze jeden. Widać, że dowódca, bo żołnierze stanęli przed nim na baczność, cywil zaś składał mu coś w rodzaju meldunku. Po wysłuchaniu oficer podszedł do kobiety i, zdjąwszy z głowy czapkę z niebieską otoczką i gwiazdą, podrapał się i poklepawszy wystarszoną do granic wytrzymałości po plecach, szepnął do ucha.
– Odziewajsja, krasawica. – Następnie odwracając się w kierunku cywila, wrzasnął z całych sił szyderczo – Tolko bystra…, krasawica!
– Niech pani się ubierze – powtórzył cywil nieco łagodniejszym głosem, czysto po polsku. Był to przedwojenny policjant pracujący jako tłumacz dla NKWD. Człowiek ten przed okupacją opiekował się tym rewirem i, jak przystało na dzielnicowego, znał wszystkich jego mieszkańców.
A i oni znali go bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, nie był złym człowiekiem, dzieci z okolicy bardzo go lubiły. Zawsze kiedy tylko miał okazję, częstował je cukierkami, ciastkami lub czekoladą. Starał się pomagać, doradzać, a one ufały mu bezgranicznie. Również dorośli darzyli go szacunkiem za profecjonalizm, uczciwość i gotowość niesienia pomocy. Niestety, wojna i sytuacja w jakiej się znalazł, zmusiły go do kolaboracji. Gdyby nie to że pochodził z Ukrainy i posiadał liczną rodzinę, być może nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nimi. Tak, strach o najbliższych w tym nieludzkim, wojennym okresie, mógł każdego, nawet wydawałoby się najtwardszego, najbardziej dobrodusznego i sprawiedliwego, złamać, zamienić w bestię, zmusić do czynów niegodnych.
Nagle zza zamkniętych drzwi dziecięcego pokoju dał się słyszeć cichy płacz. To Antek, obudzony odgłosami dochodzącymi z korytarza zaczął szlochać.
– A tam kto takoj jest? – próbował zapytać bez tłumacza enkawudzista. –
– Tam nikogo nie ma, tylko moje dzieci, panie – odpowiedziała matka, zasłaniając sobą wejście – Proszę tam nie wchodzić, tam są tylko moje małe dzieci – powtórzyła błagalnym głosem. Żołnierz odepchnąwszy ją, kopnął drzwi i wszedł do pokoju. W rogu, pomiędzy piecem a szafą, stała ubrana w szlafrok Lidzia, a obok niej wtulony, jak bezbronne pisklę w matkę, braciszek.
– Tak znaczyt wy wsje adiewajtjes. Pajedziecie na dlinnoju, oczeń dlinnoju ekskursju. No, kak eto po waszemu zwuczyt? Po mojemu wytjetska? Sowiet zwrócił się do mamy z pogardliwym uśmiechem.
– Charascho. Na podgotowlienie – kontynuował – daju wam trydcat minut. Trydcat, nie bolsze – powtórzył i nie zwracając na nikogo uwagi wyszedł pospiesznie na podwórze, pozostawiając resztę żołnierzy w środku.
– Niech pani założy na siebie i dzieci jak najwięcej ciepłych ubrań i weźmie koce do otulenia się podczas podróży. W wagonach będzie bardzo zimno – poradził zatroskany tłumacz współczującym głosem.

Mama podeszła do szafy i drżącymi rękoma, bez zastanowienia wyrzucała z niej wszystko, co mogło nadawać się do drogi. Zaczęła nakładać na Antka podkoszulki, majtki, kalesonki. Potem skarpetki, trzy pary grubych spodni i dwa, może trzy wełniane swetry. Tak opatulonyAntek wyglądał jak mała, ledwo ruszająca się kuleczka.
Następnie Lidzia i mama zdjęły z szafy wielki skórzany kufer i wypełniły go po brzegi najbardziej przydatnymi rzeczami, były tam naczynia, garnki, żywność. Do wielkiego, ojcowskiego plecaka zmieściły się dwa wełniane koce, trochę lekarstw i mały jasiek pod głowę, dla Antka.
Teraz obie ubrały się – włożyły po kilka kompletów ciepłej odzieży. Wiedziały, co oznacza „wycieczka” przygotowana przez sowieckich okupantów. Nie po raz pierwszy Sowieci przeprowadzali w mieście takie akcje. Obie zdawały sobie sobie sprawę z tego, jaki los ich czeka.
W milczeniu, gotowi do drogi, przytulając się do siebie usiedli całą trójką na łóżku.
– Niech pani nie zapomni i o tym. Z pewnością przyda się to wam w drodze – przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę, wciąż stojący na progu mężczyzna, wkazując palcem na wiszący obok połączonego grubym łańcuszkiem krzyża, portret ślubny.
Matka pospiesznie, bez słowa podbiegła do ściany, i zdjąwszy obie rzeczy przytuliła je do siebie. Ucałowała wyjętą z ramy fotografię i ukryła na dnie i tak już pełnego kufra.
– Zdjęcie, tak, zdjęcie – szeptała – Jak mogłam o nim zapomnieć – wyrzucała sobie – jak mogłam o nim zapomnieć. Przyłożyła krucyfiks do ust i prosiła Boga o wybaczenie za niepamięć oraz o opiekę dla nich, dla męża, dla bliskich. Powiesiła krzyż na piersi, usiadła na krześle obok dzieci,tak jakby czyniła to po raz ostatni, tak jak to się zazwyczaj robi przed podróżą. Odwróciła się, by nikt nie widział łez, milczała, czekając na ostatni akt dramatu, rozgrywający się w jej ukochanym mieszkaniu. To tutaj spędziała najpiękniejsze chwile swojego życia. Tutaj urodziły się jej dzieci. Tutaj czuła się najszczęśliwszą żoną i matką na świecie, w tym założonym przed kilkunastu laty z ukochanym mężem, rodzinnym ciepłym gnieździe.
– Mamo, a co z tatą? Jak on nas znajdzie. Przecież on nic o nas nie wie – wyrwała ją zadumy Lidzia. – Kto mu powie, gdzie ma nas znaleźć – zapytała. – Powiedz, dlaczego go przy nas…? – Nie zdążyła dokończyć , bo do mieszkania znowu wszedł oficer. Tym razem jednak w towarzystwie drugiego funkcjonariusza.
– No kak, gotowe? Tak pajdziomtje – wskazał ręką w kierunku drzwi. – Tridcat minut praszło, madam!

Wyszli na zewnątrz. Mama uklękła na progu, pociągnęła za sobą dzieci. Po czym wspólnie, głośno, w nadziei, że może Bóg ich jeszcze usłyszy, że dokona się jakiś cud, rozpoczęli modlitwę.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imie twoje… – po czym na rozkaz Sowieta ruszyli przed siebie. Matka z ciężką walizką w dłoni, drugą ręką trzymając malutką rączkę Antka, a za nią Lidzia, przygarbiona pod ciężarem tatusiowego plecaka. Po kilkudziesięciu metrach dołączyli do zmierzającej w kierunku dworca kolejowego kolumny, złożonej z bliższych i dalszych sąsiadów idących pod strażą sołdatów kierujących w ich stronę gotowe do strzału karabiny.
Do stojącego przy rampie pociągu było niecałe dwa kilometry. Ostatnie kilometry ojczyźnianej ziemi, a potem?… Potem już tylko droga, droga do piekła.

Reblog: Przyjaciele moich rodziców

Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysza

Zobacz TU czyli na Wikipedii, ale przede wszystkim TU czyli na stronie poświęconej jej biografii, jej pracom, a też i rodzinie. Bo rodzina była bardzo słynna – ojcem, dziadkiem i pradziadkiem Myszy byli znakomici szewcy warszawscy.

Była wspaniałą artystką i najbardziej niezwykłą przyjaciółką mojej Mamy. Tak wspaniałą, że nie można napisać wpisu o Myszy. Nie można, bo jest to opowieść na książkę. Dlatego jeszcze się tu nie pojawiła. Ale Bogna, jej córka, a moja przyjaciółka ze szkolnych lat, “wrzuciła” na Facebooka wywiad, jaki katolicka gazeta Droga przeprowadziła z jej bratem, synem Myszy, Michałem. I zaczynam od tego, że przedrukowuję tu ten wywiad.

EMS

Michał Neumann i Ewa Rejman

mysz2winietaZa co Pana Mama trafiła do obozu?

myszfoto1– Oczywiście za to, że III Rzesza uznała, że mama zagraża jej bezpieczeństwu – dwudziestoparoletnia dziewczyna była śmiertelnym zagrożeniem dla III Rzeszy. Kiedy tylko zaczęła się wojna , wielu młodych ludzi pomyślało o tym, że trzeba by Niemcom trochę poprzeszkadzać. Powstał Związek Walki Zbrojnej, w którym znalazła się i moja mama. W ramach dokuczania Niemcom, chodziła po mieście i roznosiła konspiracyjne gazetki. 19 kwietnia 1941 roku po pracy postanowiła wpaść do przyjaciółki, Haliny Siemieńskiej. Niestety, akurat tego samego dnia do taty Haliny – pana profesora Siemieńskiego – przyszło Gestapo i założyło w mieszkaniu kocioł. Mama wdepnęła w ten kocioł. Tu miała szczęście w nieszczęściu – po pierwsze w torebce została jej ostatnia gazetka. Na przesłuchaniu powiedziała, że jakiś nieznajomy wcisnął ją jej w tramwaju. Po drugie – Niemcy byli w czasie śledztwa absolutnie przekonani, że skoro przyszła do profesora Siemieńskiego, to jest z nim konspiracyjnie związana i razem z nim spiskuje przeciw III Rzeszy. Mama oczywiście spiskowała, ale zupełnie niezależnie. W czasie brutalnego śledztwa nikogo nie wsypała, także dlatego że kiedy pytano ją o profesora Siemieńskiego i ludzi z tego grona, dysponowała autentyczną i pełną niewiedzą. Zresztą – była niesamowitym twardzielem i jestem przekonany, że gdyby miała jakieś wiadomości, to też by nic nie pisnęła.
mysz1Po śledztwie najpierw trafiła do więzienia w Radomiu, potem w Pińczowie, a po roku do Ravensbrück. Od więźniarek pracujących w kancelarii obozowej dowiedziała się, że na jej karcie widnieje adnotacja, że jest przewidziana do tego, żeby stąd nie wyjść. Miała popracować, a potem zostałaby zgładzona.

Czy będąc dzieckiem, pytał Pan Mamę o jej przeżycia obozowe?

– Mieliśmy w domu dwóch świadków tamtej rzeczywistości – ciotkę Ragnę i mamę. Mama o sprawach obozowych nie mówiła prawie w ogóle – czasem tylko, jak ktoś na przykład narzekał, że ma do wykonania bezsensowną pracę, opowiadała, jak w obozie kazali im przerzucać łopatą piasek z jednego miejsca na drugie – tylko po to, aby zmęczyć więźniarki. Natomiast ciotka w kontekście obozu mówiła tylko o doświadczeniach ludzkiej solidarności, typu oddanie komuś kromki chleba. Tylko to widziała, a przynajmniej tylko o tym chciała mówić.

Dopytam o Ciotkę? W jaki sposób i za co została aresztowana?

– Postawa ciotki w czasie wojny wiele mówi o mentalności ludzi w tamtym okresie. Pewnego razu poszła na imieniny do przyjaciół. W tym czasie wiele osób chodziło w podobnych płaszczach. Wychodząc wzięła przez pomyłkę nie swój i włożyła rękę do kieszeni. Poczuła, że to nie jest je płaszcz. Wyjęła z kieszeni to, na co natrafiła. To była legitymacja Gestapo. Szybko odwiesiła płaszcz i wyszła już we własnym. Do domu nie dotarła, bo już ją zwinęli. Trafiła na Pawiak, a potem do Ravensbrück.
Babcia czyli mama mamy i ciotki Ragny miała siostrę Jadwigę, a Jadwiga wyszła za mąż za profesora pediatrii, Niemca – bardzo szanowany człowiek, miał dojścia. Dotarł do samego Himmlera. Uzbrojony w list polecający od niego stawił się w obozie. Ciotka została wezwana, potwierdziła, że to jej wuj. Dostała propozycję d komendanta obozu, że może wyjść, ale jako Niemka. A ciotka na to powiedziała, że dziękuje, że bardzo chętnie wyjdzie, ale chce, żeby jej koleżanki Polki też mogły wyjść. Na to oczywiście zgody nie było. Ciotka została.

Rysunek Marii Hiszpańskiej

Po wojnie mocno osłabła na zdrowiu. Nikt nie wiedział, co jej dokładnie jest. Potem okazało się, że choruje na nowotwór. Trafiła na onkologię. Dopiero pod koniec życia powiedziała swojemu lekarzowi, że w obozie w ramach doświadczeń, wszczepiono jej komórki rakowe. Nie mówiła o tym nawet rodzinie.

myszfoto2Pana Mama była wybitną artystką, malarką. Na czym skupiała się w swoich pracach?

– W obozie rysowała sceny obozowe. A jeśli dozorczynie, to nie były to upiększone portrety, raczej szkicowała je bijące i kopiące. Po obozie przez pewien czas kontynuowała tę tematykę, miała potrzebę „zrzucenia” z siebie tego, czego była świadkiem. Później pracowała jako ilustratorka książek; zilustrowała ich ok. 20. W jej pracach królowało średniowiecze, to była epoka, w której czuła się najlepiej. Jako młoda matka oczywiście szkicowała też nas – mnie i moją siostrę. W roku 1960 zdarzyła się dla mamy rzecz cudowna i zupełnie nieprawdopodobna w tamtych czasach – dostała możliwość zorganizowania wystawy w Egipcie i wyjazdu tam. W tym kraju zobaczyła na własne oczy, że „Stary Testament chodzi po ulicach” – od tej pory skupiała się na tematyce religijnej.

Kościół św. Michała Archanioła w Warszawie, mozaika Marii Hiszpańskiej-Neumann

Czy po powrocie z obozu Pana Mama utrzymywała kontakt z przyjaciółkami stamtąd?

– Mama po powrocie z obozu utrzymywała kontakt tylko z kilkoma koleżankami. Nie należała do Związku Bojowników o Wolność i demokrację, bo tam zapisali się też tzw. „utrwalacze władzy ludowej”, czyli ci, którzy po wojnie niszczyli niepodległościowe podziemie. Było zaledwie kilka osób, z którymi się kontaktowała, ale to wszystko poza oficjalnymi strukturami.

A jeździła na coroczne pielgrzymki więźniarek na Jasną Górę?

– Nie, ale w czasie pobytu w obozie złożyła deklarację: „Matko Boska, jeśli stąd wyjdę, to na Jasną Górę pójdę”. Po wojnie nadeszły różne przeszkody, w końcu zwierzyła się z tego postanowienia spowiednikowi. On jej powiedział: „Pani Mario – sprawa otwarta”. Więc mając już ponad 50 lat poszła wraz z córkami, z plecakami – nie była to zorganizowana pielgrzymka. Na zjazdy częstochowskie ja zacząłem jeździć kilka lat temu za sprawą pani dr Wandy Półtawskiej. Poznałem wtedy niektóre więźniarki, ale niestety teraz jest już ich niewiele…

Dziękuję za rozmowę.

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)