Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Z wolnej stopy 37

Zbigniew Milewicz

Młody pan w starszym wieku

Dawniej mówiło się na mierniczego: geometra, albo żartobliwie skoczybruzda. Kojarzył się zwykle z podchmielonym osobnikiem o niedbałym wyglądzie, co biega po polach z łatą i mapą, coś tam mierzy, udowadnia, zapisuje, u gospodarza jeszcze się doprawi bimbrem i znika. Matki pilnowały przed nim córki, a mężowie żony, bo słynął z jurności. Osobiście znam takiego pana, jest moim sąsiadem w Tychach (witaj Kaziu), który może zaświadczyć, że to wszystko prawda, choć sam od lat prowadzi się już bardzo porządnie. Niedawno, z okazji 509 urodzin Gerarda Merkatora, flamandzkiego matematyka i geografa, prekursora współczesnej kartografii, uznawanego za ojca światowej geodezji, branża ta tradycyjnie świętowała. Co prawda wyrosła jej jeszcze inna, konkurencyjna data – 21 marca, ale geodeci to taki naród, który pracuje, kiedy trzeba, a świętuje, kiedy chce, więc zostawmy im wolność wyboru.

Mam również przyjemność znać wnuczkę Prof. Stanisława Kluźniaka – ojca polskiej geodezji. Jesteśmy z Marysią zaprzyjaźnieni od końca lat 80 i jak dzisiaj opowiem o jej dziadku, to usmażę dwie pieczenie na jednym ognisku. Będzie to bowiem wpis na Międzynarodowy Dzień Geodety a dla Marysi – laurka na niedawny Dzień Kobiet, który świętujemy latoś przez cały marzec. 

Stanisław Kluźniak urodził się w 1891 roku w Hebdowie, na ziemi miechowskiej, która była pod zaborem rosyjskim, w wielodzietnej rodzinie wiejskiego nauczyciela. Ojciec miał patriotyczne poglądy, w związku z czym także na pieńku z carskimi władzami, ale dzieci musiały zdobyć dobre wykształcenie. Po ukończeniu z wyróżnieniem polskiego gimnazjum, Stach złożył eksternistyczny egzamin maturalny w języku rosyjskim, otrzymał pierwszą lokatę z odznaczeniem i to otworzyło mu drogę na uczelnie Rosji. W 1914 r. ukończył Instytut Inżynierów Mierniczych w Moskwie – na swoje utrzymanie w czasie studiów zarabiał korepetycjami i drobnymi pracami pomiarowymi – a następnie został wcielony do carskiej armii, ponieważ w tym w samym roku wybuchła Wielka Wojna. Najpierw jest to służba w artylerii, później w wojskach kolejowych, przy czym zataja uczelniany dyplom, żeby uniknąć oficerskich szlifów i wysyłki na pierwszą linię frontu. Obdarzony aktorskimi zdolnościami, skutecznie gra niegramotnego, durnego chłopa i tak, w stopniu szeregowca, szwejkowskimi fortelami, przeżywa wojnę. Jeszcze w Moskwie poznaje piękną studentkę biologii i geografii, kresowiankę Wandę Wolską, biorą ślub i po wybuchu Rewolucji Październikowej w 1917 r. jadą do Briańska, w guberni orłowskiej. Mają już córeczkę Halinkę, przyszłą mamę Marysi. W guberni mieszka wielu Polaków, więc wspólnie z żoną zakładają polskie liceum i to jest początek pracy nauczycielskiej Profesora. Równocześnie wchodzi w politykę, współorganizując Związek Wojskowy Polaków.

Pobyt w Briańsku trwa krótko. Kiedy wojna już dogorywa, ruszają pierwsze transporty kolejowe ze Wschodu na Zachód, a w nich tłumy Polaków; wśród pasażerów jest Stanisław Kluźniak z żoną i dwuletnim dzieckiem. Jadą zatłoczonym, towarowym wagonem, droga jest niebezpieczna, wiedzie przez linie frontu, na którym jeszcze trwają pojedyncze potyczki, ale docierają cało do Warszawy. Do stolicy przeprowadziła się też rodzina z Hebdowa, więc na razie mają dach nad głową. Później znajdą własny. Dla pedagoga z powołania, który wyrósł w nauczycielskim i patriotycznym domu, najważniejsza jest praca oświatowa – Niepodległa potrzebuje geodetów. Jak odpowiedział na to zapotrzebowanie, pisze w życiorysie, który znalazłem w dokumentach rodzinnego archiwum Marysi Mayerhöfer-Trzeciak:

Od powrotu do Polski w końcu 1918 r. jestem 1. nauczycielem kolejno na kursach mierniczych, szkole topografów, Państwowej Szkole Mierniczej 2. dyrektorem Liceum Mierniczego, Technikum Geodezyjnego, 3. habilitowanym docentem na Politechnice Warszawskiej w 1928 r. (pisownia oryginalna).

Życiorys, którym można byłoby obdzielić parę osób, mieści się na połowie kartki maszynopisu i ma jedną charakterystyczną cechę: tytuły profesora pisane są z małej litery, a tylko jego szkoły – z dużej. Świadczy to o wielkiej skromności człowieka, choć językoznawca powiedziałby zapewne, że pisownia się z czasem zmienia i z cechami charakteru nie ma nic wspólnego. W czasie okupacji hitlerowskiej uczy w stolicy na tajnych kompletach, działa w szeregach Armii Krajowej, biorąc udział m.in. w licznych akcjach sabotażowych. Po upadku Powstania Warszawskiego, internowany do obozu w Pruszkowie, ucieka z niego Niemcom.

Kiedy wojna się kończy, wraca do miejsc, w których wcześniej uczył i wykładał – na Politechnikę, gdzie otrzymuje stopień profesorski i kierownictwo Katedry Geodezji, ale najpierw zajmuje się adresem przy ulicy Hożej 88, gdzie stoi ocalały z pożogi budynek szkoły mierniczej. Założona w 1916 roku, dwa lata przed przyjazdem Profesora do Warszawy, jest jego drugim domem. Po okupacji ponownie zostaje tu dyrektorem i nauczycielem, bo kraj znowu pilnie potrzebuje mierniczych – m.in. do przeprowadzenia reformy rolnej, prac regulacyjnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych i przygotowania dokumentacji dla odbudowy miast oraz przemysłu. Ponadto bierze na siebie organizację Katedry Geodezji na Wydziale Melioracji Wodnych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i kieruje nią przez 11 lat. Spełnia się jako naukowiec; jest autorem szeregu cennych prac i podręczników, z dziedziny geodezji i planowania przestrzennego oraz zastosowania pomiarów geodezyjnych w pracach rolnych.

Punkt ciężkości jego zainteresowań naukowych leżał w kręgu tradycyjnej, klasycznej niejako geodezji. Tworząc, miał zawsze na celu aktualne potrzeby techniczne, a w swych pracach, jako autor podręczników i jako redaktor wielotomowej Geodezji gospodarczej, dążył do aktywizacji nowych metod geodezyjnych, przy sporządzaniu map do różnego rodzaju potrzeb gospodarczych kraju.
Jako człowiek był z natury bardzo dobry i uczynny, chociaż niełatwo udzielał kredytu zaufania. Nie uznawał kompromisów tam, gdzie należało odróżnić dobro od złego, co łączyło się poza tym z odwagą cywilną nazywania wielu rzeczy po imieniu. Oportunistą nie był.

Pamiętne jest wystąpienie Profesora w 1956 r., w pewnym gronie naukowców, w którym zażądał uwolnienia z sowieckich łagrów polskich więźniów, wywiezionych w głąb imperium, po napaści ZSRR na Polskę, 17 września 1939 r. Przekonującą i spokojną, lecz śmiałą argumentacją umiał zjednać dla dobrej sprawy swoje środowisko.

Inaczej działał w obronie swoich własnych interesów. Kiedy w latach międzywojennych, po krótkim okresie docentury na Wydziale Geodezyjnym Politechniki Warszawskiej, wbrew swojej woli zmuszony był opuścić tę placówkę, zareagował na to posunięcie w sposób godny uczonego: wydał w r. 1928 największe objętościowo w historii polskiej literatury geodezyjnej dzieło, jakim jest Geodezja niższa, o przeszło 1100 stronach formatu A4, a następnie w r. 1937 – prawie na 500 stronach – Urbanizm. Pozostał tylko przy swojej szkole mierniczej (…), nie opuszczając jej już do końca życia, nawet po objęciu katedry w S.G.G.W. Młodzież ukochał szczerze i rozumnie: był wyrozumiały, choć niezbyt pobłażliwy. Kiedy zwrócono kiedyś uwagę, że umie sobie jakoś dawać radę z tą niesforną czeredą, ktoś zauważył: Rozumie młodzież, bo sam jest młody od środka: to taki młody pan w starszym wieku… Wychowankowie odpłacali Mu się szczerym szacunkiem i przywiązaniem, a tłumne ich przybycie (z niejednego już pokolenia) dla oddania Mu ostatniej posługi, było wprost wzruszające.

W szkole przy Hożej, dzisiaj noszącej imię Profesora, miał mały pokoik, w którym często nocował. Marysia mówi, że rzadko bywał w domu, co nie znaczy, że nie darzył miłością i troską swoich najbliższych. Pokazuje mi jeden z wierszy, które dziadek napisał specjalnie dla niej, pierwszej wnuczki oraz dla Wandy, jej młodszej siostry. Warszawa leżała jeszcze w gruzach, ludziom żyło się biednie, ale geodeta-poeta miał wiele nadziei, humoru i fantazji.

Odszedł nagle, 1 października 1957 r. We wspomnieniach o Profesorze Stanisławie Kluźniaku, zamieszczonych w Zeszytach Naukowych Politechniki Warszawskiej (Geodezja Nr. 5, 1960), z których pochodzą wcześniej cytowane zdania, jest adekwatny czterowiersz:

Pragnęłoby się wiedzieć, że się gasnąć będzie
Nie jak knot ogarka, pełgający wszędzie,
Lecz jak żarówki, które w oka mgnieniu gasną,
A przedtem do ostatniej chwili świecą jasno.

Autorem tego epitafium jest filozof, Prof. Tadeusz Kotarbiński.

Flughafen Tegel & macierzanka

Tibor Jagielski

der weisse maybach

berlin-west (1961 – 1989) und heiko (1959 – 2018) in memoriam

wir trafen uns
schon nach dem untergang
der insel

so wie sie plötzlich erschien
verschwand sie wieder

ich zugezogen in den siebziegern
er – insulaner, mit dieser stadt aufgewachsen

mit allen grenzen gewaschen
(– gänsefleisch waffen? munition?)

manchmal stundenlanges warten
manchmal durchgewinkt

wir fuhren diesselben strecken
und besuchten diesselben discos
ohne voneinander ahnung zu haben

zum beispiel dreilinden – hamburg
oder sound

ja wir traffen uns erst
als unsere wilde jugend zu ende war

als wir keine zweihundertfünfzig sachen mehr auf der autobahn fuhren
und die durchtäntzte nächte hinter uns liesen

zum sterben waren wir damals zu jung
und gegen die walze, die kam
keine chance

auf eine art und weise
waren wir von der furie des verschwindens
entsetzt

und retteten uns manchmal
in die vergangene träume
vergebens

aus dem band “tod in tegel”
2020

macierzanka

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujące po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech

Do widzenia, Viki

Umarła w grudniu, dziś o 12 jest jej pogrzeb. Okazuje się, że podczas pandemii nawet pogrzeby są dobrem limitowanym, na które trzeba czekać w kolejce, bo jedno jest prawo dla żywych i umarłych, a koronnemu królestwu nie będzie końca. Ciekawskim, którzy wciąż mnie o to pytają, odpowiadam: nie, nie umarła na koronę, choć jakie to ma teraz znaczenie. Kolejna przyjaciółka, która odeszła. Ewa Bielska, Maryla Ciechomska, Lonia Krenz, Basia Owsiana, Joasia Trümner, Viki Korb. Do widzenia, dziewczyny. Niedługo się spotkamy.

Odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukkową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Cześć jej pamięci!

12 grudnia 2020 napisałam na Facebooku:

Viktoria Korb (1945 – 2020)

Ale zanim napiszę trochę o Viki i zacytuję kilka jej świetnych bonmotów, zdjęcie, które przypomni nam, jaka naprawdę była (zdjęcie znalazłam na FB jej siostry):

Fajne nogi, dużo blond włosów, czasem uczesanych w dwie puszyste kitki, uśmiech. No i to jej świetne mieszkanie. Prawdziwe wielkie berlińskie mieszkanie, wielkie okna, wysokie sufity ze stiukami. Miała tam osobny pokój na ciuchy, a tam te wszystkie zwykłe i niezwykłe sukienki, o których niekiedy pisała. O tym na przykład, że jakiś pan na jakimś dyplomatycznym przyjęciu patrzy jej w dekolt i żeby to zatuszować, mówi, że ma na sukni bardzo oryginalny ażurowy haft. “Tak”, odpowiada Viki, “to ta siatka, przez którą można patrzeć na świat, jak się jest Afganką i nosi się burkę”.

Jej siostra Lusia na portalu dzismis też pisze o ekstrawaganckich strojach Viktorii: Wiki nienawidziła staników i była prekursorką nienoszenia tego instrumentu tortur. Ubierała się ekstrawagancko, co nie było proste w tamtych czasach, ale ona dawała radę, zresztą miała do tego odpowiednią figurę. To powodowało, że panowie ją często zagadywali. Wiki nazywała to „końskimi zalotami”, do dzisiaj nie wiem dlaczego.

Lusia zamieściła tam takie zdjęcie. Takiej Viki ja, a pewnie my wszyscy, jej berlińscy znajomi, nie znaliśmy. To może nawet fota jeszcze z czasów, kiedy Viki była studentką na wydziale handlu zagranicznego na SGPIS-ie w Warszawie i miała burzliwy romans z pewnym młodym człowiekiem. W mieście tymczasem szaleli hunweibini Moczara i wyrzucali Żydów z partii, stanowisk i studiów. Viki opisała to świetnie w powieści Ni pies, ni wydra, a motywem przewodnim tej książki jest śpiewana przez Barbarę Rylską piosenka Blady Niko. Do dziś, ile razy myślę o Viktorii, słyszę w głowie ten erotyczny refren, blady Niko, blady Niko…

W wyniku wypadków marcowych, w roku 1968 Viki wyleciała dyscyplinarnie ze studiów, wkrótce potem rodzina podjęła decyzję o emigracji i tata z dwiema córkami wyjechał do Wiednia. Blady Niko został w Warszawie, a gdy po jakimś czasie przyjechał do Wiednia, okazało się że niestety stracił cały ów nieprzeparty czar, jak niepyszny musiał więc wynieść się z życia Viki.
Wiki skończyła studia w Wiedniu i wyjechała z ojcem do Kolonii (Lusia pojechała na studia do Izraela), a stamtąd do Londynu. Gdy wróciła, nie pojechała z powrotem do Kolonii, wylądowała w Berlinie, wyszła za mąż, zrobiła doktorat na Freie Uniwersität i rozwiodła się. Zaczęła pracę w Unido, w sekcji pomocy krajom rozwijającym się. Wyjechała do pracy tam gdzie pieprz rośnie, jak to kiedyś sama określiła, pracowała w Indonezji, na Filipinach, a potem w centrali w Genewie. Lusia pisze, że Viki świetnie pasowała do tego rodzaju życia, na dyplomatycznym parkiecie poruszała się z ogromna swobodą i wdziękiem.

Po roku 89 Wiki zamieszkała na dwa lata w Warszawie, gdzie wykładała coś związanego z transformacją ustrojową, ale nie pamiętam co. Tak czy owak wróciła dość szybko i wtedy właśnie się poznałyśmy. Przypadkiem tak się złożyło, że obie nosiłyśmy się z pomysłem założenia czasopisma. Ja próbowałam to zrobić, szukając wsparcia w biurze Barbary John, ówczesnej pełnomocniczki władz Berlina do spraw cudzoziemców, Wiki myślała, że uda się jej namówić na takie przedsięwzięcie Ambasadę Polską. Obie strony nam odmówiły, tak to w życiu jest. W każdym razie spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu w Ambasadzie. To były czasy! Po latach komunistycznej inwigilacji pracownicy Ambasady, częstokroć wciąż jeszcze ci sami ludzie, starali się nam, politycznym emigrantom z PRL, nieba przychylić – jeden z nich powiedział mi nawet kiedyś, wie pani, pani Ewo, kiedyś musieliśmy się wami “opiekować”, a teraz mamy się opiekować. I to nie jest ten sam wyraz.
I zaiste nie był. Choć może teraz znowu tak jest, jak było kiedyś. Ale to już zupełnie inna historia.

Stałyśmy obok siebie w tej Ambasadzie, popijałyśmy i zakąszałyśmy jak, nie przymierzając, tatulo Beni Krzyka z Opowieści odeskich Babla, i rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo potrzebne jest w Berlinie porządne polonijne czasopismo społeczno-kulturalne. Nie utrzymujące się z reklam kolorowe magazyny, tylko porządne czasopismo.

Gdy więc zaczęłam zakładać czasopismo, dla którego potem Britta Wuttke zaproponowała tytuł WIR (bo to wyraz, który i po polsku, i po niemiecku coś znaczy), było oczywiste, że Viki będzie w tym brać udział. Pierwszy numer WIRu, zatytułowany Dwujęzyczność – Podwójna tożsamość prezentowałyśmy w marcu 1995 roku w Ambasadzie Polskiej. Był tłum ludzi, bigos, wódka, książki za darmo i inauguracyjny wieczór autorski. Czytały Viki i Edda Zint. Edda była wówczas współpracownicą pani John z biura ds. cudzoziemców. Pisała fajne eseje pod wspólnym tytułem Mój polski referat, a referat znaczy po niemiecku i referat, i wydział w biurze. Edda odpowiadała w biurze pani John za “polski referat” i wszyscy ją znaliśmy.

Tak to zjednoczyłyśmy tego wieczora nasze plany. Współpracowała z nami osoba z Biura ds. Cudzoziemców, a byłyśmy w Ambasadzie Polskiej. Nota bene, pismo założyłyśmy (właściwie same kobiety, nie licząc jednego dość przypadkowego mężczyzny) bez pomocy finansowej z którejkolwiek z tych instytucji – to tak dodaję, żeby była jasność. I w ogóle bez pomocy żadnej instytucji. Przez 18 lat istnienia WIR utrzymywał się z żebraniny, czyli  wiecznego składania podań o pieniądze na projekty.

Piszę to już po raz trzeci, widzę. Byłyśmy w Ambasadzie, a to polska instytucja. I, jak to zawsze w polskiej instytucji, nic przecież nie może być normalnie, skoro coś może nawalić (Murphy się kłania) – tym razem nawalił mikrofon. Był to zatem jeden z tych tzw. niezapomnianych wieczorów. W wielkiej sali pełnej ludzi trzeba było donośnie mówić, żeby było cię słychać w pierwszych rzędach, o tym żeby człowieka słyszały lub słuchały tylne rzędy nie było co marzyć. Ja, jako prowadząca, mówiłam bardzo głośno, Edda Zint się nie przejmowała, Viki prawie płakała. Była tak ładnie ubrana, miała przeczytać taki ładny tekst, i nikt jej nie słyszał.

Wiki współpracowała ze mną w WIRze, a gdy z publikacji na papierze przerzuciłam się na almanach kulturalno-społeczny na blogu, współpracowała ze mną na wszystkich moich kolejnych blogach, na Kurze, Qrze i tu, czyli u ewymarii. Wpisy z Kury i Qry zniknęły, gdy Agora, która prowadziła blox.pl, po prostu wyrzuciła miliony wpisów w przestrzeń kosmiczną. Tu można je wciąż jeszcze czytać. Po prostu wpiszcie w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko: Viktoria Korb.

I na koniec kilka obiecanych celnych zdań Viki:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Lucy Wielka Mistrzyni 2

Tibor Jagielski

lucy w drodze

podczas jednej ze swoich licznych wędrówek zatrzymała się lucy w przydrożnej gospodzie
i stwierdziła, że pracują tam dwie dziewczyny: jedna bardzo piękna, a druga okropnie brzydka; przy czym piękna pracowała na zapleczu, a brzydka obsługiwała;
zdzwiona odrobinę takim stanem rzeczy, zapytała właściciela gospody o przyczynę
– ach – westchnął – ta piękna  jest przekonana o swojej piękności, goście więc odbieraja ją jako arogancką, natomiast ta brzydka, wie o swojej szpetocie i się stara…

lucy w drodze (2)

gdy pewnego dnia lucy wędrowała przez pustkowie, zaskoczył ją zmierzch
rozłożyła się na nocleg i rozejrzała za odpowiednim kamieniem, aby podłożyć go sobie pod głowę, i, jakie było jej zdziwienie, znalazła ludzką czaszkę.
– ha – zapytała – co rzuciło cię w te strony? prowadziłaś rozwiązłe życie i zrujnowałaś sobie zdrowie? a może byłaś przestepcą, który zginął z ręki kata, albo uczynilaś coś,
co przyniosło hańbę twojej matce, żonie i dzieciom, tak, że popełniłaś samobójstwo?
– a może zabłąkałaś się tu i umarłaś z głodu, albo osiągnąwszy podeszły wiek
postanowiłaś tu samotnie umrzeć? – mówiąc to, chwyciła czerep, położyła go sobie pod głowę jak poduszkę i zasnęła, jak zwykle krzepko.
lucy śni się czaszka
– nawijasz jak kumata – powiedziała czaszka – to są wszystko ziemskie problemy;
jak się umrze, to ma się to wszystko w nosie, chcesz się czegoś dowiedzieć na temat życia po śmierci?
– oczywiście – przytaknęła stara mistrzyni.
– posłuchaj… w śmierci – ciągneła czaszka – nie ma ani kanclerzyn, ani sprzątaczek;
nie ma też pór roku; jesteś całkowicie wolna, a ziemia i niebo są dla ciebie jak wiosna
i jesień pełne wiecznej szczęśliwości.
lucy nie chciała jej jednak uwierzyć i zapytała:
– a gdybym poprosiła stworzycielkę, aby przywróciła ci uprzednią postać,
tak byś mogła ponownie cieszyć się życiem w szczęśliwej rodzinie?
– spadłaś chyba z byka – odparła czaszka – mam wracać do ziemskiej harówki?

lucy w domu

raz jeden z filozofów, którzy czasami odwiedzali lucy, zapytał,
widząc jak przyszywa ona pilnie łatę do sukienki
– jeśli jesteś, tak jak mówią, wielką mistrzynią, to dlaczego zajmujesz się tak błahymi sprawami?
– ludzie mali – odpowiedziała lucy – zajmują się wielkimi rzeczami; wielcy – małymi.

Miłość, starość, śmierć

Ewa Maria Slaska

Love, being old, death

For Łucja Fice

Od jakiegoś czasu “chodziła za mną” pewna piosenka. Słyszałam ją w głowie, jak to zazwyczaj jest, najpierw kawałek melodii, potem strzęp wersu, potem jeszcze trochę melodii. I dość szybko całą linijkę: If you want to be free, be free… Znalezienie, co to za piosenka to był już niewielki problem. If you want to sing out, sing out, If you want to be free, be free, if you want to be high, be high…

Sorry, the rest of that post is in English.

Cat Stevens

You Want To Sing Out, Sing Out

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are

And if you want to live high, live high
And if you want to live low, live low
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are

[Chorus:]
You can do what you want
The opportunity’s on
And if you can find a new way
You can do it today
You can make it all true
And you can make it undo
you see ah ah ah
its easy ah ah ah
You only need to know

Well if you want to say yes, say yes
And if you want to say no, say no
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are
And if you want to be me, be me
And if you want to be you, be you
‘Cause there’s a million things to do
You know that there are

[Chorus]

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are

But of course, when I found that song, I knew, that I was also seeing pictures, and it was no Cat Stevens, whom I saw, but of course Ruth Gordon, one of the most beautiful old ladies in the history of cinema. Ruth Gordon in unforgettable Harold and Maude.

Well, such a wonderful movie and so unrealistic love story. But it does not matter. It is an amazing movie with amazing life messages. Do not think, it is about love between a teenager and an old woman, or a movie about the the age difference. No! It is love story saying us, that real love transcends all our limitations. If you are bigger than what you have ever learned is proper. There’s always something new to learn. And it never ends, because long after you die, everyone else still will go that way, trying to be free and to sing out. The old age does not matter and the death does not matter. We shall die and you stay and still try to be free… If you want to be free, be free…

Lucy Wielka Mistrzyni 1

Tibor Jagielski

lucy – przepis na zupę z kaczki

pewnego pięknego, słonecznego poranka stanęła lucy na progu swojego domostwa,
spojrzała na baraszkujące w sadzawce kaczki i poczuła ogromną ochotę na kaczą zupę;
ponieważ żadna z kaczek, mimo wielkiego szacunku jakim darzyły  mistrzynię, nie dała się
namówić na to, aby skończyć życie w wiszącym nad paleniskiem kociołku,
postanowiła lucy zrobić kaczą zupę bez kaczki:
do gotującej się wody wrzuciła pokrojone warzywa i zioła, następnie skrzydelka,
udka i nóżki nieistniejącej kaczki, a na koniec sporo nieistniejącego smalcu
z nieistniejacej kaczki, ciągle i dokładnie mieszając
i po niedługim czasie zupa była gotowa;
lucy spróbowała ostrożnie i powiedziała
– ho, ho, tak dobrej zupy już dawno nie jadłam
i nalała ją także swoim kaczkom do korytka;
na ptactwo nie trzeba było długo czekać
i wkrótce wszyscy zajadali się ze smakiem,
podczas gdy słońce wzosiło się powoli na niebo.

lucy i  koty

raz jeden z okolicznych kotów wbiegł do chatki mistrzyni i położył się spać akurat na poduszce,
na której zwykła siadywać lucy.
– czy mam go wyrzucić? – zapytał jeden z uczniów.
– jak wpadłeś na ten pomysł? – rzekła lucy – czyżbyś nie znał moich nauk?
– ale jaki z tego pożytek, że traktujesz tego kota po królewsku? – odparł uczeń.
a lucy na to
– co to byłby za pożytek, gdybym dzieliła się z innymi
tylko tym co bezwartościowe, albo bez znaczenia?
nie słyszysz jak mruczy? to ta muzyka jest mi zapłatą.

lucy na polowaniu

pracującej w ogrodzie lucy przeleciał raz przed samym nosem bażant
i zatrzymał się nieopodal
ach, wspaniale – pomyślała – dawno nie wylądował w moim garnku – i
mimo że była w trakcie w pielenia grządek, narzuciła sukienkę,
chwyciła procę i ruszyła za ptakiem…
jednakże bażant okazał się niełatwym kąskiem i ledwo lucy zbliżała się na odleglość rzutu,
on jakby tknięty przeczuciem odfruwał…
nie spostrzegła się lucy, a czas mijał, jak wylądowała w sadzie kasztanowców pobliskiego pgr-u
i tam też wreszcie znalazła właściwą do miotu pozycję, lecz zamiast rzucić kamieniem,
rzuciła najpierw okiem i spostrzegła w cieniu liścia cykadę,
a na samym liściu dokładnie obserwującą ją modliszkę,
a znowu modliszce przypatrywal się intensywnie bażant,
którego miała dotychczas w oku lucy
i zdumiona takim obrazem znieruchomiała na moment…
wtem rozległ się hałas i z pobliskich krzaków wybiegli chlopi z kijami,
myśląc, że mają do czynienia ze złodziejem i nieźle by się lucy oberwało,
gdyby im szybko nie wytłumaczyła, dlaczego zabłądziła do ich ogrodu…
wracając do domu była bardzo markotna;
– co się stało? – zapytała jedna z uczennic
– ach, wskoczyłam do brudnego potoku i zapomniałam o moim czystym jeziorze –
westchnęła lucy i wróciła do pielenia.

lucy umiera

gdy lucy umierała, zebrały się w jej domku uczennice i uczniowie
i radzili jaki jej urządzić pochówek i jakie drogocenności włożyć do grobu…
stara mistrzyni przerwała im:
– nie troszczcie się o to; moją trumną i zarazem grobem jest niebo i ziemia,
a słońce, księżyc i gwiazdy to moje klejnoty, a pożegna mnie cała natura.
– ale co będzie gdy przylecą sępy i wrony? – zatrwożyli się uczniowie.
– nad ziemią zjedzą mnie sępy, a pod ziemią mrówki,
wolicie mrówki?

Listopadowe spacery cmentarne. Poppy Day.

Ela Kargol

Brytyjski cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery)

O tym, czy maki kwitną w Stahnsdorfie wiosną, muszę się jeszcze przekonać. Na pewno zakwitają 11 listopada, a ściślej w niedzielę najbliższą tej dacie.

11 listopada 1918 w wagonie kolejowym w lesie Compiègne został podpisany rozejm między Ententą i Cesarstwem Niemieckim, kończący I Wojnę Światową. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11. Tego dnia Polska po 123 latach zaborów odzyskała niepodległość. W 1937 roku ustanowiono w Polsce 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości.

W Finlandii 11 listopada obchodzony jest Dzień Ojca, w Tajwanie Dzień Bliźniąt, w Chinach Dzień Singli, w Stanach Zjednoczonych Dzień Weteranów, we Wspólnocie Narodów Dzień Pamięci (Remembrance Day) nawiązujący też do dnia zakończenia I Wojny Światowej. Dzień Pamięci nazywany jest także Dniem Maku (Poppy Day).

Mak już od starożytności symbolizuje wieczny sen i śmierć. Makami przystrajano grobowce faraonów. Architektura sepulkralna pełna jest maków wykutych w kamieniu.

Mak jest rośliną ulotną, przemija szybko, jak życie. Nasiona jego z kolei mogą wykiełkować nawet po 30 latach.

Najbardziej lubi ziemię nagą, bez roślin, taką przeoraną i wymęczoną, wzruszoną pługiem lub wojną.

Poppy Day nie wziął się ze starożytnych wierzeń, ale z flandryjskich pól, pól, gdzie toczyły się najkrwawsze bitwy I Wojny Światowej.

John Alexander McCrae był kanadyjskim poetą, lekarzem, żołnierzem Kanadyjskich Sił Zbrojnych. Brał udział w Wielkiej Wojnie. Podczas drugiej bitwy o Ypres 2 maja 1915 roku ginie jego dobry przyjaciel. Pogrzeb odbywa się następnego dnia i wtedy McCrae dostrzega ogrom kwitnących maków na wojskowym polowym cmentarzu. Zaraz potem John McCrae pisze swój słynny wiersz In Flanders Fields. Czerwony kwiat maku staje się symbolem Dnia Pamięci w krajach anglosaskich i w ten dzień noszony jest z dumą przypięty przez Brytyjczyków do ubrania. Ze sztucznych maków powstają wieńce, składane w miejscach upamiętniających wojny, nie tylko tę pierwszą. W Poznaniu, na cytadeli na Cmentarzu Wojennym Wspólnoty Brytyjskiej, jedynym takim cmentarzu w Polsce, od lat składa się w niedzielę najbliższą 11 listopada wieńce ze sztucznych maków. Te wieńce widziałam już tam kilka razy i aż wstyd się przyznać, nie umiałam ich połączyć z żadnym świętem. O samym maku-symbolu, papierowym kwiatku, dowiedziałam się również stosunkowo późno.

Wojskowy cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery) założony został w roku 1924. Jest częścią znanego cmentarza Südwestkirchhof Stahnsdorf, o którym TU pisałam niedawno. Pochowano tu 1172 ofiary Wielkiej Wojny. Przy Heerstrasse w samym Berlinie znajduje się inny Brytyjski Cmentarz Wojskowy dla ofiar II Wojny Światowej, na którym wśród żołnierzy innych narodowości pochowanych jest pięciu Polaków służących w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.

Te cmentarze projektowane są wszystkie w podobny sposób, zgodnie ze standartami Komisji Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów. W centralnym miejscu umieszczony jest Krzyż Ofiarności (Cross of Sacrifice), w rzędach w wojskowym szyku ustawione są jasne wapienne stele z nazwiskiem zmarłego,  w równym szyku przed nimi rosną rośliny ozdobne i kwiaty. Wśród kwiatów na pewno są róże. Maków nie widziałam, ale to nie ich pora kwitnienia.

Przyjechaliśmy w tym roku tu specjalnie, żeby uczestniczyć w Remembrance Sunday, o godzinie 11 w dniu 8 listopada. Jechaliśmy z Berlina rowerami, bez współczesnych udogodnień, z mapką narysowaną ołówkiem na kartce. W końcu i przy końcu drogi wiedzieliśmy, że cmentarz musi być już gdzieś w pobliżu i wtedy wyłoniła się jakby z brytyjskiej mgły postać w meloniku z parasolem, w klasycznym trenczu z przypiętym do niego po lewej stronie papierowym makiem. Bardzo precyzyjnie i krótko opisał nam drogę i wojskowym szybkim krokiem pomaszerował dalej. Na cmentarz dotarł przed nami. Bo myśmy pojechali za głosem dudziarza, który ćwiczył w sosnowym lesie swoje smutne granie przed główną ceremonią. Była msza, bardzo uroczysta. Po odegraniu na trąbce wojskowego sygnału The Last Post nastąpiły dwie minuty ciszy. Krótko potem trębacz zagrał pobudkę Reveille. Nasz Brytyjczyk stał wyprostowany trzymając prawą rękę na sercu. Pastor opowiadał o okrucieństwach wojen i o utrzymaniu pokoju za wszelka cenę, i o wspomnieniu tych, co polegli. I nagle rozległy się dudy, pieśn żałobna wygrana z taką mocą i żalem, że aż mnie przeszedł dreszcz, tym bardziej, że nie widziałam dudziarza, słyszałam tylko muzykę, a potem go zobaczyłam, stąpającego między jasnymi grobami tych, najczęściej młodych, chłopców.

John McCrae

In Flanders Fields

In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place; and in the sky
The larks, still bravely singing, fly
Scarce heard amid the guns below.

We are the dead. Short days ago
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved, and were loved, and now we lie
In Flanders fields.

Take up our quarrel with the foe:
To you from failing hands we throw
The torch; be yours to hold it high.
If ye break faith with us who die
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields

Wśród Flandrii pól

Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy – dzielny ptak.

Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.

Podejmij walkę, tam wciąż – wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.

Tłumaczył Tichy na blogu Okruhy (Salon24)

Wspomnienia (3): po wojnie

Zofia Slaska i Jacek Slaski

Jacek Slaski: Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Zofia Slaska: Nas wyrzucano w 1945 roku i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie. We dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, żeby było śmieszniej, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił. Pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnościąi nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry dawały mi obiadw menażki. Musiałam też przynieść mu czyste rzeczy, a odebrać zawszone. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Wszystko musiałam i jakoś sobie radziłam. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał niktz rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista. Tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Jednak ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć co się da i rozprzedać. Był jeszcze wuj Henryk Woźniakowski, ojciec Jacka, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie. I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali ci panowie z tej instytucji rolnej – pan Grabowski i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed gmachem UB po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach. I to chyba ta komisja załatwiła, do której też się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, Ludwik Slaski, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w następnym roku szkolnym zdać maturę.

Maturę zdałam w 1946 roku, w PRL-u. To był mój najlepszy rok, z 1945 na 46. Z powrotem byłam uczennicą, nie byłam osobą decydującą, nie byłam osobą, na której ktoś polega. Cieszyłam się z normalności. Byłam uczennicą, taką jak inne, mogłam się przejmować tym, czy mam co włożyć na zabawę karnawałową. Ze strojami były straszne problemy – każda z nas miała po jednej spódnicy, więc się wymieniałyśmy, żeby nie chodzić zawsze w tym samym. Ja na maturę miałam jakąś białą bluzkę, ale spódnicę pożyczałam od dziewczyny, córki młynarza, bardzo zamożnej, która kończyła właśnie czwartą klasę gimnazjalną i miała prawdziwą układaną spódnicę. I w tej spódnicy zdawałam maturę. Ogromnie się przejmowałam strojami, bo ogromnie się przejmowałam kolegami. Brat jednej z moich koleżanek uczył sięw tej samej klasie co ja, ale w liceum męskim. W czasie karnawału maturzystki zostały zaproszone do tego liceum na studniówkę. Może to zresztą nie była studniówka, tylko zabawa karnawałowa. Bo w „Nazarecie” myśmy tańczyły ze sobą, żadnych chłopców nie było. I się ogromnie przejmowałam, tam mi się jeden chłopiec podobał, ale nic z tego nie wyszło, nawet nie było kiedy, bo już na Wielkanoc wyjechałam do Poznania.

Dlaczego do Poznania?

Do mojego ojca, bo mój ojciec już był wtedy w Poznaniu. Pojechał tam na zaproszenie państwa Zwolińskich, tych którzy mieszkali w Bystrzanowicach po upadku powstania warszawskiego, i Hulewiczów, którzy byli z nami spokrewnieni. Genialna była matka wuja, jak ja to mówiłam, Leona Zwolińskiego. Zwolińscy mieli majątek na Wołyniu, kamienice w Warszawie i hektary, i dom w Poznaniu. Jak Rosjanie weszli do wschodniej części Polski i odebrali im majątek, to wyjechali do Warszawy, a jak powstanie upadło i trzeba się było wynosić, to najpierw mieszkali w Bystrzanowicach, a potem pojechali do Poznania, gdzie chcieli zamieszkać w swoim domu. Nie umiem powiedzieć, skąd i jak, ale oni mieli zawsze pieniądze, po wojnie też. W Poznaniu mieli dom na ulicy Dąbrowskiego i gospodarstwo, ale w międzyczasie ten dom i gospodarstwo zajęli Rosjanie. Wynajęli więc pokój na tej samej ulicy, żeby być w pobliżu i pilnowali. Jak Rosjanie się wynieśli z ich gospodarstwa – było małe i nie podlegało reformie, pewnie było tam ze trzy hektary, ale było w mieście – to Zwolińscy natychmiast tam weszli. W domu były cztery pokoje i, zabawne, bo dwie kuchnie, jedna – zimowa w domu, a w lecie druga – w przybudówce, w budynku gospodarczym. I tam, u Zwolińskich, zamieszkał mój ojciec, a Hulewicze, którzy też się przenieśli, wynajmowali dwa pokoje w budynku parafialnym w pobliżu. Czyli cała grupa, która pod koniec wojny mieszkała w Bystrzanowicach, to byli przyjaciele i rodzina, z którymi się nawiązało bliskie stosunki jeszcze wtedy, jak oni wszyscy byli na Wołyniu.

Czyli twój tata pojechał, a ty zostałaś w Częstochowie?

Najpierw myśmy tam pojechali razem z ojcem, oboje, latem 1945 roku, gdy ojciec wyszedł z więzienia, a ja miałam wakacje, bo właśnie się skończył rok szkolny. Całe wakacje spędziłam w Poznaniu, tylko na dziesięć dni zabrali mnie do siebie wujostwo Edziowie Morawscy, bo ciocia z dwójką dzieci mieszkała na plebanii u księdza w pobliżu ich dawnego majątku. Majątku już oczywiście nie było, a wuj Edzio też podjął pracę w Poznaniu, tak jak mój ojciec, w tzw. PNZ – Państwowych Nieruchomościach Ziemskich. Tam zresztą był dyrektorem mój przyszły teść, zresztą kuzyn mojego ojca, Ludwik Slaski. W PNZ głównie pracowało ziemiaństwo. Dyrektorem naczelnym, bo centrala PNZ-ów była w Poznaniu, był pan Marenż, bardzo światły człowiek i pełen inwencji.

Po wakacjach wróciłaś do liceum w Częstochowie?

Na ostatni rok szkolny. I tu już też było zupełnie inaczej – cały dom został zwrócony zakonnicom, bo przedtem część ich budynku zajmowało wojsko niemieckie. Były więc normalne klasy, bo przedtem, w czasie wojny, myśmy miały lekcje w sypialniach. Sypialnie na dzień zamieniano na klasy szkolne i miałyśmy lekcje na zmianę, jedna klasa w godzinach rannych, a druga po południu. A teraz każda klasa miała swój pokój lekcyjny, choć były też oczywiście takie finezje klasztorne – myśmy na przykład nie mogły po południu siedzieć w klasie i lekcji odrabiać, tylko przebywałyśmy w pomieszczeniu, które się nazywało uczelnia – było wspólne dla wszystkich panienek, które mieszkały w internacie. Jednak były to już całkiem luksusowe warunki i byłam tam bardzo szczęśliwa. Finansowo też się jakoś wszystko dobrze ułożyło. Już w jesieni 1945 roku musiałam zacząć płacić za internat – w końcu siostry żywiły nas, ogrzewały, opierały. Nie wiem, czy zostały jakieś pieniądze ze sprzedaży inwentarza w Bystrzanowicach, opłaty z siostrami uzgadniał mój ojciec, gdy był już na wolności, ale siostry jakoś to wyliczyły, że starczyło. Ojcu przecież nie został żaden majątek, w czasie wojny nie zarabiał, nie handlował na lewo. Tyle co ten spirytus sprzedawał, ale to było na bieżące wydatki. A w domu w Bystrzanowicach było pełno ludzi. Ich wszystkich trzeba było wyżywić. Ludzi było tyle, że piec chlebowy we dworze nie starczał, nie dało się raz na tydzień napiec chleba dla wszystkich, dokupywało się chleb na wsi.

Nic się z Bystrzanowic nie uratowało?

Trochę, ale bardzo niewiele. Przepadły na przykład akcje papierni w Myszkowie, które miała moja mama, papiernia została upaństwowiona i nigdy nic z tych akcji nie dostaliśmy. (Tu gdzieś jeszcze leżą te akcje). Był moment, że ojciec był odpowiedzialny za jakieś pieniądze i miał manko. I wtedy sprzedał dwa obrazy szkoły holenderskiej, które miał po swoich rodzicach i które wisiały w Bystrzanowicach w jadalni, a potem zostały wywiezione i wisiały w Poznaniu. Bo obrazy czy meble można było wywieźć. Część tych mebli mam do dziś i stoją w moim mieszkaniu. To zresztą też nie było takie proste. Ruchomości z Bystrzanowic zostały najpierw przewiezione do klasztoru na Jasną Górę i odzyskiwaliśmy je stopniowo. Najpierw ojciec przywiózł trochę rzeczy do Poznania, ale nie meble, tylko jakieś mniejsze rzeczy. A później ja dwukrotnie, raz przed moim ślubem, a drugi raz, jak już dzieci były dobrze podrośnięte, przywoziłam meble z Jasnej Góry do Poznania. Ale cała reszta została. Bystrzanowice to nie był nawet taki wielki dwór, we dworze było dziewięć pokoi, ale dziewięć umeblowanych pokoi to było dużo mebli i nie dało się wywieźć wszystkiego. Ja już później, jak moje dzieci były duże, wywiozłam tapczany. Blejtramy się na to mówiło – w ramie drewnianej były sprężyny na pasach i to było obite. I to były takie dodatkowe miejsca do spania – był w salonie taki tapczan i w kancelarii mojego ojca. Również tak zwane wkłady z łóżek drewnianych – twoi rodzice spali na takim bystrzanowskim tapczanie jeszcze na Grunwaldzkiej. I te obrazy też się udało przewieźć. Dwa sprzedał mój ojciec, a inny, określany jako Murillo, to ja sprzedawałam. Taki chłopiec, pastuszek, siedzący na kamieniu, ma nogę założoną i wyciąga sobie cierń z pięty. Ten obraz został wyjętyz ram i nieprawidłowo zwinięty farbą do środka. Farba się mocno pokruszyła, ale przez jakieś znajomości to zostało w Poznaniu sprzedane, Muzeum to chyba wzięło. Guzik to był a nie Murillo, ale jednak muzeum to wzięło. Mnie to jednak nie interesowało, nawet nie chodziłam sprawdzać, czy to wisi, czy nie. Zresztą muzeum nie pokazuje wszystkich obrazów ze swoich zbiorów, równie dobrze mogli kupić ten obraz, odrestaurować i potem sprzedać. Nie wiem. W każdym razie innych obrazów w Bystrzanowicach nie było – te dwa holendry i Murillo. Portretów rodzinnych nie było, były fotografie – do dziś u Marka wisi portret babci Teodozji w ozdobnej rzeźbionej ramie i owalna fotografia jej rodziców. Morawscy mieli swoje portrety rodzinne, również po Łempickich, ale te obrazy były w Plancie i wszystkie przepadły. W Plancie był front, czy Niemcy wywieźli, czy Ruscy wywieźli, czy zostało spalone, zniszczone. Bystrzanowice nigdy nie zostały zajęte tak jak Planta, ale Bystrzanowice to było odludzie, z dwóch stron 8 kilometrów lasu – to zupełnie się nie nadawało do zajęcia przez wojsko.

Czyli twój tata jakoś zapłacił za internat u sióstr, ale za co na przykład kupowałaś ubrania czy pomoce szkolne?

Jesienią 1945 roku nie było pieniędzy, ale ja dawałam dużo lekcji i zarabiałam swoje pieniądze. I to był bardzo wspaniały rok. Tyle, że gdy pod koniec 1945 roku jechałam na Boże Narodzenie do Poznania, to się przeziębiłam. I to przeziębienie się ciągnęło i wciąż miałam stany podgorączkowe. Mam zwapnienia prawego szczytu płuc – to z tego okresu. A wtedy też miałam jakieś stany zapalne przy paznokciach, to się wtedy mówiło „obierały mi palce”. Było to ropne zapalenie, musiałam chodzić do infirmerii, w wodziez mydłem moczyć i maści mi jakieś przykładali. I, gdy zdałam maturę latem 1946 roku, rodzina zadecydowała, że trzeba mnie doprowadzić do porządku. Wtedy zabrał mnie do siebie Adam Grabkowski, bratanek mojego ojca. Był wtedy dyrektorem jakiejś stacji traktorów na Ziemiach Odzyskanych koło Kłodzka. I ja tam pojechałam wydobrzeć i odżywić się.

Ale najpierw zdałaś maturę?

Maturę zdałam dobrze, ale nie tak błyszcząco – byłam chyba trzecia w klasie, tylko że nas wszystkiego było w klasie osiem uczennic. Na maturze był stopień z geografii, który się uzyskało z czwartej klasy gimnazjum i tam miałam czwórkę, a inne przedmioty miałam na pięć. I chyba z religii miałam czwórkę, zresztą wszystkie miałyśmy obniżony stopień. Ksiądz się na nas okropnie wściekł, bo któraś mądralińska mu się przyznała, że się wycwaniłyśmy. Ksiądz dał tematy egzaminacyjne, które trzeba było sobie opracować i potem się zdawało końcowy egzamin, nie przed komisją, tylko u niego. I to było trudne, bo myśmy w pierwszej klasie liceum miały dogmatykę, a w drugiej – etykę. Kiedy ksiądz dał te tematy, a oczywiście młodzież była sprytna, każda z nas opracowała jeden temat, a reszty się uczyła z opracowań innych. I któraś mądralińska mu się przyznała, że to tak było. Skarżypyta straszna, ale awantura też była straszna. Zagrożone byłyśmy, że będziemy komisyjnie zdawać maturę z religii. W końcu nie doszło do tego, była komisja maturalna z kuratorium, ale się nie wtrącała do religii i tylko obniżono nam stopień. Czyli miałam te dwie czwórki na maturze.

A po maturze pojechałaś do wuja Grabkowskiego na Dolny Śląsk.

O, pan dyrektor miał mieszkanie służbowe, w domu była Niemka – gospodyni, pewnie była właścicielka tego domu, bo wtedy mieszkało tam jeszcze dużo Niemców, ich dopiero później wysiedlali. I tam spędziłam te wakacje, bite dwa miesiące. Były tam ze mną dwie siostry Adama, po kolei, pierwszy miesiąc jedna, a drugi – druga, bo one pracowały już i nie miały tyle wakacji, co ja. Rzeczywiście wydobrzałam tam, skończyły mi się stany podgorączkowe, palce się wyleczyły, wszystko było w porządku. Wyzdrowiałam i przyjechałam do Poznania. Ja sobie wymarzyłam, chciałam pójść na chemię albo na medycynę, ale oczywiście było dawno po egzaminach wstępnych. Poszłam więc na ekonomię na Uniwersytet Poznański, gdzie nie było egzaminów wstępnych – przychodził człowiek, zapisywał się i był studentem. Przeczekanie roku nie wchodziło w rachubę, trzeba było się uczyć. Natomiast było oczywiste, że będę studiowała, co jeszcze w pokoleniu mojej matki, która przecież matury nawet nie miała, jeszcze oczywiste nie było. Wszystkie kobiety w rodzinie miały wprawdzie ogromną wiedzę, ale uczyły się tylko w domu i nie studiowały, studiowali synowie.

W tym czasie poznałaś mojego dziadka, swojego przyszłego męża, Jacka Slaskiego.

Jacek przedtem też uczył się w domu, zdał maturę jako ekstern w Pińczowie i od razu zapisał się na pierwszą otwartą uczelnię w Krakowie – Akademię Handlową. Rok akademicki zaczął się w marcu 1945 roku i trwał do września. I jesienią 1945 roku, jak ja szłam dopiero do drugiej (ostatniej) klasy licealnej, żeby zdawać maturę, to on już przyjechał na II rok studiów do Poznania. Jego rodzice mieszkali jeszcze w Rawiczu, dokąd się przeniosły PNZ-ty i gdzie pracował jego ojciec, Ludwik. A Jacek w Poznaniu wynajmował kwaterę studencką. Decyzja zmiany miasta wynikała więc u Jacka tylko z tego, że chciał być z rodziną. Jego brat Michał nie przeniósł się za rodziną, studiował w Krakowie i bardzo długo tam mieszkał, a potem przeprowadził się do Warszawy. W każdym razie jak ja się zapisałam na I rok ekonomii, Jacek był na tym samym wydziale studentem III roku. Tyle, że w tym właśnie czasie doszedł do wniosku, że wcale nie chce być pracownikiem administracyjnym. Skończył studia ekonomiczne i już pracował, ale jednocześnie od III roku ekonomii studiował archeologię.

Drugie studia kończył równo ze mną. Jego zainteresowania archeologią datują się jeszcze na czas, kiedy mieszkał z rodzicami w ich majątku – Turnawcu, gdzie przed wojną dokonano jakichś odkryć archeologicznych. Znaleziono jakąś siekierkę, która zawsze leżała na biurku u jego ojca, ale znaleziono też jakiś skarb.

Poznałaś Jacka na studiach?

Wcale nie. To mój ojciec zarządził, a ja musiałam być posłuszna i grzeczna, że muszę iść z wizytą do wujostwa Slaskich, którzy właśnie się przeprowadzili do Poznania. A ja wcale nie miałam ochoty, miałam inne plany, spotkać się z kolegami czy coś. Zmuszona do wizyty, ze złości postanowiłam poderwać kuzyna. Było to w 1946 roku, właśnie przyjechałam i zaczęłam studiować. Poznaliśmy się więc na herbatce u jego rodziców.

Mieszkałaś razem z tatą w domu państwa Zwolińskich?

Nie, nie mieszkałam z moim ojcem, tylko wynajmowałam pokój na mieście. U Zwolińskich, w tym gospodarstwie, nie było miejsca, ale ja też nie miałam żadnej ochoty tam mieszkać. Najpierw długo mieszkałam u Berszów, których syn, malarz, był kolegą naszych – ze strony Morawskich – kuzynów Kicińskich. Staś Kiciński był przez rok w Bystrzanowicach jako praktykant. Kiepskim on był praktykantem, bo on nie lubił rolnictwa. Zresztą Staś później skończył szkołę mechaniczną i był specjalistą od samochodów. A młodzi Berszowie, bo ich było dwóch braci, też przyjeżdżali do Bystrzanowic, w lecie, na wakacje albo jak w mieście było więcej łapanek. Berszowie mieli mieszkanie w Poznaniu na ulicy Matejki, na III piętrze w kamienicy. Ale jakoś tak było, że starszy pan Bersz umarł i rodzice pani Berszowej mieli się sprowadzić do Poznania, żeby jej pomóc, więc już nie było dla mnie miejsca. Ale ja zawsze miałam jakieś pokoje i sobie świetnie radziłam. Trochę pieniędzy na życie dawał mi ojciec, a ja udzielałam lekcji. Biednie było, na pewno było biednie. Obiady jadałam w stołówce studenckiej i to się wypatrywało, w której stołówce jest trochę lepiej albo trochę taniej. Ciuchy się dostawało z Caritas Akademika, od czasu do czasu można było jakieś ciuchy dostać, jakąś bluzeczkę, jakieś coś tam. Z kupowaniem było trudniej, ale od ojca miałam całkiem porządny kostium, już nie wiem, czy on w tej firmie, gdzie pracował jakiś kupon dostał. Chodziłam w tym kostiumie na wszystkie egzaminy i może nawet byłam w tym kostiumie z wizytą u wujostwa Slaskich. Nie pamiętam. W każdym razie od połowy miesiąca zawsze chodziłam z wizytami do ciotek, tak koło godziny 19.00, żeby się załapać na kolację. I tak chodziłam do cioci Józinki Kicińskiej albo do cioci Elżuni Slaskiej. A z Jackiem to trwało a trwało, bo poznaliśmy się przecież w 1946 roku, tak z rok trwały podchody, w 1948 roku się zaręczyliśmy, w 1949 braliśmy ślub.

Było jakieś życie studenckie?

Ależ było, oczywiście. Namiętnie chodziłam na wszystkie występy, do teatru bardzo dużo i do opery, ale nie z Jackiem, raczej sama albo z ojcem. Bardzo się przyjaźniłam z Zosią, później Kolberg, Mogilnicką, która była moją koleżanką na roku, z tym że ona przez pierwszy rok studiowała jeszcze w Lublinie, bo oni pochodzili z lubelskiego, mieli tam majątek. Później państwo Mogilniccy, Zosia i jej brat przenieśli się do Poznania, i myśmy na moim roku ekonomii tworzyli taką szóstkę czy ósemkę przyjaciół, w tym Anka Uznańska i Iza Łaszyn, potem Kwilecka. To nie wszystko byli ziemianie, jednak w dużej części. Uznańscy byli właścicielami Szaflar, to taki majątek na Podkarpaciui tam była fabryka nart. Ale to czy moi koledzy byli ziemianami nie odgrywało zbyt ważnej roli, a w Klubie Włóczęgów już zupełnie nie. To była wspaniała instytucja, ten Klub Włóczęgów, zorganizowana przez Komorowskich, rodziców obecnego marszałka sejmu, Bronisława. Ja z Jadzią, jego matką, jestem w stałym kontakcie, bo ona teraz mieszka u córki tu, w Gdańsku. Zyś, ojciec marszałka, już nie żyje. Klub Włóczęgów to była tradycja. W dwudziestoleciu międzywojennym był taki Klub na Uniwersytecie Wileńskim, a Komorowscy są z Wileńszczyzny i dlatego ten nasz Klub tak się nazywał. Wiosną i jesienią organizowano niedzielne wycieczki po okolicy,a w lecie dłuższe, kilkutygodniowe wyprawy. Na przykład na Mazury. Byłam członkiem Klubu Włóczęgów, też mocno byłam zaangażowana w harcerstwie i w lecie jeździłam na obozy harcerskie. Natomiast bardzo się w poznańskim Klubie udzielali Krysia Slaska, córka wuja Jana Slaskiego, brata mojego teścia i Jurek Wiśniewski, za którego Krysia potem wyszła za mąż. Krysia studiowała rolnictwow Poznaniu, dopiero wiele lat potem stryj Jan kupił im dom w Krakowie.

I to wszystko byli ziemianie?

W tych organizacjach powiązania ziemiańsko-rodzinne niby nie od grywały już takiej roli, ale jednak jakąś odgrywały, bo wiele lat później, jak już byłam dorosła i miałam dzieci, kiedy powstał Klub Inteligencji Katolickiej, i ja się tam udzielałam i chodziłam na prelekcje, zebrania, to tam też było mnóstwo ziemian. Bo to była inteligencja, ludzie o szerszych zainteresowaniach, było to też dla tej grupy jakieś miejsce, gdzie mogli się spotykać. W drugiej połowie lat 40. taką funkcję pełniły zresztą te PNZ-ty – tam pracowali ziemianie, bo oni mieli wykształcenie rolnicze, odpowiednie, aby zarządzać gospodarstwami. Trwało to tylko kilka lat, potem zaczęły się czystki, wyniszczono ich, zamknięto do więzienia. Teść mój poszedł do więzienia w 1948 roku. Jak braliśmy ślub, to teścia nie było i były całe hece ze ślubem, bo teściowa Elżbieta Slaska, zwana Babunią, uważała, że trzeba czekać, aż dziadzio wróci z więzienia. Nie wiadomo było, jak długo to mogło trwać, bo teść był na razie aresztowany, zanim doszło do rozprawy w 1950 roku, to ja już byłam w ciąży z Ewunią. Dopiero potem dziadzio dostał wyrok, 10 czy 12 lat, z czego odsiedział siedem.

Czy planowaliście ślub?

Dogadaliśmy się z Jackiem w 1948 roku, że chcemy razem żyć, ale mieliśmy już zaplanowaną wspólną wycieczkę rowerową z Klubu Włóczęgów. Jacek też był w Klubie i był głównym organizatorem tej wycieczki. Jechała nas czwórka czy piątka, jeszcze jedna dziewczyna oprócz mnie i trzech chłopaków. To myśmy się nie przyznali, że myśmy się dogadali, Jacek nie oświadczył się mojemu ojcu o moją rękę, nie powiedział też nic swoim rodzicom. Tylko sobie pojechaliśmy spokojnie na tę wycieczkę. Wspaniała to była wyprawa, przez Zieloną Górę do Wrocławia. Wszystko rowerami. Zresztą wiele lat później pojechałam znów na taką wycieczkę rowerową z dziećmi, szlakiem orlich gniazd. Ale wtedy w 1948 roku, to się nocowało w gospodarstwach, to już nie były PNZ-ety, tylko PGR, mieliśmy takie papierki, to Jacek wszystko załatwił, żeby nas wspomóc, dać nocleg. Nocowaliśmy gdzieś na jakimś stryszku, na sianie. Bardzo to było romantyczne i bardzo sportowe. A we Wrocławiu zatrzymywaliśmy się u jakichś kolegów czy znajomych. I później we Wrocławiu wycieczka się rozwiązała, a myśmy pojechali we dwójkę do wujostwa Bronikowskich. To było kuzynostwo dziadzi Ludwika i do nich przyjechała na wakacje Babunia czyli mama Jacka. Myśmy tam pojechali i tam się przyznaliśmy, że jesteśmy zaręczeni. Jeszcze się gdzieś wybraliśmy na rowerach i potem wracaliśmy do Poznania razem z Babunią pociągiem, a na stacji czekał na nas ojciec Jacka, który już też wiedział, bo Babunia mu dała znać.

Rodzina była zadowolona, że się zaręczyliście?

Myślę, że rodzice Jacka byli zadowoleni, byłam z dobrej rodziny, znali mnie dobrze, choć Babunia w stosunku do mnie miała dużo wymagań, ale ona była takim człowiekiem i w stosunku do wszystkich miała dużo wymagań. Współżycie z Babunią nie było łatwe, ale ona też była w bardzo trudnej sytuacji. Teścia wkrótce potem zamknęli w więzieniu, ona pracowała, pracowała ciężko, w jakiejś ogrodniczej instytucji. Przenieśli ją z Poznania do Środy i codziennie dojeżdżała do Środy. Nie była już też najmłodsza, była po pięćdzisiątce. A dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia dopiero w 1956 roku.

Jak wyglądał wasz ślub?

Ślub się odbył w domu wujostwa Zwolińskich, tam gdzie ojciec mieszkał. Tu też się nie obyło bez komplikacji. Dawało się na zapowiedzi, a ja nie miałam wtedy jeszcze 21 lat i mój ojciec musiał za mnie chodzić do księdza proboszcza, żeby dać na zapowiedzi. Myśmy oboje byli bardzo młodzi, ale Jacek był rok ode mnie starszy, on już miał 21 lat. Nasz ślub był w czerwcu, a ja dopiero w sierpniu osiągnęłam pełnoletniość. Nie miałam też skończonych studiów, tylko trzy lata. Na ślubie nie było zbyt wiele rodziny. Był Franek Morawski, który wtedy mieszkał w Poznaniu, wujostwo Edziowie Morawscy, już nawet nie pamiętam, może ciocia Ola, jego matka, bo na też już mieszkała wtedy w Poznaniu. A ze Slaskich przyjechali z Krakowa stryjostwo Janowie i dwie ich córki, Brońcia i Hala, i stryj Michał był i Basia – rodzeństwo Jacka. Ślub nie był w mojej parafii, tylko u Pallotynów, w parafii mojego ojca.

Gdzie zamieszkaliście po ślubie?

Jacek mieszkał już wtedy u mamy, a ja najpierw mieszkałam w jego stancji na ulicy Matejki. Po ślubie musieliśmy się oboje przenieść na ulicę Zakręt, do domu, gdzie mieszkali moi teściowie – trzeba było zapełnić metraż, żeby nie odebrano im mieszkania. Mieszkanie było trzypokojowe, a i tak, mimo że Jacek po aresztowaniu ojca przeprowadził się do mamy, UB zajęło jeden pokój. Babunia miała dwa pokoje, w jednym z nich mieszkał Jacek, bo Basia była wtedy w szkole u sióstr Urszulanek w Pniewach, a Michał studiował w Krakowie. Mieszkało się z ubecją, wspólna kuchnia była, wspólna łazienka. Wyprowadziliśmy się wszyscy z tego mieszkania, jak dziadzio Ludwik wrócił z więzienia. Dziadzio przeprowadził proces o rehabilitację, bo to sądownie trzeba było przeprowadzić, wygrał i dostał nawet odszkodowanie, choć od sumy odszkodowania odjęto sumę za wyżywienie przez siedem lat.

Legenda rodzinna głosi, że za odszkodowanie kupiony został telewizor.

To rzeczywiście tylko legenda, bo pierwszy telewizor został kupiony przeze mnie, już po przeprowadzce na ulicę Marcelińską. Miałam stałą pracęi mogłam dostać talon na telewizor. Mnie potrącano z pensji raty, a dziadzio Ludwik mi co miesiąc zwracał te pieniądze.

Na Marcelińską przeprowadziliśmy się już, gdy dziadzio Ludwik wyszedł z więzienia. Właściciele tego domu sprzedali go pewnemu panu Siekierczakowi, który wymienił z dziadziem Ludwikiem mieszkanie. Mieszkanie na Zakręcie było już znowu trzypokojowe, bo jeszcze zanim dziadzio wrócił, to ten ubek, pan Ledzian, dostał ataku serca, był w szpitalu i bardzo szybko umarł. Czyli nigdy się z dziadziem nie spotkał. Została jego żona i córeczka, ale one się wkrótce wyprowadziły. I bardzo śmiesznie się wyprowadziły. Bo jak ubecy zajęli Slaskim jeden pokój, to wtedy jednocześnie zajęli jeden pokój na piętrze właścicielom tego domu. Slascy zajmowali parter i tam były trzy pokoje, a właściciele – dwie siostry i brat, mieli takie samo trzypokojowe mieszkanie na piętrze. Też im wtedy zajęto jeden pokój, bo nie ma żadnego powodu, żeby dwie siostry nie mogły mieszkać w jednym pokoju. I tam się też wprowadziła rodzina ubecka, małżeństwo z córeczką. Córeczka miała na imię Grażyna, a Marek to przekręcił i nazywał ją gadzina. I to się Babuni szalenie podobało, że słusznie ją tak nazywa. No i jak już wszystko zostało załatwione, to tamta rodzina dostała jakieś ubeckie mieszkanie, a wdowa po panu Ledzianie z córeczką przeniosła się na I piętro.

Twój teść, czyli dziadzio Ludwik, bo tak go wszyscy nazywali, wrócił do pracy?

Dziadzio potem jeszcze bardzo długo pracował.

A babunia też pracowała?

Babunia przeszła na rentę dosyć szybko po tym, jak dziadzio wrócił. To była renta chrobowa. Babunia pracowała w magazynach owoców, nie fizycznie, bo prowadziła papierkową robotę, ale tam było zimno i wilgotno.

Czyli cała rodzina mieszkała na ulicy Marcelińskiej. Ale ty się potem wyprowadziłaś na Hetmańską?

Na Marcelińską przenieśliśmy się wszyscy w 1959 roku, jak był ślub Basi, siostry Jacka. Mieszkali tam moi teściowie, matka Babuni, pani Ostrowska, i ja z dwójką dzieci. A Basia z mężem, Zygmuntem Kanigowskim mieszkali w Warszawie, a potem w wynajętym mieszkaniu w Milanówku. Tomek się urodził w Poznaniu w 1960 roku, bo Basia tam pojechała rodzić, i potem Tomek mieszkał z nami, pod opieką Babuni. Basia pracowała w Warszawie i na sobotę i niedzielę przyjeżdżała do synka. W 1962 roku już jak była w ciąży z Joasią, a ja już miałam się wyprowadzić na Hetmańską, zaproponowałam, że na ten czas ja się przeniosę z dziećmi do takiej połówki pokoju, za szafę, gdzie przedtem mieszkała prababcia, a ona będzie mogła zająć z dziećmi mój pokój. Tymczasem oddanie mojego mieszkania na Hetmańskiej opóźniło się o trzy kwartały i przez ten czas tam już było potwornie ciasno.

Na Hetmańskiej mieliśmy nareszcie swoje mieszkanie, ale tylko dwa pokoje. W jednym ja mieszkałam z Ewunią, a w drugim mój ojciec z Mareczkiem. To było duże mieszkanie – 56 metrów – i ja musiałam mieć cztery osoby. Jak dostałam mieszkanie, to mój ojciec wyprowadził się od Hulewiczów i zamieszkał z nami. Miałam wniosek i przyznane trzypokojowe mieszkanie, ale nie wytrzymałabym tego finansowo.To było mieszkanie spółdzielcze, tzw. własnościowe, wpłacało się 15%, a resztę się spłacało przez 30 lat. A jak potem w 1978 roku wymieniałam Hetmańską na mieszkanie w Sopocie na Kolberga, to ja to mieszkanie już musiałam wykupić.

Na Hetmańskiej mieszkałam 15 lat, a tu w Sopocie już mieszkam 28 lat, największy odcinek mojego życia spędziłam w tym mieszkaniu. Biórków to było 6 lat, Bystrzanowice 12 lat, od 1933 do 1945 roku, potem w Częstochowie rok czy dwa, różne pokoje w Poznaniu, a od 1949 roku Zakręt i Marcelińska. Poznań to też było 30 lat, ale różne mieszkania. I to mieszkanie to twój tata z ciocią Ewą wybrali. Ta zamiana się ciągnęła przez dwa lata.

Wróćmy jeszcze do Poznania. Wzięliście z Jackiem ślub…

… i pojechaliśmy w podróż poślubną do Biskupina, gdzie Jacek miał praktykę, ale nie na samych wykopaliskach, tylko w magazynie, gdzie wszystkie te skorupki opisywał. Jacek był bardzo uczonym człowiekiem, dużo pisał, dużo publikował, pewnie by został profesorem, gdyby nie zginął w katastrofie samolotowej w listopadzie 1951 roku. Na pewno zostałby po studiach na uczelni i na pewno zostałby profesorem. Przed śmiercią został mianowany kierownikiem wykopalisk w Opolu, gdzie budowano halę widowiskową, w której się potem odbywał festiwal piosenki polskiej. Zanim podjęto budowę trzeba było przeprowadzić ogromne prace wykopaliskowe. I Jacek został dyrektorem całego tego interesu. On wprawdzie jeszcze studiował archeologię, ale miał już magisterium na Szkole Handlowej, a pracę magisterską pisał na temat ziaren zbóż na wykopaliskach w Egipcie. Czyli już na ekonomii znalazł sposób, żeby pisać pracę o archeologii. I tę pracę pisał, jak Ewunia była malutka, w 1950 roku. Potem skończył archeologię i jak zginął, to był już w trakcie pisania doktoratu. Jak zginął miał więc żonę, dwoje dzieci, dwa skończone fakultety i pisał doktorat. Był bardzo wybitnym człowiekiem.

Jacek zginął w pierwszej katastrofie samolotowej w Polsce powojennej.

Ten lot, w którym zginął, też był przez ten doktorat, bo Jacek konsultował się w sprawach numizmatycznych z jednym profesorem w Krakowie. I leciał wtedy do Krakowa. Ten doktorat Jacka tu jest, bo skończył go pisać Tabaczyński, jego młodszy kolega z archeologii. Praca została opublikowana, I część – Slaski, Tabaczyński, a II już tylko Tabaczyński. W każdym razie, wtedy Jacek leciał do Krakowa, a w Krakowie była mgła i ich nie przyjęto, więc zawrócili, a jest zasada, że niezależnie od warunków atmosferycznych samolot musi przyjąć to lotnisko, z którego wyleciał. I oni wracali do Łodzi, bo lot był z przesiadką, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków. I tak to było, oni mieli mały zakres czyli dostawali mało paliwa. To oczywiście było nietypowe, że on wtedy poleciał samolotem, a nie pojechał pociągiem. Atrasznie się cieszył na ten lot, pierwszy w życiu. Ja w trzy miesiące po śmierci Jacka poleciałam do sanatorium do Krynicy i leciałam tą samą trasą, Poznań – Łódź, Łódź – Kraków.

Nie bałaś się?

Nie, nie miałam żadnych obaw, uważałam, że jak ma być, to niech będzie, niech się skończy raz na zawsze. Tak się wtedy czułam. Dostałam choroby wieńcowej na tle nerwicowym ze wszystkimi objawami, jakby to była angina pectoris i leciałam do Krynicy na kurację. Ja się nie bałam, ale nikomu nie powiedziałam, że lecę, dopiero z Krakowa zatelefonowałam i powiedziałam, że jestem na miejscu. Myślę, że Babunia by protestowała, gdyby wiedziała, że zamierzam lecieć. W końcu zostawiałam jej i takiej płatnej opiekunce dwoje maleńkich dzieci. To wszystko było strasznie dramatyczne. Teść w więzieniu, ja jako młoda wdowa z dwójką maleńkich dzieci, ciasnota mieszkaniowa, ubecy za ścianą. Przynajmniej Mareczek i Ewunia dostali od LOT-u renty sieroce… choć to bardzo długo trwało.

A twój tata? Co robił w PRL-u, jak przestały istnieć PNZ-ty?

Ojciec pracował bardzo długo. Jeszcze w wieku 80 lat pracował na uniwersytecie.

A ty studiowałaś jeszcze?

Ostatni egzamin dyplomowy zdawałam w listopadzie 1950 roku. Mój opiekun naukowy, profesor Curkiewicz miał zawał i we wrześniu nie pytał, a od października pytał tylko jednego studenta dziennie, a i to nie codziennie. Ewa była wtede maleńka. I miała do mnie potem o to pretensje, że jak jeździłam na egzaminy, to albo ją zostawiałam w wózeczku u krawcowej, którą mieliśmy w śródmieściu w Poznaniu, albo u portiera. Nie miałam żadnej opiekunki do niej, a wszyscy pracowali. Opiekunkę miałam, het, jak już dwoje dzieci urodziłam. Ewa zawsze miała pretensje, że ją zostawiałam u portiera, a tak by już miała zaliczone jakieś egzaminy czy wykłady, jakbym ją ze sobą brała na zajęcia. Gdy skończyłam studia, mój kuzyn Leitgeber pomógł mi znaleźć pracę. Bardzo chciałam od razu pójść do pracy.

Zatem poszłaś do pracy.

Tak. W listopadzie 1950 roku zdałam egzaminy dyplomowe i bardzo mi zależało, żeby już od razu, jeszcze w tym samym roku zacząć pracę, bo wtedy w następnym roku miało się już miesiąc urlopu. Leitgeber załatwił mi po znajomości u głównego księgowego jednej firmy budowlanej, że mnie przyjęli od 15 grudnia. I pech chciał, że dokładnie wtedy zaszłam w ciążę i rodziłam dokładnie 9 miesięcy potem, jak zaczęłam pracować w tej firmie. Pracowałam w dziale finansowym i zajmowałam się jakimiś rozliczeniami. Pracowałam tam, ciocia Ewa była w żłobku, a ja byłam na trzymiesięcznym okresie próbnym. I nie mogłam się nikomu przyznać, że jestem w ciąży, bo by mnie zwolnili natychmiast. Bo po co komu taki pracownik, który potem pójdzie na 3 czy 4 miesiące na urlop macierzyński? Na początku oczywiście nie wiedziałam nawet, ale potem już wiedziałam. I to ukrywałam. Nosiłam zapaskę – taki ludowy strój, pelerynka w kolorowe pasy, który był równieżw Częstochowskiem. I w biurze w tej zapasce chodziłam. Dopiero w maju, jak byłam w piątym miesiącu, a czas próbny dawno minął, przyznałam się, że jestem w ciąży. Jaki ten główny księgowy był wściekły, oburzony, cała heca była. W sierpniu urodziłam Marka i do ostatniego dnia chodziłam do pracy. Jeszcze w sobotę byłam w pracy, a w niedzielę 12 sierpnia urodził się Marek. Potem byłam na urlopie macierzyńskim, trzy miesiące i miałam miesiąc urlopu wypoczynkowego – Jacek jeszcze żył, zginął 15 listopada. A w firmie już wszystko było przygotowane, że jak tylko wrócę do pracy, to dostanę wypowiedzenie. Ale jak się okazało, co się stało, to pani personalna powiedziała: nie wolno, nie wolno zwolnić kobiety, która jest jedynym żywicielem rodziny. Był pełen socjalizm i takich rzeczy przestrzegano. Ale trzeba też dodać, że personalną była pani Jasnoszowa, której mąż był archeologiem, kolegą Jacka. Jacek pracował w Instytucie Historii u profesora Hensla, a tamten pracował w Muzeum Archeologicznym u profesora Kostrzewskiego. Więc jeszcze wykorzystywałam ten urlop, a potem jeszcze dostałam zwolnienie lekarskie. Bardzo się bałam, że mnie wyrzucą, tak że do pracy przyszłam dopiero w styczniu i wtedy personalna mi powiedziała, że nie grozi mi żadne wypowiedzenie. W tej firmie pracowałam do końca 1963 roku, dobre 10 lat. I oni mi dali częściowo wkład na to moje mieszkanie na Hetmańskiej. Bo to była Spółdzielnia Pracowników Budownictwa i firmy dawały częściowo wkład na mieszkania swoich pracowników. Ale trzeba było podpisać cyrograf – zobowiązanie, że się nie odejdzie z firmy do czasu zamieszkania w tym mieszkaniu. Zawsze mówiłam, że ja jestem chłop pańszczyźniany glebae adscripti, mówiłam to publicznie. Podpisałam, musiałam tam pracować i nie dostawałam żadnych podwyżek, bo po co dawać podwyżki pracownikowi, o którym wiadomo, że nie odejdzie. I wytrwałam tam aż do 1963 roku i natychmiast, jak się tylko zameldowałam w mieszkaniu na Hetmańskiej, złożyłam wypowiedzenie, choć nawet jeszcze nie wiedziałam, dokąd pójdę pracować.

I dokąd poszłaś?

Zosia Kolbergowa mnie ściągnęła do spółdzielczości pracy, gdzie troszkę więcej dostałam pieniędzy, a spółdzielczość organizowała świetne wakacje dla dzieci. To był Wojewódzki Związek Spółdzielni Pracy, a spółdzielnie były fryzjerskie, szewskie, budowlane, lekarskie, wszelkie. Tam najpierw pracowałam w różnych wydziałach, w administracji, a później w ramach tej spółdzielczości pracy przeszłam do Gdańska do Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Pracy. I tutaj w Gdańsku bardzo szybko awansowałam. Byłam sumienna i pracowita, i bardzo szybko zostałam kierownikiem działu ekonomicznego. Miałam lepsze pieniądze, bardziej odpowiedzialną pracę, swój gabinet. W 1983 roku, w momencie jak skończyłam 55 lat, przeszłam na emeryturę.

Dlaczego? Przecież miałaś dobrą pracę, lepsze pieniądze?

Bo to były te zmiany, euforia roku 1980 i 81, później stan wojenny, ciągle się też zmieniały przepisy administrowania tą spółdzielnią i powoli miałam wszystkiego dosyć. Mogłam przejść na wcześniejszą emeryturę i skorzystałam z tego. To prawda, ja szalenie wcześnie przeszłam na emeryturę i dlatego mam taką małą tę emeryturę. Później zmieniły się przepisy, emerytury były wyższe i jak Zosia Kolberg przechodziła na emeryturę, trochę później niż ja, to dostała o wiele lepsze pieniądze. Myśmy były na równorzędnych stanowiskach, to znaczy ja w Gdańsku uzyskałam takie stanowisko, jakie ona miała w Poznaniu. I ona, jak tylko przeszła na emeryturę, to poszła na pół etatu do takiej niedużej spółdzielni. A ja tu przestałam pracować w 1983 roku i dopiero w 1986 roku, po urodzeniu się Adasia, poszłam w Sopocie do biblioteki na pół etatu. I wtedy mi się te trzy lata dołożyły do stażu pracy. To był jakiś taki przelicznik i potem miałam troszkę wyższą tę emeryturę.


Rozmowa z Zofią Slaską, zwaną Babaciem, przeprowadzona wiosną 2009 roku, przez jej najstarszego wnuka Jacka Slaskiego.
Spisała Ewa Maria Slaska

Zofia Slaska była mamą mojej najlepszej przyjaciółki na studiach, Ewy Marii Slaskiej. Gdy wyszłam za mąż za brata Ewy, Marka, ja też nazywałam się Ewa Maria Slaska, a mama Ewy i Marka została moją teściową. Gdy rozwiedliśmy się z Markiem, nadal mówiłam do niej “mamo” i często odwiedzałam ją i Ewę. Ewa umarła w roku 2005, teściowa dwa tygodnie temu. Zdjęcie zrobione tydzień wcześniej.

Listopad 2020. Asiu…

Ela Kargol

Asiu, od kilku miesięcy mówię do Ciebie tym zdrobnieniem, łagodniejszą wersją Aśki. Aśka była żywotna, pełna wigoru, planów, obowiązków, zabiegana, Aśka była zadziorna, pełna pomysłów, też naszych wspólnych, naszych wyjazdów, wspólnego pisania, rozmów, wędrówek pieszych i rowerowych z przerwą na piwo albo dwa. Aśka była życiem. I nie wiem w którym momencie przestałaś być Aśką. W momencie, kiedy Ty jeszcze może nie wiedziałaś, a ja już wiedziałam, że trzeba oswoić śmierć, która nadejdzie prędzej czy później, a ze śmiercią trzeba łagodnie, trzeba po dobroci.

Wtedy stałaś się Asią.

Nie pamiętam, kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam i nie wiem, kiedy ostatni. Ten ostatni raz na pewno da się poszukać w naszych whatsappowych rozmowach.
Trochę mnie oszukałaś, niechcący. Miałyśmy dalej pisać o Berlinie, pojechać pociągiem do Kultury do Wrocławia, potem do Szczecina, albo odwrotnie, miałyśmy chodzić z naszymi wnukami na spacery, place zabaw, na koncerty, wykłady, miałam do Ciebie wpaść, jak wyjdziesz ze szpitala, jak znowu Cię podleczą, wyleczą i na chwilę będziesz znowu Aśką.

Ja z Poznania, Ty znad morza, spotkałyśmy się na studiach w Poznaniu. Smukła, wysoka z czupryną długich rozwianych loków na głowie, taką Cię pamiętam. Nie byłyśmy wtedy przyjaciółkami, ale dobrymi koleżankami, zresztą do Ciebie wszyscy ludzie lgnęli. Miałaś w sobie jakiś magnes, który przyciągał nie tylko samych ludzi, ale i to, że się przed Tobą otwierali, a ty cierpliwie i z zainteresowaniem ich wysłuchiwałaś, każdą ich historię, wspomnienia, przeżycia. Tylko u Ciebie mogłam sie wyżalić, gdy umarł mi ojciec, gdy zięć opuścił moją córkę. Teraz, gdy jestem chora też bym do Ciebie najchętniej przyszła. Przyjdę.

Przyjechaliśmy z Tomkiem autostopem do Gdyni, pamiętam twój rodzinny dom, kotlety mielone, które przygotował nam twój ojciec, bez jajka, bułki tartej i przypraw, tylko ze solą. Pyszne.
Ja na drugim roku zostałam mamą i na kilka lat wyniosłam się z życia studenckiego, ale gdzieś tam się mijałyśmy, na pewno na strajku. Potem wszyscy zaczęli wyjeżdżać na zachód. Ty też pojechałaś.
Znalazłyśmy się w Berlinie, chyba ja Ciebie znalazłam, z naszego roku mieszkało wtedy w tym mieście kilkanaście osób. Byłaś jedną z nielicznych, z którymi nawiązałam kontakt. Inni się pochowali, zaczęli nowe życie, nie szukając starych przyjaźni.
Z Witkiem Kamińskim byłam świadkiem na twoim pierwszym, może niefortunnym ślubie. Nie, ślub był fortunny, ale dalsze codzienne życie już nie bardzo.
Zamieszkaliście na Märkisches Viertel dzielnicy z wielkiej płyty, przypominającej polskie osiedla. Udawałaś, że ci się podoba. Przedtem mieszkałaś na Kreuzbergu, nie pamiętam gdzie. Tam w tym mieszkaniu przedtem, tam przychodziły tłumy ludzi. Nie pamiętam ich wszystkich, niektórzy czekali na wyjazd gdzieś dalej. Dużo z nas zostało w tym mieście otwartym i zamkniętym, pięknym. Stąd było blisko do Polski, i ta bliskość, mimo braku wyjazdów pomagała. A Berlin przyciągał i cały czas to robi.

W końcu zostałaś mamą, założyłaś rodzinę, w dalszym ciągu przyciągałaś do siebie ludzi, a ludzie ciebie. Szczęście jest pewnym stanem, który się docenia, gdy on przeminie. Wychodząc z takiej definicji szczęścia, byłaś bardzo szczęśliwa.

Twój rak był z tych gorszych, z tych, które stawiają cię zaraz na przegranej pozycji. Jeszcze trochę pozwala ze sobą walczyć, prowokuje, okłamuje, podpuszcza, niby tak się boi tej całej chemii, że już go nie ma, no może jeszcze trochę, że niby się usuwa, że zdrowie wraca. Gówno prawda, a tu bęc, przyczaił się i od razu powalił, już nie pozwolił na jakieś gierki. Raczysko, wstrętny wróg, którego tylu wokół pokonało, tylko nie ty. Dlaczego nie ty? Nawet twojej mamie było dane 9 lat walki. 9 lat, to tak dużo. Mała Ela pamiętałaby Cię nie tylko ze zdjęcia.

O śmierci mało rozmawiałyśmy, chociaż nie, inaczej: o śmierci naszej, twojej i mojej mało rozmawiałyśmy. O innych śmierciach, tak. Zawsze przecież umierają inni, aż do teraz.
Bo teraz umarłaś Ty i jakaś część mnie w tobie, Asiu.

Wierszolisty powstały i powstają od czasu, gdy odeszłaś, a ja jeszcze jestem.

Asiu…

Joasiu, dokąd poszłaś i mnie nie zabrałaś?
Sama.
Tam nie ma świata, tam jest niebo, tam tylko samoloty i chmury i słońce i nic.
Nic, a może jednak coś?
Może Bóg, może Matka Boska?
Może mama, tata, przyjaciele, których już dawno przestaliśmy opłakiwać.
I anioł stróż, który nie rozpostarł nad Tobą skrzydeł,
bo już nie mógł,
bo chciał, żebyś dołączyła,
bo właśnie Ciebie wybrał.
Jedną z pierwszych.
My już będziemy po tobie.
Nie wiemy w jakiej kolejności.
Wybranką jesteś.

Nowy adres

Byłam dzisiaj u ciebie,
pod twoim nowym adresem,
tam, gdzie jeszcze cię nie ma,
tam, gdzie Chrystus upada pod krzyżem,
a Maryja wszystkiego ze szczytu dogląda,
tam, gdzie bluszcz alejki wyściela,
i liściom daje posłanie.
Który blok, które piętro i które mieszkanie?
Ah, o piętro nie powinnam się pytać.
Mówłaś, że przecież się spoktamy.
Jak nie teraz, to kiedyś,
jak nie tu, to tam.
Wiewiórka skacze z gałęzi na gałąź,
wrony grzebią w śmietniku.
A ta jesień, taka złota, taka polska.
Widziałaś ją, jeszcze miesiąc temu.

Ładnie tu.
Przyjdę do ciebie, jak się wprowadzisz.
Nie będę się umawiać,
przecież będziesz, Asiu.

Odwiedziny

Odwiedziłam Cię dzisiaj
w twoim nowym mieszkaniu.
Ta sama dzielnica,
trochę mniejszy metraż.
Ulica bez nazwy,
ale za to z numerem.
Coraz zimniej się robi
i dzień taki krótki.
Czy duszom jest zimno?
Jeśli tak, to Cię ogrzeję,
czapkę na zimę przyniosę, szalik i rękawiczki.
Wypijemy herbatę i grzane piwo.
A potem każda z nas pójdzie w swoją stronę.
Ty ulecisz, ja odjadę.

Będę tęsknić.