Wieczory w Rembówku – 2

Lech Milewski

Kontynuuję publikację co ciekawszych wiadomości z Rembówka.
Dla przejrzystości wiekszość tekstów przepisałem zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję (lub jej brak).

W poprzednim odcinku wspomniałem, że jednym z redaktorów był Stasiek Skorupski, syn oprzątki.
W numerze 4 – Wielkanoc 1902 – znalazłem próbkę jego twórczości:

Ze wspomnień furmana.
W Łodzi zajechałem do zajazdu, wyprzągłem konie dałem im jeść. Dał mi pan 3 złote poszedłem do restauracji na obiad, kazałem sobie dać, zupę pomidorową, pieczeń z sosem i makaronem i leguminę z jabłek. Po południu wyjechaliśmy z powrotem, ale już nie tą samą drogą tylko polem, podróż do Skierniewic przeszła nam szczęśliwie tam nocowalismy i na drugi dzień rano po śniadaniu ruszyliśmy w drogę na Grodzisk do Pruszkowa. Nadjeżdżamy nad rzekę, ja chciałem szukać przejazdu, ale pan kazał jechać wprost. Wjechałem na lód z początku dobrze, ale na środku lód pod końmi pękł, złamał się, konie wpadły w wodę, ja zeskoczyłem czemprędzej z kozła pan z sanek złapaliśmy konie za uzdy, ale tylko parę koni wyciągnęliśmy a przodowy utonął.

Numer 7 – nadal ferie Wielkanocne 1902 – redaguje drugi z braci p. Jerzy M.

Wiadomości krajowe.
I. Dnia 12 we wsi Rembówko odbyło się polowanie z gończymi. Ukazał się zając, pies Robak rzucił sie na niego i po kilkuminutowym pościgu złapał zająca i zagryzł go na miejscu.
II. Wielkie święcone dawno już nie widziane u nas przygotowała p. Ludmiła Milewska składa sie ono z różnych kunsztownych wyrobów, że przypominało święcone Ks. Radziwiłła, Panie Kochanku.

Numer 9 – 16 kwietnia 1903.

Odpowiedzi od redakcyi.
Konstanty Różanowicz. Kochany panie K.R. herby, a z nimi i szlachta utraciły już dawne znaczenie, teraz tyle już nieznaczą sławne czyny przodków, ile żyjącego człowieka, to też i p. życzymy zająć się czemś innem niż spisywanie herbów.

Numer 10 – styczeń 1904.

Wiadomości zagraniczne.
Do miasta Ciechanowa przybyła z Warszawy “Lutnia” i 2.3. b.m. odbył się koncert. Publiki było bardzo dużo i witała Lutnistów życzliwymi oklaskami.

Numer 11 – styczeń 1904.

Wiadomości Krajowe.
Dopiero dziś możemy donieść, że 20/XI/1903 r. odbyło się wesele w Rembówku u pp. Leonardostwa Lesieńskich, którzy najstarszą córkę Helenę wydawali za p. Brakowieckiego, kowala. Gości zebrało sie bardzo dużo z całej okolicy. Z arystokracji zauważyliśmy: 2 furmanów opinogórskich: Andrzeja i Tabakę z żonami, kowala z Władysławowa, lokaja i pokojówkę z Opinogóry, prócz tego całą rodzinę panny młodej, ziemian z bliższej i dalszej okolicy. Druchną była p. Ludmiła M. w kostiumie krakowskim. Tańczono ochoczo w mieszkaniu p. Adamskiego do 2 w południe w poniedziałek. Mimo tłoku zabawa szła wesoło.

Numer 13, rok 1904.

Wiadomości Krajowe.
5/1/1904. I. Donoszą nam, że o 5 1/2g (5:30) do wsi Rembówko przybyło trzech muzykantów (z Pałuk z Pajewa) po kolędzie zagrali także polkę, walca, oberka; więc korzystając z tego zaczęli tańczyć: kucharka, pokojówka, niańka, Ludmiła, Lech i Ziemowit M. a pani Antonina K. nie tańczyła żeby się nie pospolitować.

II. Ze wsi Rembówko donoszą, że 5/I 1904r. dawna kucharka Teofila z Charbińskich I-mo voto Chrabieńska, II-do voto Zembrzuska, III-io voto Sztrak-Wiśniewska wyjechała na stały pobyt z Rembówka do brata, który mieszka w Pawłówku.

Ostrzeżenie!!!
W powiatowym mieście Ciechanowie na Trakcie za cmentarzem mieszka szwaczka Krupińska (Antonina) do tego czasu z pilnością i dokładnością wypełniała roboty, lecz teraz ogromnie się zleniwiła i już kilku panom nie wypełniła roboty na czas.

Narazić się prasie – kariera zawodowa skończona.

Numer 14 – po przerwie, prawdopodobnie Boże Narodzenie 1905 roku.

Relacja o wojnie rosyjsko-japońskiej: …zakończonej pokojem w Portsmouth w lipcu 1905 roku według którego Mandżurja i Korea przechodzi pod protektorat japoński, a pół Sachalina i niektóre porty pod władzę Japonii. Rosya obowiązana jest zapłacić kontrybucję pod pretekstem kosztu utrzymania więźniów. Przegrana to dla Rosyi bardzo wielka, ani jednej wygranej bitwy, kompromitacja straszna, wykrycie złodziejstwa i łapownictwa u słąwnych jenerałów i bahaterów. Prócz tej hańby i wstydu dla Rosyi ta wojna przyniosła i inne owoce.

Tu następuje relacja wydarzeń 1905 roku w Rosji i w Polsce

Numer 15.

Wojna ta przyniosła nam dużo strat, a mianowicie bardzo dużo ludzi zginęło z dala od ojczyzny i rodziny, 3 razy ogłaszano mobilizację (3-ia nie doszła do skutku z powodu pokoju). Pod grozą mobilizacji dużo rezerwistó uciekło z kraju i teraz będą za dezercję, albo już nie wrócą do kraju, zginęło tam między innymi kilku uczonych doktorów, wielu dostało roztroju umysłowego. Z Ciechanowa poszli doktorzy Zienkiewicz i Królewski. Mobilizacja (w Płockiej gub.) była w powiatach Płockim, Sierpeckim, Rypińskim, Lipnowskim.

Wiadomości krajowe
…jeden ze współpracowników otrzymał na gwiazdkę 1904 25 gr. fuzję, dubeltówke, odtylcówkę systemu Lankastra. Wiele już wyniszczył zwierzyny 17 zajęcy, 46 kuropatw, 54 drobnego ptastwa, 24 wrony i wiele, wiele innej zwierzyny. Zaopatruje on i naszą redakcję w świeżą zwierzynę.

W numerze 16 z 5 stycznia 1906 roku wspomniano o losach redaktorów pisma.

Podam w skrócie informacje o karierze naukowej członków redakcji w roku 1906.
Stanisław Milewski, rocznik 1888, ukończył gimnazjum im Pawła Chrzanowskiego (obecnie Liceum im Jana Zamoyskiego) – KLIK, pobiera nauki w Akademii Rolniczej w Dublanach (zabór austriacki), obecnie Lwowski Narodowy Uniwersytet Rolniczy im. Stepana Bandery (!?) – KLIK.
Jerzy Milewski, rocznik 1890, uczęszcza do szkoły mechaniczno-technicznej H. Wawelberga i L. Rotwanda – KLIK.
Ludmiła Milewska, rocznik 1892, na pensji pani Walickiej.
Lech Milewski, rocznik 1897, w szkole Ziemi Mazowieckiej – KLIK.
Ziemowit Milewski, rocznik 1902, uczy się w domu i pracuje nad wydaniem dzieła pod tytułem: Moje gospodarstwo w Dębinie.

Wiadomości krajowe…

Temperatura była mierzona w stopniach Réaumura. Po przeliczeniu na stopnie Celsjusza wychodzi: 7 R = 9 C, 14 R = 18 C

Ochronka dla dzieci z folwarku…

Mierzenie temperatury w wiejskich chatach, ochronka – to niewątpliwie inicjatywy matki redaktorów pisma a mojej Babki – Jadwigi Milewskiej z domu Chełchowskiej

Numer 18 – 1909 – Wielkanoc

Wiadomości krajowe.
We wsi Rembówku znajduje się chora L. Milewska, która pije w dzień kakao i jada jajecznicę mimo to choroba się przeciąga, i lekarze wątpią czy będzie mogła wyjechać do Warszawy na pensję.
W Rembówku z powodu licznych kradzieży znajduje się stróż Wiśniewski znany z odwagi do pomocy ma cztery psy następujące: Moress znany z siły i złości drugi Rigby jest znany w całym powiecie z szybkości biegu trzecia Wisła emerytka i jej nieletni syn Reks w którym pokładają wiele nadziei, przy takich stróżach można spać spokojnie.
W Rembówku strzelają z proc do wróbli Lech i Ziemowit Milewski do tychczas bez skutków.

Wiadomości zagraniczne.
W Opinogórze z powodu śmierci ordynata hrabiego Adama Krasińskiego zajdą duże zmiany: większość urzędników otrzyma dymisją, o mianowaniu nowego zarządu nie omieszkamy zawiadomić Szanownych Czytelników.

Adam Krasiński – TU można o nim przeczytać i obejrzeć portrety.

Numer 19

Wiadomości krajowe.
Wyroby cukiernicze na święta, a mianowicie mazurki i lukrowanie, strojenie babek uskuteczniła zamiłowana w podobnych przygotowaniach panna Ludmiła Milewska w łóżku, aby nie pozbawiać rodzeństwa przynależnych mu smakołyków.

Wiadomości Urzędowe.
Dowiadujemy sie z miarodajnych źródeł o następujących zmianach: w urzędowaniu pan Matuszewski został przeniesiony do innej branży, w zeszłym roku miał posadę fornala, obecnie dostał nominacje na nadzwyczajnego pomocnika pasterza i tytuł radcy hodowlanego. Syn Jego skąd inąd uczony pan Adolf Matuszewski dostał dymisję z posady etatowej źrebarczyka co prowadzi za sobą obniżkę honorarium o 5 groszy dziennie.

Ogłoszenie.
Potrzebny nauczyciel wytrawny pedagog do przygotowania do szkół rozbisurmanionego chłopca. Lekcje co drugi dzień 2 godziny lokomocja ułatwiona warunki dobre. Oferty proszę składać w Opinogórze dla Z.M. z Rembówka.

Numer 21 – Wigilia 1909 roku.

Hakatystyczne zabiegi PrusakówKLIK wywołały słuszne oburzenie młodzierzy szkolnej. Jako świeży tego dowód posłużyć może L. Milewski współpracownik naszego pisma uczeń szkoły E. KonopczyńskiKLIK , który powodowany nienawiścią do Niemców chciał zaznaczyć ją dwójką na cenzurze. Przeszkodziła temu p. Zofia Rouppert znana z prac filologicznych, która usilnymi zabiegami zdołała doprowadzić p. L.M. do równowagi to jest do trójki.

Wydaje mi się, że chodzi tu o ciocię redaktora, p. Teodorę Rouppert – KLIK.
Swoją drogą polska ortografia redaktora L.M. też taka trochę na etapie protestu.

Wieczory w Rembówku wydawano jeszcze przez rok. Ostatni numer – 27 – ukazał się 27 grudnia 1910 roku. Starsza trójka rodzeństwa była na studiach, dwóch młodszych braci w szkole średniej w Warszawie.

Engel und Pietas

Manfred Wolff

Ich wohne nicht in einem Museum

Nein, Sie betreten kein Museum, wenn Sie mich besuchen in unserer Berliner Wohnung. Aber Sie betreten Geschichte: die Geschichte meiner Familie, die Geschichte meiner Ehe und auch meine Geschichte. Und diese Geschichte ist nicht museal tot – sie ist unser Leben.

Im Flur werden Sie begrüßt von bunten Wänden. Hinterglasbilder mit Heiligen und Räubern bedecken die Wände. Meine Frau Urszula hat diese Schätze aus den siebziger Jahren des vorigen Jahrhunderts gesammelt. Sie stammen in der Mehrzahl aus der polnischen Tatra, aber auch Volkskünstler aus anderen Regionen sind unter den Autoren. Gleich bei der Ankunft begegnen Sie aber auch schon Józef Chełmowski. Von oben, aus einer Ecke heraus begrüßt Sie ein Engel des kaschubischen Künstlers. Auf der Kommode zur rechten stehen einige seiner Engel und links von der Tür zum Wohnzimmer hat dieser Engel seinen Platz, mit dem unsere Sammlung von Chełmowskis Arbeiten begann: „Hominem te esse memento“, sagt er. Über der Wohnzimmertür hängt ein dramatisches Bild von Tadeusz Żak. Engel und Teufel kämpfen um die Seelen der Bewohner eines kleinen polnischen Dorfes. Wie wird das ausgehen?

Wenn Sie nun das Wohnzimmer betreten, lassen Sie den Blick nicht nach links abschweifen, denn dort gibt es nicht viel zu sehen, obwohl es ein Ort künstlerischen Schaffens ist, wo aus einfachen Dingen Werke entstehen, die auf vielfältige Weise die Sinne erfreuen und Menschen stärken, sich den Herausforderungen des Lebens zu stellen. Es ist die Küche…

Im Wohnzimmer empfängt Sie wieder ein Engel, nun aber fast mannsgroß mit vier Flügeln, ein Erzengel eben. Er trägt die Tracht einer kaschubischen Frau und blickt streng prüfend auf die Eintretenden und auf das, was sich an unserem Tisch so abspielt. Das ist unser Schutzengel, und er hat sich schon deutlich sichtbar den Kopf zerbrochen über all die Narrheiten, die unser Leben so ausmachen. Nüchternere denken da eher, dass das Holz, aus dem Chełmowski ihn geschlagen hat, wohl sehr jung war, sodass es jetzt durch den dauernden Aufenthalt in einer gut beheizten Stube einen Spalt gerissen hat.

Der Engel steht am Tisch, und um den Tisch stehen die Stühle, die meine Großeltern mütterlicherseits erwarben, als sie ihren Ehestand begründeten. Sie sind nun schon 110 Jahre alt. Mein Großvater konnte nur sieben Jahre darauf sitzen. Er fiel zu Beginn des Ersten Weltkriegs am Hartmannsweilerkopf, dem Menschenfresserberg im Elsass. Obwohl zur rechten eine gutbürgerliche Polstergarnitur einlädt, sitzen wir doch meist auf diesen Stühlen. Vielleicht sitzt Großvater ja noch manchmal dabei und freut sich, dass seine damalige Anschaffung noch immer in Ehren gehalten wird, Mittelpunkt eines Familienlebens ist, wie er es sich gewünscht hat.

Auch die Kommode und das Vertiko, beide an den Türen mit Jugendstilornamentik geschmückt, sind Erbstücke aus dem Besitz meiner Großeltern. Das Vertiko wird von einer Vielzahl bunter Vögel bewohnt, Schöpfungen polnischer Volkskünstler, und auf der Kommode stehen die Schafe Davids des Bildhauers Bronisław Chromy, in Krakau verliehen für unsere Verdienste um die Jüdisch-Polnisch-Deutsche Verständigung sowie zwei kleine Pegasusfiguren von Adam Myjak, mit denen uns die Warschauer Akademie der Künste für unsere Förderung der polnischen Kunst in Deutschland auszeichnete.

Über der Kommode hängt an der Wand das älteste Stück unserer Wohnung, eine Uhr, die mein Urgroßvater mütterlicherseits seiner Frau zur Silberhochzeit schenkte. Sie geht immer noch zuverlässig. An jedem Sonntag ziehe ich sie auf (klingt ein bisschen wie Tristram Shandy). 129 Jahre ist sie alt. Sie hat die letzten Stunden meiner Urgroßeltern, meiner Großmutter und meiner Eltern geschlagen und sie wird auch unsere letzte Stunde schlagen – hoffentlich nicht so bald…

Eine Halbwand wird von einer Schrankwand im Kajütstil eingenommen, auf der sich auch wieder zahlreiche geschnitzte Vögel tummeln: Eulen und Tukane, Störche und Gänse, und an einer Seitenwand des Schranks hämmert fleißig ein Specht.

Der Raum daneben ist Bildern unseres Freundes Edward Narkiewicz vorbehalten: Surrealistische Kompositionen von verschmitzter Heiterkeit und melancholischer Nachdenklichkeit. Gegenüber eine Wand mit Arbeiten von Jan Dobkowski in geometrischer Strenge und überschäumender Phantasie. Natürlich hängen auch über dem Sofa Bilder, aber kein brüllender Hirsch oder eine Schlittenfahrt im Winter. Es sind Gemälde von Andrzej Węcławski, Jan Aniserowicz, Dorota Grynczel, Apoloniusz Węgłowski, Piotr Lutyński, Paul Rascheja, Ellen Fuhr und Charlotte Petersen.

So viel Kunst verlangt nach einer Ruhezone für das Auge. Die Fensterfront bildet bei geschlossenem Lamellenvorhang eine große weiße Wand, ohne jedwede Kunst.

Im Durchgang zu den hinteren Räumen hängen zeitkritische Bilder des naiven Malers Stanisław Żywolewski aus Hajnówka, oben auf dem langen Bücherregal haben Schnitzereien von verschiedenen Volkskünstlern ihren Platz gefunden mit Szenen aus dem alttestamentarischen Leben. In Urszulas Arbeitszimmer füllen Grafiken und Zeichnungen die Wände. Mehrere Pietas runden hier das vielfältige Bild der polnischen Volkskunst ab. In meinem Arbeitszimmer schmücken Radierungen von Irena Snarska die Wand, und Maximilian Kolbe sowie der heilige Franziskus leisten acht Figuren des Chrystus Frasobliwy Gesellschaft.

Auf den Schränken im Schlafzimmer findet siebenmal die Weihnachtsgeschichte statt in Form von Krippen, und gegenüber den Betten hängt ein buntes Kaleidoskop von Aquarellen, Zeichnungen und Pastellen, darunter Arbeiten von Erna Rosenstein, Jan Dobkowski, Rafał Strent, Marian Nowiński, Kazimierz Furga und Jacek Dyrzyński. So ist unser letzter Blick am Abend und unser erster Blick am Morgen natürlich auf Kunst gerichtet.

Selbst in dem Raum, den andere einer streng geometrisch-konstruktivistischen Keramikkunst widmen, geht es nicht ohne künstlerische Schönheit bei uns ab. Vier Terrakottaplastiken zieren hier das sonst sehr einfallslose Umfeld.

Alles in unserer Wohnung hat eine Geschichte. Wenn man mit diesen Dingen lebt, erzählen sie ihre Geschichte und werden Teil der eigenen Geschichte, jenseits jeder Geschichtspolitik. Die Kunst macht uns Mut, den Geschichten zu lauschen und sie selbst weiter zu erzählen: Ein weiteres Kapitel polnisch-deutscher Geschichte.


Text © Manfred Wolff, siehe Blog
Fotos © Urszula Usakowska-Wolff, siehe Homepage & Blog 

1. Engel von Józef Chełmowski im Flur
2. Siamesischer Engel von Józef Chełmowski
3. Apokalyptischer Engel von Józef Chełmowski im Flur
4. Eckengel von Józef Chełmowski im Flur
5. Kaschubischer Engel von Józef Chełmowski im Wohnzimmer
6. Heinrich Heine von Józef Chełmowski im Wohnzimmer
7. Blick ins Wohnzimmer I
8. Blick ins Wohnzimmer II
9. Heilige und Christusse sitzen auf der Fensterbank in Manfreds Wohnzimmer
10. Pietas in Urszulas Arbeitszimmer

Wieczory w Rembówku (1)

Lech Milewski

Zbliżają się Święta. Ostatnie dni Adwentu, okresu oczekiwania, dla mnie również okres wspomnień.
Gdy byłem już uczniem szkoły średniej (w Kielcach), na Święta byłem zapraszany do Warszawy, do domu stryja Ziemowita, brata mojego ojca. Jedną z atrakcji było przeglądanie rodzinnego pisma – Wieczory w Rembówku.

Pismo znajduje się w posiadaniu mojej kuzynki, córki stryja Ziemowita, ale mam kopię  mogę więc odświeżyć wspomnienia.

Pierwszy numer – Boże Narodzenie 1901 roku.

Początkowo gazetę prowadził najstarszy z braci Stanisław – 14 lat.

Każdy numer rozpoczynal się kolejnym odcinkiem powieści przygodowej pisanej pod pseudominem przez prowadzącego gazetę. Czasami numer zawierał odcinki kilku powieści pisanych przez współpracowników redakcji.

Następnie były rozrywki umysłowe…

Łamigłówki i rebus – odpowiedzi proszę nadsyłać w komentarzach.
Wyjaśnienie istoty pierwszej zagadki: Wyrazów 7. Pierwszy wyraz i początkowe litery następujących składają postać z poematu Mickiewicza.

Dalej – Wiadomości Krajowe…

i … ciąg dalszy Wiadomości Krajowych…

Wspomniany powyżej Lech M., który nie uczestniczył w bitwie tylko zbierał zepsute naboje to mój ojciec, wtedy miał pięć lat.

Numer kończył się Odpowiedziami Redakcji…

Jak widać listy nadsyłało wiele osób a redakcja nie wahała się odpowiadać ostro.

Nr 3 – styczeń 1902 roku. Wiadomości Krajowe…

Wiadomości zagraniczne…

Korzystając z okazji podam trochę informacji z pamiętnika osoby dorosłej – najstarszego z redaktorów – Stanisława M.
Majątek należał od 1862 roku do Wiktora Łebkowskiego, pradziadka autora wspomnień. Wydzierżawił go on swojemu wnukowi – Jakubowi Milewskiemu, ojcu Stanisława. Jakub Milewski, gdy się ożenił, odkupił majątek wykorzystując posag żony. Obszar majątku – 10-12 włók – czyli 200 hektarów.

Wiktor Łebkowski wybudował dworek – drewniany, pokryty stalową blachą pomalowaną na czerwono.
Dom miał pięć pokoi: sypialny, stołowy, salon, gabinet i przedpokój. Prócz tego kuchnia dworska i czeladnia.
W sypialni łóżka rodziców, toaletka z lustrem, szafa z mahoniu , łóżka dziecinne i kołyska. Gdy dzieci przybyło, ostatecznie było ich sześcioro, do dworku dobudowano sypialnie dla dzieci. Inna rzecz, że po ukończeniu 4 klas, dzieci wyjeżdżały do szkoły do Warszawy i do domu przyjeżdżały tylko na ferie i wakacje.
Kanalizacji oczywiście, jak wszędzie wówczas na wsi, nie było. Drewniana wanna słuzyła do kąpieli a wygódka była umieszczona dyskretnie w ogrodzie.

Do zabaw na powietrzu mieliśmy kompanię chłopców z czworaków. W zabawach byliśmy na równych prawach. My imponowaliśmy im pomysłami, wiadomościami i obyciem. Oni uczyli nas sposobów wchodzenia na drzewa, wyszukiwania gniazd ptasich i obserwowania matek i piskląt, obchodzenia się z końmi, zsuwania się ze stogów, ślizgania po lodzie, kręcenia fujarek, robienia gwizdków i wielu, wielu innych wyczynów.

Śniadanie było wydawane od godziny 8-mej, więc dzieci musiały przyjść nieco wcześniej umyte, ubrane i po odmówieniu pacierza. Obiad podawany był punktualnie o 12 i nie wolno było się spóźniać. O godzinie 4-ej zasiadaliśmy do podwieczorku, a o wpół do ósmej do kolacji.
Odżywianie było proste: mleko, chleb, masło, ser zwykły, twaróg, dżemy i miód. Żadnych wędlin nie dostawaliśmy normalnie, podawane były tylko w święta lub dla gości. Herbaty dzieci nie dostawały. Trzeba było być chorym, aby dostać szklankę herbaty.
Obiad składał się z trzech dań: zupy, potrawy mięsnej lub postnej i deseru z kompotu lub leguminy. Na kolację podawano zawsze jakieś zupy na mleku z kluskami lub kaszą, a poza tym można było dostać mleka z dodatkami takimi jak na śniadanie,

W lecie nosiliśmy letnie ubrania szyte zwykle przez Matkę na maszynie Singera. W dnie ciepłe chodziliśmy boso. Zimowe ubrania i palta szył nam krawiec Birman z Ciechanowa.

Matka hartowała nas. Nie uznawała żadnych swetrów, ciepłych pończoch i bielizny. Nie mieliśmy nigdy futer i futrzanych czapek. Nosiliśmy paletka na wacie, sukienne czapki i włoczkowe rękawiczki.
W domu też zawsze była niska temperatura. Była ustalona opinia, że dwór jest zimny, ale powód był inny. Ojciec miał uprzedzenie, że wychodzi zbyt dużo opału… w rezultacie temperatura w zimie wynosiła zaledwie około 15 stopni Celsjusza.

Na zakończenie mapa okolic Rembówka. W sąsiedztwie widać Opinogórę – majątek rodu Krasińskich a tuż obok, należącą do gminy Opinogóra, wioskę Zygmuntowo. Wikipedia nie podaje żadnych informacji na jej temat, ale nazwa nieodparcie kojarzy się z autorem Nie-boskiej komedii.

Ciąg dalszy wiadomości zagranicznych…

Ogłoszenia drobne…

Uwaga – nagroda…

Na zakończenie cytat ze wspomnień stryja Stanisława, najstarszego z redaktorów, na temat początków pisma:
…od 1901 roku z inicjatywy Matki zaczęliśmy wydawać “Wieczory w Rembówku”.
Wydawane były w jednym egzemplarzu w okresie w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia. Pisywaliśmy powiastki, wiersze, dowcipy, reportaże o ważniejszych wydarzeniach w Rembówku i okolicy, układaliśmy rebusy, zagadki i każdy dział zawierał odpowiedzi od redakcji.

Autorami było troje najstarszych dzieci i syn oprzątki (*) Stasiek Skorupski. Redaktorem była Matka.
Powiastki były bardzo naiwne. Ja i brat Jurek pisaliśmy o przygodach, siostra o dzieciach, Stasiek o podróżach po kraju, ale głównym tematem były rodzaje potraw.
Dział odpowiedzi od redakcji umożliwiał przytaczanie urywków wierszy odrzuconych przez redakcję, co było naśladownictwem podobnego działu w Tygodniku Ilustrowanym“.

*Oprzątka – google miał ogromne trudności, ale znalazłem – dziewka zajęta przy hodowli drobin (sic) na dworze.

Wspomnienie o mojej Mamie (4)

Janina Kowalska

Daleka droga

Był początek sierpnia 1944 roku, wojsko niemieckie w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie było Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce. Obie z Mama wróciłyśmy już z kilkumiesięcznej tułaczki, musiałyśmy się ukrywać, bo po tym jak nas obie wykupiono z Pawiaka, Gestapo nas poszukiwało, mając nadzieję, że uda się za nas ponownie dostać pieniądze.

Teraz w Zielonce i okolicach był front, w nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień wracały wojska niemieckie. 4 września Niemcy wyrzucili nas wszystkich z domów i kazali iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam “odłączyć” od kolumny wypędzonych, eskortowanej przez patrole niemieckie na motocyklach i dotrzeć do brata Mamy, Edwarda, który z żoną mieszkał na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym na ul. Ząbkowskiej. Razem z bratem ciotki i jego żoną było nas sześć osób – mieliśmy dołączyć do pracowników Monopolu, których za trzy dni czekała ewakuacja do Żyrardowa, gdzie znajdowała się podległa Monopolowi gorzelnia. Cała grupa miała ciężarówką przejechać przez Warszawę podczas 24-godzinnego zawieszenia broni. Tak znaleźliśmy się w Żyrardowie.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału. Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, jechały przez 40 godzin sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była cały czas piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne, że byliśmy razem. Niestety wciąż jeszcze nie mieliśmy żadnych wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na to, że zobaczymy go jeszcze żywego, nie mieliśmy.

Wszyscy martwiliśmy się też tym, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali dwaj wujkowie i ciotka, była zamknięta. Na szczęście mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra “waluta”, bo za nią od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się z nim jakoś skontaktowac, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego Mama oznajmiła, ze pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy wyciągali, co mieli ciepłego do ubrania, żeby Halszka w tej drodze nie zmarzła.

Wyszła z domu o świcie, ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę zawiązaną na głowie i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, “na nos”, no i “koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam, znała język rosyjski (urodziła się przecież i wyrastała w zaborze rosyjskim), ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Mama będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła cała i zdrowa po tygodniu, ale bardzo zmęczona. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych z Warszawy i okolic przez Niemców. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się, żeby podwieźć pieszego kilometr albo dwa. Czasem ona sama machnięciem ręki zatrzymywała samochód.

Ryszard oniemiał, ujrzawszy Mamę w drzwiach swego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata wcześniej. Radość była ogromna, ale i zdziwienie, że przebyła taką drogę w taką mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła w drogę powrotną, którą przebyła w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, kierowcą ciezarówki, którą zatrzymała. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on najpierw przestraszony, zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polakow i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia go znają. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak tą opowieścią, że zboczył z drogi, którą miał jechać i podwiózł ją pod Żyrardów. Mama spytała, czy nie będzie miał kłopotów, bo jedzie nie tą drogą, co trzeba, ale ją uspokoił, mówiąc, że w zimie drogi zawiane śniegiem i jest nakaz, by jechać tak, aby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek drogi przebyła na piechotę, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak się pomyślnie kończy.

Wspomnienia o mojej Mamie (3)

Janina Kowalska

Tenis i okulary

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale, jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale… mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedzial kiedyś: “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Ojciec zaprowadził mamę do dobrego okulisty, ten zbadał oczy i zapisał szkła korekcyjne. Zrobiono okulary, w kórych Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mowiła, że się czuje niepewnie. Było lato i rodzice wybierali się na urlop. Ojciec zaproponował, że w czasie urlopu nauczy mamę chodzić w okularach.

Nie pamiętam, dokąd wyjechali, ale ojciec po powrocie opowiadał, że gdy mama wkładała okulary, cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i nie przeszła ani kroku sama. Nic z chodzenia w okularach nie wyszlo, no więc nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Wiele, wiele lat później, po wojnie, mama zachorowala na cukrzycę, co sprawiło, że wzrok jej się pogorszył. Chodziła po domu w okularach, ale wychodząc z domu zdejmowała je. Wiadomo, że cukrzyca bardzo szkodzi oczom i następuje progresywne pogarszanie się wzroku. Po kilku latach choroby mama miała już ponad 50% utraty wzroku. Ponieważ w domu zawsze nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy, natomiast nadal nie umiała schodzić po schodach w okularach. Schodziła bardzo ostrożnie ze schodów, a na ulicy zakładała okulary. Chodziła już wtedy z laską i może laska dawała jej pewność chodzenia i ułatwiała noszenie okularów.

Dobieranie okularów do wady wzroku też się zmieniło od lat 20 do 60 ubiegłego wieku i to też mogło mieć wpływ na to, że w końcu jednak mama zaakceptowała okulary.


Uwaga od Adminki: wnuczka Halszki twierdzi, że Babcia nie nosiła okularów, bo były nietwarzowe i dlatego w ogóle nie mamy zdjęć Babci w okularach. Znalazła jednak zdjęcie Babci tenisistki. Babcia to ta wysoka młoda kobieta po prawej.

 

Wspomnienia o mojej Mamie (2)

Janina Kowalska

Lampa

Moi rodzice, Halszka i Wiktor, poznali się w Zamościu w 1921 roku, gdzie mama byla nauczycielką i mieszkała ze starszym bratem. Ojciec byl zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Po dwóch latach znajomości, w pięknej Katedrze Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła w Zamościu, odbył się ich ślub.

Oboje mieli rodziny w Warszawie i nie planowali  pozostania w Zamościu. Ojciec wystąpił z wojska i przeszedl do “cywila”, a mama od nowego roku szkolnego wypowiedziała umowę ze szkołą. Wrócili do Warszawy. Rodzice Wiktora, którzy mieli bardzo duże mieszkanie na ulicy Zgoda w centrum Warszawy, zaproponowali im zamieszkanie w pokoju z osobnym wejściem. Młodzi małżonkowie jednak postanowili “pójść na swoje” i wynajęli pokój sublokatorski. Wkrótce oboje znaleźli pracę i taki układ bardzo im odpowiadał. Oczywiście byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, ale też, żeby korzystać z nowoczesnej łazienki. Z zamieszkaniem we własnym mieszkaniu czekali, aż pojawi się dziecko.

Latem rodzice grali w klubie Legia w tenisa. Zresztą w lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojowka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że mogą pilnować mieszkania, bo i tak nigdzie nie wyjadą. Oczywiście – lato to przecież najlepszy czas rozgrywek tenisowych. Pokojówka dostała urlop, a młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa – duża, alabastrowa, szaro-różowa misa, mieszcząca kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegos czasu widziała, że w misie zbiera się kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w mieszkaniu zwróciła mężowi uwagę na “sprawę lampy”. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Zdemontowali lampę, zdjęli mosiężną oprawę, zanieśli misę do łazienki i napalili w piecu, żeby nagrzać wodę. Ostrożnie włożyli misę do wanny napełnionej ciepłą wodą, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Gdy wyjmowała ją ostrożnie z wanny, misa wyślizgnęła się jej z rąk i gruchnęła na dno. Oczywiście rozbiła się na kawałki. Alabaster nie był jednolity, miał ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa popękała. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ulożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie ocenił ojciec. Następnego dnia dopasowali kawalki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić misę. Praca szła wolno, bo trzeba było kleić bardzo dokładnie. Po tygodniu wszystko było sklejone i wysuszone. Wiktor zaczął nakładać mosieżną oprawę, ale… oprawa nie weszła na misę, klej powiekszył bowiem jej objętość.  Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, aż woda rozpuści klej. Po jakimś czasie misa rozpadła się na kawałki. Oboje odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie. Teraz bardzo uważali, by warstwa kleju była cienka, ale jednak musiała trzymać kawałki razem. Wszystko byloby dobrze, ale kończyl się czas wakacji. Za tydzień wracali Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie mógł im jednak przeszkadzać w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków wszystko działało nienagannie, tylko młodzi malżonkowie padali ze zmeczęnia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknal TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Od adminki: oczywiście tamtej lampy już nie ma i nie ma żadnego zdjęcia, no bo skąd? Poszukałam w internecie, znalazłam kilka lamp, określanych potocznie “lampa art deco”. Autorka wybrała to zdjęcie i napisała: Misa tej lampy jest bardzo podobna, tylko zawieszenie inne. Metalowa obręcz była umieszczona na brzegu misy; od obręczy wewnątrz misy odchodziło bardzo krótkie zawieszenie i żarówki niewidoczne z dołu; miało się wrażenie, że misa “siedzi” na suficie.

Wspomnienia o mojej Mamie (1)

Janina Kowalska

Halszka czyli Topola

Polska Organizacja Wojskowa, znana bardziej pod skrótem POW, była organizacją tajną, która powstała na terenie zaboru rosyjskiego w 1914 roku i stopniowo obejmowała wszystkie zabory. Miała na celu odzyskanie przez Polskę niepodleglości. Szkoliła kadry wojskowe i gromadziła broń.

Był rok 1918, kiedy Halszka zetknęła się z tą organizacją podczas pracy jako nauczycielka w majątku Gosławice pod Koninem. Mama wstąpiła do POW i brała czynny udział w szkoleniach oraz gromadzeniu broni. Obrała sobie pseudonim Topola. Była wysoką, smukłą 20-letnią dziewczyną i taki pseudonim do niej pasował.

Opowiadała mi, że kiedyś otrzymała polecenie dostarczenia karabinów do miejscowości oddalonej o kilkdziesiąt kilometrów. Dano jej do dyspozycji podwodę, czyli furmankę z woźnicą i koniem. Załadowano na furmankę karabiny, przykryto słomą, na słomie usiadła Topola i ruszyli w drogę. Była to dla Mamy nie pierwsza taka akcja, nigdy do tej pory nie miała klopotów w czasie takiej jazdy. Tym razem furman, osoba wtajemniczona, był niezadowolony z funkcji, jaka mu przypadła. Siedział na koźle zgarbiony i mamrotał coś pod nosem. Załadunek odbył się późno, tuż przed wieczorem, jechali wolno polną drogą, zapadała noc, ale dla Halszki nie było to nic nowego. Przed nimi widoczny był w oddali las. W pewnym momencie woźnica odwrócił się do Halszki i krzyknął: “dojadę do lasu i skinę“ (w gwarze wiejskiej słowo skinę, kinę oznaczało – wyrzucę.) Mężczyzna sądził, że przestraszy dziewczynę, ale Halszka siegnęła po karabin i odkrzyknęła: “jak mnie zrzucisz, to cię zastrzelę” i szturchnęła chłopa karabinem w plecy. Chłop się chyba przestraszył, bo zaciął konia i żwawo ruszyli w drogę. Halszka na wszelki wypadek karabin trzymała w rękach i od czasu do czasu poszturchiwała nim chłopa w plecy. Ten mamrotał coś pod nosem, ale już nie groził. Nie wiedział, że do tych karabinów nie było amunicji, a więc i ten karabin, który czuł na plecach, też był nie nabity.

Nad ranem dojechali na miejsce, chłop potulnie zdjął karabiny z furmanki i zaniósł, gdzie mu wskazano, a Halszka kazala mu samemu jechać z powrotem. Wolała już nie wracać z nim nieuzbrojona.

Jak dojechała do Gosławic, nie mówiła.

Halszka (po lewej) w POW

W górę rzeki (22)

Zbigniew Milewicz

Wakacje z dreszczykiem

To są tak dawne wspomnienia, że czasami zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę. W latach siedemdziesiątych dwukrotnie próbowałem z ciocią Irką odnaleźć tamto gospodarstwo, ale się przed nami schowało, obrażone, żeśmy o nim przez tyle lat zapomnieli. Cioteczna Syrenka nie bała się polnych dróg, rwała przez leśne chaszcze, jak traktor, czasami nam się wydawało, że rozpoznajemy okolicę, ale później trop okazywał się chybiony, miejscowi kiwali przecząco głowami słysząc nazwiska Olczyk i Joniec, więc w końcu zaprzestaliśmy poszukiwań.

Nazwa miejscowości wyleciała cioci Irce z głowy, a w rodzinie nikt nie mógł poszczycić się lepszą pamięcią, niż ona. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, skąd ta luka: do Olczyków na wieś moi dziadkowie jeździli w czasie okupacji po wałówę i odbywało się to w warunkach pełnej konspiracji. Podobnie było w chudych, powojennych latach, choć pamiętam, że od nich też czasami ktoś przyjeżdżał do Chorzowa. Czasem była to smukła, stateczna dziewczyna z długim warkoczem, o imieniu Anastazja, do której zwracano się Stazi, kiedy indziej wysoki, starszy mężczyzna w kaszkiecie, o ascetycznej twarzy, zawsze gładko ogolony i starannie ubrany w tweedowe spodnie i marynarkę, albo w płaszcz nieprzemakalny z kapturem, jak padało. Obydwoje przyjeżdżali na Wesołą na rowerach, kurier miał nogawki spodni niezmiennie spięte metalowymi klamerkami i ja mu ich skrycie zazdrościłem. Wiedziałem, że chodzi o paczki, oklejone papierem i przewiązane sznurkiem, które dziadkowie trzymali na szafie w sypialni. Co było w ich środku, o to się nie dopytywałem, bo i tak nikt z dorosłych w domu nie miał na ten temat bladego pojęcia. Zwyczajowo dziadek Erwin i babcia Jadzia zapraszali przybyszów do stołu w kuchni, a im zawsze bardzo się spieszyło, więc prawie ze sobą nie rozmawiali, brali te swoje kartony, raz większe, innym razem mniejsze, żegnali się i zaraz ruszali w drogę powrotną, pewnie na dworzec kolejowy w Batorym. Gdybym się wtedy swojego dziadka naiwnie zapytał, dokąd oni jadą, łagodnie by mi odpowiedział : a skąd ja to mam Zbysiu wiedzieć… albo prześmiewnie: do Azot a nazod. Na tym polegała konspiracja w naszym domu na Wesołej.

Latem wyruszało się więc czasami po prostu na wieś. Nie pamiętam nawet, żeby ktoś w domu wymieniał z nazwiska ludzi, do których jedziemy, one pojawiły się dopiero po latach, w opowieściach, kiedy przestaliśmy u nich bywać. Dlaczego przestaliśmy, tego niestety nie wiem i już się nie dowiem. Wtedy pakowało się walizki z odzieżą, tobołki z pościelą, prowiant na drogę, w którym najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, do butelek po piwie wlewało ciepły, kwaśnawy kompot z rabarbaru i kilkuosobowy orszak rodzinny ruszał z całym tym dobytkiem pieszo z osiedla Ruch, na przystanek tramwajowy przy ul. Cmentarnej, a stamtąd piętnastką albo czternastką do Chorzowa – Batorego, na dworzec kolejowy. Bilety były już wcześniej kupione w kasie, tylko odprowadzający musieli jeszcze zaopatrzyć się w tekturowe peronówki, bo inaczej konduktor w budce przy wejściu nie wpuściłby ich na peron. Do przyjazdu pociągu była co najmniej godzina, wśród odprowadzających znajdowała się najczęściej moja mama, jej młodsza siostra Irka, dziadek, czasami ciocia Gryjta, albo Marysia, druga siostra babci, która mieszkała u nas w suterenie, jej córka Ewa z poddasza z synem Januszkiem, kiedy indziej prosto z szychty na grubie wujek Hainc, czy kuzynka mamy Jutka ze swoim mężem Józkiem i dziećmi. Taki wyjazd na letnisko był bowiem kiedyś prawdziwym wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim, w którym nie wypadało nie uczestniczyć, poza tym, kto by tachał te wszystkie bagaże, które babcia i ja zabieraliśmy ze sobą na wieś. Najczęściej jechaliśmy tam tylko we dwoje, ale niekiedy dołączał jeszcze ktoś: ciocia Marysia z Januszkiem, Gryjta, albo Piotrek, syn Hainca.

Zanim na peron wtoczyła się najprawdziwsza, tuwimowska lokomotywa, ciągnąca przedwojenne wagony I, II i III klasy (jeździło się drugą lub trzecią), odbywało się nieustanne liczenie naszego dobytku i sprawdzanie w pamięci, gdzie zapakowało się zimowe skarpetki babci Jadzi, której niezależnie od pory roku było zimno w nogi, gdzie raphacholin na jej wątrobę, gdzie chusteczki do mojego wiecznie zakatarzonego nosa i sto innych rzeczy pierwszej potrzeby. Oczywiście babcia pakowała wszystko sama, ale przy takiej masie zajęć, jakie miała przed wyjazdem, łatwo było czegoś zapomnieć. Najważniejsze było jednak sprawne zorganizowanie siedzących miejsc w pociągu i wtaszczenie bagaży do środka. Konkurencja była duża, bo wielu chorzowian chciało spędzić wakacje z dala od zmazanego wieczną sadzą miasta, w którym latem w ogóle nie było czym dychać, a wielogodzinne stanie w tłoku na korytarzu pociągu nie należało do przyjemności. Jutka, a po niej ciocia Irka były najszybsze w znajdowaniu wolnych ławek, sprawnie używały łokci w przepychance do przedziałów, a kiedy się dało, to cyganiły, jak z nut, że mają w tym miejscu rezerwację. Hainc z dziadkiem Erwinem umieli z połowy peronu trafić tobołkiem w otwarte okno przedziału, a Józek, jak gwizdnął kiedyś po kolejarsku i zawołał: Kto do Krakowa, proszę wsiadać, drzwi zamykać, to ludzie w pierwszym momencie pogłupieli, bo pomyśleli, że pomylili pociągi, a jego żona w tym czasie już zajmowała upatrzone siedzenia. Przy dużym tłoku na peronie dzieci, podobnie, jak bagaże, podawało się przez okna do przedziałów, żeby trzymały miejsca dla dorosłych, za czym osobiście nie przepadałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał.

Jechaliśmy tym pociągiem w stronę Bytomia, Tarnowskich Gór, Lublińca, na stacji w Herbach mieliśmy przesiadkę. Nie pamiętam już, czy to były Herby Stare, czy Nowe, ale stamtąd jechało się dalej już bezpośrednio nad polskie morze. Przy przesiadce dorośli znowu byli podekscytowani, liczyli od nowa bagaże, spekulowali, czy zdążą na drugi pociąg, poganiali opieszałych. Wszystko uspokajało się dopiero na miejscu, na małej, sennej stacyjce niedaleko Herbów, na której czekały już na nas konie. Woźnica z szacunkiem zdejmował przed babcią czapkę, milcząco pomagał nam ulokować w bryczce bagaże, zacinał konie i ruszaliśmy w drogę. Był niemową, a babcia uparcie próbowała się dowiedzieć, którą drogą nas zawiezie na miejsce – polnym traktem, czy przez las. Polny był dłuższy, leśny trudniejszy, powozem kołysało na wykrotach, a po deszczu koła grzęzły w błocie, poza tym podobno w jednym miejscu straszyło. Dlatego furman wolał dłuższą drogę, ale za dziesiątkę Sportów, które dostawał zawsze od pani Paluchowej za fatygę, czasami jeździł przez las. Babcia zajmowała tylne siedzenie, ja sadowiłem się kolanami na przednim, za woźnicą i obserwowałem z zaciekawieniem grę mięśni dwójki koni w zaprzęgu, ich wysiłek i jak się wypróżniały. Miałem swoje ulubione gniadosze, ale gospodarz wysyłał nam różne maści na stację, więc nie było co grymasić.

Raz, w biały dzień, przytrafiło się nam coś dziwnego i to nie na leśnym skrócie, a na rozstajach polnych dróg, skąd do gospodarstwa Olczyków był już rzut kamieniem. Przed krzyżem, pod którym była przymocowana tabliczka z jakimś gotyckim napisem, konie nagle stanęły i zaczęły zachowywać się niespokojnie. Woźnica zeskoczył na ziemię, coś do nich mamrotał, gładził po pyskach, wyciągnął z kieszeni jabłko, odkroił scyzorykiem po kawałeczku, nie chciały jeść. Zmarkotniał, zanosiło się na burzę, powietrze stało w miejscu, gzy cięły dokuczliwie, wtedy pokazał babci na krzyż. Wyjęła różaniec, który zawsze nosiła przy sobie i powiedziała: pomódlmy się Zbysiu za dusze w czyśćcu cierpiące. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca, jakoś pomogło, bo konie znowu ruszyły przed siebie. Na miejscu opowiedzieliśmy o naszej przygodzie gospodarzom, znali opisane miejsce, w czasie I wojny światowej doszło tam do potyczki między niemieckim oddziałem infanterii i carskimi sołdatami, w której zginęło kilkunastu ludzi; w Herbach biegła granica między zaborem pruskim i rosyjskim.

Jońcowa oddziedziczyła po swoich rodzicach duży majątek ziemski. Kiedy wydała swoją córkę za mąż za Olczyka, gospodarowali we trójkę. Był tam nieduży młyn, hodowla trzody chlewnej i krów, hektary urodzajnej ziemi. Po wojnie zostało z tego niewiele, władza komunistyczna tępiła kułaków, kontraktacja nie pozwalała się zbytnio bogacić, ale wszystkiego nie dali sobie odebrać. W czasie letnich i jesiennych zbiorów najmowali zaufanych ludzi do pracy i moja babcia z rodziną tak, jak w czasie okupacji, też im dorywczo pomagała przy różnych zajęciach. W zamian za żywność, której brakowało w mieście. Do legend rodzinnych przeszła historia mojej mamy, która podczas wojny wiozła ze wsi pociągiem słoninę do Chorzowa i dziś sobie myślę, że pewnie jechała od Olczyków. Przepasała się połciem w pasie, nałożyła płaszcz i udawała ciężarną. Na dworcu w Chorzowie-Batorym, zapomniawszy, że jest w błogosławionym stanie, zgrabnie zeskoczyła na peron, aż ją jakiś oficer Wehrmachtu przywołał do porządku, że przecież ryzykuje poronieniem. Za szmugiel żywności groziła wywózka do Oświęcimia. Nie pamiętam jednak, żeby babci zlecano jakieś ciężkie prace. Najczęściej zajmowała się domem, porządkami, czasami coś gotowała dla wszystkich, wystarczało jej czasu, żeby pójść na łąkę, albo do lasu i zbierać ulubione zioła, a później suszyć je na sznurkach rozwieszonych koło młyna. Ja z synem gospodarza, Heńkiem, który był moim rówieśnikiem, pasałem krowy i gęsi, ale więcej było zabawy, wycieczek po okolicy, pływania w blaszanej balii po przydomowym stawie, myszkowania wśród zakurzonych rupieci na strychu, albo w nieczynnym młynie, którego koło nadal obracało się w potoku.

Mogłem się na nie gapić bez końca, bo niekiedy zwalniało, stawało w miejscu, z sopli zielonych wodorostów, którymi obrosło z latami pomału spływała woda, lśniła w słońcu, aby po chwili ze skrzypnięciem drewna znowu połączyć się z nurtem. Mieliśmy z Heniem różne pomysły na spędzanie wolnego czasu, które nie zawsze podobały się dorosłym. Pewnego razu odkryłem w stodole wysuszone liście o intensywnym, miłym zapachu, które gospodarski syn nazwał tabaką i powiedział, że z niej robi się papierosy. Do małego, drewnianego wózka z dyszlem wrzuciliśmy więc trochę tych liści, stary Świerszczyk, zapałki, przykryliśmy to czymś dla niepoznaki i pojechaliśmy hen daleko, w pole, żeby spróbować zakazanego owocu. Żaden z nas do tej pory nie odważył się jeszcze zapalić. Zwinięta w rulon płachta dziecięcego czasopisma z pokruszoną tabaką w środku wyglądała jak ogromne, kolorowe cygaro, ale jak żeśmy się nim sztachnęli, to już było mniej ciekawie. Kto nas na polu wtedy wypatrzył, tego nie wiem. Ślady przestępstwa staraliśmy się dokładnie zatrzeć, ale kiedy wieczorem usiedliśmy w kuchni do wspólnej kolacji, uderzyła nas dziwna cisza przy stole. Przed moim nakryciem i talerzem Heńka leżały dwa papierosy, po kolacji sobie zapalicie – powiedział spokojnie gospodarz. Ani ja, ani mój koleżka nie tknęliśmy tamtego wieczoru kolacji. Nie jesteście głodni? – drwił Olczyk. To pójdziemy na papierosa. Musiałem asystować w laniu, które spuścił synowi w stodole, wojskowym pasem, po gołej rzyci. Był z niego kawał chłopa i razy wymierzał solidnie, podziwiałem Heńka, że ani pisnął. Być może od tamtego dnia nie tknął już papierosów w swoim życiu, mnie babcia ukarała publicznym klęczeniem na grochu i sto razy musiałem powtórzyć, że mi wstyd za to, co zrobiłem. Oczywiście, że było mi wstyd, ale w swoim późniejszym, dorosłym życiu wypaliłem tej tabaki niepotrzebnie jeszcze sporo.

Innych, przykrych incydentów u Olczyków nie zapamiętałem. Był to dumny, ale przyjazny dom, z życzliwymi ludźmi, gdzie centralne miejsce stanowiła kuchnia – przestronne, niskie pomieszczenie o łukowatym sklepieniu, z chlebowym piecem i długim stołem, przy którym wieczorem zasiadała do posiłku cała rodzina, razem z gośćmi i służbą. Z kuchni, gdzie nawet upalnym latem panował przyjemny chłód, schodziło się do lodowatej, kamiennej piwnicy, w której trzymano wędliny, mięso z uboju, mleko, podpiwek. Chleb piekła osobiście stara Jońcowa, powściągliwa w słowach i gestach postawna kobieta, ze śladami dawnej urody na twarzy zupełnie pozbawionej zmarszczek. Do dziś nie zapomnę smaku lekko czerstwych, żytnich pajd, posmarowanych masłem, które własnoręcznie ubijałem z maślanki, i aromatu zbożowej kawy przy śniadaniu. Chleba „prosto z pieca“ nie jadło się względów zdrowotnych, okrągłe, wielkie bochny musiały ze dwa dni najpierw odleżeć.

Spaliśmy z babcią najczęściej w dwóch sąsiadujących ze sobą, niedużych pokojach nad kuchnią. W moim znajdował się ręczny magiel, a na ścianie wisiał portret młodego żołnierza w pruskim mundurze. Oczywiście musiałem wiedzieć, kto na nim jest. To brat pani Jońcowej, który już nie żyje – wyjaśniła mi babcia. Wtedy zapytałem, czy zginął na wojnie. Dla świętego spokoju przytaknęła, ale mnie interesowało jeszcze, czy zostawił po sobie żonę i dzieci, wtedy powiedziała, że nie wie. Pewnego popołudnia, po kilkugodzinnym grabieniu siana w polu poczułem się tak zmęczony, że poszedłem do domu trochę odpocząć. Najpierw wypluskałem się w chłodnym potoku, a później zaległem na chwilę w swoim pokoju. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, a tu słyszę kroki w kuchni, jakiś gwar, myślę sobie, aha i reszta ściągnęła za mną, ale nie mogłem rozpoznać, kto konkretnie. W pewnym momencie ktoś na dole zaintonował Godzinki do Matki Boskiej, reszta się włączyła i tak ładnie śpiewali, że mnie to uśpiło. Obudziłem się dopiero przed kolacją, zszedłem na dół, w kuchni krzątała się moja babcia z żoną gospodarza, więc je pochwaliłem za te Godzinki. Nie wiedziały, o czym mówię, przed chwilą przyszły razem z innymi z pola do domu i poza mną nikogo w nim nie było.

Po latach ciocia Irka, nasza domowa specjalistka do spraw zjawisk paranormalnych, rzuciła mi nieco światła na dom Olczyków, który jej zdaniem był nawiedzony. Jeździła tam często w latach swojej młodości i sama raz doświadczyła historii sprzecznej z logiką. Żołnierz z portretu faktycznie był starszym bratem Jońcowej, ale nie zginął w walce, tylko w czasie I wojny światowej zastrzelił się z powodu nieszczęśliwej miłości. Jego majętni rodzice nie chcieli przyzwolić na małżeństwo z ubogą dziewczyną, którą kochał i on nie potrafił się z tym pogodzić. W kolejne rocznice ślubnych zapowiedzi pod jego rodzinny dom zajeżdżają więc niekiedy czarne karety, zaprzężone w czarne rumaki, oświetlone kandelabrami, w których nie ma nikogo, albo słychać muzykę weselną, brzęk kieliszków i gwar zaproszonych gości, a kiedy wyjrzeć przez okno, to pusto, cisza. Ja słyszałem Godzinki, widocznie dusza nieszczęśnika nie jest potępiona, tylko prosi mnie o modlitwę, mówiła. Jej przydarzyło się, że w biały dzień na drodze, którą jechała dorożką do Olczyków, wyprzedził ją na koniu sam brat Jońcowej, ubrany w weselny surdut, rozpoznała jego twarz z portretu. Woźnica też go widział, ale jako niemowa nie umiał tego porządnie potwierdzić.

Jeszcze raz o sadach Pradziadka

Andrzej Rejman

Adam z Raju

W tym roku przypada 160 rocznica urodzin Adama Doktorowicz-Hrebnickiego, pomologa, hodowcy roślin ogrodniczych, profesora, polskiego uczonego, który w znacznym stopniu przyczynił się do rozwoju sadów na Kresach Rzeczypospolitej i w państwach sąsiednich.

Opisana przez Hrebnickiego odmiana jabłoni “Ananas Berżenicki”, nazywana często “Ananasem”, jest dobrze znana w Polsce i uważana za jedną z najwartościowszych  jabłoni z tzw “starych odmian”.

W “Nowoczesnym Ogrodnictwie” w numerze 2 z 15 stycznia 1937 roku inż Stefan Białobok* pisze o Hrebnickim:

Według historii opowiadanej w rodzinie, Adam Hrebnicki po osiedleniu się na ziemi, którą wniosła mu w wianie jego żona Stanisława Stankiewiczówma, miał powiedzieć, że uczyni z tej ziemi RAJ. Marzył o kwitnących i rodzących owoce sadach po horyzont.

Zanim marzenia te mogły się spełnić, Hrebnicki, jako wykładowca w Instytucie Leśnym w Petersburgu, pracował już nad “Atlasem Owoców”, wydanym w 1906 roku, (egzemplarz w Bibliotece Narodowej w Warszawie), zilustrowanym wieloma rysunkami jego autorstwa. Rękopis tego dzieła znajduje się obecnie w Instytucie Sadownictwa w Kownie.

 

Skany “Atlasu Owoców”

Myślę, że pozostałości po sadzie Hrebnickiego mogą być wciąż bardzo ciekawym miejscem do badań genetycznych i odmianowych. Ale w tej sprawie dobrze byłoby, aby wypowiedzieli się specjaliści.

Kilka zdjęć z Raju z okresu II Rzeczypospolitej (ze zbiorów rodzinnych) pokazuje polskiego uczonego, którego pasja i umiłowanie przyrody dosłownie zaowocowały osiągnięciami, mogącymi służyć za inspirację dla następnych pokoleń przyrodników, genetyków, hodowców roślin w wielu krajach.

Działalność Hrebnickiego jest przykładem pozytywnej pracy naukowej u podstaw, kontynuowanej dla dobra ludzkości, mimo wojen, przeciwności losu i często zmieniających się granic.

_

________________

*Stefan Białobok (ur. 11 maja 1909 w Czernichowie, zm. 17 sierpnia 1992 w Kórniku) – polski dendrolog, profesor, autor ponad 200 prac naukowych, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk i członek honorowy Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. “Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że “ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017