Umarła

Bardzo lubię jej piosenki, ale to dopiero Teresa uświadomiła mi, że Eva Cassidy, dziewczyna o cudownym głosie, nie żyje…

Teresa Rudolf

Eva Cassidy

Ten mój świat

Cóż  to za smutny świat,
cóż  to za okropny świat,
cóż to  za niezrozumiały świat,
cóż to za bestialski świat.

Cóż to za dziwny świat,
cóż to za obolały  świat,
cóż to za wzruszający świat,
cóż to za tajemniczy świat.

Cóż to za cudowny świat,
cóż to za magiczny świat,
cóż to  za uroczy świat,
cóż to za przepiękny świat.
Ten mój, jedyny świat.

X
Żyła 33 lata, oddychała, myślała, czuła, była szczęśliwa, cierpiała, kochała, grała na gitarze
i śpiewała.
A w roku 1996 przestała oddychać, myśleć, czuć, być szczęśliwa, cierpieć i śpiewać!
Jak można tak młodo umierać?
Jak można umierać, mając taki głos, tyle życia w sobie, huragan emocji, życie, życie, życie, które nie gaśnie nawet po śmierci, w jej muzyce, w jej śpiewie.
Rozpala do życia, kiedy się jej słucha, każe tańczyć, kochać, cierpieć, żałować…
Jak można umierać w tym wieku z powodu choroby, z kaprysu losu?
Cierpiała z bólu, czy ze strachu przed tym, że już nigdy nie zaśpiewa czegoś, co jeszcze było w sercu, a śpiewało się już w głowie?
A może czekała jeszcze na jeźdźca na bialym koniu, a on ciagle jeszcze nie galopował i nie porywał w zawieruchę życia i do pięknych ogrodów?
A może było odwrotnie?
Był koń, był jeździec, były obrączki, były ogrody z pięknymi kwiatami, a między nimi chwast, o przepięknej nazwie “melanoma malignum”?
Kwiat urodzony gorącym latem, wygrzewając się na słoncu jak wąż, bezgłośnie syczący…
A kiedy zabierał ją ze sobą, nie wiedziała, że kiedyś już nic nie będzie pachnieć.
A dziś?
Jej głos unosi się nad moją bezsenną nocą, we wspaniałym bluesie….
Piękna dziewczyna, z pięknym głosem odeszła w pół zdania.
A może to ta cholerna sprawiedliwość, żebyśmy, ci inni, bez jej talentu, bez jej urody, młodości i żywotności, mniej atrakcyjni, po prostu sobie na pół gwizdka, dłużej dzień po dniu pożyli?
Wiele ludzi, nie wiedząc nic o niej, a tylko słysząc jej muzykę, może myśleć:
ta, to ma wszystko, głos, urodę, pieniądze, młodość, nie wiedzą, że to już tylko głos ptaka, lecącego na niebie, bez obawy, jak to kiedyś będzie, jak to naprawdę jest,
bo już wie…
I uśmiecha się, śpiewajac te swoje songi, wolna jak ptak.


Jednodniowy człowiek

Mówił, że mu życie
przelatuje przez palce,
jak piasek,
mówił, że mu życie
przecieka przez palce,

mówił, że wszystko
tak za szybko jakoś,
że przemija mu obok,
przebiega mu jak kot
cicho i niepostrzeżenie,

mówił tak około dwudziestu
ostatnich lat, śledził
sam siebie, każdy dzień
śledził innych, mówiąc,
że przemijają za szybko.

Bał się tak swych
myśli, ale  filozofował,
nie chodził na pogrzeby,
nie chodził na cmentarze,
nie chodził do szpitali.

Bedąc kiedyś już
chorym starcem,
myślał ciągle o tym,
by znaleźć nazwę
na siebie samego,
i znalazł:
„jestem jednodniowcem”,
już wieczór, czas odejść.


Eva Cassidy (ur. 2 lutego 1963 w Oxon Hill, zm. 2 listopada 1996 w Bowie) – amerykańska piosenkarka.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Alfred Tennyson, Bijcie dzikie dzwony

Ciąg dalszy z wczoraj

Pisałam wczoraj o noworocznym poemacie Tennysona Dzikie dzwony, od wielu lat czytanym w Sylwestra w Szwecji w Muzeum Skansen. Chciałam znaleźć polskie tłumaczenie, ale mi się nie udało. Poprosiłam więc trzynaście osób, żeby zechciały go dla nas przetłumaczyć. Miała to być delikatna aluzja do tzw. Apostołów z Cambridge, elitarnego klubu dyskusyjnego, założonego w roku 1840, którego członkiem był swego czasu również Tennyson. A że Apostołów było trzynastu, nie muszę chyba nikomu przypominać. Zawsze miało ich być dwunastu, po samobójczej śmierci Judasza dokooptowano więc Macieja, który był ponoć nie tylko Apostołem, ale i Ewangelistą (jego Ewangelia, podobnie jak wiele innych, nie została uznana przez synod kartagiński w roku 397).

Wezwałam więc do zabawy trzynaścioro autorów bloga, wliczając w to siebie. Tylko dwóch z nich odpowiedziało na wezwanie. No i ja. Troje. Oto nasze tłmaczenia Dzikich dzwonów.

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Odzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Wiersze w kolorach

Teresa Rudolf

Niesamowite kolory Howarda Behrensa…

„Niesamowicie wiele
kiczu w niej” o mnie ktoś
mógby powiedzieć.
A ja? A ja najchętniej
ubrałabym się w te obrazy

I chodziła sobie
po ulicy,  po plaży
po mieście
po polach
wszędzie.

Siedziałabym sobie w nich,
w Santorino, na Korsyce,
na uliczkach z kawiarenkami,
na balkonach białych
domków willowych,

gapiąc się w niebo takie nieprawdopodobnie
kiczowato-niebieskie,
na te owce na pastwisku nieba,
pasące się moją tęsknotą.

Ach ten Howard Behrens!

A te kwiaty tak pachną,
że chodzę po ogrodzie pijana,
potykam się o  powietrze,
ślepnę od kolorów,

które sobie kiedyś
wybrałam na marzenia,
które wyśniłam
śniąc na jawie,

cała niebieska w środku
cała słoneczna w środku
cała leciuteńka w środku,
cała zwiewna, biała

niebiesko-biała,
niebiesko-złota
niebiesko-szmaragdowa
niebiesko-niebieska

cała jakaś taka niewinna,
jak powiew od morza,
leciutka jak obłoczek,

cala jakaś, taka…

Nie wysłany nigdy list do pewnej damy w kapeluszu i z parasolką

Już wiem,
gdzie się zgubiłaś…
zostałaś bardzo dawno temu
w obrazach Clauda Moneta,
paradując po ogrodach
w  tysiącach kapeluszy,
po “Normandiach”
z ogrodami ociekającymi
czerwonym kwiatem żywotności.

Patrząc
z wyższością kogoś,
kto najlepiej wie,
co to melancholia, co  migrena,
łykająca ciagle kropelki
z przepięknej torebki,
z damą do spacerów z dziećmi,
do wyprowadzania piesków,
do głaskania kotów.

Najczęściej sama, z parasolką
chroniącą przed słońcem,
przed deszczem,
przed oczyma ciekawskich
oddając się naturze
nie pytana po co,
dlaczego tak,
dlaczego inaczej,
nie gnębiona realnością.

Nie zauważyłaś kiedy
znalazłaś się,
w DZISIAJ
w kamienicy, bez ogrodu,
w mieście pełnym ludzi,
o ciekawskich spojrzeniach
na tę kobietę, w kapeluszu,
zagubioną w sobie
w melancholii z tamtych lat.

Nie widząc tak naprawdę nikogo,
jak wtedy, czując coś,
niewypowiedzianego
jak wtedy, odgradzając
się od tego pospólstwa
jak wtedy…
będąc nieszczęśliwą
samotną, kobietą
w kapeluszu i bez parasolki.

Dziś o 18 – pełnia Księżyca

Beethoven Moonlight Sonata (Sonata al chiaro luna)



Teresa Rudolf

Pełnia księżyca na Cyprze, pamiętasz??

Księżyc czasem potrafi nagle rozświetlać kompletną ciemność jak najjaśniejsza lampa, taka okrągła i biała kula,  jak te, które bardzo lubię, gdy tak w rzędzie stoją na eleganckich, kawiarnianych ulicach i uliczkach różnych miast. Nadają im klimat tajemniczości, sekretów, romansów świeżych jak południowe owoce i też tych pikatnych, smakujących kiedyś słodko-kwaśno, jak chińskie dania.

A czasem wisi  ta kula na niebie i jest właśnie tą jedyną i niesamowitą lampą. Pamiętam, kiedyś byliśmy w zimie na Cyprze, mieszkaliśmy w pensjonacie, który był dość niedaleko od Famagusty.

Wieczór zaczynał się gwałtownie kompletną ciemnością, jakiej przedtem nigdy nie przeżyłam. Nie mogliśmy się więc poruszać nigdzie poza domem,  bo nie było widać, gdzie  się idzie i po czym!

Po dwóch dniach nagle rozświetliła niebo pełnia ksieżyca i zrobiło się przedziwnie jasno, jak w dzień i światło stało się jak neon fioletowe, i na przemian białe, jak te moje ukochane, lampy uliczne.

Przechodziliśmy pół nocy kąpiąc się w tym świetle, jak latem w jeziorze, ze wszystkimi dzwiękami natury, i również  tymi  z dalekiego miasta. Nie opuszczało nas uczucie, że poruszamy się jak dzikie zwierzęta, nastawione na ostrożność, na absolutny,wielowarstwowy odbiór dźwiąków, bedących jak muzyka na różnych płaszczyznach, wyznaczanych przez rozmaite, przedziwne instrumenty.

Muzyka życia, nocy, podróży, bycia w świecie, ale też i w domu.

W sobie i u siebie.

Wszystko bylo jednym….

No i jak ty jak wyglądasz?

Pani Ksieżycowa
ma już dość,
ciagłego latania
wokół księżyca,
pępka nieba w nocy.
Ileż musi się naszyć,
dla męża próżnego.

Na godzinę
òsmą wieczorem,
coś cieniutkiego,
a na dziesiątą kolor
srebrnostalowy
jest szalenie ważny,
dobrze zgrany
z ciemnym nieba granatem.

A nad ranem, to dobrze
coś troszkę złotego,
nienachalnie, bo przecież
ma się aż do nocy,
oddać słońcu niebo.

A pan Ksieżyc,
czekoladą się obżera,
i tyje, tyje, tyje, tyje,
co dla Księżycowej,
już tylko jest rozpaczą!!

Prosi go, błaga,
grozi, przestanę już
szyć, nie jedz tyle,
mówi, nie nadążam,
nie nadążam!

No i jak ty wyglądasz znów?…
Jak ten Księżyc w pełni!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy i prozy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej wpisom i je uzupełniają.

Melancholia

Teresa Rudolf

Saksofon w jesieni

W parku siada na ławce
czarna Melancholia
z bladą twarzą,
zamyka  oczy,
jak co roku…

Ból nieistnienia przebiega
przez nią jak prąd,
w głowie szuka
czegoś
niecierpliwie..

I nagle przychodzi
ta melodia sprzed lat,
liście pod nogami
chrzęszczą jesiennie,
jak jesień.

Melancholia ogarnia
Melancholię,
melodia kradnie uszy,
a oczy rudo-zielona
jesień…

Silenzio” Beethovena

Taka ta cisza jakaś słyszalna,
gra na pianinie serca leciutko,
dusza nastawia uszy,
by nie umknęła jej
żadna nuta wzruszenia,

nastawia mózg,
by nie umknęła żadna zaduma…
nad tą tęsknotą
nie wiadomo za czym…
ociera łzę w oku,

nie wiadomo po czym…
uchyla głowę nad doskonałością
nad darem,
który nie wszyscy otrzymują,
jedynie naród wybrany:

Twórcy.

“Beethoven’s Silence”, utwór Ernesto Cortazara, kompozytora meksykańskiego

Zima

Och, nie odpowiada ona
kryteriom, oczekiwaniom,
odpadnie z kastingu
w tym roku, jak mur…

Jak może tak bez bieli?
Lasy, ogrody czekaja,
ludzie chca Świąt i Ryby
A więc jak tak bez bieli?

A narty, sanie, Rudolfy?
Chrupiący śnieg biały?
Świat jak beza bielutki?
Oj zimo, zawalasz!

A zima patrzy smutno
przed siebie, pusto
w jej oczach, strach,
ma znów swą depresję.

Zawaliła w tym roku,
ale jak nie zawalać,
kiedy ściga ją człowiek
zmieniając ciągle klimat…

Wściekłości swej boi się,
że nie wytrzyma, że walnie
lawinami, sztormami,
zimną powodzią.

Boi się stracić kontrolę
wykończy zimnym wichrem,
wykończy szarym zimnem
ale… śniegu nie będzie!

Nie będzie, bo ta biel,
przecież to wiadomo,
jest kolorem czystej,
jak łza Niewinności…


Oprawę muzyczną dzisiejszego wpisu ułożyła Autorka

Siada, chodzi, leży…

Teresa Rudolf

Zmęczenie

W głowie wata cukrowa,
gruba jak ta
z jarmarków,
oblepiająca mózg, rozciągliwa
pustka w głowie.

Ciało swoje, choć obce,
niosące i niesione
przez siebie samo,
jakoś ciężko idzie,
wzdychając cichutko.

Siada, chodzi, leży,
jak znów swoje,
choć nie swoje.
język nie chce
skladać się do mówienia.

Powoli cedzi
błahe zdania,
jak odkrycia
najważniejsze,
kolumbowe.

Wszystko w środku
zwija się
do spania
jak kot Moritz
przy piecu.

A piec, a ten piec,
cholera jasna,
nie chce przyjść
sam do czlowieka,
leniwy,

nie chce położyć
człowieka przy kocie,
który mruczy śniąc
o bieganiu,
w dzień po łąkach,

a w nocy po kocich
dyskotekach.

Samotność

Zagubienie w sobie,
wystawione czułki ludzkie,
by znaleść kogoś bliskiego,
uczucie dziecka zgubionego
w ogromnym supermarkecie,
które czeka, by ktoś glośno
krzyknał jego imię.
Chce mieć pewność,
że ktoś go szuka,
bez pewności,
że ktoś je znajdzie.

Panika psa,
wywiezionego do lasu
na pożarcie dzikich zwierząt,
niech się sam broni, bo nie uchodzi,
zastrzelić,niech przeżyje,
ale nie u mnie i nie ze mną,
myśli ten,
kto wyprowadza się z willi
do mieszkania w bloku,
gdzie nie wolno mieć psów,
a wolno mieć samotność.

Strach starej kobiety,
grzebiącej po koszach na śmieci,
w rękawiczkach,
by było higienicznie,
strach chorego człowieka,
bo nie wie co się stanie,
gdy zapomni kim jest,
kto należy do niego,
i gdzie zaczyna się on sam,
a gdzie kończy.
I inni też zapomną.

Samotność siedzi przed domem
i boi się wejść do środka,
bo tam cholernie samotnie.
Siedzi i wyje jak wilk,
wzywając stado,
które nie wiadomo kiedy,
rozpadło się już na kawałki
jak kometa.
W pełni ksieżyca wyją
samotne wilki
które o północy,

mają twarze
i łzy ludzkie.


Pustka w głowie

Przerażająca pustka
w głowie jakby
huragan przeleciał
przez nią,
wszystko zostało
wessane
przez jakiś odkurzacz,
wszystko.

To znaczy, co wszystko?
A co było i czego nie ma?
Wszystko,
a było tego dużo, czy mało?
Wszystko,
czy był to ogród myśli i kwiatów?
chwasty,
czy kamienie?

Było, to moje, czy czyjeś?
Kobieta trzyma się za głowę,
bezradnie szuka czegoś,
coraz szybciej…
Zaczyna się kręcić w kólko
szuka siebie, szuka siebie,
karuzela…
spada…

Budzi się z krzykiem,
przerażona,
zimnym potem zlana,
i nagle
czuje potworną
pustkę w głowie,
pustkę w głowie…
pustkę w głowie.

Niepokój

Zwierzę niespokojne,
nigdzie miejsca
nie zagrzeje,
miota się jak w klatce,
chociaż żadnej nie ma…

Szczerzy
bez potrzeby zęby,
patrzy z paniką,
za siebie
i przed siebie.

Nie może jeść
nie może spać,
nie może chodzić,
nie może usiąść,
nie może…

Nie zasypia,
chce snić o spokoju,
a w dzień marzyć
o nim też nie może.
ach, ten spokój.

Spokój, jak
kochanka,
za którą się tęskni
idzie, jak pies
na smyczy wszędzie.

Spokój, spokój
o, chciałoby się
tak mało,
bo nic więcej,
nic więcej.

Taka elegancja
bez trzęsienia rąk,
bicia serca,
ze spokojną twarzą
normalności.

Smutek

Obraz Madonny płaczącej,
trzymającej się za serce,
jej usta składają się do słów
milczących i martwych.

Oczy
jak ogromne jeziora,
z kłębowiskami
jakichś obcych roślin.

Bladość alabastru, twarzy
przykuwa wzrok,
który z zawstydzeniem
ucieka,

od tej ogromnej
intymności.
bez pojęcia, co to
za jedna.

Usta jej cienkie spadają
stromo w dół jak rzeki,
i nie wiadomo gdzie
mają swe ujścia do morza.

Staw zamarznięty,
po którym,
lepiej się nie poruszać,
nie wiadomo, czy uniesie,

ta zamaskowana,
zdradziecka kruchość
jego lustra,
która wciąga w głąb.

Radość

Nieustająca
złota kaskada,
porywcza i nieobliczalna
co zabierze ze sobą.

Infekcja
rozchodząca się
blyskawicznie, zataczając
coraz większe kręgi.

Nie potrzeba maski,
by się przed nią chronić.
każdy naraża się chętnie
na to zarażenie,

kąpiąc się całym sobą
w szaleństwie,
które jest najżywszym
żywym życiem…

Tęsknota

Wróżenie z fusów,
płatków margaretki,
wiara w białego kota,
który oby przeleciał nam drogę.

Malowanie
akwarelkami pastelowymi
wszystko, co powinno się
zdarzyć, jak tylko…

Retuszowanie rzeczywistości,
by nie miała
żadnej zmarszczki,
gdy tylko…

Pragnienie niespełnione,
głód nie zagłuszony,
pustynia, pustynia
ból serca,

na który się ciągle
na nowo zgadzamy,
gdy się na horyzoncie pokaże,
jak jakaś fatamorgana…

Bezsenna noc

Z jednej strony dźwięczy
tą swoją ciszą w przestrzeni,
a z drugiej tak naprawdę,
narzuca się człowiekowi,

by się nią zajmować.
i być niepodzielnie
w centrum uwagi,
jak próżna kobieta.

Nie godzi się by jej
nie zauważać
bez chaotycznych pytań,
nie czekając odpowiedzi.

Pędzi jakby wystraszona,
że czegoś zapomni, opuści…
bo wszystko to niby takie
strasznie ważne…

I jak w bajce o świcie znika,
zabierając swoje lalki i gałganki,
by znów następnym razem
biegać po mózgu i sercu.

Pytając,sycząc
perfidnie cicho,
by nikt nie uslyszał,
bawi się do łez…

Już jesień

Jesień…
deszcz z łez skazanych na śmierć letnich zwierząt,
przesunięte melancholijnie liście pod nogami,
chłodny wiatr niosący śnieg w plecaku.

Jesień…
tysiące twarzy kolorowych, liściastych plemion
uśmiechajacych się na wzgórzach, w lasach,
bez lęku że każdy jest inny…

Jesień…
Przedsmak nieuniknionego,
tego co musi przyjść, co stoi
tuż, tuż, za drzwiami liściastymi
życia.

Miss Świata, Jesień
piękna kobieta
w wykwintnej sukni,
bardzo gustownie
prze-kolorowej.

Wyszła z ukrycia
pokazała się
na polach, łakach
i w lasach.

W zadziwieniu
świat cały
ogląda się za nią,
zachwyca,

tą szatą zielono-
pomarańczowo-żółtą,
ustami czerwonymi
od dzikiego wina,

oplatającego drzewa,
mury, cmentarze,
ogrody, balkony,
po najwyzsze góry.

Szeleści ta suknia,
luciutkim podmuchem
wiatru, szeptem,
śpiewem liści.

Miss Urody,
będzie twarzą roku,
pobłyskujac
czerwoną szminką.

A gdy znów odda
koronę Zimie,
rozebrana do naga,
schowana w szarości,

będzie się leczyć z depresji
w przemijaniu,
licząc spadajace liście,
by usnąć spokojnie.

Frida i inne wiersze

Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu

Teresa Rudolf

Frida

Patrzę na nią, podpatruję,
siedzę  na jej ramieniu
zamieniona w kotkę Lili,

chcę coś powiedzieć,
ale nie mogę już
zamieniona w kotkę Lili,

mizdrzę się do niej
robię małpie miny,
zamieniona w małpkę.

Robię wszystko,
by ją bawić
zamieniona w małpkę,

nie chcę jej wzroku
i zamieniać się w nią,
patrzącą w pustkę…

Ten wiersz Teresa przysłała specjalnie, gdy dowiedziała się, że jej wiersze zostaną opublikowane w dniu pogrzebu Ewy Bielskiej

W obliczu czyjejś śmierci

W aspekcie czyjejś śmierci,
każde wypowiedziane zdanie
czyn, ruch,
ma inny wymiar.

Nie ma tam banalności
gdzie był czlowiek
nam bliski,
pozostawiając  ślady,

które bledną z czasem,
a my uczymy się ciągle
z nich czytać,
by nie zapomnieć…

Motyl lat 17

Nieraz myślę,
że byłam kiedyś
motylem w Twym życiu
żyłam tak jak one żyją
intensywnie i barwnie.

Siadałam
raz na Twojej głowie,
raz na Twoim sercu,
w silnej wierze
w pozagrobowe życie motyli.

Nie zauważyłam kiedy,
po prostu zmarłam
i dalej siadałam
raz na Twojej glowie
raz na Twoim sercu.

Nie wiedziałam, że jestem
już dawno
niepostrzegalna
niewyczuwalna
po prostu duch motyla.

A Ty zrobiłeś z siebie
łąkę dla innych motyli
które przemijały,
pozostawiając Ci
uczucie Twej nieprzemijalności.

A jak wyglada zazdrość motyla?…

W mgnieniu oka

Mgnienie oka jest kadrem
na teraz i tutaj…
przedtem i gdzie indziej.
Słucham
kubańskiej piosenkarki,
która tańcząc i śpiewając
przebiera się za mnie
w moją twarz i duszę.

Przetańczę
przestrzenie
tęsknoty za sobą samą
za niespełnieniem,
za niedoścignieniem,
za niedotańczeniem,
szalonego tańca zmysłów,
tęsknoty za tęsknotą.

I nagle jest znów to
tu i teraz
przedtem i gdzie indziej,
we mnie i poza mną,
wszędzie i nigdzie,
w niebie i w piekle
Czy tylko we mnie?
czy tylko?

Labirynty

Labirynty pokrętne
we mnie,
ciemne korytarze,
potykam się
jak w tym
życiu rzeczywistym

one właśnie
bardziej bliskie,
niż to wszystko inne.
A przecież
A właśnie
A przecież…

wychodzę na słońce,
by sie pogrzać
na gorących
kamieniach
lub w zieleni,
by nie pamiętać

kiedy nagle potknę się
pod błękitnym niebem,
plecami do słońca…

Groby

Byłam dziś na mym wewnętrznym cmentarzu,
dużo grobów małych,
większych, bardziej i mniej zadbanych.

O, ten na przyklad, grobik mnie siedmioletniej,
świat usunął się spod nóg,
zabiłam się wtedy wpadając w czarną otchłań.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

Albo ten, umarłam wtedy majac lat czternaście,
ze wstydu, kiedy moją tajemnicę,
wydarto i wyśmiano.

Albo ten malutki o tu, dwudniowa nadzieja
umarła ze słabości cielesnej i umysłowej
niezdolna do przeżycia..

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

A ten mały, to śmierć przez wbicie
noża w plecy, a ten w serce,
a ten… a ten…

A wszystkie te…
zapaliłam swieczki, złożyłam chryzantemy,
postałam zamrożona, zdumiona.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano.

I boję się grobów tych nie moich,
w ludziach umarłych przeze mnie,
gdy ja żyję nie wiedząc nic o tym.

Więc zapalę świeczkę…
mówiąc, że gdybym tylko mogła,
jak nie mogłam,

choćbym chciała…

Nie zauważyłam, więc
nic nie wiedziałam.

Reblog: Nachts am Meer

Andreas M. Völker

Der Dünen Grau vom Monde matt versilbert,
Der Bäume kahle Äste fahle steh’n,
Durch dürre Blätter raschelnd Winde gehen,
Vom Meeresrauschen zart und weich gefiltert.

Der Wogen Klang, ihr ewigliches Singen
Von Ferne und von Sehnsucht, Liebesschmerz,
Dringt sich in nächtlich’ Strandwandernden Herz,
Und wird in Träumen ewig weiter klingen.

Wie Finger streichen, fast als ob sie tasten,
Des Leuchtturms Strahlen durch die Dunkelheit,
So wie der Mond blassweiß vom Himmel scheint,
Und wie der Mond sie niemals wirklich rasten.

Des Tages Licht kommt schleiergleich geflogen,
Des Mondes Silber Gold nun weichen muss,
Und wie zu einem letzten Abschiedskuss
Berührt der Mond die fernsten Meereswogen.


Dieses Gedicht entstand aus einer Laune heraus abends am Strand. Ich habe es später noch einmal bearbeitet und in eine klare und strukturierte Form gebracht.


Das Gedicht wurde veröffentlicht am 20. Januar 2012 auf der Seite deviantart.


PS von Ewa Maria Slaska

Angeblich trifft man sich immer zweimal. So war es auch mit dem Autor dieses Gedichts und mir. Das erste Mal trafen wir uns 2012 auf dem Weg nach Santiago de Compostela. Das zweite Mal – vor ein paar Tagen, bei dem Grab von Prof. Brückner. Ich habe ihn nicht erkannt, er mich aber schon.

Es war das Jahr 2012. Meine Freundin Kinga und ich gingen den sog. Portugesischen Weg, aus Porto. Für mich war es schon das zweite Mal, dass ich nach Santiago ging, das erste war 2007.
Andreas und seine Freunde gingen den ganzen Weg in mittelalterlichen Kleider.

Die letzte Strecke, am 1. August, gingen wir nur zu dritt, Andreas, Kinga und ich. Wir gingen schnell, Andreas aber wollte es noch schneller, damit er um 12 Uhr im Dom der Heiligen Messe beiwohne. Kinga verewigte den Moment, als er sich von uns beiden löste und vorwärts ging.

Wir sahen uns zwar noch einmal am nächsten Tag, als auch wir die Pilgermesse besuchten, aber das war auch der letzte Tag.

Es sind sechs Jahre vergangen. Andreas wohnt inzwischen in Berlin. Er besuchte hier Jemandem für ein Wochenende und blieb. So passiert es oft in Berlin.

Am 1. November 2018 organisierte ich, wie schon seit Jahren, gemeinsames Ausgehen zum Grab vom Professor Brückner. So trafen wir uns wieder.