Zeszyty i teczki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Tym razem będą to niewątpliwie stare papiery, tak jak tytułowałam tu pierwsze wpisy o Mamie – nie były one zresztą naprawdę pierwsze, ale jednak przedtem były one dorywcze, pisząc o Mamie kierowałam się różnymi spontanicznymi skojarzeniami, natomiast od wielu tygodni wszyscy już wiedzą, że w sobotę pojawi się wpis o Mamie, oparty na tym, co znalazłam w kilku kartonach, w których ktoś kiedyś zgromadził to, co było w szafach i biurku, ale też w moich własnych szafach i szufladach. Na pewno już za życia Mamy dostałam od niej dwa zeszyty nazwane przez nią “Varia” – mam wrażenie, że w sumie było ich cztery, możliwe więc, że dwa pozostałe znajdują się u Kasi.

Varia-podwojne“Varia” to zwykłe zeszyty w kratkę, szczelnie przez Mamę wypełnione wklejonymi opowiadaniami wyciętymi z różnych gazet. Są grube, napęczniałe od kleju, ale też od powtykanych w nie luźnych kartek i dodatkowych wycinków. Na pewno są tu opowiadania wycięte z “Przekroju”, ale wydaje mi się, że rozpoznaję również wspaniały wielkoformatowy “Świat”. Być może była też gazeta “Twój świat”, ale nie jestem tego pewna. Za to na pewno był “Poznaj świat”, a potem również “Kontynenty”. Z tych dwóch czasopism Mama też wycinała strony, artykuły i zdjęcia, ale były to zasoby gromadzone przez nią w jakichś innych zeszytach. Na razie ich jeszcze nie znalazłam, ale dobrze je pamiętam. W tych geograficznych wycinkach ważne było wszystko, co dotyczyło Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, a poza tym miejsca dalekie i tajemnicze oraz po prostu pełne urody zdjęcia, zwłaszcza głowy pięknych egzotycznych kobiet, góry i świątynie.
Zeszyty “Varia” czytałam w młodości wielokrotnie, były wspaniałą antologią literatury współczesnej, nie nielegalnej, ale też nie do końca legalnej, bo czasopismo jako druk przemijający mogło sobie pozwolić na odrobinę więcej wolności, niż wydawnictwo wydające książki, tak więc to, co znalazło się w “Variach” mogło się nigdy nie pojawić inaczej.

Varia-III-strona1-f-sagan-mala “Varia” to była – i nadal jest, skoro je mam – literatura. Proza polska i tyle prozy światowej, ile się jej dało w skąpych socjalistycznych czasach wyszukać. Włoska, hiszpańska, francuska (na stronie powyżej jest na przykład ukochana Mamy Saganka), tej było chyba za komuny więcej niż prozy ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Niemiec chyba nie było wcale, w każdym razie w “Variach” ich nie ma, ale pojawiał się nawet Związek Radziecki, zwłaszcza ukochany pisarz Mamy – Konstanty (Konstantin) Paustowski, autor “Kolchidy”, którą, jeśli jej nie czytaliście, przeczytajcie koniecznie.

Varia-I-strona1-maleVaria-I-strona3tycjan-male“Varia” miały też lekki posmak erotyczny, czego w normalnej literaturze, wydawanej w wydawnictwie, drukowanej w drukarni i przynoszonej w postaci książki z księgarni, na pewno nie było. Była taka sztuka Swinarskiego, “Achilles i panny”, oj, jeszcze dziś, gdy to piszę, palą mnie policzki. Była opowieść Flukowskiego o pięknej rudowłosej żonie Tycjana, prawdziwej Wenus, do której zalecali się królowie Francji, Hiszpanii i Polski, zamawiający u mistrza-męża poważne portrety typu “władca na koniu”. Tymczasem znudzona pani domu, no, mówię wam, a jeszcze służąca, fertyczna, na pewno, i umizgujący się do niej giermkowie panów-władców, zawsze o imieniu Jan. Jan, Juan, Jean…

Wspaniałe wycinki z gazet!

Varia-I-strona2-maleTe wycinki zresztą, to wcale nie była prosta sprawa. Gazet, podobnie jak wszystkich innych dóbr, w czasach PRL nigdy nie było dość dla wszystkich. Nawet nie wiem czy istniało coś takiego jak abonament, wiem natomiast, że Mama nie wierzyła w abonamenty, podobnie jak nie wierzyła w biblioteki. Książkę trzeba było mieć, gazetę kupić w kiosku. A to, to była już wyższa szkoła jazdy. Mama zawierała tak zwane “dozgonne przyjaźnie” z tak zwanymi kioskarkami (tak się mówiło na “panie z kiosku”), które w tak zwanej “teczce” odkładały dla niej wszystkie gazety, a więc “Przekrój”, “Politykę”, “Tygodnik Powszechny”, ów wspomniany już, wspaniały “Świat”, owe “Poznaj światy” i “Kontynenty”, “Morze” dla Ojca, “Filipinkę”, a potem “Radar” dla nas (Radar pojawi się jeszcze we wpisie o Mamie za tydzień). Aby kioskarka “coś z tego miała”, kupowało się u niej wszystko co się dało, książki, pocztówki, znaczki, proszki od bólu głowy, zapałki, kredki, a poza tym u każdej takiej pani Mama konsekwentnie zamawiała “Kraj Rad”, co kioskarce pomagało wyrobić plan, a Mamie przynosiło dodatek nadzwyczajny w postaci… o tak! “Ameryki”!

Mama nie przepadała za wychodzeniem z domu, po okresie naszego dzieciństwa  lekceważyła wszelkie spacery, po zwykłe zakupy chodziliśmy raczej my – Ojciec, ja, potem również Kasia, ale do księgarni i do kiosku Mama wychodziła nadzwyczaj ochoczo. I to jest jak najbardziej odpowiedni wyraz, bo ochota to jest nie tylko chęć, to również rosyjskie polowanie. Mama nie chodziła na spacery, chodziła na łowy. O wyprawach do księgarni mawiała, że idzie tam jak pijak do knajpy, ale mogło się zdarzyć, że z wyprawy do knajpy, to znaczy księgarni nie przyniosło się żadnych zdobyczy, natomiast wyjście raz na tydzień do kiosku dawało pewność przytargania do domu obfitych łupów.

teczka-akwarele-maleByły więc zeszyty, były teczki w kiosku, ale teczki były poza tym w tak zwanym “w ogóle”. Były w ogóle i wszędzie. Czasem paskudne, peerelowskie szarobure, czasem zrobione z kolorowych stron gazet lub obklejone wycinkami czy pocztówkami. Teczki, podobnie jak pudełka po czekoladkach, pozwalały w sposób łatwy i przyjemny porządkować świat. Tu rachunki, tu listy, tu Lorka, tu szkice i notatki. Czasem się zawartość mieszała, czasem porządnie założona teczka przekształcała się w zbiorowisko wszystkiego, co wpadło w rękę i co trzeba było usunąć, z oczu, z oczu dzieci, z oczu gości.

W moich zbiorach znajduje się wiele takich teczek, jedna nadzwyczaj wzruszająca. Mama opisała ją słowem AKWARELE. I pod spodem: chyba moje.

akwarele-chyba-moje1-poziom2-male

akwarele-chyba-moje1-poziom1-maleZa tydzień – audycja o tym, jak grafik staje się tłumaczem; pojawi się gazeta “Radar”

Zielony zeszyt i Mama

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zrezygnowałam z tytułu sobotnich wpisów “Stare papiery” – to są nadal stare papiery, ale jednak pojawiają się wspomnienia i bez papierów. Jak na przykład wspomnienia Kasi sprzed kilku dni, do których asumpt dały wcale nie stare papiery, lecz nowe rajstopy.

Wprowadzając regularny cykl wspomnień o Mamie wprowadziłam nie tylko mój świat i świat rodzinny w zawirowanie, ale spowodowałam zawirowania w świecie. Nagle wokół dawnych historii rodzinnych bardzo się dużo dzieje. Tak jakbym przywołując Mamę, poruszyła jakieś głębokie warstwy, z których wyłaniają się rodzinne elfy  ale i rodzinne strachy. Oczywiście, wywoływanie wspomnień to sprawa niebezpieczna. Moja facebookowa przyjaciółka, Maryna Over, napisała kilka dni temu:

Pal listy i fotografie. Drzyj notatki i zacieraj ślady. Inaczej pewnego poranka dopadną cię i wszystko zacznie się od początku. Nie ma rozdziałów, do których nie dałoby się czegoś dopisać. Nie ma zdjęć, które milczą i numerów telefonów, które zmieniają układ cyfr. Uczucia są jak podziemne źródła, a rany nie zabliźniają się. Uruchomisz efekt domina i mole przeszłości zjedzą ci kaszmirowy szal, w którym kryłaś się przed chłodem. Czas nie goi ran, to tylko wygodna iluzja. Dla rozdartych i samotnych.

Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady / Wzbije się dym trujący dla twego oddechu. // (…) // Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona / Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś” (głos “Dziecięcia Europy” Czesława Miłosza).

Dziś z dawna obiecany zielony zeszyt. Pełen nieznanych mi już dziś tematów.

zielonyzeszytZielony zeszyt z notatkami.

Szukając Mamy, od czasu do czasu opuszczam karton po świeżych jajach i przeglądam półki z papierami. Zielony zeszyt z notatkami jest mój. Pisałam w nim w roku 2010, gdy z powodu trzech ciężkich operacji niemal bez przerwy przebywałam w szpitalach a potem w sanatorium. Nie pamiętałam wcale, że w tym zeszycie Mama jest wciąż obecna. Pojawia się w różnych miejscach i naprawdę muszę teraz wszystko przeczytać, żeby zobaczyć, że nagle, w ostatnim zdaniu jakiegoś tekstu znajdzie się i ona, choć cały tekst dotyczy czegoś zupełnie innego.

W notatkach jest właściwie wszędzie.

Zaczyna się od pojedynczych zdań, wszystkie zapisane w szpitalu. Te notatki są jak “Skarbczyk” Mamy – zapisy tego, o czym chciałabym napisać. Niektóre linijki są dziś dla mnie całkowitą tajemnicą.

krowa i tygrys
prosiłam i przyszło
Cez Noteboom

zielonyzeszyt-stronaNoteboom pojawi się też na następnej stronie. Marquez, Cortazar, Philip Roth. Przerwa. Grass, Kundera, Murakami, Noteboom.

Tu mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie chciałam przygotować cykl opowiadań (tego się nauczyłam od Mamy – trzeba pracować cyklami, dzięki temu nawet małe rzeczy znajdą swoje miejsce w narracji), których nadrzędnym hasłem byłoby nazwisko pisarza. Stworzyłam taką opowieść o Murakamim, a pewnie chciałam mieć ich siedem, może osiem albo dziewięć.

Ale nie wiem, jak do tych pisarzy (dlaczego to są sami mężczyźni?!) pasują te dwie kobiety?

Druga żona ojca pani z pokoju (to na pewno notatka szpitalna) – pani Arab wcale nie była Arabką, lecz Iranką, jej ojciec wziął sobie jako drugą żonę – drugą synchronicznie a nie chronologicznie – szkolną koleżankę córki. Dziś już nie tylko ojciec jest bardzo stary, ale i obie dziewczyny posunęły się znacznie w latach, bardzo się ze sobą przyjaźnią i opiekują sobą nawzajem.

Fauzia i gaje migdałowe. Opowieść o Fauzii jest konsekwencją słuchania historii pani Arab. Fauzia, Afganka, uciekinierka, była wiele lat temu moją koleżanką w pracy. Czasem, jak akurat nie miałyśmy nic do roboty, opowiadała mi o swoim życiu w Kabulu w czasach, zanim przyszli Rosjanie. Była jedną z czterech córek zamożnego człowieka, właściciela wspaniałych sadów i gajów migdałowych. Rodzina mieszkała zimą w dużym luksusowym domu w Kabulu, a na lato wyjeżdżała do pałacu w górach

Włamywacz – to historia którą zapisałam i opublikowałam zarówno na tym blogu jak w miesięczniku „Odra”. To przez niego byłam w szpitalu. Strasznie chorowałam, a wszystko wywołał stres, jeśli można nazwać stresem strach, który to zdarzenie wywołało. Ten człowiek przyszedł w nocy, obudził mnie i powiedział, że musi mnie zabić.

Operacja Hiszpania Holandia – bez przecinków. Tu znowu nie mam pojęcia, o co mi chodziło, oprócz może pewnej mini powieści Ceza Notebooma „Następna historia” – to taka inna, wcześniejsza chyba, wersja „Nocnego pociągu do Lizbony” –  wiem wiem, to inni autorzy, „Pociąg” został napisany przez Paula Merciera, ale mimo to jest to ta sama opowieść. Stary nauczyciel języków starożytnych z Amsterdamu we śnie przenosi się do Barcelony, gdzie jeszcze raz przeżywa miłość do dwóch kobiet: pięknej rudowłosej koleżanki-nauczycielki oraz swej najzdolniejszej uczennicy, która ma romans z mężem jego kochanki.

Günter Grass jest pojęciem nadrzędnym. Pod spodem są punkty, które zapewne łączy Gdańsk.

Gołąb w kościele
Mama tłumaczenia
Komputer Mamy
Menonici / Starowiercy
Dwie Ewy Slaskie
Dwie siostry księżniczki
Jacek i rewizja

Kilka z tych historii już zapisałam. Powstał wpis o dwóch siostrach, nazywa się, jakże oryginalnie, dwie siostry. Czteroletni Jacek pojawia się we wpisie „Bimber na kartki” – wpisu już nie ma, ale historia, jak mój ówczesny mąż pędził bimber i przyszła rewizja, została zapisana TU (trzeba wpisać w opcję szukania słowo “bimber”, a potem poczytać wcześniej i później).  O drugiej Ewie Slaskiej też już ostatnio napisałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”, choć pewnie należy się jej osobny wpis.

Menonici / Starowiercy? Grass pisał menonitach, ja o starowierach. Widziałam w tym kiedyś pewne nieoczekiwane zbieżności – dwie konserwatywne grupy, fanatycznie religijne. Menonici uciekinierzy z Holandii, Starowierzy z Rosji. Gdzieś na linii między Żuławami a Mazurami jest granica, której nie przekroczyli, a więc się nie spotkali. Jak granica między siedliskami buka i sosny.

Trzy pierwsze historie miały dotyczyć Mamy. Gołąb w kościele – wiem, oczywiście wiem, wydaje mi się, że już gdzieś o tym pisałam, o mszy żałobnej za Mamę – podczas podniesienia do kościoła wpadł gołąb i do końca mszy fruwał nad nami, bynajmniej nie spanikowany. Wszyscy byliśmy przekonani, że to dusza Mamy.

Tłumaczenia? Tu naprawdę nie wiem, o co mi chodziło.

Piszę ten tekst w pociągu ze Szczecina do Gdańska. Właśnie stoimy w Lęborku. Długo. Tu wysiadłam 15 lat temu z porannego pociągu z Berlina, wsiadłam do autobusu i pojechałam do Kartuz, dokąd odwieziono rodziców po wypadku. Ojciec wyszedł po kilku dniach. Mama po dziesięciu dniach umarła. A zapowiadało się, że idzie już ku lepszemu, ordynator szpitala odesłał mnie więc do Berlina. Był początek roku szkolnego, a ja pracowałam wówczas jako nauczycielka i właśnie zaczynałam pracę w nowej szkole. Przyjechałam na jeden dzień. Następnego dnia Mama umarła. Miałam pociąg o 6 rano. W nocy układałam nekrolog z wierszem Maschy Kaleko, którą Mama jako pierwsza w Polsce tłumaczyła. Koło północy na dole zaczęło krzyczeć wniebogłosy małe dziecko. Mamo! Mamo! Mieszkało na parterze, ja na trzecim piętrze. Rodzina się właśnie wprowadziła, wcale ich nie znaliśmy, ani rodziców, ani dziecka. Potem zresztą szybko się wyprowadzili. Być może z mojego powodu, bo to ja w nocy zareagowałam na krzyki chłopca. Najpierw zeszłam do niego na dół, usiadłam na progu przed zamkniętymi drzwiami i próbowałam go uspokoić. Podziękowałam mu za to, że wołał Mamę, bo to ja powinnam krzyczeć na cały świat “Mamo, Mamo”. Potem opowiadałam mu bajki. Gdy jednak po godzinie słuchania chłopczyk znowu zaczął krzyczeć Mamo! zadzwoniłam po policję. Przyjechali dokładnie w tym samym momencie, kiedy wrócili też rodzice. Policja nie miała powodu, żeby ze mną rozmawiać, rodzice na mnie nawrzeszczeli. Nigdy tego dziecka nie zobaczyłam.

Wracam do notatek z zielonego zeszytu. Tłumaczenia Mamy. Tłumaczyła kilka wierszy Grassa, czy to miałam na myśli?

W notatkach tego nie ma, aż dziwne, ale pisałam już też o śmierci mamy w kontekście Stefana, którego 15 lat wcześniej spotkałam po raz pierwszy i wtedy go nazwałam Thanatos. Pojawił się u mnie w Berlinie jak grom z jasnego nieba zaraz po śmierci swojej Matki, Giny, tłumaczki Achmatowej, odszedł wkrótce potem, gdy symbolicznie odprowadził na śmierć moją Mamę.

No i ostatnia notatka pod nazwiskiem Grassa – komputer Mamy. No tak. Zatrzasnął się na zawsze po jej śmierci i nigdy nic nie udało się z niego odzyskać, mimo że zatrudniliśmy specjalistów. Dlatego dziś możemy się posłużyć tylko papierami.

niebieskizeszytCiekawe, że w papierach Mamy pojawi się ciemnoniebieski zeszyt, niemal “brat” mojego zielonego. To była pierwsza Mamy książka z tłumaczeniami Lorki. Rękodzieło.

Gdy przyjrzeć się uważniej tej okładce, to widać, że to nie zeszyt, lecz oprawiony przez introligatora maszynopis.

niebieskizeszyt-strona1
niebieskizeszyt-strona2

Za tydzień – teczki i kolejne zeszyty

Stare papiery 9 i koty

kotygraja-mysldniaEwa Maria Slaska o kotach, ale również o rodzicach

Ten anonimowy obraz flamandzki z roku 1600 “Koty grają i śpiewają” zobaczyłam na Facebooku dzięki zainteresowaniom Teresy Boguckiej. Każdy czytelnik tego bloga wie już, że jestem córką Ireny Kuran-Boguckiej i Dariusza Boguckiego. Jestem z domu Bogucka i Teresa Bogucka musiała siłą rzeczy zostać moją facebookową przyjaciółką, zwłaszcza, że zachwycają mnie zdjęcia, którymi się z nami tam dzieli – sztuka od średniowiecza do baroku i zdjęcia przyrody, zwłaszcza nadzwyczajnych ptaków. I kotów.

Koty były w domu zawsze. W swej autobiograficznej książce “Śladami życia” mój Ojciec poświęcił cały rozdział… A zresztą:

PSY, KOTY, KONIE I MOTORY

Kronika mojego życia byłaby niepełna, gdybym pominął innych niż ludzie współtowarzyszy, którzy w moim życiu odegrali niebagatelną rolę. (…)
Koty zaczęły się u nas pojawiać dopiero podczas wojny, w Pruszkowie. Ale odkąd w Gdańsku zamieszkaliśmy na Grunwaldzkiej, zawsze był w domu co najmniej jeden kot. Bywały różne, białe i łaciate, pręgowane i czarne, podwórzowe i kanapowe. Merdek, na przykład, był takim sobie zwyczajnym środkowo-europejskim zawadiackim dachowcem, ale już Baghera była piękną czarną syjamką z klasycznie załamanym koniuszkiem ogona. Z kolei jej syn, srebrnoszary Kitwas, skrzyżowany z kocurem rasy angora, był wielki i wyjątkowo okazały. I tak jak różniły się między sobą, tak różnie układały się nam nasze stosunki, od ledwie tolerancyjnych do opartych na pełnej zażyłości. Przy czym różne bywało rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o te nici porozumienia. Niektóre koty darzyły większą sympatią mnie, inne uznawały tylko Irenę, a Kitwas zdecydowanie wybrał Kasię. Zwyczaje, podobnie jak wygląd, każdy miał inne. Wszystkie, niezależnie od rasy, sypiały, gdzie chciały, i łaziły też wszędzie, jak twierdzili złośliwcy, przede wszystkim nam po głowach. Ostatnia gdańska kotka wprosiła się do nas sama. Była chowu podwórzowego, na utrzymaniu sąsiada, który wyprowadzając się, pozostawił ją własnemu losowi. Kiedy pojęła, że została opuszczona, podeszła na ulicy do Ireny i miaucząc, dosłownie poprosiła o ratunek. I choć przedtem żyła praktycznie na podwórzu, od nas z domu nie wyszła ani razu, a żeby nie było w tym względzie wątpliwości, nigdy nawet nie podeszła do drzwi wejściowych.

rodzice-kotRodzice i Kitwas.

przebierancyNa zdjęciu obok rodzice z przyjaciółmi  wychodzą na bal przebierańców, a może zresztą ten bal, czy jakby to powiedziano za moich młodych lat – prywatka, co dziś się ponoć zwie domówka, był u nas w domu. Na pierwszym planie rodzice – Tata jako Kot Makawity z wiersza Eliota (ale na miejscu zbrodni nie ma Makawitego), Mama jako synkretyczna hiszpańska piękność. W ich kostiumach czuje się twórczą rękę artysty (Mama nie mówiła o sobie, że jest artystką, zawsze była artystą). Ta ręka zgoła nie metaforyczna pojawia się zresztą na sukni Mamy. Na drugim planie Jaś Korsak i Andrzej Lehman jako marynarze i korsarze. Streszczenie całego naszego świata. My dwie z siostrą (na pewno) zazdrośnie podglądamy przez uchylone drzwi.

Ile to lat tak było…

Madonna mit Kind und KatzeSzkic po lewej: Leonardo da Vinci, Madonna z kotem
Ciekawe, że jak człowieka jakiś temat trzyma w garści, to nie może się od niego oderwać. To nie miał być wpis o rodzicach, ale o kotach. Dzięki dwóm moim facebookowym przyjaciółkom, Teresie Boguckiej i Marynie Over – o kotach w sztuce. Gdy zbierałam materiały, pojawiła się jeszcze jedna – Barbara Wells Sarudy. Nie znam jej w ogóle, nawet facebookowo jej nie znam, ale okazuje się, że już się zetknęłam z jej blogiem o sztuce, kwiatach i emancypowanych kobietach. Dwa lata temu moja siostra podsunęła mi jej stronę It is about a time. Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights. Chodziło nam wtedy o wpis o piciu herbaty w sztuce, w sam raz na długie zimowe wieczory.

A teraz barokowe koty Barbary, Maryny i Teresy.

Frans Snyders (1579-1657) Martwa natura z langustą, drobiem i owocami

1h 2StillLife  Frans Snyders (Dutch artist, 1579-1657) Still Life with Lobster, Poultry, & FruitAdriaen van Utrecht (1599-1652) Martwa natura z psem i kotem

Adriaen van Utrecht (Flemish Baroque Era Painter, 1599-1652) Still Life with Dog and CatGiuseppe Recco (1634-1695) Kot kradnący rybę

1 Giuseppe Recco (Italian, Neapolitan, 1634–1695) Cat Stealing FishNieznany malarz holenderski (1625-1650) Koci posiłek

Unknown Dutch artist, The Cat's Meal. 1625-50Z kręgu Rembrandta, Mężczyzna głaszczący kota

rembrandt-nasladowca-mezczyzna-glaszczacy-kota-XVIIw

W przyszłym tygodniu zapowiedziany na dziś mój zielony zeszyt

Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1