W górę rzeki (22)

Zbigniew Milewicz

Wakacje z dreszczykiem

To są tak dawne wspomnienia, że czasami zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę. W latach siedemdziesiątych dwukrotnie próbowałem z ciocią Irką odnaleźć tamto gospodarstwo, ale się przed nami schowało, obrażone, żeśmy o nim przez tyle lat zapomnieli. Cioteczna Syrenka nie bała się polnych dróg, rwała przez leśne chaszcze, jak traktor, czasami nam się wydawało, że rozpoznajemy okolicę, ale później trop okazywał się chybiony, miejscowi kiwali przecząco głowami słysząc nazwiska Olczyk i Joniec, więc w końcu zaprzestaliśmy poszukiwań.

Nazwa miejscowości wyleciała cioci Irce z głowy, a w rodzinie nikt nie mógł poszczycić się lepszą pamięcią, niż ona. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, skąd ta luka: do Olczyków na wieś moi dziadkowie jeździli w czasie okupacji po wałówę i odbywało się to w warunkach pełnej konspiracji. Podobnie było w chudych, powojennych latach, choć pamiętam, że od nich też czasami ktoś przyjeżdżał do Chorzowa. Czasem była to smukła, stateczna dziewczyna z długim warkoczem, o imieniu Anastazja, do której zwracano się Stazi, kiedy indziej wysoki, starszy mężczyzna w kaszkiecie, o ascetycznej twarzy, zawsze gładko ogolony i starannie ubrany w tweedowe spodnie i marynarkę, albo w płaszcz nieprzemakalny z kapturem, jak padało. Obydwoje przyjeżdżali na Wesołą na rowerach, kurier miał nogawki spodni niezmiennie spięte metalowymi klamerkami i ja mu ich skrycie zazdrościłem. Wiedziałem, że chodzi o paczki, oklejone papierem i przewiązane sznurkiem, które dziadkowie trzymali na szafie w sypialni. Co było w ich środku, o to się nie dopytywałem, bo i tak nikt z dorosłych w domu nie miał na ten temat bladego pojęcia. Zwyczajowo dziadek Erwin i babcia Jadzia zapraszali przybyszów do stołu w kuchni, a im zawsze bardzo się spieszyło, więc prawie ze sobą nie rozmawiali, brali te swoje kartony, raz większe, innym razem mniejsze, żegnali się i zaraz ruszali w drogę powrotną, pewnie na dworzec kolejowy w Batorym. Gdybym się wtedy swojego dziadka naiwnie zapytał, dokąd oni jadą, łagodnie by mi odpowiedział : a skąd ja to mam Zbysiu wiedzieć… albo prześmiewnie: do Azot a nazod. Na tym polegała konspiracja w naszym domu na Wesołej.

Latem wyruszało się więc czasami po prostu na wieś. Nie pamiętam nawet, żeby ktoś w domu wymieniał z nazwiska ludzi, do których jedziemy, one pojawiły się dopiero po latach, w opowieściach, kiedy przestaliśmy u nich bywać. Dlaczego przestaliśmy, tego niestety nie wiem i już się nie dowiem. Wtedy pakowało się walizki z odzieżą, tobołki z pościelą, prowiant na drogę, w którym najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, do butelek po piwie wlewało ciepły, kwaśnawy kompot z rabarbaru i kilkuosobowy orszak rodzinny ruszał z całym tym dobytkiem pieszo z osiedla Ruch, na przystanek tramwajowy przy ul. Cmentarnej, a stamtąd piętnastką albo czternastką do Chorzowa – Batorego, na dworzec kolejowy. Bilety były już wcześniej kupione w kasie, tylko odprowadzający musieli jeszcze zaopatrzyć się w tekturowe peronówki, bo inaczej konduktor w budce przy wejściu nie wpuściłby ich na peron. Do przyjazdu pociągu była co najmniej godzina, wśród odprowadzających znajdowała się najczęściej moja mama, jej młodsza siostra Irka, dziadek, czasami ciocia Gryjta, albo Marysia, druga siostra babci, która mieszkała u nas w suterenie, jej córka Ewa z poddasza z synem Januszkiem, kiedy indziej prosto z szychty na grubie wujek Hainc, czy kuzynka mamy Jutka ze swoim mężem Józkiem i dziećmi. Taki wyjazd na letnisko był bowiem kiedyś prawdziwym wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim, w którym nie wypadało nie uczestniczyć, poza tym, kto by tachał te wszystkie bagaże, które babcia i ja zabieraliśmy ze sobą na wieś. Najczęściej jechaliśmy tam tylko we dwoje, ale niekiedy dołączał jeszcze ktoś: ciocia Marysia z Januszkiem, Gryjta, albo Piotrek, syn Hainca.

Zanim na peron wtoczyła się najprawdziwsza, tuwimowska lokomotywa, ciągnąca przedwojenne wagony I, II i III klasy (jeździło się drugą lub trzecią), odbywało się nieustanne liczenie naszego dobytku i sprawdzanie w pamięci, gdzie zapakowało się zimowe skarpetki babci Jadzi, której niezależnie od pory roku było zimno w nogi, gdzie raphacholin na jej wątrobę, gdzie chusteczki do mojego wiecznie zakatarzonego nosa i sto innych rzeczy pierwszej potrzeby. Oczywiście babcia pakowała wszystko sama, ale przy takiej masie zajęć, jakie miała przed wyjazdem, łatwo było czegoś zapomnieć. Najważniejsze było jednak sprawne zorganizowanie siedzących miejsc w pociągu i wtaszczenie bagaży do środka. Konkurencja była duża, bo wielu chorzowian chciało spędzić wakacje z dala od zmazanego wieczną sadzą miasta, w którym latem w ogóle nie było czym dychać, a wielogodzinne stanie w tłoku na korytarzu pociągu nie należało do przyjemności. Jutka, a po niej ciocia Irka były najszybsze w znajdowaniu wolnych ławek, sprawnie używały łokci w przepychance do przedziałów, a kiedy się dało, to cyganiły, jak z nut, że mają w tym miejscu rezerwację. Hainc z dziadkiem Erwinem umieli z połowy peronu trafić tobołkiem w otwarte okno przedziału, a Józek, jak gwizdnął kiedyś po kolejarsku i zawołał: Kto do Krakowa, proszę wsiadać, drzwi zamykać, to ludzie w pierwszym momencie pogłupieli, bo pomyśleli, że pomylili pociągi, a jego żona w tym czasie już zajmowała upatrzone siedzenia. Przy dużym tłoku na peronie dzieci, podobnie, jak bagaże, podawało się przez okna do przedziałów, żeby trzymały miejsca dla dorosłych, za czym osobiście nie przepadałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał.

Jechaliśmy tym pociągiem w stronę Bytomia, Tarnowskich Gór, Lublińca, na stacji w Herbach mieliśmy przesiadkę. Nie pamiętam już, czy to były Herby Stare, czy Nowe, ale stamtąd jechało się dalej już bezpośrednio nad polskie morze. Przy przesiadce dorośli znowu byli podekscytowani, liczyli od nowa bagaże, spekulowali, czy zdążą na drugi pociąg, poganiali opieszałych. Wszystko uspokajało się dopiero na miejscu, na małej, sennej stacyjce niedaleko Herbów, na której czekały już na nas konie. Woźnica z szacunkiem zdejmował przed babcią czapkę, milcząco pomagał nam ulokować w bryczce bagaże, zacinał konie i ruszaliśmy w drogę. Był niemową, a babcia uparcie próbowała się dowiedzieć, którą drogą nas zawiezie na miejsce – polnym traktem, czy przez las. Polny był dłuższy, leśny trudniejszy, powozem kołysało na wykrotach, a po deszczu koła grzęzły w błocie, poza tym podobno w jednym miejscu straszyło. Dlatego furman wolał dłuższą drogę, ale za dziesiątkę Sportów, które dostawał zawsze od pani Paluchowej za fatygę, czasami jeździł przez las. Babcia zajmowała tylne siedzenie, ja sadowiłem się kolanami na przednim, za woźnicą i obserwowałem z zaciekawieniem grę mięśni dwójki koni w zaprzęgu, ich wysiłek i jak się wypróżniały. Miałem swoje ulubione gniadosze, ale gospodarz wysyłał nam różne maści na stację, więc nie było co grymasić.

Raz, w biały dzień, przytrafiło się nam coś dziwnego i to nie na leśnym skrócie, a na rozstajach polnych dróg, skąd do gospodarstwa Olczyków był już rzut kamieniem. Przed krzyżem, pod którym była przymocowana tabliczka z jakimś gotyckim napisem, konie nagle stanęły i zaczęły zachowywać się niespokojnie. Woźnica zeskoczył na ziemię, coś do nich mamrotał, gładził po pyskach, wyciągnął z kieszeni jabłko, odkroił scyzorykiem po kawałeczku, nie chciały jeść. Zmarkotniał, zanosiło się na burzę, powietrze stało w miejscu, gzy cięły dokuczliwie, wtedy pokazał babci na krzyż. Wyjęła różaniec, który zawsze nosiła przy sobie i powiedziała: pomódlmy się Zbysiu za dusze w czyśćcu cierpiące. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca, jakoś pomogło, bo konie znowu ruszyły przed siebie. Na miejscu opowiedzieliśmy o naszej przygodzie gospodarzom, znali opisane miejsce, w czasie I wojny światowej doszło tam do potyczki między niemieckim oddziałem infanterii i carskimi sołdatami, w której zginęło kilkunastu ludzi; w Herbach biegła granica między zaborem pruskim i rosyjskim.

Jońcowa oddziedziczyła po swoich rodzicach duży majątek ziemski. Kiedy wydała swoją córkę za mąż za Olczyka, gospodarowali we trójkę. Był tam nieduży młyn, hodowla trzody chlewnej i krów, hektary urodzajnej ziemi. Po wojnie zostało z tego niewiele, władza komunistyczna tępiła kułaków, kontraktacja nie pozwalała się zbytnio bogacić, ale wszystkiego nie dali sobie odebrać. W czasie letnich i jesiennych zbiorów najmowali zaufanych ludzi do pracy i moja babcia z rodziną tak, jak w czasie okupacji, też im dorywczo pomagała przy różnych zajęciach. W zamian za żywność, której brakowało w mieście. Do legend rodzinnych przeszła historia mojej mamy, która podczas wojny wiozła ze wsi pociągiem słoninę do Chorzowa i dziś sobie myślę, że pewnie jechała od Olczyków. Przepasała się połciem w pasie, nałożyła płaszcz i udawała ciężarną. Na dworcu w Chorzowie-Batorym, zapomniawszy, że jest w błogosławionym stanie, zgrabnie zeskoczyła na peron, aż ją jakiś oficer Wehrmachtu przywołał do porządku, że przecież ryzykuje poronieniem. Za szmugiel żywności groziła wywózka do Oświęcimia. Nie pamiętam jednak, żeby babci zlecano jakieś ciężkie prace. Najczęściej zajmowała się domem, porządkami, czasami coś gotowała dla wszystkich, wystarczało jej czasu, żeby pójść na łąkę, albo do lasu i zbierać ulubione zioła, a później suszyć je na sznurkach rozwieszonych koło młyna. Ja z synem gospodarza, Heńkiem, który był moim rówieśnikiem, pasałem krowy i gęsi, ale więcej było zabawy, wycieczek po okolicy, pływania w blaszanej balii po przydomowym stawie, myszkowania wśród zakurzonych rupieci na strychu, albo w nieczynnym młynie, którego koło nadal obracało się w potoku.

Mogłem się na nie gapić bez końca, bo niekiedy zwalniało, stawało w miejscu, z sopli zielonych wodorostów, którymi obrosło z latami pomału spływała woda, lśniła w słońcu, aby po chwili ze skrzypnięciem drewna znowu połączyć się z nurtem. Mieliśmy z Heniem różne pomysły na spędzanie wolnego czasu, które nie zawsze podobały się dorosłym. Pewnego razu odkryłem w stodole wysuszone liście o intensywnym, miłym zapachu, które gospodarski syn nazwał tabaką i powiedział, że z niej robi się papierosy. Do małego, drewnianego wózka z dyszlem wrzuciliśmy więc trochę tych liści, stary Świerszczyk, zapałki, przykryliśmy to czymś dla niepoznaki i pojechaliśmy hen daleko, w pole, żeby spróbować zakazanego owocu. Żaden z nas do tej pory nie odważył się jeszcze zapalić. Zwinięta w rulon płachta dziecięcego czasopisma z pokruszoną tabaką w środku wyglądała jak ogromne, kolorowe cygaro, ale jak żeśmy się nim sztachnęli, to już było mniej ciekawie. Kto nas na polu wtedy wypatrzył, tego nie wiem. Ślady przestępstwa staraliśmy się dokładnie zatrzeć, ale kiedy wieczorem usiedliśmy w kuchni do wspólnej kolacji, uderzyła nas dziwna cisza przy stole. Przed moim nakryciem i talerzem Heńka leżały dwa papierosy, po kolacji sobie zapalicie – powiedział spokojnie gospodarz. Ani ja, ani mój koleżka nie tknęliśmy tamtego wieczoru kolacji. Nie jesteście głodni? – drwił Olczyk. To pójdziemy na papierosa. Musiałem asystować w laniu, które spuścił synowi w stodole, wojskowym pasem, po gołej rzyci. Był z niego kawał chłopa i razy wymierzał solidnie, podziwiałem Heńka, że ani pisnął. Być może od tamtego dnia nie tknął już papierosów w swoim życiu, mnie babcia ukarała publicznym klęczeniem na grochu i sto razy musiałem powtórzyć, że mi wstyd za to, co zrobiłem. Oczywiście, że było mi wstyd, ale w swoim późniejszym, dorosłym życiu wypaliłem tej tabaki niepotrzebnie jeszcze sporo.

Innych, przykrych incydentów u Olczyków nie zapamiętałem. Był to dumny, ale przyjazny dom, z życzliwymi ludźmi, gdzie centralne miejsce stanowiła kuchnia – przestronne, niskie pomieszczenie o łukowatym sklepieniu, z chlebowym piecem i długim stołem, przy którym wieczorem zasiadała do posiłku cała rodzina, razem z gośćmi i służbą. Z kuchni, gdzie nawet upalnym latem panował przyjemny chłód, schodziło się do lodowatej, kamiennej piwnicy, w której trzymano wędliny, mięso z uboju, mleko, podpiwek. Chleb piekła osobiście stara Jońcowa, powściągliwa w słowach i gestach postawna kobieta, ze śladami dawnej urody na twarzy zupełnie pozbawionej zmarszczek. Do dziś nie zapomnę smaku lekko czerstwych, żytnich pajd, posmarowanych masłem, które własnoręcznie ubijałem z maślanki, i aromatu zbożowej kawy przy śniadaniu. Chleba „prosto z pieca“ nie jadło się względów zdrowotnych, okrągłe, wielkie bochny musiały ze dwa dni najpierw odleżeć.

Spaliśmy z babcią najczęściej w dwóch sąsiadujących ze sobą, niedużych pokojach nad kuchnią. W moim znajdował się ręczny magiel, a na ścianie wisiał portret młodego żołnierza w pruskim mundurze. Oczywiście musiałem wiedzieć, kto na nim jest. To brat pani Jońcowej, który już nie żyje – wyjaśniła mi babcia. Wtedy zapytałem, czy zginął na wojnie. Dla świętego spokoju przytaknęła, ale mnie interesowało jeszcze, czy zostawił po sobie żonę i dzieci, wtedy powiedziała, że nie wie. Pewnego popołudnia, po kilkugodzinnym grabieniu siana w polu poczułem się tak zmęczony, że poszedłem do domu trochę odpocząć. Najpierw wypluskałem się w chłodnym potoku, a później zaległem na chwilę w swoim pokoju. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, a tu słyszę kroki w kuchni, jakiś gwar, myślę sobie, aha i reszta ściągnęła za mną, ale nie mogłem rozpoznać, kto konkretnie. W pewnym momencie ktoś na dole zaintonował Godzinki do Matki Boskiej, reszta się włączyła i tak ładnie śpiewali, że mnie to uśpiło. Obudziłem się dopiero przed kolacją, zszedłem na dół, w kuchni krzątała się moja babcia z żoną gospodarza, więc je pochwaliłem za te Godzinki. Nie wiedziały, o czym mówię, przed chwilą przyszły razem z innymi z pola do domu i poza mną nikogo w nim nie było.

Po latach ciocia Irka, nasza domowa specjalistka do spraw zjawisk paranormalnych, rzuciła mi nieco światła na dom Olczyków, który jej zdaniem był nawiedzony. Jeździła tam często w latach swojej młodości i sama raz doświadczyła historii sprzecznej z logiką. Żołnierz z portretu faktycznie był starszym bratem Jońcowej, ale nie zginął w walce, tylko w czasie I wojny światowej zastrzelił się z powodu nieszczęśliwej miłości. Jego majętni rodzice nie chcieli przyzwolić na małżeństwo z ubogą dziewczyną, którą kochał i on nie potrafił się z tym pogodzić. W kolejne rocznice ślubnych zapowiedzi pod jego rodzinny dom zajeżdżają więc niekiedy czarne karety, zaprzężone w czarne rumaki, oświetlone kandelabrami, w których nie ma nikogo, albo słychać muzykę weselną, brzęk kieliszków i gwar zaproszonych gości, a kiedy wyjrzeć przez okno, to pusto, cisza. Ja słyszałem Godzinki, widocznie dusza nieszczęśnika nie jest potępiona, tylko prosi mnie o modlitwę, mówiła. Jej przydarzyło się, że w biały dzień na drodze, którą jechała dorożką do Olczyków, wyprzedził ją na koniu sam brat Jońcowej, ubrany w weselny surdut, rozpoznała jego twarz z portretu. Woźnica też go widział, ale jako niemowa nie umiał tego porządnie potwierdzić.

Jeszcze raz o sadach Pradziadka

Andrzej Rejman

Adam z Raju

W tym roku przypada 160 rocznica urodzin Adama Doktorowicz-Hrebnickiego, pomologa, hodowcy roślin ogrodniczych, profesora, polskiego uczonego, który w znacznym stopniu przyczynił się do rozwoju sadów na Kresach Rzeczypospolitej i w państwach sąsiednich.

Opisana przez Hrebnickiego odmiana jabłoni “Ananas Berżenicki”, nazywana często “Ananasem”, jest dobrze znana w Polsce i uważana za jedną z najwartościowszych  jabłoni z tzw “starych odmian”.

W “Nowoczesnym Ogrodnictwie” w numerze 2 z 15 stycznia 1937 roku inż Stefan Białobok* pisze o Hrebnickim:

Według historii opowiadanej w rodzinie, Adam Hrebnicki po osiedleniu się na ziemi, którą wniosła mu w wianie jego żona Stanisława Stankiewiczówma, miał powiedzieć, że uczyni z tej ziemi RAJ. Marzył o kwitnących i rodzących owoce sadach po horyzont.

Zanim marzenia te mogły się spełnić, Hrebnicki, jako wykładowca w Instytucie Leśnym w Petersburgu, pracował już nad “Atlasem Owoców”, wydanym w 1906 roku, (egzemplarz w Bibliotece Narodowej w Warszawie), zilustrowanym wieloma rysunkami jego autorstwa. Rękopis tego dzieła znajduje się obecnie w Instytucie Sadownictwa w Kownie.

 

Skany “Atlasu Owoców”

Myślę, że pozostałości po sadzie Hrebnickiego mogą być wciąż bardzo ciekawym miejscem do badań genetycznych i odmianowych. Ale w tej sprawie dobrze byłoby, aby wypowiedzieli się specjaliści.

Kilka zdjęć z Raju z okresu II Rzeczypospolitej (ze zbiorów rodzinnych) pokazuje polskiego uczonego, którego pasja i umiłowanie przyrody dosłownie zaowocowały osiągnięciami, mogącymi służyć za inspirację dla następnych pokoleń przyrodników, genetyków, hodowców roślin w wielu krajach.

Działalność Hrebnickiego jest przykładem pozytywnej pracy naukowej u podstaw, kontynuowanej dla dobra ludzkości, mimo wojen, przeciwności losu i często zmieniających się granic.

_

________________

*Stefan Białobok (ur. 11 maja 1909 w Czernichowie, zm. 17 sierpnia 1992 w Kórniku) – polski dendrolog, profesor, autor ponad 200 prac naukowych, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk i członek honorowy Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. “Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że “ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017

Legenda o Warszawie 1 – dwa wstępy

Legendę o Warszawie napisał przed ponad półwieczem mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, o którym już tu na blogu wielokrotnie pisałyśmy, ja i my, jego córka Janina Kowalska i dwie jej córki, moje kuzynki Maria i Małgorzata.

Maria i ja przygotowałyśmy teraz maszynopis do debiutu. Poprzedzamy go dwoma tekstami wyjaśniającymi.

Janina Kowalska

Przeglądając karton ze zdjęciami, notatkami i starymi oryginałami twórczości mojego Ojca na samym dnie znalazłam wyblakłą teczkę z napisem – “WIKTOR OSTROWSKI, Legenda o Warszawie, scenariusz serialu” – i przypomniałam sobie że w drugiej połowie roku 1955 Wiktor rozpoczął pisanie czegoś co przed nami wszystkimi trzymał w tajemnicy. Wypatrzyliśmy jednak, co pisze i od tej pory dawał nam kawałkami do czytania. Nie był pewny, co to będzie, czy to ma być książka czy scenariusz. W końcu zdecydował się na sześcioodcinkowy scenariusz. Przerabiał go wiele razy, aż na początku lat 60, uznał, że skończył pisanie, dał nam do przeczytania, ale mnie wtedy trudno było ocenić, ile to jest warte.

Prowadził już wtedy redakcję Kinotechnika, która była finansowana przez Film Polski, i tam zaniósł swój scenariusz. Maszynopis przepadł jak kamień w wodę, bo wiadomo, że jest taki przepis, że redakcja nie zwraca nie zamówionych maszynopisów. Ojciec miał taką cechę, że jeżeli uznał sprawę za beznadziejną, to odchodził od niej psychicznie i przestawał się nią interesować. Tak też było w tym przypadku, może przeżywał to jako fiasko, ale nie pokazywał po sobie. Co dalej działo się z Legendą, nie pamiętam, wiem że nigdzie nie była publikowana i tu na blogu ujrzy pierwszy raz światło dzienne.

Egzemplarz, który tu publikuję, nosi poprawki z datą 1971.

Wiktor Ostrowski

UWAGI do “Legendy o Warszawie”

Okres stworzenia Warszawy jest trudny do określenia. Założenie, iż  Warszawa została stworzona przed siedmioma wiekami, podważone zostało wykopaliskami na terenie stolicy, pochodzącymi z wcześniejszych okresów. Nie wdając się w spory na ten temat, stwierdzić możemy, iż 1000  lat temu powstała osada nad Wisłą, z której zrodziła się Warszawa.

Na temat stworzenia Warszawy istnieją dwa podania. Pierwsze –  to tzw. legenda o Warszawie, opisana w noweli Ewy Szelburg Zarębiny,  podanie o Warsie i Sawie. Mimo całej poetyczności tego opowiadania,  nie wytrzymuje ono próby prawdopodobieństwa. Legenda, czy podanie, czy  bajka może być albo całkowicie fantastyczną /jak np. bajka o Kraku/,  albo mieć cechy prawdy historycznej. Rozpatrując pod tym kątem widzenia  opowieść o Warsie i Sawie należy bezstronnie stwierdzić – książę mazowiecki, polując w nieprzebytej puszczy, zabłądził i natknął  się na chatkę rybaka na brzegu Wisły. Tam rybaczka karmiła dwoje niemowląt-bliźniąt – Warsa i Sawę. Książę wzruszył się i postanowił w tym  miejscu wznieść gród, nazywając go od imion dzieci: Warszawą. A więc: książę polował i jego punkt startu znajdował się według wszelkiego prawdopodobieństwa w okolicach PŁOCKA. Stamtąd do Warszawy trzeba  było przebijać się przez puszczę na dystansie około 150 km. W takich  warunkach to wyprawa wielodniowa, a dla pojedynczego jeźdźca – nie  do pokonania. Jeżeliby to nawet było możliwe, to książę musiał przebyć  po drodze Bugo-Narew i wylądowałby w rezultacie nie w Warszawie lewobrzeżnej, a na Pradze.

Ale nawet. Zobaczył dwoje bliźniąt i wzruszył się. Tak uczuciowi książęta nie byli. Gród założyłby w okolicach Modlina, na zbiegu dróg wodnych a nie w Warszawie. Nie nazwałby go imieniem dziewczyny, w żadnym  przypadku! Nadto język ówczesny nie znał łączenia dwóch wyrazów w jedną nazwę. A potem imię “Wars”. Zupełnie nie znana na zachodniej słowiańszczyźnie końcówka. Raczej “Warsz” – jak Grodzisz, Karniesz, Nieudasz etc. “Sawa” nie istnieje takie imię na naszych ziemiach. Na Rusi  “Sawa” – to imię męskie /manufaktura Sawa Morozow/. A połączenie tych  imion ma być “Warszawa”. Nb imieniem dziewczyny nikt nie nazwie grodu.  Zbyt małą wartość miała w owych czasach dziewka.

W mojej wersji oparłem się na innym opowiadaniu, jest ono nieco  starsze od poprzedniej “legendy” datującej się z końca XVII wieku. Po prostu – nad brzegiem rzeki żył i trudził się łowca-rybak –  WARSZ. Był to na pewno zbieg. Uciekł od ucisku, odpowiedzialności…  Był nie sam, z towarzyszamí. Takie osiedla zbiegów były i są opisywane. W latach na przełomie XII i XIII wieku w zachodniej Polsce panowało już chrześcijaństwo, jednak w głuchej puszczy kwitło jeszcze  pogaństwo, tolerowane a czasem nawet popierane przez władców Mazowsza.

Pierwszym osadnikiem był WARSZ. Warszowa polana, Warszowa chata,  Warszowa osada. To przymiotnik dzierżawny, który przerodził się  w nazwę osiedla “Warszowa”. Nie Warszawa, bo w łacińskich najstarszych  tekstach “Varsovia”, francuskie “Varsovíe”. Język nasz był wówczas podobny do czeskiego i wymawiano nazwę raczej w akcentem na pierwszej  zgłosce Wárszowa. “O” bez akcentu wymawia się jak “A” i stąd ostateczna  nazwa “Warszawa”. Zatem miasto stworzone pracą zbuntowanej młodzieży – po prostu, bez nakazów książęcych, zwykłą pracą.

Wiktor Ostrowski, zdjęcie zrobione w Warszawie na ulicy Marszałkowskiej, która wciąż nosi ślady wojny

PS:

Sześć odcinków Legendy o Warszawie będziemy tu publikowały przez sześć następnych niedziel. Nam się ta opowieść bardzo podoba i mamy nadzieję, że spotka się z przychylnym przyjęciem Czytelników. A może znajdzie się wydawca lub filmowiec, który chciałby skorzystać z tego scenariusza?

Janina, Ewa, Małgorzata i Maria

Ze “Skrzydłami” w Nowy Rok

Już tydzień temu pisałam tu o gazecie harcerek “Skrzydła”, wydawanej w latach 1930-1939, gdzie jedną z redaktorek była moja (ukochana) cioteczna babcia, Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia). Dziś noworoczne życzenia harcerskie sprzed 86 lat i podpisany pseudonimem Bukowa Jagoda tekst, jaki Karusia opublikowała w (naj)pierwszym numerze tego miesięcznika.

nowyrok1930-zyczenia

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Zapomniany obowiązek.

Minęła jesień, mamy już poza sobą okres składania sprawozdań z akcji obozowej i okres płacenia długów. (Myślę tu nietylko o długach materjalnych, ale i ciążących na nas długach wdzięczności). Komenda Chorągwi, Oddział, Główna Kwatera otrzymały już żądane raporty, księgi, rachunki. Nie zapomniałyśmy o gościnnych właścicielach terenu, o miłych sąsiadach z Wiejskiego Koła Młodzieży, ani o opiekunach z rodzinnego miasta. Sprawdźmy rachunki jeszcze raz, czy już nikomu więcej nie zawdzięczamy obozowych korzyści i radości? Przypomnieć sobie trzeba, że pozostali jeszcze w ukryciu bezimienni dobroczyńcy, którym nie poślemy ani fotografji na pamiątkę, ani punktualnego sprawozdania, ani nawet miłego listu, ale którym zawdzięczamy bardzo, bardzo wiele.

Bo czyż nic nie jesteśmy winne sosnowym borom za udzielenie nam gościny i cienia i wieczornego szumu drzew? a potokowi za wodę czystą i zdrową i za nieustanną wesołą z nami rozmowę? a wszystkim mieszkańcom lasu skrzydlatym i kosmatym i sześcionogim i kwitnącym – za miłe nieocenione towarzystwo?

nowyrok1930-il1

Jeśli sądzimy, że przyroda nic od nas żądać nie może, że niepotrzebna jej ani wdzięczność nasza, ani pomoc, jesteśmy w błędzie. Dziś na całym świecie przyroda wymaga opieki i ochrony, gdyż dopiero pod koniec ubiegłego stulecia w Ameryce, a w początku bieżącego w Europie spostrzeżono się, że działalność gospodarcza człowieka zniszczy niedługo resztę naturalnego piękna naszej ziemi, jeśli się jej w pewnych wypadkach nie powstrzyma. W tym celu rządy wszystkich państw wydają ustawy, które otaczają opieką ginące rośliny lub zwierzęta, bądź też wyłączają z użytkowania poszczególne tereny, bezcenne ze względu na ich piękno.

nowyrok1930-il2

Ale wszelkie prawa są niewystarczające, jeśli ludność ich nie zna lub nie rozumie, a więc nie przestrzega. Dlatego też powstawać muszą organizacje społeczne, które zajmują się szerzeniem idei ochrony przyrody, dążą do tego, aby każdy obywatel umiał szanować piękno ojczystego kraju. W Polsce dopiero od dwu lat mamy podobną organizację, jest nią Liga Ochrony Przyrody. Liga O.P. jest jednem z tych towarzystw, których cele harmonizują tak dalece z naszemi hasłami, że stała współpraca naszych chorągwi i drużyn staje się tu koniecznością. Zajrzyjmy więc do statutu Ligi O. P. „Liga budzić będzie słowem i pismem zainteresowanie i szerzyć miłość dla cech swoistych poszczególnych części ziemi ojczystej – zaś harcerka miłuje przyrodę. „Liga przyczyniać się będzie do poznania pod względem przyrodniczym poszczególnych części tej ziemi” – zaś harcerka stara się poznać przyrodę. Widzimy, że nie ma różnic zasadniczych w treści tych wskazań. Dla wielu ludzi cele „ochrony przyrody” są niezrozumiałe, obce, dalekie. Dla nas zawsze pozostaną bliskie i drogie, pamiętamy bowiem, jak wiele zawdzięczamy przyrodzie; współżycie z nią jest nieodzowną częścią naszej pracy wiosennej i letniej, jest źródłem nowych sił i poważnym czynnikiem kształcenia charakteru.

Ale jeśli umiemy wykorzystać piękno przyrody dla naszych celów, umiejmy spłacić zaciągnięty wobec niej dług. Drużyny nasze nie zawsze pamiętają o tym obowiązku. Wiem, że zdarzają się jeszcze wypadki nieposzanowania przyrody, masowego zrywania roślin, rycia napisów na skałach i.t.p. A często patrzymy obojętnie, gdy szpecą przyrodę inni, nie objaśniając niszczycieli, którzy nie zawsze uświadamiają sobie wyrządzoną szkodę. Musimy więc, pamiętając o przybywających nam co rok nowych zastępach i nowych kierowniczkach pracy, w odpowiednich gawędach przypomnieć drużynom jaki być powinien stosunek harcerek do przyrody.

nowyrok1930-il3

Na razie rzucam tych parę myśli, zawsze aktualnych. W przyszłości pismo nasze poświęci trochę miejsca sprawom ochrony przyrody, a więc w porze przedwiosennej pomówimy bliżej o zachowaniu się drużyn na wycieczkach podmiejskich, a przed sezonem letnim o tem, co dobrego mogą zrobić, a czego złego uniknąć nasze obozy. Teraz zaś jeszcze zimową porą drużyny harcerskie mogą zgłosić się do Ligi Ochrony Przyrody, jako tak zwani członkowie związkowi. Drużyna, która postanowi wejść do Ligi, zawiadamia zarząd Ligi pisemnie, podając ilość swoich członków oraz opłaca za każdą harcerkę 30 groszy rocznie. (Tak, 30 groszy, nie więcej!) Wzamian drużyna zostaje członkiem związkowym Ligi, oraz otrzymuje dla każdej z druhen znaczek z żubrem, który nalepia się na legitymację harcerską. Dodać trzeba, że z takich groszowych składek Liga Ochrony Przyrody uzbiera tysiące złotych, które przeznaczy przede wszystkim na wykup z rąk prywatnych właścicieli tych skrawków ziemi naszej, które ze względu na ich piękno i wartość przyrodniczą trzeba zachować nietkniętemi. Teraz najbliższym projektem Ligi jest wykup resztek pierwotnego stepu na Podolu. Musimy i my pomóc w zrealizowaniu tego projektu. Drużynom, które zechcą zgłosić się do Ligi, podaję jej adres: Warszawa, Aleje Ujazdowskie 6/8. Druhny, które życzyłyby sobie podania innych informacyj w sprawach ochrony przyrody, proszę o przysłanie swych żądań i zapytań do redakcji “Skrzydeł”.

PS 1. Czytelnik znajdzie na tym blogu więcej wpisów Karoliny Lubliner-Mianowskiej (Bukowej Jagody), w tym również o sprawach ochrony przyrody i troski o las, który Karusia najbardziej kochała. Są ludzie gór i ludzie morza, mawiała, a ja jestem człowiekiem lasu. Gdy to piszę, przypominam sobie niezliczone leśne wycieczki z Karusią, które stanowiły ważny element mojego dzieciństwa i dorastania, podobnie zresztą jak wielokilometrowe wędrówki plażą, które były specjalnością rodziców, a zwłaszcza ojca.

PS 2. W Wikipedii czytamy: Liga Ochrony przyrody jest najstarszą organizacją ekologiczną w kraju – powstała 9 stycznia 1928. Godłem stowarzyszenia jest stylizowany żubr z nazwą organizacji. Liga jako organizacja ogólnokrajowa została założona z inicjatywy Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zjazd organizacyjny odbył się 9 stycznia 1928. Pierwszym prezesem wybrano prof. Józefa Mroziewicza. W lidze działali wówczas naukowcy i działacze tacy jak: Aleksander Janowski, Władysław Szafer, Walery Goetel, Jan Gwalbert Pawlikowski, Bolesław Hryniewiecki i Mieczysław Limanowski. Na pamiątkę tego wydarzeniu, co roku 9 stycznia, obchodzi się w Polsce Dzień Ligi Ochrony Przyrody. II wojna światowa przerwała działalność ligi, ale stowarzyszenie odrodziło się już 17 lipca 1945 w Łodzi. Pierwszym prezesem po wojnie był prof. Edward Potęga.

PS 3. I może jeszcze jeden przypis. W roku 2016 sprawa ochrony lasów pojawiła się na pierwszych stronach gazet, gdy rząd Beaty Szydło podjął decyzję o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.  Wydawałoby się, że Liga Ochrony Przyrody powinna się temu zdecydowanie sprzeciwić. Niestety. Oto pismo LOP w tej sprawie z 22 października 2016 roku.

Myślę, że Karusia byłaby zrozpaczona.

PS 4. Żubry zresztą też pójdą na odstrzał. Na razie te z Puszczy Boreckiej. Prasa podała… Szczęśliwego Nowego Roku, zanim wszyscy pójdziemy na odstrzał!

La voix des crânes

Steve (l.) bei dem Festival Stadtsprachen mit dem Festivalorganisator Martin Jankowski
siehe auch

Steve-Léo Mekoudja

À chaque fois que je regarde Nestor, mon frère, j’ai l’impression de voir mon père. Son teint chocolat très foncé et éclatant. Son nez épaté. Sa petite taille. Sa vivacité. Ils se ressemblent à telle enseigne que, certains amis de mon père appelaient mon frère « la copie de son père ». Ils lançaient à mon père : « ton fils là te ressemble vraiment. On dirait toi en une plus jeune version. » Mon père esquissait le sourire de qui venait de recevoir un prix, un sourire fugace mais suffisamment lumineux pour que l’on puisse s’imaginer qu’il en  était fier, comme si c’était un mérite. Puis il commençait à leur raconter que lorsqu’il était plus jeune, il était aussi plein de vie que Nestor, aussi insoucieux, aussi agité. Que les gens avaient même demandé à sa mère si elle avait mangé un singe pendant sa grossesse. Ils s’esclaffaient tandis que je souriais machinalement. Machinalement parce que papa racontait toujours cette histoire, toujours de la même façon, toujours avec cet aura de  nostalgie, parlant lentement, s’arrêtant parfois comme pour essayer de se souvenir, comme s’il lui était impossible de se souvenir en parlant ou parler en se souvenant. Je connaissais cette histoire par cœur, le début et la fin et ça ne me gênait guère que mon frère ait plus de traits physiques de papa que moi. Parce que si physiquement, je ressemble plus à mon grand-père, j’ai l’intelligence de mon père. Je suis aussi impatient et  bavard que lui. Surtout bavard… La maison résonnait au rythme de ma voix. Dans le salon, je racontais à mon frère ce que j’avais lu dans les livres que papa m’avait offerts. Dans la cuisine, je complimentais ma mère sur sa nouvelle coiffure et lui suggérais d’acheter de nouveaux modèles de robes que j’avais vus à la télé. Au début, elle souriait, riait, m’écoutait sans piper mot. Peut-être espérait-elle que son silence me dissuade de parler mais il n’en était rien. Je recommençais de plus belle. Elle finissait par gronder :

-Yves, il fait chaud, je suis fatiguée !

Je sortais de la cuisine, déçu, puis jetai mon dévolu sur mon père qui lisait son journal sur la terrasse. Papa était toujours très heureux de parler avec moi, de parler avec quiconque… À quand le prochain gouvernement de Biya? Qui va gagner les prochaines élections présidentielles ivoiriennes ? Que faire contre la corruption grandissante dans notre pays? Les questions de société succédaient aux questions politiques. Papa et moi débattions, riions, nous contredisions.

Mais ce jour où nous allions dans notre village rendre visite à ma grand-mère, ce n’est pas de politique que nous avions parlé  mais de mon métier de rêve. C’était un samedi tiède. Nestor s’assit à l’arrière et moi à l’avant de la jeep, fier de prendre la place  réservée à ma mère, fier d’être assis près de papa, fier d’être son premier fils. Maman se tint près de la voiture et murmura à papa quelque chose qu’il m’était impossible de déceler. Elle avait l’habitude de lui parler de cette façon quand elle voulait lui demander une nouvelle chaussure, un nouveau sac ou un nouveau téléphone.

-Tes ignames et plantains vont salir ma voiture. Non, réagit mon père avec un léger énervement dans  la voix. Un énervement qui n’en était pas réellement un. Il disait toujours non lorsque maman lui demandait d’acheter des vivres frais sur la route du village, prétextant qu’il venait de laver sa voiture et ne voulait pas la salir ou qu’il n’avait pas de temps pour s’arrêter sur la route. Il disait toujours non mais faisait quand même la commission. Je le savais Maman aussi. C’est pourquoi elle répliquait avec un sourire flatteur :

-Tu sais très bien que les vivres sur la route de Santchou coûtent moins chers.

-On doit partir.

-Saluez votre grand-mère.

-Oui, maman. Nestor et moi répondions en chœur. Mon village Fossong-Wentcheng est  situé à quelques kilomètres de Dschang. Au début du voyage, papa ne mettait jamais la musique. Il nous posait des questions sur nos études, sur nos activités sportives. Parfois il nous parlait de ses prochains projets de construction de maisons ou d’achats de voiture. Ce samedi-là, ce n’est pas lui avait amorcé la discussion. Plutôt moi :

-Papa, que faire pour être ministre ? Concentré à conduire, il rit, me regarda, puis dit :

-Tu veux devenir ministre ? Il rit de nouveau, énergiquement à tel point que ses yeux se fermaient, ses joues enflaient. Je l’observai et je me demandais si je riais comme lui. J’essayai de me souvenir de mon propre sourire mais je n’y parvenais point. Je décidai que je me regarderai à travers le rétroviseur de la voiture lorsque je rirai pour vérifier que mon sourire était celui de mon père.

-C’est un bon projet. Mais tu sais que pour y arriver, il va falloir être brillant, être le meilleur.

Je hochai la tête. Il se retourna vers mon frère :

-Toi tu veux être ministre aussi ?

– Moi je veux être footballeur.

-Non. On ne va pas à l’école pour devenir footballeur. On va à l’école pour devenir ingénieur ou médecin. Le football c’est pour les paresseux.

Il prit un air sérieux et accéléra. Nestor garda le silence pendant quelques secondes, puis répliqua :

-Dans ce cas, je serai médecin. Cardiologue. Ainsi je soignerai le cœur de grand-mère.

Nous riions  ensemble et j’en profitai pour me regarder dans le rétroviseur de la voiture. J’avais le même sourire que mon père. J’en étais fier. Je m’endormis en écoutant  African typic collection de Samfan Thomas. Je ne me réveillai qu’à l’entrée de la chefferie de mon village.

Le chef de mon village était très grand et costaud, dix fois plus bavard que mon père. Lorsqu’il me demanda mon prénom, je baissai la tête et murmura quelque chose d’incompréhensible.

-Yves, dit mon père en riant grassement, il s’appelle Yves. Il est très timide.

C’est que le charisme du chef Fossong-wentcheng pouvait briser toute estime de soi. Sa voix était si forte que l’on pouvait l’entendre à un kilomètre. Son rire résonnait plus fort que ceux des autres. Ce jour-là, il ne portait pas de long boubou traditionnel mais une chemise blanche et un pantalon kaki. Il s’assit sur une chaise en bois et prit Nestor sur ses pieds pendant qu’il discutait avec mon père et d’autres invités. Je l’observai, immobile, fasciné, presque apeuré. Les choses traditionnelles, comme les choses religieuses m’effraient parce qu’elles sont mystérieuses. Je ne me souviens plus exactement de quoi ils avaient parlé mais je sais qu’ils avaient ri. Ils avaient beaucoup ri… Le téléphone du chef sonna et il se leva pour décrocher. Nestor qui était assis sur sa cuisse se leva puis voulut s’asseoir sur sa chaise, avant que les cris des gens alentours ne l’en empêchent :

-Non ! Non ! On ne s’assoit pas sur la chaise du chef ! Debout ! Debout !

Mon père ne dit rien et j’étais frustré de ne pas pouvoir lire sur son visage ce qu’il ressentait. Moi qui le connaissais si bien. Avait-il eu peur que Nestor s’asseye sur le siège du chef ? Avait-il honte de n’avoir pas appris à mon frère que nul ne s’assoit sur la chaise d’un chef ? Était-il en colère contre mon frère ? Nestor vint s’asseoir près de moi et je ressentis qu’il avait peur. Il ne dira rien. Il ne racontait jamais ses angoisses mais ses longs silences les trahissaient. Je me demandais ce que j’aurais fait à sa place. Je me demandais ce qu’il se serait passé s’il s’était assis sur le siège du chef. Serait-il mort ? Serait-il devenu stérile ? Malade ? Maudit ? Ces questionnements me filèrent des maux de tête et j’en voulus à mon père de ne nous avoir rien dit, de nous avoir emmené chez le chef sans nous dire que son siège n’était pas un siège comme les autres. J’espérais qu’il nous en parle, qu’il nous en parle enfin. Mais il ne fit aucun commentaire, même pas le soir autour du feu chez grand-mère.

Ce soir-là, grand-mère avait tué un poulet pour sa sauce d’arachide. J’adorais les sauces d’arachides de grand-mère. Je les préférais à celle de ma mère. Grand-mère n’y mettait curieusement pas de la tomate, du  persil et du basilic comme maman. Juste de l’oignon, de la viande et de la pâte d’arachide grillée. Quel était donc le secret de sa sauce ? Était-ce vrai que ses vielles marmites augmentaient le goût des sauces ? J’aimais beaucoup ma grand-mère mais chez elle j’avais peur. Dans son salon, j’entendais des voix, les voix des crânes. J’entendais leurs voix depuis le jour où, par curiosité, j’avais ouvert une marmite qui contenait un  crâne humain. Il y avait trois marmites dans le salon, l’une contenant le crâne de mon feu grand-père et les deux autres, ceux de mes arrière-grands-parents. C’est Rita, ma cousine qui me l’avait dit, mais elle ne m’avait pas expliqué pourquoi grand-mère collectionnait ces crânes des morts. Peut-être ne le savait-elle pas. Grand-mère préparait sa sauce en chantant tandis que les voix des cranes continuaient de m’affoler. Peut-être ne parlaient-ils pas réellement. Peut-être que c’est la peur qui me faisait entendre des choses. Pourquoi étais-je le seul à entendre ces voix ? Ces voix qui me hantaient même pendant mon sommeil.

« N’aie pas peur, dit grand-mère en souriant, les crânes ne te feront pas mal. Les crânes t’aiment. Les crânes t’éclairent. Les crânes te gardent. Les crânes te protègent. »

Wigilia i Pasterka

Nadesłaliście mi tyle materiałów na święta (dziękuję!), że nie mam wyjścia, już wczoraj połączyłam teksty Romana Brodowskiego ze zdjęciami Krysi Koziewicz, dziś natomiast najpierw “z życia wzięta” jak najbardziej aktualna proza Basi Kowalskiej, potem harcerski tekst o Pasterce sprzed prawie 80 lat, a na zakończenie jeszcze ja się troszeczkę wymądrzam. No tak! Wszystkiego najlepszego i Happy Chanukka!

Basia Kowalska

Przy wigilijnym stole

przy-wigilijnym-stole-1-docx

25.11

Co?! Mamo! Zaprosiłaś Stefana z Magdą i z ciocią? Będzie Paweł i Kacper..? Paweł, Kacper, ciocia są w porządku – ale oni! Do tego te dzieci! Trójka dzieci! No litości… A dlaczego oni nie jadą do rodziców Magdy do tych Kozich Głów czy gdzieś?! No tak – nie chce im się. Wiadomo, upakować troje dzieci w samochodzie, parę godzin tłuc się tym samochodem, tam się gnieść – u rodziców, w ciasnocie dzień i noc, to wygodniej się wprosić do nas! Nie zaprosili nas na chrzciny ale na Wigilię to bardzo chętnie przyjdą… Tak, oczywiście, że ich nie lubię. Tak, właśnie dlatego, że są taką wspaniałą zakochaną w sobie rodziną, a ja jestem rozwiedziona. Tak, zazdroszczę im tego, że oni mają trójkę dzieci a ja nie mam żadnych. Tak, wkurza mnie to, że Magda ma męża a ja nie.

27.11

Co to za rodzina! Stefan nie chciał mi pomóc ze sholowaniem samochodu, gdy go o to prosiłam. „Ja mam żonę i dzieci, którymi muszę się zająć, ale wykup sobie na przyszłość assistance” – tyle od niego usłyszałam. …A pamiętam jak z ojcem holowaliśmy naszym maluchem – malucha wujka, w którym Stefan siedział jako mały brzdąc. Jechaliśmy przez całą Warszawę. Sznurek zerwał się dwa razy, trzeba było wiązać. Mróz był i czołgi na ulicach, a my spieszyliśmy się, by wrócić do domu przed 22. Przyjechaliśmy 10 minut po. Mama była mocno zdenerwowana. Jakoś nam nie przyszło do głowy powiedzieć: „sorry – twój problem”.

30.11

Szkoda, że moje życie się tak potoczyło… Nie ma przy mnie tych, których kocham… Nie sądziłam, że tak będzie…

02.12

Mamo, poproś ciocię żeby poprosiła Kacpra żeby nie wchodził z ojcem na tematy polityczne. I poproś ojca, żeby nie prowokował Kacpra. Jeśli ty go poprosisz, to on to będzie miał na względzie, jak ja go poproszę to go to tylko rozsierdzi…

04.12

Tyle pieniędzy pójdzie na te Święta… W tym roku zrobię to tak, żeby jak najmniej wydać… Żadnych specjałów… Dla kogo mam się starać?… Dla Stefana? dla Magdy?… jasne… Tylko tak zrobić, żeby stół ładnie wyglądał ale z gotowaniem to się nie wysilać…

10.12

O! pojawiły się już choinki na ulicach. Ciekawe po ile? Jak ma się dzieci to pewnie ale tak dla siebie samej…? Poza tym przytaszczyć ją do domu… …hm …taka choinka to jest dużo ładniejsza niż sztuczna. W zeszłym roku rozstawiłam sztuczną to może w tym roku postawić prawdziwą! Bombki zupełnie inaczej wyglądają jak wiszą na żywych gałązkach. Sztuczna to taka atrapa, plastik, a prawdziwa… pachnie ładnie …

13.12

Może zrobię sałatkę z brokułów, kukurydzy, jajka, fety i świeżego ogórka? O tak, ona jest dobra. Tylko trzeba w ostatniej chwili przed podaniem na stół dodać ogórek i majonez. W przeciwnym razie woda wycieka i się robi nie smaczna. Przepis dostałam od Agnieszki, siostry Adama, zanim się rozwiedliśmy… Lubiłam ją… A może zrobię kutię? – z maku, klusek, miodu, pomarańczy… Zrobiłam 5 lat temu, jak spędzaliśmy Wigilię u teściowej… już świętej pamięci…

16. 12

Barszcz kupię Krakusa ale pierogi to zrobię sama. Moje – nie równają się z kupnymi. A Magda to akurat tak słabo gotuje, że może się ode mnie uczyć! Jak kiedyś upiekła ciasto to na stole stało i stało! I na talerzach zostało u wszystkich! Po prostu było – niejadalne. Nie to co moje wypieki! Znikają od razu! Zrobię rafaello. Podkład z krakersów, krem z mleczka kondensowanego, wiórki kokosowe… Łatwe w przygotowaniu, nie trzeba piec, tylko chłodzić. Zawsze wszystkim smakuje i zawsze w magiczny sposób znika ze stołu… I wszyscy się rozpływają nad tym ciastem – jakie to ono dobre… I mnie chwalą! To jest warte zachodu.

  1. 12

Choinkę kupiłam prawdziwą – 100 zł. A co tam! Raz się żyje! Czy to że nie mam własnej rodziny to znaczy, że nie mogę mieć także choinki takiej jaka mi się podoba! Ubrałam ją jak zwykle pięknie. Nie chcę się chwalić ale w rodzinie to zawsze choinka w moim domu była najładniejsza. I tak trzymać!

  1. 12

Kupię jeszcze drożdże do kulebiaka z kapustą i grzybami.. Przy okazji odbiorę obrus z pralni. Jeszcze zmienię firanki. …Łazienkę, ubikację, kuchnię już posprzątałam, może uda mi się dziś wcześnie położyć, wyśpię się bo zmęczona jestem… Jeszcze przed świętami muszę zapłacić rachunki i pójść do administracji, wyjaśnić sprawę z miejscem na rower w piwnicy. Sąsiad stanął na moim legalnym miejscu i się jeszcze awanturuje. Trzeba to wyjaśnić, nie przeciągać sprawy na Nowy Rok.

23.12

Choinka wygląda przepięknie. Duże bombki wiszą na dole a im wyżej tym mniejsze – to jest szyk! Tata mnie tak uczył ubierać jak byłam mała. Lampki – równomiernie rozmieszczone, i żeby nie było np.: dwóch czerwonych obok siebie, albo dwóch zielonych… Z przodu, wiszą te, które coś przedstawiają – złoty tukan, łabądź, szopka, mikołajek, dzwonek. A z tyłu – te, które są nadgryzione zębem czasu ale mają jakąś wartość sentymentalną, np.: taka, którą babcia kupiła za okupacji.

24.12

Goście poszli. Ale pięknie Antoś zaśpiewał kolędę! I znał wszystkie zwrotki! A jak im smakowało moje ciasto! Ręce im same chodziły do stołu. A jak przy piątej porcji Magda powiedziała maluchom – „dość” – to Martynka się rozpłakała jak bóbr, wyła jak syrena J Fajnie, że Paweł przyjechał z Dubaju. Jako skrzypek w Polsce nie ma co liczyć na pracę. Jemu nie poszło z założeniem rodziny, chociaż bardzo chciał… Kacper mi doradził jak spisać umowę pod wynajem mieszkania – dobrze mieć w rodzinie prawnika, do tego ma świetne poczucie humoru… Ciocia przyniosła pyszne, własnoręcznie robione śliwki w zalewie słodko-kwaśnej i kiszone jabłka, palce lizać… Fajnie, że przyszli…

24.12 – godz. 22.

Pasterka. No, tu to akurat zawsze jest święto. Dusza się raduje. „Bóg się rodzi, moc truchleje…”
(…)

…To przypomina mi wierszyk z dzieciństwa, który kończy się tymi słowami:
„Tyle to trzeba trudu, mozołu – dla sporządzenia jednego stołu”.

przy-wigilijnym-stole-2-docx

Rys. Lutczyn, z książeczki dla dzieci pt.:„Stół” – autorstwa Juliana Tuwima.

Życzę wszystkim aby w Święta Bożego Narodzenia zasiedli do jednego stołu z tymi, których kochają. Życzę wszystkim aby przez kolejny rok, nie tracili zapału, siły i wiary by ten jeden, wspólny stół tworzyć. Życzę wszystkim aby tych, których nie kochają ale przy wspólnym stole, w ten wyjątkowy wieczór – goszczą, bo tak wypada – zaakceptowali takimi jakimi są, puścili w niepamięć to co dzieli, darowali to co boli; nikt nie jest doskonały.

Na pustyni nie ma ludzi, których nie lubimy a przecież nikt by tam nie chciał spędzać świąt.

….Ciiii, Dzieciątko usnęło…

skrzydla1Ewa Maria Slaska

W styczniu 1930 roku ukazał się pierwszy numer gazety harcerek – Skrzydła. Taka data widnieje na okładce. Jednak numer musiał się ukazać co najmniej tydzień wcześniej i musiało to być zaplanowane, bo na pierwszej stronie umieszczony został tekst zatytułowany Na pasterkę.

Są święta, po cygańskiej wigilii chodźmy więc na harcerską Pasterkę.

Być może tekst, który tu cytuję, został napisany przez Karusię czyli moją cioteczną babkę, Karolinę Lubliner-Mianowską. Była ona harcmistrzynią Rzeczypospolitej Polskiej, doktorem biologii, specjalistką briologii czy jak się ta jej dziedzina wiedzy nazywała, którą my w domu nazywaliśmy “mchy i porosty”. Piszę, że tekst o pasterce napisała być może Karusia, a być może nie, bo wiele autorek pisało do Skrzydeł zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimem, a czasami również sygnowały swoje krótsze teksty po prostu literą. Karusia pisywała więc jako Karolina Lublinerówna i jako Bukowa Jagoda, natomiast z podpisami literowymi jest kłopot, bo teksty podpisane K.L. są zapewne jej, ale ten króciutki opis harcerskiej wędrówki na Pasterkę został podpisany tylko literką L, czyli jego autorką mogła być też druhna harcmistrzyni Lewandowska.

pasterka-kl***
Byłam ostatnio w Warszawie i spędziłam dwa dni w Bibliotece Narodowej czytając harcerskie Skrzydła. To piękna lektura i jak sądzę całkowicie zapomniana.  Oto jakimi słowami harcerki rozpoczęły swoją działalność wydawniczą:

Mottem był cytat z Promethidiona Norwida: Słowo jest czynu testamentem.

A przesłanie gazety było jednocześnie tłumaczeniem jej tytułu:

Niech Skrzydła niosą w świat słowa nasze – testament naszego czynu – i niech je rzucają na glebę żyzną. Niech Skrzydła nasze mają moc i treść.

***

W najbliższym czasie opublikuję tu kolejne artykuły Karoliny Lublinerówny i Bukowej Jagody. Już teraz zapowiadam – Bukowa Jagoda pisała o lesie i przyrodzie, ale Karolina, o!  Karolina, pisała między innymi o myśleniu, w tym również o myśleniu logicznym.

Czego i nam wszystkim życzę w ten dzień świąteczny!

***

PS. Jeden numer miesięcznika Skrzydła kosztował 50 groszy.

Reblog d. przedruk: Zielonka

Dziś, 8 grudnia, odbywa się w Zielonce prezentacja trzeciego numeru Zeszytów Zielonkowskich. Tym razem jest to książka wspomnieniowa naszej blogowej Mirki

Publikuję tu dwa pierwsze rozdziały tej książki, z dumą podkreślając, że to dzięki moim i naszym blogom Ciocia zaczęła pisać i debiutuje teraz w pięknym wieku 87 lat! Ale jesteśmy wszyscy dumni! Pękamy z dumy!

biala-apaszka

Janina Kowalska

WOJNA

O Zielonce

W moich wspomnieniach okupacyjnych będzie się często przewijała nazwa Zielonka. Muszę wyjaśnić, co to za miejsce i jak się tam znalazła moja rodzina wraz ze mną. A, że zawsze piszę o historii, to i od niej zacznę.

Na rozstaju dróg, jakieś 10 km od Warszawy na północny wschód, stała w XIX wieku karczma, a że stała wśród lasów i pól, nazwano ja Zielonka – Karczma Zielonka. Z czasem powstały wokół karczmy inne zabudowania, bo ziemia była żyzna, co na Mazowszu nie często się spotykało i tak powstała osada, biorąc nazwę od karczmy.

Żyzna ziemia wzięła się stąd, że okolica jest podzielona na wyżynę, którą jest moreną czołową i piaszczystą wydmą, a u “stóp” takiej moreny rozciąga się dolina z żyzną ziemią, czasami podmokłą, z licznymi źródłami wspaniałej wody, czarnoziemem po bagiennym, torfowiskami i polami gliny – nazywa się to Równina Wołomińska.

Torfowiska dawały torf do ogrzewania domów, a glina nadawała się do wyrobu i wypalania cegły. Nic więc dziwnego, że Zielonka szybko sie rozrastała. W okresie międzywojennym liczyła ponad 10 tys. mieszkańców i stała się miejscowością letniskową dla spragnionych świeżego powietrza warszawiaków. Pobudowano domy o kilku kondygnacjach podzielonych na mieszkania i wynajmowano je letnikom.

Przez Zielonkę płynęła nieduża, ale czysta i ciepła rzeka Długa, miejscami płytka, miejscami głęboka, doskonała do kąpieli. Rzeka uchodzi do Kanału Żerańskiego, a wraz z nim do Wisły.

Jak moja rodzina znalazła lokum właśnie w Zielonce zaraz tu opiszę, ale i tu mały wtręt historyczny.

Rodzina, nazwijmy ją W, i rodzina, nazwijmy ją C, miała dwóch dorosłych synów, którzy zapałali do siebie miłością. Miłością bardzo mało zrozumiałą na początku XX wieku. Co poróżniło obu tych panów nie wiadomo, dość, że pewnego dnia znaleziono ich w mieszkaniu martwych z ranami postrzałowymi głów. Przewód sądowy orzekł, że W zabił C i sam popełnił samobójstwo.

Rodzina C była biedna. Matka była wdową i miała jeszcze trzy córki, z których najmłodsza była w początkowych klasach szkoły. Jedynym żywicielem rodziny był syn, zabity przez swojego przyjaciela. Sąd orzekł, że rodzina W musi zabezpieczyć byt rodzinie C. Rodzina W była zamożna i w ramach rekompensaty za śmierć jedynego żywiciela, ofiarowała rodzinie C dom w Zielonce pod Warszawą. Rodzina C wynajęła go i z czynszu się przez jakiś czas utrzymywała. Wkrótce dwie starsze siostry zaczęły pracować i rodzina pomyślała o przeniesieniu się do Zielonki. Sprawę przyśpieszyły zaręczyny starszej z sióstr, a narzeczonym i wkrótce mężem, był brat mojej Mamy. Tak rozpoczęły się nasze związki z Zielonką.

Jako dziecko byłam bardzo chorowita i po jakiejś ciężkiej chorobie zwołane konsylium lekarskie orzekło, że dla ratowania zdrowia dziecka i hartowania go, należy wyprowadzić się z zakurzonej i dusznej Warszawy i przenieść się na stałe gdzieś, gdzie będzie świeże powietrze, las i czysta woda. Wybór moich Rodziców padł na Zielonkę, gdzie mieszkał już brat mojej Mamy z rodziną. On to znalazł nam ładne słoneczne mieszkanie i tak zamieszkaliśmy wśród zielonkowskich lasów nad rzeką. Tu poszłam do przedszkola, tu zaczęłam szkołę i tu mieszkałam całą okupację niemiecką.

Torf

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska. Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu. Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf. Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły zaproponowali, więc żebyśmy kopali ich torf i podzieli się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 – 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził “urobek” na miejsce składowania i suszenia.

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi. Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki. Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 – 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania. Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.

Śniadanie literackie: Żeromski (reblog z dodatkami rodzinnymi)

To śniadanie z Przedwiośnia już było TU, ale mimo starań, nie znalazłami, a i nie przypomniałam sobie, czegoś więcej o śniadaniach u Żeromskiego. Jest wprawdzie w Popiołach w rozdziale Strzemienne wzmianka o śniadaniu, ale dowiedzieć się z niej można tylko, że panowie Olbromski, Cedro i Trepka dostali na ten o świtaniu podany posiłek polewkę winną, a zaraz potem gospodarz wyciągnął “niewielką starą butelkę” z jakimś szlachetnym trunkiem, ale jakim, nie wiadomo. Czyli najpierw grzane wino, a potem coś mocniejszego. Ale też Rafał i Krzysztof szykują się właśnie do opuszczenia dworu Trepki i jadą bądź co bądź na wojnę, do Legionów Dąbrowskiego. Jak praprapra… dziadek mojego  (byłego) męża, Jan Slaski (1768-1847) zabierał z okolicznych wiosek małopolskich chłopów na Insurekcję – to on wpadł na pomysł, by uzbroić ich w postawione na storc kosy – to też im się dał najpierw pokrzepić antałkiem siwuchy. Slaski z kosynierami widnieją w Panoramie Racławickiej Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych, ale, no cóż, bez antałka. Namalował ich zapewne Teodor Axentowicz, a niewykluczone, że stroje kosynierów były dziełem Włozimierza Tetmajera lub Wincentego Wodzinowskiego. Historycy twierdzą, że wiedzą dokładnie, ilu Slaski przyprowadził wojaków – 1920! To nad Slaskim i jego kosynierami powiewa słynny sztandar “Żywią i bronią”.

U góry fragment Panoramy Racławickiej, ten z kosynierami, poniżej Modlitwa przed bitwą Chełmońskiego


Nota bene, to właśnie generał Slaski przesłał w świat pierwszy raport o zwycięstwie pod Racławicami.  Ale to wszystko czasy pierwszego powstania przeciwko Rosjanom i pierwsza bitwa, i od razu zwycięska, o której pamiętać będą uczestnicy następnych… wszystkich powstań polskich.
Popioły to już okres wojen napoleońskich, walka za wolność naszą i waszą, a Przedwiośnie – wolna i suwerenna Polska.

Stefan Żeromski, Przedwiośnie

Cezary Baryka przyjechał do domu przyjaciela, Hipolita Wielosławskiego w Nawłoci. W zamożnym dworze toczy się wyidealizowane, sielankowe życie polskiego ziemiaństwa. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez cały dzień, pisze Żeromski, Wstawano dosyć późno. Ten, kto wstał o poranku, spożywał śniadanie bez towarzystwa kolegów czy rodziny, ale nie sam, o nie…

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych “podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił “masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, na który nieznacznie wskazywał, i coś “ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – “kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do “kawusi”, kożuszków, “śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i kuchennym kredensie. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Cezarego, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Zdjęcie z filmu:
produkcja: Francja, Polska 2001
reżyseria i scenariusz Filip Bajon
na podstawie: powieści Stefana Żeromskiego
Cezary Baryka: Mateusz Damięcki
Maciejunio: Wojciech Siemion

Pro Patria

Andrzej Rejman

W cyklu wspomnień rodzinnych była już wzmianka o Marcinie Woyczyńskim, towarzyszu broni, przyjacielu i osobistym lekarzu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Tym razem rozwinięcie tej opowieści autorstwa Marii Chodorek.

***

Pro Patria

Zbliża się 11 listopada, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, ale także dzień, któremu patronuje śwęty Marcin. Dzień św. Marcina jest wciąż w pewnych regionach Polski obchodzony uroczyście od lat!

Zbieżność tych świąt wydaje się symboliczna w przypadku MARCINA WOYCZYŃSKIEGO, który walczył o wolną Ojczyznę, a potem wiernie Jej służył.

Rodzina

Marcin Woyczyński (1870-1944) był starszym bratem mojej Babki, Marii. Oboje urodzili się w Woroneżu, w rodzinie Ignacego i Kazimiery (z d. Szklennik) Woyczyńskich. Swojego męża, mego Dziadka, Wacława Stankiewicza, Maria poznała poprzez brata w Petersburgu w “Kuchni Polskiej”. “Kuchnia Polska” była rodzajem studenckiego klubu ze stołówką. Organizowano tam różne uroczystości koleżeńskie, rodzinne, towarzyskie, a także konspiracyjne.

W “Kuchni” był punkt kontaktowy z Biblioteką Polską, zasobną w polską literaturę fachową, historyczną i beletrystyczną, wydawaną w Galicji lub na Zachodzie.

Księgozbiór umieszczony był poza klubem, w kilku punktach. W lokalu “Kuchni Polskiej” zbierali się członkowie nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Związku Młodzieży Polskiej ZET.

Obaj – Stankiewicz i Woyczyński należeli do wspomnianego związku i (wg mojej Babci) “sympatyzowali” z socjalistami.

Obaj pochodzili z Wileńszczyzny. Tam były ich korzenie i część rodziny.

1b_waclaw_stankiewicz 1a_marcin_woyczynski

U góry Wacław Stankiewicz
po prawej Marcin Woyczyński

Odmiennie potoczyło się ich życie rodzinne i zawodowe, ale nieodmiennie darzyli się przyjaźnią. Maria i Wacław doczekali się trojga dzieci, najmłodszą była moja Matka – Janina, a Marcin Woyczyński został jej chrzestnym. W 1895 roku adoptował chłopca o imieniu Benedykt, który przyjaźnił się potem z dziećmi Stankiewiczów i przez pewien czas w Moskwie był domownikiem tej rodziny. Nazywano go Benem. Ben Woyczyński ukończył studia filozofii i filologii klasycznej w Wilnie, gdzie w 1925 roku obronił doktorat pod opieką Wincentego Lutosławskiego (1863- 1954). Przedwczesna śmierć Benedykta Woyczyńskiego (leczonego z powodu gruźlicy w Zakopanem i we Włoszech) przerwała jego karierę naukową, a dla rodziny była ciężką strata.

marcin_benedykt

Marcin Woyczyński z matką i pierwszą żoną /Benedykt Woyczyński – “Ben”

4_marcin_woyczynski_kazik_hrebnicki_marysia_stankiewiczoOd góry: Władysław Stankiewicz, Marcin Woyczyński, Kazimierz Hrebnicki, Marysia Stankiewiczówna ok. 1933

Lekarz Marszałka

W tym czasie Marcin Woyczyński został mianowany przybocznym lekarzem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Z Marszałkiem łączyła go wieloletnia przyjaźń. Woyczyński uzyskał dyplom doktora medycyny w 1895 roku w Wojskowej Akademii Lekarskiej w Petersburgu, który nostryfikował w roku 1900 w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowany rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10.10 1914 roku lekarzem II Batalionu w składzie II Brygady pełnił służbę medyczną uczestnicząc w bitwie o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej. W listopadzie 1918 roku wstąpił do Wojska Polskiego. Od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS, podlegającej bezpośrednio Piłsudskiemu. Jednostki, w których służył i stanowiska mu przyznane, dostępne są w materiałach encyklopedycznych.

Jako lekarz sprawował opiekę nad zdrowiem Marszałka do 1935 roku. Piłsudski chorobliwie nie znosił doktorów i ich porad, a także zbyt długo zwlekał z badaniem wątroby, na które nalegał dr Woyczyński.

Bratowa mojej Matki Janiny ze Stankiewiczów tak wspomina w książce “Pani na Berżenikach”, wuja swego męża, Marcina:

“Wuj Kazimierza dr Marcin Woyczyński pochodził ze starej szlacheckiej rodziny o tradycjach wolnościowych i niepodległościowych. Jeszcze podczas studiów medycznych wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wyjeździe do Galicji był członkiem Organizacji Bojowej w ramach PPS, która skupiała najbardziej ofiarnych i ideowych ludzi. W jej szeregach było około 6000 bojowców podlegających bezpośrednio Józefowi Piłsudskiemu. Wykonywali oni zamachy na carskich policjantów i prowokatorów.

Napadali na pociągi, które przewoziły kasy rządowe i tak zdobywali fundusze. Najgłośniejszym czynem Organizacji Bojowej był napad na pociąg na stacji Bezdany koło Wilna w 1908 r.

Napad przygotował i kierował nim osobiście Józef Piłsudski. Stoczyli formalną bitwę z wojskową załogą pociągu, byli zabici i ranni. Zdobyli kilkaset tysięcy rubli dla organizacji niepodległościowej. Potem wuj był w Związku Strzeleckim i służył w 1. Pułku Legionów. Był jednym z niewielu z którymi Marszałek wypił “braterstwo” jeszcze za czasów PPS.

Piłsudski nie cierpiał lekarzy, tolerował jedynie wuja w tej roli. Miał do niego bezpośredni dzwonek z gabinetu. Często zapadał na grypę, ale nie chciał zażywać lekarstw. Wujaszek musiał mu je aplikować w posiłkach. Był niesłychanie trudnym pacjentem. Nie lubił nawet mierzyć gorączki. Wuja łączyły z Piłsudskim więzy przyjaźni. Marszałek mówił o Nim, “Mój najstarszy towarzysz z żyjących”. Dr Woyczyński jeździł z nim zawsze do ukochanego Wilna, gdzie Marszałek spędzał 19 marca imieniny z Zofią Kadenacową, starszą siostrą. Jeździł szesnaście kilometrów na północ do małego 35 hektarowego majątku Pikieliszki ze starym ogrodem. Wtedy do Berżenik przyjeżdżał na 2-3 dni wuj Woyczyński , któremu Piłsudski pozwalał odwiedzać rodzinę. Prosił jednak, żeby mu przywieźć naszej wędzonej na jałowcu polędwicy i kiełbasy litewskiej. Na jesieni zawsze brał do Wilna skrzynkę Ananasa Berżenickiego dla Marszałka.

Wuj, podobnie jak Marszałek, lubił stawiać pasjanse i przy dobrej pogodzie rozkładał karty na obrośniętym gęsto winem ganku dworu berżenickiego. Najchętniej kładł piramidkę, warkocz Wenery, ogonki Szwoleżerskiego, choinkę, grób Napoleona, prześcieradło.

Na Maderze, zimą roku 1930, podczas trzymiesięcznego urlopu, Marszałek dyktował mu swoją ostatnią pracę “Poprawki historyczne”. Wuj kupił na Sylwestra butelkę wina, a Marszałek miał pretensję , że za drogo zapłacił. Żył nadzwyczaj skromnie i prawie nie pił alkoholu…

…W maju 1931 r. kiedy wuj awansował na pułkownika, urządziliśmy skromną uroczystość rodzinną w Berżenikach…”

(fragmenty wspomnień Heleny z Zanów Stankiewiczowej , “Pani na Berżenikach, W. Wiśniewski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Kontakty z rodziną Babci Marii

Kontakty dr Marcina Woyczyńskiego z rodziną siostry Marii (Mani) nie były zbyt częste, mimo że odległość z Alej Ujazdowskich w Warszawie, gdzie mieszkał Marcin, jest niewielka.

Kiedy Stankiewiczowie przenieśli się do Anina – wówczas podwarszawskiego letniska, Marcin chwalił ich wybór. Podobał mu się ten lesisty teren.

W 1932 roku gościł tutaj na weselu moich Rodziców – Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów. Do ślubu w kościele św. Aleksandra (Pl. Trzech Krzyży) pojechali kabrioletem Marszałka wypożyczonym przez wuja Marcina.

5_slub_janiny_i_st_tyszkiewiczow

Ślub Janiny i Stanisława Tyszkiewiczów

Na emeryturze (1935) Woyczyński najchętniej przebywał na Kresach. Wrzesień 1939 roku zastał go prawdopodobnie w Wilnie.

W czasie niemieckiej okupacji bywał w Warszawie i kilkakrotnie w Aninie, ale chyba nigdy u nas nie nocował.

Serdeczny, ale nie wylewny, opiekuńczy i troskliwy wobec kobiet i dzieci, potrafił słuchać i z każdym znajdował wspólny temat. Miałam wtedy (1942-44) około dziesięciu lat i Dziadek Marcin fascynował mnie! Na pewno opowiadania Mamy o jego życiu miały duży wpływ na moją wyobraźnię. Dochowałam obietnicy danej Mamie i nikomu nie powtarzałam rodzinnych “sekretów”. Jeden z nich, to wróżba Cyganki – w czasie, gdy Marcin był jeszcze studentem w Piotrogrodzie, okazała się proroczą. Był żonaty trzykrotnie, a wszystkie jego żony były kobietami nietuzinkowymi (Maria, Ludmiła, Taida).

Marcin Wojczyński zmarł 25 lipca 1944 roku w Warszawie.

W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego został pochowany na Wojskowych Powązkach. Z Anina na pogrzebie Dziadka był jedynie mój Ojciec, gdyż komunikacja miejska nie działała już sprawnie. Większość drogi przez miasto Ojciec pokonał pieszo. Mówił potem, że na pętli tramwajowej na Gocławku leżały wagony trakcyjne – zwiastun barykady i bliskich wydarzeń zbrojnych.

Dla mojej najbliższej Rodziny Marcin Woyczyński jest prawdziwym patriotą, który swoje życie podporządkował służbie Polsce. Niepodległość Ojczyzny oraz niełatwa codzienna gotowość i lojalność wobec wymagań wieloletniego druha – Marszałka, stanowiły priorytety w wyborach życiowych dr Woyczyńskiego.

Cześć Jego pamięci!

6_dr_marcin_woyczynskiMarcin Woyczyński

Maria Chodorek, Warszawa-Anin, październik 2016