Takiej Baratarii jeszcze nie było!

11.11.
Niemcy świętują początek karnawału, Polacy swą pseudopatriotyczno-wstrętnie nacjonalistyczną rocznicę odzyskania niepodległości (choć na obrzeżach pochodu ma tańczyć kolorowy tłum, oby był więc jak najliczniejszy), reszta świata – w każdym razie ci, których to dotyczy – koniec pierwszej wojny w dziejach świata, którą nazwano światową, Niemcy i okolice aż po Poznańskie świętują dzień świętego Marcina z Tours, a w Berlinie byliśmy się spotkać z Salmanem Rushdiem.

Ewa Maria Slaska

Kilka dni temu ze Zjednoczonego Królestwa przyszła powieść Salmana Rushdiego, Quichotte.

Powieść, głosi tekściarz wydawnictwa (wszystkie tłumaczenia moje – EMS), jest hołdem dla wielkiego poprzednika, a jednocześnie nowoczesnym majstersztykiem o miłości i rodzinie.

Sam DuChamp, zainteresowany wielkim dziełem Cervantesa, średniej klasy autor thrillerów szpiegowskich, tworzy postać Kichota, uprzejmego i szlachetnego komiwojażera. Kichote kocha telewizję i zakochuje się w gwiazdce telewizyjnej. Wyobraża sobie, że ma  syna Sancho i w jego towarzystwie wyrusza w malowniczą i pełną przygód podróż przez Amerykę, po to by udowodnić wybrance, że jest godny jej uczucia. Sam DuChamp, autor tej historii, przeżywa kryzys wieku średniego.
I tak jak Cervantes, który napisał swe dzieło jako krytykę swoich czasów, tak i Rushdie, zabierając czytelnika w szaleńczą podróż, cały czas balansuje na krawędzi pomiędzy moralnością a załamaniem duchowym. I, jak zawsze u Rushdiego, jest to historia pełna magii, opowieść, w której autor i jego bohater zlewają się w jedno – postać człowieka, który uparcie poszukuje miłości.

No cóż, sam Rushdie też jest częścią tego warkocza uczuć i tęsknot. Ismael Ismael, w zamerykanizowanej swej wersji Mr. I. Smile, główny bohater powieści Sama DuChampa w powieści Salmana Rushdiego, jest potomkiem hinduskich imigrantów w Ameryce, a gwiazdka, w której się zakochuje, nazywa się Miss Salma R. i też ma ciemną skórę i przy była do Ameryki prosto jak strzelił z Bolly do Holly. Są  to oczywiście wcale nie takie znów cienkie aluzje do autora, i świadczą niewątpliwie o tym, że obaj bohaterowie powieściowi są też alter ego Rushdiego. Quichotte czyli nasz swojski Kichot jest tu pseudonimem Ismaela i patronem Sama i Salmana. Wszyscy trzej są brązowoskórymi mężczyznami, którzy się urodzili i wychowali w Bombaju, mieszkali w Iranie i zawędrowali do krajów anglojęzycznych. Wszyscy, dwaj w powieści, jeden w życiu, rozprawiają się z ogłupiającym mitem Ameryki. Dwaj z nich, ten powieściowy, i powieściowo-powieściowy, są samotni i nie mają dzieci, ich jedynym dzieckiem jest ich wyimaginowane własne młode ja.

To młode ja I. Smaila, który ozwał się Oquichotte (jednakże bez szlacheckiego tytułu “Don”, uważając, że “się nie godzi”), pojawiło się jako wymaginowany i wyblakły młodzieniec, widmo jeszcze nie narodzonego syna. W ogromnym wysiłku woli widmo pewnej nocy stało się pełnoprawnym człowiekiem. Ojciec i niewidzialny dla świata syn spędzali noc w namiocie nad jeziorem Capote. Ojciec spał i chrapał, młody…

leżał na dachu chewroleta, słuchając świerszczy i patrząc w pomrukujące z cicha koła galaktyk. To znak, na jaki czekałeś, Tato, pomyślał chłopak, gigantyczny gwiezdny paluch wskazujący Ziemię, dowodzący, że wszystkie ludzkie dążenia są bez sensu, a wszystkie ludzkie osiągnięcia absurdalne, jeśli porównać je ze wszystkim wszystkiego. Tam na górze były przeogromne ogromy, nieskończony dystans dystansów, niemożliwe skale, cisze głośne jak grzmot wszystkich tych świateł, miliony milionów milionów płonących słońc, wszystko tak daleko, że nikt nie usłyszy twojego krzyku. A tu na dole rasa ludzka, brudne mrówki pełzające po niedużej skale, krążącej wokół gwiazdki bez znaczenia na dalekich obrzeżach nieistotnej galaktyki leżącej na odludziu Wszechświata, narcystyczne mrówki oszalałe z egotyzmu, domagające się w obliczu płomiennego nocnego nieba potwierdzenia, że ich małoważne mrowiska są centrum wszystkiego. Patrząc na obracające się koła Wszechświata, Sancho pomyślał, że choć wciąż jeszcze jest na poły duchem, dobrze i bez złudzeń rozumie prawidłowości rządzące światem.

Ale mimo to, paradoksalnie, chciał stać się jedną z mrówek. Chciał mięsa, krwi i kości, chciał móc zjeść hamburgera i poczuć jego smak. Chciał życia.

– On też tego chce dla ciebie, powiedział cichy głos.
Sancho rozejrzał się, ale koło niego nie było nikogo.
– Na dole, powiedział głos.
Sancho spojrzał w dół. Koło niego na dachu samochodu siedział świerszcz, spokojny, swobodny, który nie cykał tylko mówił po angielsku z włoskim akcentem (…).
– Jestem projekcją twojego umysłu, powiedział świerszcz, – tak jak ty jesteś projekcją jego umysłu. Wydaje się, że dostaniesz insulę.
– Co dostanę?
– Mówiłem już, odparł świerszcz. – Tak jak i ty, on też by chciał, żebyś był w pełni człowiekiem. Cały czas to sobie wyobraża. Ale by mógł cię tam przepchnąć, będzie ci musiał dać insulę.
– Mówię do świerszcza, powiedział na głos Sancho, kierując wzrok ku gwiazdom, który ma słownictwo o wiele pokaźniejsze od mojego, i który zdecydowanie ma ochotę na dyskusję o insulinie.
– Nie o insulinie tylko insuli czyli wyspie.
– Da mi wyspę?
– To część mózgu, zwana w podręcznikach Wyspą Reila, od nazwiska niemieckiego naukowca, który pierwszy ją wyodrębnił. Ale możesz ją równie dobrze nazwać Wyspą Realu. To część corteccia cerebrale wpływająca na wiele cech, które charakteryzują człowieka. Essere umano, si. Jest zawinięta w solco laterale. To rysa, oddzielająca w mózgu lobo temporale i lobo frontale. Insula produkuje świadomość, uczucia, postrzeganie, samoświadomość i zdolność komunikacji z innymi ludźmi.

E molto multi-funzionale, ta insula, o tak. Stąd bierze się empatia, ale też system kontrolujący ciśnienie krwi, a jeśli coś cię uderzy, to insula powie ci, jak bardzo cię to zabolało. Chcesz być głodny? Chcesz poznać smak haburgera? Insula zapewni ci czucie i dotyk. Interesuje cię seks?  Insula produkuje nam orgazmy. Wspomaga koncentrację. Ma do czynienia z ekstazą. Tak tak, rzeczywiście ciężko pracuje. Zapewni ci szczęście, smutek, gniew, strach, niesmak, niewiarę, zaufanie, wiarę, piękno i miłość. Także halucynacje, i to stamtąd się wziąłem. Eccomi qua

 

Dzień Zmarłych

Teresa Rudolf

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego.

Cmentarze wystrojone,
napuszone chryzantemy,
jedna piękniejsza od drugiej.

Unosi się pamięć ludzka nagle,
nad codziennym zapomnieniem,
o tych, których już nie ma.

Zbiorowy respekt dla śmierci,
bo ona godzi z góry wszystkich,
uśmiechajac się puka nam w głowę:

“Zmarnowaliście godziny, dni,
lata całe, ale na co, a teraz?
i innym też, a po co, i… teraz?”

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego…

Na razie jeszcze nie nam…

 

 

 

Poczekalnia

Czekają
lekarza wciąż nie ma,
świergot o dolegliwościach
życia.

Nie przytulałam
mego dziecka, gdy płakało,
uciekałam drżąc cała
z przerażenia.

Nie przyjeżdżałem
do domu starców, tego z matką,
miałem tyle do roboty,
wiadomo.

Ciągle byłem
tylko dla siebie, a tylu już zmarło,
wszędzie za późno niestety,
żyję sam.

Leży
mi dziś na wątrobie,
obdzierałem koty ze skóry,
wiele lat to już.

Na biało weszła
“mam zastępstwo za Boga”,
powiedziała, podobna do anioła,
nazywam się Sumienie.

Muzykę do wpisu wybrała autorka


Przyjdźcie proszę, jak co roku, na grób prof. Brücknera. Spotykamy się dziś na stacji Ullsteinstrasse o godzinie 11 (na peronie!)

Dla tych, którzy nie wiedzą, kto to był Profesor Brückner, jakie zasługi położył dla Berlina, Polaków, historii i nauki, małe przypomnienie TU (po polsku) & HIER (auf Deutsch).

Zaproszenie w Andy / Einladung in die Anden

Liebe Freunde der Kunst und art.endart,
 
wir freuen uns, euch für die farbenprächtige Herbstkolonie im Oktober eine
kleine Reise in die Anden zu präsentieren:
„Die Anden als kulturelle Grenzzone Perus”
Malerei, Grafik und Kunstobjekte von Maria Eleonora Herbisz
 
Die Vernissage findet am Freitag, dem 25.Oktober 2019 um 19:00 Uhr statt.
Die Ausstellung läuft bis zum 8.November 2019.
 
art.endart ist ein Ort für kulturelle Begegnung und Kunst.Mehr Infos unter:
 
Lucyna Viale
art.endart
Drontheimer Str.22/23
13359 Berlin

Zaproszenie do Szczecina / Einladung nach Stettin

Ich fahre heute um 9.32 Uhr vom Hauptbahnhof nach Stettin und lade Euch ein, spontan mit mir zu fahren. Wir sind um 11:39 Uhr in Stettin. Ich komme erst morgen zurück, man kann aber auch heute um 19:50 Uhr nach Berlin fahren und ist um 21:38 Uhr in Gesundbrunnen.

Wenn ihr zu fünft sein, kostet es pro Person einen Klacks (Brandenburg-Ticket für 28 Euro deckt die Reisekosten für 5 Leute hin und zurück).

Inzwischen kann man bummeln, einkaufen, Pierogi essen und um 18:00 Uhr in die Bibliothek ProMedia gehen, wo ich lesen werde. Ich lese auf Polnisch, aber was soll es? Es geht doch um die Gesellschaft, um Klang der Sprache, Athmosphäre, schöne Stadt, schöne Leute… Und wenn Ihr wirklich kommt, werde ich einen Text auch auf Deutsch lesen – versprochen…

 

Barataria w teatrze

Ewa Maria Slaska

Barataria nazywa się w teatrze po prostu Eiland – wyspa czy może Ostrów, bo Eiland to takie trochę archaiczne słowo, które chyba zresztą lepiej oddaje sens i intencje Cervantesa, który wprawdzie uczynił z wyspy przynętę, co to skusi Sancho Pansę, namówi do opuszczenia domu, żony i dzieci, by udać się na wędrówkę błędnych rycerzy, ale najpierw tej wyspy wcale nie wspomniał w swej opowieści, a gdy już wreszcie, w drugim tomie, który powstał wszak w dziesięć lat po pierwszym, wyspa się pojawiła, wcale nie była wyspą na morzach i oceanach, a przynajmniej rzekach lub jeziorach – nie, Barataria była wyspą na lądzie, ostrowem więc, który po polsku z rzadka jest prawdziwą wyspą i najczęściej oznacza miejscowość jak najbardziej lądową.

Ale ja tu wchodzę od razu głęboko w materię nierzecznej i nierzeczywistej rzeczy, jaką jest wyspa, a trzeba zacząć jednak od teatru. 12 października 2019 roku odbyła się w Teatrze Niemieckim (Deutsches Theater) w Berlinie premiera teatralnej wersji Don Kichota, w wersji stworzonej przez Jakoba Nolte na podstawie nowego tłumaczenia powieści z roku 2008, dokonanego przez Susanne Lange. Jest to też nowa wersja teatralna, jej premiera miała miejsce w czerwcu tego roku podczas  festiwalu teatralnego w Bregencji (Bregenze Festspielen), gdzie, jeśli dobrze pamiętam – wszystko odbywa się tak czy owak na wyspie.

Reżyseria Jan Bosse
Scenografia
Stéphane Laimé
Kostiumy
Kathrin Plath
Muzyka
Arno Kraehahn
Dramaturgia
David Heiligers

Po lewej: Ulrich Matthes jako Don Kichot
poniżej Wolfram Koch czyli 
Sancho Pansa

Nolte stworzył sztukę nowoczesną, ba – postmodernistyczną, a naszpikował ją cytatami, w czym zresztą dzielnie mu sekunduje reżyser (zresztą oczywiście mogło być na odwrót). Nawiązanie do słynnego autoportretu van Gogha z obciętym uchem, to tylko drobna próbka możliwości pary Jana Bosse i Jakoba Nolte. Już samo ucho oczywiście prowadzi nas dalej, głębiej, do Nowego Testamentu i ucha, które Piotr odciął żołdakowi na Golgocie, a Jezus mocą cudowną przymocował mu je z powrotem. Oczywiście w międzyczasie było jeszcze ucho Nietzschego, właściwy organ poznawania literatury, którym wcale nie jest oko – a to też nie jest bez znaczenia.

Jedynym elementem scenografii jest ogromny wóz w stylu Matki Courage Brechta, ale znowu – może to nie tak, może i Brecht, i Nolte cytują tu Tespisa i jego wózek. Tespisowy wóz czyli wędrowny teatr, który niczego nie potrzebuje oprócz człowieka, dwóch trzech symbolicznych rekwizytów i słowa. Słowa, słowa, słowa. Hamlet, a może Ewangelia wg św. Jana.

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.

Innym podstmodernistycznym cytatem jest na pewno ministerstwo śmiesznych kroków Monty Pythona. Ale może i tu jest właśnie na odwrót, bo przecież wiemy, że Monty Python jest współczesnym Don Kichotem (nawet bez produkowanego przez 20 lat filmu Człowiek, który zabił Don Kichota).

To jest w tej sztuce dobre, ciekawe, interesujące, zaskakujące, śmieszne, ale mimo to nie wystarczy – prasa niemiecka pieje zachwyty nad tym wystawieniem, które zredukowało wielką siedemnastowieczną powieść do dialogów w stylu Becketta. Don Kichot i Sancho Pansa przez dwa akty tylko rozmawiają i niestety klawiatura aż się prosi, żeby napisać w tym miejscu: gadają. Gadają. I to nie jest Słowo tylko słownik. Słownik Don Kichota, donkichotyzmu, idealizmu. Dyskusja prgmatyzmu z szaleństwem, w której przedstawiciel “normalnych ludzi” wciąż krytykuje swojego pana. Ale to nieprawda. Gdy dwóch ludzi, dwa systemy światopoglądowe obcują ze sobą przez długi czas, zaczynają nabierać cech tego drugiego. W pewnym momencie Don Kichot mówi do Sancho Pansy: Im bardziej ja poważnieję, tym bardziej ty stajesz się szalony. I tak jest, gdy w drugim akcie Don Kichot umiera, umiera stary zwykły człowiek, a Sancho Pansa płacze rzewnymi łzami i nie zdziwilibyśmy się, gdyby, jak to ma miejsce w filmie Człowiek, który zabił Don Kichota, po śmierci swego pana, to jego prosty nieuczony giermek ruszy w świat, walczyć z wiatrakami o dobre imię księżniczki…

Dlatego pod koniec zdejmie z siebie paskudny kostium ze sztucznym brzuszydłem w opiętych elastycznych dżinsach. Nota bene – identyczny brzuch /a może ten sam ;-)/ ma przez chwilę Kleopatra w Berlinie w Operze Komicznej Barry Koskiego. Ale to już zupełnie inna historia, choć przy okazji powiem – idźcie, naprawdę warto! Tu więcej: Perły Kleopatry.

Drugi akt Don Kichota, krótki, spokojny, pozbawiony większości wydziwiań i udziwnień, które przesiąknęły akt pierwszy, akt, w którym umiera Rycerz Smętnego Oblicza, wynagradza smętną nudę gadulstwa dla gadulstwa – jest piękny i wzruszający.

Idźcie do teatru, jak przetrwacie gadaninę I aktu, poczujecie Wielki Majestat Śmierci. I dla tego momentu naprawdę warto pójść.

Tkaniny w labiryncie

Zapraszamy do lAbiRynTu sztuki!

Lubicie odkrywać nieznane? – pyta Anna Panek-Kusz, jedna z kuratorek Festiwalu Nowej Sztuki lAbiRynT, na który dwumiasto Słubice-Frankfurt zaprasza od 18 do 20 października. – To będą trzy dni wytyczania nowych dróg i przestrzeni, zarówno artystycznych jak i mentalnych. Przez dwie dekady nie wychodzimy z lAbiRynTu, bo nie chcemy. Poszerzamy go, rozbudowujemy, ulepszamy, zdobywamy. Błądzenie także może być nauką, drogą o wielu kierunkach, pełną zdarzeń i emocji – a taka właśnie jawi się nam sztuka współczesna – dodaje artystka.

Tegorocznej edycji festiwalu, który rozpocznie się 18 października o 15.15 w sali kinowej Słubickiego Miejskiego Ośrodka Kultury, towarzyszy hasło „lAbiRynT? lAbiRynT!” – Jest to szczególny rok, gdyż będziemy obchodzić jubileusz. Mija właśnie 20 lat od pierwszych edycji festiwalu, organizowanych na pograniczu polsko-czeskim. Od dziesięciu lat z sukcesem rozwijamy lAbiRynT w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą, na pograniczu polsko-niemieckim – mówi Anna Panek-Kusz, która z Michaelem Kurzwellym i prof. Jerzym Olkiem, pomysłodawcą festiwalu, czuwa nad merytoryczną i wizualną stroną imprezy.

Hasło jubileuszowej edycji nie bez przyczyny dubluje nazwę festiwalu. – Chcieliśmy kolejny raz przemierzyć ścieżki labiryntu, powrócić do genezy, usystematyzować wspomnienia, ale także wytyczyć nowe drogi, przestrzenie: te artystyczne, jak również mentalne – podkreślają kuratorzy festiwalu.

W tym roku przez 3 festiwalowe dni zobaczymy blisko 40 wystaw, 3 performance, odbędą się wykłady i projekcje filmów artystycznych. Wysłuchamy koncertu. Zobaczymy realizacje artystów z wielu stron świata, biorących udział w wystawach indywidualnych i zbiorowych

Kuratorzy festiwalu zwracają uwagę, że kiedyś główny trzon artystycznych prezentacji wyznaczały malarstwo, rzeźba czy rysunek. Dziś nowe media, technologia, techniki eksperymentalne zawładnęły sztuką, choć wzorce, tematy, inspiracje bardzo często osadzone są w przeszłości i tradycji. Powracają w nowej odsłonie, w nowych wariantach interpretacyjnych i stylistycznych, odpowiadając na potrzeby czasu. Dialog z przeszłością trwa, budując pomosty, platformę z siatki powiązań, labiryntu skojarzeń.

Anna Panek-Kusz wspomina, że kiedy festiwal lAbiRynT obchodził dziesięciolecie, napisała we wstępie do katalogu, że jest on próbą, sprawdzianem, który wyznacza kierunek, pozwalając błądzić, szukać, odnajdywać lub przepaść. Że lAbiRynT staje się środkiem do osiągnięcia celu, możliwością, a nie przeszkodą. – Od tamtej pory pod tym względem nic się nie zmieniło. Cieszy fakt, że festiwal obchodzi dwudzieste urodziny, że tak wiele osób jest częścią tego sukcesu i każdemu chciałabym podziękować i pogratulować: artystom i krytykom, wykładowcom, prelegentom, uczestnikom akademii LAbiRynT, partnerom, sponsorom, władzom dwumiasta Słubice- Frankfurt – podkreśla kuratorka.

Głównymi organizatorami lAbiRynTu są: po stronie niemieckiej – stowarzyszenie non-profit Słubfurt e.V, po stronie polskiej Słubicki Miejski Ośrodek Kultury, galeria OKNO.

W ramach festiwalu w SMOKU pokazane zostaną między innymi tkaniny Longiny Poterek, niedawno zmarłej artystki z Poznania (i okolic) i Anny Krenz, jej córki i kuratorki. Na Facebooku Anna napisała:

Zapraszam na wernisaż 18.10.2019 do Słubic!

Nieuleczalnie żywa Longiny Poterek-Krenz to 9 wyszywanych techniką aplikacji prześcieradeł z wizerunkiem kobiety w 9 fazach rozwoju życia. Od młodej i zielonej dziewczyny, która dojrzewa i odkrywa w sobie kobietę, i swoją własną nieuleczalnie żywą naturę, przez fazę miłości aż ku kobiecie matce. Dziewięć etapów, jak dziewięć miesięcy ciąży, to pochwała kobiecości i (nie)zmiennej natury. Prześcieradło, ten najbardziej intymny kawałek materiału, a jednocześnie historia, z którą identyfikować by się mogła prawie każda dziewczyna, nadaje pracy żywotność i uniwersalność.

Praca, z 1988, podczas premierowej wystawy została uzupełniona lalką uszytą przez jej 12-letnią córkę Annę.

Prace Anny to transparenty polskich aktywistek w Berlinie z protestów dotyczących praw kobiet. Transparenty na koronkach i firanach, materiałach kobiecych, zasłaniających intymność, ale i ukazujących świat przez pryzmat kobiet. Jedyny kolor, jaki się pojawia, to czerwień, symbolizująca krew, ale i w zestawieniu z bielą tworzy polską flagę.

Dziś znów matka i córka tworzą dialog. Obie mówią o kobietach, ale w zupełnie inny sposób.

Autorzy | Autoren | authors: Longina Poterek-Krenz (1946-2019), Anna Krenz (1976)

miejsce | Ort | place: Sala kameralna Słubickiego Miejskiego Ośrodka Kultury SMOK | Kleiner Saal im Słubicer Kulturhaus SMOK | Small hall of Słubice Culture Center SMOK
http://www.labirynt.slubice.eu/da-capo-al-fine.html

Nazbierało się książek

Wczoraj Jacek Dehnel skarżył się tu, że nie czytamy, a Olga Tokarczuk dostała Nobla za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Komitetowi sztokholskiemu udało się stworzyć takie zdanie, które w żadnym języku nic nie znaczy, ale brzmi nader uczenie. Tym niemniej Tokarczuk jest powieściopisarką i pisze książki, a jej najważniejsza powieść, Księgi Jakubowe, jest niewątpliwie Dziełem, ale śmiem twierdzić, że wszyscy ją kupili, może nawet ci, którzy nie czytają, ale nikt nie przeczytał w całości, nawet ci, którzy czytają. Moi kochani Czytelnicy, z ręką na sercu…

Ewa Maria Slaska

Don Kichot, Wyspy Szczęśliwe i koty

Mnie tymczasem nazbierało się książek i nie nadążam z czytaniem. Nawet nie zamierzam się tłumaczyć. Książki leżą stertami w całym mieszkaniu, a ja tylko zmieniam układ tych stert – raz są czerwone, białe i niebieskie, raz stare i nowe, raz – te które trzeba przeczytać natychmiast i je tu od razu omówić, i te które mogą poczekać. We wszystkich są koty i Don Kichoty.

Zacznę od książki, która jest mała i lekka, łatwo więc można ją było zabrać w podróż – to zresztą też jest kryterium podziału: książki w sztywnych okładkach i paperbacki. Ukazała się w Ullstein Verlag już jakiś czas temu (rok 2006), a jej treść jest równie bezpretensjonalna i sympatyczna, jak owa skromna okładka. Historia życia młodej kobiety, Rosjanki, opowiedziana… kotami. Alle meine Katzen – Moje wszystkie koty to opowieść o niefrasobliwym dzieciństwie na Sachalinie, biednych studenckich czasach w Leningradzie (nie było to jeszcze Sankt Petersburg, o nie), z krótkimi wypadami do Moskwy. O pierestrojce i wyjeździe do Niemiec. O podróżach bez pieniędzy i o nadziejach. O przyjaciołach, chłopakach, osobistych narzeczonych, z których jeden zostaje mężem. Ten jest nawet bardzo znany (jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pisarzem-imigrantem w Niemczech), ale w książce nie odgrywa żadnej pierwszoplanowej roli. Pierwszoplanowe są koty, własne i pożyczone. Między kotami biega banda dzieciaków, wpada do cioci Misi na obiad i wujka Włodka – pogłaskać kota. Był komunizm, ale dzieci na szczęście nie wiedzą, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy żyją inaczej, po prostu żyją i jeśli tylko mogą, zbierają się w zgraje i hordy, biegając jak nieprzytomne. Sama tego nie przeżyłam – w naszym niewielkim domu jednorodzinnym we Wrzeszczu, podzielonym pomiędzy kilka rodzin, były cztery dziewczynki i chłopiec, u sąsiadów za płotem jeszcze dwie dziewczynki. Po lewej i prawej urzędy – nie było jak sformować zgrai. Ale opowiadała mi starsza ode mnie koleżanka, dorastająca w Berlinie, że wielkie podwórka pomiędzy zrujnowanymi kamienicami zaludniała horda dzieciaków, było ich co najmniej pięćdziesiąt. Biegały, tak jej zostało w pamięci. Kiedyś zniknęły wielkie podwórka, podzielono je płotami (teraz się je dzięki żmudnym staraniom – usuwa), zniknęły też biegające luzem rzesze dzieciaków. Usiadły w szkołach i na dodatkowych lekcjach angielskiego, przy pianinach i komputerach, czasem idą karnie ze szkoły na basen. Już nawet zapomniałam, że tak bywało, że biegały, ale zobaczyłam ostatnio taką kohortę tureckich dzieci, które pędziły z wrzaskiem przez ulicę. Dokąd się tak pędzi, jak jest się dzieckiem?

Nie miałam już tej książki ze sobą, w następną podróż zabrałam felietony Haralda Martensteina, gdy w kuluarach Kongresu Młodej Polonii w Bonn zobaczyłam maleńką wystawę tego, co, nie szukając specjalnie, można nazbierać w Niemczech, jak się szuka czegoś polskiego. Wieczorem wystawa wracała z powrotem do swojej walizki.


Foto EMS /Krystyna Koziewicz

Podobne prawda, ta walizka z okładki i walizka-wystawa?

Z kolei na okładce felietonów Haralda Martensteina, publikowanych swego czasu w Die Zeit i w Tagespieglu, grafik umieścił podobiznę kota podobnego do Hitlera, która jest wprawdzie podróbą, ale podobną i do kota i do Hitlera. Kiedyś już słyszałam o takim kocie, teraz dowiedziałam się, że istnieje nawet cała strona internetowa poświęcona tylko kotom podobnym do Hitlera. Cats that look like Hitler. Takie kotki zwą się kitlersy. Martenstein jest felietonistą mądrym i prowokującym. Przyjmuje jako autor możliwie najgorsze postawy, po to by zobaczyć, jak będzie wyglądało oburzenie czytelników. Czasem publikuje te głosy oburzenia pod tekstem kolejnego felietonu.
Felieton na stronie 102 został zatytułowany Ulica Karola Marksa, a zaczyna się zdaniem Karol Marks był wielkim myślicielem, nawet jeśli nie zawsze miał rację. Nie wiadomo, czy w ogóle żyli kiedyś jacyś myśliciele i myślicielki, którzy zawsze mieli rację. W roku 2009 ukazał się audiobook z listami, jakie pisali do siebie Marks i Engels. Z listów wynikało, że obaj Wielcy mieli paskudny charakter, byli zrzędni i nikt im się nie podobał. O własnych rodzinach wygłosili zdanie, że “najlepiej, jak już wszyscy wykitują”, a o robotnikach, że “nadają się tylko na mięso armatnie”. Szwajcarzy byli ich zdaniem “głupi”, Duńczycy to “kłamczuchy”, a “Polakom nie należy się Existenzberechtigung – prawo egzystencji”. Po lekturze tych epistoł recenzent z Die Zeit, ocenił, że ci smutni panowie dwaj reprezentują “nacjonalizm, seksizm, antysemityzm, rasizm i że obrażają własnych zwolenników”. To oczywiście prawda, pisze Martenstein, ale nie wolno jednak zapominać, że rasizm i nacjonalizm były w XIX wieku czymś absolutnie na porządku dziennym. Dlatego nie wolno ludzi z tamtej epoki oceniać, przykładając do nich nasze własne miary.

Pod tym felietonem autor cytuje pewien komentarz. Marks, ten pruski grabieżca z Trewiru, głosił w swym życiu retorycznym wiele poglądów, które się wzajemnie wykluczają. Odmówił Polakom Existenzberechtigung? No proszę, a w Londynie w roku 1867 na tzw. polskim mityngu wygłosił płomienną mowę wspierającą Polaków. Zakończył ją słowami: “Europa ma tylko jedną alternatywę – albo spadnia na nią lawina wschodniego barbarzyństwa rodem z Moskwy, albo musi pomóc odrodzić się Polsce, po to, by w razie potrzeby stanęły w jej obronie miliony polskich bohaterów”.

Podpisano donqichotte.

Książka Jadwigi Żylińskiej Kapłanki, amazonki, czarownice (opowieść z końca neolitu i epoki brązu, 6500-1150 lat p.n.e.) została wydana w roku 1972. W dzisiejszym pojęciu to staroć z lamusa, i być może nikt jej już nie czyta poza mną (wracam do niej regularnie raz na dziesięć lat) i Grażyną Plebanek, która poświęciła i tej książce, i jej autorce wiele przepięknych stron. Jeśli jesteście kobietami, koniecznie przeczytajcie. Jeśli nie – też Wam się przyda, ale pewnie nie będziecie chcieli.
We wpisie o kotach i Don Kichotach trzeba wspomnieć Kapłanki, amazonki, czarownice, bo dwukrotnie pojawiają się w niej Wysypy Szczęśliwe, które w baratarystyce zajmują ważne miejsce. To zawsze kobiety odpływają na Wyspy Szczęśliwe.
I zabierają ze sobą jabłka. (Pamiętacie? U Sapkowskiego Avalon, mglista kraina śmierci zawsze pachnie jabłkami).

Pozostały jeszcze dwa Don Kichoty niejako “właściwe” – Jose Ortega y Gasset, Medytacje o “Don Kichocie”, w tłumaczeniu Janusza Wojcieszaka, pierwsza książka Ortegi, opublikowana w roku 1914. Wydawca pisze na okładce, że książka:

…zawiera zręby całej późniejszej koncepcji autora. Odwołanie do genialnego dzieła Cervantesa stanowi pretekst nie tylko do rozważań o istocie hiszpańskości, ucieleśnionej w donkichotyzmie, lecz także o specyfice kultury śródziemnomorskiej w ogle, w zestawieniu z kulturą germańską…

Graham Greene, Monsignore Kichote – powieść, jak to zawsze u Greena – świetnie skonstrowana, dobrze napisana, pełna niespodzianek i zasadzek. Uczciwe pisanie, gwarantujące serdeczne czytanie.

Dobranoc. Zbliża się północ. Ten wpis się zaraz ukaże. Jeszcze w przyszłości napiszę o tych obu książkach, na razie więcej już nie mam siły, oczy mi się kleją. A przecież jeszcze trzeba poczytać…

 

 

 

Co widziałam w kinie?

Bardzo dużo chodzę do kina, co zdaje się jest w przypadku pań w moim wieku już dość rzadkie, bo często jest tak, że jestem jedyną siwowłosą osobą na sali. Nie przeszkadza mi to. Lubię kino, lubię magię chodzenia do kina, a przede wszystkim lubię ten inny świat, który na dwie godziny zastępuje mi moje własne życie.

Filmy, które obejrzałam latem 2019 roku były, jak rzadko, prawie wszystkie świetne. Widziałam ich w tym roku tyle, że nawet nie wiem, czy wymienię je tu wszystkie.

Roma, film Alfonsa Cuarón (Meksyk), który wygrał w biegu do Oskara z Zimną wojną i chyba słusznie. Podobnie jak film Pawlikowskiego również Roma jest filmem, którego znaczenie rozumie się tylko wtedy, jeśli zna się tło polityczne filmu. W filmie Polaka – czasy stalinowskie, u Meksykańczyka – rok 1971 i masakrę rewolty studenckiej przez rządowe oddziały paramilitarne w dniu Bożego Ciała.

Ból i blask Pedro Almodovara (Hiszpania) z Penelopą Cruz i Banderasem.

Deszczowy dzień w Nowym Jorku Woody Allena, który nikomu się chyba nie podobał, tylko mnie, jak sądzę głównie z uwagi na wspaniałą rolę młodego aktora francusko-amerykańskiego Timothée Chalameta.

Wszystkie trzy filmy po części autobiograficzne, opowiadają o dzieciństwie i dorastaniu wrażliwych młodych ludzi.

Podobnie jak w Romie, również w nowym filmie Tarantino nie da się dobrze zrozumieć intencji reżysera bez znajomości historii. Pewnego razu w… Hollywood – Quentin Tarantino, znakomity jak za czasów Pulp Fiction, ze wspaniałymi kreacjami Brada Pitta i Leonarda di Caprio (obejrzałam dwa razy – raz po niemiecku z dubbingiem i raz po polsku z oryginalnym głosem i podpisami – dubbing to doprawdy kretyński wynalazek dla analfabetów). Film jest nową, tarantinowską wersją historii morderstw, jakich dopuściła się banda Mansona w willi Romana Polańskiego w Hollywood, ma więc mnóstwo polskich odniesień. Samego Polańskiego gra polski aktor Rafał Zawierucha.

Burning, koreański film Lee Chang-donga wg opowiadania Murakamiego. Również ten film był w tym roku typowany do Oskara jako najlepszy film nie-angielskojęzyczny.

Gdy go obejrzałam byłam zachwycona jakością wykonania, precyzją scenariusza, grą aktorów, ale zniechęcona do treści filmu i jego zapowiadającego się od pierwszych scen okrucieństwa.

Co ciekawe, dokładnie tak samo oceniłam drugi film koreański, który obejrzałam w tym roku – Parasite Bong Joon-ho’a.

Oba mi się nie podobały, ale oba obejrzałam z zainteresowaniem, ba – fascynacją. I przyznaję, że najbardziej w obu filmach interesowała mnie nie akcja, lecz po prostu Korea. Niezwykłe inne życie. Czułam się jak w czasach Komuny, gdy chodziliśmy do kina, żeby oglądać, jak się żyje na Zachodzie, tylko że teraz interesujący jest przeciwnie – Wschód. I to nie Japonia i nie Chiny, lecz właśnie Korea.

Film Bong Joon-ho’a zyskał w Korei niemal natychmiast status kina kultowego, nic więc dziwnego, że podczas projekcji w Berlinie sala była pełna Koreańczyków.

I jeszcze jedno zaskakujące podobieństwo – w filmie Parasite i oczywiście w Deszczowym dniu pada wściekły deszcz.

Hańba! (muzyka) / Schande! (Musik)

Już to raz zapowiadałam, ale to dziś…
Ich habe es schon Mal angesagt, die Veranstaltung findet aber statt heute, daher…

HAŃBA!

Folk-Punk aus Polen

Freitag, 04. Oktober 2019

Ort: Maschinenhaus in der KulturBrauerei
Schönhauser Allee 36
10435 Berlin

Eintritt: VVK: 12 Euro (zzgl. Gebühr) | AK: 15 Euro

Beginn: 20.00 Uhr

Was, wenn Punkrock nicht in den 1970ern in die Welt gekommen wäre, sondern in den späten 20er Jahren – und zwar in Polen? 

Rund um diese Idee fanden sich vier Musiker in Krakau zusammen. Neben der Musik verband sie die Faszination für die Anfangsjahre der Zweiten Polnischen Republik. Ähnlich wie die Weimarer Republik war sie geprägt von einer glanzvollen, avantgardistischen Kulturszene, politisch zogen aber schon düstere Zeiten auf. Hańba! haben die künstlerische Inspiration dieser Ära und den damaligen Geist der Arbeiterklasse ebenso aufgesogen wie die Revolte der Sex Pistols.

Eine Street-Folk-Band, die aus dem Rahmen fällt, fanden auch Musikjournalisten und kürten Hańba! 2014 einmütig zum Debüt und zur Band des Jahres. Im Sommer 2018 begeisterten sie beim Rudolstadt Festival – jetzt spielen sie erstmals in Berlin.

Tickets

Links

https://kesselhaus.net/event/658404
http://www.hanba1926.pl/eng/
www.facebook.com/events/370785630171454/

Zum Hören und Anschauen:

Jeder, der kämpft, ist Don Quijote

Für Michał T.-S. Dankend

Michał hat mich regelrecht gezwungen, die Känguru-Bücher zu lesen. Ich wollte nicht, ich habe mich ernsthaft gewährt, was aber nicht half. Eines Tages lag das dritte Buch aus der Reihe, weil es schon drei davon gibt (Achtung! Werbung!), einfach im Treppenhaus meines Hauses. Ich nahm es mit nach Hause, mit dem mulmigen Gefühl, sich der Bestimmung beugen zu müssen. Und gleich am ersten Tag bei der Lektüre der ersten Seiten wurd’ ich findig und zitierte in einem der Barataria-Beiträge aus dem Vorwort. Mea culpa, Michał, dass es so lange gedauert hat. Ich glaube, du hast recht. Marc-Uwe Kling ist ein verdammt guter, kluger und witziger Autor, der darüber hinaus noch immer das schreibt, was man (dh. Du und ich) politisch so denkt und für richtig hält, was natürlich bedeutet, er ist genial (weil wir es sind – obwohl, ob man heutzutage, als die Ironie, und damit auch Autoironie, verschwunden sind, noch etwas derartiges schreiben kann?)

Louie

“Das sind Gefühle, wo man schwer beschreiben kann”, Thomas mann bei der Nobelpreisverleihung 1929

»Ahahamuhmuhmuh. Und der Deutsche Buchpreis der Ullstein Buchverlage in der Kategorie ‘Buch mit sprechendem Tier’, muh, geht dieses Jahr an…«
Die Moderatorin Julia Müller öffnet das Kuvert, juchtzt und ruft: »Louie, der lustige Leguan von den Kindern der Kindertagesstätte Sümpfe der Traurigkeit

»Ich fasse es nicht«, sage ich. Auf der Tribüne hinter uns jubeln Kinder. Die Gäste der Preisgala beginnen zu applaudieren.

»Du hättest deıı Preis beim ersten Mal nicht ablehnen sollen«, sagt das Känguru. Es sitzt links neben mir, in einem rosa Tutu, und liest vollig gelangweilt Wendy. Auf dem Kopf hat es eine Krone, ein Zauberstab liegt auf dem Tisch. Mein Agent, der rechts neben mir sitzt, kratzt sich ratlos am Kopf.
»Das scheint auch mir eine inhaltlich wirklich aııgreifbare Entscheidung«, sagt er und nimnıt sich ein Salınetönchen vom Tabiett mit Desserts, welches das Känguru irgendeinem Kellner abgenommen hat.
»Kommt auf die Bühne, Kinder«, ruft die Moderatorin. Unter lautem Geschrei stürmt eine Gruppe Fünfjähriger mit ihrer Erzieherin die Bühne. Fast alle Anwesenden erheben sich und spenden stehend Applaus.
»Ich werde gerade unfassbar attrakiv« (dies bedeutet in der Tat: aggressiv – Anm. der Administratorin), sage ich.
»Und wie Sie ja alle wissen, ist der Preis dieses Jahr zum ersten Mal dotiert« sagt die Moderatorin. »Tante Isabel, was werden Sie denn mit den 10.000 Euro machen?«
»Damit können wir endlich das Dach unserer Kita reparieren lassen, damit die Kinder bei Regen nicht mehr nass werden«, sagt Tante Isabel.
»Das ist doch wirklich ein Skandal«, rufe ich. Ein paar Leute drehen sich zu uns um, die große Menge hat aber nichts gehört, denn ihr Applaus hat mein Rufen verschluckt.
»Du hast ja recht …«, beschwichtigt mein Agent, »aber bitte etwas leiser. Die hatten halt einen Bonus, weil sie noch so klein sind«.
»Ach was …«, fauche ich, »Aber kuck dir die Bilder mal an! Da hat doch garantiert ein Erwachsener geholfen«
»Ja, das ist wirklich gemein«, sagt das Känguru. »Wenn dir ein Erwachsener geholfen hätte, wäre dein Buch bestimmt auch besser geworden.«
»Nicht aufregen«, sagt mein Agent. »Probier lieber mal eins von diesen leckeren Sahnetörtchen.« »Louie, der lustige Leguan spricht ganze fünf Sätze«, sage ich eingeschnappt. »In diesem ganzen sogenannten ‚Buch‘!«
Ich setze mit Zeige- und Ringfingem wütende Anführungszeichen um das Wort Buch.
»Du kennst das Buch?«´, fragt das Känguru.
»Ich habe alle nominierten Bücher gelesen«, sage ich. »Alle beide …«
Endlich verebbt der Applaus.
»Ahamuhmuh«, sagt Julia Müiler. »Und wie geht es nun weiter für euch Kinder?«
Ein kleines Mädchen tritt ans Mikrofon.
»Wir schreiben eine Fortsetzung, wo Louie in die Schule kommt. Damit wollen wir genug Geld verdienen, um das Abzest…«
»Asbest«, sagt Tante Isabel.
»Asbest aus der Kita wegzumachen», sagt das Mädchen.
Wieder stehen die Leute auf und klatschen.
»Buh!«, rufe ich. »Buh!«
»Bitte beruhige dich doch!«, sagt mein Agent.
»Louie läuft lässig«, zische ich. »Louie lacht lustig. Louie lebt locker. Louie liebt liegen. Louie lutscht Lutscher. Das ist alles, was der bekackte Leguan sagt. Das ist der komplette Text von dem bekackten Buch«
Die Kinder verlassen unter erneutem Applaus die Bühne.
»Und dabei stellt sich noch die Frage, warum der bekackte Lemur…«
»Leguan«, sagt mein Agent.
»…das überhaupt alles sagt. Und zu wem! Der ist allein auf den Bildern. Der spricht mit sich selbst, oder was? Der hat doch ‘ne Macke! Und so was gibt man Kindern zum Lesen? Kein Wunder, dass unsere Gesellschaft so kaputt ist. Ich fasse es nicht«
Der Applaus brandet noch mal auf, als Tante Isabel und ihre Kinder Kusshände in den Saal werfen. »Ich habe ein Manifest verfasst, voller Witz und Weisheit«, schimpfe ich innerlich brodelnd. »Einen Fels in der Brandung stumpfer Pipi-Kaka-Witze, eine Rettungsboje für alle, die etwas faul dünkt an dieser widerwärtigen Weltordnung, ein Buch voll Tucholsky’schem Witz, voll Orwell’scher Weitsicht, voll Beckett’scher Radikaliıät…«
»Voll Goeıhe’scher Beschieidenheit«, wirft das Känguru ein.
»…eine große Satire über ein idealistisches, wenn auch leider wahnsinniges Känguru und seinen flexiblen, belastbaren, innovativen, kreativen, teamfähigen, begeisterungsfähigen und kreativen Begleiter …«
»So beruhige dich doch«, sagt mein Agent eindringlich. »Bitte, bitte. Die Leute kucken schon.« »LASS SIE DOCH KUCKEN!«, brülle ich, »ICH BIN KÜNSTLER! DIE LEUTE SOLLEN MIR ZUKUCKEN! ICH BIN KÜNSTLER!«
»Kleinkünstler«, sagt das Känguru.
»NEIN! NEIN! NElN!«, rufe ich, »KÜNSTLER! Nichts Geringeres als einen modernen Don Quijote habe ich verfasst! ABER NEIN! Louie, der lustige Leguan. Das ist natürlich relevanter. Das ist natürlich…«
Das Känguru schlägt mir mit der Wendy auf den Kopf. »Halt die Klappe, Knappe!«
Der Applaus verebbt zum letzten Mal.
»Ahahamuhmuhmuh«, sagt Julia Müller. »Glauben Sie mir, das war der schönste Moment meiner professionellen Karriere.«
»Du dumme Kuh!«, rufe ich.
»So bringen Sie ihn doch zum Schweigen«, fleht mein Agent das Känguru an.
»Muh! Muh! Muh!«, rufe ich. »Die Kuh, die lach…«
Das Känguru stopft mir ein Sahnetörtchen in den Mund:
»Halt mal kurz.«


© 2014 by Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin