Hi stranger

Hi stranger ist ein Kunstprojekt von Kerstin Lepore, amerikanischer Filmanimatorin, wurde schon von 1,5 Milionen Zuschauer angeklickt. Das geschlechtlose Knetwesen von Lepore sieht wie ein Wurm aus. Ist es ekelhaft oder androgyn modern?

Hi stranger to projekt artystyczny amerykańskiej autorki filmów animowanych Kerstin Lepore. Biała bezpłciowa istota z modeliny wygląda jak blada gąsienica i jest (chyba) odrażająca, ale może raczej wyraża nasze marzenia o androgynicznej ponadpłciowej równości. W każdym razie film obejrzało już 1,5 miliona widzów.

Memy z czasów PRL

Ewa Maria Slaska

Słoneczniki van Gogha

Tak sobie tu ostatnio od czasu do czasu dywaguję o znaczeniu obrazów i o tym, że rozpoznać je można po ilości przeróbek czyli, jak to się obecnie nazywa, memów. Tymczasem sztuka i przed czasami sieci, facebooka i instagramu była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach. Nie robiłam badań, bo to nie rola dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

Poniekąd oddaje to marketingowy tekst firmy sprzedającej reprodukcje fineartexpress:

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji.

Słoneczniki van Gogha to temat jasny i wiecznie żywy jak słońce Lenina. Kiedy mówimy Lenin, to myślimy partia. Podobnie mówimy van Gogh, a myślimy Słoneczniki. Mówimy Słoneczniki, a myślimy van Gogh. W XX wieku sprzedano miliony reprodukcji obrazu Słoneczniki van Gogha wydrukowanych na płótnie, na pocztówkach, na plakatach, na kubkach i innych fotogadżetach – tylko w roku 2013 kupiono ich aż 26 tysięcy. Reprodukcja Słoneczników van Gogha wydrukowana na kalendarzu ściennym to chyba najpopularniejszy na świecie obraz do dekoracji ścian mieszkania. Vincent van Gogh namalował tyle słoneczników, że nawet trudno się zdecydować, które Słoneczniki wybrać do dekoracji, jeżeli zamierza się kupić kopię obrazu van Gogha do pokoju. Warto więc wiedzieć, że kiedy mówimy„Słoneczniki” van Gogha, to mamy namyśli obraz z całej serii „Słoneczniki”, która składa się w rzeczywistości z 11 obrazów słynnego postimpresjonisty.

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji – obrazy namalowane w 1888/1889 w Arles we Francji

Firma prezentuje zatem jedenaście obrazów Słoneczniki, ale przecież dobrze wiemy, że to zabawa dla smakoszy. Prawdziwe Słoneczniki, to te, czwarty obraz ze słonecznikami, pod którym tekściarz firmy napisał:

Wiele obrazów van Gogha opartych jest na jednym motywie, powielanym w różnych ujęciach. Podobnie jest w przypadku „Słoneczników”. Z łącznie 11 obrazów z motywem słoneczników 4 obrazy powstały w Paryżu i 7 w Arles w południowej Francji. Słoneczniki van Gogha zajmują szczególne miejsce w twórczości artysty. Ale nasuwa się pytanie, dlaczego van Gogh namalował właśnie słoneczniki, a nie inne kwiaty, tak bujnie rosnące w słońcu południowej Francji. Słoneczniki uważane są dziś za roślinę raczej pospolitą i ceni się ją raczej ze względu na jej walory spożywcze, a nie piękno jej kwiatów. Jednak za czasów van Gogha słoneczniki były w modzie, cięte słoneczniki były popularnym kwiatem używanym do dekoracji domów. Uważano, że są piękne, a ich kształt i ciepłe barwy przypominają małe słońce. Kwiat słonecznika stał się popularnym motywem w malarstwie.

Obraz olejny na płótnie. Tytuł: 12 słoneczników w wazonie. Arles 1888r. Wymiary oryginału 91 x 72 cm

Słynne “Słoneczniki” to seria obrazów olejnych namalowanych przez Vincenta van Gogha, słynnego malarza postimpresjonistę. Artysta namalował łącznie 11 obrazów: 4 obrazy podczas pobytu w Paryżu i 7 w Arles. Wraz z takimi obrazami jak “Mona Lisa” autorstwa Leonarda da Vinci oraz “Krzyk” Edwarda Muncha, “Słoneczniki” van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego.

Nie musi to być zresztą prawda, bo znalazłam w internecie informację, że inspiracją była dla malarza wiązanka kwiatów leżąca w rynsztoku. Autor wpisu podaje też, że w czasie pogrzebu artysty jego trumna przykryta była słonecznikami, które tak uwielbiał. I że: wszystkie studia słoneczników Van Gogha przepełnione są symboliką religijną i mistyczną. Artysta wierzył, że sposób, w jaki słonecznik zwraca głowę ku słońcu, jest odzwierciedleniem religijnego oddania tych, którzy poświęcają się Bogu.

Kiedy byłam na studiach, moja przyjaciółka znalazła gdzieś reprodukcję tego obrazu i podarowała ją mamie na gwiazdkę. Niestety, nie pamiętam, w jakim sklepie można było kupić taki cudowny prezent, ale obraz przy okazji wizyt w Trójmieście oglądam do dziś.

Paul Gauguin, Van Gogh malujący słoneczniki

Wydaje mi się, że już pod koniec czasów Gierka było wiadomo, że reprodukcja Słoneczników to jeden z podstawowych banalnych elementów, składających się na klasyczne mieszkanie inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopednia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh.  Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Grażyna Bastek, znana mi osobiście 🙂 historyczka sztuki pisze w Newesweeku: Wśród kilku obrazów, których tytuły mógłby wymienić niemal każdy, są „Słoneczniki” Vincenta van Gogha. Ich popularność nie ominęła również Polski. Każdy z nas widział na ścianie u babci, cioci lub u znajomych kupioną zapewne w kiosku Ruchu i wyblakłą po latach reprodukcję słynnego płótna.

Muzeum Śląska Opolskiego zachęca do obejrzenia wystawy Tak się mieszkało w PRL:

Cerata na stole, obowiązkowy fikus przynajmniej w jednym pokoju czy słoneczniki Van Gogha na ścianach – to tylko niektóre elementy wystroju mieszkań charakterystyczne dla lat głębokiego komunizmu w Polsce. Szczególnie dla młodego pokolenia, które poprzedniego ustroju nie pamięta, wizyta w mieszkaniu z lat 60 i 70 będzie bardzo cennym doświadczeniem. Zapraszamy więc na zwiedzanie.

(…)

Typowy salon Kowalskiego z okresu „komuny” jest naszpikowany oryginalnymi symbolami tamtej epoki. Uwagę przykuwa przede wszystkim sprzęt multimedialny, choć przedrostek multi to w tym przypadku znaczne nadużycie. Trzeba jednak pamiętać, że telewizor marki WZT był często jedynym w kamienicy. Niemniej ekskluzywne były adaptery „Bambino”. Rozglądając się po pokoju, można zauważyć przepych kryształowych naczyń – te z prawdziwymi kryształami nie miały nic wspólnego, jednak zdobione szkło uznawane było w owych czasach za symbol dobrobytu. Ściany ozdobione srebrnymi kwiatuszkami – oczywiście malowane tradycyjnym wałkiem.

Na ścianie wiszą reprodukcje znanych malarzy. Najbardziej popularne były słoneczniki Vincenta Van Gogha. W pomieszczeniu nie brakuje też zieleni. Sięgający sufitu fikus, osadzony w dużej donicy, często traktowany był jako popielniczka i podręczny kosz zarazem.

Alina Gierak kilka lat temu pisała w Gazecie Wrocławskiej:

W końcówce lat 70 szpanem wrocławskim było noszenie swetrów z wełny z Kowar. Przedsiębiorcze panie jeździły do tamtejszej fabryki dywanów i wracały z worami kolorowych nitek. Pracowicie je potem wiązały i dziergały swetry, czapki, szaliki. Szczytem awangardy było noszenie ich z pętelkami na wierzchu – po tym można było poznać artystyczną duszę i tak też nosili się bywalcy Festiwalu Teatru Otwartego czy Jazzu nad Odrą. Sweter z kowarskiej wełny można było także zobaczyć często w Pałacyku, kultowym klubie studenckim. Część pań wyżywała się plastycznie nie tylko w swetrach, ale także w kilimach wykonywanych z resztek wełny z Kowar. Profesorowe i gospodynie domowe wymieniały się wzorami, a najbardziej popularne kilimy przypominały obraz Van Gogha “Słoneczniki”.

Czyli nie myliłam się, nawet pobieżny przegląd publikacji internetowych pokaże, że Słoneczniki van Gogha to było w PRL prawdziwe “coś”! Gorzej z reprodukcją dawnego wnętrza. Ale wydaje mi się, że oferowana w Bieruniu reprodukcja ma peerelowską proweniencję:

No i ta drabina obok…

Zalewamy Facebook sztuką 2

To  już drugi wpis o facebookowej akcji (zobaczcie). Krystyna była pierwszą osobą, która zalajkowała “mojego Memlinga”. Przyznałam jej artystę bez zastanawiania się. Egon Schiele, napisałam. Nawet sobie potem zadałam pytanie, ale właściwie dlaczego? Odpowiedź jest tu.

Krystyna Koziewicz

W moim domu – Egon Schiele

Każdy człowiek ma swoje słabości, jedną z moich jest zaciekawienie sztuką,  a zwłaszcza malarstwem. Gdy zwiedzam muzea czy galerie, mam zwyczaj kupowania reprodukcji ulubionego artysty, ażeby na co dzień cieszyły oko i duszę. To pasja, którą kontynuuję od młodych lat.

Potrzeba przebywania w miejscach przesiąkniętych sztuką zrodziła się w momencie, kiedy przeprowadziłam się ze wsi do dużego miasta. Gdy zwiedzałam wystawy, dostrzegłam, że ciekawią mnie niezwykłe obrazy, które miały w stosunku do mnie samej moc terapeutyczną, uspokajały, dawały radość, poprawiały nastrój. Obcowanie ze sztuką rozbudziło nienasyconą ciekawość świata sztuki, wielkich mistrzów pędzla. Istnieje wiele fascynujących dzieł malarstwa, które trafiają prosto do serca. W poszukiwaniu sensu i komunikatu wewnętrznego obrazu można w ich głębi odkrywać tajemnicę, magiczną moc, a niekiedy nawet siebie?

Oglądałam katalog jakiejś wystawy i wpadł mi natychmiast w oko obraz Egona Schiele Siedząca kobieta. Aż westchnęłam z zachwytu! Miałam wrażenie, że ktoś mnie namalował. A był to przecież obraz, który powstał w 1917 roku, rok przed końcem I wojny światowej.

Egon Schiele Siedząca kobieta ze zgiętymi kolano, obraz, który jest mi szczególnie bliski, na ścianie w moim mieszkaniu.

Utożsamiam się z nim emocjonalnie i kiedy zobaczyłam gdzieś w sklepie plastycznym jego reprodukcję, od razu kupiłam ją do nowego mieszkania.  Gdy patrzę na ten obraz, przypominam sobie sytuacje z okresu dzieciństwa i młodości. Wprawdzie z natury jestem optymistką, entuzjastką życia, nie tylko istnienia, ale i ja mam i miałam przecież momenty osamotnienia i smutku. Siadałam wtedy na krześle, podłodze czy trawie w podobnej pozycji. Takie chwile sam na sam umożliwiają spojrzenie w głąb siebie, zdobywa się wiedzę o sobie. Bywanie ze sobą daje wytchnienie, a często doprowadza człowieka do przełomu w myśleniu i w życiu.

Tak, tak, to właśnie jestem ja na tym obrazie! – dalej tak uważam. To dziwne, że wśród wielu reprodukcji obrazów zdobiących ściany mojego mieszkania, a są tu i dawni mistrzowie, Klimt, Munch, Van Gogh, Monet, Matisse, Gaugain, Modigliani, Botticelli, i współcześni mi artyści berlińscy, których znam osobiście jak Woźniewska, Fiszbach, Piwarski, Dybowski, Olbiński, Nawrocka, Betlińska, na najbardziej wyeksponowanym miejscu wisi ten właśnie obraz: Egon Schiele Siedząca kobieta  ze zgiętym kolanem.

Fascynacja obrazem trwa po dzień dzisiejszy.

Memy i śniadanie

Ewa Maria Slaska

We wtorki bardzo nieregularnie opowiadam o śniadaniach artystycznych i innych. A ponieważ ostatnio chętnie też pokazuję, jak współczesność radzi sobie z kanonami kultury, dziś śniadanie na trawie. Zaczął “marszowy kolega”, Krzysztof Nowak. Krzysztof tak zatytułował zdjęcie, na którym popijam o poranku kawę na mrozie. Już je TU pokazywałam, ale nic to, sztuki nigdy za wiele.

Oryginał każdy zna, ale wersja Krzysztofa jest poprawniejsza politycznie, bo wszyscy jesteśmy ubrani. Oczywiście, było zimno, ale dla artysty to wszak drobiazg bez znaczenia. Przypomnijmy, że w oryginale kobiety są porozbierane, a mężczyźni zapięci na ostatni guzik, i to zawsze widzów złościło lub śmieszyło. Z jednej strony obrażało mieszczańskie poczucie przyzwoitości, ale z drugiej nie podobało się też emancypantkom, bo sprowadzało kobiety do roli ładnej uciechy dla mężczyzn. Cóż, powiedzmy sobie, że feminizm dopiero miał się narodzić, a i po stu latach jego kolejnych zwycięstw, dla wielu kobiety wciąż są przede wszystkim ładną uciechą dla mężczyzn.  Nie będę tu cytowała zdania Korwina-Mikke na nasz temat, no ale wiemy przecież…

“Le déjeuner sur l’herbe” de Edouard Manet, 1863, Musée d’Orsay, Paris

Obraz był nowatorski poprzez swoje monumentalne rozmiary. Dwa metry na dwa i pół (208 x 264.5 cm). Wielkie płótna miały, zwyczajowo, obrazy o poważnej tematyce, historyczne, batalistyczne,  religijne, tymczasem Manet namalował przecież zwykłą scenkę rodzajową, nawet jeśli prowokującą. I jeszcze umieścił tam swoją ulubioną modelkę (pozowała do Mai), siebie  w, nazwijmy to tak, “dwójjedni” z bratem i szwagrem.

Motyw śniadania na trawie był znany już przedtem, ale można powiedzieć, że to Claude Monet namalował pierwszy mem obrazu Maneta.

Claude Monet, Le Déjeuner sur l’herbe, 1865–1866, Musée d’Orsay, Paris

U Moneta kobiety są ubrane, scena nie urąga obyczajom, a śniadanie jest znacznie obfitsze – jest duży pasztet francuski, pieczona kura, mnóstwo owoców, chleb, wino. Właściwie nie jest to wcale śniadanie, tylko lunch i takie jest też angielskie tłumaczenie tytułów wszystkich tych obrazów.

Towarzystwo rozłożyło na trawie pled lub obrus, są kieliszki do wina i talerze. W wersji oryginalnej porzucone na trawie, koło sukni i kapelusza, skromne śniadanie (koszyk owoców i bułka) nikogo nie interesuje.

W roku 1870 powstała następna wersja obrazu, tym razem nader dosłowna.

James Tissot, La Partie Carrée, 1870

Jedzenia jest jeszcze więcej niż u Moneta, ale co uderza, to ilość wina, które zostanie wypite podczas tego śniadania i fakt, że poubierane kobiety u Tissota są znacznie bardziej rozpustne, niż naga, chłodna piękność u Maneta.

Skoro obraz już w chwili powstania aż się prosił o kontrinterpretacje, trudno się dziwić, że powtarzano go i później, a w świecie fejków i memów jest ich wręcz zalew.

Zacznijmy od mistrza. To oczywiście Pablo Picasso, prawie sto lat po oryginale – rok 1961. Jedzenia nie ma, jest już tylko jedna para damsko-męska, a jej intencje są, jak u Tissota, jednoznaczne.

Pablo Picasso Le Dejeuner sur l’Herbe (Luncheon on the Grass), 1961

Im bliżej współczesności tym więcej tych śniadań. Posiłek na trawie spożywają też kultowe postaci z filmów i seriali.


ArtMashUp – Édouard Manet’s “Luncheon on the Grass” meets StarWars

Spimsons jedzą śniadanie na trawie. Matt Groening.

 

Jeff Koons zinterpretował po swojemu wszystkie ważne dzieła kultury europejskiej, nie zabrakło więc również śniadania na trawie.


Jeff Koons, Gazing Ball (Manet Luncheon on the Grass) 2014-2015

Szczerze powiem, że niebieska szklana kula Koonsa, w której odbija się świat współczesny, jako obiekt domalowany do oryginału przypomina mi niestety felgę samochodową lub wielką szpulę do nawijania kabli. W rzeźbach, gdy kula jest prawdziwa, ach no… robi wrażenie:

Jeff Koons, Gazing Ball (Antinous-Dionysus), 2013

I tak dalej, zajrzyjcie do sieci to zobaczycie, a ja na zakończenie dodam jeszcze skarpetki, bo już się TU przyznałam, że lubię sztukę “wprzędzoną” w skarpetki…

Można kupić, za jedne 2 dolary i 45 centów plus shipping: to Germany via China Post Registered Air Mail. Koszt całkowity 3,86 dolara. Sztuka tania jak barszcz, ale na skarpetce nie ma już nic do zjedzenia, nawet barszczu…

Zalewamy Facebook sztuką

Ewa Maria Slaska

Dwa Mydlarskie na ścianie

Na Facebooku ktoś zainicjował akcję, mającą ukrócić ilość zalewających nas paskudnych wpisów, hejtów, głupich selfie, zachwytów nad kanapką, kupką, zupką. Jednym słowem mamy się zająć prawdziwymi wartościami. Te oczywiście mogą być różne, ale tym razem chodzi o sztukę. Zasada jest prosta – publikujesz u siebie obraz, a jeśli ktoś go polubi – przydzielasz mu jakiegoś artystę, którego obraz on z kolei publikuje u siebie. I tak dalej. Możesz oczywiście przydzielić “lubiczowi” kogokolwiek, ale jakoś tak jest, że my, ci przydzielający, jednak szukamy jakiegoś związku między tym kimś lubiącym a jakimś artystą.  Tak więc jakiś czas temu polubiłam wpis Agaty Stolarz przedstawiający jeden z obrazów Claude’a Moneta. Agata to Polka mieszkająca tu i tam, myślałam, że w Polsce i we Włoszech, a tymczasem… Darzę wielką sympatią dzieła tego malarza, napisała, zwłaszcza jego pejzaże Normandii, które szczęśliwie mam okazje dość często podziwiać. Dzieło, które wybrałam to Maison Argenteuil. Jego reprodukcję kupiłam w Giverny, myśląc o domu na wsi, na długo przed rozpoczęciem remontu. W tym roku będę sadzić tu róże
Zdjęcie pochodzi z Pinteresta. 

Aha, czyli w Polsce, we Włoszech, w Normandii. Polubiłam wpis, bo lubię Agatę, lubię sztukę, lubię Moneta, lubię Normandię i nawet lubię myśl o domu w Normandii, choć już sama żadnego domu, ani w Normandii, ani gdziekolwiek indziej, już bym nie lubiła. Polubiłam i Agata przydzieliła mi Memlinga, co miało oczywiście sens, skoro jestem z Gdańska.

W wyjaśnieniu napisałam: Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, namalowany ok. roku 1470 na zamówienie fundatora z Florencji i zdobyty przez polskich piratów czyli tzw. kaprów. To nieco niewygodna karta z dziejów polskiego muzealnictwa i na stronie muzeum nie ma o tym mowy. Ale to jednak największy skarb muzeum w Gdańsku.

I dodałam, że już kiedyś o tym Memlingu pisałam, a mianowicie TU.

Oczywiście, jak to w tych “łańcuszkach” bywa, Memling dostał sporo lajków, więc teraz to ja przydzielałam “lubiczom” artystów, których mają pokazać. Niektórzy dostali nawet całkiem trudne zadania do wypełnienia i dużo czasu, by się z nimi uporać. Niekiedy w odpowiedzi osoby te wstawiły mi – lub sobie – na FB reprodukcję jakiegoś obrazu czy rzeźby, ale zdarzyło się i tak, że wśród tych, którzy polubili Memlinga znaleźli się moi przyjaciele z Gdańska – Anna i Jacek Mydlarscy. Jacek jest malarzem.

Ania i Jacek to ważni dla mnie ludzie, nie tylko dlatego, że mają na imię tak jak mój syn i synowa :-). Kiedyś, dawno temu, gdy naprawdę, ale to naprawdę nie miałam pieniędzy, kupiłam od Jacka dwa jego obrazy. Ciekawe, że transakcja ta zapadła w pamięć nie tylko mnie, ale i naszej blogowej pisarce, Joannie Trümner (tej od Stuarta), która, okazało się, była przy tym. Ja tego w ogóle nie pamiętałam, ale ona i owszem, i wspomniała o tym, wygłaszając całkiem niedawno laudację o mnie, gdy Ferdynand Domaradzki, prezes Polskiej Rady Związku Krajowego w Berlinie, wręczał mi nagrodę polonijną “Najlepszy z najlepszych”. Joanna napisała, że spodobało się jej, bo widać było, iż mnie na ten zakup nie stać. Szkoda, że było to widać, ale była to oczywiście prawda – nie było mnie stać, ale obrazy mi się podobały, a też chciałam wesprzeć (ja, Polka na emigracji) polskiego artystę z Polski (naonaczas jeszcze peerelowskiej). Uważałam, że my, ci na Zachodzie, takie mamy obowiązki wobec sztuki, artystów i Polski. Na Joannie zrobił wrażenie zakup, na mnie fakt, że przypomniała mi to po wielu wielu latach.

Dodam może jeszcze, że obrazy wisiały u mnie przez dwadzieścia lat w wielu mieszkaniach, zawsze oba razem (“dwa Mydlarskie na ścianie”), po czym podarowałam je młodemu człowiekowi z rodziny, żeby miał kawałek prawdziwej sztuki i to jeszcze namalowanej przez kogoś, kogo zna… Od kilku lat obrazy Mydlarskiego nie wędrują już zatem z Ewą Marią Slaską od mieszkania do mieszkania (a miałam ich w Berlinie 14), tylko z Adamem Slaskim (też tu czasem pisuje, były np. takie reportaże z Iranu)…

No i teraz, kilka tygodni po tych “wypominkach” Joanny o mnie i obrazach Jacka Mydlarskiego, Jacek i Anna odzywają się w fejsbukowej zabawie w sztukę! Nie mogłam nie skorzystać z okazji. Natychmiast poprosiłam, żeby mi pokazali najnowsze obrazy… Jacka Mydlarskiego! I pokazali!

Ciekawe, że przez tyle lat nie zmieniłam zdania na temat tych (i takich) obrazów. Uważam, że obrazy bogate treściowo i kolorystycznie świetne są w muzeach, na reprodukcjach lub… u kogoś na ścianie. U siebie chcę mieć dzieła, które pozwolą mi codziennie na nową interpretację, takie bym mogła w nich zobaczyć i chandrę unyńską, i radość o poranku,  moje sprawy i moje uczucia. Obrazy Jacka spełniają wspaniale ten warunek!

Memy XXI wieku: ciasteczko krzyk

Ewa Maria Slaska

Pierwszy raz zobaczyłam, co można zrobić z obrazem w korespondencji naszej autorki, Lidii Głuchowskiej, z Oslo.

4a-schreikuchen-2

4_schrei-kuchen

Oczywiście Krzyk Edvarda Muncha rozpoznawalny bezbłędnie, tu jako ciasto w muzealnej kawiarni. W komentarzu do tamtego wpisu zadałam pytanie, kto wymyślił coś równie okropnego, jak takie ciastka? Już sama nazwa jest dość przerażająca – Skrik Kake czyli ciastko-krzyk. Było to w owym czasie, rok 2012, stosunkowo nowe osiągnięcie marketingowe, bo w internecie niewiele było na ten temat, żadnych przepisów, kilka zdjęć zaledwie i dość jednakowych komentarzy, że straszne! Jak się przyjrzeć krzykom na tych zdjęciach, to widać, że jest to zwykły tort czekoladowy lub biszkopt z galaretką przekładany masą owocową.

  
Dziś, po kilku latach, ciastka krzyk pojawią się nie tylko jako produkt oferowany w kawiarni muzealnej, ale są też przepisy jak upiec je samemu. Jeśli to możliwe, ich domowa produkcja  jeszcze bardziej degraduje Muncha – to już nie produkt marketingowy, jakoś jednak związany z twórcą, lecz wypiek na zabawę haloweenową.

Co w memach jest zawsze najbardziej zastanawiające to fakt, że wystarczy schematyczny zarys najbardziej charakterystycznego elementu obrazu i natychmiast rozpoznajemy oryginał. Oczywiście Krzyk, namalowany w roku 1893, uważany za arcydzieło ekspresjonizmu, należy, obok takich dzieł jak Mona Lisa czy Słoneczniki van Gogha, do najbardziej znanych obrazów na świecie.

Zasadniczo, jak podaje Wikipedia, istnieją cztery wersje tego obrazu – ten powyżej, wykonany w technice mieszanej (olej, tempera i pastel na kartonie), znajduje się w zbiorach Galerii Narodowej w Oslo, jest też jeden obraz wykonany temperą i dwa pastelami. Jeden z pasteli należał do prywatnego kolekcjonera Pettera Olsena, który go w roku 2012 sprzedał za ponad 119 mln dolarów i w chwili finalizowania transakcji była to najwyższa kwota zapłacona za dzieło sztuki na rynku aukcyjnym. Ojciec Olsena był sąsiadem i przyjacielem Muncha. Artysta wykonał również litografię obrazu, ale oczywiście siła jej wyrazu jest zupełnie odmienna od barwnych dzieł malarskich. Twierdzi się, że obraz został zainspirowany erupcją wulkanu Krakatau 27 sierpnia 1883 roku. Popioły przykryły ziemię, a niebo podczas zachodów słońca przybierało ciemnoczerwony kolor.

W roku 1978 Jacek Kaczmarski napisał inspirowaną tym obrazem piosenkę, tytułowy utwór z płyty Krzyk. Płyta nie ukazała się na rynku, cały jej nakład miał pójść na przemiał, jednak pracownicy Polskich Nagrań zdołali ukryć jego część. Uratowane płyty pakowano w koperty do płyty piosenkarki Eleni i rozsyłano po świecie. Człowiek, który wstawił tę piosenkę na youtube, Storm Stormbringer, dostał taką płytę i to jest to nagranie.

Na jego stronie na Facebooku znajdują się głównie filmy nakręcone w Hajnówce i Puszczy Białowieskiej.

Miejsce mocy to obszar o pozytywnym promieniowaniu. Występują tu takie formy subtelnych wibracji , które są korzystne dla organizmu człowieka. Dzięki nim w miejscach tych ludzie czują się lepiej, wypoczywają i regenerują się siły witalne. Jest to szczególnie interesujący i zagadkowy fragment puszczy, ponieważ porośnięty jest dziwnie uformowanymi dębami, sosnami i świerkami. Jest tu również dużo głogów i dzikich grusz nie występujących w Puszczy Białowieskiej. Według niektórych jest to dowód że funkcjonowały tu okresowe obozy pasterzy wypasających w XIX w. bydło. W miejscu tym ułożone są różnej wielkości i kształtu głazy przypuszcza się że był tu też miejsce kultu dawnych Słowian. Legenda głosi że istnieją w Puszczy teren, na których gromadzili się wtajemniczeni i wykorzystując moc kamieni powstrzymywali złe duchy.

Stromberger zamieszcza również film-petycję do Premier RP beaty Szydło o zaprzestanie wycinki puszczy. Oczywiście dziś, po roku od opublikowania tej petycji, wiemy, że był to krzyk wołającego na moście.

Memy XXI wieku

Ewa Maria Slaska

Cecilia Gallerani i jej zwierzątko

Urodziła się w roku 1473, kochanką księcia Ludwika Sforzy zwanego Il Moro została w roku 1489. Miała więc 16 lat, w rok później  sportretował ją Leonardo da Vinci. Była już w ciąży.

Zwierzątko, które trzyma na ręku doczekało się niezliczonej ilości interpretacji. Podobno na początku miał to być kot, ale jest w końcu łasiczka zwana gronostajem. Jak gronostaj to to stworzenie nie wygląda, ale podobno książęcy kochanek był kawalerem Zakonu Gronostaja i dlatego… Można jednak dopuścić i inne wyjaśnienie, gronostaj, który nam się kojarzy przede wszystkim z królewskim płaszczem wszystkich bajkowych królów z dziecinnych książeczek, był symbolem niewinności i… opiekunem kobiet ciężarnych. A Cecylia była w ciąży. Ale jednak może nie, może jednak historycy sztuki pozwolą zwierzęciu, które wygląda jak łasiczka być łasiczką. Łasiczka nazywa się po grecku γαλέη (galée) i byłaby przypomnieniem nazwiska rodowego pięknej Włoszki, choć Gallerani to nie tylko Łasica czy raczej Łasiczy tylko … Koci. Więc jednak kot! Symbol nieprawych związków miłosnych. Ale namalowana jest łasica. Leonardo lubił takie gry pomiędzy słowem a obrazem. Na portrecie Ginevry d’Benci twarz dziewczyny otaczają gałązki jałowca, który po włosku nazywa się ginepro a po łacinie juniperus. A o związku nazwiska Gioconda (Wesoła) ze słynnym uśmiechem portretowanej kobiety napisano chyba tysiące tomów.

29 grudnia 2016 Fundacja Książąt Czartoryskich przekazała do Skarbu Państwa całą kolekcję, w tym Damę z gronostajem-łasiczką-fretką, za kwotę 100 mln euro. Była to transakcja równie wieloznaczna jak zwierzątko, który głaszcze piękna Cecylia. Podobno wcale nie musieliśmy jej kupować… Podobno koniecznie trzeba ją było kupić. Ciekawe czy zmiana właściciela rozwiąże problem, z którym od kilku lat borykają się internauci. Bo póki obraz należał do Fundacji Czartoryskich, właściciele nie pozwalali go reinterpretować. Oficjalnie, czyli np. w takiej jak poniżej reklamie piwa. Nieoficjalnie w świecie sztuki i tak każdy robi, co chce.

Grafika Łukasz Adamczyk. Praca nagrodzona w konkursie na reklamę piwa. Reklamy nie wolno jednak było użyć, bo Fundacja zażądała jej usunięcia. Zakaz nie ma podstawy prawnej, bo dzieło nie jest objęte prawami autorskimi. Prawa autorskie należały (by) do Leonarda da Vinci, ale nie należą bo malarz umarł dawniej niż 70 lat temu. Fundacja się po prostu szarogęsi, co przypomniało mi sprawę, kiedy to firma Wawel zakazała pewnej blogerce podawania przepisu na ptasie mleczko, bo dobroć powszechnie spożywana jest własnością korporacji. Zezłoszczeni zakazem polscy internauci z “Dziennika Intenautów” ogłosili konkurs Zabaw się kreatywnie z Damą z łasiczką.

 

      “Dama z tapirem”                      “Dama w łańcuchach”                       “Dama ugryziona”
xxxRadosław CzajkaxxxxxxxxxxxxxBartosz KurasxxxxxxxxxxxxxRadosław Prekurat
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxI nagrodaxxxxxxxxxxxxxxxNagroda Redakcji DI

Moja ulubienica, “Dama hipsterka” Karoliny Drozd

A tymczasem, jak mawia chętnie mój wnuk, ustalając narrację aktualnej zabawy – jego gry fabularne rozwijają się zgodnie z dwoma osiami czasowymi: “a tymczasem” i “a nagle” – a tymczasem internauci światowi w ogóle nie musieli sobie zawracać głowy jakimiś pseudoprawami właścicieli i robili, co chcieli i co mogli.


Tom Waldschrat (?) “Gronostaj z gronostajem”

z-aua

I tak dalej…

***

Dopisane po kilku miesiącach, a dokładnie po Cake Festiwal Polska 2017. I nagroda – Monika Zaniuk, Dama z tortem:

dama z tortem

Trzy kobiety Leonarda

Po tym jak za sto milionów dolarów kupiliśmy to, co ponoć i tak było nasze, rozmyślam sobie zgoła apolitycznie o kobietach Leonarda. Widziałam świadomie trzy z nich, Monę Lisę del Giocondo, Ginevrę d’ Benci i Damę z łasiczką czyli Cecylię Gallerani. Piszę, że te trzy widziałam świadomie, bo pamiętam sytuację, kiedy je widziałam, a i bardzo dobrze pamiętam do dziś same portrety. Czwartej nie pamiętam w ogóle czyli świadomie jej nie widziałam, mimo że wystawiana jest w Luwrze obok Giocondy. To tak zwana La Belle Ferroniere, surowa anonimowa piękność, której przydomek wskazuje na związek z żelazem lub kowalstwem, być może kochanka króla Francji Franciszka I, a może Ludwika Sforzy, być może zresztą ta sama Cecilia Gallerani. Ma na czole opaskę z drogim kamieniem, którą od tego portretu nazywa się ferroniere czyli… żelazko albo kowalka.

Z tych czterech kobiet dwie, Lisa i Cecilia (z łasiczką), są niewątpliwie uczestniczkami popkultury, a poznać to między innymi po ilości memów w sieci.

Gioconda ma ich masy. Moja warszawska przyjaciółka zbiera je z lubością i od dawna już namawiam ją, żeby zrobiła nam taki wpis na bloga. Ponieważ jednak jeszcze mi się to nie udało, to ja pokażę kilka z nich, w tym (proudly) te które to ja znalazłam w sieci lub w realu i jej wysłałam. Powód jest jak najbardziej aktualny, tego mema bowiem znalazłam w internecie w Nowy Rok:

Komentarz był taki, że portret ogólnie udany, nie wiedzieć jednak dlaczego Dama została sportretowana bez broszki.

Zaczynamy świątecznie i zimowo.

Jesień

Lato

 

Wiosna

Mona Lisa bez słynnego uśmiechu

Nowoczesna i Razem

 

Coraz bardziej nowoczesna, tak dalece, że porusza świat i siebie samą

A w ogóle to oszukała nas. Tak naprawdę wcale jej nie ma. Albo jest mężczyzną. A może zresztą Arabką.

Cecylią Gallerani zajmiemy się za tydzień. Tu tylko, na dobry początek, obraz niejakiego Kosałki, Jerzego zresztą 🙂

 

 

 

Frauenblick 10

Monika Wrzosek-Müller

Giorgio Morandi

Morandi kehrt immer wieder und in ganz unerwarteten Momenten zu mir zurück. Einige Bilder sehe ich diesen Sommer, ganz erschöpft, in den Vatikanischen Museen, in der Sammlung moderner religiöser Kunst, die sich den langen Korridoren über oder unter der Sixtinischen Kapelle anschließt. Die Werke sind hauptsächlich Schenkungen der Künstler an den damaligen Papst Paul VI, der die Sammlung 1973 begründete. Darunter auch zwei natura morta, meine Lieblingsbilder von Morandi, wie er sie sein ganzes Leben lang gemalt hat. Vor allem die Pastellfarben, die Schatten und die Komposition bewundere ich immer wieder (Form, Farbe, Raum und Licht). Es sind kleinformatige Bilder und nach den riesigen Tafeln und Fresken, die sich über ganze Wände ziehen, sind sie mir auch wegen des Formats sympathisch und willkommen.

Dann sitze ich mit einer Freundin in meinem neuen Wohnzimmer, das noch nicht eingerichtet ist. Ihr Blick fällt auf die zusammengestellten, fast alle weißen oder cremeweißen Vasen, Töpfe und Schüsseln, die ich auf dem alten Brotschrank aufgestellt habe; „das sollst du so stehen lassen, das erinnert mich an einen Maler“, sagt sie…Morandi, klar. Daraufhin bringe ich einen Katalog mit den Bildern von Morandi, ganze Serien von verschieden Variationen der Zusammenstellungen seiner Objekte: Kannen, Dosen, Flaschen, Tassen, Vasen sind abgebildet; wir schauen und bewundern. Mal reduziert er die Zahl der Gegenstände, mal stellt er sie eng zusammen. Am Anfang sind die Schatten auch wichtig, mit den Jahren werden die Objekte noch mehr vereinfacht, die Schatten verschwinden, die cosidetta realta [die sogenannte Wirklichkeit] (so spricht Morandi selbst von seinen Bildern) manifestiert sich dann im Licht und in der Helligkeit, wir haben fast den Eindruck, er sieht die Bilder durch eine milchige Glasscheibe; auf jeden Fall ist der Anteil an Weiß in allen von ihm benutzten Farben sehr hoch. Sie sind reduziert und doch erzählen sie von den Vorgängen in der realen Welt; Nähe, Vortritt, Hintergrund, Enge, Platz. Das alles spielt bei Morandi eine wichtige Rolle, er selbst jongliert damit, er erforscht diese Vorgänge. Angeblich sieht man in seinem Atelier Markierungen und Skizzen, wie welche Gegenstände aufgestellt werden sollen; es wird nichts dem Zufall überlassen.

Ich habe die Bilder von Morandi nachgemalt, dann auch nach ihm die Stillleben eingerichtet; die vielen Flaschen, Krüge, Vasen, Töpfe, alle in einem Ton alle zusammenpassend hingestellt. Mit den klaren Linien und eintönigen Farben ist er sehr modern und aber eigenwillig; es geht nicht nur um Ästhetik. Er will in den Darstellungen der Objekte die cosidetta realta nachvollziehbar machen. Gibt es einen Platz für zwei, oder doch für drei Gegenstände oder sollen es fünf sein. Dieses Ausprobieren und den Weg dahin zeigt er; manchmal sind die Abstände groß und es spricht mehr Kälte und Abgeschiedenheit aus den Bildern, dann wieder rücken sie alle eng zusammen, so als ob es keinen Platz mehr geben würde. Auch die Formen werden immer weiter vereinfacht von dreidimensionalen Darstellungen zu den ganz flachen Quadraten, Vierecken.

Auf jeden Fall war und ist er der wahre Wegbereiter der modernen Kunst gewesen, bei ihm lernte ich, dass die Vereinfachung so unendlich schwierig ist und dahinter viele Jahre des mühseligen Probierens liegen. Genauso, wie uns die Engelbilder von Paul Klee so einfach, leicht gekritzelt vorkommen. Die wahre Einfachheit speist sich immer aus dem großen Schatz der komplizierten Erfahrung.

morandimonika

Śniadanie literackie: Żeromski (reblog z dodatkami rodzinnymi)

To śniadanie z Przedwiośnia już było TU, ale mimo starań, nie znalazłami, a i nie przypomniałam sobie, czegoś więcej o śniadaniach u Żeromskiego. Jest wprawdzie w Popiołach w rozdziale Strzemienne wzmianka o śniadaniu, ale dowiedzieć się z niej można tylko, że panowie Olbromski, Cedro i Trepka dostali na ten o świtaniu podany posiłek polewkę winną, a zaraz potem gospodarz wyciągnął “niewielką starą butelkę” z jakimś szlachetnym trunkiem, ale jakim, nie wiadomo. Czyli najpierw grzane wino, a potem coś mocniejszego. Ale też Rafał i Krzysztof szykują się właśnie do opuszczenia dworu Trepki i jadą bądź co bądź na wojnę, do Legionów Dąbrowskiego. Jak praprapra… dziadek mojego  (byłego) męża, Jan Slaski (1768-1847) zabierał z okolicznych wiosek małopolskich chłopów na Insurekcję – to on wpadł na pomysł, by uzbroić ich w postawione na storc kosy – to też im się dał najpierw pokrzepić antałkiem siwuchy. Slaski z kosynierami widnieją w Panoramie Racławickiej Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych, ale, no cóż, bez antałka. Namalował ich zapewne Teodor Axentowicz, a niewykluczone, że stroje kosynierów były dziełem Włozimierza Tetmajera lub Wincentego Wodzinowskiego. Historycy twierdzą, że wiedzą dokładnie, ilu Slaski przyprowadził wojaków – 1920! To nad Slaskim i jego kosynierami powiewa słynny sztandar “Żywią i bronią”.

U góry fragment Panoramy Racławickiej, ten z kosynierami, poniżej Modlitwa przed bitwą Chełmońskiego


Nota bene, to właśnie generał Slaski przesłał w świat pierwszy raport o zwycięstwie pod Racławicami.  Ale to wszystko czasy pierwszego powstania przeciwko Rosjanom i pierwsza bitwa, i od razu zwycięska, o której pamiętać będą uczestnicy następnych… wszystkich powstań polskich.
Popioły to już okres wojen napoleońskich, walka za wolność naszą i waszą, a Przedwiośnie – wolna i suwerenna Polska.

Stefan Żeromski, Przedwiośnie

Cezary Baryka przyjechał do domu przyjaciela, Hipolita Wielosławskiego w Nawłoci. W zamożnym dworze toczy się wyidealizowane, sielankowe życie polskiego ziemiaństwa. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez cały dzień, pisze Żeromski, Wstawano dosyć późno. Ten, kto wstał o poranku, spożywał śniadanie bez towarzystwa kolegów czy rodziny, ale nie sam, o nie…

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych “podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił “masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, na który nieznacznie wskazywał, i coś “ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – “kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do “kawusi”, kożuszków, “śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i kuchennym kredensie. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Cezarego, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Zdjęcie z filmu:
produkcja: Francja, Polska 2001
reżyseria i scenariusz Filip Bajon
na podstawie: powieści Stefana Żeromskiego
Cezary Baryka: Mateusz Damięcki
Maciejunio: Wojciech Siemion