Chodzenie po mieście. Trzy żonkile.

Ela Kargol

Były trzy dworce w Berlinie, z których deportowano Żydów między rokiem 1941 a 1945 na Wschód, do gett i obozów zagłady:

Bahnhof Grunewald – 10 137 ludzi,
Anhalter Bahnhof – 9 635 ludzi,
Güterbahnhof (dworzec towarowy) Moabit – 32 201 ludzi.

Skrupulatnie rozliczano ich z pozostawionego majątku ruchomego, bo nieruchomości, jeśli takie posiadali, odebrano im już wcześniej. Prowadzono drobiazgowe listy z oświadczeniami majątkowymi, a jeżeli ktoś nie zdążył spisać swojego stanu posiadania i znalazł się już w transporcie, urzędnik zaznaczał, że odpowiednie zaświadczenie będzie jeszcze dostarczone. Są też dokładne spisy tych, którzy wybrali sami dla siebie „osteczne rozwiązanie” jeszcze przed transportem do Auschwitz, Theresienstadt czy Treblinki. Majątki ich wszystkich przepadały na rzecz nazistowskiej Rzeszy. Deutsche Reichsbahn (Niemieckie Koleje Rzeszy) po targu z Himmlerem, który wynegocjował dobrą cenę, brały od dorosłego 4 reichspfennigi (fenigi rzeszy), od dziecka 2 fenigi. Małe dzieci jechały za darmo do Auschwitz, Bełżca, Rygi…

Odpowiedzialny za rolę Reichsbahny w deportacjach Żydów był Albert Ganzenmüller, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu III Rzeszy. Dożył sędziwego wieku 91 lat.

Z Anhalter Bahnhof dołączano do kursowych pociągów dalekobieżnych trzy wagony trzeciej klasy. Pasażerowie czekający w kierunku Drezna nie różnili się wiele od pasażerów, którzy jechali dalej do Theresienstadt, może tylko tym, że tych drugich otaczała grupa SS-manów, pilnująca porządku. Konduktor nie musiał sprawdzać kolejno biletów. Bilety były grupowe.

Miejsce pamięci Putlitzbrücke

W rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim wybrałyśmy się (Ewa, Krysia i ja) na berliński dworzec Grunewald, do miejsca pamięci Gleis 17, z którego 18. X. 1941 wyruszył pierwszy pociąg z 1013 „pasażerami” do getta w Łodzi. Przyniosłyśmy świeże żonkile, papierowe przypięłyśmy do płaszczy i kurtek. Kilka dni później pojechałyśmy na były dworzec towarowy Moabit, skąd deportowano do gett i obozów zagłady ponad 30 tysięcy berlińskich Żydów.

Miejsce pamięci Gleis 17 na Grunewaldzie

Na moście Putlitzkim (Putlitzbrücke), który rozciąga się nad moabickim dworcem towarowym i przystankiem S-Bahny Westhafen, stanął w roku 1987 pomnik upamiętniający deportację tysięcy Żydów. Autorem pomnika jest Volkmar Haase. Pomnik jest miejscem częstych ataków grup antysemickich, nawet zamachu bombowego (sierpień 1992 roku). Wybuch zniszczył pomnik do tego stopnia, że musiał być zdemontowany i w następnym roku jeszcze raz ustawiony. Jesteśmy tu pierwszy raz. Częścią pomnika są zdeformowane schody, schody, które prowadzą do nieba i są tak nierzeczywiste, a jednocześnie wstrząsające, groźne, tragiczne. Daleko mi od krytyki idei artysty, a już na pewno idei upamiętnienia tego miejsca, ale gdy podeszłyśmy pod pomnik, oprócz kilku obligatoryjnych zdjęć i wymienianych przy tym uwag niewiele miałyśmy do powiedzenia. Całe otoczenie pomnika, hałas przejeżdzających po moście samochodów, a pod mostem kolejki miejskiej, nie dają możliwości cichej zadumy. Ale dobrze, że jest. Napis, który umieszczony jest na pomniku dość nisko, w całości jeszcze raz znajduję w internecie.

STUFEN
DIE KEINE
STUFEN
MEHR SIND.
EINE TREPPE
DIE KEINE TREPPE MEHR IST.
ABGEBROCHEN.
SYMBOL DES WEGES
DER KEIN WEG MEHR WAR
FUER DIE
DIE
UEBER RAMPEN
GLEISE
STUFEN
UND TREPPEN
DIESEN LETZTEN WEG GEHEN MUSSTEN.
VOM BAHNHOF PUTLITZSTRASSE
WURDEN IN DEN JAHREN
1941–1944
ZEHNTAUSENDE JUEDISCHER MITBUERGER BERLINS
IN VERNICHTUNGSLAGER
DEPORTIERT
UND
ERMORDET

Stopnie, które już nie są stopniami
Schody, które już nie są schodami
urwane
symbol drogi, która nie była już drogą
dla tych, którzy przez te rampy tory, stopnie i schody ostatnią drogę musieli przebyć

Z dworca Putlitzstraße (dworzec towarowy Moabit) w latach 1941 – 44 zostało deportowanych i zamordowanych w obozach zaglady dziesiatki tysięcy współmieszkańców Berlina pochodzenia żydowskiego, współobywateli tego miasta.

Miejsce pamięci peronu 69 na moabickim dworcu otwarto nie tak dawno, cztery lata temu. Trudno tu trafić. Trzeba zejść z głośnego mostu i ulicą Quitzowstraße kierować się na wschód, wypatrując Lidla i sklepu budowlanego Hellweg. Pomiędzy nimi znajduje się wybrukowana droga, podobno w urzędowych aktach zwana jeszcze Deportationsweg. Droga, która prowadziła prosto do dawnych torów tzw. militarnych 69, 81, 82.

Miejsce pamięci Deportationsbahnhof (Gleis 69) Moabit

Czytam wiele krytycznych uwag o tym miejscu, uwag, których nie podzielam. Może trafiłyśmy na spokojny słoneczny dzień, na dobrą porę dnia, może fakt, że wiedziałyśmy, po co tu przyszłyśmy, pozwolił nam się zatrzymać na chwilę. Sosnowy lasek, tory, rampa, wybrukowana droga, którą oni szli. Przy drodze rozkwitł właśnie żółty kwiatek, na drodze leży czapka, którą ktoś zgubił, wtedy też mogły leżeć tu czapki, a wiosną kwitło kwiecie.

34 transporty, transporty ludzi, ludzi, którzy ulicami Moabitu szli z synagogi przy Levetzowstrasse, przekształconej na punkt zborny (Sammellager). Często byli to sąsiedzi, przyjaciele, oznaczeni gwiazdą Dawida, całe rodziny, samotni, dzieci, jeszcze z walizkami w ręku, które musieli i tak zostawić, zanim weszli do wagonu.

Ellen-Epstein-Straße, nowo powstała ulica na terenie moabickiego dworca towarowego, upamiętnia wspaniałą pianistkę, która wraz z siostrą wsiadła tu w październiku 1942 roku do pociągu w kierunku Rygi. Był to 21 Berliner Osttransport i była to podróż w jedną stronę.

Zostawiamy nasze papierowe żonkile przy „torze 69”, a kilka dni później w miejscu, gdzie stała synagoga przy Levetzowstraße.

Miejsce pamięci Synagoga Levetzowstraße. Wszystkie zdjęcia – Elżbieta Kargol

***

Od Adminki: O miejscu pamięci na Grunewaldzie pisałyśmy już: TU wpis Eli, tu dwa moje TU i TU.

“Upload” i “Idiokracja”

czyli wybierając dziś, wybieramy przyszłość naszych wnuków

Oba te filmy należą do kategorii “inspiracje konradowskie” 🙂

Ewa Maria Slaska

Kwiecień 2021 roku. Niemcy znajdują się w ciekawym stanie przygotowań… do gorączki przedwyborczej. To taka staropolska “prolegomena do wstępu”. CDU szarpie się między Markusem trojga imion Thomasem Theodorem Söderem a Arminem jednoimiennym Laschetem. Söder się nie podoba, ale krążą pogłoski, że na tle Lascheta jest boski. Ale z kolei kanclerz z Bawarii, tego w Niemczech jeszcze nie było! Wprawdzie Ludwig Erhard, drugi kanclerz Niemiec, urodził się w Bawarii, ale nie był bawarskim politykiem. Studiował w Hesji, a szlify polityczne zdobywał w Badenii Wirtembergii.

Söder czy Laschet, cóż oni biedacy mogą, że nie są Angelą i że nie tylko wyborcy CDU, ale całe Niemcy, a może i świat boi się czasu, gdy Angela przestanie nami rządzić.

Muszę sprawdzić w sieci, kogoż to nam oferuje biedna niemiecka SPD, partia socjaldemokratyczna, bo nie pamiętam (Olaf Scholz). Ta partia jest obecnie strasznie i totalnie bez znaczenia. Od dawna się nad tym zastanawiam, jak to się stało, że taka świetna i prężna demokratyczna partia, jaką była kiedyś SPD, zmieniła się w pozbawiony znaczenia klubik polityczny. Czy naprawdę jest możliwe, że szkody jakie tej partii wyrządził Gerhard Schröder, i w czasie swej kadencji, i potem, były aż tak nieodwracalne?

No i Zieloni, partia, która w sondażach pędzi do góry jak stado kozic. Dziś się zadecyduje, które z dwojga szefów partii (Zieloni zawsze mają dwoje szefów) zostanie kandydat/em/ką: Annalena Baerbock czy Robert Habeck? Ona jest fajna i młoda, może za młoda nawet (ma 40 lat), on trochę przypomina Trzaskowskiego, ma 52 lata i urodził się 2 września. To mój dzień urodzin, ale to oczywiście bez znaczenia.

A więc: Scholz 62, Laschet 61, Söder 54, Habek 52 i Baerbock 40.

Które z nich ma szansę sprostać wyzwaniom, jakie niesie ze sobą świat po pandemii? Sercem skłaniam się ku jedynej kobiecie na tej liście, również dlatego, że jest taka młoda, ale rozum mówi mi, że to zadanie, które ją zniszczy.

Tu ciekawy artykuł z dzisiejszego Tagesspiegel nt. roweru (dziś Dzień Roweru), zilustrowany zdjęciem Annalene, jak jedzie do pracy na rowerze. A pracuje w końcu w niemieckim parlamencie. Dziękuję Christine Ziegler za “podrzucenie” tego artykułu do bloga. Niestety nie da się inaczej – trzeba sobie ten tekst otworzyć w folderze Downloads. Sorki.

Bo co czeka ją, czy jednego z tych pięciu mężczyzn?

Rozbite, zatomizowane społeczeństwo, od roku czynnie lub biernie sprawdzające, do jakich granic można bezkarnie wypróbowywać nieposłuszeństwo obywatelskie. Dzieci i młodzież, które się dowiedziały, że nikogo nie obchodzi, czego się uczą i czy w ogóle się uczą. Gospodarka, w której wszystkie stare struktury straciły sens, bo po co nam auta i autostrady, a rosną do potęgi zyski firm przewozowo-wysyłkowych, producentów maseczek FFP2 i laboratoriów chemicznych. Katastrofa klimatyczna, której nic już nie jest w stanie zatrzymać, mimo iż rok temu myśleliśmy, że przestaniemy śmiecić, latać samolotami i kupować auta, zbudujemy bikestrady, zostaniemy weganami i nie będzie nam żal pieniędzy na produkty powstające w sposób zrównoważony. Naprawdę w to wierzyliśmy? To to, co czeka nas już jutro, nazywa się rozczarowanie.

Dwa filmy, które obejrzałam w ostatnich tygodniach, a raczej jeden serial i jeden film, pokazują, że pojutrze będzie jeszcze gorzej. Upload opowiada historię człowieka, który z łaski bogatej narzeczonej zostaje po śmierci “załadowany” do wirtualnego raju. W raju czają się co najmniej trzy węże – pieniądze, brak wolnej woli i nuda na wieczność. Po kilku odcinkach wiemy, że bohatera uratuje tylko miłość (która jednak, przecież to też wiemy, nie będzie trwała wiecznie), ale dowiemy się i tego, że ludzki sen o nieśmiertelności jest głupi, a nic nie ma sensu, jeśli życie nie kończy się śmiercią. Wirtualny raj jest komercyjno-konsumpcyjnym piekłem. Ale nie możemy zbyć tego serialu i tego przesłania tylko machnięciem ręki – bo świat (nauka? technika? komercja?) podejmuje wysiłki w tym kierunku. Czy twórcy serialu świadomie traktują go jak ostrzeżenie, czy stworzyli historyjkę “ku uciesze gawiedzi”, a tymczasem okazała się ona kasandrycznym krzykiem?

Idiokracja to kolejne ostrzeżenie, tym razem jednak z całą pewnością świadome. Idiokracja to władza głupoty. W filmie świat zostanie powoli ale systematycznie ogarnięty potworną głupotą, głupienie będzie przebiegało równolegle do całkowitego zniszczenia środowiska, a proces ten będzie trwał 500 lat.

I otóż nie. Nie potrzebujemy 500 lat, żeby skutecznie zniszczyć i ludzi, i świat. Może tak się wydawało w roku 2005, kiedy Mike Judge i Etan Cohen pisali scenariusz Idiokracji (to film z roku 2006, ale scenariusz musiał być przecież choć trochę wcześniejszy). Dziś wiemy, że zniszczenie postępuje znacznie szybciej niż myśleliśmy jeszcze dziesięć lat temu. Bohater filmu zostaje zahibernowany w naszych czasach i budzi się po 500 latach, ale to, co pokazuje film, będzie miało miejsce nie za lat 500, lecz za co najwyżej 50. Joe próbuje przekazać w przeszłość przesłanie, które może uratuje naszą przyszłość od głupoty (“uczcie się i twórzcie sztukę”), ale nie zna przesłania, które uratowałoby nas od katastrofy klimatycznej.

Cezary Graf zrecenzował ten film na youtubie.

Obejrzyjcie koniecznie Idiokrację i zastanówcie się, czy mamy jakąś szansę, żeby Annalena Baerbock została dziś wybrana na kandydatkę Zielonych na kanclerkę, żeby 26 września została wybrana na kanclerkę i żeby w międzyczasie obejrzała ten film, bo wtedy zrozumie, co ją czeka jako kanclerkę.

***

PS. Nie przejmujcie się zakończeniem tego filmiku – ten facet prowadzi kanał o tym, jak zarabiać pieniądze i zawsze każe wszystkim myśleć o pieniądzach.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Meine Lektüre

Die Welt und wir selbst geraten gerade immer mehr in Stille, in einen Zustand des ständigen Wartens und sich Ermahnens, in Abgeschiedenheit; wichtiger wird es, zu lesen als Leute zu treffen, wichtiger, in sich zurückzukehren als in Ausstellungen, Konzerte, Theater und Kinos zu gehen. Eigentlich müsste diese Zeit für Menschen, die, wie ich, Yoga praktizieren, eine Quelle der Inspiration sein, doch sie hängt langsam wie eine bleierne Decke über allem und wir versuchen eher schlecht als recht rauszukommen und rauszuschauen. Die einzig wirklich aufmunternde Tätigkeit ist die Lektüre und vielleicht auch der online-Austausch darüber. Die lesenden Madonnen und anderen heiligen Damen des Mittelalters könnten uns hier ein Vorbild sein.

Lange Abende blieb ich an ein Buch gefesselt, auch wegen des Umfangs (es sind beinahe 600 Seiten), aber auch wegen des Themas, mit dem ich seit Jahren schwanger bin. Der Titel klärt vieles: Rückkehr nach Lemberg. Über die Ursprünge von Genozid und Verbrechen gegen die Menschlichkeit. Eine persönliche Geschichte von Philippe Sands. Der Autor, Anwalt und Professor für internationales Recht, lebt in London, ist jüdischer Abstammung und seine Familie stammt aus Lemberg, oder genauer: aus Zółkiew in der Nähe von Lemberg. Er versucht, bei seinen Reisen den Grund für die Odyssee seiner eigenen Familie zu entschlüsseln und den Ausgangspunkt, den Ursprung findet er immer wieder in der Stadt Lemberg.

Vielleicht etwas weitläufig und sehr ambitioniert verbindet er die Geschichte seiner Familie mit der von zwei weltbekannten Juristen: Hersch Lauterpacht und Raphael Lemkin. Da sich das Buch in der Zeit kurz vor dem Zweiten Weltkrieg, dann während und danach, bewegt, bleiben uns die Ereignisse und Persönlichkeiten aus dieser Zeit nicht verborgen. Viele Seiten widmet Sands auch dem „Generalgouverneur“ des besetzten Polen und Reichsminister Hans Frank, auch der ein Jurist. Der Aufbau des Buches ist an einige Achsen gebunden: an eine zeitliche, die chronologische Geschichte der Familie, rückwärts erzählt; an eine geografische, von Zółkiew nach Lemberg, Wien, London, USA und oft zurück nach London, die Schweiz, mit einem starken Focus auf dem Beruf des Juristen. Der Autor begibt sich an diese Orte, führt Gespräche mit den Helden, mit seiner Familie (der Mutter), sichtet Fotos und erhalten gebliebene Dokumente und begleitet manche seiner Personen auch bei wichtigen historischen Ereignissen – dem Nürnberger Prozess.

Hinter allen diesen Aktivitäten, den Reisen, Gesprächen, Interviews und Recherchen in Archiven, steht für mich sein starker Wille und Wunsch, an der Familie wenigstens in minimalem Umfang etwas wiedergutzumachen, sie zu entschädigen, ihr Genugtuung zu leisten; das ist der eigentliche Motor des Buchs und vielleicht spielt auch sein persönlicher Ehrgeiz eine Rolle. Sands liefert Porträts von einigen der Personen, die ich erwähnt habe; im Hinblick auf die Zeit und die Ereignisse, die ihn interessieren, zögert er auch nicht, deren Nachkommen aufzusuchen und anzusprechen, sozusagen einen persönlich Eindruck von ihnen zu bekommen, sich sogar mit ihnen zu befreunden. So entsteht ein sehr lebendiges, persönliches, im historischen Geschehen verwurzeltes Werk, das über vieles Auskunft gibt, was man eigentlich bereits weiß und worüber man doch immer mehr erfahren könnte – über eine Welt, die es tatsächlich nicht mehr gibt.

Natürlich sind die Zeit, die Akteure und eben die Ereignisse, die in dem Buch beschrieben werden, so bedeutend, dass der persönliche Aspekt dahinter manchmal verschwindet und wenig sichtbar wird, doch die treibende Kraft für das ganze Unternehmen bleibt der Wunsch, sich mit der eigenen Geschichte versöhnen zu können.

Ich werde hier nicht das ganze Buch zusammenfassen; erwähnenswert ist, dass Sands als Jurist die Auseinandersetzung um die juristisch neu formulierte Begriffe Genozid und Verbrechen gegen die Menschlichkeit sehr anschaulich darstellt. Der Leser erfährt, wie es dazu kam und wie zwei hervorragende Juristen jüdischer Abstammung diese Begriffe geprägt und erfolgreich dafür gekämpft haben, sie in die Nürnberger Prozesses einzubringen. Wie diese Begriffe dann auch politisiert wurden, aber auch eindringlich, wie wichtig sie für die damalige Zeit und die Entstehung vieler internationaler Organisationen waren.

Für mich persönlich hat das Buch geklärt, was meine Mutter mit ihrem oft wiederholten Satz meinte, dass die juristische Fakultät in Lemberg die beste in ganz Europa gewesen sei. Offensichtlich gab es eine Zeit, in der es wirklich so war…

Czekając na śnieg

Ewa Maria Slaska

Dwa zdjęcia znalezione w sieci przypomniały mi, że bywały zimy, kiedy padał śnieg.

POLAND. Silesia region. Kalwaria Zebrzydowska village. 1981.
Religious pilgrimage during the Holy Week. Foto Bruno Barbey.

 

Jacek Szymański
na portalu Gdańsk historyczny:
Rok 1904, Jaśkowa Dolina, restauracja Forsthaus… i ten klimat 

Lubię śnieg i lubię zimę. Może dlatego lubię też białe malarstwo. Gdy jesienią tego roku byłam w Tate Modern w Londynie zachwyciłam się salą poświęconą białemu malarstwu. Są też sale o innych kolorach.

Te dwa zdjęcia zrobiłam ja, resztę biorę ze strony Tate Modern (uwaga, póki co Tate Modern jest zamknięta do odwołania, oczywiście z uwagi na koronę. Jak ja byłam, korona też była, było też przez nią mnóstwo ograniczeń, nie było szatni ani kawiarni, trzeba się było rejestrować zawczasu, ale jeszcze można było wejść; dziś, dwa miesiące później, już nie można wejść).

Achrome 1958 Piero Manzoni 1933-1963 Purchased 1974 http://www.tate.org.uk/art/work/T01871

 

Monochrome White Painting 1963 Li Yuan-chia 1929-1994 Purchased 2004 http://www.tate.org.uk/art/work/T11871

 

White Painting 1969 Michael Buthe 1944-1994 Purchased with funds provided by the Edward and Agnes Lee Acquisition Fund 2016 http://www.tate.org.uk/art/work/T14782

Oczywiście w Tate Modern nie ma Białego kwadratu (kompozycji suprematycznej) Kazimira Malewicza, bo jest w MOMA w Nowym Jorku, ale nie mogę się oprzeć, żeby go tu nie przypomnieć. Oczywiście biały kwadrat nie jest tak słynny jak czarny. Ale to tylko kwestia marketingu.

Artist Kazimir Malevich
Year 1918
Medium Oil on canvas
Dimensions 79.4 cm × 79.4 cm (31¼ in × 31¼ in)
Location Museum of Modern Art, New York City[

Jeszcze jeden biały obraz – został rok temu sprzedany za 20 milionów dolarów: Robert Ryman (b. 1930), Bridge

Ciekawy, prawda?

No i wreszcie mój ulubiony – Jacek Mydlarski (1950-2020), gdański malarz bieli, przyjaciel. Kupiłam kiedyś, dawno temu dwa jego obrazy. Przyznaję, że nie za 20 milionów dolarów. Ale ponieważ nie miałam wtedy w ogóle pieniędzy, to może symbolicznie te zakupy są sobie równe.

Te dwa jego białe obrazy towarzyszyły najpierw mi, a potem mojemu siostrzeńcowi w wędrówkach po kilkunastu naszych mieszkaniach (jesteśmy nomadami). Artysta umarł niedawno, jego niezwykłe białe prace można obejrzeć online.

Obrazy bieli

Fleck & Fleck / Boznańska / Karpiński

Ewa Maria Slaska

Przestawienie życia z realu na virtual jest właściwie nużące i męczące, człowiek aż się wzdraga, że znowu świat w czasach korony oferuje mu coś, co trzeba obejrzeć na ekranie, a każdy krok w kierunku wirtualnej rzeczywistości próbuje zmienić starszą panią (czyli mnie) w  urodzonego ze smartfonem w garści młodego człowieka. Ale jednak nawet w sytuacji przymusowej czasem się w tym surrealu trafiają fantastyczne wyjątki, bo oto Bogusław Fleck, polski artysta od lat mieszkający w Berlinie (i od lat zaprzyjaźniony) zaprasza na wystawę jego prac i taty (Fleck i Fleck), a ta wystawa jest ZNAKOMITA!

https://artspaces.kunstmatrix.com/de/exhibition/2189200/fleck-fleck

Wejdźcie i cieszcie się nią wszyscy, bo obsługa wirtualnego zwiedzania jest prosta, a nawet jeszcze prostsza, a prace są świetne. Spędzicie interesująco czas i, zapewniam, będziecie tu jeszcze wielokrotnie wracać.

***

W czasach pandemii i to właściwie w “najgłębszym” lockdownie zdarzają się jednak realne niespodzianki. Byliśmy 3 listopada na spacerze w Sopocie, zeszliśmy z góry “Monciakiem” (ulica Monte Cassino, ale to chyba aż niegrzecznie, że próbuję to wyjaśniać) i zatrzymał nas plakat tuż przed wejściem na molo z fantastycznym autoportretem Olgi Boznańskiej, podeszliśmy więc bliżej i… przeczytaliśmy, że wystawa jest czynna do 22 listopada. W Polsce obowiązywał już ścisły lockdown i właściwie nie wiem, co nas skłoniło do podjęcia próby wejścia. Bo przecież nie liczyliśmy na to, że wejdziemy. Tymczasem wystawa była czynna, zwiedzających wpuszczano w grupkach do pięciu osób (my byliśmy w czwórkę), musieliśmy tylko odkazić ręce i oczywiście mieć maski na twarzach.

Olga Boznańska, Autoportret, 1906, 49×36 cm, olej na desce; fot. dzięki uprzejmości Galerii aTak

I weszliśmy, a tam po prostu cuda… cała polska sztuka nowoczesna, i ta z kanonu (Malczewski, Wyspiański, Ślewiński, Boznańska i cała wspaniała reszta) i ta spoza, jak na przykład Mela Mutter czy Alfons Karpiński. Gdy stoimy z siostrą przed trzema ślicznymi obrazkami Karpińskiego (używam zdrobnienia, bo obrazki małe), rozmawiamy o tym, że to przecież rodzina. Nasza prababcia Jadwiga była z domu Karpińska (po mężu Krynicka), co nas łączy nie tylko z Franciszkiem (tym od Laury) i Lalą Jacka Dehnela, ale również z Alfonsem.

Dla wielu Czytelników słowo prababcia oznacza być może zamierzchłe czasy, których nikt nie pamięta, ale dla nas akurat nie, bo obie w dzieciństwie znałyśmy prababcię, chodziliśmy z tatą ją odwiedzać raz na tydzień, po niedzielnym spacerze po lesie. Prababcia była maleńka jak szpilka, a na starość jeszcze zmalała, kiedyś więc, jako mała dziewczynka, dostałam buciki, które jej kupiono, ale ją cisnęły. Mnie też cisnęły, ale małych dziewczynek we wczesnych latach 50 nikt nie pytał, czy chcą coś nosić, a zresztą oczywiście chciałam nosić buciki od prababci. Buciki zdeformowały mi co nieco palce u stóp i jak mnie dzisiaj bolą, to z czułością przypominam sobie i samą prababcię, i tabuny ciotek i wujaszków Krynickich, i piękne stare meble, i obrazy dziadka Jana Feliksa Boguckiego na ścianie, i fantastyczny zapach kawy, którą mieliło się na bieżąco w śmiesznym ręcznym młynku, wiszącym na ścianie.

“Mam gdzieś zdjęcie Alfonsa w pracowni”, powiedziałam do mojej siostry i obiecałam, że poszukam, jak wrócę do Berlina. Jednak nie znalazłam zdjęcia w komputerze, weszłam więc do sieci i znalazłam na stronie dzieje.pl i fotkę, i taką informację: “Pierwsza w Polsce galeria malarstwa Alfonsa Karpińskiego w Stalowej Woli”.

Alfons Karpiński w pracowni. 1926 r. Fot. NAC

To nie jest to zdjęcie, które miałam w komputerze, ale to jest na pewno ten sam stryjeczny pradziadek, nawet nos ma “taki rodzinny”.
Tak długo stoimy przed trzema obrazkami pradziadka, że podchodzi do nas pani pilnująca sali i mówi, że tam, gdzie wisi seria autoportretów, jest też i on. Idziemy więc i znajdujemy śliczny portret szczupłego, młodego człowieka o smutnym wyrazie twarzy. “O jej, jaki smutny”, mówię, ale moja siostra widzi na tym obrazie nie smutek, tylko skupienie artysty, który z lewej ma obraz, a z prawej patrzy w lustro. Może, może, ale smutny jest i tak. Kilkuset innych malarzy na świecie, którzy też patrzyli w lustro, nie ma aż tak smutnej miny.
Trochę go tu na tym zdjęciu mało widać, ale trudno, już nic nie odtworzę.

Jeśli mieszkacie w Trójmieście i jeśli Galerii nie zamknięto w międzyczasie, to koniecznie idźcie, nie wiadomo przecież, kiedy następnym razem trafi się taka okazja.

Ach, tu w tej notatce z FB widzę, że i owszem, zamknięto, ale podobno samą wystawę przedłużono do 3 stycznia. Czyli może jednak się Wam uda.

***

Był wspaniały jesienny dzień, taki naprawdę złoty. Po obejrzeniu wystawy kupiliśmy jeszcze w kawiarni na molo kawę i gofry, usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na morze. I wtedy pojawiła się Mewa Aria (to imię jest anagramem mojego, a wymyślił je znany już czytelnikom Konrad) i bardzo cierpliwie pozowała nam do zdjęć (zdjęcia zrobiła moja siostra, Kasia).

Z wolnej stopy 17

Zbigniew Milewicz

Z Waldkiem Nowakowskim o życiu, malarstwie i innych zajęciach…

Powiedzmy, że nasza rozmowa toczyła się tak:
– Co robi marynarz pod Alpami?
– Za pozwoleniem, drugi oficer
– W porządku, ale dalej nie wiem.
– Czasami prądy morskie zanoszą łajbę w różne, dziwne miejsca. Najpierw był Londyn, dopiero później Monachium.
– Zapomniałeś o wojnie z 1982 roku na Południowym Atlantyku. O ile pamiętam, zszedłeś z kolegą z macierzystego statku na Falklandach i zaciągnąłeś się do brytyjskiej armii, żeby walczyć z Argentyną, wiem to z Twoich opowieści.
– Nie zapomniałem, tylko po co wracać do tamtego czasu? Zeszliśmy ze statku, bo został wprowadzony stan wojenny w Polsce i nikt nie wiedział, co nas czeka po powrocie do kraju, a że wtedy akurat junta wojskowa w Argentynie postanowiła odebrać Anglii wyspy Malwiny, to poszliśmy na wojenkę. W sumie było nas kilkunastu Polaków, którzy zeszli ze statków rybackich i po krótkim przeszkoleniu bojowym zostali wcieleni do desantu powietrznego. Brytyjska armia potrzebowała najemników, rdzenni Angole nie palili się do tego, żeby nadstawiać głowy za jakieś ich dalekie kolonie. Na szczęście wszystko trwało zaledwie kilka miesięcy, junta przegrała.
– I przyleciałeś do Anglii w glorii zwycięzcy…
– O tak, oczywiście! Wypuszczono nas Polaków z samolotu na samym końcu, cichcem, jak skończyło się oficjalne powitanie brytyjskich bohaterów i rozeszła się orkiestra oraz fotoreporterzy.
– Za to w Londynie poznałeś Ulkę, swoją przyszłą żonę. Jak wyglądały oświadczyny?
– Poznaliśmy się w niemieckiej ambasadzie. Nie miałem ochoty zostać w Anglii, w Niemczech mieszkała już moja mama i postanowiłem do niej dołączyć, a więc potrzebowałem wizy. Ulka też, jechała na polską pielgrzymkę na kontynent, m.in. do Niemiec, była z koleżanką i od razu wpadła mi w oko. Zaprosiłem dziewczyny na piwo do pubu i kiedy z niego wychodziliśmy, powiedziałem Ulce: Ty to będziesz moją żoną… Spojrzała wtedy na mnie, jak bym z księżyca spadł, a jednak się spełniło.
– A więc nie było żadnego romantycznego lotu balonem, kolacji przy świecach, nawet bukietu kwiatów…
– Romantycznie często było później, ale kobieta musi wiedzieć, że ma do czynienia z mężczyzną, któremu na niej zależy i wszelkie ceregiele są tutaj zbędne. Powtórzyłem bezwiednie numer mojego dziadka Grzegorza, który w latach międzywojennych pomagał w Gdyni wsiąść do pociągu z bagażami pewnej pięknej nieznajomej i powiedział: Pani to będzie moją żoną. To była moja przyszła babcia Leokadia.
– Dziadek sformułował to bardziej elegancko.
– Czasy były mniej chamskie.
– W Monachium robiłeś zawodowo różne rzeczy. Byłeś między innymi dozorcą, kurierem, pracownikiem banku, przedsiębiorcą samochodowym. Nie myślałeś nigdy o tym, żeby żyć z malowania obrazów?
– Myśleć można, ale malarstwo to jest tylko moja życiowa pasja, nie poparta żadnymi studiami. Staram się doskonalić to, co robię, jednak zawodowym artystą nie jestem.
– Kiedy namalowałeś swój pierwszy obraz?
– Jako kilkunastoletni chłopak. Kochałem czytać książki Stanisława Lema i w jednej z nich, opisującej wyprawę na Andromedę, zachwyciłem się rosnącymi tam kwiatami. Tak mi one nie dawały spokoju, że zacząłem je malować. Skończyłem jeden obraz, zabrałem się za następny i kolejny; zaniosłem je w Sopocie do Złotego Ula, modnej kawiarni przy głównym deptaku, tam je wystawiono i później wszystkie sprzedano. Wyobrażasz sobie, jaki byłem z tego powodu dumny…
– My poznaliśmy się osobiście, jak zakładałeś harcerstwo przy Polskiej Misji Katolickiej w Monachium, tylko nie pamiętam kiedy to było dokładnie.
– Zaraz ci powiem, to było w 1991 roku, na spotkaniu rodziców dzieci, którzy mieli mi je powierzyć. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jaką odpowiedzialność biorę na siebie.
– Miałeś do pomocy Sławka, swojego najstarszego syna, Ankę Ratajczak, Violettę, świetnych drużynowych, którzy dobrze radzili sobie z tym trochę rozpuszczonym na początku towarzystwem.
– Fakt, ale mimo wszystko sporo ryzykowałem. Przecież, gdyby któremuś z tych dzieciaków coś się stało na biwaku, albo obozie, nie wyszedłbym z mamra.
– Wyjazdy były jednak udane i dobrze zorganizowane, zwiedziliście trochę ciekawych miejsc w Polsce, próbowałeś nauczyć swoich podkomendnych dyscypliny; w sumie lubili Cię i szanowali, jako komendanta, choć do książkowego wzoru harcerskich cnót miałeś trochę daleko…
– Przepraszam, już nie palę, a że dla “zdrowotności” lubię czasami wypić kieliszek dobrej śliwowicy, to też nie powinno nikogo gorszyć. Przed harcerzami w każdym razie nigdy tych swoich słabostek nie eksponowałem.
– Szkoda, że po jedenastu latach Szczep „Białe Orły“ przestał istnieć.
– Cóż, dzieciaki wyrosły, poszły swoją drogą. Dla nowego narybku zabrakło kadrowych, zachorował mi poważnie Sławek, do tego zacząłem mieć problemy z własną firmą, nazbierało się powodów, żeby zakończyć ten temat.
– Niektórzy twoi starzy kumple nazywają Cię „Szabla“. Skąd ta ksywa?
– Na czternastej rocznicy ślubu, kiedy mieszkaliśmy z Ulką i dziećmi nad Lerchenauersee, jeden z gości, który miał już dobrze w czubie, zachował się mocno nieelegancko wobec pań na przyjęciu. Krew mi uderzyła do głowy, porwałem ze ściany szablę, przyłożyłem mu szpic do gardła i dałem trzy sekundy czasu, żeby się wyniósł z mieszkania. Wyrwał przez okno, momentalnie, mieszkaliśmy na parterze. Nawiasem mówiąc drań przyszedł nieproszony. Stąd “szabla”.
– Skąd ją masz?
– To stara, rodzinna pamiątka, pamięta jeszcze tureckie łby pod Wiedniem.
– Wróćmy do Twojego malarstwa; w ostatnią sobotę odbył się Twój pierwszy w życiu wernisaż. Adres jest bardzo dobry, Blumenstrasse 11, to niedaleko monachijskiego Viktualienmarktu*, ale jesteś 70-letnim emerytem, czy nie za późno na publiczny, artystyczny debiut?
– Lepiej późno niż później, poza tym młodość mi towarzyszy. Eryk, mój syn, jest współgospodarzem wernisażu i jego prace są zupełnie inne niż moje. Ja lubię malarstwo krajobrazowe, on abstrakcyjne. Malował również Sławek świętej pamięci, a specjalizował się w portretach. Tylko najmłodsza córuś, Magda, nie oddziedziczyła jakoś pociągu do sztalug.
– Pamiętasz jeszcze artystę Tadzia Świniarskiego, który przez pewien czas dorabiał w twojej firmie za kółkiem? Poleciłem Ci go.
– Oczywiście, w ostatnich latach osłabił nam się kontakt, ale kiedy jeszcze mieszkał pod Monachium, udzielił mi wielu cennych rad co do malowania, pokierował trochę moim rozwojem. To jest znakomity, profesjonalny malarz, z tego co wiem, mieszka na wsi, na Dolnym Śląsku i tam tworzy.
– Oczekuję więc, że sprzedasz mi ten swój żaglowiec, który mi się tak podoba, z solidnym rabatem…
– Pomyślimy.
– To był oczywiście tylko żart, ale powiedz mi na koniec, czy te Twoje nieustanne powroty do morskiej tematyki to rodzaj starej choroby zawodowej?
– Poniekąd tak, trochę życia spędziłem na statku. Poza tym urodziłem się i wychowałem sto metrów od morza w Sopocie, w kamienicy dziadka przy ulicy Kordeckiego 14. Kiedy wychodziłem na balkon, to wydawało mi się, że stoję w morzu.


Wystawę będzie można obejrzeć jeszcze 23 i 30 października b.r.,
w godzinach od 18.00 do 22.00.

Górne zdjęcie – autor, dwa dolne – syn, reszta – ojciec.

ExpoMetro – uwaga, tylko do 19 października!

Dziś, jutro i pojutrze trzy propozycje, co robić, gdy znowu wisi nad nami Covid-19

Krystyna Koziewicz

Niezwykła galeria w berlińskim metrze – ExpoMetro

Życie kulturalne w czasach pandemii wymaga poszukiwań nowych form aktywności, które ostatnimi czasy przeniosły się do sieci lub w miejsca w przestrzeni publicznej. Coraz częściej proponuje się nam również obcowanie ze sztuką w metrze, co pozwala nam, podróżnym choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i krzątaniny dnia codziennego. Stacja metra na Kreuzbegu – Mehringdamm już nieraz zaskoczyła podróżujących tą trasą znakomitą galerię zdjęć do filmu Minionki czy serialu Wiedźmin, nakręconego przez Netflix wg kultowej powieści polskiego autora SF, Andrzeja Sapkowskiego.

W tym roku team BVG przekształcił stacje metra Mehringdamm i Zoologischer Garten w galerię wystawiającą prace wielu wspaniałych, znanych i nieznanych artystów: Expo Metro. Wystawa została otwarta 9 października i potrwa jeszcze do poniedziałku, 19 października, jest zatem jeszcze czas, żeby pojechać do centrum lub na Kreuzberg i obejrzeć świetną, darmową ekspozycję.

To świetna okazja do spotkania ze sztuką, jej kontemplacji, dająca okazję do wyciszenia, refleksji, a może inspiracji. Artysta zawsze tworzy dla ludzi, po to, by dostarczyć nam nowych przeżyć, wzbogacić nasze życie duchowe. Ludzie czekający na kolejkę na tej właśnie stacji mają okazję, by zamiast nerwowego czekania i patrzenia ze złością na zegarek, bo metro właśnie znowu spóźniło się o 30 sekund, oddać się uspokojającemu i inspirującemu zajęciu podziwiania sztuki i bogactwa jej artystycznych form wyrazu.

W wystawie biorą udział profesjonalni artyści europejscy i amatorzy. We wrześniu wystawę obejrzeli paryżanie, w grudniu zostanie pokazana w Londynie.

Stacja metra: Mehrindamm U-6, U-7

Zoologischer Garten U-9

Więcej info https://expometro.co/de/exhibition/2020-berlin

Czytamy / Wir lesen

IMMER BARATARIA

In Frühling 2014 publizierte Ewa Maria Slaska auf ihrem Blog
ewamaria.blog
zehn Gedichte ihrer Schwester, Katarzyna Krenz,
über alten Dichter, der stirbt, und sein Leben rekapituliert.

Am morgen endete der Storm.
Der A
lte Dichter lag lang auf dem Ufer, umgespült
von den Wogen, gut wissend, was geschah.
Seine Schiff ging runter, verloren, ohne Wiederkehr,
und mit der Schiff auch seine ganze Ladung.
(…)
In der Luft zitterte grünes Jungelrauschen, die Insel jedoch
schwieg. Unbekannte. Ungenannte. Niemandem gehörend.

Seit Januar 2017 publizierte Ewa Maria Slaska dreiundhalb Jahre lang auf ihrem Blog Texte (meistens eigene, manchmal aber auch von ihren Friends) über alten Rebell (und Ritter) Don Kichot, und seinem Friend (und Knappe) Sancho Pansa. Die beiden sind unzertrennlich, schon im Roman von Cervantes, seit dem aber auch in unserem Kulturerbe. Es sind nur zehn Tage, dass der Herr und sein Knappe ihren Abenteuer getrennt den Stirn bieten – das ist die Zeit Sancho Pansas als Gubernator auf einer vermeintlichen Insel Barataria.
Der alte Dichter stirbt. Er stirbt allein. Aber obwohl Don Kichote immer in Begleitung kommt und sein treuer Sancho Pansa auch im Moment des Todes bei im weilt,
sind sie doch eine und diesselbe Person.

Der alte Dichter – Don Kichote.

Wie der Zufall es eigenhandig bestimmte, wurden sowohl die Gedichte von Katarzyna als auch fast alle Texte von Ewa Maria immer Montags veröffentlicht.

Jetzt lesen beide ihre Texte in der Regenbogenfabrik.
Am Dienstag.


Katarzyna ist nicht gekommen. Christina las ihre Gedichte. Und ich erzählte über Barataria.

Foto Ela Kargol

Zdjęcia i kolaż: Aleksandra vel Ola Puciłowska i Kasia Kalin

Kamienica w lesie, czyli dom w mieście

Nie zapomnijcie maseczek / Masken nicht vergessen!

Monika Szymanik i jej pasje, stare domy, zdjęcia, poznawanie ludzi, wydawanie książek… O Szczecinie, spacerach i książkach będziemy dziś rozmawiać z Moniką w Sprachcafé Polnisch

Monika zaczęła opowiadać o “stareńkich” (“stareńki” to jej ulubione słowo) detalach szczecińskich kamienic na Instagramie i to oczywiście widać w tym, co pisze. Wczoraj na przykład zamieściła na Instagramie powyższe zdjęcie i taki oto opis:

Dzisiaj jeszcze raz kamieniczne mieszkanie, pokój od frontu, który przeszyła podczas wojny bomba. Przepiękny parkiet został uratowany i cieszy oczy. Sztukaterie, które były w tym pokoju również, uległy niestety uszkodzeniom. Ale i tak pokój zachwyca, także dzięki poszanowaniu zastanego przez wspaniałych właścicieli. Światło wpada do tych wnętrz z dwóch stron świata.
#kamienica #kamienice #kochamkamienice #kamienica_w_lesie #altbauliebe #altbau #altbauliebe #mieszkaniewkamienicy #szczecin #stettin #kochamszczecin #loveszczecin #mojemiasto #igers_szczecin #igerspoland #visitszczecin #visitpoland #zachodniopomorskie #pocztowkazpolski #magicznapolska #oldinterior #altbauwohnung #olddetails

My, ludzie Facebooka w znacznie mniejszym stopniu używamy hasztagów, ale co tam, skoro będę prezentowała dziś (po niemiecku) autorkę z Instagramu, to poszaleję i ja. Zaczynam:
#Monika Szymanik #Sprachcafé Polnisch #Czwartek #Donnerstag #Treffen #Spotkanie

Niestety, nic się, jak widać, nie wydarzyło, informacje, których chciałam Wam udzielić, nie zlinkowały się w magiczny sposób, czyli jednak oprzeć się muszę na tradycyjnej metodzie pisania wszystkiego, co musicie wiedzieć, żeby przyjść dziś na spotkanie z Moniką Szymanik:

10.09.2020 / 19:00
Zapraszam do polskiej Kafejki Językowej / Ich lade zu Sprachcafé Polnisch ein
Schulzestr. 1 13187 Berlin-Pankow
na spotkanie z Moniką Szymanik, szczecinianką, która po polsku i po niemiecku wydała książkę o starych szczecińskich kamienicach i tajemnicach…

Altbauliebe einer Stettinerin – Begegnung mit der Autorin

Ein Abend mit Monika Szymanik, Buchautorin: „Altbauliebe einer Stettinerin“. Beginn: 19 Uhr, SprachCafé Polnisch – mit Streaming.

Eine Einladung zu einer Reise durch Stettin, bei der die Wegweiser Intuition und künstlerische Sensibilität sind. Zusammen mit Monika Szymanik entdecken Sie alte magische Straßen und Gassen, historische Gebäude mit ihren Fassaden. Alles, was sichtbar und verborgen ist. Alles in einem Fotoalbum und vor allem in einem bezaubernden Gespräch.

Monika Szymanik ist Stettinerin, die eines Tages ihre Wohnung verließ, um einen Spaziergang zu machen. Dieser erwies sich dann als erster aus einer ganzen Reihe von Foto-Spaziergängen. So begann Monika Szymanik aus Eintönigkeit des Daseins der Architektur und ihrer Natur mit ihrem Smartphone Augenblicke einzufangen. Aber diese Eintönigkeit war lediglich eine scheinbare. Die von Monika Szymanik festgehaltenen Bilder erzählen Geschichten. Welche Geschichten? Darüber erzählt die Buchautorin selbst.
Herzlich willkommen!

Wir bitten um Anmeldungen: kontakt@sprachcafe-polnisch.org
Die Anzahl der Plätze vorort ist beschränkt.

Die Veranstaltung ist kostenlos.
Wir bedanken uns für die Unterstützung des Bezirksamtes Pankow im Rahmen des Projektes „Menschen schaffen Orte“ sowie der Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Wohnen im Rahmen des Projektes FEIN  SprachCafé 2.0.

Schirrmherr der Veranstaltung ist Städtepartner Stettin e.V.

Seid dabei! Zapraszamy!


Da Treffen war gestreamt (), jeder kann uns hören und sehen, wie wir uns lebendig und fröhlich über die Leidenschaften von Monika Szymanek unterhalten. / Spotkanie było streamowane, każdy może nas obejrzeć i posłuchać jak żywo i radośnie rozmawiamy o licznych pasjach naszej referentki. Tu tylko kilka migawek, okiem Eli Kargol: