Wieszcz nasz, z dawna nie słyszany…

Roman Brodowski

nadesłał kilka swoich satyr politycznych… (Wystarczy kliknąć i obrazki się powiększą)

Ciąg dalszy nastąpi, autor zapowiada jeszcze trzy “jedynki”, ale na razie pojechał do grodna, świętować tamtejsze Kaziuki i swoje 60 urodziny, a zatem i my składamy mu najserdeczniejsze życzenia urodzinowe.
Romanie, wpis ukazał się wprawdzie PO czasie, ale, gdy pisałam te słowa 28 lutego, wciąż jeszcze był czas…

Wspaniałej Wiosny Ci życzymy. Sobie zresztą też!

Czekanie na wiosnę

Teresa Rudolf

Ach ty, Primavera!

A jak tak czekam,
tak czekam na Ciebie wiosno,
na to powietrze
jeszcze wilgotne porannie,
tak absolutnie klarowne,
jak oddech
najdłuższy na świecie,

unoszący mnie jak balon
w przestrzenie.

A jak tak czekam,
tak czekam
na Ciebie wiosno,
na te jabłonie w kwiatach,
jak dziewczyny
na balu wiedeńskim,
w białych,

jabłonnych sukniach,
tańczące w podmuchu poloneza.

A jak tak czekam
na Ciebie wiosno,
kiedy przychodzisz
co roku jak królowa,
w pięknych
tysiącach kapeluszy…
równocześnie,

pewna ogromnego aplauzu
swego dworu,
wchodzisz wspaniale
złota od słońca,
w leciutkich pierścieniach
na rękach,
łańcuszkach na nogach…

śpiewając głosem ptaków,

z chórem pszczół, świerszczy,
i tym, co piszczy w trawie.

W dniu, twego przyjścia
rozpoczyna się
karnawał natury,
w maskach weneckich,
w lasach,
nad rzekami, nad górami,
od nieba, po ziemię.

A ja czekam, jak co roku…
Ty, Primavero!!!

Pszczółka Maja, Królowa-Narkomanka

Chowa się w kwiatach maku,
zagłuszając strach przed jesienią,
kiedy znikną maki.

Zaćpana kompletnie,
patrząc w oczy
swemu przemijaniu,

schowana w kwiatach maku,
wysysa teraźniejszość,
żyjąc kolorowo.

Zapominając
o swej samotności
na polu makowym.

Gdy pracowite pszczoły,
myślą wciąż
o zapylaniu,

ona królowa,
może się wyspać,
nie mając do kogo przytulić.

Balkon w Pradze

Kwiecisty balkon w Pradze
bez pamięci zakochany
w tym jednym, jedynym
z centrum Krakowa balkoniku,

czeka  na list,  och czeka..

Niestety, jak to po prawdzie
bywa, poczta nawala,
bo wiatr nie taki, bo list
omyłkowo poszedł sobie

w inną stronę, czy co??….

Wszyscy mówią, że jakaś
choroba na niego paść
musiała, bo  ani upał,
ani zima, ani jesień.

co  jest z Tobą  do diaska?

Wiadomo już, niestety,
nawet Japończycy
nie zostaną na obiad,
jak bez fotografowania,

zostawać tu, a po co?

Balkon piękny, to wizytówka
tej “Pod dynią” knajpki,
coraz smutniejszy zaśmieca
zeschniętym sercem podwórze,

leżą begonie, leżą  też i róże..

A w Krakowie balkon czeka
na list z Pragi myśląc:
jestem mało atrakcyjny,
pochodzę z byle jakiego domu..

a bliżej jest z Pragi w Pradze..

Aż tu kiedyś, u schyłku
jesieni, spada w Pradze
listek na balkon, bardzo
miłosny, pachnący różą..

nie mogę żyć bez Ciebie,

a i dalej, usycham z  tęsknoty,
nie zapomnij, czekam na
przychylny nam wiatr,
chcę wyjść za Ciebie…

Praski balkon oniemiał
wyjść za mnie, kto da
nam ślub, jak to możliwe,
aż mu serce rozkwitło

znów od zakochania..

I  jest znów ogromnie
oblegany przez turystów
do zdjęć, do sobie postania,
do zachwytu, do zadumy..

nad najpiękniejszym
balkonem świata,
w Pradze, żyjącym

marzeniem nieśmiałym
o wspólnej podróży,
w góry…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Dziewczynka na kuli

Teresa Rudolf

Przebudzenie

Wysoko, od lat,
odważnie na linie,
tańczyła w cyrku
dziewczyna z obrazu Picassa
(ta sama, stojąca na kuli).

Tańczyła do muzyki
z szumu wiatru,
gwizdu ptaków
i wszystkiego, co było
na świecie w nutach zapisane…

A było w tym cyrku
tylko jedno miejsce,
dla jedynego gościa.
dla Niego,
gdyż był całym światem.

A ona tańczyła
jak mogła najpiękniej na świecie,
tylko dla Niego,
dniami, nocami, latami.
a on mówił “dziękuję”.

Gdy któregoś dnia
wyszła znów na linę
przestały śpiewac ptaki,
wiatr rozhulał się szalony,
a muzyka zamknęła się w ciszy.

I przebudziła się, spojrzawszy w dół,
zobaczyła Go,
gdy patrzył przed siebie,
nie patrząc na nią,
na nią samobójczynię.

Stanęła znów na kuli
wchodząc w obraz nieruchomo
z wzrokiem wbitym w dal,
a on powiedział
jak zwykle “dziekuję”.

A ona liczyła…

A ona liczyła przed snem barany:
raz, wyskoczył piękny, bielutki,
dwa, ten był ciut mniejszy,
trzy, jakiś taki łaciaty,

cztery, pięć, wyskoczyły dwa klony,
białe głowy, czarna reszta, małe,
sześć, siedem, osiem, czarne,
dziewięć, ach to ten pierwszy,

dziesięć, to chyba nie baran,
raczej owca, coś mi się miesza,
liczę od początku, raz, dwa  trzy,
cztery pìęć, sześć, całe stado,

siedem, osiem, dziewięć, cudnie,
robi mi się błogo, super, super,
dziesięć, co to, nagle wpada pies,
jeden pies, drugi, trzeci, czwarty…

Urodziny Baśki R.

Czas, patrzy,
patrzy na nas z góry,
kręci swoją tarczą
ciągle w jedną stronę,

a my siedząc na niej
dziergamy wzorki,
jak ktoś chce i jak umie,
dziergamy,

każdy z nas,

swój własny i niepowtarzalny
“pulowerek życia”…
czasem szary,
a czasem kolorowy,

na jaką włóczkę
popadnie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Momente am Valentins Tag

Tibor Jagielski

so, noch ein tag, mit sitzplatz – weil ferien;
ehrlich, man atmet richtig auf wenn die kleinen ungeheuer mit ihren roller,
die s-bahn und tram regelrecht verstopfen, verschwunden sind;
auch die fahrkartenkontroleure, diebe und bettler scheinen jetzt urlaub zu haben,
wie angenehm der lange weg hin und zurück.
erna erwartet mich mit vorwürfen:
wo bist du so lange gewesen? gib zu, du hast eine andere zum schmusen….
– natürlich – erwidere ich und kraule sie hinter den ohren zart und fein
– und nicht nur eine…
jetzt endlich ruhe für eine zigarette, für die wolken auf dem abendhimmel, für mich.

Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim…
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Poeta, rzeźbiarz i święta Rewolucja

A la santé de la Révolution, rzeźba Jean-Roberta Ipousteguy
upamiętniająca Wielką Rewolucję Francuską
Parc départemental Jean-Moulin les Guilands & Bagnolet, Paris

Tibor Jagielski

ostatnie
ubóstwienie
wielkiej rewolucji

nie armie
nie kondukty
marsze w te i we w te

tylko
staruszka
czuwająca u stóp
walczącej o niebo i gwiazdy
epoki

28.01.19


Jean-Robert Ipousteguy urodził się 6 stycznia 1920 roku, zmarł 8 lutego 2006; był poetą, rzeźbiarzem, akwarelistą, pisarzem – w każdej dziedzinie samoukiem. Mówił o sobie, że jest dzieckiem przedmieścia i że taka też były pobierane przez niego nauki. Park znajduje się na pograniczu Paryża i powiatu Montpellier; można dojechać metrem. Park składa się z dwóch części, połączonych 600-metrowym mostem. Poeta twierdzi, że rzeźba Ipousteguya stała przed dawnym Centrum Kongresowym w Berlinie, ale teraz, gdy centrum przestało funkcjonować, już nie stoi – być może tuła się gdzieś w kawałkach po magazynach, a może już jacyś przedsiębiorczy ludzie wywieźli ją na złom.

Cukierki

To jest wiersz, napisała mi w mailu Autorka, o człowieku, który odszedł, a zawsze częstował cukierkami.

Anna Dobrzyńska

A kiedy już dotrę do końca mej drogi,

I z murem się zetknę, co nieuniknione,

Odnajdę szczelinę, ciemną i wąską,

I przedrę się przez nią na drugą stronę.

X

Zobaczę ocean, wielki, falisty,

I łódź, co na brzegu mnie czeka drewnianą,

I wejdę do łodzi, mej łodzi, prywatnej,

A fale poniosą mnie w przestrzeń nieznaną.

X

Fale poniosą mą łódź w rękawiczkach,

Białych i czystych, skropionych krochmalem,

A ja nad głowami, falami popłynę,

Tam skąd przyszedłem, zanim się stałem.

X

A tym co jeszcze zostali za murem,

Cukierków garść sypnę, na pożegnanie,

Niech im się słodko zrobi w ich domach,

Gdy się już zajmą praniem, sprzątaniem.

Z poezją w sprawie godności

Teresa Rudolf

Sen

Jakoś tak sobie pogrywa ze mną…
Spuszcza tiulową firankę na oczy
głaszcze po nich, porywa,
kamienieje do rana,

lub pomachuje mi tym tiulem,
łaskocze, rozdrażnia, odpływa
by znów obudzić, złośliwie
daje znać, że nie odpuści,

podle pokazuje mi miejsce
w szeregu, że nie da się
bez niego, że będzie nękał
tak długo, aż nie zasnę…

I pokażę zmęczoną twarz
mówiąc, że zrobię wszystko,
i nie poddam się tej władzy,
zwanej bezsennoscią.

Człowiek powinien…

To co człowiek powinien,
to czekać się nauczyć,
by rozumieć, co nie jest do
zrozumienia.

Czuć, co nie do wyczucia,
kiedy powinno się czuć,
wybaczać, choć co tak
dokładnie, nie wiadomo…

Powinien być otwartym, gdy
zamknięte wszystkie drzwi,
być zamkniętym, żeby
nie musieć nikogo wyrzucać…

Powinien odchodzić, bo
tak lepiej, zostawać, bo
łatwiej, mieć wyczucie,
że tak przecież nie można…

Powinien, powinien,
powinien się

zamknąć,
kiedy mówi, otworzyć
kiedy ma milczeć…

Chyba, że wreszcie powie
sobie cicho “nie”, a potem
światu głośno, z uśmiechem
“NIE”!

Bo to właśnie powinien…

Godność człowieka na co dzień

Wewnętrzne wyprostowanie,
z wewnętrznie podniesioną głową,
wewnętrzne trzymanie się w karbach
by samemu ze sobą porozmawiać.

Porozmawiać o tym, jak powinno się
na zewnętrz pokazać nie pokazując
niczego, żadnego bólu, słabości,
nałogów, cierpienia, oczekiwań.

Nie obarczać nikogo sobą, nie pokazywać,
jak bardzo chciałoby się pokazać,
to, co niegodne pokazywania,
a co powinno pozostać w człowieku…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Pogrzeb cioci

W tym roku jakoś mało “hucznie” zorganizowałam na blogu okres Bożego Narodzenia, no to niech się jego koniec (zbliża się wszak Matka Boska Gromniczna) przynajmniej odznaczy wpisem szczególnym

Ela Kargol

Kilka dni temu byłam na pogrzebie siostry mojego taty, w Nysie. Pogrzeb i cała oprawa skromna, bo i skromne było życie nieboszczki. Cmentarz stary, na którym już nie chowają. Ale ciocia miała to „szczęście”, że był tam już grób jej męża, zmarłego jakieś 50 lat temu.

Msza pogrzebowa w neogotyckim kościele przy klasztorze Werbistów. Kościół, o tak!, robi wrażenie, zabudowania też. Nie było czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Ksiądz taki sobie, mylił się i nieskładnie mówił, oratorem nie był.

Kuzynka Marysia zarządziła, że nie dajemy na mszę, bo on (ksiądz) nie wyczyta z imienia i nazwiska, pomyli daty i miejsca, itp. i lepiej dać u siebie, w swojej parafii i przypilnować. Tak też zrobiłam, nie dałam.

W części budynku klasztornego mieści się szkoła, zresztą jest jakby kontynuacją dawnego gimnazjum misyjnego.

W kościele jest nas garstka, oglądam witraże, drzeworyty, staram się skupić, ale marznę i nici ze skupienia. Trochę się wstydzę za księdza i odliczam minuty, żeby wyjść, ogrzać się styczniowym słońcem, może jeszcze się rozejrzeć wokół.

Ale nic z tego, nie wypada, nie ma czasu. Organizujemy się, kto z kim, i jedziemy na cmentarz.

Przed kaplicą cmentarną, wymagającą natychmiastowego remontu, stoją panowie z firmy pogrzebowej, jeszcze „nieprzebrani”. Klną jak szewcy. Mróz siarczysty i słoneczny. Drewniany krzyż z tabliczką informującą o dacie urodzin i dacie śmierci (ot całe życie!) stoi niedbale oparty o mur kaplicy i czeka na to, żeby go postawić na grobie, zresztą zwyczajowo tylko na jakiś czas, bo potem zastąpi go tzw. pomnik. W kaplicy nie można wytrzymać z zimna. Na zewnątrz słońce, jakby na przekór mrozowi, podnosi rtęć w termometrze nieco do góry. Wujek Kazek rozpoczął modlitwę za zmarłych, ale niektórzy, w tym i ja wychodzą do słonka.

Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam, choci, może właściwie dobrze, że nic nie wiedząc rozglądam się i chłonę to, co uda mi się w ciągu tych kilku minut dostrzec. Widzę, że cmentarz stary, że na pewno poniemiecki, bo to przecież te tereny. Dostrzegam ślady dawnych alei, obsadzonych z jednej strony starymi drzewami. Podejrzewam, że z braku miejsca te aleje zwężono.

Dopiero później dowiaduję się, że to Cmentarz Jerozolimski (Jerusalemer Friedhof), cmentarz o bardzo długiej historii, siegającej XVII wieku, albo jeszcze dłuższej. Niestety po roku 1945 cmentarz zagospodarowano na nowo, zniszczono stare groby. Cudem ocalał grób i nagrobek Josepha von Eichendorffa (1788-1857). Podobno jest zaraz przy Kościele Jerozolimskim pod wezwaniem Świętego Krzyża, który widzę. Jakbym wiedziała, że to tak blisko, może bym podeszła choć na chwilkę. Ciekawostką jest, jak podaje Wikipedia, że przy budowie kościoła spełniono wymogi tzw. miary jerozolimskiej – odległość między nyskim ratuszem (symbolem władzy) a kościołem jest taka sama jak odległość między domem Pata a miejscem Ukrzyżowania Chrystusa w Jerozolimie.

Sam cmentarz zachęcał bardzo do spaceru.

Ale to był pogrzeb cioci. Cioci, którą mało znałam, która żyła zgodnie i godnie, pracowicie i długo, bo aż 85 lat, pochowała wcześnie męża, wychowała sama troje dzieci, przeżyła śmierć syna.

Ksiądz rozpoczął w kaplicy ceremoniał pogrzebowy. Zaintonował pieśń „Anielski orszak”. Oprócz wujka i księdza nikt nie znał dokładnie słów, albo nie odważył się śpiewać. Panowie grabarze już przebrani (czarne marynarki i białe szaliki) wynieśli trumnę z kaplicy, uderzając trzy razy o próg i nieśli ją na barkach kilkadziesiąt metrów dalej do wykopanego grobu.

Minęliśmy mały murek na kórym zapalono kilka zniczy panu prezydentowi Adamowiczowi. Jego trumę też dwa dni temu nieśli – prezydenci innych miast.

Modlitwa nad grobem, potem trumnę na linach dość szybko zsunięto w dół.

Później kwiaty, bardzo dużo sztucznych, przy tych mrozach wytrzymają do wiosny, praktycznie. Jadąc na pogrzeb zamawiałam wiązanki. Pani z drugiej strony telefonu przekonywała mnie do sztucznych: „jest mróz, żywe zmarzną”. Może miała rację. Bo z jakiej racji ja mam mieć rację wybierając żywe, sztucznie pędzone?

Znicze się wypalą prędzej czy później. Zapomnimy prędzej czy później ciocię Genię, Eichendorffa może nie, pana prezydenta Adamowicza nie wiem.

Jest taki wiersz Eichendorffa, którego w szkołach niemieckich uczą się wszystkie dzieci na pamięć. Nie wiem, czy powstał w Nysie, ale mogę sobie to wyobrazić.

Weihnachten

Markt und Straße steh’n verlassen,
still erleuchtet jedes Haus;
sinnend geh ich durch die Gassen,
alles sieht so festlich aus.

An den Fenstern haben Frauen
buntes Spielzeug fromm geschmückt,
tausend Kindlein steh’n und schauen,
sind so wunderstill beglückt.

Und ich wandre aus den Mauern
bis hinaus ins freie Feld.
Hehres Glänzen, heil’ges Schauern,
wie so weit und still die Welt!

Sterne hoch die Kreise schlingen;
aus des Schnees Einsamkeit
steigt’s wie wunderbares Singen. –
O, du gnadenreiche Zeit!

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask!

Tłumaczył ks. Jerzy Szymik

Oczy

Od jakiegoś czasu Teresa Rudolf pojawia się właściwie dość regularnie w soboty i to w tej swojej, jak ona to sama nazywa – trójwymiarowej postaci, z tekstem, obrazem, muzyką.

Teresa Rudolf

Oczy małego Araba

“Oczy czarne, oczy…”
słowa o miłości, szlagier,
zawodzący do łez,
pamiętam, jak dziś, pamiętam,
a tu…

pamiętam tę melodię,
a tu, te oczy patrzą tak
przeze mnie na wskroś
oczy dziecka, czarne,
przesmutne do łez.

Oczy dziecka, gdy zanurzam
się w nie, wpadam w otchlań
przerażenia przed tym,
co nadchodzi,
niewiarygodne tsunami…

One są jak i te, psa zbitego,
wyrzuconego na ulicę
który wczoraj miał swój dom,
a dziś nie wie, czemu się boi
i jest głodny.

I te, i tamte oczy,
nie wiedzą, jak można wylecieć
z czyjegoś serca i głowy,
na ulicę pełną ciekawskich oczu
tych innych.

I te, i tamte czarne oczy,
żebrzą o miłość, choć widzą
tylko pogardę i wstręt,
złość na brudne, śmierdzące,
życie, z innej planety.

Modlitwa kobiety…

A Ty pytasz, i pytasz oczyma…
nie mogę Cię słyszeć, gdy odwracam oczy…
nie mogę zrozumieć ich języka,
gdy dziś taki obcy…
jak mam odpowiedzieć,
gdy nimi tak krzyczysz, nie dając mi głosu?
jak, jak, jak?

Przestań nimi oskarżać, przestań syczeć,
przestań nimi zamrażać,
i podpalać,
przestań nimi porzucać, i zdradzać,
odchodzić, wyprowadzać się,
i trzaskać drzwiami…
przestań, przestań, przestań!

Nie czujesz, jak zrobiło się zimno,
kamieniście, stromo,
nie podkładaj nogi,
nie strącaj w przepaść obojętności
niezawinionej winy
i zawinionej niewinnosci.

czy Ty już nie pamiętasz?
Czemu nie oślepniesz dziś znów
od widoku twej miłości,
która zaczęła się wtedy,
gdy powiedzialeś nimi
kiedyś, że…

i zapytałeś, czy…
A ja odpowiedziałam: tak!

X
Spotkania oczu w metrze

Wiedeń.
Marie Claire wsiada do metra.
Jej wzrok, wewnętrznej dwudziestolatki, zauważa oczy sympatycznego dwudziestolatka.
To uczucie przyjemnego zaniepokojenia, jak zawsze, kiedy ktoś ją zainteresuje.
No cóż, jest jednak ten, nieoczekiwany?, widok własnych rąk.
Aha, ta dziewczyna, która mieszka w niej, znowu wyszła sobie pospacerować po mieście.

Marie Claire ma 65 lat.
Wysiada żwawym krokiem przy Stephansplatz.

Dwudziestoletnia Jennifer wsiada ciężkim krokiem do metra przy Stephansplatz.
Siada na ławeczce, uśmiecha się, odpowiada na uśmiech sympatycznego dwudziestolatka.
Staruszka, która siedzi dziś w niej na wózku inwalidzkim, poklepuje go po ramieniu, jak babcia wnuczka.
Oczy. Zmęczone.
Chłopak uśmiecha się niepewnie jeszcze raz i wysiada na stacji Herrengasse.
Patrzy za nim obojetnie.

Pan Meyer, żwawy osiemdziesięciolatek, wsiada na stacji Herrengasse.
Siada naprzeciw młodej dziewczyny.
Ich oczy spotkają się gdzieś pośrodku ich przeciętnej statystycznej wieku, około pięćdziesiątki.
Jennifer spogląda ciepło, jej oczy nagle młodnieją.
Starszy pan uśmiecha się smutno, myśli, że coś się stało i że ją stracił, a przecież mogłaby być jego wnuczką.

Jennifer jest wzruszona, nie rozumie jednak, dlaczego.
Wychodząc uśmiecha się jeszcze raz i już wie, że ten przystojny starszy pan mógłby być jej dziadkiem, którego nigdy nie znała.

Jest młodą dziewczyną i dziwi się, na myśl o tym, że jeszcze dziś rano czuła się tak staro, ciężko…