„Podhalem” na Śródziemne (4)

Zbigniew Milewicz

Podhalem4-winietaPłyniemy wzdłuż brzegów afrykańskich, kursem na wchód, w kierunku Sycylii, do której mamy z Ceuty mniej więcej trzy doby drogi. Później jeszcze trzy dni i powinniśmy być już na miejscu, w Salonikach, jeżeli oczywiście w międzyczasie nic nie zakłóci biegu podróży „Podhala”.

Za czasów cesarza Augusta i Antoniusza, w okresie wypraw krzyżowych, czy nawet wówczas, kiedy królowały na nim flotylle Filipa II, morze to było wielokrotnie rozleglejsze niż dziś, w epoce statków o sztucznym napędzie, coraz to szybciej przemierzających wodne szlaki. Dawne żaglowce, zdane na łaskę kapryśnych wiatrów, potrzebowały co najmniej tygodnia na drogę z Marsylii do Algieru i dwóch miesięcy na przepłynięcie z Gibraltaru do Stambułu. Jak na gust armatora poruszamy się jednak jeszcze zbyt wolno, bo następnego dnia po wyjściu z Ceuty nadchodzi z kraju drogą radiową polecenie, aby skrócić „przelot” do Salonik. W myśl pierwotnych założeń statek powinien tam dotrzeć w niedzielę, 23 września, teraz mówi się o czwartku, praktycznie wszystko zależy od okrętowego silnika, którego stan techniczny daleki jest od doskonałości. Ostatecznie „Podhale” zwiększa prędkość z l3,5 do 14,5 węzła i to jest górna granica jego możliwości.

zbyt wolno...Jak na potrzeby armatora poruszamy się zbyt wolno

Gdzieś na wysokości Tunisu, w czasie poobiedniej sjesty, podrywają mnie z koi dzwonki – osiem krótkich i jeden długi. Alarm szalupowy. Morze jest gładkie jak stół, nic nie wskazuje na to, aby ze statkiem działo się szczególnego, ale postępuję zgodnie z instrukcją. Łapię pas ratunkowy, po drodze jakiś sweter i wybiegam na pokład łodziowy pod szalupę nr 2, w której mam wyznaczone miejsce na wypadek tego typu akcji. Cichnie maszyna, „Podhale” staje w dryfie, na miejscu zbiórki meldują się ostatni maruderzy. III oficer pokładowy, Ryszard Prusik sprawdza stan liczebny załogi i pasażerów – są wszyscy. Już wiadomo, że uczestniczymy tylko w ćwiczebnym alarmie szalupowym, mającym wykazać, jakie jest przygotowanie ludzi i środków technicznych do sytuacji, w której zachodzi potrzeba nagłego opuszczenia statku w morzu. Przy okazji trochę odpocznie okrętowy silnik, bardzo zgrzany pracą na najwyższych obrotach. Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, obowiązującymi w polskiej flocie, takie sprawdziany przeprowadza się na statku co najmniej raz w miesiącu, podobnie, jak alarmy „człowiek za burtą” i przeciwpożarowy. R. Prusik, czuwający nad sprawnym wykonaniem ćwiczeń, będzie musiał odnotować w raporcie, że zablokowało się urządzenie dźwigowe przy szalupie nr 2, co nie pozwala na opuszczenie jej na wodę. Jedynka z grupą marynarzy na pokładzie już zjeżdża w dół, drugą łódź udaje się uruchomić dopiero po kilkudziesięciu minutach. W międzyczasie okazuje się, że pierwsza ma zepsuty motorek i może poruszać się tylko na flamingu – ręcznym napędzie śruby, przy którym ludzie w szalupie szybko ,,puchną”. Odchodzi więc od statku tylko na odległość 100-200 metrów, po czym wraca i z powrotem wciągają ją na pokład. Chwała Bogu, że jest to tylko ćwiczebny alarm.

Część załogi i wszyscy pasażerowie pozostają na pokładzie. Korkowe pasy, które mamy na sobie, wyposażone są w torebki z proszkiem w kolorze pomarańczowym, co po rozpuszczeniu w morskiej wodzie ma ułatwić znalezienie rozbitka. Służą temu również lampki wpięte w troki, ale brakuje do nich bateryjek. W opinii marynarzy główną wadą tych pasów – powszechnie używanych na polskich statkach – jest ich zła konstrukcja oraz nieelastyczność. Przy skokach do wody z dużej wysokości ryzykuje się w nich połamanie kręgów szyjnych. Przed utonięciem w morzu mają chronić również pneumatyczne tratwy i kola ratunkowe, w które „Podhale” jest kompletnie wyposażone, tyle że pochodzą one z różnych statków, o czym świadczą firmowe napisy na sprzęcie.

– Zwłaszcza między rejsami wiele rzeczy ginie ze statków – tłumaczy mi ,,trzeci”. – O nowe trudno, zwykle stosuje się wtedy przerzuty brakującego sprzętu z innych jednostek armatora, które, dajmy na to, czasowo wyłączone są z eksploatacji. Bywa jednak, że następuje przyspieszenie terminu rozpoczęciu kolejnego rejsu, nie zdąży się uzupełnić tych braków i statek wychodzi w morze na przykład z niekompletnym wyposażeniem ratowniczym. Cieszmy się więc z tego, co mamy.

Dzwonki, koniec alarmu. Telegraf na mostku przekazuje maszynie „całą naprzód” i „Podhale” rusza w dalszą drogę, odbijając trochę w prawo od dotychczasowego kursu. Bliżej tunezyjskiego wybrzeża, które w pewnym momencie ostro wrzyna się w morze skalistym palcem – to przylądek Bon.

Marynarskie rodzinyMarynarskie rodziny na pokładzie

Panowie Stanisław i Jerzy z Krakowa, moi współtowarzysze podróży, wspominają przeszłość. Służyli w czasie wojny w Armii Polskiej na Wschodzie. Pod rozkazami gen. Stanisława Kopańskiego, czyli w Brygadzie Strzelców Karpackich, sformowanej w 1940 roku, w obozie Hims w Syrii. Pan Jerzy był w piechocie, a pan Stanisław w artylerii, gdzie dosłużył się stopnia kapitana. Po upadku Francji wywędrowali do Palestyny, gdzie brygada dołączyła do wojsk brytyjskich. Brali udział w walkach na Wschodzie i Zachodzie. Przerzuty wojsk odbywały się głównie drogą morską, zatem szlak, którym płynie teraz ,,Podhale”, znają dość dobrze. Teraz przemierzają go w celach relaksowo-turystycznych, ale przecież i dla odświeżenia- dawnych wspomnień. Panu Jerzemu towarzyszy w tej wyprawie żona Krystyna, jego wojenny kompanion podróżuje sam, ale dzięki temu – jak twierdzi – ma więcej czasu na uporządkowanie swego „karpackiego dziennika”, pisanego na gorąco przed czterdziestu z górą laty. Chciałby go przekazać kiedyś w spadku synowi.

Wachta na mostkuWachta na mostku – III oficer Ryszard Prusik i st. marynarz Jan Śwityj 

Wieczorem 19 września widać już zarysy Sycylii, mijamy wyspę w odległości około 10 mil. W messie oficerskiej i załogowej gromadzi się przed szklanymi ekranami mnóstwo luda, bo włoska telewizja sypie kryminałami, filmami przygodowymi i programami rozrywkowymi jak z rękawa, a w domu tego nie ma. Bariera językowa stanowi pewne utrudnienie w odbiorze i nie wszystko może się podobać, ale widownia pozostaje pełna aż do późna w nocy. Bo co tu robić z wolnym czasem na morzu, zwłaszcza wieczorem? Dla pasażera sam rejs może być fascynującą, życiową przygodą, dla marynarza statek i morze są jego chlebem powszednim i chciałby go jakoś okrasić. „Podhale” – tak jak obecnie już wszystkie statki pływające pod znakami armatorskimi PZM – wyposażone jest w urządzenie wideofoniczne, ale zestaw kaset, którymi dysponuje ochmistrz nie jest najlepszy. Kompozycja wydaje się najzupełniej przypadkowa: mamy ,,Kobrę” z wczesnych lat siedemdziesiątych, parę wywiadów Ireny Dziedzic, koncert ,,Warszawskiej Jesieni”, kilka odcinków „Świętego”, serial „Dom”, „Przygodę w Acapulco” i program oświatowy o życiu pierwotniaków. Jest też na statku projektor kinowy i trochę filmów fabularnych, których się jednak nie wyświetla z powodu uszkodzonej aparatury.

Te braki w realizacji „programu szerzenia kultury wśród załóg pływających” nadrabia częściowo statkowa biblioteczka. Posiada ona około stu tytułów książek z różnych dziedzin. „Cegieł” tam raczej niewiele, więc czytelnictwo na „Podhalu” kwitnie jak w najlepszych sferach intelektualnych. Największym powodzeniem cieszą się wszak książki z prywatnych zbiorów, zwłaszcza: kapitańska – ,,Cienka, czerwona linia”, asystenta radiooficera, „Raz w roku w Skiroławkach”, kucharza – „Podstawowe zasady radiestezji” i moja „Astrologia i polityka”. Nawiasem mówiąc, radiestezyjne wahadełko jest na statku bezużyteczne, bo za dużo tu metalu, ale gwiazdy wiszą nad Śródziemnym tak nisko i tak wyraziście świecą, że gołym okiem mogę z nich wyczytać, co czeka moje spodnie, jeśli nasz kucharz Jerzy Kostro nie zacznie gorzej gotować.

Kuchnia na statku jest najważniejsza, jedzenie to mimo wszystko główna uciecha marynarza w morzu. Od zdolności kulinarnych kucharza zależą w dużej mierze nastroje załogi, a te z kolei nie pozostają bez wpływu na przebieg rejsu. Posiłki wyznaczają tu rytm dnia, a czasowo sprzężone są ze zmianami wacht. W morzu śniadanie jest o 7.30, obiad o 11.30, podwieczorek – 15.00, kolacja – 17.30. W portach spożywa się posiłki w trochę innych porach.

W Gdańsku załadowano do chłodni m.in. tonę mięsa i kiełbasy, 1,5 tony mleka, taką samą ilość ziemniaków, 150 kg masła, 30 kg smalcu, 40 kg wędzonego boczku, ponad 300 kg mąki, 9 skrzyń po 360 sztuk jaj, 400 słoi kompotów, 200 kg owoców i kucharz Kostro pitrasi z tego różne potrawy dla 52 osób, cztery razy dziennie, starając się, żeby przynajmniej do Salonik ani razu nie powtórzyć obiadowych dań. Dzień pracy Jerzego Kostro rozpoczyna się przeważnie o 6.00 ,a kończy około 20.00. Kiedy do śniadania mają być podane świeże chrupiące bułeczki, wstaje już o 3 nad ranem Chleb piecze wieczorem, raz na trzy dni; średnio 28 bochenków. Wieczorem też ustala wspólnie z ochmistrzem jadłospis na następny dzień i sporządza tzw. nocne porcje, które umieszcza się później w lodówkach pentry załogowej oraz oficerskiej, aby ludzie z nocnych wacht i cierpiący na bezsenność pasażerowie mieli coś na ząb. Jego „prawą ręką” w kuchni jest Marek, pomocnik kucharza. Do skrobania ziemniaków awaryjnie przychodzi młodszy steward, Włodek, ale powszechnie na statku wiadomo, że szef większość prac w swoim królestwie lubi wykonywać sam.

Po półgodzinnym pobycie w kuchni jestem mokry jak po kąpieli. Na sześciu płytach elektrycznych i dużej patelni gotuje się i smaży obiad dla kilkudziesięciu głodomorów, od podłogi grzeje siłownia, z zewnątrz słoneczko, a pomieszczenie nie posiada urządzenia klimatyzacyjnego. Otwarte na oścież bulaje i drzwi nie potrafią go zastąpić. Kucharz Kostro liczy sobie 37 lat, z tego 22 już pływa. Zaczynał na „Darze Pomorza” od szorowania kotłów, jako praktykant Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, która kształciła kucharzy okrętowych. Teraz tej specjalności już nie ma, na morze idą na ogół ludzie nie obznajomieni w tych wszystkich sztukach kulinarnych, które szef kuchni na statku powinien mieć w małym palcu. Tutaj trzeba być jednocześnie kucharzem, garmażerem, cukiernikiem i piekarzem, bo tylu specjalistów nikt na statku handlowym nie zatrudni – stwierdza Jerzy Kostro, zwany wśród załogi żartobliwie „Chińczykiem”, bo rzeczywiście ma w wyglądzie coś z Chińczyka.

Pozuje na dowodce wachty...Pozuję na dowódcę wachty

„Podhalem” na Śródziemne (3)

winietazbych3Zbigniew Milewicz

Niedziela w Ceucie

W kanale La Manche ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Na szczęście widzialność jest dobra, w promieniu kilkunastu mil ani śladu mgły, tak typowej dla tego rejonu żeglugi. Drzemie również Zatoka Biskajska, po której cięciwie płyniemy, groźna dla statków i żeglarzy przez znaczną część roku z powodu silnych wiatrów zachodnich i północno-zachodnich, wiejących z głębi Atlantyku w stronę lądu.

Słońce operuje coraz intensywniej, na zawietrznej części głównego pokładu, między ładowniami i na pokładzie szalupowym ,,Podhala“ pojawiają się leżaki a na nich pasażerowie obojga płci i amatorzy opalania się spośród członków załogi, którzy czas pomiędzy wachtami wolą spędzać na świeżym powietrzu a nie w czterech ścianach swoich kabin. Leniwy bezruch dorosłych przerywają dzieci, przynosząc wiadomość, że chief znalazł koło ładowni latającą rybę. Wszyscy więc spieszą ją zobaczyć. Nikt nie ma pod ręką linijki, ani krawieckiego centymetra, żeby zmierzyć skrzydlatego pływaka, ale chief Jasiński twierdzi, że okaz jest stosunkowo duży. Widział już wiele ryb latających i wszystkie były jakoby mniejsze od tej. Chyba pierwszy raz spotyka rybę latającą w tak znacznej odległości od wód strefy równikowej, w których żyje ten gatunek. Co do sposobu, jakim trafiła ona na pokład, przypuszcza, że najpewniej wyrzuciła ją tu jakaś silna fala. Ciekawscy dotykają długich i szerokich płetw piersiowych, wzmocnionych twardymi promieniami i po- dobnie zbudowanej płetwy ogonowej, dzięki którym stworzenie to może utrzymać się w powietrzu ponad 10 sekund i przelecieć w tym czasie ponad sto metrów, zaś Ola, siedmioletnia córka państwa Jasińskich pilnie baczy, czy robią to na tyle delikatnie, żeby go nie uszkodzić. Tata obiecał bowiem zasuszyć rybkę i dać jej, żeby mogła pokazać koleżankom i kolegom w klasie.

rybazbych3Im bliżej Gibraltaru, tym częściej w rozmowach na statku pojawia się pytanie: jak będzie z bunkrowaniem w Ceucie i zejściem na ląd. Do portu w tym mieście, stanowiącym główną część niewielkiej, hiszpańskiej enklawy na północnym wybrzeżu Maroka często zawijają po paliwo polskie statki, które idą na Wschód lub z przeciwnego kierunku, bo jest ono tutaj stosunkowo niedrogie. O wiele tańsze na przykład niż na Majorce, choć oczywiście nam bardziej opłacałoby się wziąć je w Gdańsku, za złotówki. Teoretycznie taka możliwość istniała: „Podhale” płynące z Gdańska do Salonik, z blisko 15 tysiącami ton siarki w ładowniach, ma wystarczająco pojemne zbiorniki, aby pomieścić w nich tyle ton lekkiego i ciężkiego paliwa (mazutu), ile potrzeba na pokonanie całej tej trasy, ale jedna komora wyłączona jest w tym rejsie z eksploatacji z powodu pęknięcia. Dziurawa jest również inna – niestety napełniona – co jednak wychodzi na jaw dopiero na morzu, w czasie kontroli studzienek ładowni, która ujawnia w pierwszej z nich obecność paliwa lekkiego. Fakt ten zostaje odnotowany w dzienniku okrętowym, ale przy pasażerach wiele się o tym nie mówi, chyba że pół żartem w stylu: „na takim paskudztwie jedziemy, że nawet z siarką się nie zapali” albo: „nie ma się czym martwić, statek jest ubezpieczony na wypadek pożaru. Jedynym sposobem usunięcia łatwopalnej cieczy z zenz ładowni jest odpompowanie jej do morza. Cóż, kiedy pech chce, że mamy zablokowaną zasuwę tunelu, biegnącego wzdłuż dna statku, do którego przecieka paliwo z uszkodzonego zbiornika i mija sporo czasu, zanim ludziom z maszyny udaje się ją uruchomić. W dziesiątym dniu rejsu, ,,Podhale” z Bożą pomocą dociera do końca pierwszego etapu podróży. Wchodzi w Cieśninę Gibraltarską i w samo południe staje na redzie Ceuty. Z prawej burty, w odległości 2-3 mil mamy niewielki, grecki kontenerowiec. Nieco dalej, za rufą widać bliźniaczą jednostkę pod banderą tunezyjską, poza tym na redzie pusto. Jawi się więc nadzieja, że „Podhale” nie zapuści tu korzeni, ale kto wie – kraczą pesymiści – czy nabrzeże paliwowe jest wolne. W rezultacie mają rację statkowi optymiści, gdyż po dwóch godzinach oczekiwania podpływa do nas motorówka z pilotem, a później holownik i wchodzimy do portu.

Autor udaje kapitana...Część załogi i pasażerów ma z tego powodu dosyć kwaśne miny. Jest bowiem niedziela, wszystkie sklepy w mieście pozamykane, można co najwyżej pooglądać wystawy. Byliby zadowoleni, gdyby „Podhale” spędziło niedzielę i noc na redzie i w handlowy poniedziałek, z samego rana podeszło do nabrzeża, ale jeszcze na sto procent nie wiadomo, czy w ogóle otrzymamy pozwolenie zejścia na ląd. Kapitan Rzeczewski ma informację, że w tym mieście obowiązują od ubiegłego roku za- ostrzone rygory policyjne, wprowadzone w związku z nasilającym się ruchem miejscowej ludności arabskiej na rzecz zjednoczenia Ceuty z Marokiem.

Na zdjęciu: Autor udaje kapitana

Po trapie wchodzi postawny mężczyzna w granatowym mundurze, z budzącym respekt rewolwerem dużego kalibru, za nim skromniejszej postury cywil z walizeczką, stanowiącą nieodłączny rekwizyt chyba wszystkich celników na świecie. Najpierw składają kurtuazyjną wizytę kapitanowi, później roboczą – ochmistrzowi i siedzą u niego aż do kolacji. Na statku bowiem ochmistrz załatwia formalności paszportowo-celne w portach. U niego też zdeponowane są, od początku do końca rejsu, wszystkie paszporty pasażerów. Żadnemu z nas nawet nie śni się więc o tym, aby zejść samowolnie na ląd. Do zejścia ze statku na obcy ląd upoważniają zresztą wyłącznie przepustki, które lud „Podhala” jako wolny od podejrzeń o zamiary negatywnej działalności na terytorium królewskiej Hiszpanii, wreszcie otrzymuje. Niemal wszyscy pasażerowie idą do miasta, z załogi tylko niektórzy. Na statku zostają ci, którzy będą obsługiwać bunkierkę, albo mają wachty pokładowe, a także tacy, którym się nie chce stąd ruszać, głownie starsi wiekiem członkowie załogi. To jest typowe zjawisko. Starszy marynarz Jan Śwityj pełni służbę przy trapie, ale nawet gdyby miał wolny czas, to też nigdzie by go nie poniosło. Owszem, przez pierwsze lata pływania „nosiło”, ale później mu przeszło. Stwierdził, że w gruncie rzeczy wszystkie miasta portowe na świecie są do siebie podobne i teraz, kiedy nie ma na lądzie niczego konkretnego do załatwienia, to woli siedzieć na statku. Tutaj przynajmniej nie ciągnie go, żeby tracić „zielone” na różne głupstwa, bo, jak mówią, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Śpieszno mi po raz pierwszy w życiu postawić stopę na afrykańskiej ziemi. Po dziesięciu dniach przebywania na wodzie, ląd trochę się kołysze, kiedy po nim stąpam, ale trwa to tylko chwilę. Na wiszącej przy trapie tablicy wypisana jest kredą liczba 20, co znaczy, że o tej porze wszyscy muszą być z powrotem na statku. Taki przepis. Zbliża się 16.00, myślę, że za cztery godziny zdążę wdrapać się na jedno z czerwonawych, skalistych wzgórz na obrzeżach miasta i zobaczyć, jak prezentuje się ono w całości, a po drodze zwilżyć sobie gardło w jakiejś kawiarnianej oazie. Słońce przypieka bowiem dosyć mocno jak na popołudniową porę i drugą połowę września. Z pocztówkowego błękitu nieba praży rozczochrane czuby palm, rosnących wzdłuż szerokiego bulwaru, dachy białych i żółtych kamienic w bocznych uliczkach, pomiędzy którymi suszy się na sznurach bielizna i ludzi włóczących się w czasie sjesty po mieście. Są to niemal wyłącznie hiszpańscy żołnierze na niedzielnej przepustce i obywatele z „Podhala”. Szanujący się mieszkańcy Ceuty wypoczywają o tej porze w chłodnych wnętrzach swoich domów, za zaciągniętymi przed słońcem żaluzjami okien.

Wybieram złą drogę. Kamienista uliczka na peryferiach miasta, wijąca się w górę pod kątem 19 stopni ( informuje o tym tablica dla zmotoryzowanych, umieszczona na poboczu ) kończy się ślepo. Za murem są koszary. Jakiś żołnierz w fezie, którego pytam o drogę na wzgórza, macha dłonią w przeciwnym kierunku. Tędy nigdzie nie przejdę dalej, bo zaczynają się tereny wojskowe. Rezygnuję więc z dalszej wyprawy w góry i zadowalam się widokiem Ceuty z niskiego lotu ptaka. W górnej części miasta, do której do- tarłem, żyje głównie ludność arabska. Sporo tutaj rozsypujących się starych domów i skleconych z byle czego bud, w których ludzie mieszkają, ale przez uchylone okna widać odbiorniki kolorowej telewizji, a przed ruderami – samochody nie najgorszych marek. lm niżej, tym zamożniej. Coraz więcej dobrze utrzymanych budowli w stylu kolonialnym i nowoczesnej architektury, harmonizującej z naturalnym otoczeniem. Na samym w dole miasto zatrzymuje się na bulwarze z ciągiem dyskotek, barów i sklepów z pamiątkami, dalej jest już morze.

Enklawa Ceuty obejmuje półwysep o powierzchni 19 km. kw., połączony z lądem wąskim przesmykiem i liczy około 90 tysięcy mieszkańców, z których większość mieszka w mieście. W starożytności była to kartagińska, a następnie rzymska kolonia. Od około 711 roku, przez siedem wieków, władali nią Arabowie, później na ponad 160 lat przyłączona została do Portugalii. Do Hiszpanii należy od 1580 roku. W XVII i XVIII wieku stanowiła ważny ośrodek handlowy, między innymi w obrocie żywym towarem. Dziś Ceuta jest atrakcyjna kupiecko dla przybyszów z zewnątrz, m.in. z powodu dużej obfitości stosunkowo taniego sprzętu elektronicznego w sklepach, sprowadzanego z Dalekiego Wschodu. Za niezbyt wygórowaną cenę można również „wejść” w hiszpańską skórę, nabyć owoce cytrusowe, bakalie różnych odmian, miejscowe trunki i przyprawy. Poza portem handlowym funkcjonuje tutaj port rybacki, wojenny, pasażerski, przemysł stoczniowy. Z racji swojego naturalnego piękna Ceuta dobrze zarabia także na turystyce, choć stała obecność armii w tym mieście przypomina, że leżąc nad Cieśniną Gibraltarską stanowi dla Hiszpanii przede wszystkim ważny strategicznie punkt.

W drodze powrotnej na statek udaje mi się trafić na wieczorne nabożeństwo w niedużym, XVII-wiecznym kościółku przy jednej z głównych ulic miasta. Mimo, że nie znam ani w ząb hiszpańskiego, czuję się dosyć swojsko, bo tłoczno tutaj i w modlitewnym nastroju żarliwie jak w polskim kościele. Pod koniec Mszy świętej wierni tradycyjnie zapalają świece przed rzeźbą Piety w bocznym ołtarzu, bardzo sugestywną w wyrazie. Matka Boska Bolesna cieszy się wśród mieszkańców Ceuty szczególną estymą. Na ulicy, ale już daleko poza kościołem, dwie młode Hiszpanki w modnych kreacjach, witają się znakiem krzyża, ten szczegół również wydaje mi się godny odnotowania. Tym bardziej, że w chwilę później mam okazję być świadkiem kolejno jeszcze dwóch, podobnych scen.

Żegnamy się z Ceutą na krótko przed północą. Mruga ku nam „morsem” swoimi światłami, nadając: „do zobaczenia w drodze powrotnej, tym razem w dzień handlowy”. Tak w każdym razie odczytuje to mruganie Kazio Przychodzień, asystent radiooficera, który alfabet Morse’a zna jak własną kieszeń.

24 lutego 1985

„Podhalem” na Śródziemne (2)

Zbigniew Milewicz tekst2-winieta

Trzeci dzień podróży, niedziela.

W soboty o 22 i w niedziele o 13 czasu Greenwich z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku nadawane są na falach krótkich msze święte dla polskich marynarzy i rybaków będących poza krajem. Nabożeństwa te, od czterech lat transmitowane, przez Polskie Radio, stanowią jedyną okazję do wspólnej modlitwy dla wiernych – ludzi morza, rozproszonych po wodach całego świata. Ilu z tej możliwości korzysta? Chyba sam Pan Bóg tylko wie, bo kościołów na każdym statku jest tyle, ilu jest praktykujących katolików. Każdy z nich w czterech ścianach swojej kabiny tworzy własny, odrębny kościół i fakt jego istnienia zachowuje najczęściej dla siebie. Dlatego trudno tutaj o statystykę.

Płyniemy przez Cieśniny Duńskie, morze nadal spokojne. Dopiero za Skagen, kiedy wychodzimy na Morze Północne, zaczyna trochę kołysać. Powoduje to martwa fala, która bierze „Podhale” pod boki i zrazu delikatnie, a później coraz gwałtowniej przegina go w poprzek, raz na lewą, raz na prawą burtę. W poniedziałek po południu siła wiatru wzrasta raptownie do 7, a następnie do 8 stopni w skali Beauforta, co znaczy, że wieje on z szybkością od 17,2 do 20,7 metrów na sekundę. To już jest prawie sztorm. Wcześniej zarządzona przez chiefa pokładowego kontrola sztormowa statku wykazała, że wszystko jest należycie zabezpieczone – beczki z olejem i paliwem między ładowniami powiązane, bulaje na dolnym i głównym pokładzie pozamykane, podobnie jak włazy do ładowni i drzwi magazynków na baku. Tylko skrupulant cieśla – Michał Bussler, którego wiecznie widać krzątającego się przy różnych pracach na pokładzie, raz jeszcze idzie sprawdzić, czy rzeczywiście wszystkie pomieszczenia na dziobie są dostatecznie dobrze uszczelnione przed dostępem wody. Nie podobają mu się tylko kluzy kotwiczne, niezbyt dokładnie przykryte metalowymi pokrywami. Poprawia je i wraca do swojej kabiny, po drodze rozglądając się jeszcze, czy któryś z marynarzy pracujących przy konserwacji pokładu i pokładowych urządzeń, na tzw. dejmance, nie zostawił jakiegoś kawałka łańcucha, stalówki, albo narzędzia pracy, bo porwane przez falę mogłyby narobić dużo szkody. Te czynności sprawdzające należą do obowiązków cieśli Busslera. Inna sprawa, że dobrze zdaje on sobie sprawę z tego, jak silne potrafi być morze, jak bezbronnym wobec niego bywa wówczas statek i człowiek.

statkizbycha (1)Rodzina na nabrzeżu

W dużym sztormie fala potrafi na przykład wyrwać z pokładu stalowy pal polera do obkładania lin, o rozmiarach najgrubszego zderzaka kolejowej cysterny, i cisnąć nim jak pudełkiem zapałek w mostek. U nas na szczęście jeszcze nie jest tak źle, po kilku godzinach sztormowania „Podhale” ma na razie tylko trochę wgnieciony prawy reling na głównym pokładzie. Żywioł napiera na statek od strony dziobu i prawej burty. O 23 kierujący wachtą na mostku III oficer, Ryszard Prusik, wpisuje do dziennika okrętowego: „Podczas wachty silne przechyły boczne statku, fala i bryzgi fal zalewają pokład i pokrywy ładowni”. Żyropilot – „michałek” w takich warunkach zawodzi, trzeba sterować ręcznie. Marynarze Jan Śwityj i Sławomir Eljaszewicz zmieniają się przy sterze co godzinę, podobnie pełnić będą następne wachty ich koledzy. Jeden przy sterze – pilnuje kursu, który podał mu dowódca, drugi „na oku” – przez lornetkę obserwuje morze, czy jakiś statek nie zbliża się do nas od strony dziobu, albo z boku i nie grozi kolizja, zaś oficer to samo sprawdza na ekranie radaru. Wyjątkowo bowiem mroczna jest ta noc. Nie widać dalej niż na 3-3,5 mili i bez sprawnie działającego radaru statek płynąłby przed siebie jak ślepiec. Coraz więcej wolnych miejsc przy stolikach w messie. Sztorm daje się we znaki kolejnym pasażerom, podobno choruje również ktoś z załogi. Radiooficer, Stanisław Sacharuk, wszystkich pociesza, że tylko patrzeć , jak pogoda się poprawi, że takie są aktualne, radiowe prognozy meteorologiczne. Sprawdza się to, co mówi, bo już przed południem morze się trochę uspokaja.

Około 12 kapitan przekazuje mi otrzymaną z Polski za pośrednictwem „Szczecin-Radio” wiadomość, że nagle zmarła moja matka. W tej sytuacji postanawiam przerwać dalszą podróż i wrócić do kraju pierwszym polskim statkiem, który będzie nas mijał na kursie. W praktyce okazuje się to jednak niewykonalne. W godzinach popołudniowych kpt. Rzeczewskiemu, który zapowiada, że zrobi wszystko, co tylko można w mojej sprawie, udaje się wprawdzie przez radiostację znaleźć taki statek, są to „Gliwice II”, ale po rozmowie z kapitanem oznajmia, że niestety nie mogę tam przejść. Przyznaje, że jest już po sztormie, ale morze nadal wzburzone i z tego powodu nie zaryzykuje opuszczenia szalupy. Nie może nakazać swoim ludziom aby przewieźli mnie na inny statek, bo jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Poszedłby na podobne ryzyko tylko wówczas, gdyby zachodziła potrzeba ratowania czyjegoś zdrowia lub życia, a przecież w moim przypadku – zaznacza – taka sytuacja nie ma miejsca. Dowiaduję się też, że na pewno dodatkowo zapłaciłbym za powrót „Gliwicami II” do kraju, bo przecież jest to firma zarobkowa a nie dobroczynna.

Ponieważ w cenie biletu na statek mieści się także dostarczanie pasażerom rozrywki, więc cztery dni poźniej „pierwszy po Bogu” wydaje w oficerskiej messie wieczór kapitański z tańcami, na który także i ja otrzymuję zaproszenie. Za taktowność najwyraźniej kapitanowi nie płacą, ale z ciekawości uczestniczę w oficjalnym otwarciu imprezy. Wypełnia je krótka mowa powitalna do pasażerów oraz pokaz kultury towarzyskiej przy tradycyjnej lampce wina, kawie i ciastku. Nazajutrz mój współmieszkaniec, 61-letni pan Staszek z Krakowa, szczegółowo relacjonuje mi część artystyczną wieczoru. Mówi, że się dobrze bawił. Statek jest jak dom. W jednym mieszkaniu jest nieszczęście, w drugim wesoła zabawa, w trzecim, czwartym i dziesiątym nie dzieje się nic szczególnego.

Kiedy człowiekowi, w jego domu na lądzie coś nie odpowiada, to zawsze może z niego wyjść. Na statku, w morzu, jest to niemożliwe i pod tym względem bardziej on przypomina więzienie. To prawda – zamieszkiwane dobrowolnie, bywa, że luksusowe i przyjemne dla oka, ale więzienie. Największą jego dolegliwością jest odcięcie od najbliższych. Pierwszy elektryk Andrzej Czepulowski i jego żona Anna mają wieloletni staż małżeński, ich córeczka Klaudia chodzi już do trzeciej klasy, a Szymon ma sześć lat, jednak dopiero po raz drugi, płyną tak sobie razem.
– Czy to firma nie pozwala zbyt często zabierać żony w rejs? – pytam.
– Raczej życie – odpowiada pan Andrzej. – Owszem armator ma w tych sprawach głos decydujący, bo liczy się opinia jaką pracownik ma w przedsiębiorstwie i to, czy statek, na którym pływa, może przewozić pasażerów. Bywa też, że chętnych na zabranie rodzin w rejs jest zbyt wielu i trzeba swoje odczekać w kolejce. Głównie jednak inne sprawy decydują, że człowiek pływa zwykle w pojedynkę – dom, który żona musi sama prowadzić. Dzieci – albo są zbyt małe, by brać je na morze, aIbo już chodzą do szkoły i nie mogą przerywać nauki. Wreszcie sprawy finansowe, ale to już zupełnie odrębny temat. Pani Ania nie widzi powodu, żeby go przemilczeć. Jako żona członka załogi płaci za każdy dzień pobytu na statku 500 zł, za Klaudię połowę tej sumy. Szymon (sześciolatek) płynie za darmo. Mieszkają oczywiście w kabinie męża. Koszt miesiąca rejsu „Podhalem” wynosi dla nich ponad 20 tysięcy złotych. Jest więc trzykrotnie większy od podstawowej, miesięcznej pensji taty, oficera nawiasem mówiąc.
– Mąż wspomniał o domu i dzieciach – mówi pani Anna. – To zrozumiałe, że wszystkie obowiązki domowe i związane z wychowaniem dzieci spadają na mnie, kiedy mąż jest w morzu… Na początku, w pierwszych latach naszego małżeństwa było mi niełatwa samej radzić sobie z nimi, o wszystkim samodzielnie decydować, ale później jakoś okrzepłam. Do samotności można się przyzwyczaić, co nie znaczy, że się za mężem nie tęskni. Chyba najbardziej jednak tęsknią dzieci. Wprawdzie staram się, aby za bardzo nie odczuwały braku ojca, ale przecież zastąpić go nie potrafię. W zamyśleniu stwierdza, że dziwne jest to ich życie. Nie ma chłopa te dwa-trzy miesiące, później znów jest, taka huśtawka. Pan Andrzej słucha wywodów żony z wyraźnym zadowoleniem, co nie umyka jej uwadze. Aby więc zbić go trochę z tropu, zwierza mi się żartobliwie, że kiedy on schodzi ze statku na urlop, to na początku dom staje się za ciasny. Później jednak znów wszystko biegnie swoim torem – dodaje skwapliwie, widząc, że osiągnęła zamierzony cel.

Jak wygląda taki marynarski urlop? Dla p. Ewy Jasińskiej – żony chiefa pokładowego – pobyt męża w domu oznacza święto. Wtedy zapraszają przyjaciół, chodzą z dziećmi na spacery, do kina, w gości. W tym czasie pani Ewa nie wykonuje w mieszkaniu żadnych cięższych prac, inwestycji, przemeblowań, bo tym zajmuje się, kiedy mąż jest w morzu. Nie obarcza go również żadnymi sprawami z dziedziny tzw. „sztuki załatwiania”, bo przecież nie poradziłby sobie. Pani Ewa podziela tu popularną opinię, że ludzie morza, nawet bardzo dobrzy w swoim rzemiośle, często nie potrafią radzić sobie choćby z najprostszymi problemami życia na lądzie.

Pan Mundek, marynarz pokładowy z „Podhala”, nie przepada specjalnie za życiem towarzyskim. Jest typowym domatorem. Większość czasu na urlopach spędza w kręgu najbliższej rodziny, swoich książek i myśli, które przelewa na papier. Zanim został marynarzem, był nauczycielem i jeszcze paru innych zawodów się imał, ale zawsze ciągnęło go pisanie. Nie nazwałby tego twórczością literacką, są to tylko jego refleksje o życiu, zapisywane w formie chyba najbliższej esejowi. Wiele stron poświęcił życiu na statku i jeżeli chcę – proponuje – to możemy spotkać się kiedyś w Szczecinie i pokaże mi te teksty.

Pan Konrad z maszyny, jest miłośnikiem wędkarstwa, amatorsko pisuje wiersze teksty piosenek, gra na gitarze, śpiewa, którymi to zajęciami można znakomicie wypełnić wolny czas zarówno no na morzu, jak i podczas urlopu na lądzie, pod warunkiem, że człowiek nie ma większych zmartwień. Niestety od kilku lat pan Konrad przeżywa poważne kłopoty rodzinne, związane ze starszym synem. Zaczęło się od wypadku, długo po nim chorował. Później zaimponowało mu towarzystwo szpanującej młodzieży, złapał styl i szkoła, dom przestały się liczyć. Matka robiła, co mogła, żeby wyrwać lekkomyślnego chłopaka z tego kręgu. Podobnie ojciec, ale będąc nim jedynie „z doskoku”, miał praktycznie niewielki wpływ na syna. – Parę miesięcy temu – mówi pan Konrad – wdał się z kolegami w chuligańską rozróbę i teraz ma sankcję prokuratorską. A ja jestem w morzu, nie wiem, jak na bieżąco toczy się sprawa i gryzą mnie różne myśli. Jedno panu powiem, w zawodzie marynarskim nie powinni pracować ludzie, którzy mają żony oraz dzieci – zwłaszcza dorastające. Za rozłąkę z rodziną płaci się bowiem prędzej lub później haracz. To są rodziny w swoisty sposób rozbite, a takie nie mogą być w pełni szczęśliwe.

Żona chiefa pokładowego, która ma jeszcze małe dzieci, póki co nie nastręczające kłopotów wychowawczych, przedstawia mi sprawę rozłąki w rodzinie marynarskiej bardziej optymistycznie. Uważa, że takie przerwy w byciu razem cementują małżeństwo. Nie grozi mu nuda, jak winnych stadłach. Minusem życia z mężem, który pływa jest natomiast to, że nigdy niczego nie można zaplanować. Na przykład – wyjazdu z całą rodziną gdzieś na urlop.

Mam więc dwa różne punkty widzenia tego samego problemu. Fakt, że większość ludzi pracujących na morzu stanowią mężczyźni żonaci i posiadający dzieci, świadczy jednak o tym, że przyjmuje się tu rozłąkę z najbliższą rodziną, z wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, za mniejsze zło od samotności. Na „Podhalu” wszyscy członkowie załogi są żonaci. Najkrótszy staż małżeński posiada Sławek Eljaszewicz – sympatyczny marynarz z pokładu, liczący 23 lata i prawie dwa metry wzrostu, którym zapracował sobie wśród załogi na pseudonim „Maluśki”. Jest świeżo po wojsku, ma rocznego syna Adriana i mimo młodego wieku – bardzo poważny stosunek do życia, który jego zdaniem wynika z twardej szkoły życiowej, jaką otrzymał w Liceum Morskim w Szczecinie. Ma ambicje w miarę szybkiego osiągnięcia wysokiego standardu bytowego. Jego rękojmią w rodzinie marynarskiej – twierdzi – jest dobra żona, a taką właśnie ma, więc wierzy w powodzenie swoich planów.

Ryszard Prusik, III oficer pokładowy, z którym pełni wachty „Maluśki”, przyznaje rację swojemu podkomendnemu: – Dobra żona właściwie zagospodaruje pieniążki, człowiek nie roztrwoni ich na lądzie i przynajmniej jest szansa, że razem dojdą do czegoś. Dlatego większość ludzi naszego fachu żeni się dosyć młodo, aby wcześniej osiągnąć ten cel. Poza tym im człowiek jest starszy, tym mniejsze ma szanse na znalezienie dla siebie odpowiedniej partnerki życiowej. Mówi się później, że „marynarz szuka żony”, a na takie hasło – wiadomo – nie zawsze idą najporządniejsze panie. „Trzeci” uważa, że do mitycznego obrazu marynarza – wolnego ptaka, który ,,w noc się bawi”, rzuca forsą w portowych tawernach i nie dba o jutro, pasuje niewielu. Przeważają rozsądni ciułacze i on chyba też do nich należy. Takie życie.

“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winieta

Statek zwie się “Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matkichrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć “drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg “Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)

Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość –mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”

Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice “Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską “Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.

Cysorz…

Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie

23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:

Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.

Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:

Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła

Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.

Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.

Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…

Co pokolenie…

przekroj0Ewa Maria Slaska

Kiedyś, wieki temu, w „Przekroju” pojawił się taki felietonik Lucynki i Paulinki, emancypowanych i nowoczesnych kobiet PRL-u, o tym, że aby prawidłowo dbać o urodę trzeba zrobić… I tu następowała wyliczanka, z której nic nie pamiętam, ale jestem przekonana, że musiała tam być gimnastyka poranna całego ciała i osobno gimnastyka szyi (kobiety w tamtej epoce bardzo musiały dbać o szyję), na pewno było mycie zębów po jedzeniu i może zimny prysznic… A to długaśne wyliczenie kończyło się konkluzją “i to wszystko zajmie ci nie więcej niż 10 minut dziennie”.

Lucynka i Paulinka to Barbara Hoff i Janina Ipohorska. W „Przekroju” Hoff prowadziła rubrykę „Moda”, a Ipohorska o modzie pisała i udzielała porad savoir vivre’u jako Jan Kamyczek. Hoff miała świetne pomysły na ciuchy, dające się zrobić z rzeczy dostępnych i tanich. Jeszcze ja, pokolenie później, nosiłam zaprojektowane przez nią tanie sukienki sztruksowe z tak zwanej kolekcji “Przekroju”.

Lucynka i Paulinka to były dwie młode kobiety, które rozmawiały o modzie i stylu życia. Wymyślały nowe słowa, a niektóre z nich weszły na stałe do polszczyzny, np. wdzianko, kufajka czy lejba, skrzyżowanie polskiego słowa “leje” z niemieckim “Leibchen” – koszulka.

Moja Mama bardzo lubiła Lucynkę i Paulinkę, jak w ogóle cały “Przekrój”, a już ten felietonik cytowała nadzwyczaj często, naigrywając się z paniuś, które całe życie spędzają przed lustrem, jakby nie wiedziały, że prawdziwym sensem życia jest uprawianie Sztuki. Ale i ona miała dla nas w zanadrzu kilka porad. Na przykład – to w kwestii wyjaśnienia problemu szyi w latach 50 i 60 – czymkolwiek smarujesz twarz, smaruj i szyję, a jeśli nakładasz makijaż na twarz, nakładaj go i na szyję, bo nic bardziej nie zdradza wieku kobiety niż dekolt i szyja. Albo: zawsze smaruj łokcie kremem. I: jeśli się ładnie ubrałaś i wyszłaś, nigdy nie skub i nie poprawiaj ubrania na sobie ani fryzury. Nie odginaj małego palca przy piciu herbaty, bo to elegancja z przedmieścia, i nie podnoś spódniczki, siadając w tramwaju czy w autobusie – trudno, najwyżej się pogniecie. Nie siorb, nie mlaskaj, nie odzywaj się przy jedzeniu, siedź prosto i głupio się nie uśmiechaj, nie mieszaj głośno łyżeczką w kubku, zasłaniaj buzię przy ziewaniu, ale też – “to zawsze ładnie, jeśli młoda panienka ma coś białego przy twarzy”.

przekroj1

Minęło …dziesiąt lat i na Facebooku pojawia się taki oto tekst Katarzyny Nowickiej:

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas.
I też jedną pomarańczę na wit. C i pół melona żeby poprawić trawienie, oraz filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy. Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysiusiać na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie).
Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L. Casei Defensis, i choć nikt nie wie, co to za g…… jest, wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora melona zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnie. Codziennie jedną aspirynę żeby zapobiegać zawałowi i lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo, już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz.
Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika.
Należy przyjmować od sześciu do ośmiu posiłków dziennie, lekkich, oczywiście, nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa.
Zróbmy małe obliczono – już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.
A, po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po Activii i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak, dokąd starczy zębów.
Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin.
Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć jakich potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego, zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie.
No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pól godziny zrobi Ci się godzina).
Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to, jak sądzę, również.
Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby porównać informacje.
A! trzeba uprawiać seks każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowacyjnym, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga czasu. A co dopiero, jeśli ma to być seks tantryczny! (Seks tantryczny jest aktem duchowego i cielesnego zespolenia).
(Celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)
Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie.
Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy, to robienie kilku rzeczy na raz, na przykład: bierzesz prysznic w zimnej wodzie i z otwartymi ustami, w ten sposób połykasz 2 litry wody.
Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz seks (tantryczny) ze swoim partnerem, który w międzyczasie ogląda telewizję, i opowiada Ci, co się dzieje na ekranie.
W czasie gdy myjesz zęby, masz jeszcze jedną wolną rękę?
Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!! Wypij wino (po telefonie do rodziców przyda się).
Uff… Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to prześlij to dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny).
A teraz już Was zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji.
A! Po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…

Co pokolenie to samo. Zalecenia się zmieniają, ale nie ich ilość. A Katarzyna nie wpisała tu jeszcze żadnych zasad związanych z gotowaniem. Zacznijmy więc: nie jedz w knajpach, tylko gotuj sama, nie kupuj półproduktów, przygotowuj je sama, nie smaż na dziewicy (mam oczywiście na myśli oliwę z oliwek wyciskaną na zimno zwaną “vergine”) ani na maśle, więc jak zapomniałaś, to szoruj do sklepu po olej rzepakowy (groza – za moich czasów nikt nie brał oleju rzepakowego do ust!), cebulkę trzeba dusić na oliwie 20 minut, bo coś tam, nie wiem co, szpinak blanszować trzy minuty, ale za to przedtem myć godzinę, bo w świeżym są tony piachu. Czosnek drobno siekać, a nie wyciskać przez wyciskarkę, jajek nie smażyć tylko gotować 7 minut, to nie będą miały szkodliwego cholesterolu, masło (aha, znowu masło) najlepiej klarować podwójnie (co najwyżej pół godziny), rosół redukować przez 12 godzin, wodę przegotować, ostudzić, wstawić w metalowym kubeczku do zamrażarki, po 12 godzinach wyjąć, rozmrozić i wypić na czczo, będzie coś, też nie wiem co, ale na pewno dobrze… nie używać mąki z pszenicy, żyta i jęczmienia, tylko zrobić sobie samej z owsa, prosa i kaszy gryczanej. Nie pić mleka tylko wyekstrahować sobie z migdałów mleko migdałowe, a z ryżu mleko ryżowe… A sojowe lepiej nie, bo be. A frytki upiec w piecu, a naleśniki usmażyć bez żółtek, a nie smażyć na tłuszczu, bo wszystko be, a potem na całą noc po pubach i klubach, i piwko, wódeczka, piwko, papierosek…

A na zakończenie – wpisałam w google’a hasło: “i to wszystko zajmie mi nie więcej niż 10 minut” i w 0, 61 s. otrzymałam “około 35,800,000” wyników.

Całuję!

Zapamiętane

Krystyna Koziewicz

Z cyklu: Pamiętam ten dzień

Milicjant czyli opowieść (prawie) wigilijna

Pamięć ma zagadkowe sita, nie wszystko rejestruje, co by się chciało, a jeśli już, to chyba to, co trzeba i warto! Czasem dziwimy się, że wiele obrazów z przeszłości umyka nam z głowy bezpowrotnie, niektóre zaś pozostają na zawsze, jak na twardym dysku. Od czego to zależy, nie wiem? Opiszę tu jedno z tych zdarzeń, które wciąż wspominam, mimo iż minęło prawie czterdzieści lat.

Opole_RondoOtóż, w latach 70 brakowało w Polsce mieszkań dla młodych małżeństw. Jeśli miało się szczęście, to mieszkało się kątem u rodziny albo wynajmowało  kwaterę – tak się kiedyś mówiło.

W tym czasie byłam wysoko brzemienna, bez własnego lokum. Starałam się poprzez urząd miejski o mieszkanie komunalne, ba nawet byłam osobiście z wizytą u prezydenta. Od wodza miasta usłyszałam wiele gorzkich słów pod moim adresem, który kierując wzrok na mój brzuch, zrobił mi wykład o planowaniu sobie życia. Otrzymałam „genialną” radę,  by najpierw starać się o mieszkanie i od tego są spółdzielnie mieszkaniowe , a dopiero potem planować dzieci”. Muszę przyznać, że urzędujący prezydent szybko mnie oświecił. „W takim razie, idąc tokiem takiego myślenia – dedukowałam  głośno – miasto za kilkanaście lat będzie wyludnione, bo na mieszkanie czeka się 20 – 25 lat, a w wieku 40-45 lat dzieci się nie rodzą”. (Przynajmniej wtedy się nie rodziły). Prezydent już nie chciał słuchać dalszych wywodów, pokazał mi drzwi, na co zareagowałam, tak jak chciał, ale nim wyszłam na korytarz, na odchodne powiedziałam,” że w takim razie miastu nie będą potrzebne przedszkola, szkoły, nauczyciele, wychowawcy i wiele innych rzeczy…”.

Traf chciał, że znalazł się człowiek, niestety nadużywający alkoholu, który zaproponował, że nam odsprzeda swoje mieszkanie. Pieniądze pożyczyła rodzina, zamieszkałam zatem z mężem w lokalu, który, jak się później okazało, należał do milicji. „Właściciel” służbówki otrzymał od nas bardzo wysokie odstępne (właściwie był to wykup), skrywając przed nami fakt, że administratorem mieszkania była komenda wojewódzka. Informacja o nielegalnych lokatorach szybko rozeszła się wśród „życzliwych” sąsiadów, którzy poczuwali się do obowiązku zawiadomienia przełożonych o dokonanym przez nas przestępstwie. Na reakcje władz nie trzeba było długo czekać, otrzymaliśmy wezwanie do natychmiastowego opuszczenia lokalu.

Łatwo jednak nie chciałam się poddać, w końcu byliśmy tam zameldowani, mieszkaliśmy więc dalej, ale w ciągłym stresie przed ewentualną eksmisją. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczniejsza, kiedy otrzymałam wezwanie do natychmiastowego osobistego wstawienia się w wydziale administracyjnym milicji. Tym razem nie mogłam zignorować wezwania i z brzuszkiem tuż… tuż… przed rozwiązaniem doczołgałam się pod właściwy adres. Pan urzędnik – milicjant wyższego stopnia nie chciał ode mnie żadnych wyjaśnień, natychmiast nakazał podwładnemu pisać na maszynie tzw. moje zobowiazanie o dobrowolnym opuszczeniu lokalu. No i pisał chłopina jota w jotę to, co szef dyktował: „niniejszym obecna tu KS urodzona… roku… w… nr  dowodu osobistego… wyraża zgodę na opuszczenie nielegalnie zajętego mieszkania w ciągu 2 tygodni, w przeciwnym razie zostanie przymusowo eksmitowana do poprzedniego miejsca zamieszkania pod adresem…
– Gdzie Pani ostatnio była zameldowana? – pyta urzędnik.
– W dowodzie osobistym jest napisane, Dom Dziecka w S… – odpowiadam.
– W Domu Dziecka? –  facet z wytrzeszczonymi oczyma zajrzał do dowodu, po czym zamilkł. Zapanowała cisza, która być może trwała z pięć minut, dla mnie… wieczność. Nagle patrzę, a urzędnik wyrywa kartkę z maszyny, drze na kawałki, wrzuca do kosza i wychodzi z pokoju. Po jakimś czasie wraca z powrotem, podchodzi do mnie, odprowadza do drzwi mówiąc łamiącym nieco głosem:
– A teraz proszę iść do pokoju nr… i tam otrzyma pani przydział na to mieszkanie i proszę  w sobie mieszkać tak długo, jak długo będę chciała.
Hmm… nie pamiętam, jaka była moja pierwsza reakcja, pewnie z wrażenia nawet nie podziękowałam.
Nie dowierzałam własnym oczom, że w ciągu kilku minut trzymałam w ręku przydział na mieszkanie, z którego miałam być eksmitowana na bruk. Ten dzień i ta dramatyczna chwila często powraca we wspomnieniach, ilekroć odwiedzam dzieci mieszkające w „moim” mieszkaniu. Bo kto by się spodziewał w tych czasach, że milicjant w komunistycznym kraju okazał się być człowiekiem? Podobnych ludzi na pewno można w życiu spotkać tylko… trzeba jednak mieć odrobinę szczęścia.  Miałam wielkie „szczęście w nieszczęściu” i właśnie temu urzędnikowi z Opola z Komendy Wojewódzkiej z lat 70 poświęcam ten artykuł.