Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IV. Szamanizm

Zbliżamy się już powoli do babki Autora, tatarskiej szamanki. Ale wciąż jeszcze nic o niej nie wiemy i dziś nadal się o niej niczego nie dowiemy.

Ja, jako redaktorka, dedykuję ten wpis Lili Karbowskiej

Uwaga tytuł dzisiejszego wykładu też wymyśliłam ja jako redaktorka, a zaczerpnęłam go z książki, której bez zachęty zapewne nigdy nie weźmiecie do ręki, a zatem zachęcam Was, żebyście wzięli: Gavin Extence, Wszechświat kontra Alex Woods (Wydawnictwo Literackie 2013)

Ryszard Dąbrowski

To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga

Opiszę tu problematykę szamanizmu, nie starając się wartościować, rewidować i analizować przedstawionych tu faktów.

U podstaw najwcześniejszych religii w dziejach ludzkości leżał animizm. Pierwszymi religiami były kult płodności, szamanizm i religia megalityczna.
Animizm (łac. anima – dusza) to wiara w świat bytów dysponujących potężnymi mocami. To wiara w dusze przypisywane nie tylko ludziom, ale i zwierzętom oraz martwym przedmiotom, a także zjawiskom oraz wiara w duchy zaludniające świat. U Słowian święte było drzewo, dąb – siedziba duchów. W Indiach – rzeka Ganges, u australijskich Aborygenów – wysoki na 330 metrów czerwony monolit Ayers Rock, a u Żydów – góra Synaj. Animizm cechowała także wiara w istnienie życia pozagrobowego.

Nieodłącznymi elementami tych pierwszych religii był:
– kult przodków; wiara w dobroczynny lub szkodliwy wpływ dusz zmarłych na losy potomnych,
– fetyszyzm; kult przedmiotów: kamieni, muszli, figurek i wisiorków, które poprzez obrzędowe zabiegi nabierają magicznej mocy przynoszącej pomyślność i ochronę przed złem noszącej je osobie,
– totemizm; wiara w mityczną więź grupy społecznej lub jednostki z określonym zwierzęciem. Zwierzę totemiczne uważane jest za opiekuna grupy i otoczone jest czcią i ochroną. Pozostałością po totemach są herby szlacheckie, herby miast i regionów oraz godła państw, w których często występują orły, lwy, słonie, syreny, gryfy oraz inne zwierzęta,
– kanibalizm; przekonanie o magicznym przechodzeniu cech zjadanego na zjadającego. Był to też akt zniewagi w stosunku do wrogów i jeńców a także element uczty sakralnej (eucharystia chrześcijańska, spożywanie ciała i krwi Jezusa, jest przeniesieniem tego aktu do religijnej sfery symbolicznej),
– szamanizm – najważniejszy element pierwotnych wierzeń religijnych.

Szamanizm to jedna z najstarszych praktyk religijnych w dziejach ludzkości. Archeolodzy dopatrują się śladów szamanizmu już u naszych praprzodków z okresu starszej epoki kamienia czyli paleolitu środkowego, przed 100 tysiącami laty. W paleolicie górnym, 40-11 tysięcy lat p.n.e., szamanizm rozpowszechnił się na całym ówczesnym świecie.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to TU znajdzie szczegółowy wykres geograficzno-chronologiczny wszystkich religii na świecie.

Słowo szaman pochodzi z języka tungusko-mandżurskiego.

Szamanizm to zespół wierzeń i praktyk religijnych, u których podstaw leży wiara w duchy i demony oraz życie pozagrobowe. Kosmos dzieli się na trzy światy: górny – siedzibę bogów i duchów, średni – ziemię z ludźmi, przyrodą i duchami na niej mieszkającymi oraz podziemny – zaludniony przez dusze zmarłych i duchy podziemne. Szamanizm nie jest jednolitym systemem i występuje w wielu odmianach. Centralną rolę pełni w niej szaman, stąd też nazwa tej religii.
Szaman to kapłan, łącznik między ludźmi a duchami i bogami, do których udaje się w zaświaty. O jego sile i mocy decyduje ilość pomocnych mu duchów, których przychylność tam sobie zdobył. Przywoływał on duchy i bogów, aby sprzyjali zdrowiu ludzi i zwierząt, gwarantowali pomyślność w łowach i połowach oraz zsyłali dobrą pogodę. Szaman stawiał diagnozy chorobowe, leczył ludzi i zwierzęta, odnajdywał zaginione osoby i rzeczy, przepowiadał przyszłość, tłumaczył i interpretował sny. Przy pomocy interpretacji snów chorego szamani kontrolowali i oceniali przebieg leczenia. Szaman był sędzią i pośrednikiem w sporach, a co najważniejsze – stażnikiem zwyczajów i tradycji, przez co gwarantował spójne istnienie swojej społeczności. Szamanów należało szanować, nie wolno było ich obrażać oraz negować ich wyroczni i decyzji.

Bardzo rzadko szamanem stawała się osoba, która go nie miała wśród swoich przodków. Szamanem nie można było zostać z własnej chęci. Cechy predystynujące do bycia szamanem i znachorem rozpoznawane były już w dzieciństwie, niemniej stawało się nim z powołania. Powoływania tego dokonywali bogowie i duchy. Nie można było bezkarnie im odmówić i wyrzec się tego przeznaczenia. Powołanie ugruntowywane było przy pomocy stosownej nauki oraz pokonywania poszczególnych stopni wtajemniczenia w trakcie edukacji pod kierunkiem rodziców lub dziadków. Wtajemniczanie trwało od jednego roku do dziewięciu lat i było zdobywaniem poszczególnych stopni (od siedmiu do dwunastu). Od długości stażu i ilości stopni zależała „moc” szamana.

Nauka polegała, między innymi, na umartwianiu i wprowadzaniu się w ekstazę w celu nawiązania kontaktu własnej duszy z duchami i bogami z zaświatów. Bardzo ważnym było opanowanie techniki powrotu duszy do ciała, aby nie pozostała ona w zaświatach. Adept na szamana uczył się też przy pomocy telepatii odczytywać, czy jego nauczyciel coś przed nim schował, a jeżeli tak, to musiał się nauczyć odnajdywać te przedmioty zarówno dniem i nocą. Poza nauką leczenia musiał opanować tak zwaną „złą medycynę”, czyli rzucanie uroków oraz zabijania ludzi przy pomocy siły woli i myśli.

Etnolodzy i lekarze twierdzą, że wśród szamanów istniał duży odsetek osób chorych na epilepsję oraz zaburzenia schizofreniczne i psychopatyczne. Choroby te potrafili oni w konstruktywny sposób kontrolować i wykorzystywać w swoich halucynogennych i ekstatycznych podróżach w zaświaty oraz do objawień i widzeń. Szamani mieli często labilną neuro-wegetatywną osobowość, silnie rozwiniętą psychikę oraz wrażliwy system nerwowy. Dzięki treningowi byli zdolni do opanowania podświadomości i osiągania na zawołanie stanów dysocjacji mentalnej.

Szamani odpowiedzialni byli w swojej społeczności za trzy ceremonie w życiu człowieka – narodziny, ślub i pogrzeb.
Po urodzeniu się dziecka szaman wprowadzał je do wspólnoty, zapoznawał je z duchami chroniącymi rodzinę i duszami zmarłych. Szaman ustalał, który z przodków dziecka się w nim zreinkarnował i odrodził i nadawał mu jego imię. W tym celu wymagana była znajomość protoplastów nowonarodzonego aż do siedmiu pokoleń wstecz. (Ciekawym, że my w odróżnieniu od tych „prymitywnych ludów” znamy zazwyczaj dwa, najwyżej trzy nasze pokolenia wstecz.)
Szaman odpowiedzialny był za przeprowadzenie rytuału i ceremoni zaślubin.
Najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem szamana było przeprowadzenie ceremonii pogrzebowych. Zmarłego należało przebrać w specjalne ubranie i odpowiednio pogrzebać. Najniebezpieczniejszym elementem ceremoni pogrzebowej było wskazanie drogi duszy zmarłego do świata zmarłych i towarzyszenie jej w tej drodze. Jako lekarze oddziaływali szamani na chorych poprzez hipnotyczne i psychoterapeutyczne rytuały, które wzmacniały siły odpornościowe organizmu. Szaman oczyszczał przy pomocy dymu i zaklęć opanowaną przez duchy duszę chorego a organizm wzmacniał ziołami. Leczenie cięższych schorzeń, spowodowanych opuszczeniem przez duszę ciała chorego, polegało na odnalezieniu jej, błąkającej się w zaświatach, i sprowadzeniu z powrotem.

Najważniejszymi świętami w szamanizmie były dwa dni w roku – zimowe i letnie zrównanie dnia z nocą. Uroczystości te według utartego i organizowanego przez szamana schematu trwały od trzech do dziewięciu dni. Szaman zwracał się do bogów i duchów o zdrowie i pomyślność dla jego grupy jako całości oraz dla każdego jej członka z osobna. Przypuszcza się, że liczne malowidła i płaskorzeźby ścienne w świętych i sakralnych grotach sporządzane były przez szamanów podczas religijnych ceremonii i rytuałów składania ofiar, a rysunki powstawały w stanie zmienionej świadomości pod wpływem transu lub narkotycznego i halucynogennego działania grzybów i roślin. Najbardziej znanym przykładem tych malowideł są sceny polowań w grocie Lascaux, powstałe przed ponad 17 tysiącami laty oraz grocie Montignac sprzed 31,5 tysiąca lat.

Religie pierwotne przeżywają obecnie swój renesans. Wiele osób rozczarowanych zistytucjonalizowanymi kościołami, szuka i wskrzesza pradawne wierzenia swych społeczności i narodów. Ma to miejsce szczególnie w Azji, obu Amerykach, ale także w Afryce i w Europie gdzie odtwarza się dawne wierzenia Słowian, Bałtów, Celtów i Germanów oraz ich tysiącletnie tradycje. Obecnie religie pierwotne wyznaje na świecie prawie 250 milionów ludzi, co stawia je na 7 miejscu pod względem liczebności. Być może jest to przejściowa moda, tak jak moda na religie wschodnie, która przetoczyła się falą przez świat w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono a część została przyswojona, przejęta czy zaadoptowana, szczególnie jeżeli towarzyszyła im modlitwa. Złe duchy i demony oraz dobre i pomocne duchy zostały zastąpione przez diabły i anioły. Osobiste amulety zamieniono na różańce, szkaplerze, medaliki. Funkcję amuletów plemiennych i totemów przejęły relikwie licznych świętych. Magiczne gesty przekształciły się w znak krzyża i przeżegnanie się, a modlitwa zastąpiła magiczne zaklęcia. Szamańskimi magicznymi przedmiotami takimi jak bębenek, wyroczne kości oraz laska szamańska stały się laska i pierścień biskupi, monstrancja, kadzidło, gromnica i woda święcona. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

We wszystkich kulturach przedchrześcijańskich świętymi dniami były przesilenie zimowe i letnie oraz początek wiosny. Kościół katolicki zawłaszczył i przemienił je na „Boże Narodzenie”, „Boże Ciało” oraz „Wielkanoc”. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dni się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem, urodzili się prawie wszyscy bogowie – twórcy religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się kiedy indziej. Miało to być też przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult boga Mitry był w Imperium Rzymskim traktowany przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych. Mithras czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.
Dzień przesilenia letniego w czerwcu, od którego zaczynają wydłużać się noce, zaczęto obchodzić jako „Boże Ciało” dopiero od XIII w. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (halucynacji?) belgijskich zakonnic Ewy i Julianny (1193 – 1258). Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

Elementy szamanizmu zachowały się długo także w zwyczajach Słowian. Były one jednak bezlitośnie zwalczane przez państwo i kościół. Przyjęcie chrześcijaństwa w 966 r. przez Mieszka I było doniosłym aktem politycznym państwa polskiego. Chodziło o zapewnienie chrystianizowanej Polsce statusu terytorium misyjnego podległego jurystrykcji rzymskiej a nie cesarza niemieckiego, która chciała przy okazji nawracania realizować program ekspansji wschodniej.
Mało mówi się i pisze jak wyglądała ta chrystianizacja. A wyglądała okrutnie. Niszczono i burzono słowiańskie świątynie stawiając na ich fundamentach kościoły katolickie. Za nieprzestrzeganie kościelnych nakazów i zakazów groziły drakońskie kary, np. złamanie postu karane było wybiciem zębów. Ludność nie potrafiła zrozumieć zakazu jedzenia mięsa oraz wstrzymywania się od pożycia seksualnego podczas licznych postów i odbierała to jako bezmyślny despotyzm. Zakaz palenia zwłok i nakaz ich zakopywania budziły strach przed odrodzeniem się zmarłego jako „żywego trupa” – upiora prześladującego żywych.
(…)

Oczywiście rodzą się pytania – skąd wzięły się religie, dlaczego człowiek wierzy w bogów i po co mu ta wiara?
Wydaje się, ża na te pytania, na które do tej pory starali się szukać odpowiedzi teolodzy, etnolodzy, filozofowie, socjologowie i psycholodzy, odpowie niedługo neurologia. W trakcie najnowszych badań tomograficznych elektrycznej aktywności mózgów ludzi chorych na lekkie stany epileptyczne, ludzi podczas medytowania czy głębokiej modlitwy, znaleziono w nim region odpowiedzialny za mistyczne przeżycia, który został nazwany „boskim modułem”. W regionie tym znajduje się mechanizm autocenzury, który filtruje masę docierających do mózgu sygnałów. Filtr działa w oparciu o zasadę, że to nie może być, ponieważ nie jest możliwym, aby się wydarzyło. U niektórych osób filtr ten nie działa lub działa słabiej. Efektem tego jest ich duża kreatywność, podatność na wizje i olśnienia. Własne fantazje odbierane są wtedy przez mózg jako rzeczywistość i tak rejestrowane przez świadomość i zapamiętywane. Mechanizm autocenzury daje się też wyłączyć przy pomocy narkotyków lub środków halucynogennych. Niekiedy w przypadku chorób mózgu, region ten zostaje trwale uszkodzony, tak, że osoby z tą wadą nawiedzane są nieustająco przez wizje religijne.

Dlaczego bogowie wszystkich religii posiadają moc nadprzyrodzoną, dlaczego wszystkie religie tłumaczą kosmos i istniejące życie przy pomocy podobnych mitów oraz dlaczego rdzeniem ich wszystkich jest wiara w życie pozagrobowe niezależnej od ziemskiego ciała „duszy”? Wszystkim religiom towarzyszą zdumiewająco podobne lub identyczne rytuały w których przy pomocy muzyki, medytacji lub modlitwy dąży się do osiągnięcia stanów ekstazy i podświadomości. Na ziemi nie istnieje jakakolwiek religia w której nie składałoby się bogu lub bóstwu ofiar i darów. We wszystich religiach wszystkich narodów, plemion i grup etnicznych istnieje rytuał inicjacji dzieci w świat dorosłych. Wszystkie religie mają w sobie jeden wspóly mianownik, przy pomocy religijnie motywowanych tabu trzymana jest w ryzach wspólność plemienna lub narodowa.

Skąd ta jednolitość ? Czyżbyśmy byli genetycznie zaprogramowani na wymyślenie sobie boga?

Gdzie narodził się pierwszy bóg? Czy u pawianów które z przestrachem obserwują zachodzące słońce? Czy i boga odziedziczyliśmy po małpach?
Już homo erectus przed 370.000 laty wzniósł dziewięciometrowy krąg ofiarny z umiejscowioną w środku specjalnie spreparowaną i noszącą ślady kanibalizmu czaszką. Neandertalczycy i homo sapiens chowali swoich zmarłych już przed 50 tysiącami lat. Kto chowa zmarłych, szczególnie składając im do grobu różne przedmioty, wierzy w życie pozagrobowe, gdzie mu one będą potrzebne. Naukowcy twierdzą, że motorem tego wszystkiego jest 1500 g szarej masy naszego mózgu. To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga.

Religia byłaby więc wyrazem biologicznego fenomenu? Ale po co?

Da się to wytłumaczyć teorią ewolucji i adaptacji oraz wynikającymi z tego korzyściami dla małpy i homo. Natura selekcjonowała na drodze ewolucji jednostki z „boskim modułem”, zwiększając ich szanse na przeżycie. Teoria egzystencjonalna twierdzi natomiast, że gdy homo erectus, neandertalczyk oraz homo sapiens uświadomili sobie swoje istnienie, przerażeni perspektywą nicości po śmierci, stworzyli religię, dającą im nadzieję na życie pozagrobowe.

Tu rodzi się fundamentalne filozoficzne pytanie – jak istota poddana nieubłagalnym prawom natury może stworzyć teorię religijną, będącą totalną negacją tych praw. Na to pytanie odpowiedzią jest właśnie ten odkryty areał mózgu. Dlaczego jednak natura na drodze ewolucji wytworzyła u nas ten moduł i nagrodziła jego posiadaczy szansą przeżycia we wrogim nam środowisku?
Zwierzęta kierują się instynktami. Człowiek na drodze ewolucji utracił zdolność instynktownego funkcjonowania lub zredukowana ona została u niego do stanów szczątkowych. Grupa całkowicie pozbawionych instyktu indywidualistów skazana byłaby na rychłą zagładę. Aby przeżyć musiała kierować się pewnymi normami i zasadami. Instynkt musiał być czymś zastąpiony i tutaj funkcje te przejęła religia. W tym celu matka natura na drodze ewolucji stworzyła areały mózgu zdolne do przeżywania olśnień i przeżyć religijnych. Osoby szczególnie nimi obdarzone tworzyły religie, które swoimi tabu wykształcały systemy norm spajające grupę. Obecnie religijnie motywowane tabu przejęły kodeksy oraz zbiory różnych przepisów.

Czy życzymy sobie totalnego zwycięstwa nauki nad religią? Czy religia stała się zbędna?  Ci, u których pewne regiony w mózgu działają bez „filtra”, niech dalej będą prorokami, kapłanami, wierzącymi lub bigotami, innym, tym z „filtrem”, pozwólmy pozostać sceptykami lub ateistami.

Niebezpieczeństwo zagrozi nam dopiero wtedy, gdy, w przyszłości, na ziemi, władzę dyktatorską obejmie jedna z tych dwu frakcji i na drodze genetycznych manipulacji będzie starała się ujednolicić nasze mózgi lub całkowicie nas ich pozbawić.

Sjamanen_shamanic_teachingsShamans from several cultures at Shamanic Teachings in the Netherlands. Shamans are (from left to right): Ayako Goh from Singapore, Haka-teacher Klaus Wintersteller, Maori matakite Wai Turoa Morgan, Jewish Orna Ralston, Aztec indian Nopaltzin, Siberian shaman Ahamkara, Afro-Cuban sangoma Elliott Rivera, North-American chief and medicinman Dancing Thunder
Wikipedia Commons

***
Literatura:
– Basilov W. N. „Sibirische Schamanen, Auserwählte der Geister”, Berlin 2004
– Hoppál M. „Das Buch der Schamanen, Europa und Asien”, Luzern, Schweiz, 2002
– Novik E. S. „Ritual und Folklore im sibirischen Schamanismus”, Hamburg 1989
– Wikipedia.pl, 2006
– Grolle J. „Hotline zum Himmel”, „Der Spiegel”21/2002, Hamburg

W Buchałowie

Katarzyna Kulikowska

W Buchałowie

Na podwórku mojej babci pies Misiu
Maciek i Piotrek wchodzą po orzechu
Na dach szopy
Babcia w chustce na głowie idzie z
Koszem ziemniaków do domu
Dziadek w kapocie i gumofilcach zbiera
Drewno na opał
Agnieszka bawi się w piaskownicy
Ja stoję przy szopie i patrzę na braci
Idę do domu
Wracam
Maciek i Piotrek mają orzechy we włosach
Ziemniaki babci skaczą po podwórku
Drażniąc się z kurami
W gumofilcu dziadka zamieszkał gołąb
Agnieszka szuka w piasku dzieciństwa

szkic babci i dziadkaKatarzyna Kulikowska, Szkic Babci i Dziadka

Mama

Moja mama jest pełna kwitnącej łąki
Leci ważka wprost do kołyski
Biedronka huśta się na trawie
Konik polny skacze
Mama każdego dnia daje mi kawałek łąki
Siejąc we mnie wiosnę.

szkic mamy

 

Katarzyna Kulikowska, Szkic Mamy

Kołysanka dla babci

Dobranoc babciu
Patrz sen rozchyla się przed Tobą
Niczym lilia wodna
Połóż się na jej płatkach
Przepłyń przez batik światła
Tam gdzie drgają gałęzie cieni
Pośrodku nocy — stawu lilia rozkwita
Świt.

Natchnienie

Natchnienie wchodzi po schodach
do domu kultury
pyta: Czy tu piszą wiersze ?
rozmawia z poetami o
wiersza szeleście
zastanawia się chwile
i znika

Rozmowa

Jeż mówi do kota:
– Mam pancerz z kolców.
Na kolcach noszę jabłko niezgody.
Weź, podziel się ze mną niezgodą.
Niech będzie między nami wojna.
Bądźmy żołnierzami na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Kot odpowiada:
– Nie, dziękuje, jabłek nie jadam.
Wyciągam łapę na zgodę.
Niech będzie między nami pokój.
Bądźmy braćmi na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Przyjaciele

Przyjaciółka mówi do przyjaciela:
– Jesteś tak daleko, jakby po drugiej stronie przepaści.
Most z podanych sobie dłoni złamał się.
Za kruchy na naszą integrację.
Nie mogę zrobić kroku.
Przepaść niczym paszcza smoka chce mnie pożreć.
Przyjaciel odpowiada:
Jestem tak blisko.
Przekraczam swoją przestrzeń.
Nie chcę wchodzić na teren twojej niewinności
niczym człowiek na nieskażoną ziemię.
Podeptać trawę butem mojej obecności.
Przyjaciółka:
– Ta ziemia jest bezludna wyspą.
Zamieszkaj tu.
Niech będzie środkiem świata.
Przyjaciel:
– Smok śpi, zamyka przepaść.
Chodź do mnie.

Biały pokój

Postać w bieli pochyla się nad fotelem
Przerażony fotel krzyczy
zastygając w osłupieniu niczym rzeźba
z kamienia

Elf

Dziewczyna była pełna
zielonych słów i uśmiechów
Myśli dziewczyny były piórami
Lekko tańczyły spadając na
ziemię
Wokół unosił się zapach różanego
kłamstwa
Była elfem
Ktoś powiedział – To nie bajka
Została zielonym wiatrem

Z Warszawy nad morze

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się ostatnio (albo nie tak całkiem ostatnio, ale pasuje do tego, co ostatnio), że kilkakrotnie trafiłam na opowieści ludzi z Warszawy (lub o ludziach z Warszawy), którym w niejasny i tajemniczy sposób objawiło się morze. Pojawiło się jako dzieło sztuki, architektoniczny detal, herb, czasopismo, i początkowo nie miało żadnego znaczenia. A jednak…

Adam Bogdanowicz, rocznik 1913, ojciec mojego znajomego i dziadek mojego siostrzeńca, również Adama, od lat gimnazjalnych mieszkał w Warszawie. W nieopublikowanych jeszcze (ale podobno właśnie mają się ukazać) wspomnieniach, zatytułowanych „Mój czas przeszły” napisał:
Ojciec był członkiem Towarzystwa “Zachęta”, sprawującego mecenat nad twórczością malarzy i rzeźbiarzy. Raz do roku rozlosowywane były między członków Towarzystwa obrazy znanych polskich malarzy. Jeden z obrazów nabytych tą drogą jest do dnia dzisiejszego moją własnością. Obraz ten, namalowany przez znanego pejzażystę Suchanka, dziwnym zbiegiem okoliczności przedstawia brzeg morza z widniejącą w dali wieżą kościelną i zabudowaniami miasta. Nikt z nas nie przypuszczał, że obrazek ten przetrwa burzę dziejową drugiej wojny światowej, zagładę Warszawy w czasie powstania i zawiśnie ostatecznie na ścianie mojego mieszkania – właśnie w Gdańsku.

Wikipedia pisze, że Antoni Suchanek (1901-1982) był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy-marynistów. Poniżej ławeczka z rzeźbą, przedstawiającą artystę, ustawiona w pobliżu mola w Orłowie. Autorem zdjęcia jest Orem, niestety nigdzie nie znalazłam informacji, kto jest autorem pomnika.

640px-Monument_of_Antoni_Suchanek_Gdynia
Mój ojciec, Dariusz Bogucki, rocznik 1927, w swojej autobiografii „Śladami życia” też wspomina o takich przypadkach. Jeden z nich wiązał się z postacią Ojca mojego Ojca, a mojego Dziadka, Jana Feliksa Boguckiego, o którym już tu zresztą pisałem. Ożenił się on z Marią Krynicką…

W taki oto sposób, za namową cioci Krynickiej, zostałem gdańszczaninem. Nie mogłem tego wtedy wiedzieć, ale był to mój pierwszy dzień w mieście, z którym związałem się na całe życie. (…) naturalnie, siłę przyciągającą w marzeniach małego chłopca czy młodego człowieka miało przede wszystkim morze. Niewiele o nim wiedziałem, a jednak odnajdywałem w sobie jakieś niezrozumiałe przyciąganie, co może wydać się tym dziwniejsze, że, zważywszy na rodzinne korzenie, w moich komórkach tkwią raczej geny tatarskiego ludu stepowego, z którego wywodzi się ród mojej matki. A też rodowód ojca sięga równinnej, smętnej Białorusi i leśnego Podlasia, nie zaś morza czy w ogóle jakiejkolwiek wody. Pomimo braku udokumentowanych, zapisanych w historii pokoleń kontaktów z morzami i oceanami świata, najwyraźniej musiałem przenieść w swojej naturze jakieś sygnały z zamierzchłej przeszłości, wskazujące na ten atawistyczny związek. Bo w przeciwnym razie, skąd by się to we mnie wzięło?
Nie czytałem książek o piratach i morskich przygodach, nie mieszkałem nad morzem, więcej, nigdy w życiu nie widziałem morza. A jednak jako dziecko znacznie chętniej niż zamki z klocków czy indiańskie szałasy kleciłem nieporadne, po dziecięcemu wyobrażone – okręty.

Teraz przychodzi mi na myśl, iż był wszak jeden ślad, na który mogę wskazać, a którego siłą sprawczą, zapewne nieświadomie, stał się mój ojciec. Bodajże w połowie lat trzydziestych zaprenumerował dla mnie miesięcznik „Morze”, a ja przychodzące regularnie numery dosłownie połykałem, bezwiednie wchłaniając ten świat i budując w sobie poczucie więzi z morzem. A potem, już w czasie wojny, również od ojca otrzymałem książkę Londona “Żegluga na jachcie Snark”, z dedykacją: „Dla przyszłego budowniczego okrętów”. W żaden sposób nie mógł wtedy wydedukować czy przeczuć, że tym właśnie będę się w przyszłości zajmować. A przecież trafił celnie.
I oto teraz sprawy tak się miały, że splot losu, przypadku i okoliczności przywiódł mnie nad morze.

A ja dodam jeszcze, bo Ojciec pisze o tym gdzie indziej i nie przydaje temu żadnego znaczenia symbolicznego, ale rodzina Krynickich pieczętowała się herbem Korab. Myślę, że nie ma w tym żadnych sekretnych związków moich pradziadów z morzem, lecz że raczej zostali oni, gdy ich uszlachcano, przyjęci do herbu, ale jednak jakoś to do siebie pasuje – Dariusz Bogucki, budowniczy okrętów, słynny żeglarz polarny, autor książek o żegludze w lodach. Herbu, no wprawdzie nie Korab, bo Korab to jego mama, ale jednak ten Korab jest w rodzinie i wisi na rodzinnym drzewie genealogicznym.

Herb Korab pokazywałam tydzień temu w wykładzie profesora Dąbrowskiego, tu więc sięgnę do Wikipedii i napiszę o “Morzu”:

317px-Morze_sswilnoMorze – miesięcznik marynistyczny wydawany w latach 1924-2000, przez wydawnictwo Ligi Morskiej i Rzecznej, a następnie Ligi Morskiej i Kolonialnej. Pismo poruszało tematykę związaną z żeglugą, historią żeglugi, okrętownictwem, przemysłem stoczniowym, gospodarką morską, szkutnictwem, jachtingiem i kulturą morską. Wznowione po II wojnie światowej, w dużym stopniu kontynuowało profil przedwojenny, ale w nowej rzeczywistości politycznej, już bez elementów ideologii kolonialnej. Wydawane było przez warszawskie wydawnictwo Wiedza Powszechna.

Na ilustracji – drugi numer czasopisma.

Moja Teściowa, Zofia Slaska, rocznik 1928, w latach 70, a może nawet jeszcze 60, spotkała się w uzdrowisku w Wonieściu z pewną panią, której przyjaciel był grafikiem. Zanim obie panie opuściły sanatorium przyjaciel współkuracjuszki przysłał jej swą właśnie wydaną tekę z grafikami prezentującymi architekturę Warszawy. Była tam grafika przedstawiająca Dom pod Okrętem na warszawskim Starym Mieście. Teściowa (nie była zresztą wtedy moją Teściową) kupiła czy też dostała tę grafikę, a wybrała ją, ponieważ w dompodokretemtym domu po I wojnie światowej mieszkała Babcia Konstancja Morawska, matka mojej Teściowej, zanim wyszła z Dziadziusia czyli Stanisława Grabkowskiego. Gdy Marek i ja wzięliśmy ślub i przeprowadziliśmy się do Trójmiasta, Teściowa (wówczas już była moją Teściową) po kilku latach przywędrowała za nami do Sopotu. Dom pod Okrętem trafił nad morze. Wczoraj go sfotografowałam.

Również i tu Wikipedia ma coś do powiedzenia: Kamienica Pod Okrętem – przy ulicy Świętojańskiej 31 na warszawskim Starym Mieście. Nazwę zawdzięcza płaskorzeźbie okrętu, umieszczonej nad wejściem. Historia kamienicy sięga XV wieku, od roku 1645 była domem murowanym. Była bardzo dobrze znana wszystkim warszawiakom w czasach przedwojennych, a po odbudowie Starego Miasta na powrót stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kamienic Starówki w Warszawie dzięki odrestaurowaniu charakterystycznej płaskorzeźby.
Eduteka dodaje, że przez krótki okres właścicielem kamienicy był Kallimach, wychowawca synów Kazimierza Jagiel­lończyka, a wyszukiwarka ulic informuje, że Wiktor Gomulicki (1848-1919) poeta, powieściopisarz, badacz dziejów Warszawy, wychowanek Szkoły Głównej stworzył m.in. poemat “W kamienicy Pod Okrętem”.

Podpisu pod drzeworytem nie umiem odcyfrować, rozpoznaję jednak podwójne ss oraz końcówkę ski. Udaję się po pomoc do wujaszka Googla, który strasznie się dławi i krztusi i próbuje mi sprzedać “ski pass”, ale w końcu dociera do niego, kogo szukam i wypluwa kolejne informacje. Stefan Rassalski, żył w latach 1910-1972. Malarz, grafik, historyk sztuki, publicysta. Studiował w Lublinie, dyplom uzyskał na warszawskiej ASP. Od 1932 r. uprawiał drzeworyt, początkowo pod silnym wpływem Tadeusza Kulisiewicza i sztuki ludowej. Z czasem w pracach rozwinął treści symboliczne i literackie. Jego dzieła odznaczają się oszczędnością faktury i dyscypliną kompozycji. Więcej informacji TU i radzę zajrzeć, bo nader ciekawe.

Okręt w herbie, morze na obrazie, morze w książce i gazecie, okręt w portalu mieszczańskiej warszawskiej kamieniczki. Kto mógł przypuszczać, że ludzie, którzy w tak pośredni i przecież niezbyt istotny sposób zetknęli się z morzem, kiedyś zabiorą ze sobą pamięć tych nieistotnych zdarzeń lub pierwotnie pozbawione znaczenia przedmioty i na zawsze przeprowadzą się nad morze?

Wykłady profesora Dąbrowskiego III – Nazwisko

Myślałam, że już możemy przejść do Tatarów i Babci-Szamanki, ale okazuje się, że nie. Dziś tekst, który najlepiej udowadnia prawdziwość twierdzenia filozofii buddyzmu zen – nieważne gdzie zaczniesz swoją opowieść, w końcu obejmie ona po prostu cały świat.

Ryszard Dąbrowski

Etymologia i znaczenie nazwiska Dąbrowski

– nazwisko to występuje w polskich źródłach pisanych po raz pierwszy w 1386 roku, inne jego formy to: Dombrowski, Dabrowski, Dambrowski,
– nazwisko pochodzi od geograficznych nazw wiosek i miasteczek „Dąbrowa”, jest to najczęściej występująca w Polsce nazwa topograficzna,
-„dąbrowa” to przerzedzony las na użytek pasterski z pozostawionymi starymi dębami, które trudno wykarczować i najpożyteczniej było pozostawić je dla żołędzi służących na karmę dla bydła. Slowo „dąb” jest nazwą botaniczną drzewa. Reliktowo miało ono brzmieć „dąbrow”. Zanik starej formy objaśnia się semantycznym tabu związanym z kultem tego drzewa u Słowian. Samo słowo ma pochodzić ze staroindyjskiego i oznaczać dymno-szarą barwę drzewa dębowego. „Dąbrowa” to także ciemna niwa.
– w roku 1990 mieszkało w Polsce 92.945 osób o nazwisku Dąbrowski, 2.786 – Dombrowski, 131 – Dabrowski oraz 11 – Dambrowski.

U Słowian dąb a także wiąz, klon lub jesion, jako znaczniejsze drzewo, był nieodzowną częścią świętego gaju. Gaj był siedliskiem bogów i bóstw. Znajdował się w głębi lasów okalających wieś. Gdy zakładano nową osadę i wyłaniała się potrzeba obrania uroczyska na święty gaj, szaman dosiadał wtedy młodego pozbawionego uzdy konia i pozwalał się nieść w las nie kierując wierzchowcem. Tam gdzie się koń zatrzymał, powstawał święty gaj. Odbywały się tam modły oraz ceremonie religijne i ofiarne. Nie wolno było bez potrzeby wchodzić do świętego gaju, nie wolno było w nim zbędnie rozmawiać ani krzyczeć. Nie wolo było tam polować, zrywać liści, zbierać ziół i jagód oraz chrustu. Wykroczenie przeciwko tym tabu, miało ściągać zemstę bogów i powodować choroby, utratę wzroku a nawet śmierć.
Były gaje większe dla kilku wsi, mniejsze dla tylko jednej wsi, jednego rodu a nawet rodziny. Naczelnemu drzewu, a inaczej zamieszkującemu je bóstwu, przypisywano właściwości lecznicze. Zawieszano na nim podłużne szmatki, kawałki odzieży, zapaski, chustki oraz koszule. Zniszczenie zawieszonej części ubioru, w miarę upływu czasu, miało pociągnąć za sobą zniszczenie choroby. Powszechnie wierzono w apotropeiczną (ochronną) moc dębu.
Wiarę w mityczny związek dębu z gromowładnymi bóstwami daje się wytłumaczyć tym, że w dęby biją częściej pioruny niż w inne drzewa. Naukowcy twierdzą, że pioruny uderzają częściej w drzewa, które latem zawierają więcej skrobi (dąb, jawor, wiąz) niż np. lipa, która zawiera mniej skrobi a więcej tłuszczów.
Święte drzewo, które przeżyło swój wiek i padało na ziemię, musiało bezużytecznie rozsypać się w proch. Miejsce takie uważano także za święte i przypisywano mu własności lecznicze. Często wznoszono na nim później kościoły, cerkwie i klasztory. Ciekawym jest los świętych gajów po narzuceniu ludności chrześcijaństwa. Gaj pozostawał nadal miejscem zabronionym z obawy przed wystąpieniem nieszczęść. Hierarchia kościelna budowała często w jego obrębie kościół anektując jego świętość i nietykalność.
Interesującymi są inne wierzenia związane z drzewami na niektórych terenach Słowiańszczyzny. Wierzono, że tam gdzie zostanie pochowany człowiek wyrośnie wierzba, jawor lub jarzębina. Gdy zetnie się takie drzewo, wypłynie z niego krew i dobędzie się ludzki głos. Na środkowym Polesiu istniał całkowity zakaz rąbania jarzębiny umotywowany ich ludzkim pochodzeniem. Zrębując jakieś inne drzewo, należało złożyć ofiarę, aby uniknąć zemsty demona, który ewentualnie mógłby na nim lub w nim zamieszkiwać. Użycie lipy na opał było grzechem
W niektórych rejonach praktykowano metodę leczenia chorych, przeważnie dzieci, polegającą na przeciąganiu ich przez szczeliny umyślnie rozszczepione w żywym i zdrowym drzewie, najczęściej dębie. Rozszczepione drzewo było później związywane linami i w załeżności od stanu jego regeneracji wyrokowano o dalszym przebiegu rekonwalescencji chorego. Podczas tej ceremonii chory miał przejąć cechy zdrowego drzewa, jego krzepkość i odporność a drzewo miało „zdjąć” z niego chorobę.

Udało mi się znaleźć informacje dotyczące wierzeń związanych z dębem u Litwinów. Podobnie musiało to równierz wyglądać u Słowian zamieszkujących tereny obecnej Polski.

modelswiatakosmolitewskaModel świata w kosmologii plemion litewskich.

W centrum świata jest drzewo (dąb?) podtrzymujące niebo oraz sięgające korzeniami do świata podziemnego.
Ziemię i jej sklepienie oblewają wody praoceanu.

modelswiatakosmolitewska2Święty dąb i jego otoczenie oraz rysunek przekroju świętej strefy wokół dębu.

Strefa ta podzielona była na trzy pola symbolizujące trzy strefy kosmosu:

– świat podziemny, władany przez boga śmierci Patollusa*, oznaczony czaszkami bydlęcymi lub ludzkimi,
– świat ziemski, władany przez boga płodności i życia Potrimpusa*, symbolizowany przez węża oraz
– świat nadziemny, władany przez boga strzegącego kosmicznego ładu Perkunasa*, symbolizowany przez ogień.

Patollus – (Patals, Patulas), bóg śmierci i zniszczenia, hipostaza boga magii. Symbolem jego była czaszka ludzka lub bydłęca. Ukazywał się nocą w postaci starca z długimi siwymi włosami.

Potrimpus – (Patrimpus), bóg płodności i wody oraz mądrości i zwycięstwa, władca życia. Symbolem jego był zaskroniec. Ukazywał sie w postaci węża lub młodego mężczyzny z wiankiem na głowie.

Perkunas – (Perkons, Perkun, Perun, słowiański Piorun), bóg nieba i sprawiedliwości, władca pór roku oraz piorunów. Najważniejszy bóg plemion litewskich. Jego świętym drzewem gdzie zamieszkiwał oraz symbolem było drzewo dąb. Jego nazwa wzięła sie od pierwotnej litewskiej nazwy dębu: „perky” oraz „perkus”. Z czsem zanikła nazwa kultowa boga stając sie określeniem zjawiska przyrodniczego – piorunów a drzewo zaczęto określać innym słowem („ążuolas”).
Później wierzono, że w dębie zamieszkiwał bożek dębowiec, który władał piorunami i często godził nimi właśnie w dęby.

***

Opracowano na podstawie:
– Bańkowski A. „Etymologiczny słownik języka polskiego”, Warszawa, 2000,
– Brückner A. „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Warszawa, 1927,
– Moszyński K. „Kultura ludowa Słowian”,tom II – „Kultura duchowa”, Kraków, 1934,
– Rymut K. „Nazwiska Polaków”, Kraków, 1999,
– Tomczak L. „Słownik odapelatywnych nazwisk Polaków”, Wrocław, 2003,
– „Słownik nazw osobowych”, Tomy 1-6, Warszawa. 1965 – 1983,
– dane PESEL z końca 1990 roku.

Berlinerblau

Kilka dni temu opublikowałam tu wspomnienia Tomasza Prota. W uzupełnieniu chciałam więc zaproponować przeczytanie artykułu o jego przodkach, chemikach z rodziny Berlinerblau. Artykuł, skąd inąnd znakomity i nader interesujący, ukazał się w renomowanym czaspiśmie “Przegląd Chemiczny” (9/2013). Niestety, okazało się, że, póki co, Redakcja nie udzieliła mi pozwolenia na przedruk. Postanowiłam pertraktować, ale zanim zmiękczę serce Redaktora Naczelnego, przedrukowuję tu mały fragment (taki jak na stronie internetowej czasopisma plus maleńki fragment z końca tekstu) i, oczywiście, moje własne PS, bo te są w końcu moje.  Jeśli nie uda mi się uzyskać zgody, proponuję, żebyście poszukali po jakichś bibliotekach, może uda się Wam dotrzeć do zeszłorocznego numeru “Przeglądu Chemicznego”. Możecie też kupić sobie od redakcji prawo jego jednorazowego przeczytania: TU. Mnie na to nie stać. Prowadzę blog niekomercyjny i raczej czasami do niego dopłacam, niż cokolwiek zarabiam. Was, jednorazowo, poczytanie tego tekstu będzie kosztowało brutto 6 złotych i 15 groszy.

Tomasz twierdzi, że: nazwisko Berlinerblau zostało przypuszczalnie nadane po 1797 roku, kiedy w zaborze pruskim urzędowo wprowadzono nadawanie Żydom nazwisk, często związanych z wykonywanym zawodem. Stąd też można przypuszczać, że członkowie tej rodziny zajmowali się farbiarstwem lub garbarstwem i używali pigmentu o nazwie Berlinerblau. Błękit berliński zwany też błękitem pruskim został po raz pierwszy uzyskany w 1704 r. w Berlinie przez alchemika Johanna Konrada Dippela przy próbach otrzymania eliksiru nieśmiertelności, według innych przez malarza lub barwierza Johannesa Jakoba Diesbacha, i był pierwszym barwnikiem osiągniętym na drodze syntezy chemicznej. Nazwa jest związana z barwą mundurów wojska pruskiego ówczesnych lat. Berlinerblau (heksacyjanożelazian(II) potasu żelaza(III), żelazocyjanek potasowo-żelazowy), FeK[Fe(CN)6] to nieorganiczny związek chemiczny, mieszana sól kompleksowa, zawierająca anion heksacyjanożelazianowy(II) oraz kationy potasu i żelaza. Wykazuje silne niebieskie zabarwienie, spowodowane absorpcją światła powodującą przeniesienie elektronu pomiędzy atomami żelaza na różnych stopniach utlenienia.

Wszystko jasne, prawda?

Wpis ten dedykuję mojej siostrze, która kiedyś intensywnie zajmowała się farbami, w tym również owym nowoczesnym barwnikiem, zwanym Berliner Blau. Kasia dużo o nim rozmyślała, może więc zachęcę ją tym wpisem, żeby  nam przekazała na blog ów swój tekst o barwach, barwnikach i farbach.

Kasi Krenz

historiaBerlinerblauWiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.
O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau (…)

Berlinerblau interesował się również muzyką, o czym można się dowiedzieć ze wspomnień rodzinnych. Aniela Steinsberg, urodzona w 1896 r. córka Józefa Berlinerblaua, powiedziała, że ojciec jej ukończył studia pianistyczne w Konserwatorium Warszawskim.
Aniela, pierwsza w Galicji kobieta-adwokat, stała się znanym obrońcą robotników i działaczy politycznych przed wojną, a po wojnie broniła żołnierzy AK, protestujących robotników i walczących opozycjonistów. Była współzałożycielką Komitetu Obrony Robotników (KOR) w 1976 r.
Natomiast Adolf, syn Józefa Berlinerblaua, poszedł w ślady ojca i studiował chemię, a jako inżynier chemik został dyrektorem technicznym w Spółce „Stradom” i na tym stanowisku pozostał do wybuchu wojny. Był autorem kilku patentów na technologie wyrobów produkowanych w „Stradomiu”. Udało mu się w 1939 r. wyjechać z kraju i od 1940 r. zamieszkał w USA, gdzie zmarł w 1975 r. Niestety młodszej córce Józefa, Dorocie Seydenmann, ur. w 1898 r., która była malarką, po Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie i Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i w Paryżu, oraz najmłodszemu synowi Tadeuszowi, ur. w 1905 r., również absolwentowi Akademii Sztuk Pięknych, architektowi, nie powiodło się ukrycie przed zagładą i zostali zamordowani, Dorota przez Niemców w 1942/1943 r. w Nowym Sączu, a Tadeusz przez Ukraińców w 1941/1942 r. we Lwowie.

***
PS 1: Oczywiście jeśli ktoś działał w opozycji w PRL albo przynajmniej się koło niej kręcił, musiał słyszeć o córce Józefa Berlinerblau – Anieli Steinsbergowej, która była wspaniałą i odważną kobietą i postacią dla nas absolutnie symboliczną. Jest o niej wielki artykuł w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Aniela_Steinsbergowa

PS 3: W tymżeż artykule Wikipedii podana została wiadomość, że ojciec Anieli Józef Berlinerblau, studiował muzykę i, zanim rozpoczął studia chemiczne, ukończył Konserwatorium Muzyczne w Warszawie, a jego żona, Helena, była absolwentką warszawskiej Szkoły Rysunku.

PS 2: Siostrą Anieli była Dorota Seydenmann, o której (bardzo krótko) też pisze Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorota_Seydenmann i zamieszcza reprodukcję jednego jej obrazu:

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932 Zabudowania wiejskie, 1932

Bystrzanowice. Wojna i śmierć

Zofia Slaska
kolejna część wspomnień, spisanych w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego

Zaczęła się wojna…

Na początku wojny wyjechaliśmy, bo był wojskowy nakaz ewakuacyjny dla koni i zostało wyznaczone, dokąd mamy je odstawić, i ogiera, i źrebaki. Trzeba się było z tym spieszyć, bo Bystrzanowice leżały bardzo blisko granicy. Niemcy weszli tam już chyba 3 września. Myśmy zostali ewakuowani do majątku naszych krewnych, Jelskich. Jechało się wielkimi wozami, gdzie były załadowane kufry. A w powozie jechała moja mama, moja nauczycielka Angielka i ja. Ojciec wyjeżdżając zabrał ze sobą broń, miał piękny sztucer i dwururkę. Była to broń na polowania, sztucer na grubszą zwierzynę, a dubeltówka na zające, na kuropatwy. Tę broń mu Wehrmacht skonfiskował. Od razu, podczas pierwszego spotkania padło pytanie: czy jest broń? Myśmy wiedzieli, zaczynała się okupacja, kto przeżył I wojnę, ten wiedział, że nie ma co się narażać. Za broń można było dostać kulkę w łeb.

konstancja2To w czasie wojny nie mieszkaliście w Bystrzanowicach?

Ach nie, to nie była prawdziwa ewakuacja. Cała ta wyprawa trwała niedługo. Dojechaliśmy do Wisły, ale tam już byli Niemcy i po kilku dniach, 15 września się wracało. Po powrocie zastaliśmy Bystrzanowice w najlepszym porządku, służba wszystkiego dopilnowała. Bystrzanowice rozwijały się także w czasie wojny, Niemcy nie zajęli majątku, można było dalej gospodarować. Dopiero w później, w1942 roku wyrzucili państwa Raczyńskich z pałacu, wzięli go na tzw. Liegenschaft czyli dali mu zarządcę niemieckiego.

Możesz opowiedzieć o prababci Konstancji? Co się stało w czasie wojny?

konstancja1Moja mama zginęła. Był rok 1942, jak mamę zamknęli, rok była w więzieniu i w 1943 roku umarła. To było tak. Był zrzut jakiś cichociemnych, jak to się wtedy nazywało, ze Szkocji. Byli to oczywiście polscy żołnierze. Ten zrzut był gdzieś w Polsce, wcale nie koło nas. Na Mazowszu chyba. Niemcy wyśledzili tę akcję i któregoś z tych zrzucanych zastrzelili, zanim jeszcze wylądował. I ta fujara, ja przepraszam bardzo, bo to nieładnie tak mówić o biednym człowieku, który zginął, ale to była fujara, bo zachował się zupełnie niezgodnie z regułami konspiracji. Otóż Henryk Dąbrowski, ożeniony z moją kuzynką, Masią Kontrymowicz, dał mu tam w Szkocji adres żony, żeby przekazał jej, nie wiem, pieniądze, wiadomości. I ten facet miał przy sobie karteczkę z adresem Masi, która mieszkała z matką w Kielcach.

Gestapo przyszło do Masi, powiedziało, że wiedzą, że jej mąż jest za granicą i zażądało, żeby oddała listy, które mąż do niej przysyłał. No i ona oddała te listy, a przechowywała je razem z kopertami, a na kopertach był adres w Bystrzanowicach i nazwisko mojej mamy. To jest cała długa historia. Henryk Dąbrowski był przed wojną komendantem lotniska w Lidzie. To było wtedy polskie miasto, w tej chwili to jest Białoruś. Kiedy Sowieci 17 września 1939 roku weszli do Polski, Henryk musiał uciekać. Wydostał się przez Litwę i Łotwę do Skandynawii, a stamtąd do Anglii, gdzie był pracownikiem II wydziału, tzw. dwójki, czyli wywiadu wojskowego. W Lidzie zostały jego żona, jego teściowa, siostra mojego ojca i dwie córki Henryka, córka z pierwszego małżeństwa, która miała wtedy chyba 14 lat, i Hanusia, która miała rok. Wszystkie te kobiety też próbowały się wydostać przez Litwę, ale się im to nie udało, mieszkały w Lidzie i dopiero w kwietniu 1941 roku otworzyła się możliwość repatriacji dla Polaków, którzy przed wojną mieszkali na terenach zajętych teraz przez Niemców. Po przyjeździe do Polski mieszkały w Kielcach. Ciotka, to była moja matka chrzestna, przed wojną prowadziła tam stancję dla chłopców, a jej córki chodziły do gimnazjum. Cała rodzina przedostała się więc do Polski. W tym czasie, ponieważ Henryk nie wiedział, gdzie one są, wysyłał listy adresowane na moją matkę, bo Bystrzanowice to był taki stały adres. No i dlatego, jak Masia oddała listy z kopertami, to było tam imię i nazwisko mojej matki i adres w Bystrzanowicach.

I Niemcy przyjechali aresztować prababcię?

Nie. Matka Ewy i Marii Dąbrowskiej, ciocia Mimi, która mieszkała gdzieś poza Kielcami, przyjechała do Bystrzanowic do mojej matki, która była matką chrzestną Hanusi, i zażądała, żeby pojechała z nią do Kielc. Powiedziała, że ona się odda w ręce Gestapo, bo chce być razem z córkami, a że mama ma zabrać Hanusię do Bystrzanowic. Hanusia była malutka, miała cztery czy pięć lat. Nie wpadli na to, że Gestapo zamknie również moją matkę. A Hanusię Niemcy umieścili w sierocińcu. Do Kielc pojechała z tymi dwiema paniami, ciocią Mimi i moją mamą, również kuzynka mojego ojca, Tonia Grabkowska, która akurat była w Bystrzanowicach. Do Toni nikt o nic nie miał pretensji, miała wykupiony bilet do Krakowa, gdzie pracowała, pozwolono jej wyjechać. Tonia opowiadała potem, że wie, że jej pilnowali i że sprawdzono, czy naprawdę wyjeżdża. Wyjechała więc i przyjechała do Bystrzanowic, żeby nam opowiedzieć, że mamusia i te wszystkie panie są zamknięte, a Hanusię oddano do sierocińca. W tych listach nie było zapewne nic takiego, ale były dowodem na kontakty z wrogiem. Po ostrzeżeniu Toni mój ojciec następnego dnia pojechał do Kielc, żeby tam spróbować coś załatwiać. Były tam znajomości, biskup był dobrym znajomym mojej ciotki, byli różni przyjaciele, było gdzie szukać różnych możliwości, paczkę dostarczyć do więzienia. Wiedzieliśmy już też, że może być rewizja w domu, a ja miałam ogromną korespondencję z różnymi kuzynami, więc siedziałam i wszystkie listy paliłam, schowaliśmy podręczniki szkolne. Zdjęć nie chowaliśmy, nie przyszło nam do głowy, przecież w ogóle nie wiedzieliśmy, czego oni mogą szukać.

Przyjechało Gestapo, jeden siadł przy biurku mamusi i przeglądał szuflady, w których były bardzo ważne spisy, ile która kura jaj zniosła. Bo to było zapisywane, kury były numerowane, ale nie tak jak świnie, przez Niemców, tylko to była własna koncepcja mojej mamy, która chciała wiedzieć, ile która kura jaj znosi, bo jak znosiła mało, to szła do garnka. W biurku były więc nieważne papiery, tylko na wierzchu stała skrzyneczka, gdzie mamusia miała fiszki z adresami ludzi, z którymi korespondowała. I tego nie spaliliśmy, nie przyszło nam do głowy. Na takie rzeczy się przecież nie zwraca uwagi. Więc to zabrali, po tygodniu mógł mój ojciec przyjechać i odebrać, ale nigdy się nie zgłosił. Ale też nic się nie udało załatwić. Tych pań zamkniętych było pięć – ciotka, jej dwie córki, moja mama i pani, tzw. panna Mania, która, jak córki ciotki były małe, była ich guwernantką, i akurat przyjechała i była w tym mieszkaniu. Ją zwolnili. Ja dużo rzeczy wiem, bo ona mi opowiadała. Je wszystkie zamknięto w lutym 1942 roku, a ją zwolnili w listopadzie. Przyjechała wtedy do Bystrzanowic, żeby opowiedzieć, ale też żeby się trochę odżywić i dojść do siebie. Stąd wiemy, że najpierw wywieziono je wszystkie z Kielc i były w więzieniu w Płocku, potem w Grudziądzu, i stamtąd pannę Manię już zwolniono, a pozostałe panie umieszczono w obozie przejściowym w Działdowie i z Działdowa wszystkie zostały wywiezione do Oświęcimia. Wiedzieliśmy, bo co jakiś czas przychodziły listy. Listy były po niemiecku. Moja mama znała niemiecki, mój ojciec też.

Prababcia umarła w obozie?

Tak. I tak przyzwoicie się stało, że Gestapo przysłało zawiadomienie do Urzędu Gminy w Janowie. Było to takie miasteczko w okolicy, które przed I wojną w 90% było żydowskie; przed II wojną było już tam więcej Polaków. Był kościół wybudowany i szkoła siedmioklasowa – duża, nowa szkoła. I bardzo przyzwoicie się ci urzędnicy z gminy, Polacy, zachowali. Bo u nas było tak, że codziennie o świcie jeden z chłopaków, mleczarek się na niego mówiło, odwoził bańki z mlekiem na stację kolejową Złoty Potok. W Bystrzanowicach było kilkadziesiąt krów, 40 czy 50, i codziennie te bańki ładowało się na pociąg, który odstawiał je do mleczarni w Częstochowie.
Raz na miesiąc mój ojciec rozliczał się z mleczarnią, a mleczarnia codziennie odsyłała na stację Złoty Potok bańki od mleka. I codziennie mleczarek przywoził z powrotem te wielkie 20-litrowe bańki i wstępował na pocztę, nie tylko odebrać listy, ale także oddać. Bo w całych Bystrzanowicach, jeśli ktoś pisał listy, to oddawał je w kancelarii u mojego ojca, gdzie całą wychodzącą korespondencję pakowało się do torby pocztowej, takiej torby listonosza, która była zamykana na kłódkę. A poczta miała drugi klucz od tej kłódki. I tam otwierano tę torbę i wyciągano listy, a listów się wtedy pisało dużo. Był wprawdzie też telefon, Bystrzanowice miały telefon, ale to był telefon tylko do centrali, obok pałacu w Złotym Potoku. Tam urzędował pan Lampa, który był głównym elektrykiem. Kręciło się korbką, odzywał się pan Lampa czy pani Lampa, zgłaszała się centrala i mówiło się, że chce się z tym a tym rozmawiać i oni przełączali. Tak czy owak, listów się dużo pisało i tak właśnie były przekazywane.
I wtedy ci z gminy zostawili na poczcie wiadomość, że ma się mleczarek zgłosić do gminy po pismo. Mleczarek wracał do Bystrzanowic, przywoził tę zamkniętą torbę z listami, i tak mój ojciec odebrał to zawiadomienie. Przeczytał, popłakał sobie w kancelarii, a potem przyszedł do mnie, a ja już w tym czasie mieszkałam w sypialni moich rodziców, z ojcem w tym samym  pokoju. W moim dawnym pokoju mieszkała Hanusia z opiekunką, bo już mój ojciec zdążył ją wydostać z sierocińca. Ojciec przyszedł do mnie, zajrzał, powiedział „a czytasz”, to tamto i powiedział mi, że mamusia nie żyje.

Jak umarła?

Mama umarła na tyfus, bo tam była epidemia tyfusu, czego się dowiedzieliśmy dobrze po wojnie. Moja mama była zatrudniona w szpitalu obozowym, miała te umiejętności, ale też nie była młoda, w końcu miała wtedy ponad 50 lat. Schudła przez rok pobytu w więzieniach 40 kilo. Przedtem mama miała taką figurę jak ja, była tęga i ważyła 80 kilo. I jak przyszła epidemia, to była za słaba. Równo rok była uwięziona. Ale z tych czterech pań, które wtedy razem aresztowano, zmarły trzy, jako pierwsza – najmłodsza z nich, młodsza córka mojej ciotki, zachorowała już w Oświęcimiu i zmarła na gruźlicę. Jej starsza siostra przeżyła, lecz zmarła w czerwcu. A moja mama i moja ciotka zmarły dzień po dniu, moja mama zmarła 15 lutego, a ciotka 14 czy 16. Możliwe, że też na tyfus. Moja ciotka korespondowała ze swoją siostrą, ciotką Wielowiejską, ale dla ciotki Wielowiejskiej nie byli tacy uprzejmi, ją wezwali do gminy, tam, gdzie mieszkała. U nas zachowali się bardziej po ludzku.

konstancja3-zosiaTak naprawdę to wszystko się zdarzyło przez jakiś straszliwy przypadek?

Tak, przez przypadek czy głupotę, czy niedopełnienie wymogów konspiracji. W jakimś stopniu za śmierć mojej mamy odpowiadał Henryk Dąbrowski. W latach 60 przyjechał do Polski. Jego najstarsza córka mieszkała w Legnicy i Henryk do niej przyjechał, i Hanusię przywiózł, i przyjechali odwiedzić nas w Poznaniu. Ale czy ta wizyta była miła? Mnie wtedy, przed wojną, jako smarkuli Henryk się bardzo podobał, przyjeżdżał samochodem, chodził w mundurze, to robiło wrażenie. Przywoził wspaniałe prezenty. Pierwsze radio, jakie w Bystrzanowicach było, zostało ofiarowane przez Henryka. To jeszcze było przed wojną. Przyjechali wtedy Henryk, Masia i Hanusia, i Hanusia u nas została w Bystrzanowicach, a oni pojechali do Szwecji, bo tam Henryk przechodził jakąś operację. Był postrzelony podczas I wojny i były komplikacje, i Henryk pojechał na operację do Szwecji. Jednak to Henryk był przyczyną aresztowania prababci. Praprzyczyną. Chociaż nie jedyną, bo to był splot skomplikowanych przypadków. Były te koperty nie wyrzucone i ciotka Mimi, która kazała mamie pojechać do Kielc, różne były przyczyny. Nie miałam tego Henrykowi za złe, ale rzeczywiście uważałam, że był praprzyczyną. Bardzo byłam pełna podziwu dla mojego ojca, że się zgodził z nim zobaczyć.

Kiedy Henryk przyjechał do Polski w latach 60, to mnie zawiadomiła kuzynka z Warszawy, żebym nie przeżyła szoku, żebym wiedziała, że jest i że się wybiera do nas do Poznania.
I żeby mój ojciec nie przeżył szoku. Nie wiem, co dla ojca ta wizyta znaczyła, bo ja nie byłam z moim ojcem w takich serdecznych stosunkach. Nigdy. Za duża była różnica wieku. To już było jednak po wojnie. A jeszcze się dużo zdarzyło, i w czasie wojny, i potem.

Następna część wspomnień już się ukazała. Była zatytułowana 1945.

Zabawy i święta w Bystrzanowicach. Książki

Zofia Slaska

wywiad przeprowadzony w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego, ciąg dalszy wspomnień, których pierwszą część opublikowałam TU tydzień temu.

bystrz-zosiaJakie mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. To było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.
A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To też była wielka impreza, srebrne wesele w Michałowie, to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po przyjęciu zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i pojechałyśmy do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z lekcji tańca, których udzielał mi ojciec, bo zanim bal się na dobre rozpoczął, mama wysłała mnie do łóżka.

W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczym w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alinę – młodszą. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambeth walk. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko wyjęliśmy z powozu i zanieśliśmy do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Nadowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawał prezenty. Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

bystrz-zimaA Wielkanoc?

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.
Na imieniny mojego ojca fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości.
W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.
Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed dom, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali „A ta pani nasza…“ Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili.

bystrz-balJednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład siedem tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski.
W czasie wojny przywoziło się z Wierbki (majatek krewnych – rodziny Moesów) mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność.
Rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować.
Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.
A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Ciąg dalszy za tydzień

Bystrzanowice

Zofia Slaska
wspomnienia spisane zostały w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego i wydane w postaci rodzinnej broszurki w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy. Fragment tych wspomnień, o roku 1945, już tu publikowałam.

W roku 1933 mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice, który należał do majątku Raczyńskich w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w powiecie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Prawdziwy dom…

dwor-bystrzanowiceW Bystrzanowicach był prawdzwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamy i przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał 8 hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

stanislaw-konstancjaDwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny.

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze.
Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześniej ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Nas budzono o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, tego nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7.00. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy. W tym domku często mieszkali ojciec Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

zosia-rozmarynkaPo obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem. Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji. Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.
Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach. Niania Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anusią, która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

zosia-guwernantkaTe nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal. Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15 km, bo 13 km było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskach i wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była  chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czy jeździliście w tamtym czasie?

tomekbochMama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Mama obiecała mi, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa. O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na 2 tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku.
Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło.

Ciąg dalszy za tydzień

Mama czyli jak się to zaczęło?

Anna Sobecka o Irenie Kuran-Boguckiej

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Anna Sobecka przeprowadziła ten wywiad jesienią 1992 roku, gdy nakładem wydawnictwa Mittel w Gdyni ukazało się “Romancero Cygańskie” w wersji dwujęzycznej.

Anna Sobecka: Jest pani z wykształcenia grafikiem, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, uczennicą Tadeusza Kulisiewicza. Była Pani uznanym grafikiem.

piekna-lata60Irena Kuran-Bogucka: Tak miałam 40 (wystaw) w kraju i zagranicą i wydawało mi się, że to jest sens mojego życia.

No więc właśnie. Przez wiele lat była Pani grafikiem, miała Pani wystawy indywidualne, uczestniczyła Pani w wystawach zbiorowych, zdobywała Pani nagrody. Była pani uznanym artystą grafikiem. I w którym momencie zmieniła Pani sens swojego życia, w którym momencie przestała Pani być grafikiem, i zajęła się Pani tłumaczeniem poezji hiszpańskiej, a początkowo – poezji Federica Garcii Lorki? Jak to się stało?


Mama na wystawie (lata 60?)

Ja tego też nie rozumiem do końca. Przede wszystkim zawsze bardzo lubiłam poezję, od najwcześniejszego dzieciństwa. Najpierw mi czytywano, przede wszystkim wieszczów, później sama czytywałam. Po drugie – łatwo się uczę języków. Ale dlaczego nauczyłam się hiszpańskiego, żeby czytać sobie Lorkę, kiedy – gdybym chciała robić tłumaczenia poetyckie, to od dziecka znałam angielski, francuski, niemiecki. Po co ja się nauczyłam hiszpańskiego? Żeby zobaczyć, jak ten Lorca wygląda w brzmieniu? Jaki jest w środku? Gdzie jest łączność pomiędzy jego słowem, a znaną mi i bardzo lubianą przeze mnie muzyką hiszpańską? Mówię i o muzyce klasycznej i o folklorze.

piekna-hiszpankaKiedy to było?

Pierwszy raz zetknęłam się z poezją Lorki w połowie lat 50, pierwszy tomik, jaki dostałam do ręki, to była poezja Lorki w przekładzie Słobodnika. To nie jest bardzo doskonały przekład, bo przekładane było pośrednio przez rosyjski, czyli – on dźwięku tej poezji nie znał. Ale mimo że on nie jest wysoko przez oficjalną krytykę ceniony, uważam, że właśnie w jego tłumaczeniach jest bardzo dużo tamtej fascynacji., tej pasji, tej magii. No i jakiś czas byłam bardzo zadowolona, że mam tomik Słobodnika. Potem zaczęłam się niepokoić, dlaczego ten przekład, a i inne też, nie wykazują żadnej łączności z muzyką hiszpańską? W tym samym okresie dostałam pierwszy magnetofon w życiu, takie małe tonko, i idąc po omacku w to, co leciało radio, zaczęłam zbierać wszystkie nagrania hiszpańskie i latynoamerykański.


Mama “w roli Hiszpanki” w czerwonym szalu z cieniutkiej wełny; zdjęcie być może wykonane przez Mirosława Kubackiego

Najpierw wszystkie nieuporządkowane i byle jak, potem zaczęłam odróżniać Hiszpanię i Amerykę Łacińską, kiedy już doszłam do tego, że od pierwszego uderzenia gitary odróżniałam Meksyk od Argentyny, to już wiedziałam, że czegoś się o tej muzyce dowiedziałam, a przekład Lorki mi tej muzyki nie dawał. W jakimś momencie pomyślałam, że trzeba się będzie tego hiszpańskiego nauczyć. Nie miałam żadnych kontaktów z Hiszpanią. Był rok 61. U nas był wiadomy ustrój, a w Hiszpanii rządził w pełni sławy Generalissimo Franco. W Krakowie, gdzie prawie nigdy nie bywam, na Rynku weszłam do Klubu Książki i Prasy i znalazłam samouczek Teach Yourself Spanish, anglo-hiszpański samouczek i przez rok chodziłam z samouczkiem w kieszeni. Po roku mogłam czytać, ale nie miałam co. Bo przecież nie było skąd brać hiszpańskich książek. Pierwsze książki przysłali mi amerykańscy przyjaciele, ale jeszcze wcześniej, w piśmie Radar znalazłam wiersz Piosenka jeźdźca, Kordoba samotna w dali po hiszpańsku. I to był pierwszy wiersz Lorki po hiszpańsku, co potwierdziło moje przypuszczenia, że w samym dźwięku języka kryje się część owej magii.

Można nauczyć się czytać, pisać, rozumieć w obcym języku, ale czy można z samouczka nauczyć się mówić?

Zaraz Pani przedstawię mojego profesora wymowy. To jest Paco Ibanez, który śpiewa poezję, ale nie tak jak ją śpiewają w Hiszpanii, w tym krzyku, cante jondo, cante flamenco, tylko tak jak ją śpiewają francuscy piosenkarze, z wyraźną dykcją, z wyraźną wymową. Wskutek przywiązania do Paco Ibaneza mówię po hiszpańsku z lekkim akcentem andaluzyjskim, ale podobno nie jest to grzechem.


XXX

Canción del Jinete
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
XXX
Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.
XXX
Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.
XXX
¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!
XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
Piosenka jeźdźca
XXX
Kordoba
samotna w dali.
XXX
Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.
XXX
Poprzez wiatr, poprzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.
XXX
Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!
XXX
Kordoba
samotna w dali.

Jak Pani poznawała twórczość Lorki, mówię oczywiście o twórczości oryginalnej?

Pierwsza książka, cała, jaka do mnie doszła, to było Romancero gitano, Romancero cygańskie. Przysłała mi je moja amerykańska przyjaciółka. Zaczęłam czytać, później znalazłam inne książki, może fragmenty. W 66 roku byłam na stypendium we Włoszech, a jakże, jako plastyk!, i tam znalazłam dwujęzyczną książkę Poezje Lorki, i miałam dość czasu, żeby sobie przepisać, ręcznie, niektóre wiersze. Oczywiście nie było to żadnym materiałem do poważnej pracy, ale musiałam czymś żywić swojego ducha i jego niespokojne zapotrzebowanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Lorce.
piekna-1974-pionKiedy zaczęłam tłumaczyć? Już Pani mówię. W 74 roku, pamięta Pani?, był strasznie duży ruch w Gdańsku. Odbyła się Operacja Żagiel, która po tym, jak “Dar Pomorza” zwyciężył w poprzednich regatach, miała swój główny port w Gdyni. Przypłynął wtedy prom ze Skandynawii, przyleciały samoloty z Ameryki, były wycieczki z Niemiec. W związku z tym Związek Artystów Plastyków zorganizował wystawę sztuki marynistycznej, połączonej z kiermaszem, a ponieważ ja mówię w kilku językach, to byłam prezenterem. I kiedyś przyszły na tę wystawę Hiszpanki. Franco chyba umarł dopiero co (Franco umarł dopiero w rok później – przyp. EMS), a w każdym razie był to pierwszy raz, że pozwolono studentom wyjechać z Hiszpanii, a właściwie tylko studentkom, i tylko do Polski, ze wszystkich krajów socjalistycznych – tylko do Polski, i mało tego – nie były to studentki humanistyki, te były medycyny. I one przyszły na tę wystawę. Zapoznałam się najpierw z jedną z nich, potem z drugą, a to był taki przedłużony weekend i przyjechały ich koleżanki z Poznania. I wszystkie przyszły do nas do domu. I była taka Flora, która mówiła szeleszczącym akcentem z Katalonii, i ona mówiła piosenkę jeźdźca, tą drugą, pod księżycem czarnym, zbójeckim księżycem śpiewają ostrogi… I ona to mówiła po hiszpańsku. Ja na ich cześć zdobyłam butelkę hiszpańskiego wina, puszczaliśmy ich muzykę i jak one poszły, to ja napisałam pierwszy przekład w życiu, nie biorąc tego dosłownie, po prostu pomyślałam, przecież to musi mieć odpowiednik. I muszę Pani powiedzieć, że ten przekład został niemal bez zmian.

piekna-1974-poziomOba zdjęcia: rok 1973, Mama na swojej wystawie w BWA w Sopocie

Do dzisiaj?

Do dzisiaj. Ta piosenka martwego jeźdźca na czarnym koniu pod czarnym księżycem, o mój Boże, Lorca jest wspaniały! I ja już potem nie mogłam bez niego żyć, ale jeszcze wciąż robiłam grafikę, jeszcze przez całe lata 70 robiłam grafikę. Jeszcze w końcu lat 70 miałam wielką wystawę w Muzeum Narodowym, w oddziale w Pałacu Opatów. Ale wtedy już zaczęłam na marginesach szkiców i odbitek notować sobie jakieś sformułowania hiszpańskie. Muszę powiedzieć, że uważałam to za żenujący nałóg raczej niż przygotowanie do zawodu, robiłam to chyłkiem, żeby nikt nie widział i tylko moja wścibska córka Kasia od razu to wykryła i wołała, Mama chodź na obiad, co ty znowu piszesz jakieś wiersze.

Trudno sobie wyobrazić, że robi doskonałe tłumaczenia wierszy ktoś, kto nigdy nie pisał wierszy, kto sam nie jest poetą. Czy Pani pisała?

Droga Pani Anno, ja nigdy nie pisałam wierszy, żeby wyrazić swoje uczucia, bo od tego miałam grafikę, ale miałam zawsze duże wyczucie rytmu, rymu, stylu. Pisałam pastisze, pisałam wiersze okolicznościowe, pisałam wiersze żartobliwe, czyli jakieś podstawy warsztatu miałam. Poza tym te wszystkie wiersze, poza tą piosenkę jeźdźca, która mnie zdumiewa do dziś, jak została utrafiona, właściwie tamte przekłady jeszcze były dalekie od doskonałości. Przecież ja o tym piszę we wstępie do książki, niektóre utwory, a do nich na pewno należą romance, chociaż ludzie małego ducha myślą, że romanca jest sama łatwość, niektóre utwory miały kilkadziesiąt wersji, nie kilkanaście tylko – kilkadziesiąt. Nie każdy wpakuje w taką robotę dwadzieścia lat życia. Bo od 74 roku to jest dwadzieścia lat prób już pisania, a czytałam jeszcze paręnaście lat przedtem.

(…)
Ciąg dalszy za tydzień