Bezoary

Agata Zbylut

Miesiąc temu

Może macie niepotrzebną biżuterię, której już nie nosicie a której nie chciałyście tak po prostu wyrzucić? Może być niepełna, może być popsuta, sztuczna. Ważne, żeby nie była czymś, co tanio i anonimowo kupię w sklepie. Potrzebuję jej, aby odtworzyć BEZOARY – obiekty, które w 2014 roku przygotowałam na wystawę PERYGEUM. Jeden mienił się odcieniami złota, a drugi srebra. Powstały w trudnym dla mnie czasie. Wydaliłam je jako ostatnią pracę, którą zrobiłam przed wyjazdem.

Bezoary doczekały się tekstu, który dla nich i dla kardynalskiej sukni napisała Inga Iwasiów. Później został opublikowany w zbiorze opowiadań „SMAKI I DOTYKI”:

„A potem rozcięli mnie po raz pierwszy. O, jaki duży. Wyjmowali ostrożnie, żeby nie ranić. Pozwolili przez chwilę popatrzeć. Rozpoznałam perłę z naszyjnika matki. Rzadki, czarny okaz. Położyli mi go na piersi. Przyciśnięty, zakuł. Chyba płakałam, ale zawieźli mnie szybko do sali pooperacyjnej i podłączyli kroplówkę. Jedz, bo umrzesz jak on. Kim był on, o kim mówili? Kroplówka kapała powoli. Miała różowy kolor na styku z moją niebieską żyłą. Widziałam to dokładnie – wpompowali we mnie różowe, a ja zapragnęłam purpury. Nie próbuj, mówili, następnym razem tkanka nie wytrzyma, ptaszku.”

Obiekty zostały zainspirowane historią medycyny. Bezoary są to ciała obce, tworzące się i zalegające w żołądku w wyniku połykania różnych materiałów, nieulegających trawieniu. Śluz zlepia owe połknięte materiały w bardzo twarde formy, które przyjmują kształt wnętrza żołądka. Niekiedy dodatkowo wypuszczają „warkocz” do jelita cienkiego.

Bezoary po raz pierwszy były pokazane na wystawie w Gdańskiej Galerii Miejskiej dzięki Iwonie Bigos później w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku dzięki Eulalii Domanowskiej. Tamte obiekty zaginęły. Chciałabym je odtworzyć, wydalić kolejne lęki, tym bardziej, że będą powstawały z myślą o wystawie w miejscu, w którym wszystko wydaje się lepsze niż teraz jest. Będę szczęśliwa, jeśli ktoś lub ktosia się do mnie dołączy z koralikiem, oczkiem pierścionka czy fragmentem łańcuszka, który kiedyś wybrałyście do noszenia ❤️.

Tydzień temu:

Gdy w poprzednim poście poprosiłam Was o przekazanie niepotrzebnej biżuterii, nie spodziewałam się, że odzew będzie tak wielki. Zaczęłam otrzymywać biżuterię od kobiet z całej Polski. Dostałam kilogramy błyskotek, łańcuszków, koralików, cyrkonii. Działo się to w czasie, gdy wszyscy gromadziliśmy się wokół innych zbiórek – tych dedykowanych Ukrainie. Czułam dyskomfort ciesząc się błyskotkami w czasie, gdy wokół mnie najważniejszą potrzebą były ciepłe posiłki, artykuły higieniczne czy bezpieczne miejsce do spania. Dlatego też, gdy Iza Kowalczyk poprosiła mnie o przekazanie pracy na aukcję dedykowaną osobom uchodźczym, zdecydowałam, że zrobię dodatkowy bezoar. Spędziłam tydzień sklejając na kuchennym stole to, co od Was dostałam.

Cudownie, że mogłam wykonać go z elementów, które inne kobiety – przyjaciółki, koleżanki, siostry – wybrały kiedyś, aby poczuć się lepiej, które upiększały ich ciała. Siedząc nocami i sklejając ze sobą koraliki czułam Waszą energię.

Będę wdzięczna, jeśli ten bezoar znajdzie nowy dom. Potraktujcie go proszę tak, jak były traktowane bezoary w średniowieczu – jako drogocenny dar i niezwykle skuteczna wszechstronna odtrutka, na którą pozwolić sobie mogli tylko wybrańcy. Niech komuś z Was przyniesie szczęście i pomoc tym, którzy dziś jej najbardziej potrzebują.

Mega dziękuję dziewczynom, które przekazały mi swoje skarby, również tym, od których jeszcze nie zdążyłam odebrać darów. Jeszcze się do Was odezwę ❤️.

Link do aukcji https://artinfo.pl/katalogi-aukcyjne/aukcja-charytatywna-na-rzecz-osob-z-ukrainy?fbclid=IwAR0GLo5V3a_De3KSFIqZvdXNU6bRXR705JWqWfI0KoVV2UNPUy3Aoxgzb0I

How to write for the next generations?

Reblogs

Rumaan Alam/December 23, 2019

Rupi Kaur Is the Writer of the Decade

The young Canadian poet understands better than most of her contemporaries how future generations will read.

BALJIT SINGH, COURTESY ANDREWS MCMEEL.


Rupi Kaur has published two books: 2015’s Milk and Honey, 2017’s The Sun and Her Flowers. Her epigrammatic verse is spare, the offspring of classical aphorism (if you’re feeling generous) and the language of self-help. The poems have a confessional, earnest manner; disarmingly full of feeling, they can be easy to dismiss. Nevertheless, Rupi Kaur, a Canadian poet who is not yet 30 years old, is the writer of the decade.

Kaur’s writing is not itself to my taste. She writes, in “the breaking”:

did you think i was a city
big enough for a weekend getaway
i am the town surrounding it
the one you’ve never heard of
but always pass through

Beyond the affectation of the lowercase letters, I find the metaphor impenetrable—the speaker is … a suburb? Further, I’m not an especial fan of the line drawings (they look like outsider art) that often accompany her poetry.

But Kaur’s achievement as an artist is the extent to which her work embodies, formally, the technology that defines contemporary life: smartphones and the internet. (Perhaps you could say the same of the novels now considered classics that were originally published serially in newspapers.) I’d argue that many of the writers currently being discussed as the most significant of the last decade write in direct opposition to the pervasive influence of the internet. Karl Ove Knausgaard, Rachel Cusk, and Ben Lerner (to name but three of our best) are interested in the single analog consciousness as a filter through which to see the world. If you think their experiment is the most important of the last 10 years, you’re probably (sorry) old.

The next generation of readers and writers views reality through a screen. Kaur, born in 1992, was 15 when the iPhone debuted. The majority of her readers have never known adulthood without that gizmo’s mitigating influence. On Instagram, Kaur doesn’t just share selfies and drawings; she publishes. Kaur’s books have sold more than 3.5 million copies, an incredible number for any poet but the more remarkable when you consider that surely some percentage of her readership has never owned one of those books.

Popularity does not generally correlate to artistic significance, but Kaur’s is an unusual case. That her work crumbles under traditional critical scrutiny is not really the point. There are readers who will forever think of Kaur as the first poet they loved. Even if they outgrow her—as is inevitable: I can no longer bear Salinger or Kerouac or Auster or many of the writers I adored as a younger reader—the lines in Milk and Honey will be a common text for the fortysomethings of 2035.

This is a different matter from a shared pop culture touchstone, such as Top 40 songs or sitcoms. The mantle of poet accords Kaur a kind of legitimacy, as it always has; you could write about her work for your college application essay. Readers who know about poetry might think Kaur’s work is dumb; those for whom Kaur is their first exposure to the medium think it profound. It doesn’t matter if you believe that title of poet belongs only to the likes of Wallace Stevens or Gwendolyn Brooks. Kaur has seized it for herself.

And she deserves it. Kaur cannily understands the contradiction that we want technology—in this case, a very powerful computer—to connect us to real people. She uses her verse, her drawings, her photographs, to give us persona, which is the next-best thing, and also an age-old poetic technique. It is easy for some readers (snobs like me) to dismiss Kaur’s self-representation as posture, or performance. I think this reflects a mostly generational divide. But can’t you imagine a younger Anne Sexton taking a selfie, or Elizabeth Bishop sharing a snapshot of the sea?

Kaur’s verse is compact in part because she’s thinking within the parameters of a smartphone screen, which is not that radical when you consider that many poetic forms are about artificial constraint. Think of hers as an Oulipian project. I also feel she’s onto something: The canonical poetry most likely to endure the next century is the one that can fit comfortably within the glowing window we spend so much of our time gazing into.

Technology has already trained us to read differently, which in turn has started to change the literature. The Crying Book, a recent nonfiction work by Heather Christle (also a poet), is organized into perfect swipe-size snippets of text. It doesn’t cohere as an argument so much as it overwhelms (maybe, alas, bores), like the internet’s infinite scroll. You can lament the death of the transitional sentence if you like; I’d say you should expect much more work like this.

A couple of decades ago, a handful of the avant-garde wanted a prose that assumed the shape—synaptic, irregular—of hypertext. That work remains mostly experimental (which is to say, a niche concern). Kaur’s poetry does something similar, but the experiment was a success. I was forced to read Robert Frost as a schoolboy and understood poetry to be metaphoric musing; Kaur’s young readers want to engage with her work, and will expect a poetry of brevity and brute feeling. They might enjoy Frost, but they’d also like an Instagram of those woods on a snowy evening. And Kaur (and her descendants) will deliver.

Kaur has used her own tools—her phone, her body and face (it doesn’t hurt that Kaur is strikingly beautiful), her sketches—to dismantle the master’s house: Many American readers consider a young woman of color our most prominent poet. Even if I think they’re wrong, it’s hard not to be thrilled by this fact.

A decade is an arbitrary thing, but the one now ending gave us remarkable writing. The artistry and sustained off-line attentions of Knausgaard, Cusk, and Lerner; the intimate multivolume epics of Elena Ferrante and the curiously under-discussed Jane Smiley; more singular and lovely novels than I could ever list here. Those are a matter of the past. I don’t know if we’ll be reading Rupi Kaur a decade or two hence, but I suspect we’ll be reading as she taught us to.

___________________________

Rumaan Alam @Rumaan

Rumaan Alam is a contributing editor at The New Republic. His latest novel is Leave the World Behind.

***

***

Comments (in Polish) KK

To dziwne. Dowiedziałem się o jej istnieniu dzisiaj, ale sławna zaczęła być już (albo dopiero) trzy lata temu. To może jakaś prekursorka pop-poezji?
Z jednej strony aż nieprzyjemnie przegląda mi się jej Instagrama, gdzie umieszcza wiersze, z drugiej – jest muzyka pop, są blockbustery o superbohaterach, to czemu ma nie być pop-poezji?
Ludzie w komentarzach piszą, że ją uwielbiają, że dotyka ich serce – miło to brzmi.
Może do tych ludzi zwykła poezja by nie trafiła?
Ktoś inny pisze
że to w ogóle nie poezja
tylko zwykłe, twitterowe przemyślenia poucinane na wersy
Jeszcze ktoś inny, że ludzie tak ją lubią, bo jej przekaz każdy jest w stanie zrozumieć, a wiersze wciąż kojarzą się z wyrafinowaniem, więc teraz każdy może poczuć lepiej, myśląc że rozumiejąc jej poezję, rozumie coś wyrafinowanego.
Widzę coś ładnego w jej wierszach. Mają często znany przekaz, i dość prostą formę, ale są zgrabnie ułożone.
Ale jednak mi się nie podobają.

Chmury w głowie

Teresa Rudolf

Okno marzeń

 A ona miala takie, 
tylko swoje własne,
dziwne okno marzeń...

co otwierało się 
codziennie rano,
na całkiem coś innego...

Wdychała ten swieży
zapach swych fantazji,
z kolorytem nieba...

I nie było nigdy końca
tym pięknym podróżom,
na leniwych chmurach,

na śpiewnych falach morza, 
na zieleni wilgotnej ogrodów,
i na  skrzydłach ptaków.

Bała się tylko jednego:

by nie otworzyć go 
kiedyś niespodzianie...
...na bezbrzeżną pustkę.
Łąka 

Poczuła ciche
ciepło w duszy,
czułość niebywałą.

Ujrzała znów 
w sobie tę znaną,
jak ze snów łąkę.

Taka ona niby
normalna, a jakby
wyszyta cierpliwie,

zielenią soczystą
nadziei na wiosnę,
kwiatów słonecznością.

I nagle poczuła ten
skurcz bolesny myśli,
lęk przed burzą,

groźnie miotającą 
błyskawicami 
wojną, tuż obok..

...ale też 
i przed 
słowem, 
co straszy,
i zabija.

Koty na smutek historii

…bo co jeszcze możemy zrobić?

Ewa Maria Slaska

Ponieważ wszyscy wiedzą, że lubię koty, wciąż mi ktoś przysyła jakiegoś nowego kota. Co lepsze – Facebook robi to sam z siebie. Trzy powyższe ilustracje właśnie on mi podsunął.

Po te poniższe sama z siebie udałam się na internetowe pola, wychodząc z założenia, że napiszę tu o tym, co się pojawi jako pierwsze. Pojawił się barok, a wraz z nim nieznane motywy, nieznany malarz i nieznana malarka.

Słowacki artysta Jakub Bogdani specjalizował się w malowaniu martwej natury i ptaków. Ze swojej rodzinnej miejscowości Eperjes (dziś Prešov na Słowacji) podróżował po całej Europie, począwszy od Amsterdamu po Londyn, gdzie się ożenił i mieszkał już do końca życia. W jego obrazie Kot pośród kogutów z lat 1706-1710 widać wpływ XVII-wiecznego holenderskiego malarstwa rodzajowego. Obraz powstał na zamówienie admirała George’a Churchilla, jednego z angielskich patronów artysty.

Zauważmy, że są też świnki morskie.

Dwa obrazy barokowe, które reprodukuję poniżej, bardzo zresztą podobne do siebie, namalowała Clara Peeters, malarka flamandzka. Nigdy o niej nie słyszałam. Peeters wybrała typowy motyw barokowych martwych natur holenderskich – kot zakradający się do jedzenia.


Urodziła się około roku 1587, zmarła po roku 1636.
Wiemy o niej stosunkowo niewiele. Została ochrzczona w Antwerpii w roku 1594, tu też wyszła za mąż, w stosunkowo późnym wieku, miała bowiem 45 lat. Wcześnie zaczęła malować, najstarszy jej obraz pochodzi z 1607 roku, czyli miała wtedy 13 lat. Malowała przede wszystkim niewielkie obrazki przedstawiające jedzenie i napoje. Malowała już tak dojrzale, że niewątpliwie musiała pobierać nauki u jakiegoś mistrza malarskiego. Możliwe, że jej nauczycielem był Osias Beert, znany antwerpski autor martwych natur. W kilka lat później malarka dodała do swych obrazów luksusowe przedmioty – złote puchary i monety, egzotyczne kwiaty. Tak też, w otoczeniu luksusowych przedmiotów i kwiatów, sportretował ją nieznany malarz antwerpski. Na portrecie jest bardzo poważna, ale trzeba chyba powiedzieć, że życie ma dość szczęśliwe.

Poniżej obraz Louisa Le Nain z roku 1642 – ma przedstawiać szczęśliwą rodzinę. W pierwszym odruchu widz reaguje zdumieniem, bo ciemna tonacja obrazu kłóci się z tytułem. Jednak baczniejszy ogląd pozwala stwierdzić, że tak, to jest portret szczęśliwej rodziny. Mama, tata, troje dzieci i babcia wyglądają na bardzo zadowolonych z życia. Kot jak to kot. Syty, tłusty, zadowolony.

Myślałam, że przygotowuję wpis o kotach, ale nie, to wpis o życiu szczęśliwym. Bo tak nam się przecież kojarzy kot. Kot, symbol domu, przyjaciel, który “niczemu nie służy”, tylko byciu domowym przyjacielem.

Wojna Putina przeciw Ukrainie spowodowała, że dotarły do nas setki tysięcy uchodźców, kobiet, dzieci i… kotów. Przejmujący symbol tego, że skończyło się szczęśliwe życie. My, szczęśliwcy, póki co wciąż je jeszcze mamy. I daj Boże…

Kobieta a nie Wenus

Ewa Maria Slaska

Taki filmik

Obejrzałam ten filmik i zrobiło mi się ciepło na sercu. Dowiedziałam się, że Wenus z Willendorfu i niezliczone wręcz inne figurki kobiece z okresu starszej epoki kamienia, produkowane masowo w Europie, z kości, gliny i kamienia – niekoniecznie były, jak to przypuszczali badacze sprzed stu lat, symbolami seksu i płodności – ba, padały nawet opinie, że były to obiekty pornograficzne – lecz, że nie można wykluczyć, że były to portrety ważnych kobiet. W filmie pada teza, że figurki te nie mogły być symbolem płodności i dzietności, już chociażby dlatego, że powstawały w okresie paleolitu, a więc w czasach, kiedy grupy plemienne wciąż wędrowały w poszukiwaniu żywności, bądź biegały, gdy musiały zabić zwierzę, a dzieci w tych wędrówkach raczej przeszkadzały i wcale nie były aż tak pożądane, jak w to dziś chętnie wierzymy.

W życiu grupy paleolitycznej nie było miejsca na symbole płodności. Kobieta z Willendorfu i wszystkie jej krewniaczki dostały imię Wenus, bo tak archeolodzy (biali mężczyźni) wyobrazili sobie ich “użyteczność”. Namalowane na ścianach jaskiń zwierzęta miały wspomagać łowców w ich pracy, czyli polowaniu, wyrzeźbione kobiety miały zapewnić im dużo potomstwa, a ich obfite kształty obiecywały przyjemności seksualne.

***

W potocznym wyobrażeniu starsza epoka kamienia to albo czas życia dzikich hord, albo życie “jaskiniowców”. Obie wizje powstały w XIX wieku i zostały “wdrukowane” w naszą zbiorową wyobraźnię podczas zaledwie kilkupokoleniowego procesu edukacji wg XIX wiecznych wzorów.

Serial Między nami jaskiniowcami dokładnie pokazuje, co sobie wyobrażamy na temat życia naszych przodków w starszej epoce kamienia. Kobiety zostają w domu i opiekują się dziećmi, mężczyźni, tak jak dziś, co dzień wychodzą na polowanie, tylko że dziś wychodzą z teczką na Wall Street, a kilkadziesiąt tysięcy lat temu udawali się z dzidą do puszczy.

Jaskinia to pierwowzór drobnomieszczańskiego domu jednorodzinnego, gdzie znajduje się wszystko, co jest potrzebne do życia, a “to wszystko” zapewnia polujący mężczyzna. Rodzina jest wielodzietna i samowystarczalna. Mężczyzna poluje, kobieta rodzi i gotuje.

Wszystko jako żywo przypomina ideał życia rodziny XIX-wiecznej. I XX-wiecznej. I XXI-wiecznej. Mama, tata, dzieci we własnym domu-jaskini. Dzieci jest dużo. Koło mamy siedzi kot, z tatą wróciły z polowania dwa psy.

Rodzina odżywia się zdrowo, zgodnie z zasadami diety paleo.

Tymczasem oczywiście wszystko było inaczej.

Plemię żyło razem i właściwie ciągle wędrowało. Grupy były większe niż pojedyncza rodzina, ale niewielkie, liczyły około 40 – 50 osób. Czasem, zwłaszcza w okresie polowania na wielkie zwierzęta, na przykład mamuty, trzy lub cztery grupy łączyły się ze sobą.

Podstawą pożywienia grupy ludzkiej było zbieranie i zjadanie wszystkiego, co udało się znaleźć po drodze – owoce, jagody, orzechy, szyszki, kłosy, ziarna, jajka, grzyby, ryby, małże, żaby, owady, myszy, węże, małe ptaki, porzucone przez stada śmiertelnie zranione zwierzęta.

Mięso upolowanej zwierzyny było rzadkim dodatkiem.

Polowanie nie było sprawą indywidualną, a łowca nie zabijał zwierzęcia bronią ręczną, stając z nim oko w oko. Polowało się biegnąc za stadem zwierząt, po to by oddzielić od stada jedno zwierzę, czasem jakąś niewielką grupkę, dwie, trzy samice z małymi. Podstawowym sposobem zabijania zwierzyny było zagonienie jej na śmierć, albo wpędzenie jej na urwisko, gdzie zwierzęta spadały, łamiąc nogi i kręgosłupy lub rozbijając sobie czaszki. Czasem gromada zdołała zwierzę ukamieniować. W biegu za zwierzętami brała udział cała grupa ludzka, również starcy i kobiety, tak, również te w ciąży lub z niemowlętami na plecach. Człowiek z oszczepem, niekoniecznie mężczyzna, mógł ewentualnie dobić zdychające zwierzę.

***


Kobietę z Willendorfu wykonano z kamienia ok. 30 tysięcy lat temu. Tę obok – to rzeźba z kości słoniowej – kilka tysięcy lat później (26-21 tysięcy lat temu). To pierwsza znana nam ludzka twarz!

***

Problemem paleolitycznych figurek kobiecych zajęły się trzy badaczki: Brigitte Röder, Sybille Wolf i Claudine Cohen. Doszły do wniosku, że były to portrety ważnych kobiet, może szamanek, może Wielkich Matek, może przywódczyń, mędrczyń, mistrzyń. Przedstawione kobiety wcale nie były młodymi płodnymi matkami, lecz przeciwnie – były stare. Stare i w naszym pojęciu nieforemne. Stare i w naszym pojęciu brzydkie. Cechy ich ciała wskazują, że miały już za sobą kilka porodów i klimakterium.

Czytam te zdania i czytam, i naczytać się nie mogę. Bo one są o mnie, o nas, o mnie i o moich przyjaciółkach, siostrach, kuzynkach. Mamy za sobą porody, dzieci i wnuki, choroby i klimakterium, mamy zmarszczki, obwisłe biusty, pomarańczową skórę, szerokie pupy i otyłość brzuszną.

Dlaczego nikt tego dotąd nie zauważył, że Wenus z Willendorfu to my, a nie dziewczyny z Tik Toka?

Cathalhoyuk w Turcji. Posąg Bogini Matki sprzed 9 tys. lat; fot. T. Oszubski

Myślę o tym, że może trzeba było, żeby kobiety z mojego pokolenia doszły do głosu również w sprawie starego ciała. Jesteśmy pokoleniem, które wprowadziło bardzo wiele do naszej wiedzy o nas i o świecie. Jak byłyśmy młode, upominałyśmy się o pacyfizm, feminizm, tolerancję dla homoseksualizmu, o prawo do nieuprasowanych spódnic i potarganych włosów, do wolnego seksu, muzyki i narkotyków. Potem dorosłyśmy. Zdobyłyśmy prawo urządzania domów po naszemu, gotowania z ziołami i picia wieczorem lampki czerwonego wina. Gdy zaczęłyśmy się starzeć, wprowadziłyśmy modę na siwe włosy i zaprotestowałyśmy przeciw lookizmowi. Osiągnęłyśmy bardzo wiele, ostatnio – prawo do otyłości. Teraz przyszła pora na przyznanie się, że jesteśmy po klimakterium i mamy nieforemne ciała. A mimo to jesteśmy coś warte. Ktoś nas kocha, lubi, szanuje, w myśli, w mowie, w sercu… Ktoś nas wyrzeźbił. Ktoś nas pokazał. Pierwszego człowieka. Kobietę. Może to zresztą my same nas same wyrzeźbiłyśmy.

To my, kobiety z Willendorfu.

Czy tak jest? Nie wiem. To taka sobie moja szurnięta hipoteza. Ale popatrzmy.

Brigitte Röder, pracownica Uniwersytetu w Bazylei, to rocznik 1961. Sybille Wolf z Uniwersytetu w Tybindze urodziła się w roku 1982, obie są młodsze ode mnie, jedna o 10 lat, druga o 30, ale, oho, trzecia z nich – Claudine Cohen z EHESS (École des Hautes Études en Sciences Sociales) w Paryżu, jest z roku 1951! Jest z mojego pokolenia!


Reblog o poradach

Julita Bielak

Z Facebooka, wczoraj

Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.

– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.

Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.

Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.

Nie zatrzymuj mnie.

„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.

– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.

Od Adminki: Julita przed wejściem na sopockie molo. Ta wieża, to sopockie Łazienki. Sanatorium w mieście. Za budynkiem morze (zdrowe morskie powietrze), w prawo ulica do “grzybka”, gdzie, jeśli się higienicznie i ekologicznie przyszło z własnym kubkiem, można się, jak w sanatorium, napić wody leczniczej. Chyba nikt z nas nigdy tej wody nie pił. My w tym mieście nie jesteśmy w sanatorium, my tu mieszkamy (mieszkaliśmy; ja się tu urodziłam) i, co najwyżej, chodzimy na spacer.

A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:

Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię:
Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy;
Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy,
Że ledwie słyszę w dali rogów granie.
A przecie, mimo całe me znękanie,
Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy,
Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy,
Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie.
Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej
Zazna udręki: to jedno mu powiem.
Na smukłej szyi obróżkę albowiem
Ujrzy, a na niej z diamentów litery:
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi

Wojna znaleziona na Facebooku

Magdalena Szpunar

Pojechał po bułki
rowerem
bo mimo wojny jeść trzeba

leży teraz w kałuży
co spija z niego ostatnie tchnienie życia

a żona mówiła
że bułek nie trzeba
że można chleb

można tylko patrzeć
patrzeć bezsilnie
aż wyschnie kałuża
Pojechał po bułki rowerem, 5 kwietnia 2022

Tamara Łempicka, Uchodźcy (1937) [Fot. Estate LLC/Museum of art and history, Saint-Denis].
Anna Czekanowicz

modlitwa
gdzie się podziała cała ta czułość
gdzie światło witraży w katedrze
szelest liści i pieszczota wiatru
gdzie zniknął smak świata
toczą mnie robaki czarnych myśli
czerwie złych słów plugawych zaklęć
mrocznych przekleństw
głuchych złorzeczeń
jestem kobietą rozpłataną ostrzem bagnetu
jestem kruszyną nienarodzoną tuż obok
we krwi zakrzepłej i skamieniałej
jestem psem co pełznie beznogi wśród gruzu
tajemniczym kocim okiem nieruchomo
wpatrzonym w nieznane
niechaj przeklęta będzie matczyzna
co synów swych na żniwo wysłała

7 kwietnia 2022
Pavlo Kyryk

Moja przyjaciółka napisała (też na Facebooku): Dostałam od przyjaciela i sąsiada Kuby Zaleskiego:
Hej Kochani, taką piosenkę dla Ukrainy napisałem i dograłem do melodii Piosenki dla córki, we własnym aranżu:
https://drive.google.com/file/d/1AZ6tDtJJmnAHNNJKLfj5IJDEROniU6Ey/view?usp=sharing
Miłego, choć pewnie niewesołego słuchania K.

Autor pracuje też nad wersją ukraińską i też ją nam udostępni.

Pavlo Kuchinsky

Lucy Wielka Mistrzyni 8

Tibor Jagielski

Lucy i naczynie świata

– Istnieją tacy – powiedziała wielka mistrzyni do swoich uczennic i uczniów,
zgromadzonych pewnego słonecznego, wiosennego, ale mroźnego poranka na polanie nieopodal strumienia – którzy chcą podbić świat i uczynić z niego, to co im sie marzy albo widzi.
Ale ten zamiar nigdy się nie spełni – kontynuowała Lucy – bo naczynie świata nie jest własnością człowieka tylko jego boskiej matki i próby zmiany tego stanu rzeczy są skazane na nieuchronną porażkę, której owocem jest tylko śmierć i zniszczenie.

Lucy i  Nicnierobienie

Pewnego, pełnego życia wiosennego dnia, siedziała wielka mistrzyni na progu swojej chatki
i obserwowała świat.
Dzieci bawiły się dookola, a ich rodzice  dyskutowali wydarzenia dnia, które poruszyly wioskę i jej okolice.
Pewien nauczyciel, który lubil się z nią przekomarzać, podszedł do niej i zapytał
– Dlaczego nic nie robisz, stara kobieto? Z powodu takiego pięknego dnia nie powinnaś się obijać i siedzieć bezczynnie na słońcu. Dlaczego nie wejdzisz do chatki, aby spisać twoje arcymądre spostrzeżenia?
– W moim stawie – odpowiedziała uśmiechając się Lucy – mieszka bardzo stary karp, który szuka pożywienia na dnie bajora, a robi to powoli i nieustannie, ale kiedy stadko moich kaczek przepływa nad nim i mąci piasek oraz wodę, to zatrzymuje się i czeka, aż staw znowu się oczyści.
– To raczej deszczowe dni – dorzuciła wielka mistrzyni – przynoszą mi ważne spostrzeżenia, a moim kaczkom tłuste robaki.