Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1

Stare papiery 3 – Kobiety nad morzem

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Wydaje mi się, że zadałam sobie zadanie bez końca. Bo każda kartka, czasem wręcz świstek lub strzępek wywołują pomysły na nowe wpisy.

Dziś “Kobiety nad morzem”. Nie mam tej grafiki, chyba nikt z nas nie ma wszystkich grafik Mamy i, jak na razie, nie mam reprodukcji lepszej niż zdjęcie strony gazetowej, oczywiście znalezionej w stercie starych papierów.

kobiety-nad-morzem1Jeden podpis, dwa błędy. Nazwisko autorki pracy zostało zapisane jako IRENA KURAN-BOGUCK A. Dziwaczny odstęp przed końcowym A. Tytuł pracy – Kobieta nad morzem. Tytuł brzmiał “Kobiety nad morzem” i na zdjęciu ewidentnie widać, że są to – jako pars pro toto – trzy kobiety symbolizujące całą ogromną bezimienną rzeszę rybaczek i żon marynarzy, czekających na powrót mężów, synów i braci z morza.

Czasem czekały na brzegu, czasem w domu. Czytałam gdzieś przejmującą opowieść o chałupie rybackiej, w której od kuchennego pieca do okienka wiodła wydeptana w deskach podłogi ścieżka, cierpliwie wyżłobiona stopami kolejnych kobiet z rodziny, wypatrujących łodzi na morzu.

Na stronie nie ma nazwy gazety, ale musiał to być Głos Wybrzeża, ten co to “… z tyłu pies, Głos Wybrzeża w pysku niósł”. W Gdańsku były dwie gazety codzienne – druga nazywała się Dziennik Bałtycki. Głos był partyjny, Dziennik – niezależny, cokolwiek to w owych czasach oznaczało. Dziennik miał tytuł i niektóre śródtytuły niebieskie. “Moja” gazeta jest czarno-biała, a właściwie szaro-żółtawa.

Było to wydanie sobotnie (sobota 6), numer 236 (4954). Nie jest napisane, co to za miesiąc, ale z pobieżnych wyliczeń wynika mi, że wrzesień. Którego roku? Ba! Studiuję po kolei różne informacje i na rok naprowadza mnie notka, że w Hali Stoczni Gdańskiej odbędzie się koncert zorganizowany przez WKZZ dla uczczenia V Kongresu Związków Zawodowych. Dochód z koncertu przeznaczony zostanie na budowę szkół Tysiąclecia i pomoc dla walczącego ludu Hiszpanii. Tysiąclatki czyli lata 60. Sprawdzam – V Kongres to 1962 rok. Ale dokładniejszej daty, kiedy się odbył, nigdzie nie ma. Kalendarz na rok 1962 informuje jednak, że sobota 6 była tylko w styczniu i w październiku, a znaczek pocztowy i wydawnictwo z przemówieniami z Kongresu, donoszą, że Kongres się odbył w listopadzie. Zatem koncert ku czci zorganizowano zawczasu. Numeracja mi się jednak nadal nie zgadza, ale dochodzę do wniosku, że widocznie Głos Wybrzeża nie ukazywał się w niedziele i święta. Liczę jeszcze raz w kalendarzu, teraz już tym właściwym na rok 1962 – po odjęciu niedziel, Nowego Roku, dwóch dni Wielkanocy, 1 maja i Bożego Ciała uzyskujemy numer 236 w sobotę 6 października 1962 roku. Strona 3. Brawo Watsonie!

Zanim jednak zajmę się samą grafiką, jeszcze pytanie – na miłość boską, dla jakiego “walczącego ludu Hiszpanii” zostaną przeznaczone zyski z koncertu? Czy w roku 1962 w Hiszpanii była wojna? Powstanie antyfrankistowskie? Rządy Franka skończyły się w roku 1975. Od końca lat 50 buntowali się Baskowie i Katalończycy. Czy to o nich tu chodzi? A może o dzielny lud kubański stawiający od ponad roku opór wrednym kapitalistom z USA? Niestety nie znalazłam odpowiedzi.

Próbuję też dociec, dlaczego akurat 6 października umieszczono tu reprodukcję tej grafiki? Nie jest to żadna stała rubryka, nie ma ani słowa wyjaśnienia. Ojciec też jeszcze wtedy nie wypływał na dalekie rejsy żeglarskie. Same niewiadome, nie do rozwiązania. A może, ot, kaprys redaktora lub grafika. Miał dziurę i miał pod ręką “zatkajdziury”. Wybrał jedną. Mogło tak być, czemu nie.

kobiety-nad-morzem2Ten szkic bez tytułu przedstawia raczej Ojca Zadżumionych niż trzy kobiety nad morzem – znalazłam go w papierach i stwierdziłam, że to ten sam motyw kompozycyjny. Znalazł się też opis grafiki przygotowany przez Mamę.

Irena Kuran-Bogucka                   Omówienie pracy
                                                         “K o b i e t y   n a d   m o r z e m”

           Praca “Kobiety nad morzem” jest wykonana w technice drzeworytu langowego. Użyte do niej drzewo lipowe jest największym ze stosowanych w drzeworycie gatunków;- aby osięgnąć w nim czystość cięcia , trzeba używać szerokich, bardzo ostrych dłut i – zwłaszcza przy liniach przechodzących w poprzek słoja – prowadzić narzędzie szybkim, pewnym ruchem. Od klasycznej formy drzeworytu czarno-białego kompozycja ta nieco odbiega przez odbicie tła w półtonach o zróżnicowanym nasileniu szarości, z wyraźnie pokazanym śladem narzędzia.
          Kompozycja jest realistyczna, przyczem starałam się osiągnąć maksymalną prostotę i zwięzłość formy. Równolegle jednak do rozwiązań technicznych oraz formalnych, i tutaj – jak xx we xxxx wszystkich moich pracach – interesuje mnie temat i nastrój. Tematem moim jest przedewszystkim człowiek w całej bogatej, dramatycznej skali swoich uczuć i przeżyć. Staram się więc znaleźć formę dla każdorazowego przekazania wyrazu i emocjonalnego ładunku tych spraw.
         Tę pracę cięłam w listopadzie, kiedy zaczynają się jesienne sztormy, a pływanie po morzu, mimo stałych postępów techniki, staje się ciężkie i niebezpieczne. “Kobiety nad morzem” trwają w niezmiennym oczekiwaniu powrotu swoich najbliższych – wszystkich, jacy kiedykolwiek wyruszali na śmiałe rejsy; niespokojnych greckich żeglarzy, awanturniczych Wikingów, odkrywców nieznanych kontynentów, czy marynarzy i rybaków dzisiejszego Gdańska.
           Praca ta zyskała jedną z sześciu równorzędnych nagród w I-ym Ogólnopolskim Konkursie Grafiki Marynistycznej w 1961 r.
mama-grafiki-maleNo tak: drzeworyt langowy. Jestem córką graficzki. Grafika towarzyszyła mi przez całą młodość. Widziałam jak się ją tnie, odbija, oprawia. A jednak nie wiedziałam, że drzeworyt wzdłużny, w przeciwieństwie do tego ciętego na sztorc, nazywa się langowy!

W przyszłym tygodniu w sobotę – Syreny

Stare papiery 2 – Sławomir

szkic1Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

W starych papierach większość stanowi korespondencja urzędowa. Nie trafiłam jeszcze na notatki, zapiski, szkice nawet są rzadkie, choć przecież Mama rysowała zawsze i wszędzie. Jest dużo wycinków z gazet, „Trybuna Ludu”, „Głos Wybrzeża”, znalazłam nawet ten tak poszukiwany przedtem biuletyn „Między innymi” z tłumaczeniami wierszy Alfonsiny Storni. Mama wysłała do redakcji 12 wierszy, opublikowano tylko 11, nie starczyło miejsca na pierwszy wiersz w nadesłanym zestawie – „Chcesz, bym była biała”. Redakcja nie zastosowała się też do prośby o „zachowanie kolejności chronologicznej”, wiersze są przemieszane: starsze i młodsze na przemian. Notka wprowadzająca nie jest podpisana, wygląda to tak, jakby przywołanie nieznanej poetki i przybliżenie jej czytelnikowi było zasługą redakcji, nazwisko tłumacza bladą kursywą na dole ostatniej strony, niemal nie zauważalne.
To oczywiście był, a po części nadal jest, problem, z jakim musiał się borykać niemal każdy tłumacz.
W korespondencji Mamy zachowało się sporo listów do różnych redakcji z informacją, że to ONA jest tłumaczką, że to ONA napisała komentarze, wyjaśnienia, przypisy, notki… Odkryty i tłumaczony przez nią poeta był przekazywany publiczności jako Gesamtkunstwerk, Mama łączyła w takiej prezentacji oryginalny tekst poetycki i tłumaczenie, słowo pisane i mówione, muzykę, pracę graficzną, komentarz naukowy, gawędę, rozmowę z odbiorcą. Lubiła spotkania autorskie, wywiady, nagrania radiowe, wystawy, książki, czasopisma.
Każda metoda i każdy szkic6środek przekazu były dobre, bo służyły upowszechnianiu dzieła poety. „Jej” poeci byli na stałe obecni w jej życiu, a przez to oczywiście i w naszym.

W masie papierów urzędowych, „papierzysk” powiedzieliby rodzice, pojawia się ni stąd ni z owąd pocztówka wielkanocna z Rzymu. Mama lubiła pocztówki – w tych szarych czasach wszyscy lubiliśmy pocztówki, zwłaszcza te z zagranicy, bo były kolorowe – nigdy ich nie wyrzucała, odziedziczyłam po niej ogromne pudło kartek i obrazków, ale zbierała je osobno, tu, w urzędowych teczkach zawieruszyła się tylko jedna pocztówka – duże, błyszczące czerwone wielkanocne jajko.

Wśród podań o stypendia, zawiadomień o terminie zebrań i formularzy paszportowych pojawia się czasem korespondencja osobista. Na przykład odręczny list na odwrocie spiętego spinaczem maszynopisu.

Warszawa, 5.I.64

Wielce Miła Pani Ireno!szkic3

Zgodnie z naszym porozumieniem przysyłam Pani drzeworyty oraz moje wypociny. Pragnąłbym, aby ta moja pisanina znalazła uznanie w Pani oczach, jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że ktoś inny mógłby to uczynić lepiej. Jeżeli mimo, tych moich obiekcji, wydawać się Pani będzie, że artykuł nie jest taki zły i trafnie oddaje ducha Pani twórczości, poczytam to sobie za zaszczyt. Mile wspominając możność poznania Pani, tuszę że na tym nie zakończą się nasze kontakty towarzyskie. Przesyłam przy okazji serdeczne życzenia pomyślnego Nowego Roku, dla Pani i całej rodziny, szczególnie życząc Pani sukcesów drzeworytniczych.

Zawijas, ale z maszynopisu odczytuję imię i nazwisko: Sławomir Bołdok

O dziwo, gdzieś w papierach odnajduję maszynopis, kopię oczywiście, listu, jaki Mama napisała do pana Bołdoka. Takich sytuacji w tych poszukiwaniach raczej nie ma, bo prędzej to, co powinno być razem, rozpadło się i część zniknęła, niż na odwrót, ale rzeczywiście mam list i to długi, półtorej strony maszynopisu. Podobnie jak w liście powyżej styl, ortografia i interpunkcja są zgodne z oryginałem.

szkic5Bardzo miły Panie Sławku.
Otrzymałam dzisiaj Pański artykuł, oraz grafikę w dobrym stanie, co – znając zdolności naszej poczty – należy specjalnie podkreślić. Cieszę się że pomimo wielu godzin gadania ze mną, był Pan w stanie spłodzić ten artykuł – pamiętam że wsadzając mnie do autobusu uskarżał się Pan na zamęt jaki udało mi się wprowadzić do Pana koncepcji literackich na mój temat. Ja zresztą od razu liczyłam na odporność zdrowego organizmu – widać było że chłop mocny i jakoś wyżyje. Mówiąc poważnie – to bardzo dobrze napisana rzecz. Poprawki jeśli na nie nie jest za późno, widziałabym 3 (trzy) i to raczej w detalach. Zalet – parę tuzinów. Żeby mieć to z głowy zacznę od poprawek. 1) Sprawa chronologii : (str.3) – cykl „Romancero cygańskie” (r. 1961) jest wcześniejszy od „Okupacji” (1962), której pierwsza praca – „Transport do Birkenau” – jeszcze korzeniami szkic4siedzi w Hiszpanii swego poprzednika. To widać i formalnie, w kolejnym procesie przechodzenia z konturu w plamę. 2) Str.1 u dołu. Zwrot „… w cieniu gwiazd pierwszej wielkości” wraz kontekstem. Może wolałabym tego nie widzieć w takiej formie. Sprawa gwiazd pierwszej wielkości, a również i trwałości, rozstrzyga się definitywnie raczej pośmiertnie. Żeby to już teraz wiedzieć na pewno jesteśmy chyba za młodzi, i Pan i ja. W kreowaniu gwiazd niewątpliwie działa szereg czynników pozaartystycznych – od szczęścia i utrafienia w aktualne potrzeby chwili ,do mody, szansy, reklamy, czy poparcia. Przypuszczalnie też uniknęłabym w poprzednich latach szeregu kłopotów typu finansowo-administracyjnego, gdybym zgodziła się na miejsce w cieniu, albo wyraźniej : na rolę cienia – satelity. Pan przecież wie, że to nie moja rola. 3) Str. 3 w połowie. Zwrot „… przeżyciami innych ludzi”. Może lepiej „przeżyciami ludzkimi”, czy „przeżyciami człowieka” ? To są transpozycje albo własnych uczuć, albo spraw, które obeszły mnie do tego stopnia, że przestały być cudze. Reszta uwag to same plusy. Podoba mi się podkreślenie subiektywizmu tej sztuki, opis szukania emocjonalnego wyrazu bez stawiania znaku równości z ekspresjonizmem. Wzruszył mnie opis poszukiwań twórczych będących przygodą i przeżyciem . Naprawdę z wyczuciem napisał x Pan o drewnie, okazując mu w Swojej twórczości t.zn. w słowie niemniej szacunku i zrozumienia, niż ja w realnym cięciu drzeworytu. Wreszcie cieszę się ,że nie próbuje mnie Pan na siłę zaliczyć do jakiejś szkoły czy grupy – jako typowy „kot, który chodzi własnymi drogami” podzielam całkowicie to zdanie. A pozatem ubawi Pana zapewne wiadomość, że dopiero z Pańskiego artykułu dowiedziałam się szeregu ciekawych uwag o zasadach i rozwoju moich kompozycji. xxxx Istotnie „podróże kształcą” – choćby tylko na parę dni do Warszawy. Cieszę się więc z tego artykułu i będę z niecierpliwością xxxx oczekiwać jego ukazania się w druku. Cieszę się też, że dał nam on „prawo alibo pozór” do zawarcia tej, chyba szkic2bobustronnie interesującej, znajomości. Wieczór przegadany z Panem w każdym razie był jednym z przyjemniejszych momentów w dość męczącym, zaganianym i bardzo mroźnym pobycie w stolicy. Gdyby Pan kiedyś miał nadmiar dobrej woli oraz wolnego czasu, proszę do mnie parę słów napisać. Zazwyczaj odpisuję. Proszę o wybaczenie urzędowo- maszynopisowego rodzaju listu. Od tylu lat używam pióra i ołówka do różnych niegodziwych xx celów, że wyrób czytelnych i rozpoznawalnych liter sprawia mi poważne trudności.

Łączę dużo serdecznych pozdrowień oraz życzeń
na pozostałe 350 dni jeszcze prawie Nowego Roku

Podpis – czytelny, ale może to tylko mi się tak wydaje.

I na dole stroniczki: Wrzeszcz, 16 stycznia 1964

Nie wiem, jak to było możliwe, że Mama dała komuś grafikę?! Zostawiła ją u niego?! W Warszawie?! A sama wróciła do Gdańska? I on ją odesłał w dobrym stanie i od razu! W głowie się nie mieści. Nie pamiętam, by Mama pożyczyła komuś grafikę. Nie pamiętam, niemożliwe, nigdy nie dawała, nie pożyczała…
I w ogóle, jak to się stało, że ją przy sobie miała?! W Warszawie, na mieście, bo spotkali się chyba u niego w domu. Znamienne musiało to być spotkanie.

slawomir2
Była zimą w Warszawie, być może w okolicy Bożego Narodzenia. Czy my też tam byliśmy, Tata i my dwie? Czasem jeździliśmy wszyscy na święta do Warszawy. Pamiętam jeden taki wyjazd, ale wtedy żyła jeszcze moja cioteczna Babka Karusia, która zresztą wtedy na te zapamiętane święta nie przyjechała, dlatego dobrze mogę wyznaczyć czas tamtych świąt – przed 1963 rokiem, bo Karusia umarła mniej więcej w tym samym czasie, co Kennedy, a rocznica śmierci Kennedy’ego była wczoraj.

Postanawiam poszukać pana Bołdoka. Znajduję go w spisie wykładowców Uniwersytetu im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, w Instytucie Historii Sztuki. Imię i nazwisko się zgadzają, Warszawa, historia sztuki. W internetowym życiorysie nie ma daty urodzenia, ale to musi być on. Od roku 1953 czynny zawodowo, a więc starszy już pan. Ale, gdy się spotkali, był koło trzydziestki. Czarujący młody człowiek, jestem tego pewna! Na stronie nie ma maila, nie ma telefonu. Jasne. Telefonuję, a potem wysyłam maila do sekretariatu.

Pan Sławomir odzywa się już nazajutrz. Bombarduję go pytaniami. Ale już z maila wiem, że był to artykuł napisany na zlecenie redakcji “Przeglądu Artystycznego”. W następnym mailu pan Sławomir podaje nr czasopisma – 3 ( 19 ) z 1964 r. str. 43 – 45, przysyła skany  i odpowiada na niektóre z moich pytań. Grafika Mamy była na  wystawie. “W galerii nie było fotografii prac a ponieważ obojgu zależało nam na zdjęciach do numeru P.A. otrzmałem od p.Ireny kilka prac po zamknięciu ekspozycji dla sfotografowania w redakcji, pod warunkiem, że zadbam o ich odesłanie. Z czego jak Pani widzi wywiązałem się.”

Widzę! Komunikacja internetowo-mailowa jest boska! Ale szperanie w papierach też.

PA1

 PA2PA3W tekście szkice Mamy znalezione wśród dokumentów urzędowych, jej list do Sławomira Bołdoka oraz skany artykułu w Przeglądzie Artystycznym.

W przyszłym tygodniu w sobotę – Kobiety nad morzem

I jeszcze porada kulturalna na ostatnią chwilę. Dziś w Galerii 3778 na ulicy Mazowieckiej 11a w Warszawie kończy się wspaniała wystawa Katarzyny Słowińskiej-Kucz “Oni także byli dziećmi” – kto może, niech czym prędzej biegnie ją obejrzeć, a jak nie zdąży, to niech szuka wszędzie i może gdzieś znajdzie, tak jak i ja to będę czynić. Amen.

Stare papiery 1 – Alfonsina i bibułka

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

papiery
Papiery są naprawdę stare, najstarsze z 50 albo 51 roku, są szare, bure i łaciate, po prostu papierowy świat. Kruszą się, blakną… Trafiłam do nich szukając informacji o tym, kiedy Mama tłumaczyła wiersze Alfonsiny Storni. I oczywiście szukając samych tych tłumaczeń. Nie wiem czy znajdę tłumaczenia, karton papierzysk jest ogromny, ale już znalazłam pewną propozycję wydawniczą, którą Mama złożyła w Wydawnictwie Morskim w sprawie wydania trzech tomików poetyckich.

Są to:

1. Federico Garcia Lorca – “Ballada o trzech rzekach”
2. Rafael Alberti – “Pełne morze”
3. Alfonsina Storni – “Swiat siedmiu studni”
/w opracowaniu. Przekłady nigdzie nie publikowane/.

Maszyna nie miała dużego ś. Oferta została napisana 15 listopada 1982 roku.
Do oferty zbiorczej Mama dołączyła trzy osobne karteczki z opisem poszczególnych tomików.

OFERTA
Proponuję wydanie w “Serii z portrecikiem” tomu poezji Alfonsiny Storni /1892-1938/. Twórczość tej wybitnej poetki argentyńskiej jest w Polsce całkowicie nieznana. Tom będzie zawierał 80 – 100 utworów poetyckich w moim wyborze oraz przekładzie z hiszpańskiego.
Ponadto przewiduję zamieszczenie krótkiej biografii poetki oraz – w razie potrzeby – objaśnienia i komentarze.
Tytuł roboczy: “Swiat siedmiu studni”.
Załączam notkę biograficzną oraz 7 wierszy w moim przekładzie.

Niestety, na razie nie znalazłam w papierach ani notki, ani oryginalnych tłumaczeń. Mogły to być te same, które potem, latem 1985 roku ukazały się w szczecińskim biuletynie “Między innymi”.

alfonsina0
Niepewnie się czuję, pisząc to wszystko, bo mieszkałam wtedy w tym samym domu (wyjechałam w styczniu 1985 roku), drzwi w drzwi z Mamą, widywałyśmy się kilka razy dziennie, rano – było to jednak jej rano, nie moje, ja miałam małe dziecko i wstawałam rano, zresztą w ogóle jestem rannym ptaszkiem, a Mama zawsze była człowiekiem nocy, o czym już kiedyś pisałam – piłyśmy herbatę, po południu jadłyśmy obiad – i znowu, nie mylmy sytuacji, które u nas były na odwrót niż u normalnych ludzi, bo to Mama do mnie przychodziła coś zjeść, a nie ja do niej. Byłyśmy razem, Lorca i Alberti byli tak dalece tematami codziennej rozmowy, że mój syn latami był przekonanany, że lorka to jakiś stopień związków rodzinnych: dziadek, ciocia, lorka. A tymczasem Mama nie mówiła nic o tym, że tłumaczy Alfonsinę, że ma w związku z nią plany czy pomysły wydawnicze.

alfonsina1Korespondencję z biuletynem “Między innymi” Mama nawiązała w roku 1984, kiedy to szczeciński pisarz Jerzy Pachlowski przekazał redakcji kilkanaście tłumaczeń Albertiego. Ukazały się latem następnego roku. Redakcja zaproponowała dalszą współpracę i Mama 24 września 1985 roku odpisała, że chciałaby, aby następną jej publikacją u nich były tłumaczenia Alfonsiny.

OK, wtedy już mnie nie było, ale pisałyśmy do siebie, telefonowałyśmy, w grudniu 1985 roku Mama po raz pierwszy przyjechała do mnie z wizytą do Berlina. Mogła przywieźć w prezencie ten biuletyn, zwłaszcza, że z korespondencji z redakcją wynika, że nie tylko otrzymała dwa egzemplarze autorskie, ale, jak zwykle zresztą, zakupiła na własny koszt 15 dodatkowych egzemplarzy.

alfonsina2Mogła, ale nie przywiozła. Nie dała go też mojej siostrze Kasi, bo w końcu my obie nic o nim nie wiedziałyśmy. Gdy w 10 lat później założyłam Stowarzyszenie i zostałam redaktorką czaspisma literackiego WIR, Mama publikowała u nas tłumaczenia Lorki, Hartlebena, Martina Pohla, Maschy Kaléko, ale nigdy nawet się nie zająknęła, że mogłaby nam dać do druku Alfonsinę.

Będę szukać dalej, oczywiście. I donosić w soboty o tym, co znalazłam. Niekoniecznie zresztą o Mamie, bo z papierów wyłaniają się też sprawy wcale nie spodziewane. Jak np. bibułka i farba.

Znajduję na szaroburej przebitce notatkę bez daty:

bibulkaDo
Członków Sekcji Grafiki
Zarząd Sekcji wykupił z Desy bibułkę japońską, format arkusza 47 x 47 cm, cena 52 gr.

Koledzy chcący nabyć bibułkę proszeni są o składanie zgłoszeń /zapotrzebowań/ w biurze Okręgu w nieprzekraczalnym terminie do dnia 28 października br podając iloś- arkuszy.
Próbka do wglądu w biurze Okręgu.-

No tak, bibułka. Najciekawsze, że w starych papierach poniewiera się… kawałek bibułki.

Ale też farba. Pisemko na żółtej (pożółkłej) ćwiartce papieru. Kto jeszcze tak mówi – ćwiartka?

                                           18 styczeń 1966
Zjednoczenie Przemysłu Graficznego
Wydział Produkcji
Warszawa
ul. Jasna 26
Uprzejmie proszę o udzielenie mi zezwolenia na nabywanie farby drukarskiej czarnej i kolorowej w Gdańskiej Fabryce Farb Graficznych. Farba potrzebna mi jest do pracy artystycznej (odbitki drzeworytowe). Załączam zaświadczenie Związku Polskich Artystów Plastyków.

Drogi czytelniku (i czytelniczko!), koniecznie przeczytaj teraz wpis na tym blogu z 27 października o Alfonsinie Storni i Mamie. Wpisu o Mamie i Ludziach Nocy z blogu “Jak udusić kurę” z 10 października 2011 roku nie mogę Ci niestety polecić, wpis zniknęł, podobnie jak cały blog, a także (i przede wszystkim) blogowy portal blox.pl. Jeszcze długo miliony blogerów będą go opłakiwać, ale to już jest zupełnie inna historia.

Za tydzień, w sobotę – poszukuję Sławomira Bołdoka