Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – cz 5.

Andrzej Rejman

Jeszcze jeden dokument z tamtych czasów –

Przyjaciółki – łączniczki przysypane gruzem podczas bombardowania na początku września 1944 ulicy Miodowej 23 (szpital powstańczy) – rozdzielone i ewakuowane – jedna do szpitala w willi “Gloria” w Milanówku (“Elżbieta”), druga (“Rysia”) do szpitalika w willi “Zalesie”.

Oryginalny_list_Rysi_Lutostanskiej_do_Julii_Hrebnickiej_List “Rysi” (Marii Lutostańskiej) do “Elżbiety” (Julci Doktorowicz-Hrebnickiej) –
4 października 1944

Kochana Elżbieto!

Jestem w Milanówku, w willi Zalesie. Warunki ogromnie prymitywne. Ze szpitala wolskiego nic mi nie dali poza kocem, leżę więc na sienniku bez poduszki, na ziemi. Lekarstw tu żadnych nie ma. Wzdycham więc do wygód szpitala wolskiego. Siostry tylko są tu uprzejmiejsze. Zdrowie moje bez widocznych zmian. Temp. do 38 st. a czasem nawet jak wczoraj – 39. Bardzo jestem ciekawa jak Ty się czujesz, chciałabym do Ciebie się dostać. Czy to jest możliwe? Czy możesz zrobić coś w tym względzie? Mila została jeszcze w Warszawie. Cały dzień kręci się między chorymi.

Całuję Cię serdecznie.

Rysia.

4.X.44

***
Obie przeżyły wojnę.

Julia Hrebnicka (“Elżbieta”) – wróciła przez Opoczno i Kraków do Warszawy i podjęła po wojnie pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, gdzie zajmowała się badaniami pyłków roślin w pokładach węgla brunatnego.

Jakie były powojenne losy “Rysi” nie wiem. Może ktoś wie?

http://www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Maria_Penno

Warszawa_ok_1946_stoi_Julia_HrebnickaJulia Doktorowicz-Hrebnicka już z protezą stopy – w zrujnowanej Warszawie – około 1946 roku, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego (3)

Andrzej Rejman                  1._miasto_2015_wwa (1)

 

Warszawa 2015 rejon Ronda “Radosława”

Warszawa, koniec lipca 2015. Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania. Upał! Będzie burza!

Przeszedłem ulicami miasta, którego miało już nie być, miasta, które miało definitywnie zostać wymazane z mapy świata.

Ulice roześmiane, rozedrgane, na Krakowskim Przedmieściu słyszy się głównie języki obce… przepełnione kawiarnie, Japończycy fotografują tablice poświęcone Powstańcom…

Idąc ulicą Miodową – przeszedłem obok – przeoczyłem właściwie to miejsce – Miodowa 23.

2._Warszawa_Miodowa_23_fot_St_Hrebnicki_ok_1946Zburzony fragment ulicy Miodowej 23, fot Stanisław Hrebnicki ok r. 1946

Tu właśnie 1 września 1944 roku po bombardowaniu szpitala – z gruzów wyciągano pozostałych żywych rannych – między innymi moją mamę, łączniczkę “Elżbietę”.

Komendantką szpitala polowego była dr Zofia Maternowska (“Przemysława”),

Z opowiadań rodzinnych wiem, że o mało nie rozstrzelali wszystkich, ale ranni Niemcy, którzy byli w szpitalu poświadczyli o ich dobrym traktowaniu, co uratowało wszystkich rannych.

Z innych opowieści rodzinnych wynika, że “Elżbieta”, znająca dobrze niemiecki starała się (co podobno się nawet udało) powiadomić jednego z dowodzących akcją Niemców, o przypadkowo usłyszanej przez nią rozmowy w języku rosyjskim (może żołnierze RONA?), o zamiarze likwidacji rannych…

Fragmenty wspomnień Stanisława Tyskiego (listopad 1971 r.):

… W Powstaniu “Elżbieta” pełniła funkcję łączniczki sztabowej ppłk. “Radosława”…

W czasie walk na Starym Mieście… została ranna, ugodzona odłamkami granatu w głowę i pierś. Rany na szczęście okazały się niegroźne, po kilku dniach czując się rekonwalescentką “Elżbieta” włączyła się do pomocy służbie sanitarnej …Tymczasem na Starym Mieście sytuacja Powstańców stawała się coraz bardziej krytyczna… zdecydowano ewakuację kanałami do Śródmieścia… W szpitalu odwiedzał “Elżbietę” pewien oficer, z którym zaprzyjaźniła się w czasie walk (prawdopodobnie był to “Klara”, Stanisław Wierzyński, przyp. mój)… po jego namowach, nastrój ewakuacji udzielił się także “Elżbiecie”. Szykowała się do opuszczenia szpitala. Wtem usłyszała zwrócone pod jej adresem zapytanie jednej z ciężej rannych koleżanek, “czy i ty także nas opuszczasz?” W jednej chwili “Elżbieta” uświadamia sobie w pełni moralną stronę tego zagadnienia. Postanawia pozostać z rannymi. Nie pomogły prośby i nalegania gotowego do drogi, zaprzyjaźnionego oficera. Nie miała także decydującego znaczenia otwierająca się przed Nią perspektywa dalszej czynnej walki, perspektywa życia, którego uosobieniem była ona sama. “Elżbieta” pozostała w szpitalu. Nastrój panujący tam wówczas obrazowo przedstawił Stanisław Podlewski w książce “Przemarsz przez piekło”.

Następnego ranka samoloty niemieckie zrzuciły na szpital około 8 bomb. Byli zabici i ranni. “Elżbieta” i “Rysia”, koleżanki z pracy konspiracyjnej, obie łączniczki sztabowe ppłk “Radosława”, uległy przysypaniu. Odłam zawalonego stropu zmiażdżył im stopy – jednej prawą, drugiej – lewą…

Dalej Stanisław Tyski wspomina:

…Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po natrafieniu na ślad Julci (“Elżbiety”, przyp. mój) w Milanówku, odwiedziłem ją w szpitalu. Był to 15 października 1944 roku. W olbrzymiej sali, na siennikach rozpostartych na ziemi leżało kilkadziesiąt okaleczonych dziewcząt. Wśród nich ujrzałem Julcię, ze wzruszenia bladą jak papier… Zaraz na wstępie rozmowy zobowiązała mnie do dania jej bezwzględnie szczerej odpowiedzi na pytanie, które zamierza mi postawić. Nurtowała ją wewnętrzna rozterka – czy pozostając z rannymi w szpitalu postąpiła słusznie? Czy nie należało raczej przedzierać się do Śródmieścia, aby dalej walczyć? Czy pozostanie w szpitalu nie może być poczytane za dezercję, przypłaconą kalectwem, na które naraziła się z irracjonalnych względów. Zapewniłem ją, że w moim przekonaniu podjęła decyzję słuszną i dojrzałą – po prostu godną człowieka – inaczej postąpić nie mogła. Zdawała sobie bowiem doskonale sprawę z tragizmu odczuć ciężej rannych kolegów, będących zdawało się w beznadziejnym położeniu. Nie do wszystkich sytuacji w życiu można przykładać wyłącznie miarę wartości racjonalnych, skoro życie człowieka wypełnione jest w znacznym stopniu treścią duchową, moralną. Po tej dramatycznej wymianie myśli Julcia z ulgą, głęboko odetchnęła, jakby zdjęto z Niej wielki ciężar, tym razem przygniatający nie ciało tej bohaterskiej dziewczyny – a duszę.
Dowództwo Armii Krajowej jednoznacznie oceniło zachowanie się “Elżbiety” w szpitalu – przyznano Jej Krzyż Virtuti Militari za wysokiej rangi osobiste męstwo na polu walki.

(skrót powyższych wspomnień Stanisława Tyskiego został opublikowany w tygodniku “Stolica” w 1971 roku pod tytułem “Nasza Elżbietka”, przyp. mój.)

Stanisław Tyski (1913-2002) – geolog

W latach 1940-1944 działał w konspiracji jako ppor. Stefan, następnie Tomek, jako szef wyszkolenia w Związku Odwetu przy Komendzie Głównej ZWZ, przekształconego w 1942 w Kierownictwo Dywersji Kedyw, gdzie był współtwórcą i organizatorem kursów sabotażowo-dywersyjnych. W 1943 nominowany na podporucznika, został zastępcą dowódcy szkolenia. W przeddzień Powstania Warszawskiego, w lipcu 1944, wraz ze Stefanem Zbigniewem Różyckim w skrzyniach przygotowanych przez Niemców do ewakuacji wymienił materiały naukowe na makulaturę, a później wraz z kilkoma geologami ukrył je pod ziemią na terenie Instytutu… (Wikipedia)dalej w życiorysie S.T. w Wikipedii jest chyba jakaś nieścisłość, ale to sprawa do wyjaśnienia przy innej okazji…

3_Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_1 (1) 4._Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_2

Kartka “Elżbiety” ze szpitala w Milanówku do Stanisława Tyskiego (ze zbiorów rodzinnych)

***

List do rodziców wysłany przez Julię Hrebnicką (“Elżbietę”) w październiku 1944 z Milanówka

Najdrożsi moi!

Nareszcie Was odnalazłam. Skąd wzięliście się w Opocznie?
Co z Kazikiem?
Ja leżę ranna w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Milanówku –
przewieźli mnie tu przed paru dniami ze szpitala warszawskiego.
Niestety muszę się przyznać, że amputowali mi stopę.
Ale nie martwcie się – to cud Boski, że w ogóle żyję i resztę nóg i rąk
mam w porządku – z pod tak strasznych gruzów mnie wyciągnięto.
Operację zrobili 7 września.
Gojenie na dobrej drodze – ale jeszcze nie wstaję. Opatrunki teraz co 3-4 dzień.

Odnalazłam Weinzieherów w Komorowie i trochę koleżanek tutaj i oni się mną opiekują. Tu pielęgniarką jest Bożenka.

Jeżeli p. Karasińska jest z Wami, to powiedzcie jej, że widziałam Hankę w końcu sierpnia w okolicy Długa-Miodowa. Pewno dostaniecie depeszę od dra Bocheńskiego o mnie, bo pisałam do niego.

Czy Papciółko może przyjechać mnie odwiedzić?
Zupełnie nie orientuję się, czy to możliwe.
Ale tak chciałabym kogoś z Was zobaczyć!

Tylko naprawdę nie martwcie się – bo tu jest zupełnie możliwie, a głupią nogą nie ma się co przejmować – ja się tylko cieszę, że żyję i że tu jest zielono i spokojnie.

Całuję bardzo, bardzo mocno,

Julcia

***

Zbigniew Zygmunt Ziemięcki – ps. Gałązka”
1. oficer Kedywu K.G. A.K.
napisane w Choroszczy 12.10 1973 roku
(dotychczas prawdopodobnie nigdzie nie publikowane)

O “Elżbiecie” – Julii Doktorowicz- Hrebnickiej jeszcze słów kilka.

“Nasza Elżbietka” (nawiązanie do artykułu Stanisława Tyskiego o tym tytule zamieszczonego w “Stolicy” w 1971 roku, przyp. mój. A.R.) – to tytuł szeroko pojęty. Nasza – to znaczy i nas rannych, którzy przebywaliśmy z Nią razem w szpitaliku na Krzywym Kole. Autor wspomnienia w nr 39 “Stolicy” Stanisław Tyski ożywił w pamięci tamte dni, rozjaśnił obrazy zdarzeń i przeżyć, które pragnąłbym przekazać czytelnikom.

Ppłk. “Radosław” ranny na Powązkach 11 sierpnia 1944 r. został przeniesiony do mieszkania “Krzysia” (Tyszkiewicza) na Krzywym Kole i w ten sposób powstał szpitalik prowadzony przez szefową łączności Kedywu K.G. “Przemysławę” (dr Zofię Maternowską).

Wszyscy z bliskiego otoczenia ppłk. “Radosława” po zranieniu byli przenoszeni na Krzywe Koło. Ranny 13 sierpnia przy rozpoznawaniu pozycji nieprzyjaciela na ulicy Inflanckiej odłamkiem moździerza salwowego w lewa nogę nie pozwoliłem podkomendnym odnieść się do szpitala. Poleciłem przeniesienie mnie na drugie piętro kamieniczki przy ulicy Długiej, narożnik Barokowej. Nie znosiłem nastroju piwnicy i szpitala. Moja łączniczka bojowa “Nina” (Wyleżyńska) i łącznik “Wojsław” (nazwiska nie pamiętam) – dostarczali na żywo informacje o losach 1-szej kompanii batalionu “Miotła”, plutonu “Niedźwiedzi” i Grup Szturmowych. 16 sierpnia kamieniczka, w której leżałem i miałem miejsce dowodzenia została trafiona pociskiem z działa kolejowego 600mm. Zostałem żywcem przysypany zerwaną ścianą szczytową i sufitem z poszyciem dachowym. Nieobecna w tym momencie “Nina” po przybyciu na miejsce wskazała żołnierzom miejsce gdzie mogę leżeć pod gruzami i wspólnie z nimi odkopała mnie. Po zastosowaniu sztucznego oddychania przywrócono mnie do przytomności i z pomocą rannego por. “Brzozy” (Wacław Micuta) zaprowadzono z ogromnymi trudnościami do szpitalika na Krzywe Koło. Tak wiec 16 sierpnia znalazłem się na Krzywym Kole.

Po minięciu szoku, zorientowałem się, że leżę na podłodze w dużym pokoju z całym szeregiem oficerów i łączniczek.

Na jednym łóżku przy wejściu ppłk. “Radosław”, dalej ppłk Kmita” (Sztompka), por “Brzoza”, por “Julek” (nazwiska nie pamiętam), plut. podchorąży “Lewandowski” (nazwiska nie pamiętam), plut. podch. “Miecz”(Kurzyna) i inni oraz łączniczki “Wiktoria” (Borczyk), “Scarlett” (Tonchu Tu) i pod oknem wychodzącym w stronę Wisły, na fotelu “Elżbieta” (Doktorowicz-Hrebnicka).

Nie na ścisłych informacjach opiera się Pan Tyski mówiąc, że była lekko ranna. “Elżbieta” była poważnie kontuzjowana – nie wolno jej było się poruszać.

“Elżbietę” poznałem jeszcze na Woli na terenie zdobytego Monopolu przy ulicy Dzielnej.

W szpitaliku przy ulicy Dzielnej doktor “Przemysława” dokonywała cudów medycznych nie mając wyposażenia w narzędzia chirurgiczne ani w środki opatrunkowe. Mnie wyciągnęła odłamek z piszczela obcęgami ślusarskimi.

“Elżbieta” była pierwsza, która mnie pocieszyła, mówiąc: – “Panie poruczniku, jak widzę nie dał się Pan”.

Jej pogodne usposobienie i pełna optymizmu postawa były kojące. W czasie codziennych opatrunków nigdy nie wydała jęku.

Położenie nasze na Starym Mieście było coraz tragiczniejsze. Kamieniczka, w której mieścił się szpitalik, była ostrzeliwana z czołgów od strony Wisły. Były chwile, że widoczność w pokoju malała do zera. Nie było widać własnej dłoni wyciągniętej na długość ramienia. Pod wpływem trafień pocisków wapno odpadało od ścian i rozpylało się, tworząc w pokoju mgłę wapienną.

“Elżbieta” leżała przy oknie. Nigdy się na nic nie skarżyła. Miała także chwile osobistej satysfakcji.

Oto 22 sierpnia przyniesiono ppłk. “Radosławowi” listę awansową i odznaczeniową Jego ugrupowania.

Sam ppłk. “Radosław” gratulował “Elżbiecie” odznaczenia Krzyżem Walecznych.

25 sierpnia cala kamieniczka zadrżała. Zaniepokojony zwlokłem się ze swego legowiska i o kuli pokuśtykałem na uliczkę Krzywe Koło. Widok był przerażający. Trzy pociski moździerza salwowego (tzw “szafa”) trafiły w ścianę szczytową, wzniecając pożar. Zachodziła konieczność natychmiastowego gaszenia. Jedynym sprawnym i w pełni sił oficerem był ppor. “Wileński” (Horodyński), który zorganizował grupę cywilów z moją pomocą i ugasił pożar.

Po kilkunastu minutach wróciłem do szpitalika. Wśród rannych panowała panika. I nagle odzywa się spokojny i górujący nad wszystkimi głos “Elżbiety”: “Prawda Poruczniku, że nic się nie stało?” Nic, absolutnie nic.

Tak, “Elżbieta” była optymistką.

Odwiedzał ją por. “Klara (Wierzyński), oficer Kedywu K.G. Rozmowy toczyły się zawsze w nastroju pogodnym.

Od 26 sierpnia zaczął odwiedzać ppłk. “Radosława” dowódca Grupy “Północ” płk. “Wachnowski” (Ziemski). Rozmowy prowadzone półgłosem nie dały się przed rannymi ukryć. Płk “Wachnowski” namawiał ppłk. “Radosława” do powrotu na linię do podniesienia morale walczących.

28 sierpnia ppłk “Radosław” opuścił szpitalik apelując do nas, aby kto czuje się na siłach poszedł za jego przykładem.

29 sierpnia wbrew protestom “Przemysławy” szykowałem sie do powrotu na linię. Niestety moja nieodłączna łączniczka bojowa “Nina” zaległa z 40 stopniowa gorączką. Zwróciłem się do “Elżbiety”, która w dalszym ciągu leżała unieruchomiona, z apelem, aby na “Ninę” uważała.

“Elżbietę” spotkałem dopiero w 1946 roku w Krakowie, na ulicy.

Oto, czego się dowiedziałem – “Przemysława” 31 sierpnia z pozostałymi pod jej opieką rannymi przeniosła się do szpitala na ulicę Miodową 23, wyrażając niezłomne postanowienie nie ewakuowania się do Śródmieścia, a pozostanie z rannymi. Była to decyzja bohaterska, bo wiadomo było, że Niemcy w dotychczas opanowanych szpitalach powstańczych zabijali nie tylko rannych, ale i personel medyczny.

“Elżbieta” na Miodowej włączyła się natychmiast do służby sanitarnej, wobec braku dostatecznej liczby personelu. Nie udało się por. “Klarze” namówić Jej do przejścia kanałami na Śródmieście. Przykład “Przemysławy” zapalił zawsze gotową do ofiar Julię do nie opuszczenia rannych. Była to odwaga, granicząca z determinacją.

Reszta wspomnień Stanisława Tyskiego zgadza się. Nieszczęście chciało, że na jednym łóżku leżały – “Elżbieta” z “Rysią” (Maria Lutostańska), moją łączniczką z Woli, z Monopolu.

Wierność przyjaźni Julii ze mną wyrażona w ciągłej, nieustającej korespondencji w okresie prawie 10 lat, aż do nieodżałowanej śmierci, jest przyczyną, dlaczego uważam to wspomnienie za hołd pamięci bohaterskiej Polce.
***

Julia Hrebnicka  (1944)

Nie boli…nie…
Rozpływa się
W zielonej mgle
Zielony kask…

Uklęknął polny kwiat
Pod ciężką kroplą krwi,
O Dobry Święty Piotrze
Do nieba otwórz drzwi…

Zadźwięczał w sadzie ptak
I zadrżał wiatr…
Nadchodzi noc…
Idzie dusza żołnierza młodego
W światłość wiekuistą
Weź ją pod swą opiekę
Matko Boża
Matko Najświętsza,
Matko Przeczysta.

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (2)

1_Malgorzata_Doktorowicz-HrebnickaAndrzej Rejman

Babcia Małgorzata. Zabajkale

Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki ok. 1912

Biorę do ręki zapisane ołówkiem dzienniki babci Małgorzaty z podróży zabajkalskiej z lat 1913-1914. (Dla przypomnienia, podróżowała z mężem – Stanisławem, który na zlecenie Komitetu Geologicznego w Petersburgu prowadził badania oraz opracowywał mapy geologiczne na południe od jeziora Bajkał)

Po żmudnej redakcji wielu osób wspomnienia te zostały opublikowane przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie, ale czytanie ich w oryginalnej wersji jeszcze szybciej przenosi mnie o sto lat wstecz. W zeszycie znajduję pozostawione przez babcię zasuszone kwiaty i rośliny, skrawki rysunków…

2.dzienniki_zabajkalskie_Malgorzaty_HrebnickiejDzienniki zabajkalskie babci Małgorzaty

Czytam fragment o Buriatach i ich wierzeniach:

(20 lipca 1914 Zabajkale, rejon rzek Ubukun i Orongoj, płn-wsch od Jeziora Gęsiego)

…Po przyjeździe bardzo prędko zrobiła się burza. Ze wszystkich stron grzmiało, chmury szły w różnych kierunkach. Na koniec stanęły prawie, bo wiatru zupełnie nie było. Bardzo straszno, bo zupełnie cicho, deszczu ani kropli, a tymczasem pioruny łoskoczą. Jeden uderzył w ziemię o jakie półtorej wiorsty stąd. Deszcz zaczął padać już przy końcu i bardzo mało.

5._Zabajkale_Malgorzata_Hrebnicka_na_ulubionym_koniu_Babcia Małgorzata na koniu (pod tekstem drugie, podobne zdjęcie)

Dżamasaran* mówi, że u nich w książkach pisze na konto burzy tak: lata bóg Łun po niebie i ogonem macha (błyskawica). A ogon złożony z obręczy i stąd huk. Czasem spada, jak było razu jednego, tak że cielsko 2-wiorstowe zagrodziło całą rzeczkę. Potem jest taki rak, który połyka słońce, księżyc przy zaćmieniach, nowiu. To jest zemsta z następującego powodu: w niebie urny z ofiarną wodą pilnował pies, goły, bez sierści. Razu jednego zrobiło się mu bardzo zimno. Wtedy powiedział rak: „dam tobie skórę z sierścią, a ty mi pozwól podejść do ofiarnej urny”. Pies zgodził się i odtąd chodzi obrośnięty sierścią. A rak wypił wodę świętą i zachował się bardzo nieprzyzwoicie. Bogowie, zobaczywszy co się stało, bardzo przerazili się. Wylać zawartości urny nie można było, bo płyn trafiłby na ziemię i spowodował wielkie zniszczenie, gdyż był bardzo jadowity. Zebrali się bogowie na naradę, urządzili posiedzenie i koniec końców zdecydowali wypić płyn. W rezultacie twarze im trochę pociemniały. Jeden święty rozciął raka po połowie. Tylną część bardzo jadowitą, która upadła na ziemię, zmleli i z proszku tego zrobiły się meszki (z drobniejszych części), osy i inne (z bujniejszych), a także węże, w ogóle wszelkie żywioły trapiące człowieka. Rak teraz mści się, a że niema tylnej części, więc połknięte słońce, księżyc zaraz że znowu wychodzą w całości. Ziemia jest płaska, a ludziom dlatego zdaje się, że kulista, bo w ziemi jest magnes, który jeżeli płynąć na okręcie przyciąga strzałkę kompasa i tylko zdaje się, że okręt jedzie w tym samym kierunku, temczasem on zmienia takowy i przypływa do tego samego miejsca, zkąd wyszedł. Nic żyjącego nie możno zabijać, nawet mrówki, chyba nie chcąc, a także węża, bo chociaż ostatni i zabija człowieka swoim jadem, ale człowiek na przykład zarzyna baranów, a jego za to nikt nie zabija. Mniejszy grzech zabijać zwierzynę, ptaków z fuzyi, niż za pomocą kopanych jam i innych sideł, bo w ostatnim wypadku zabijanie liczy się od chwili postawienia pułapki aż do końca, a po wtóre zwierz zastrzelony omyli się i stanąwszy przed bogiem powie, że jego piorun zabił.

4_Zabajkale_oboz_fot_Stanislaw_Doktorowicz-HrebnickiDżamasaran obiecał lamie, że tylko do 50 lat będzie zajmować się myślistwem. Za to, że teraz poluje nie ma prawa rżnąć baranów, krów, w ogóle domowych zwierząt.

W religji ich tak samo jest przedstawienie o raju i piekle. Raj – ogród, gdzie dużo jagód i różnego jedzenia, nie gorąco, nie chłodno, nic nie trzeba robić. Piekło – kilkanaście więzień z różnemi mękami, gdzie piłują, wlewają płynny ołów do uszu tym, kto podsłuchiwał i t. p. Ludzie na tamtym świecie średniej grzeszności nie idą do piekła, a zamieniają się w różne zwierzęta, płazy.

3 „империи” (królestwa, przyp. mój): jedna, tam gdzie my żyjemy, druga nad nami i 3-cia pod nami, w których żyją tacy sami ludzie. –

___________________

*Dżamsaran – buriacki przewodnik

3._Malgorzata_Doktorowicz-Hrebnicka_na_koniu_

 

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (1)

Malgorzata_Hrebnicka_zrywa_kartke_z_kalendarza_PetersburAndrzej Rejman

Babcia

Babcia Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka odeszła ostatnia.
Wszyscy jej najbliżsi, oprócz wnuka, piszącego te wspomnienie – zmarli wcześniej. Dwoje małych dzieci pochowała jeszcze w Rosji, tuż po rewolucji.

Syn Kazimierz został rozstrzelany w sierpniu 1944 pod Skierniewicami, gdy miał 22 lata. Nie udało mu się dotrzeć do Sadu Pomologicznego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (sad ten był od początku okupacji pod zarządem niemieckim). Kazimierz chciał schronić się u Aleksandra Rejmana, kolegi ze studiów swej siostry Julii. Niestety, nie mając przy sobie dokumentów, został zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i na miejscu rozstrzelany 18 sierpnia 1944 roku.
Akurat w tym czasie były alianckie zrzuty i Niemcy przeczesywali teren.

Malgorzata_Hrebnicka_z_corka_Julia_Petersburg_ok_1916Córka Hrebnickich, Julia, jako jedyne ich dziecko przeżyła wojnę, lecz zmarła po ciężkiej chorobie w 1970 w Warszawie, osierociwszy 13 letniego syna, Andrzeja.
Mąż babci – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki odszedł w grudniu 1974 roku przed Nowym Rokiem, w ciszy, niepostrzeżenie, jakby we śnie.

Był od żony starszy o rok. Wykształcony w petersburskiej Akademii Górniczej geolog, kartograf, badacz złóż węgli, zabierał żonę na wyprawy geologiczne. Tak było w latach 1913-1914, gdy pojechali razem na Zabajkale. Byli rok po ślubie. Z wypraw tych babcia Małgorzata przywiozła notatki, rysunki, szkice, i wiele wrażeń i sił do dalszego życia. A czasy były niespokojne. Z drugiej wyprawy na Zabajkale wracali tuż po rozpoczęciu Pierwszej Wojny Światowej.
Babcia skrupulatnie pisała dzienniki podróży, dzienniki lektur, pisała dużo i ładnie, często nawiązując do otaczającej przyrody, dodając swe refleksje nad losem i ludzkością.

Urodzona w styczniu 1890 roku, (w grudniu 1889 wg starego juliańskiego kalendarza, który zmieniono dopiero w 1917 roku) wychowywała się z matką, najpierw w Moskwie, potem w Petersburgu.

Zabajkale_1913_fot_St_Hrebnicki_na_pierwszym_planie_MalgUkończyła z wyróżnieniem (złoty medal) Gimnazjum Żeńskie w Moskwie w 1907 roku, a w 1912 roku uzupełniające kursy pedagogiczne uprawniające do nauczania w niższych klasach szkoły średniej.
Obdarzona nie tylko talentem literackim, ale też oryginalną urodą, żywym temperamentem i humorem, co znalazło wyraz także we wspomnieniach, które pisała.
Większość zachowała się – część z nich została wydana przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie – najciekawsze fragmenty przytoczę w następnych odcinkach.

zdjęcia – fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki:

1/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka z córką Julią, Petersburg ok 1916.
2/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka zrywa kartkę z kalendarza, Petersburg ok 1914.
3/Zabajkale 1913. Na pierwszym planie Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka z koniem

Rodzina z punktu widzenia filozofii Zen

Ewa Maria Slaska

Ostrowski wszędzie, nawet w Berlinie

Cioci

Kilka dni temu zaprezentowałam naszą rodzinną książkę gości. Było w niej kilka wpisów z długimi tekstami, które jednak muszę przepisać, tak by każdy mógł się z nimi zapoznać. O jednym opowiem dziś, o innych – kiedyś. A reszta wpisu to już czysta filozofia Zen – nieważne gdzie zaczynasz opowieść, po prostu zacznij, a opowieść w pewnym momencie ogarnie cały świat. A więc historia typu Zen o Ostrowski(m)(ch).

Ci, którzy wędrują za mną od blogu do blogu na pewno znają już postać Dziadka – Wiktora Ostrowskiego – Ojca naszej autorki Mirki, którą na innych blogach nazywałyśmy i nazywamy Ciotuchną.

dziadek Wiktor W książce gości znalazła się kartka, napisana przez Dziadka dla Kasi. To właśnie pokazuje na czym polega nietypowość książki Boguckich w stosunku do innych obiektów tego typu. Miejsce tej kartki na pewno powinno było być gdzie indziej, ale jakby ktoś na Grunwaldzkiej odłożył ją gdzie indziej, to byśmy jej nigdy w życiu nie znaleźli. A tak jest.

Regulamin dla miłych gości nocujących

§   1. – Nie wychodzić z domu przed przyjściem.
§   2. – Nie opuszczać domu przed napełnieniem żołądka (kałduna).
§   3. – Nie wracać do domu później niż o 4 rano.
§   4. – Chrapać z mocą maksymalną 90 decybeli.
§   5. – W toalecie – w razie (chwilowego) braku papieru używać ręcznika lub firanki – a w żadnym razie nie obrusów.
§   6. – Nie budzić się przed godz. 9 z rana.
§   7. – O nic nie prosić – tylko żądać.
§   8. – Za nic nie dziękować, bo to dowodzi braku wychowania.
§   9. – Obsługa zna 4 języki i gość nie może do niej mówić piątym.
§ 10. – Zamawiać posiłki należy na 47 minut przed terminem ich podania.
§  11. – Nic nie szkodzi.

tekstdziadkawiktoraOtóż właśnie: Nic nie szkodzi.

To chyba było dewizą Dziadka i nam, dziewczynkom, zapewniało święty spokój. Mamy, babcie, ciocie, ojcowie mogli czegoś od nas chcieć, i z reguły chcieli, ale Dziadek… no Dziadek…

Widzę go jak siedzi przy biurku i pisze ten regulamin. Nic nie szkodzi. Po to go pisze, by napisać to jedno zdanie.

Biurko-dziadkaWiktora-kleinUwaga. Tak dziś wygląda biurko Dziadka Wiktora – rzeźby i paprotka są dodatkiem współczesnym, za życia Dziadka biurko musiało być duże i puste, tak by Dziadek mógł na nim stawiać pasjanse, o czym TU

Był z nami w teatrze na Pięciu Braciach Li (o czym TU) i zrobił nam najmilsze zdjęcie z dzieciństwa: to my, cztery kuzynki, w Łazienkach Królewskich.

W zeszłym roku ukazało się nakładem Muzeum w Stutthofie II wydanie książki Dziadka Warszawiacy w Stutthofie, w tym roku jego biografia napisana przez Wirginię Węglińską, pracownicę tego Muzeum.

warszawiacy-w-stutthofiewirginia

Ponadto pisałam lub pisałyśmy o Dziadku jeszcze TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU i TU, i po trochę TU, a nawet – choć zaledwie półzdaniem – TU. A jak to wszystko przeczytacie, to i tak nie będziecie wiedzieli, jaką niezwykłą postacią był Dziadek.

Po prostu był.

No dobrze, a Zen? No dobrze, a Berlin? Zen –  już wyjaśniłam, to opowieść, która chodzi własnymi drogami.  Zatem Berlin. Dziadka z Berlinem łączy wierszyk i stryjek jego żony czyli Babci Hali (jak się zresztą zaraz okaże – wcale nie stryjek tylko kuzyn).  Wierszyk był zawsze: Po Berlinie sobie tuptam, patrzę trup tu, patrzę trup tam. Ja znałam tylko tyle, ale Ciocia zna całe Dzieło. Dziadek je recytował z lubością i wszystkie to pamiętamy.

Berlin po nalotach

Jan Zaborowski


Po Berlinie sobie tuptam
patrzę: trup tu, patrzę trup tam,
Trupki całe, części trupka,
Rączka, pupka, część kadłubka,
Wyszczerzają w niebo ząbki.
Dziur jak w gąbkach, to od bombki,
W krąg współbraci chodzą grupki,
Układają trupki w kupki,
Czasem szepcą coś najciszej.
Cicho, ciszej, Himmler słyszy;
A tam wciąż gdzieś jeszcze w kątach
Wisi “V” na wszystkich frontach!

1943 r. “Luźna Kartka”

No tak, tyle w dzieciństwie wiedziałam o Berlinie. Po Berlinie sobie tuptam… Cóż to za wspaniały utwór. Pomyślmy – rok 1943,  wojna trwa już tak strasznie długo, ale jeszcze nie pojawiło się przypuszczenie, zamieniające się stopniowo w pewność, że Hitler kaputt. Mrok wojennej nocy bez końca. A tu pam pam pam pam, po Berlinie sobie tuptam...

…patrzę trup tu, patrzę trup tam, może nawet stryjek. Bo z tym stryjkiem to problem. Z jednej strony zniemczona gałąź rodziny, kto by to lubił przed wojną i podczas wojny, a i po wojnie – nie, ale z drugiej strony zza żelaznej kurtyny dobiegają wieści, że stryjek przeżył, że okazał się bardzo uczciwym człowiekiem, i na dodatek ważnym. Ciocia z lekka niepewnie potwierdza, że tak, że był stryjek Ostrowski w Berlinie. Był burmistrzem jakiejś dzielnicy, ma nawet jakąś ulicę. Ale gdy zaczynam szukać i znajduję Ottona, Ciocia się waha. No niby burmistrz, ale Otto! Z daty urodzenia wynika zresztą, że to nie tyle stryj, ile starszy syn stryja. Czyli dla Cioci – kuzyn.

Otto Ostrowski, (1883-1963).

Oto relacja Cioci: Wiem, że rodzina z Berlina gdzieś w początku XX wieku gościła w Warszawie, a raczej w Sulejówku u Dziadków Ostrowskich. Mama moja była wtedy kilkuletnią dziewczynką. Stryjostwo przyjechali w okresie Wielkiej Nocy. Jak miał na imię stryj, nie wiem, ale zgodnie z tradycją rodzinną najstarszy syn miał zawsze na imię Ryszard. Mój Dziadek urodził się w 1861 r., był najstarszy i miał tak na imię. Następny syn musiał mieć jakieś inne imię i mógł być ojcem Ottona. W czasie pobytu w Sulejówku stryjostwo byli z jednym dzieckiem, chłopak miał na imię Wilhelm, a jego matka – Matylda.

Gdyby Otton był tym “legendarnym” burmistrzem, co jest możliwe, to i tak o jego działalności niewiele było w rodzinie wiadomo. Ta niemiecka gałąź rodziny była pomijana przez polską rodzinę.

ostrowski-strNo tak, ale nazwa ulicy – Ostrowski a nie Ostrowsky – wskazywała by, że jednak rodzina była z Polski.

Był burmistrzem dzielnicy Prenzlauer Berg do roku 1933. Gdy Hitler doszedł do władzy, Otto został zwolniony z funkcji i aresztowany. Po zwolnieniu pracował jako zarządca domów mieszkalnych, imał się też innych dorywczych zajęć. Pomagał Żydom, prześladowanym i opozycjonistom. Był pierwszym po wojnie burmistrzem Berlina (1946-1947).

Ale najciekawsze w jego życiorysie jest to, że zdołał się narazić wszystkim po kolei partiom i rządom niemieckim. Mefistofeles – duch, który wiecznie przeczy.

Ciekawe, czy miał poczucie humoru?

Książka gości na Grunwaldzkiej

Ewa Maria Slaska

Oczywiście książka gości na ulicy Grunwaldzkiej wcale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj wyglądają takie wolumina, i właściwie wcale nie była książką gości. To moja siostra Kasia zebrała kiedyś latające luzem kartki z adresami ludzi, którzy czasem dodawali do tego jakiś rysunek lub tekścik. Kasia oprawiła te kartki w jedwab z podszewki naciągnięty na tekturę, nadając chaosowi typowy dla Boguckich pozór ładu.

ksiazka gosciRzecz się przyjęła na tyle, że Mama potem latami dokładała tam, co jej w rękę wpadło. Jak zwykle z wdziękiem, ale nadal bez ładu i składu. Z ogromnej masy kart, kartek i karteluszków wybieram kilka, takie które mają dla mnie specjalne znaczenie.

aramrybickiMaciek Grzywaczewski, Aram Rybicki i Anna Walentynowicz. Aram i Ania nie żyją. Zginęli w samolocie, który leciał do Smoleńska. Oboje zostali pochowani na “naszym” cmentarzu na Srebrzysku.

AnnaWalentynowicz***
Były i inne kartki niewątpliwie polityczne. Wizyta trzech Chińczykow w roku 1958. Przy podpisie jednego z nich Mama dodała, że był pracownikiem biura współpracy. Pamiętam bardzo dobrze ich wizytę. Przynieśli w prezencie niezwykłe wycinanki chińskie delikatne jak jedwab, były w domu jeszcze całe lata. Na odwrocie kartki z podpisami szkic Mamy, jeśli to jeden z tych Chińczyków, to przystojny był facet…

chinskiepodpisychinczyknaodwrocie***
Najbardziej przejmujący jest jednak wpis o tzw. “Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas wystepów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś  fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.

Dalej pewnie i Kasia może opowiedzieć, jak było, bo oczywiście obudziła się, i też brała udział w tym festynie. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.

chilijcy
Wszyscy się zapisali na kartce, Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

viktojarajara-podpisA potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973) – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci gen. Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

***
Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysz, o której niedawno pisał u nas jej syn. Jej wpisów w książce było więcej. W jednym skarży się, że nie chce się wpisywać do książki gości, bo przecież jest myszą a nie gościem.

mysz-w-ksiazce-gosci mysz-w-ksiazce-gosci (2)Zofia Radwańska-Paryska. Wraz z mężem Witoldem pisali książki o Tatrach. Poznałam ich dzięki Karusi podczas wspólnych wakacji w Tatrach. Nawet nie pamiętałam, że Zofia z jakąś inną osobą odwiedziła nas w Gdańsku.

radwanskaparyskaPoniżej kartka o naszzm ślubie (Marka i moim), śmieszna, bo…

slubEwaMarekSylwester przebierańców, też śmieszny…

sylwester1978sasiedzi-bal-przebierancowI ja przebrana za Hinduskę z dzbankiem, którego nie było (rysunek Mamy)

ja-balprzebierancow

Mama i Mascha, Memento mori

wirwarennachbarnFür meine deutschsprachigen Leser: Kommt morgen ins Rathaus Schöneberg zu feierlichen Wiedereröffnung der Ausstellung Wir waren Nachbarn. John-F-Kennedy-Platz 1, 10825 Berlin. Um 17:00 Uhr Vernissage, um 19:00 Uhr – Lesung.

Ewa Maria Slaska

Memento mori

Mama umarła w sierpniu 1995 roku. 20 lat temu. Patrzę z niedowierzaniem na to, co napisałam. 20 lat, powtarzam w myśli, 20 lat. 20 lat temu rozmawiałam z moją siostrą przez telefon. Napisz nekrolog, mówi Kasia. Nie mam żadnego wzoru, jak się pisze nekrologi, nie mam pojęcia, co bym miała napisać, ale nie dyskutuję.

Z odległości kilkudziesięciu lat słyszę głos Mamy, jak nie wiesz, co pisać, użyj cytatu – porada inteligentnej matki dla odrabiającej lekcje licealistki.

Wyciągam numery WIR-u. To wydawnictwo, które założyłam rok wcześniej i przy którym Mama współpracowała ze mną czy raczej z nami – z Iwoną Mickiewicz i Brittą Wuttke. Do pierwszego numeru – Doppelte Identität / Podwójna tożsamość – tłumaczyła wiersze Ottona Ericha Hartlebena. Do drugiego – Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel – wiersze Maschy Kaléko i Martina Pohla. W czwartym numerze – Träume, Vorahnungen / Marzenia, sny, przeczucia – jej tekst o mało znanej sztuce Lorki, A kiedy minie pięć lat…
Była ważnym człowiekiem w naszym wydawnictwie. Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka poezji hiszpańskiej i niemieckiej.

Otto Erich Hartleben
By cię powalić, łamie wicher drzewa
By cię pogrzebać, toczą sie lawiny.

Piękny wiersz, ale nie pasuje mi do Mamy, do nekrologu, do grobu. Wicher, lawiny, syczące płomienie… Mama była mocna, ale nie była to moc natury, lecz woli i sztuki. Nie pień morwy, lecz nić jedwabna. Nie do zerwania. Do czasu jednak.

Kolejny wiersz Hartlebena – Morituri
Zamiera krzyk. Świadkowie leżą niemi na drodze. Wieńczy ich pobladłą skroń chłodny blask chwały wstającego słońca.

Chłodny blask chwały, piękny wers, ale do wykucia spiżem na marmurze, a to Mama umarła, a nie posąg się przewrócił. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Moje są zawsze zimne jak żaba, a jej były miękkie i ciepłe. Chyba zawsze takie były, nawet wtedy, gdy cięła drzeworyty.

mamacieciegrafiki Sięgam po mój ulubiony wiersz Martina Pohla w jej tłumaczeniu.

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Lot dzikich gęsi

Dokądże, o dzikie gęsi, biegnie wasz lot?
Kto wam wiatry polotne powierzył?
Lecimy twym śladem, Święty Marcinie,
Odkąd Król Karol przebywał w Rzymie,
dzikich gęsi klucz do Polski bieży.

Co wy wiecie, dzikie gęsi, o pewnym kraju,
co w niewoli trwa przez władców więziony?
Pieśń Święty Marcin wyśpiewał, jak wokół
zielenią się pola w jesiennym mroku,
pola Polski nigdy nie straconej.

Zaczekajcie, dzikie gęsi, ruszymy z wami,
cichą stopą pomykając po suchej ziemi.
Niech nasz krzyk was powiedzie, siwki zaprzęgajcie,
naszym siostrom, białym gęsiom, wolność oddajcie,
gdy wiatr świtu się nad Polską czerwieni.

1980 / 88

Piękne te polskie gęsi Martina Pohla, zawsze mi jakoś raźniej, jak sobie przeczytam ten wiersz.

Ale i tak już wiem, że to, czego szukam, to Memento Maschy Kaléko.

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
— Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakze mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

grobmamytatynowyNapisałam nekrolog, wszyscy to przedrukowali. Wiersz Maschy w tłumaczeniu Mamy znalazł się na poziomej płycie na jej grobie. Po 20 latach wcale go nie widać, ale my przecież wiemy, że tam jest. Tata, który towarzyszył Mamie, gdy tłumaczyła wiersze Maschy, opowiadał, że Mama była nią zauroczona, jakby po latach odnalazła siostrę, której nigdy nie miała.

Była pierwszą tłumaczką wierszy Maschy w Polsce.  Tłumaczenie Memento na polski znalazło się teraz w aktach Maschy na wystawie Wir waren Nachbarn – Byliśmy sąsiadami. To stała wystawa, zawsze możemy tam pójśc i ją obejrzeć.
I przeczytać Memento przetłumaczone
przez Irenę Kuran-Bogucką.

Zapraszam na jutrzejszy wernisaż do Ratusza Schöneberg.

Sady Pradziadka – kto jeździł do pożaru?

Andrzej Rejman

Berżeniki – wspomnienia, część III

“…Latem siadałam najchętniej na ławeczce pod starym rozłożystym kasztanem, gdzie panował miły chłód. Stamtąd miałam najpiękniejszy widok na mój sad – dwa tysiące jabłoni i grusz. Co roku sadziłam około stu drzewek ze szkółki, które prowadził ogrodnik i sadownik Paweł Muszkiet. Z nadejściem zimy lubiłam patrzeć przez okno na samotną pokrytą szronem brzozę i czekałam, aż zazieleni się na wiosnę. Nie wiem, czy jeszcze tam rośnie…” (Helena z Zanów Stankiewiczowa – Pani na Berżenikach, Wojciech Wiśniewski, LTW 1993)

To jest świat bezpowrotnie miniony, choć mam wrażenie, że wróci w jakiejś postaci, choćby tęsknoty do tamtych bardziej (jak się wydaje) niż dziś uporządkowanych relacji międzyludzkich – wzajemnego szacunku, poszanowania tradycji, czerpania siły z otaczającej przyrody… choć to może wyidealizowany obraz, kto wie? …

1_Berzeniki_malowal_Stanislaw_Doktorowicz_Hrebnicki Berżeniki, malował Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki pocz. XX w.

 

 

2._Jezioro_Berzenickie_widok_na_zabudowania_majatku_BerzJezioro Berżenickie, widok na zabudowania majątku – ok 1930, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

3._nad_jeiorem_Berzenickim_na_pomoscie_Kazimierz_Hrebnic

Nad jeziorem – na pomoście Kazik Hrebnicki (1922-1944), wnuk Adama Hrebnickiego (1857-1941)

 

 

 

 

4._Dukszty_przed_sklepem_ok_1936Dukszty – przed sklepem – ok 1936, fot. StanisławDoktorowicz-Hrebnicki

Sady Pradziadka – Ciocia Manieczka

Andrzej Rejman

Manieczka z Raju

1_Stanislaw_Hrebnicki_z_siostra_Maria_okolo_1895Stanisław Hrebnicki z siostrą Marią około 1895. Petersburg.

Jedyna córka Adama Hrebnickiego, Maria, nazywana była w rodzinie Manieczką lub Manią. Ponieważ była rodzoną siostrą mojego dziadka, naturalnie nazwałem ją Ciocia-Baba z Raju.

Ciocia Mania ukończyła petersburską Akademię Sztuk Pięknych około 1915 roku i niewiele więcej wiadomo było dotąd o jej latach młodości. Aż do chwili, gdy odwiedziłem Instytut Sadownictwa w Kownie, i zajrzałem do skromnej, ale przytulnej Izby Pamięci litewskiego sadownictwa, będącej właściwie niewielkim muzeum.

W miejscu tym przechowywane są między innymi rękopisy “Atlasu Owoców” Adama Hrebnickiego, jego listy i pamiętniki z lat 1900-1941 i nieco pamiątek, które pozostały po Hrebnickich.
Oprócz tych, które znajdują się obecnie w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju – Rojus .

Maria Hrebnicka urodziła się w Petersburgu w 1892 roku, gdy jej brat, Stanisław, miał ponad trzy lata. Oboje mieszkali z rodzicami na terenie osady pracowników Instytutu Leśnego w Petersburgu, skąd niedaleko mieli nad Zatokę Fińską.

2._Mania_i_Stanislaw_Hrebniccy_nad_Zatoka_Finska_ok_1900

Manieczka i Staś Hrebniccy nad Zatoką Fińską, ok 1900
fot. Adam Hrebnicki

Wśród zapisków, znalezionych w Instytucie Sadownictwa w Kownie, odkryłem też młodzieńcze wiersze Marii.

Jeden z nich zamieściłem w jednym z poprzednich wpisów.

Poniżej inny, napisany w 1903 lub 1904 roku, gdy Mania miała zaledwie 12 lat…

Na starych zgliszczach mojego domu
Wyrosła sosna dzika
Ona ukryje, nie wyda nikomu
Mnie, pustelnika.

Niech wicher huczy, niech szumią burze,
Mnie nie rozczulą te dźwięki –
Ja będę sadził u siebie róże
I będę śpiewał piosenki.

Nademną sosna zaszumi rzewnie
Ja zawtóruję na flecie,
Jakiś przchodzień usłyszy pewnie
I wspomni o szczęścia komecie.

Bo szczęście – kometa,
Co rzadko się zjawia na niebie przejrzystej oponie,
Jak życie poety,
Co w wielkim zamęcie prędko przygaśnie, przepłonie

3_Maria_Hrebnicka_z_ojcem_w_Petersburgu_ok_1904_fot_StanZdjęcie stereoskopowe – Maria Hrebnicka z ojcem – Petersburg ok 1904, fot Stanisław Hrebnicki

4_Adam_Hrebnicki_z_corka_Manieczka_w_swoim_sadzie_w_RajuAdam Hrebnicki z córką Manieczką w sadzie w Raju

 

 

 

 

5_Maria_Hrebnicka_ok_1915Maria Hrebnicka ok r. 1915

Helena z Zanów Stankiewiczowa w swoich pamiętnikach wspomina:

Profesora Hrebnickiego nazywano w okolicy “Adamem z raju”, a najbliżsi mówili do niego “dziadzieńka”. Ten postawny, wysoki, bardzo wesoły mężczyzna nosił zawsze koszulę z haftem przy szyi, dzieło jego córeczki Manieczki… …zakąskę przygotowywała Manieczka, córka profesora. Miała szesnaście lat, gdy umarła jej matka. Opiekowała się ojcem.

…Była utalentowana malarką. Mam u siebie kilka jej pejzaży z okolic Berżenik i Dukszt. Malowała też portrety i kwiaty. Ładna, z głową o rudowłosych lokach, miała śliczne ręce z długimi, smukłymi palcami i zawsze się uśmiechała. Choć delikatna i subtelna, była równie stanowcza i uparta. Nie wyszła za mąż, bo kochała się nieszczęśliwie w kuzynie Konstantym Hrebnickim… Całe życie czekała na niego. Nawet, gdy się ożenił z inną kobietą wierzyła, iż los sprawi, że kiedyś będą razem. Po śmierci jego żony sądziła, że jej wierność będzie nagrodzona. Pościła tygodniami, modliła się żarliwie, dawała na msze, ale Bóg jej nie wysłuchał i umarła, jako panna.

Gdy w 1945 roku jechaliśmy do Polski, chcieliśmy zabrać Manieczkę, ale ona nie chciała zostawić grobów rodziców, całego dorobku naukowego ojca i ukochanego sadu bez opieki. Została w Raju…

…zarabiała piekąc torty i ciasta po domach weselnych… (oraz przygotowywała dzieci do I komunii św. i młodych do ślubu, przyp. autora) …w Raju powstało muzeum poświęcone profesorowi Hrebnickiemu… w głównej sali wiszą teraz malowane przez nią portrety Dziadzieńka, a także mój i Kazimierza… Kazimierz jest w brązowej zamszowej kurtce, którą dałam mu na gwiazdkę przed samą wojną, a ja mam na sobie białą sukienkę w czerwone paski…

6_obrazy_Marii_Hrebnickiej_w_muzeum_w_Raju_w_prawym_gornObrazy Marii Hrebnickiej w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus, Litwa) stan obecny. W prawym górnym rogu Helena z Zanów Stankiewiczowa, w prawym dolnym rogu jej mąż Kazimierz Stankiewicz, z prawej w środku w kapeluszu – Julia Rejman, moja mama, a z wąsami po lewej stronie Dziadunia Adama – Kostuś Hrebnicki w którym kochała się Maria.
Poniżej:
Maria Hrebnicka z bratanicą, Julią Rejmanową

7_Maria_Hrebnicka_z_lewej_z_bratanica_Julia_rejmanowa_ok

Święto Lasu

…obchodzone od 1933 roku, najważniejsze święto leśników.

skrzydla-karusia (2)Artykuł pod tym tytułem ukazał się w czasopiśmie Skrzydła napisany przez osobę pod pseudonimem Bukowa Jagoda. Było to czasopismo harcerek, wydawane w latach 1930-1939, a  jego główną redaktorką była Karolina Lubliner-Mianowska czyli Karusia. Na pewno wiele niepodpisanych tekstów redakcyjnych było jej autorstwa, np. interesująca dyskusja, czy pisze się druhna czy druchna (konkluzja była, że druchna!). Czasem Karusia coś publikowała w Skrzydłach, podpisując się albo inicjałami KL, albo właśnie pseudonimem Bukowa Jagoda, co zresztą podczas wojny było też jej pseudonimem konspiracyjnym.  Piękny pseudonim i tajemniczy, bo nie ma przecież bukowych jagód.

Karusia kochała las i wielokrotnie mi powtarzała, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona na pewno jest człowiekiem lasu.

Przejęłam to po niej.

Bukowa Jagoda

Święto Lasu

Już drugi rok z inicjatywy Związku Leśników Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnią niedzielę kwietnia społeczeństwo obchodzi Święto Lasu. W dniu tym leśnicy będą się starali zainteresować ogół, a w szczególności młodzież, wszelkimi sprawami sprawami dotyczącymi lasów. Na odczytach, wycieczkach, pogadankach będzie można dowiedzieć się, czem jest las, jak powstaje, jak żyje, co mu zagraża, czem nas darzy i co winniśmy mu wzamian.

Nie wiem w jakim szopniu poszczególne Komitety Święta Lasu w różnych miejscowościach współpracują z innymi organizacjami, w szczególności zaś z harcerstwem, Ale to wiem, że jak zwykle, gdy robi się coś pięknego i pożytecznego, nie powinno zabraknąś tam naszej pomocy. Zwłaszcza, że my, harcerki, zawdzięczamy lasom i leśnictwu może więcej, niż inni. Nie wyobrażamy sobie przecież obozu w miejscowości bezleśnej. Co roku rozbijamy namioty w cieniu lasów i prowadzimy nasze obozowe “leśne” życie, do którego się przygotowujemy przez cały rok. Znamy też dobrze przychylną zawsze w stosunku do nas postawę władz leśnych, które nie szczędzą pomocy i opieki obozującym drużynom.

Zdarzało się nam słyszeć głosy, że owe dodatkowe święta są zbyteczne, że dość jest świąt kościelnych i narodowych, nie trzeba mnożyć innych. Nie wiem, co o tem myślicie, ja osobiście uważam, że jest to ciekawa i pożyteczna inicjatywa, jeśli przedstawiciele jednego zawodu chcą zapoznać ogół z tem, co robią, jak pracują, jaki jest wynik ich pracy, jaką wartość przedstawia jej warsztat. Zwłaszcza, gdy teren pracy tego zawodu jest tak wszechstronnie piękny, ciekawy i pożyteczny, jak właśnie las.

Udział drużyn w Święto Lasu może pójść w dwu kierunkach. Z jednej strony możemy i powinniśmy zgłosić się do współpracy z działającym najbliżej nas komitetem leśników. Jakie okażą się potrzeby tej pomocy, zależeć będzie od warunków miejscowych, ale napewno będą to prace wykonalne dla drużyny, gdyż Święto Lasu obejmie przedewszystkiem młodzież szkolną.

Z drugiej strony możemy zainteresować Świętem Lasu naszą drużynę i wciągnąć niejako tę sprawę do naszego programu pracy. Przykłady: wycieczka do lasu z szeregiem specjalnie dobranych przyrodniczych leśnych ćwiczeń. Ćwiczenia międzyzbiórkowe zastępów poświącone przyjacielskim przysługom dla drzew i lasów. przygotowanie przedobozowe: odszukanie w książkach, jakie lasy są w tej okolicy, dokąd jedziemy na obóz, czy są tam jakieś lasy szczególnie ciekawe, chronione (rezerwaty), czy są w okolicy rzadkie czy wyjątkowo stare drzewa? Możnaby nawet polecić zastępom takie odszukanie potrzebnych informacji, jako rodzaj zawodów, który zastęp więcej i dokładniej zdoła się dowiedzieć. Rozstrzygnięcie takich zawodów w dniu Święta Lasu będzie ładnym związaniem tej uroczystości z wewnętrzną pracą drużyny.

Warto dodać, że Związek Leśników wydał z okazji Święta Lasu szereg popularnych broszurek, które informują nas o życiu lasu, jego hodowli, pożyteczności i.t.p. Broszurki te są b. tanie (5 gr. sztuka), a cały ich komplet (9 sztuk) oprawiony razem powinien znaleźć się w bibljotece drużyny. Książeczki wysyła Związek Leśników, Warszawa, ul. Żórawia 13.

W majowym numerze Skrzydeł chętnie zamieścimy sprawozdania poszczególnych drużyn i hufców z ich udziału w Święcie Lasu.

skrzydla-karusia (1)