Reblog: Trylogia o… (1)

Ten tekst i jego dwa kolejne odcinki ukazały się na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Pastorałka

Jest styczeń 1943 roku. Grupa warszawskich artystów marznie na stacji Most koło mostu Kierbedzia (dziś: Śląsko-Dąbrowski), czekając na kolejkę do Jabłonny. Są wszyscy – Kreczmarowie i Wyrzykowscy, Wierciński, Lutosławski, Panufnik, Andrzejewski i Miłosz. I grupka młodzieży z tajnego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jedziemy do Henrykowa, gdzie Leon Schiller wystawił ‘Pastorałkę’ z zespołem upadłych dziewcząt, złodziejek, morderczyń, prostytutek.” – Andrzej Łapicki.

Zakład dla upadłych dziewcząt w Henrykowie – poniżej zdjęcie budynku sprzed kilku lat…

To była ciekawa instytucja. Jej początków należy szukać w szpitalu św. Łazarza w Warszawie, założonym w XVI wieku przez Piotra Skargę. Początkowo było to schronisko dla ubogich i trędowatych. Pod koniec XVIII wieku zamieniono je na szpital specjalizujący się w leczeniu chorób skórnych i wenerycznych. W latach 20. XX wieku trafiały tam prostytutki schwytane przez policję i straż miejską. Były poddawane obowiązkowym badaniom i w razie potrzeby, przymusowej, długotrwałej kuracji.

Do tego szpitala zgłosiła się do ochotniczej pracy szarytka – Jadwiga Jaroszewska, która przybrała zakonne imię – siostra Wincenta. Jej wizja pomocy ludziom wybiegała poza szpitalne mury. Leczenie chorób wenerycznych to był tylko czubek góry lodowej.
Po pierwsze w szpitalu, w jednej sali, przebywały osoby całkiem zdemoralizowane i młode dziewczęta, które trafiły na ulicę w wyniku lekkomyśności, szantażu, przymusu.
Po drugie w szpitalu, na tym samym oddziale co dorosłych, leczono dzieci obciążone dziedziczną chorobą weneryczną.
Po trzecie – wyleczone prostytutki, zaopatrzone w czarną książeczkę, nie miały innej szansy na przeżycie jak tylko powrót na ulicę.

Jadwiga Jaroszewska założyła nową rodzine zakonną, która przyjęła nazwę sióstr Samarytanek ( oficjalnie uznane przez Watykan w 1933 r.) i już jako Matka Wincenta doprowadziła do przeniesienia dzieci do osobnego oddziału. W 1927 r. rada miejska zaproponowała Matce Wincencie przejęcie zakładu w Henrykowie. W zakładzie kontynuowano leczenie chorych dziewcząt i jednocześnie prowadzono proces resocjalizacji, przyuczano do praktycznych zawodów, wdrażano do pracy. Ponad 50% dziewcząt wracało do normalnego życia.

W 1937 r. Matka Wincenta zmarła. W tym czasie Stowarzyszenie prowadziło kilka ośrodków, niektóre z nich zajmowały się opieką nad dziećmi chorymi i upośledzonymi. Kierownictwo nad zakładem w Henrykowie przejęła Matka Benigna – Matka Łagodna.

Nadeszła wojna. Do zakładu w Henrykowie zaczęły się zgłaszać osoby potrzebujące pomocy. Najpierw uciekinierzy z bombardowanej Warszawy, potem ukrywali się tu członkowie ruchu oporu i Żydzi.
Znajdowal się tam również, założony bez wiedzy sióstr, skład broni i amunicji AK.

W 1942 r trafił do zakładu słynny reżyser teatralny – Leon Schiller.
Leon Schiller – pełne nazwisko to Leon Schiller de Schildenfeld. Ten przyrostek otrzymała jego rodzina podczas nobilitacji przez cesarzową Marię Teresę.
Piosenkarz, muzyk, aktor, reżyser, pisarz, działacz kulturalny – prawdziwie renesansowa postać. Gorąco zachęcam do przeczytania atrykułu o jego działalności – link podany w źródłach.
Podczas okupacji Leon Schiller nie czuł zagrożenia ze strony Niemców, uważał, że chroni go austriacki tytuł szlachecki. Nie uchronił. W marcu 1941 roku Armia Krajowa wykonała wyrok na Igo Symie – popularnym warszawskim aktorze kabaretowym, współpracowniku Gestapo – KLIK. Po zamachu Niemcy przeprowadzili serię aresztowań w warszawskim środowisku teatralnym. Aresztowali również Schillera i zesłali go do Oświęcimia. Stamtąd wykupiła go siostra.

Matka Benigna szukała różnych sposobów, aby zmienić i wzbogacić życie duchowe swoich podopiecznych. Jednym z nich był teatr. Bardzo oczywistym wyborem były jasełka. A czyż mógł być ktoś bardziej powołany do stworzenia takiego przedstawienia niż Leon Schiller propagujący mickiewiczowską wizję teatru monumentalnego – KLIK?

Matka Benigna nawiązała z nim kontakt. Na swój list otrzymała taką odpowiedź:
Wielce Szanowna i Czcigodna Siostro!
Pozwalam sobie przesłać egzemplarz ‘Pastorałki’, jedyny, jaki po spaleniu całego nakładu, ocalał, dlatego z przykrością, po ewentualnym zużytkowaniu go, będę musiał prosić o łaskawy zwrot.
Tekst niniejszego misterium ludowego (…) został ułożony ‘na wyrost’, można go dowolnie skracać i nawet w tym duchu utrzymywanym wbogacać. (…)
W egzemplarzu zaznaczyłem zielonym i czarnym ołówkiem kwestie i śpiewy mogace wejść w skład skróconego widowiska, którego plan podaję na osobnej karteczce.(…)
Łączę wyrazy głębokiego szacunku i czci głębokiej. Leon Schiller
“- Zdzisław Umiński, Album z rewolwerem.

Zdzisław Umiński – przebywający w Henrykowie członek AK – wspomina:
Po przybycu Leona Schillera przez miesiąc trwały przygotowania do wystawienia sztuki. Wielki reżyser zjawiał się dwu lub trzykrotnie w ciągu tygodnia, w końcu, na prośbę Przełożonej, został na stałe. (…)
Pensjonariuszki podzieliły się na dwa obozy (te, które chciały wystąpić i te, które nie chciały -przypisek mój). Tylko Teresa, dziecko prawie szesnastoletnie, bardzo grzeczna i na pozór skromna, chodziła ze spuszczoną głową powtarzając cichym głosem: ‘Dziwka jestem, biedna, nieszczęśliwa dziwka’. (…) W połowie grudnia Przełożona wezwała ją do siebie proponując, żeby odegrała rolę jednego z aniołów. Zgodziła się i jakby odzyskała wiarę w siebie.
– Będę aniołem – mówiła prawie każdemu, kogo tylko napotkała. Ale podczas prób załamała się, stanęła na proscenium i nagle oznajmiła głosem wypełnionym po brzegi smutkiem:
– Nie, nie jestem aniołem, jestem kurwą – i zaczęła się histerycznie śmiać.
Pan Leon zrobił gest pełen rozpaczy, odszedł do niej i usiłował uspokoić, ale dziewczyna zawołała:
– Nie, niech pan mnie zostawi, wy wszyscy jesteście tacy sami.
” – Album z rewolwerem.

Po przestawieniu Andrzej Łapicki wspominał: “Przedstawienie było niezwykłe. Matka Boska – prostytutka z ogoloną głową – przejmująco odśpiewała ‘Pomaluśku Józefie’. Józef – dziewczyna o twarzy morderczyni – była troskliwą opiekunką Maryi. Niezwykłe wrażenie. Przejęcie i czystość tych dziewcząt udzieliły się widowni. Jedno z najpiękniejszych wzruszeń teatralnych, jakie przeżyłem. ..”

Czesław Miłosz pisał: “Matka Boska ubrana na niebiesko, nieduża, prawie dziecinna, szczupła, jasnowłosa. Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kimś innym, co, jeżeli się zastanowić, znaczy, że każdy człowiek jest domem wielu osobowości przebywających w nim potencjalnie, nigdy nie zrealizowanych, bo jedna tylko z nich występuje na zewnątrz i dostarcza przyjętej przez innych maski. “

Jeszcze raz Czesław Miłosz – „I wtedy przychodzi to nagłe uświadomienie sobie, że przecież teatr sakralny polega właśnie na transformacji dokonującej się przed naszymi oczami, że dziewczyna gra tylko samą siebie, prawdziwszą od tej, co włóczyła się z niemieckimi żołnierzami, że jest, wstępując w wyższy wymiar, tylko sobie przywrócona”.

Po przedstawienu Leon Schiller spytał Zdzisława Umińskiego jaka jest jego opinia:
… interesuje mnie co sądzi o tym niefachowiec.
– Dziewczyny grały jakoś tak, jakby grały dla całego świata. I dla nas, i nawet dla Niemców, którzy…
Schiller przystanął, odwrócił się i pocałował mnie w policzek
– Powiedziałeś prawdę, mój drogi parobczaku – po chwili powtórzył jeszcze raz – Tak, właśnie tak było. Jakby całemu światu i Niemcom. I Niemcom także!
” – Album z rewolwerem.

Goście wracają do Warszawy.
Żegnamy się z siostrą Benigną. Bije od niej spokój i dobroć. A przecież to kobieta, która zabiła. Zabiła we śnie wielką miłość swojego życia.” –  Andrzej Łapicki.

Ciąg dalszy w następny poniedziałek…

Źródła:
Teatr-Pismo – wspomnienie A. Łapickiego – KLIK.
TVN24 – Co ma Miłosz do Białołęki – KLIK.
Dzielnica Białołęka – Historia domu Sióstr Benedyktynek w Henrykowie – KLIK.
Leon Schiller – Życie i twórczość – KLIK. Polecam koniecznie!!!
Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik – 1984.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Reblog: Olesin i bitwy

Ten wpis uzupełnia post sprzed tygodnia o Sylwanie, szkole Prababci, Eugenii Lublinerowej, w Olesinie; jest też oczywiście uzupełnieniem moich wpisów o Prababci (tu też).

Artur Czyżewski

Olesin – wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie mińskim, w gminie Dębe Wielkie. W roku 2013 wieś liczyła 483 mieszkańców. Niepozorna wieś, obecnie intensywnie zasiedlana z powodu jej podwarszawskiego położenia. Wieś wśród lasów i pól. Nic szczególnie wyróżniającego ją na tle innych okolicznych miejscowości. Wręcz można by rzec – na uboczu. Tyle. No nie. Olesin to jeszcze CHEMA. Działająca od 1957 roku firma (przekształcona 24.04.2014 roku ze Spółdzielni pracy w spółkę z o.o.). Producent środków antykorozyjnych dla motoryzacji i przemysłu metalowego z uwzględnieniem potrzeb przemysłu zbrojeniowego. Tyle? Okolicznym mieszkańcom Olesin i „Chema” mogą kojarzyć się jeszcze z klubem piłkarskim klasy B, notabene z Cisia gmina Halinów, którego wyżej wspomniany zakład przez kilka sezonów był strategicznym sponsorem, za co cisieńscy sportowcy z dumą nosili jego imię na koszulkach. Tyle! Tyle to wie każdy!

Nieliczni wiedzą jeszcze, że Olesin to miejsce, pole bitwy. Bitwy z 31 marca 1831 roku (Powstanie Listopadowe) opisanej szczegółowo w KURIERZE SKRUDA 15.03.2011 przez Grzegorza Witkowskiego http://kurierskruda.pl/index.php/bitwa-pod-debem-wielkim-31-marca-1831/historia-regionu.

A też i pole bitwy 1920 roku zwanej Bitwą warszawską

http://kurierskruda.pl/index.php/sladami-bitwy-warszawskiej-po-ziemi-halinowsko-debskiej/historia-regionu również opisanej w naszym KURIERZE przez Grzegorza Witkowskiego. To wreszcie miejsce potyczek w roku 1939 podczas kampanii wrześniowej szeroko przy różnych okazjach przez nas opisywanej.

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/15-09-1939-niemieckie-falszerstwa-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/nowe-rewelacyjne-informacje-w-sprawie-dnia-15-wrzesnia-1939-w-milosnie-to-nie-otto-klein-zginal-z-reki-pani-kazimierskiej/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/wojna-spisek-kosciol-w-dlugiej-generalski-pogrzeb-rzez-w-milosnej/historia-regionu

Od kwietnia 2014 roku za sprawą naszego KURIERA i panów Andrzeja Konowrockiego i Jana Majszyka Olesin może kojarzyć się jeszcze ze zrzutowiskiem „ZEGAR” i akcją „SALAMANDER”, o czym od 5.04.2014 przypomina pamiątkowy obelisk.

http://kurierskruda.pl/index.php/wspomnienie-70-tej-rocznicy-operacji-salamander/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/70-rocznica-zrzutu-w-olesinie/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/las-pod-cisiem-1944-a-polska-prezydencja-w-ue/historia-regionu
***
Od kiedy redaguję KURIER SKRUDA, Olesin powraca w różnych sytuacjach jak bumerang. Odsłaniając pamiątkowy kamień w kwietniu 2014 roku zdawałem sobie sprawę, że to dopiero początek mojej opowieści o Olesinie. Dawali mi to do zrozumienia przy każdej możliwej okazji wymienieni powyżej panowie. W wielu wspomnieniach z Olesina powiązanych z wydarzeniami przywołanymi w KURIERZE pojawia się dwór w Olesinie. Tak było również podczas prac nad upamiętnieniem zrzutowiska „ZEGAR”. Wówczas pan Majszyk pokazał nam odbudowany niedawno dwór w Olesinie, zlokalizowany przy ulicy Pałacowej, (dlaczego Pałacowej? Nie udało mi się ustalić – pałacu tam na pewno nie było). Pan Jan pokrótce opowiedział historię tego miejsca i kilka anegdot z nim związanych. Na przykład powiedział, że po wojnie dwór został skomunalizowany i przekształcony na mieszkania socjalne oraz warsztat naprawy traktorów. Że komunalni mieszkańcy dworu pozbywali się popiołu z pieców bezpośrednio przez okno. Że widział jak popiół po kilku latach sięgał parapetów.

dwór Olesin lata 70 (Medium)

Przywołał też wspomnienia pana Józefa Retingera, który po zrzucie na oddalonym około 1 km od dworu zrzutowisku, transportowany był do niego około 7 godzin, okrężną drogą w celu zmylenia niemieckiego pościgu. Opowiadał, że podczas niemieckiej okupacji we dworze działała partyzancka radiostacja. Że przy dworze były stawy, na stawach wyspa, a na niej kapliczka z cennym drewnianym tryptykiem, później utopionym w stawie przez „wschodnich wyzwolicieli”.

Pan Jan mógłby tak opowiadać godzinami. Zacząłem szukać informacji o Olesinie.

Oficjalna, gminna strona internetowa opisała historię Olesina: http://www.bip.debewielkie.pl/, http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu ,ale zaproponowany przez miejscowych włodarzy opis jest niespójny i pełny sprzeczności zwłaszcza w kontekście wspomnianego dworu. W pierwszej części historii dworu pojawia się informacja, że w Olesinie Dużym był folwark rosyjskiego pułkownika a może generała, od którego majątek nabył senator Jan Zagelniczny. Dopiero po ich podziale na gruntach Olesina powstały dwa samodzielne folwarki – większy, liczący 490 mórg i trzykrotnie mniejszy Olesin Mały, w którym p. Prozen założył szkołę nauczania początkowego, gdzie pierwszą swoją pracę nauczycielki podjęła, niezapomniana Józefa Fijałkowska. W 1878 r. we wsi Olesin doliczono się 167 mieszkańców. Na początku XX wieku wzniesiono solidny dwór. Z dworu do Traktu Brzeskiego – obecnej drogi krajowej nr 2 – prowadziła droga brukowa obecnie nazwana ulicą Brukową. Z początkiem XX wieku w księgach pojawiają się nazwiska współwłaścicieli folwarków: ks. Stanisława Zaremby, syna Franciszka – pierwszego proboszcza Parafii w Dębem Wielkim oraz Stanisława Leopolda Lublinera. W 1917 r. ksiądz Zaremba został zmuszony do sprzedania majątku senatorowi Janowi Zagelnicznemu i jego żonie Eleonorze. Senator Zagelniczny, jako jeden z pierwszych w kraju, zmeliorował swój majątek, założył ,,letnisko szkolne”, w którym uczyła się i wypoczywała warszawska młodzież.” Jak widać z oficjalnej historii opublikowanej na stronach internetowych gminy Dębe Wielkie wynika, że senator Zagelniczny nabył dwór od rosyjskiego generała i że nabył dwór od księdza Zaręby – było to dla mnie bardzo zastanawiające? Ze stacji kolejowej w Halinowie, przez Cisie, Żwirówkę dotarliśmy do Olesina. Następnie do wsi Ostrów Kania, gdzie Pan Majszyk pokazał nam inny jeszcze istniejący (w fatalnym stanie) miejscowy dwór. Jak twierdzi nasz przewodnik, mieszkał w nim wachmistrz 1 pułku ułanów Legionów Polskich, adiutant Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego. Kawaler Krzyża Virtuti Militari Janusz Olszamowski(1887-1920). Olszamowski, który zginął w bitwie pod Kijowem, był synem Bolesława Olszamowskiego (1848-1920), historyka prawa, adwokata broniącego powstańców styczniowych. Obok dworu znajduje się najstarszy w gminie Dębe Wielkie dąb szypułkowy (również w fatalnym stanie). Dąb jest pomnikiem przyrody (Orzeczenie PWRN Warszawa z 1971 r.), posiada obwód 672 cm, wysokość 18 m, a jego wiek szacuje się na ponad 500 lat. Prawdopodobnie pamięta czasy puszczy, od której wzięło swoją nazwę Dębe Wielkie.

4debywielkie

Więcej:

http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-ii-janusz-olszamowski/historia-regionu
– http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-iii-sylwana/historia-regionu

Reblog: W kinie przed laty

Ewa Maria Slaska

To mój własny tekst opublikowany z okazji świętego Mikołaja w zaprzyjaźnionym blogu W altanie przy kawie.  Jeden z redaktorów tego bloga, a i nasz autor – Pharlap, od kilku lat organizuje tam specjalne blogowe Mikołajki. Najpierw ustala się temat, a potem losuje, kto dla kogo ma napisać tekst na zadany temat. W tym roku temat (idźmy do kina) wyszedł o Juliczki (też u nas czasem pisuje), a z losowania wyszło, że mam napisać właśnie dla organizatora zabawy. Ale wyjeżdżałam do Lund, nie mogłam czekać na wyniki losowania, napisałam tekst w ciemno.

Wpis dedykuję Juliczce i Pharlapowi

Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, nie tylko nie wiedziałam, dla kogo piszę, ale też nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże W tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcia, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę, dwie spódniczki i trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60.
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję.
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak,
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.

Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

sukienka-bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem młoda kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę.
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe,
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina.
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery.
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała.
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult.
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jaki wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje biegają po lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje. Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania.

Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie – KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu – KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad – KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”

Reblog: Olesin ciąg dalszy

Artur Czyżewski w Kurier Skruda (online)

Sylwana to obszar ziemi położony mniej więcej w dzisiejszych granicach firmy CHEMA OLESIN, nazwany tak (jak napisała na swoim blogu a wcześniej opowiedziała mi osobiście Pani Ewa Maria Slaska) przez Państwa Lublinerów (jej pradziadków), ówczesnych właścicieli tego terenu około roku 1910.

„…Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana…”

mapaolesinPan Stanisław Leopold Lubliner (warszawski lekarz) około roku 1910 (może wcześniej) wszedł w spółkę z księdzem Stanisławem Zarembą (budowniczym i pierwszym proboszczem kościoła w Dębem W.) Po zmianie statusu prawnego Królewszczyzny w Dębem Wielkim, kupili wspólnie majątek we wsi Olesin Duży. W 1913 roku spółkę rozwiązali i podzielili się nabytym 3 lata wcześniej majątkiem ustalając odrębne księgi hipoteczne. W wyniku tego podziału obecny obszar zakładów Chema Olesin przeszedł na własność Stanisława Leopolda Lublinera i jego żony Eugenii Lublinerowej. A teren w granicach obecnie istniejącego dworu w Olesinie (nieruchomość Pana mecenasa Puławskiego) na własność ks. Stanisława Zaremby. Ks. Zaremba w 1917 roku odsprzedaje swoją część majątku senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu.

„…Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie….”

Pani Eugenia Lublinerowa w swojej części majątku w Olesinie (Silvanie) około roku 1915-1917 założyła szkołę z internatem.

„…Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla)…”

Pani Eugenia Lublinerowa wspólnie z panią Dorotą Zylberową od 1908 roku prowadziły już podobną szkołę w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce placówka dydaktyczna dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie.

obozna5-rok1885„…Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro…”

Silvana istniała 10-12 lat. W 1929 roku majątek w Olesinie kupiło warszawskie gimnazjum im. Zamoyskiego. Bynajmniej nie jest to koniec historii Sylwany. Na fali zmian w szkolnictwie, wzorując się na pomysłach niemieckich pod koniec lat dwudziestych XX wieku powstają w Polsce OSIEDLA SZKOLNE.

Na zdjęciach – Osiedle Szkolne w Olesinie / zdjęcie 2 – stawy

Jak opisuje broszura wydana w 1933 roku przez Adolfa Rondthalera pod tytułem „Osiedla Szkole w Polsce”:

„…Najlepiej zorganizowana praca wychowawcza szkoły i współdziałanie z nią domu rodzicielskiego nie są w stanie odgrodzić młodzieży od wpływów czynników postronnych. A jest ich co niemiara. Ulica, wystawy sklepowe, krzykliwe afisze, widowiska, modne piosenki, literatura sensacyjna, prasa, brukowa, dezorganizacja w życiu rodziny. Ciasnota mieszkań, brutalne przejawy życia, niefortunnie dobrane towarzystwo, przykład starszych. W wielu wypadkach nawet wielostronna praca społeczna i. t. d. – oto są źródła różnych suggestyj, którym poddaje się młodzież. Wszystkie one oddziaływują na nią, lecz ich wpływ wychowawczy, niestety, jest w wielu wypadkach destrukcyjny. Ale nawet te przejawy kultury, dziedziny nauki, sztuki, techniki, życia społecznego i jego układu, których wartość jest bezwzględnie dodatnia, również nie dają pomyślnych wyników pod względem wychowawczym, jeśli młodzież spotyka się z niemi przedwcześnie, albo zbyt często, Cóż bowiem dobrego może wyniknąć stąd, że dla, młodzieży staną urok i spowszednieją rzeczy, które z istoty swej są przeznaczone na to, by stanowić ucztę duchową dla dojrzałych i należycie przygotowanych, dostarczyć im chwil podniesienia? Zresztą, niezależnie od ich oceny wartościowej, sama już mnogość wrażeń, jakie nasuwa młodzieży życie wielkomiejskie z kalejdoskopijną zmiennością, utrudnia jej skupienie się, popycha do płytkości, powierzchowności, do przesiewania na pozorach, z zaniedbaniem treści głębszej. Wszystko to razem osłabia lub wręcz udaremnia oddziaływanie wychowawcze szkoły na młodzież. Im większe miasto, im bardziej nerwowe i skomplikowane w niem życie, tem trudniejsza w niem praca wychowawcza w codziennych warunkach. A ktokolwiek to rozważy, Wczuje się z łatwością w motywy pedagoga, będącego entuzjastycznym zwolennikiem szkoły średniej na wsi. Jest niepodobieństwem, aby z dusznych murów wielkich miast przenieść na stale wszystkie szkoły w zacisze wsi. Lecz nie jest bynajmniej Fikcją myśl, aby w periodycznych odstępach czasu przenosić do wiejskiego ustronia, część szkoły chociaż na krótki pobyt. Niektóre szkoły powzięły taki pomysł, a dla urzeczywistnienia go stworzyły sobie osiedla na wsi, które niebawem stały się dla nich ważnemi placówkami pomocniczemi w pracy wychowawczej. Ale oderwanie młodzieży na czas krótki od wpływów wielkomiejskich – to tylko jeden szczegół, dotyczący osiedla, a przytem szczegół mniejszej wagi..

Kto się przypatrzy pracy na osiedlu bez uprzedzenia i rozważy nasuwające się tu możliwości, ten musi przyznać, że pod względem wychowawczym, jak i dydaktycznym, osiedle otwiera, rozległe horyzonty. Jeśli tedy słuszne jest żądanie, aby szkoła czemś narastała i wzbogacała swój dorobek pedagogiczny, to powołanie do życia każdego osiedla szkolnego na wsi uważać należy za fakt dodatniej wartości…”

Rozwój osiedli szkolnych nie przybrał w Polsce,takiego rozmachu, jak w Niemczech. Gdzie własne osiedla posiadały nie tylko szkoły średnie w liczbie 149, ale i 102 szkoły powszechne, zawodowe i specjalne.

„…Przyczyną powolnego tempa rozwoju osiedli szkolnych w Polsce jest ciężki kryzys ekonomiczny oraz brak dostatecznej w tym kierunku propagandy. Tą ostatnią okolicznością objaśnić należy niewątpliwe fakt, że ruch w kierunku zakładania osiedli u nas ogranicza się dotychczas prawie wyłącznie do szkolnictwa średniego ogólnokształcącego, w szkolnictwie powszechnem zaś – niestety – zupełnie jeszcze nie zapuścił’ korzeni…”

W styczniu 1933 r, zawiązał się „Zespół szkół posiadających własne osiedla”. Zespół istniał w ścisłej łączności z Pracownią wychowawczą w „Muzeum Oświaty i Wychowania Ministerstwa W. R. i O. P. W 1933 roku w Polsce, 14 szkół posiadało własne Osiedla szkole.

„….Pod względem ilościowym na, pierwsze miejsce wysunęły się szkoły warszawskie, jest ich bowiem 9, prowincjonalnych zaś 5. Z pośród nich jest 6 szkół państwowych, jedno gimnazjum miejskie i 3 prywatnych. W grupie szkół prywatnych są 3 szkoły społeczne, to znaczy będąca własnością zrzeszeń „społecznych. Według płci niewielką przewagę liczebną mają szkoły męskie, jest ich bowiem 7, żeńskich jest 6 i jedna koedukacyjna (Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych)….”

W roku 1928 powstały pod Warszawą 4 pierwsze osiedla w Polsce, będące własnością szkół stołecznych:

– gimnazjum Haliny Gepnerówny w Brwinowie

– gimnazjum J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Nowinkach gminy Jazgarzew, powiatu Grójeckiego [stacja Chojnów),

– gimnazjum T-wa im. Jana Zamoyskiego w Olesinie, gm. Dębe Wielkie, pow. Mińsk-Mazowiecki, (stacja Dębe Wielkie)

– gimnazjum im. M. Reya Zboru Ewangelicko – Augsburgskiego w Chojnowie, skąd po roku przeniesione zostało do wsi Banioszka, gmina i stacja Kąty pod Górą Kalwarią, gdzie otrzymało nazwę Rejówka.

W roku 1929 otwarte zostało osiedle I gimnazjum miejskiego im. jenerała Sowińskiego Magistratu m. st. Warszawy w Mieni, przy stacji kolejowej tejże nazwy, w powiecie Mińsko-Mazowieckim. W roku następnym powstało w Olsztynie, pow. Częstochowskiego, osiedle żeńskiego gimnazjum państwowego im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, którego punkt ciężkości stanowi kolonia odpoczynkowa i półkolonie. W roku 1931 zostały uruchomione 3 osiedla: w Kasinie Wielkiej, pow. Limanowa. województwa Krakowskiego – osiedle Państwowe, Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Józefy Joteyko w Krakowie. W Pamiątce, gminy Konie, pow. Grójeckiego – męskiego gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, w Warszawie, oraz w Rząsce pod Krakowem – żeńskiego gimnazjum im. H. Kaplińskiej (Mari Trąmpczyńskiej) w Krakowie. W roku 1932 miało miejsce otwarcie dwóch Osiedli szkół państwowych warszawskich. W Świdrze – gimnazjum żeńskiego im. Marii Konopnickiej i Mogielnicy osiedla Belweder gimnazjum im. Króla Władysława IV.

Gimnazjum im Jana Zamoyskiego poprzez zakup Sylwany weszło do elitarnej grupy polskich szkół posiadających własne Osiedle szkolne.

„…Osiedle szkoły im. J. Zamoyskiego posiada najwięcej gruntu: teren jego wynosi 17 hektarów z okładem, w tem 7 ha

lasu, łąki 2 ha, 6 stawów o powierzchni łącznej 6800 m2, roli 4 ha, ogrodów 1 ha itd……Największy ogród jest w Olesinie, a drzew owocowych jest w nim ponad 400. ………w Olesinie, inwentarz żywy waha się od 1 do 4 koni, tyluż krów….”

Gimnazjum kupiło Sylwanę za 295 000 zł.

Koszty utrzymania i cele:
„…Najbardziej liczny personel administracyjny, składający się z 8 osób, mają osiedla w Olesinie, Mogielnicy i Mieni. W pierwszych 2 wypadkach pochodzi to stąd, że parę osób z tego personelu pracuje na roli, …..Własnych ogrodników mają 4 osiedla, Na czele 3 osiedli stoi mężczyzna, w innych – kobieta, w 4 osiedlach. Z własnych produktów rolnych korzystają osiedla w Kasinie i w Olesinie….. Opłaty, pobierane za pobyt młodzieży, wahają się przeważnie w granicach od 3 do 4 zł. dziennie….. Środki, jakiemi rozporządza opieka rodzicielska, wystarczają na pokrywanie niedoboru w 7 wypadkach. W gimnazjum im. Zamoyskiego w latach 1931/32 niedobór roczny wyniósł przeszło 30.000 zł… Do niektórych osiedli przyjeżdża jednego dnia dwóch nauczycieli, co pozwala na urządzenie dwugodzinnych lekcyj z 2 przedmiotów, poczem jeszcze 2 godzin przeznacza się na pracę dodatkową. W niektórych osiedlach młodzież ma od 2 do 5 godzin lekcyj z nauczycielem, zależnie od różnych okoliczności…. I tu zaczyna się rola historyka na osiedlu, Pola bitew 1830 r„ krzyże nad grobami powstańców 1863 r., cmentarze wojskowe nowszego pochodzenia, rowy strzeleckie z czasów wielkiej wojny, ….. obfitujące w pamiątki, nagrobki, zażydzone nędzne miasteczka, których nazwy zapisane zostały kiedyś na kartach dziejów, dają liczne sposobności do nawiązania lekcji i do aktualizacji,…… utrwali im się w pamięci stokroć głębiej niż przeciętnej innej lekcji w zwykłych warunkach szkolnych. A wyjaśnienia otrzymane w Magistracie o samorządzie miasteczka, lub w urzędzie gminnym – o samorządzie wiejskim ułatwiają zrozumienie teraźniejszości, nasuwania, myśl o przyszłości, do której nas rozwój samorządów prowadzi wraz z postępem kultury, rozwojem świadomości obywatelskiej oraz kultu poczucia obowiązków względem państwa……. Nauczyciele kilku szkół “powiadają się o pracy dydaktycznej na osiedlu z entuzjazmem, zaznaczając, że materiału bierze się na godzinę lekcyjną – dwa razy więcej niż w szkole, a treść lekcji jest bardziej pogłębiona, Uczniowie uczą się bowiem na osiedlu o wiele chętniej niż w Warszawie i biorą czynny udział w dyskusjach lekcyjnych z wielką łatwością, nie wykazując skrępowania, które jest tak pospolite w szkole. Słabi uczniowie mają sposobność uzupełnienia braków ze względu na łatwość uzyskania pomocy ze strony kolegów lub nauczyciela. Nauczyciel ma możność obserwowania sposobów opracowania lekcyj przez młodzież, …… Po powrocie z osiedla młodzież oddaje się pracy szkolnej z większem natężeniem sił, jest bowiem nieco wypoczęta i pozostaje pod wpływem dobroczynnego odprężenia nerwów!…”

Cele dydaktyczne:

„…..określonych obowiązków, posługiwanie przy stole, pomoc w kuchni lub gospodarstwie albo ogrodzie, utrzymanie porządku w poszczególnych pomieszczeniach, staranie o zachowanie czystości osobistej oraz dokoła siebie, nadzór nad tem, aby, łóżka były zasłane i ubrania ułożone „w kostkę”, aby wyczyszczone obuwie było ustawione w równe rzędy, a czapki ułożone w równe szeregi, opieka nad księgozbiorem, ekspedycja i odbiór poczty, pisanie kroniki, notowania meteorologiczne, utrzymanie w porządku sprzętu sportowego, narzędzi i przyborów, gier i czasopism, nut, opieka nad radioaparatem, czasem nawet układanie regulaminu dziennego, rozkładu pracy na cały dzień lub tydzień, a w jednem osiedlu prowadzenie rachunkowości osiedla przez seminarzystki, ….. Obok zasad samorządowych metody wychowawcze, stosowane na osiedlu, cechują również pierwiastki, zaczerpnięte z harcerstwa i życia obozowego młodzieży. Więc młodzież dzieli się na zastępy albo dziesiątki, odbywa się śpiewana modlitwa poranna i wieczorna, rano ma miejsce uroczyste podnoszenie, a wieczorem opuszczanie sztandaru i proporczyka klasowego oraz oddawanie im na komendę honorów przez ustawioną w dwuszeregu młodzież, …. „

Sport:

„….Olesinie jest boisko 4.800 metrów, kwadratowych, …..strzelnice 50 metrów długości dla broni małokalibrowej posiada Olesin,….Łucznictwo jest uprawiane w jednem osiedlu żeńskiem i paru męskich. Prawidłowy tor łuczny posiada jednak tylko Olesin. Sport pływacki umożliwiają w 3 osiedlach stawy, ….. Oszczepy, dyski, piłki, siatki, łuki, krokiet. różnorodny sprzęt sportowy i lekkoatletyczny znajdujemy na osiedlach w różnej ilości, Najbogaciej jest pod tym względem zaopatrzony Olesin…..”

Czas wolny:

„…..na osiedlu młodzież spędza na grach i zabawach sportowych, towarzyskich (warcaby, szachy itp.), na tańcach, słuchaniu radia lub patefonu, na grze fortepianowej lub innych produkcjach muzycznych, są też urządzane małe przedstawienia, improwizowane pokazy, wyświetlanie przezroczy, wspólne lub indywidualne czytanie, przeglądanie ilustracyj, roboty dla przyozdobienia osiedla. Na widowiska tego rodzaju i obchody zaprasza się tu i owdzie sąsiedztwo. młodzież wiejską. Służy do tego świetlica, ….o wycieczkach i spacerach nie potrzeba wspominać,….Dosyć ważnym czynnikiem wychowawczym jest organizacja wieczorów na osiedlu. Mamy na myśli część wieczoru po zakończeniu zajęć obowiązkowych, Świetlica z księgozbiorem, czasopismami, aparatem radiowym i kompletami do gier towarzyskich – nie zawsze wystarczy, aby się chłopcy nie nudzili. Pożyteczne okazały się umiejętnie i interesująco-dla młodzieży przeprowadzane pogadanki, dotyczące życia na osiedlu, z tendencją wychowawczą…. Resztę wieczoru przeznacza się na gawędę, tu i owdzie odbywającą się przy ognisku na wolnem powietrzu, albo przy kominku…”

Satysfakcja:

„…Młodzież lubi osiedle i ustosunkowuje się do niego życzliwie. Chłopcy i dziewczęta mówią 0 osiedlu – zwłaszcza w klasach młodszych-z zachwytem i entuzjazmem, oczekują z tęsknotą dnia wyjazdu, który jest dla nich dniem radości. U starszej młodzieży zapał dla osiedla ujawnia się w sposób bardziej spokojny, rozpieszczone jednostki starają się czasem pod różnemi pozorami wymówić od wyjazdu, aby się uchylić od rygoru, bądź od pracy fizycznej. Starsze dziewczynki mówią niekiedy, że osiedle powoduje ociężałość umysłową. Szkoła domyśla się w tem tęsknoty za rozrywkami miasta, Starsi uczniowie zdradzają niekiedy pewną skłonność do bagatelizowania zarządzeń charakteru obozowego….” Przed paru laty na zjeździe przedstawicieli szkół niemieckich, posiadających własne osiedla (z okazji wystawy higienicznej w Dreźnie), nauczyciele stwierdzali, że nie wyobrażają już sobie pracy wychowawczej bez pomocy osiedla. Istotnie, osiedle znakomicie pracę wychowawcy pogłębia i sublimuje zarazem, oraz czyni ją bardziej owocną. Parę lat działalności osiedla może spowodować, że w szkole umilkną pewne zgrzyty,…….nastawienie jej życia, nastrój uczniów i nauczycieli staną się inne, bardziej pogodne, Osiedle wpływa korzystnie na zmianę oblicza indywidualnego szkoły. Jedna z dyrektorek zaznacza, że zetknięcie się uczennic z ludnością wiejską dało również wyniki dodatnie, młodzież miejska poznała nędzę na wsi, przekonała się, że może ją łagodzić przy pewnym ze swej strony wysiłku, a stąd powstało poczucie siły własnej i otworzyło się źródło radości….”

Osiedle szkole gimnazjum im Jana Zamoyskiego, podobnie jak jej poprzedniczka – szkoła z internatem Pani Eugenii Lublinerowej – były na ówczesne czasy przedsięwzięciami nowoczesnymi, prekursorskimi. Patrząc dziś na wieś Olesin, aż nieprawdopodobne, że dwie tak niezwykłe inwestycje (a właściwie więcej niż dwie – o tym w następnych odsłonach naszej opowieści) zlokalizowane były w tej maleńkiej miejscowości. Dziwi również fakt, że żadna z tych nowoczesnych aktywności nie wpłynęła na dalszy dynamiczny rozwój Olesina. Osiedle Szkolne zakończyło swoją działalność na terenie Sylwany w 1937 roku. Prawdopodobnie z tych samych przyczyn co istniejąca wcześniej szkoła Pani Lublinerowej, osiedle zostało sprzedane. Przełom lat 1929-1939 to szalejący na świecie kryzys gospodarczy.

Reblog: Wielka Wojna / Der Große Krieg

Ten wpis już tu był rok temu. Wracam do niego, bo taki mi się wydaje ważny i piękny zarazem. / Den Beitrag gab es hier schon – genau vor einem Jahr. Ich kehre zu ihm zurück. Er war sehr wichtig und sehr sehr schön.

Inge da Silva

choinka-okopyWeihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

Ein Jahr danach passierte schon kein Wunder mehr.

Reblog: Babka

Karol Maliszewski na Facebooku. Namówiłam go, żeby, podobnie jak poprzedni swój tekst, który TU publikowałam, udostępnił i to opowiadanie “w celu udostępnienia”.

Babka

Stara Liskowa przemyka się za oszronioną siatką. Jeszcze szaro za oknem, a ona biegnie za głosem serca. Cała dzielnica ma ubaw po pachy. Co tam za wiersz znowu napisała? „O, wonna stuło mego serca; widziałam Cię wczoraj, wsiadałeś do merca”. Chce być pierwsza pod kościołem. Dobrze wie, kto odprawia poranną mszę. Chce widzieć smukłe, opalone dłonie, wznoszące do góry biały krążek. Chciałaby pić z jego kielicha. Nosić za nim te wszystkie święte rzeczy. Gotować mu zupę na plebani albo gdziekolwiek. Już nie widzi świata poza tą drobną, szczupłą postacią. Nie widzi kościoła i złośliwych uśmieszków. Nie widzi Boga, jeśliby zasłaniał to, co najważniejsze.
Eugeniusza widzi po raz ostatni. Gdyby wiedziała, kazałyby fotografowi Pliszce zrobić zdjęcie. A potem powiększyć. Powiesiłaby sobie nad łóżkiem. Modliłaby się do niego rano i wieczorem. A jak trzeba, to i w środku dnia. Żeby tylko jakoś przetrzymać ostatni odcinek serialu, w jaki ją wepchnięto. I oznaczono etykietką „zwariowana staruszka”. Nikt nie rodzi się kimś takim. Nie dali mi szans, myśli. On nie dał. Kawał gnoja z tego zięcia. Drzwi zamyka na klucz, wrzeszczy z drugiej strony. Nie wie, w jakim języku. I ze swojego wielu słów już nie pamięta. Co ją zresztą obchodzi jakiś wściekły syk. Zakrywa uszy rękami. Wraca do przerwanej melodii. Widzi dym nad łąką, opadającą mgłę. Wokół lśnią witraże, czerwony połysk słońca. Gdzie ona właściwie jest? Organy grają coraz skoczniej. Eugeniusz zrzuca ciężką od rosy pelerynę. Prosi ją do tańca. Uwalnia spod czepca warkocze. Tak, miała je kiedyś. Złote, lśniące.
Już nam babka więcej wstydu nie przyniesie, słyszy. Tak jakby odetkały się uszy po długim zjeździe z przełęczy. Po śmierci męża kupiła sobie rower. Najbardziej lubiła wyprowadzać go daleko w pola, a potem zjeżdżać z przełęczy bez pedałowania. Różnica ciśnienia powodowała, że głuchła na chwilę. Potem coś strzyknęło w jednym albo drugim uchu i znów słyszała wyraźnie, bez szumu. Skoro babka nie umie nad sobą zapanować, to my zapanujemy nad babką. Amen, dodała w myślach. Bo jak to jest z modlitwą? Czy amen urywa ją na zawsze, kończąc natchnioną chwilę? Nie ma ciągłości między momentami? Czy te modlitwy nie łączą się czasem, nie zbierają w jeden wielki błagalny nurt? Eee, czemu błagalny… Nieraz tylko omawiała swoje sprawy, konsultowała, radziła się, o nic nie prosząc. Tak ją wychowano, że z trudem o coś prosiła. Nawet Boga. Ale teraz skłonna była prosić. Wykrztusiłaby chętnie jedną maleńką prośbę. Niech tego buca szlag trafi. Niech wyjedzie za granicę do pracy. A klucz odda córce. Już ona się z nią dogada. A ta zwróci jej wolność. Prawo do miłości.

Reblog: Hiszpańskie dzieci II

 

Dzisiaj po raz drugi hiszpańskie dzieci – tym razem dzieci króla Filipa III, namalowane przez Juana Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé Gonzáleza y Serrano (1564–1627), dzieci, o których autorka w blogu It’s About Time, mówi, że zostały złapane w pułapkę świetnego urodzenia i równie świetnego stroju. Jest to już drugi wpis o malowaniu hiszpańskich dzieci królewskich. Poprzedni był TU.

1602 Juan Pantoja de la Cruz namalował i ten obraz i cztery znajdujące się poniżej.
Tu infantka Anna (1601-1666), Ana Maria Mauricia Infanta, córka Filipa III i Małgorzaty Austriaczki, najstarsza z ośmiorga królewskich dzieci. Detal.

Infantka Anna Mauricia

Infantka Anna

Infantka Anna Maria

Infanci Filip i Anna
A tu oboje w kilka lat później, już sportretowani przez innego artystę.

1610 Bartolomé González y Serrano (1564–1627), Anna Austriaczka w wieku 9 lat, przyszła królowa Francji i jej brat Filip, w wieku 5 lat, przyszły Filip IV, król Hiszpanii.

Anna była żoną Ludwika XIII i matką Ludwika XIV, a siostra Ludwika XIII, Elżbieta Bourbon została żoną brata Anny – Filipa. To podwójne małżeństwo miało wzmocnić sojusz francusko-hiszpański. Oba śluby per procura odbyły się tego samego dnia – 25 listopada 1615 roku: Anny i Ludwika w Burgos (to tam gdzie byłam podczas pielgrzymki), Elżbiety i Filipa w Bordeaux. Anna miała lat 14, Filip 10. Anna znana jest nam wszystkim z filmów i książek. To o jej honor walczą u Aleksandra Dumasa Trzej muszkieterowie, to jej naszyjnik trzeba odzyskać w jego powieści Naszyjnik królowej. To ona w pewnym momencie przekazuje władzę w ręce zachłannego kochanka, a może nawet i potajemnie poślubionego małżonka – kardynała Mazariniego.

Ten obraz został w roku 1612 również namalowany przez przez Bartolomé González y Serrano (1564–1627) – infant Alfons.

Infant Carlos (1607-1632) z siostrą, infantką Marią Anną (1606-1646)
Poniżej infanci: Ferdynand, Alfons i Małgorzata

i tylko dwoje spośród nich: Alfons i Małgorzata

Reblog: Jadą Żydzi, jadą

hartmanPolin – Muzeum Historii Żydów w Warszawie
Wielkie otwarcie – 28 października o godzinie 19

Wielkie otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich. Będzie gości co niemiara! Jak to zwykle w Polsce bywa, nie obeszło się bez rozmaitych zgrzytów i zacięć, a w końcu i znacznych opóźnień. Ale to wszystko za nami.

Jest muzeum, jest dyrektor, jest program i są pieniądze. Dzięki pracy setek ludzi, wśród których bez wątpienia wyróżnić trzeba ojca i patrona całego przedsięwzięcia red. Mariana Turskiego, Polska ma jeden z najważniejszych obiektów na mapie żydowskiej diaspory. Ma go już, a świat przekona się, że jest właśnie taki ważny, a nie jakiś tam, jeden z wielu, już za rok albo dwa.

To niezwykle istotne dla światowego wizerunku Polski, często tak niesprawiedliwie i przesadnie eksponującego polski antysemityzm. Antysemityzm jest, lecz jest też godność państwa i jego elit, które potrafią stanąć twarzą w twarz ze wspólną polsko-żydowską historią, antysemitom zaś pokazać drzwi.

Za tydzień zasypią nas recenzje z wystawy stałej. Sam nie mogę się już doczekać jej obejrzenia. Wyobrażam sobie, jak trudno było ominąć wszystkie rafy uprzedzeń i stereotypów, które tak łatwo, acz całkiem niechcący się utrwala. Jak pokazać powszechną nienawiść Polaków do Żydów w czasie wojny, obok sprawiedliwych, którzy Żydów z narażeniem życia ratowali, i obok tych, którzy robili to samo, tylko że dla pieniędzy? Jak pokazać „żydokomunę” obok jej również żydowskich ofiar? Jak pokazać antysemityzm polskich bohaterów i zasługi, jakie ponieśli dla Żydów liczni „półantysemici”, osoby „judeo-niejednoznaczne”, w tym wielu Żydów? Jak wytłumaczyć zawiłości tożsamościowe: Żyd, polski Żyd, Polak wyznania mojżeszowego, Polak-Żyd, Żyd-Polak, osoba pochodzenia żydowskiego, pół-Żyd, etniczny Żyd… Sami Żydzi połapać się w tym nie mogą, a co dopiero zwiedzający.

Będą mówili o wystawie, że się tam oprawców wybiela? A Izraelczycy będą narzekać, że umniejsza się pogromy i rozgrabianie mienia żydowskiego? Religijni, że nazbyt podkreśla się żydowskie pochodzenie osób, które z żydostwem nie mają nic wspólnego? Ateiści, że za dużo w tym muzeum religii i zrównywania żydowskości z judaizmem? Katolicy, że zniesławia się Kościół, pokazując, jak przez stulecia jątrzył i prześladował Żydów? Wierzący Żydzi, że nazbyt podkreśla się niechęć żydowskich środowisk religijnych do żywiołu chrześcijańskiego? Antysemici, że za mało jest o zbrodniach żydowskich partyzantów na polskich patriotach? Aj, waj, wszyscy będą biadolić i narzekać. Jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

Na wszelki wypadek Muzeum nazwało się Polin, czyli Polska. Żeby nie było wątpliwości, że jest polskie i patriotyczne. Czy to zapowiedź podporządkowania się doktrynie idyllizmu w stosunkach polsko-żydowskich, zagłaskującej bolesną pamięć i wygadzającej wszystkie fałdki, tak aby na uroczystościach zawsze było cacy, ach, jak cacy? Mam nadzieję, że nie.

W przeddzień otwarcia, na które wybieram się z mamą (dzieckiem Holokaustu), życzę Muzeum przede wszystkim wielkiej odwagi. Nie dajcie się zastraszyć ani przekupić! Nie dajcie sobie narzucić filisterskich pseudoprawd! Nie bójcie się PiS-u, Rydzyka, kiboli, faszystów ani opętanych prawicowych oszołomów z Jerozolimy i Nowego Jorku! Nie bójcie się w ogóle nikogo! Bądźcie jak pionierzy i kibucnicy. Bo to muzeum jest właśnie jak kibuc na środku pustyni. Pustyni pozostałej po żydowskiej Polsce. Żadna z instytucji żydowskich nie może się z Wami równać. Zostaliście skazani na przywództwo w żydowskim życiu kulturalnym naszego kraju – wszystkie fundacje, wydawnictwa i stowarzyszenia znajdą się w Waszym cieniu, oby przyjaznym i opiekuńczym. Bądźcie w tej swojej patriarchalnej misji jak mądry rabin, który godzi zwaśnionych sąsiadów i stara się mieć dobre słowo dla każdego. Otwierajcie swoją przestrzeń na wszystkich zwariowanych Żydów i zwariowanych gojów, którzy nie wiedzieć czemu ciągle do Żydów lgną. Nie róbcie nikomu łaski. Bądźcie Domem Żydowskim, a jednocześnie Domem Polskim, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu, w tym zapierającym dech w piersi gmachu, dwa dzielne narody współżyją ze sobą i goszczą się wzajem we wspólnym domu, a wraz z tym goszczą cały świat.

Wiele lat minie, zanim Polacy zrozumieją, że Muzeum Historii Żydów Polskich nie jest statkiem kosmicznym, obcym, żydowskim obiektem wybudowanym dla Żydów za polskie pieniądze, lecz pomnikiem wspólnej historii i polską placówką kulturalną, której zadaniem jest pielęgnowanie dziedzictwa dwóch narodów, które żyły razem na jednej, wspólnej ziemi. Ale przyjdzie czas, gdy ludzie to zaakceptują i uwierzą, że żydowskie może być polskie, a polskie może być żydowskie. To nie będzie jutro ani za dziesięć lat. Ale kiedyś będzie.

Drogie Muzeum, bardzo na Was czekamy i bardzo na Was liczymy!