Jak się poznali Mama i Tata

Napisałam publikując pierwszy tekst Karusi, że to jej harcerskie powiązania sprawiły, że Mama poznała się z Tatą. Karusia i Mama pojechały bowiem na wakacje do Gdańska, gdzie Karusia chciała się spotkać ze swoją przyjaciółką z harcerstwa, Marią Krynicką. Maria Krynicka (z domu Mudryk) była przed wojną naczelniczką harcerek RP, a prywatnie była Ciocią Taty. Tata tam mieszkał, bo (za namową Cioci) studiował w Gdańsku budowę okrętów. No i tak się poznali.

Tata pięknie to opisał w swojej autobiografii Śladami życia.

Dariusz Bogucki

Lato 1947 roku było piękne i gorące, a dla mnie, po pierwszym roku studiów, również bardzo pracowite. Prędko skończyła się wakacyjna laba, wypełniona żeglowaniem. Przyszedł czas na letnią praktykę studencką, na którą przydzielono mnie do Gdyńskiej Stoczni Remontowej. Warunki były tam, ogólnie mówiąc, polowe. Królowała prowizorka i radosna improwizacja, do tego brakowało narzędzi i wyposażenia. Robiłem wprawdzie, co mi kazano, bo mimo wszystko człowiek lepiej się czuł pracując, niż obijając bez zajęcia, ale w sumie praca była męcząca. Niemal równie męczące były dalekie i niewygodne dojazdy. Wracałem na Batorówkę – tak nazywaliśmy dom wujostwa, na ulicy Batorego we Wrzeszczu – zniechęcony i brudny, potwornie zmęczony, a do tego piesko głodny.

Była połowa sierpnia. Dzień minął jak co dzień. Wróciłem do domu, umyłem się i siadłem w kuchni, gdzie babcia Jadwiga podała mi talerz zupy. Byłem głodny jak wilk, nic dziwnego, że poza talerzem reszta świata w ogóle dla mnie nie istniała. No, nie całkiem, bo głowę miałem zaprzątniętą matematyką, nad którą ślęczałem wieczorami. Egzamin poprawkowy wyznaczono na koniec sierpnia, a oblanie go równało się skreśleniu z listy i wyrzuceniu z Politechniki.

W takim stanie ducha jakoś nie dotarło do mojej świadomości, że naprzeciwko mnie przy stole usiadła dziewczyna. Po prostu jadłem i myślałem o matematyce. Dopiero przy drugim talerzu, gdy głód nieco zelżał, zauważyłem, że tam jest. Jadłem dalej, ale matematyka gdzieś się ulotniła. Obserwowałem i rejestrowałem, choć jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać.

Chyba za wiele się nie odzywałem, ona zresztą też nie. Wydawała się zamknięta w sobie, nieśmiała i raczej milcząca. Po prostu tam była, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Tak więc z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz.

Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Następne dni, zamiast zatrzeć, pogłębiły wrażenie z tego spotkania. Było wprawdzie krótkie i dość milczące, jednak smutna dziewczyna tak mnie poruszyła, że postanowiłem przeprowadzić ostrożny, aczkolwiek, jak teraz myślę, zapewne dość niezgrabny wywiad na jej temat. Od babci Jadwigi dowiedziałem się, że ma na imię Irena. Od cioci Marysi wyciągnąłem, że jest krewną pani Karoliny, przyjaciółki cioci z harcerstwa. Najmłodsza kuzynka, Teresa, dorzuciła kolejną garść cennych informacji: dziewczyna studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jej rodzice nie żyją, a do Gdańska przyjechała na wakacje. W niedzielę, po całym tygodniu męczącej praktyki w stoczni, zamiast jak zwykle na jacht, dałem się namówić i pojechałem z Marytą, kolejną kuzynką, do Sopotu na jakąś wystawę malarstwa. Już obejrzeliśmy wszystko i zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem, że ona – „moja” dziewczyna – właśnie wchodzi do galerii. Tak mnie to poruszyło, że tym razem postanowiłem działać. Skoro studiuje sztuki piękne, to może wrócimy na wystawę z fachowym przewodnikiem? Maryta bardzo się zdziwiła, ale z tego zdziwienia zapomniała zaprotestować. Przyznam, że pomimo dwukrotnego obejrzenia wystawy, nic z niej nie zapamiętałem, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co to było za malarstwo. Wiedziałem tylko jedno, że nagle, i to bardzo gwałtownie, przekręciła się oś mojego życia, otwierając przede mną całkowicie nowy, nieznany i niezwykle absorbujący świat. Wszystko odbyło się tak jakoś dziwnie niepostrzeżenie, wręcz bezszelestnie i jakby bez mojego udziału, a jednak efekt był piorunujący. Kiedy w parę dni później Irena zjawiła się ponownie na Batorówce, wiedziałem już, że jestem absolutnie po uszy zakochany. Chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, co to znaczy, ani co mam dalej z tym fantem zrobić. Krótko mówiąc, na jej widok zbaraniałem. Wujostwo mieli wielką tekę grafik Michała Anioła. Chcąc zyskać na czasie, rozłożyłem przed nią na stole dzieła mojego imiennika (nie wiem, czy już wspominałem, że na chrzcie ojciec dodał mi do Dariusza imiona Michał Anioł, zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza). Jej kazałem oglądać album, a sam… uciekłem do lasu, który był o kilka kroków od domu, zaraz za płotem.

Wróciłem po godzinie z jedynym postanowieniem, jakie mi przyszło do rozkojarzonej głowy. Muszę jej natychmiast o wszystkim powiedzieć. Irena skończyła już przeglądanie albumu i, lekko zdezorientowana, zbierała się do wyjścia, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. W porywie determinacji oznajmiłem, że mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Zdziwiła się, ale posłusznie poszła za mną na balkon. Tam jednym tchem wyrzuciłem z siebie, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, ale żeby się nie martwiła, bo na pewno zostanę z nią przez całe życie, nie tak jak mój ojciec, który opuścił mamę. Wtedy, po raz kolejny w tak krótkim czasie, cały świat zawirował. Bo ona zarzuciła mi ręce na szyję, a potem nieśmiało wyznała, że też mnie bardzo kocha. Następnie, już bez dalszych zbędnych słów, zaczęliśmy się całować, co tak oburzyło Dżeka, małego foksterierka wujostwa, że zaczął szczekać jak oszalały. Wyjrzała na to ze swego pokoju babcia Jadwiga, chwyciłem więc Irenę za rękę i uciekliśmy do lasu. Długo po tym lesie krążyliśmy, niewiele mówiąc, tylko całując się zapamiętale.

Taki był początek naszego wspólnego życia.

***
I rzeczywiście – nie opuścił jej aż do śmierci.

Na zdjęciach poniżej owe teczki z reprodukcjami dzieł Michała Anioła. Posiadam je do dziś.

sixtina-Deckemale DasJuengste-Gericht-male medici-KapellemaleZa tydzień uzupełnienie czyli wpis o Cioci Marysi.

 

Sady Pradziadka – album kresowe

Ach ci autorzy…

Oddałam Andrzejowi Rejmanowi poniedziałki, żeby opowiadał o rodzinie, a on tymczasem, proszę, co mi przysłał – furę zdjęć i taki oto tekst:

… mało jakoś czasu miałem aby coś napisać …

______________

Krajobrazy kresowe…

Byłem kiedyś na wystawie zdjęć Zofii Chomętowskiej (Dom Spotkań z Historią, Warszawa) – coś pięknego!
Uderzyło mnie podobieństwo krajobrazów, ujęć, fryzur, ubrań, postaci… do zdjęć, które posiadam we własnych zbiorach rodzinnych.
Nic dziwnego! Toż to przecież przedwojenne Kresy!
Dziadek miał aparat od początku ubiegłego wieku, fotografował wszystko, zwłaszcza podczas swoich podróży naukowych (był geologiem) – ale to temat na oddzielną historię. Potem zdjęcia robiła moja mama, mam więc czym się teraz podzielić. Na razie kilka krajobrazów “Kresowych”.

Tu te zdjęcia

Po moich niedowierzających mailach Autor odparł,  że tak ma właśnie być, ale po namyśle dodał jeszcze muzyczną ciszę i wiersz Marii, córki Adama.

Maria Hrebnicka była później malarką, w 1908 miała najwyżej 16 lat, a może i mniej. Wtedy rodzina mieszkała w Petersburgu.
Ten wiersz to nie jest szczyt literacki:-), jakieś tam nawet może są błędy ortograficzne – czy “głuchy” pisało się “głóchy” w 1908 roku??
O Marii kiedyś napiszę oddzielnie, bo jej piękne obrazy wiszą w Muzeum w Raju.

skanwierszaJulii

 

 

 

 

 

 

 

Miłość i tęsknota  

Tęsknota bezbrzeżna, tęsknota jak morze,
Jak śnieżne polany rozległa,
I miłość bezmierna, jak nieba przestworze,
Po sercu się mojem rozbiegła.
I smutek swym skrzydłem przesłonił me oczy
I czarnym welonem zawiesił mi świat…
Fortuny koło nierówno się toczy,
I często mróz ostry warzy wiosny kwiat.
A płomień w mej duszy głęboko tak pała,
Jak skarb ukryty wśród kamiennych skał…
Jak perłę swą muszla przysłania białą
Tak smutek przysłonił ognia tego żar.
Szarą się przędzą wokoło mnie wlecze,
Smutny rozciągły, szary, głuchy dzień,
Boleść przeszywa me serce jak miecze,
I tylko miłość gasi smutku cień.
Tęsknota i miłość me serce osnuły.
Wspólnie tam rządzą potęgi te dwie,
I obie razem tak się doń przykuły,
Że każda niem miota tak, jak sama chce.

1908, wiosna, Petersburg

W harcerstwie po wojnie bolszewickiej

Z jakiegoś względu Karusia dołączyła do wspomnień z okresu II wojny światowej jeden tekst o tym, co jako harcerka robiła w Warszawie w roku 1920, zaraz po zakończeniu wojny bolszewickiej. Tekst zatytułowany jest Chmielna 26. Warto mieć na uwadze, że Karusia urodziła się w roku 1899  i gdy zajmowała się rozhulaną gromadką chłopaków na Chmielnej – miała lat 21.

I – jak to życie dziwne przypadki zarządza – pod tym samym adresem w kilka lat później brat Karusi, Stefan Lubliner, dziennikarz, prowadził agencję wycinków prasowych, WIP – Warszawską Informację Prasową. Zbierał informacje z gazet zagranicznych, tłumaczył, przepisywał i rozsyłał je do redakcji i urzędów w Warszawie, w tym do Sejmu i MSZ, a także rozsyłał przetłumaczone wiadomości z Polski do korespondentów zagranicznych. Zatrudniał około 10 osób, głównie tłumaczy i maszynistki. Tyle że Karusia zajmowała się chłopakami w oficynie, a Stefan prowadził biuro od frontu.

W sieci znajduje się informacja, że WIP wydawał Sprawy Polityczne i Wiadomości Ukraińskie, opublikował też komunikat specjalny, poświęcony życiu wszystkich stronnictw politycznych w Polsce w latach 1918-1939.

Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Karusia16-Chmielna-1-mala Karusia17-Chmielna-2-mala

***

Karusia zajmowała się chłopakami na Chmielnej przez kilka miesięcy, ale jej tekst przypomniał osobę wujecznego Dziadka Stefana i jego biura w domu, którego nie ma, a które mieściło się tam przez lat wiele, może nawet 20. Chmielna, kiedyś ulica w połowie żydowska, pełna małych sklepików, a w połowie elegancka, a potem najsłynniejszy w PRL-u deptak handlowy, przestała istnieć. Na miejscu kamienicy numer 26 mieści się nowy budynek autorstwa Lucjana Rosa. W sieci Chmielna wymieniana jest jako jedna z najdroższych ulic w Polsce, ale jednocześnie miłośnicy Warszawy się skarżą, że ulica jest martwa, nieciekawa, zaniedbana i wszystko tu podupada. Wpisy z tekstami Karusi zakończę więc zupełnie anachronicznym akcentem:

Ballada o Chmielnej

słowa Agnieszka Osiecka, śpiewa Alina Janowska

Ach, co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej
wieczorem przy świetle księżyca.

Panie, w tej bramie – trzecia z lewej –
koło gnojówki stał cadillac.
Ten facet, co go miał, to świnia,
powinien za to dawno siedzieć,
ale nie będzie siedzieć, panie
pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?

Pan słyszał – Chmielnej ma już nie być,
Chmielnej ma nie być już.

Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

Wykłady profesora Dąbrowskiego o wyższości…

Dawno nie widziany profesor, tym razem nie tyle może o wyższości co o starszeństwie pogaństwa…

Redakcja przyłącza się do życzeń!

Ryszard Dąbrowski

Z okazji święta wiosny, nazywanego eufemistycznie świętem wielkanocnym, składamy Wam serdeczne życzenia: dużo zdrowia, słońca, pomyślności oraz pogody ducha.

P.S. A teraz na poważnie i bez żartów jak poprzednimi laty.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŚwięto wiosny, wraz z zimowym i letnim zrównaniem dnia z nocą, było najważniejszym świętem w religiach „pogańskich”, czytaj w: animizmie, kulcie płodności, szamanizmie oraz megalityzmie.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono, a część przyswojono, przejęto i zaadaptowano. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

1. Początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, zawłaszczono i przemianowano na „Wielkanoc”.

Jako przeciwwagę do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 roku, wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES2. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult jego traktowany był przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitra „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych zapewniając im wieczne „życie” (!). Jego urodziny przez dziewicę (!) w ubogiej grocie (!) przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. Czczony w Persji od XIV oraz w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa. W Cesarstwie Rzymskim bóg ten, nazywany również Mithras, czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tą wyparło chrześcijaństwo.

3. Przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce, kościół katolicki zawłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji?) belgijskiej zakonnicy Julianny (1193 – 1258).

SAMSUNG CAMERA PICTURES4. Od 1956 roku, po „zadekretowaniu” przez papieża Piusa XII dnia „1 maja” „Świętem św. Józefa Rzemieślnika” (ojczyma Jezusa), kościół katolicki usiłuje, jak do tej pory, bez powodzenia, zawładnąć tym „świętym” świętem robotników.

„1 Maja” ustanowiono 14 lipca 1889 roku w Paryżu, podczas zjazdzu założycielskiego II Międzynarodówki, jako dzień upamiętniający strajki i demonstracje w maju 1886 roku w Chicago. Wówczas podczas strajków o skrócenie dnia pracy z 12 do 8 godzin doszło do starć z policją, podczas których zginęło kilkudziesięciu robotników oraz siedmiu policjantów. Policjanci ci zmarli na skutek obrażeń odniesionych podczas eksplozji bomby rzuconej, jak dzisiaj wiemy, przez tajnego prowokatora. Ośmiu anarchosyndykalistów, przywódców strajku, skazano na kary śmierci. Wyrok wykonano na czterech skazańcach, jeden popełnił samobójstwo, a trzech ułaskawiono po 6 latach więzienia. W 1890 roku, w dniu 1 Maja zorganizowano, po raz pierwszy masowe strajki i demonstracje na całym świecie, w tym również i na terenach ziem polskich pod zaborami.

Ale kto to wie i pamięta poza starymi dziadkami Mrozem i Mikołajem.

***

Te rysunki (ilustracje) namalowałem „własnymi rencami”. Są to symbole z okresu megalitycznego. Ponieważ pisma wtedy nie używano, albo nic nam na ten temat nie wiadomo, nie zachowały się żadne źródła pisane, co to zacz, liczni naukowcy droga dedukcji i porównań odczytują te symbole w następujący sposób:

– malunek nr 1: spirala, symbol ludzkiego życia,

– malunek nr 2: okrąg podzielony na cztery części, okrąg jest symbolem słońca, te cztery części to pory roku; tutaj dodałbym jeszcze od siebie moje dodatkowe, subiektywne i intuicyjne rozumienie tego symbolu: cztery strony świata oraz cztery światy – nadziemny, ziemny, podziemny i może nasz własny w nas samych, osobisty(?);

– malunek nr 3: statek transportujący słońce ze wschodu na zachód (dzień) i przez cztery pory roku;
moja subiektywna i osobista interpretacja tego symbolu, to także transport duszy ludzkiej po śmierci w zaświaty; właśnie do obowiązków szamanów należało dokonanie tej czynności – szaman towarzysząc duszy zmarłego członka społeczności musiał bardzo uważać, aby tam w tym podziemnym świecie, zamieszkanym przez dusze nie pozostać i wrócić z tej podroży.

Te moje prywatne interpretacje są sterowane genami i wynikają z resztek nadprzyrodzonej wiedzy odziedziczonej po mojej prababci szamance.

W harcerstwie podczas wojny (5)

To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.

A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.

karusia-wycieczki1 karusia-wycieczki2
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

O niektórych naszych dzieciach

M A R E K

Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.

W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.

M A N I U Ś

Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.

Kordula2

K O R D U L A

Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.

Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.

Sady pradziadka

Bardzo mi miło, że zostałem zaproszony do tego blogu.

Przeglądając archiwa (i nie tylko) zaznaczyłem już rzeczy, które mogłyby tu zostać przywołane, opublikowane, z którymi chciałbym się podzielić – i nie tylko chodzi tu o sprawy muzyczne.

Od dawnych lat leży mi na sercu działalność – nazwijmy to pro publico bono – zawsze wydawało mi się, że jest wiele do zrobienia, właściwie – nieskończenie wiele – jeśli chodzi na przykład o namawianie ludzi z pasją, aby tę pasję przekazali innym – inspirowali, podzielili się doświadczeniami, a nawet pocieszyli kogoś, kto chwilowo nie ma siły, aby się swoją pasją z kimkolwiek dzielić.

To jednak na razie temat na następny wpis. Dziś…

Andrzej Rejman

Na Litwie

Dziś chciałbym się podzielić moimi świeżymi wrażeniami z krótkiego pobytu na Litwie, gdzie mój pradziadek Adam Doktorowicz-Hrebnicki miał piękny sad, w którym wyhodował do dziś znane odmiany jabłek. Na przykład “Ananas Berżenicki” – najulubieńsza odmiana jabłek Marszałka Piłsudskiego! (Jak pisze w swoich wspomnieniach Tomasz Zan, prawnuk “Promienistego”…)

Uwaga od Redakcji – tekst przysłany przez Andrzeja Rejmana nie pokazywał tego jabłka, wtrącam się więc, ale zaraz z powrotem oddam głos Autorowi.

Na stronie internetowej Stare odmiany znajduje się opis tego jabłka: Odmiana znaleziona na Wileńszczyźnie w Berżenikach koło Dukszt przez prof. Hrebnickiego jako siewka nieznanej odmiany. Owoce są duże lub bardzo duże, kulisto-stożkowate, lekko zwężające się ku kielichowi, delikatnie żebrowane. Skórka mocna, błyszcząca barwy zielonkawożółtej pokryta delikatnym, rozmytym, różowym rumieńcem. Miąższ kremowy, zwarty, po dojrzeniu kruchy, mało soczysty, winno-słodki, lekko aromatyczny. Dojrzałość owoce osiągają w pierwszej połowie sierpnia. Możliwe jest ich przechowywanie do końca września, szybko ulegają rozpadowi. Owoce typowo deserowe. Drzewa rosną bardzo silnie, tworząc kuliste, średnio zagęszczone korony. Późno wchodzą w owocowanie. Są wytrzymałe na mróz i mało podatne na choroby.

***

Pojechaliśmy z małżonką samochodem do Kowna, gdzie w tamtejszym Instytucie Sadownictwa znajdują się bogate zbiory archiwalne – rękopisy, listy, książki Adama Hrebnickiego. Jest tam piękny manuskrypt wielkiego dzieła pradziadka, które zostało wydane w 1906 roku – ATLAS OWOCÓW, jedno z najważniejszych w owym czasie fachowych wydawnictw tego typu na świecie. Wydane zostało w języku rosyjskim, ale Adam Hrebnicki był uczonym polskim, co zawsze podkreślał.

Poniżej link do stworzonej przez rodzinę strony o pradziadku: http://www.adamhrebnicki.com/index_pl.html

Czytamy tam: W 1886 roku Adam Hrebnicki ożenił się ze Stanisławą Stankiewiczówną, córką Jana i Konstancji z Bejnarów, właścicieli majątku Berżeniki, w powiecie święciańskim, na ziemi wileńskiej. Panna młoda wniosła w posagu część majątku Berżeniki, folwark Staniszki, w 1891 roku nazwane przez Hrebnickiego Rajem.
Folwark Raj został planowo podzielony na kwatery po 100 drzew jabłoniowych w każdej. Drzewa jabłoniowe niskopienne wyprowadzane na pniach, wysokości od 1/2 do 3/4 arszyna, (ok 36-54 cm) uszlachetniane były zrazami, sprowadzanymi przez Hrebnickiego z Warszawy, Zaleszczyk, Rygi, Kijowa, ze środkowej i północnej Rosji i z Ameryki.
Była tu także duża kolekcja dzikich drzew jabłoni ze wschodniej Syberii. Tak powstał jedyny w swoim rodzaju sad pomologiczny w Polsce, obejmujący 512 odmian jabłoni i 256 odmian grusz.
Sad ten stał się terenem bogatych obserwacji i doświadczeń praktycznych, stworzył podstawę do licznych publikacji, opracowań monograficznych i podręczników.

***

Litwa jest pięknym krajem, mimo że patrzymy na ten kraj często przez pryzmat Unii polsko-litewskiej, Litwini bardzo dbają o podkreślanie swojej odrębności kulturowej – w końcu język jest zupełnie dla nas niezrozumiały, a pewne szczegóły (to właściwie zadanie dla antropologa kultury) zbliżają ją wyraźnie do krajów skandynawskich.

Tam nie ma wysokich płotów przy domach na wsi!!! Jak w Skandynawii!

I jest Święto Pieśni, obchodzone z wielką pasją, i zaangażowaniem.

Wszyscy śpiewają w tym dniu…!

Załączone zdjęcia nawiązują do naszych korzeni rodzinnych i przedstawiają moją rodzinę od strony mamy, czyli – Adama Hrebnickiego…

rejman-gra-na-instrumentachWacław Stankiewicz i Adam Hrebnicki
Wacław gra na cytrze.

rejman-gra-na-instrumentachRodzina Hrebnickich i Stankiewiczów w sadzie pradziadka – pierwszy z lewej Adam Hrebnicki, szósta z lewej Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Zana “Promienistego”, a piąta z prawej – Julia Hrebnicka, później Rejmanowa – moja mama.

Autor obu zdjęć powyżej: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki.

W harcerstwie pod koniec wojny (4)

Klucz-mchy-porostyKarolina Lubliner-Mianowska

Gdy w czasie wojny Karusia zajmowała się ogrodem i szklarniami w Konstancinie, była już doktorem nauk przyrodniczych i autorką  publikacji na pasjonujące tematy – mchy i porosty. Oto jedna z nich, wydana w roku 1935 w Instytucie Popierania Nauki Kasy im. Mianowskiego.

Kolejna praca Karusi na temat mchów i porostów ukazała się nakładem “Naszej Księgarni” Związku Nauczycielstwa Polskiego w roku 1937.

mchy-porosty2jpgNajbardziej zastanawia mnie, że obie te publikacje ukazały się już przed wojną pod podwójnym nazwiskiem, podczas gdy rodzina jest przekonana, że Karusia nigdy nie wyszła za mąż, a Mianowska było pseudonimem konspiracyjnym, zachowanym i po wojnie, co w końcu mogło być zrozumiałe. Dla mnie w każdym razie byłoby bardziej zrozumiałe niż nagłe spojrzenie na jakąś skrywaną skrzętnie tajemnicę rodzinną. Nie pierwszą zresztą i zapewne nie ostatnią.

Druga z publikowanych tu dziś relacji (Opowieść o sardynkach)  nie ukazała się w relacjach harcerek, czyli jest to kolejny zapis li tylko archiwalny.

Wyprawa po zboże

Karusia-zboze-male0Było to w lutym 1945 r. Niemcy cofali się już na zachód i podwarszawskie osiedla były już wolne. Ale skutkiem zmiany waluty, warunki bytu naszego internatu, w którym schroniło się 50 pogubionych warszawskich dzieci, były coraz trudniejsze. Nie miałyśmy nowych pieniędzy, a zapasy żywności były na ukończeniu. W tej sytuacji poszłam po pomoc „komandira” radzieckiej jednostki wojskowej, która stała w jednej z sąsiednich wsi. „Komandir” wysłuchał mojej skargi, pogadał chwilę z towarzyszami, zajrzał w jakieś papierki i w rezultacie dał mi na piśmie zlecenie do gminy Nowo-Iwiczna, żeby wydano nam 10 worków zboża. Z cennym tym papierkiem pognałam do domu i zaraz zaczęłyśmy organizować wyprawę po upragniony chleb. Konia z wozem użyczył nam darmo jeden z gospodarzy spod Skolimowa, więc wziąwszy do pomocy dzielną opiekunkę dzieci Jadzię Kajferowicz, już na drugi dzień o mroźnym świcie wyruszyłyśmy w drogę. Towarzyszyła nam jeszcze choć wbrew naszej woli domowa suka „Pluskwa”. Zwierzę rudobrunatne jak jej imienniczki, było miłe, ale bardzo źle wychowane. Po drodze goniła wszystkie kury po wioskach, za co kilometrami goniły nas soczyste przekleństwa gospodyń.

Karusia-zboze-male1Podróż trwała dobrych kilka godzin, więc zmarznięte na kość stanęłyśmy przed Urzędem Gminy Nowo-Iwiczna. Wójt posłusznie zgodził się zrealizować komandorską kartkę i wskazał, u którego gospodarza mamy dostać żyto. Jeszcze kawałek drogi i wreszcie wchodzimy do ogrzanej izby. Żywimy cichą nadzieję, że może nas czymś poczęstują, bo jakieś jadło perkotało na kominie w garnkach. Ale nie było tak dobrze i trzeba było poprzestać na powąchaniu. Po małej chwili gospodarz zaprowadził nas do stodoły, gdzie istotnie leżało kilkanaście pełnych worów. Z pomocą naszego gospodarza ładują na wóz 10 zawiązanych, pełnych worków. Dziękujemy serdecznie i natychmiast wyruszamy z powrotem. Oczywiście nie do domu, ale prosto do młynarza w Skolimowie, gdzie stajemy już o zmroku. Nasz gospodarz zaczyna się już bardzo śpieszyć do domu. Wobec tego zrzuca worki na ziemię przed młynem, utargowuje od nas „Pluskwę” jako wynagrodzenie za jazdę i znika w ciemnościach razem z Jadzią, którą ma odwieźć do internatu. Zostaję pod młynem sama, z 10 workami żyta i nadzieją na chleb. Po dłuższym czasie zjawia się młynarz, pan Korda, mały pękaty człowieczek. Wnosi z pomocnikiem jeden worek do młyna, rozwiązuje go bierze garść życia, ściska „fachowo” w ręku i nagle odrzuca je z obrzydzeniem, jakby ścisnął kolce. Patrzę na niego i jeszcze nie rozumiem. A młynarz aż podskakuje ze złości i wrzeszczy: „co oni wam dali? Przecież to mokre żyto. W ziemi je chyba trzymali. Ja tego nie mogę wziąć na młyn, to kamienie zatrze. I w ogóle żadnego chleba z tego żyta nie będzie. Ono już porosło.”

Ogarnia mnie czarna rozpacz. Nie będzie chleba dla naszych dzieci. Nadarmo wszystkie starania i trudy. Oszukano nas bezczelnie. Czemu miałyśmy takie zaufanie do tych chłopów, że nie rozwiązałyśmy worków i nie zbadały, co nam dają? Czemu mierzyłyśmy tych ludzi własną miarą? Siedzę na progu młyna i płaczę jak małe dziecko. Młynarz Morda stoi przy mnie i klnie, bo taka jest jego męska reakcja na łajdactwo. Chyba nie ruszę się stąd i nie wrócę do domu. Bo co im powiem? Gdzie obiecany chleb?
Po jakiejś godzinie może przyjechał do młyna jakiś chłop ze swoim zbożem. Młynarz postawił warunek: zmiele mu żyto, jeśli najpierw odwiezie mnie i moje worki do wskazanego miejsca. Ładują na wóz nieszczęsne żyto, a potem i mnie, nieczułą już i oklapłą jak pusty worek.

Przepisała z rękopisu Kary Lublinerówny-Mianowskiej harcmistrzyni ZHP, Emilia Węglarzówna, w styczniu 1964 roku.

Wiosenna wyprawa do Pruszkowa

Było to już w marcu, a więc po wyjściu Niemców. W naszym internacie dla warszawskich dzieci głodno było w dalszym ciągu. Raz dostałyśmy wspaniały dar od Szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Była to beczułka borówek, 6 krążków sera i 2 skrzynki sardynek. Podpisałam osobiście oświadczenie, że produkty powyższe zostaną spożyte a nie sprzedane. I oczywiście po powrocie do domu musiałam jednak częściowo nie wypełnić swego zobowiązania. Borówki i ser używaliśmy dla urozmaicenia naszych skromnych posiłków. Ale sardynki. Raz spróbowałam użyć je na chleb. Ale 2 pudełka stanowiły posiłek tylko symboliczny na 50 kilka osób. Natomiast u bogatych ludzi w Konstancinie i okolicy dawano mi za pudełko sardynek kilogram smalcu. A to już stanowiło niezłą okrasę i starczało na dwa dni. Więc prowadziłam handel wymienny tymi sardynkami i jakoś nikt tego przestępstwa nie zauważył.

Karusia-pruszkow1malyAle trzeba było wreszcie zrobić wyprawę do władz R.G.O., żeby wydostać jakieś jeszcze przydziały żywnościowe. Drogę do Pruszkowa opisałam już w poprzednim rozdziale. Teraz szłam tym samym szlakiem, z tą tylko różnicą, że błoto na drogach było jeszcze gorsze. Ponieważ nie miałyśmy ani chleba, ani nowych pieniędzy, wzięłam na drogę zamiast tego kawałek szwedzkiego sera, z nadzieją wymienienia go na chleb. Następną trudnością była sprawa korzystania z kolejek bez pieniędzy. Jeździłam więc „na gapę” tłumacząc konduktorom, że muszę koniecznie pojechać, choć i bez biletu. Tym trybem dobrnęłam dopiero około południa do Pruszkowa – było więc za późno, żeby coś załatwić. Przypomniałam sobie, że w Milanówku mieszka drużynowa warszawska Nina Saska. Miałam jej adres, więc wesolutko, zabłocona i mokra po pas, zapukałam do jej drzwi. Otworzyła mi jej ciotka i powiedziawszy że Nuna wyjechała do Podkowy Leśnej, ale adresu jej nie zna, zatrzasnęła czym prędzej drzwi. Ładna historia. Gdzie tu się podziać w pięknej osadzie Milanówka. Karusia-pruszkow2malyJakiś przechodzień podał mi adres sióstr zakonnych, u których podobno można przenocować. Poszłam. Siostry bardzo wystraszone powiedziały, że im nie wolno brać na nocleg – i dały z kolei adres Czerwonego Krzyża, który jakoby miał schronisko. Tabliczka Cz. Krzyża była owszem na domu, ale schronisko było dopiero w projekcie. Tymczasem było już późno, zupełnie ciemno, a moje przemoczone i zmarznięte nogi nosiły mnie coraz trudniej. Wreszcie spotkałam bryczkę, na której jechali milicjanci. Ucieszyłam się bardzo, gdy mnie zatrzymali i wylegitymowali, bo może oni coś będą wiedzieć o możliwości noclegu. Istotnie, zgarnąwszy z posterunku jeszcze jednego poszukiwacza noclegu, młodzieniec uzbrojony w karabin maszynowy wyruszył z nami w ciemność. Po bezskutecznych próbach w paru miejscach, w jednym, wyraźnie bogatym i eleganckim mieszkaniu, mój opiekun oświadczył gospodarzom, że muszą mnie przenocować bez gadania. Dla ich bezpieczeństwa zabrał mój dowód osobisty, miałam go odebrać rano na posterunku. Usiadłam na krześle w przedpokoju, zbyt zmęczona, żeby ruszyć się z miejsca. „Gościnni” gospodarze po jakimś czasie położyli w kącie eleganckiej jadalni 2 słomianki, na nich jeden dywanik i zaofiarowali to legowisko, bardzo odpowiednie dla domowego pieska. Następnie zasiedli do obfitej kolacji, nie proponując mi nawet szklanki wody. Wyszłam zatem do kuchni i, odbywszy krótką naradę z pomocnicą domową, skorzystałam z tego, że gospodarze zajęci byli jedzeniem, żeby umyć się porządnie w ślicznej, ogrzanej łazience. Było to bardzo potrzebne, bo nogi miałam zabłocone wyżej kolan. Taż sama pomocnica umożliwiła mi rozpuszczenie w szklance wrzątku trochę zupy w proszku, jaki zabrałam z domu. Z chleba i sera nie było już ani śladu. Następnie podłożywszy sobie zwinięty sweter pod głowę, wyciągnęłam się na dywaniku.

Przyznam , że poprzez wszystkie lata wojny i wszystkie wędrówki po kraju nie zdarzyło mi się spotkać z taką stuprocentową obojętnością ze strony ludzi, którzy niewątpliwie mieli pretensje do kultury i inteligencji.

Na drugi dzień odzyskawszy swój dowód na posterunku pojechałam na gapę do Pruszkowa, aby załatwić sprawy naszego domu u władz R.G.O.

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.

W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych