Miguel de Cervantes‘ berühmte Romanfigur zieht es vor, im krisengeschüttelten, feudalen Spanien die Wahrheit seiner alten Ritterromane zu leben. Der „Ritter von der traurigen Gestalt“ konstruiert sich eine fast perfekte eigene Welt.
Don Quijote mit Sancho Panza vor einer Windmühle (picture-alliance / dpa / Antonius)
Don Quijote macht sich auf, um Abenteuer zu erleben, die ihm in seinem maroden Kaff versagt sind. Auch im Hörspiel und nach 500 Jahren scheint seine Geschichte eine verheerende Wirkung zu haben. Infiziert von einer neuen Ausstrahlung der Taten des heldenhaften Ritters werfen hunderte Hörer ihre bürgerliche Identität über Bord, stülpen sich die Maske des Don Quijote über und ziehen in die Schlacht unter dem Motto: „Die Welt ist veränderbar!“
Und das alles spielt sich in Berlin ab. Die Autor*innen des Hörspiels fanden sogar einen “wahren” Don Quijote in Berlin, der sich nur auf dem Pferd bewegt und dem gängigen System, den wir im Allgemeinen Rattenwettrennen nennen, den Rücken kehrt. Der wurde für das Hörspiel gar interviewed, aber leider ist dieses Hörspiel nicht nur Reblog, dh. leider nicht “mein Ding”, sondern auch Wiederholung vom Jahre 2014. Nach sieben Jahren gibt es in Berlin keinen auffindbaren Don Quijote. Nur Kneipen.
Reihe: Busch-Funk Don Don Don Quijote – Attackéee Von Hans Block Regie: Hans Block Mit: Stefan Kolosko, Lisa Hrdina, Jan Breustedt, Matthias Mosbach, Max Meyer-Bretschneider, Alexander Höchst u.a. Ton und Technik: Albrecht Panknin, Studio Zpiao Mentorin: Elisabeth Panknin Produktion: Deutschlandfunk in Kooperation mit der Schauspielschule Ernst Busch 2014 Länge: 46‘02 Eine Wiederholung vom 24.06.2014
Hans Block, geboren 1985 in Berlin, arbeitet als Theater- und Filmregisseur, Musiker, sowie Hörspielautor und -regisseur. Das Hörspiel „Don Don Don Quijote – Attackéee“ wurde 2015 mit dem Grand Prix Marulić ausgezeichnet.
mein name ist in wasser geschrieben umfasst von wellen unvergänglich wie schaum deren kronen
mein name wird von wind gepfiffen spaziert mit den wolken und fällt mit dem regen herunter
in wasser geschrieben ist mein name
——————————————————————
wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b., po drodze podrzucam redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny; po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty – wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu. no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer; po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle); lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony – dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów? – pytam patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie – nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści… – bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag? – tak. – ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej… patrzy w bok, patrzy w górę i milczy; milczymy obaj;
——————————————————————————
Pergamonaltar
Ich fühle mich wie Pergamonaltar manchmal ohne Kopf ein anderes mal kann ich nicht uff die Beine
Nicht selten sind nur die Hände da wie Freund und Feind ineinander im kampf verflochten
Ausgang – ungewiß
(2014)
heute über windräder
die reise nach jerichow ist immer eine reise des hiobs oder oedipus
gauck hat sich selbst geblendet in seiner christenheit und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer und verwandelt deutschland in ein kibbuz voller windräder
führwahr an den don kichots mangelt es nicht aber was fehlt vollkommen sind die sancho pansas
was wurde loriot zur garnisonskirche sagen? ich denke ruhe in frieden
Film piękny, ale ponieważ jest tam tylko jeden wiatrak, dodam tu jeszcze, “jednego Fangoga” i jedno zdjęcia wydawcy Radka Bolałka z Olandii. Radek napisał: Nie ma Olandii bez wiatraków. Ale nie ma też Olandii bez kamieni. Olandia składa się z wiatraków i kamieni. No i krów oraz owiec.
Van Gogh, Wiatrak ogrodowy, 1886, natomiast Olandia jak najbardziej współczesna. A przy okazji pewna konstatacja. Jest jesień, nic tego nie zmieni… 🙂 Już się uprawomocniła kalendarzowo, ale ten rok taki jest już od środka lata – jesienny. Bardzo lubię.
Dawno nie byłam w Brukseli, tak dawno, że jak tam byłam ostatni raz, to się jeszcze nie interesowałam ani Don Kichotem i Sancho Pansą, ani utopiami i wyspami. Tomasz natomiast udał się był z małżonką w podróż, z której najpierw przysłał mi zdjęcia pomnika obu moich ulubieńców z San Sebastian, a potem dodał ich obu w wersji z Brukseli. To ich adres: Place d’Espagne / Spanjeplein / 1000 Brüssel.
Foto: Tomasz Fetzki
Patrzę i patrzę na te dwie twarze i myślę sobie, że o ile Don Kichot wygląda tak jak zawsze wygląda (choć nie wiadomo czemu, jak Pantokrator błogosławi nam wzniesioną prawicą), o tyle Sancho Pansa jest odmienny, bardziej pański – najbardziej mi przypomina polskiego szlachcica, a dokładniej rzecz biorąc – Onufrego Zagłobę. Zapewne rzeźbiarz wzorował się tu na Falstaffie, grubasie i samochwale ze sztuk Szekspira. Duchowo są zresztą podobni do siebie ci trzej poboczni bohaterowie, bez których jednak bohaterowie właściwi wcale by nie przetrwali. Bo bohater musi się zajmować swoją ważną misją, czy jest to Wolność Ojczyzny czy Sprawiedliwość Społeczna, oraz ważną misją uczuciową – Uwalnianiem Uciśnionych Dziewic, a tymczasem oni troszczyć się będą o nocleg, spyżę i napitek, bezpieczeństwo, zasięganie języka, zmylenie pogoni, oszwabienie oszustów, wywinięcie się z opresji i inne praktyczne zadania rycerskiego dnia codziennego. Są mądrzy i choć chciałoby się o nich powiedzieć, że to takie chłopki roztropki, to jednak na tej ich ludowej mądrości można naprawdę polegać.
Przyznam się tu, że gdy myślę o Brukseli, mniej pamiętam moje tam wizyty, a lepiej świetną powieść wiedeńczyka Roberta Menasse – Stolica. Czytałam ją po niemiecku, po polsku ukazała się w roku 2019 w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc, w tłumaczeniu Jacka Burasa.
A na zakończenie tego wpisu pokażę Wam coś jeszcze – baratarystyczną lampę dotykową Don Kichot. Za jedne 600 euro.
Don Quixote Tischleuchte Ingo Maurer
Die Tischleuchte Don Quixote von Ingo Maurer zeichnet sich durch extreme Vielfalt aus. Die Leuchte ist bieg- und schwenkbar und kann sich drehen und strecken. Der Leuchtenhersteller Ingo Maurer brachte bei der Don Quixote Tischleuchte die Materialien Stahl, Aluminium und elastisches Kunststoff in Einklang. Don Quixote – ein wahrer Hingucker.
Die Don Quixote von Ingo Maurer besitzt einen integrierten Touch-Tronic Dimmer. Auf diese Weise kann die Helligkeit der Leuchte stufenlos geregelt werden.
Zdjęcia i pomysł wpisu: Tomasz Fetzki Realizacja: Ewa Maria Slaska
No cóż, pytanie to w tytule postawione tak śmiało, choćby z najwyższym trudem rozwiązać by należało, bo jeżeli Don Kichot i Sancho Pansa stoją na pomniku w brązie wykonanym na placu w San Sebastian, to jakiś sens to mieć musi.
A więc do dzieła.
Artysta: Lorenzo COULLAUT – VALERA (Sevilla, Marchena 1876 – Madrid 1932)
Materiał: Brąz
Wymiary: 157 x 50 x 130 cm (Don Kichot) // 104 x 49 x 100 (Sancho) // 53 x 120 x 211 cm (cokół)
Podpisany: Tak, na cokole Don Kichota: Lorenzo Collaut Valera
Datowany: 1929
Lokalizacja: Centrum miasta (San Sebastian; miasto po baskijsku nazywa się Donostia, park Alderdi Eder, Plaza Cervantes)
W roku 1915 Collaut Valera wziął udział w konkursie na projekt pomnika Cervantesa, rozpisanym z okazji trzechsetnej rocznicy śmierci pisarza. Pomnik miał zostać wzniesiony w Madrycie. Projekt Collauta Valery’ego został nagrodzony. Wybór został ostro skrytykowany przez wiele znamienitych postaci owych czasów. Protestującym nie podobało się, że jest to dzieło staroświeckie, rozdrabniające w anegdotach i alegoriach główny sens, jakim jest wzniesienie pomnika największemu twórcy, jakiego kiedykolwiek wydała Hiszpania.
Wiele lat później miasto San Sebstian (Donostia) postanowiło wznieść pomnik na brzegu zatoki La Concha na placu Cervantesa. Tuż przy plaży, naprzeciwko ogromnego ratusza, ustawiono kopie dwóch rzeźb z pomnika Collauta Valery’ego w Madrycie, ale tylko dwie. W Madrycie natomiast na pomniku znajdują się jeszcze rzeźby przedstawiające samego Cervantesa, postaci Dulcynei i Aldonzy Lorenzo z Don Kichota oraz tytułowe postaci z dwóch nowel Cervantesa, Cyganeczki i Rinconete y Cortadillo. Ponadto na pomniku umieszczone zostały alegorie Literatury, Mistycyzmu i Waleczności oraz wieńcząca pomnik kula ziemska z kobiecymi postaciami, symbolizującymi pięć kontynentów. Rzeźb było tak wiele (a miało być jeszcze więcej), że Collaut-Valera pracował nad nimi wraz z synem, Federico Coullaut-Valera Mendigutia.
Pomnik w San Sebastian został odsłonięty 4 lipca 1973 roku i uważany jest za jedno z miejsc, które w tym mieście każdy powinien odwiedzić. Tego zresztą nie da się uniknąć, bo bulwar La Concha odwiedzają po prostu wszyscy, może nie tyle dla naszych dwóch bohaterów, ile dla znakomitej kuchni baskijskiej, słynnych win, no i samej promenady i plaży.
San Sebastian zadbało też o to, żeby, mimo ogromnego napływu turystów, zachować bulwar w takiej postaci, w jakiej został zaprojektowany prawie 200 lat temu, czyli wtedy, gdy zamożne mieszczaństwo i arystokracja z całej Europy odkryła uroki kąpielisk.
Zwróćmy jednak uwagę na kilka politycznych aspektów związanych z tym pomnikiem. Po pierwsze – w sercu Kraju Basków i w jego stolicy wzniesiono pomnik Hiszpanom. Po drugie – miało to miejsce za czasów generała Franco. Po trzecie – najsłynniejszym Baskiem jest José Luis Álvarez Enparantza, a.k.a. Txillardegi, polityk, pisarz, lingwista – prawdziwy twórca autonomii Basków. Był uniwersalnym geniuszem, studiował inżynierię, był matematykiem i filozofem egzystencjalistą. Nie ma on w San Sebastian placu, skweru, ulicy, nawet zaułka, a należał by mu się pomnik. Tak twierdzi pewien baskijski bloger. I zapewne ma rację. No ale Txillardegi jest twórcą bojowej organizacji basków ETA, trudno więc oczekiwać, że Hiszpanie pozwolą na postawienie mu pomnika, nawet po 60 latach.
To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.
Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.
W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955): “Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”
Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.
Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.
A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?
Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.
Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.
Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.
Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.
Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.
Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.
My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.
Wracamy jednak do Don Kichota.
Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.
Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.
— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler. — Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot. — Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy? — Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota? — Ani źdźbła — odparł Don Alvaro. — A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa? — Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem. — O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo. — Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale. — Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś. — Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał. (…) Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.
A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.
¡Salud!
* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.
Reblog i każdy wierny czytelnik (czytelniczka rzecz jasna też) tego bloga zrozumie – dlaczego? Rebloguję jednak z ciężkim sercem, bo Don Kichot na okładkach płyty zobowiązuje, ale akurat kilkanaście dni temu Armia zorganizowała jubileusz swego pięćdziesięciolecia na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nie była w tym niestety osamotniona – takie gwiazdy jak Maryla Rodowicz, Natalia Kukulska i Mary Spolsky też wystąpiły na tym kiedyś świetnym, a teraz sponiewieranym festiwalu. Szkoda.
Rok 1991 był naprawdę wyjątkowy w dziejach muzyki rockowej (i gatunków pokrewnych). To wówczas ukazują się tak wielkie albumy jak: Metallica – Metallica, Nevermind – Nirvana, Ten – Pearl Jam, Gothic – Paradise Lost, Arise – Sepultura, Live Facelift – Alice in Chains. Out of Time – R.E.M., Badmotorfinger – Soundgarden. A to tylko niewielka część tego co przyniósł nam początek lat 90-tych XX stulecia. Także w Polsce, w której nastąpiła eksplozja rocka głownie alternatywnego, który z muzyki niszowej stał się na krótko dominujący, pojawiło się kilka ciekawych albumów, z których najważniejszym jest z pewnością Legenda zespołu Armia. Przypomniałem sobie o tym wydarzeniu słuchając nie tak dawno audycji Radioaktywni w RNŚ i od razu musiałem wrócić do tej niesamowitej muzyki. Już samo powstanie tego krążka jest niezwykłe. Muzycy zespołów Armia i Izrael spędzili kilka miesięcy w punkowej komunie, którą stworzył Marcin Miller we wsi Stancewo w pobliżu Augustowa. Zakupił sprzęt muzyczny, na którym mogli wyżyć się muzycznie i nagrywać. Jak wspominał Tomek Budzyński, oderwanie się od wielkiego miasta oraz atmosfera otaczającej ich przyrody bardzo mocno wpłynęły na tworzoną przez artystów (Brylewski, Budzyński, Banasik) muzykę. Dzisiaj Legenda ma status płyty legendy. I słusznie! W czasach bezkompromisowości polskiego punka, który zawładną festiwalem jarocińskim Armia nagrała płytę, która łączy w sobie szybkość i prostotę gatunku, z poetyckimi tekstami Budzyńskiego. Jest mocna i liryczna zarazem. Ma w sobie patos i niesamowitą siłę. Utwory takie jak Gdzie ja tam będziesz ty, To moja zemsta, czy Trzy bajki są genialne i dla mnie nie tracą swojej siły pomimo upływu czasu. Nie wiem, ile razy będąc w lesie w mojej głowie rozbrzmiewała Opowieść Zimowa, a ja wówczas rozglądałem się za tajemniczą wieżą lub jej ruinami. Na tej płycie każdy kolejny utwór to wciągająca opowieść, z którą zostaje się na długo. A waltornia Banasika i gitara Brylewskiego tworzą dla nich wręcz magiczne tło.
Ale to nie od Legendy zaczęła się moja przygoda z Armią, tylko od wydanej w 1994 roku Triodante. Triodante to punkowo metalowa Boska Komedia, która sprawia, że Dante stał się zrozumiały dla nastolatka, żyjącego u schyłku XX w. Poza własnymi tekstami Budzyński sięgnął także po wiersze Samuela Becketta i Artura Rimbauda. A przyznać się muszę do tego, że z poezją zawsze miałem problem. Mówię i myślę prozą. Natomiast kiedy wiersz zostaje ubrany w muzykę, i to niekoniecznie lekką, zaczyna do mnie przemawiać. I tak właśnie było z Triodante. Przez kilka miesięcy nie potrafiłem oderwać się od tej płyty, a właściwie kasety, bo w takiej właśnie formie pierwotnie pojawiło się to wydawnictwo. A kiedy jeszcze zobaczyłem w telewizji przygotowane do tej muzyki widowisko, oszalałem. I chociaż dziś wydaje się to dość prymitywne, to wówczas robiło ogromne wrażenie. Do dziś, chociaż słucham tej płyty rzadko, ściska mnie coś mocno za serducho już przy pierwszych dźwiękach, otwierającego ją Wyludniacza.Triodante Armii to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu. W polskiej muzyce rockowej trudno znaleźć coś równie wielkiego, a w momencie ukazania się jej z pewnością była na poziomie światowym. Niestety po reedycji ciężko znaleźć oryginalną siedmioutworową wersję, która sprawiała, że był to album doskonały, a nawet jeśli udałoby mi się wygrzebać gdzieś kasetę, to nawet nie miałbym na czym jej odtworzyć. Te trzy dodatkowe utwory rozerwały monolit jaki wcześniej stanowiła Triodante. Żadna późniejsza płyta Armii nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia, chociaż bardzo lubię Ducha, zresztą nie gardzę także i Drogą, ale brak im tej siły, patosu, połączonych z surowością. A kiedy nastał wiek XXI przestałem się tym zespołem interesować. Może jednak warto do niego wrócić? To takie moje małe zadanie na zbliżającą się jesień.
W ślad za butami, wszyscy w ślad w daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, gdzie nie ma nędzy, gdzie wszyscy mają dość pieniędzy, matki dla dzieci bułki i bajki, dobrzy mężowie tytoń do fajki…
Od kilka lat umieszczam tu wpisy o Don Kichocie, Baratarii i utopiach. Kilkakrotnie omawiałam w nich definicję donkichotyzmu i donkichoterii. W przeciągu ponad 400 lat, które minęły od czasu opublikowania Don Kichota, definicja ta, rzecz jasna, się zmieniała, z reguły zawierała jednak pewną podstawową i niezbywalną cechę – działanie w dobrej wierze. Don Kichot i jego naśladowcy mogli być głupkami lub marzycielami, mogli być śmieszni, tragikomiczni i komiczni, ale zawsze stali po stronie szlachetnych ideałów. Don Kichot zawsze szedł w ten daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, nie ma nędzy…
Tymczasem mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach ta definicja się radykalnie zmieniła. Bo owszem, Don Kichot nadal jest śmiesznym głupkiem, ale został wyrzucony z obozu “naszych” wartości (dla przypomnienia prawa człowieka, demokracja, tolerancja, uczciwość, brak nienawiści, otwartość itd) i wylądował w obozie przeciwników. Jest tam i jest śmieszny, ośmieszając tym samym naszych adwersarzy i pomagając nam budować nasze własne butne i słuszne ja porządnego człowieka i obywatela.
I wtedy nagle Donald Trump staje się Don Kichotem, a na naszym poletku – Beata Szydło, śmieszny człowieczek w podkolanówkach, jak ją określił człowiek nie tylko szlachetny, ale sam w końcu stuprocentowy Don Kichot, ksiądz Lemański.
Oczywiście “ludzie mówią i mówią uczenie”, że symbole nieustannie podlegają zmianie i że rzeczywiście zdarza się nawet, że wędrują z jednego obozu do drugiego. Czasem obóz przeciwny dopomina się o swoje prawa do symbolu, ale to najczęściej dotyczy “wielkich” symboli, flagi, godła, hymnu, ikonicznego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, Krzyża, Kotwicy. Dokonuje się przymusowego przeniesienia symbolu z jednego obozu do drugiego. Obóz rządzący oznajmia, że posiada jedyne prawo do jakiegoś symbolu, a opozycja mówi nie.
Czasem przemiana znaczeń odbywa się w ramach tej samej opcji politycznej. Po prostu stary symbol, który zawsze był jak najbardziej “nasz”, unowocześnia się, bezwzględnie jednak nadal pozostaje “nasz”.
Zdarzają się też akcje indywidualne w sprawie zawłaszczania wizerunków. Fizyk i filozof, wędrowiec i jeden z autorów na tym blogu, Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny, od kilku lat toczy upartą kampanię w obronie wizerunku Kubusia Puchatka, który wskutek przepychanek finansowych najpierw został całkowicie zmieniony, a potem na dodatek ten nowy wizerunek został objęty korporacyjnym prawem własności.
Wikipedia
Ale w sprawie Don Kichota nic takiego się przecież nie zdarzyło. Jeszcze wczoraj Don Kichot był jak najbardziej “nasz”, i np. walczył w Niemczech z wiatrakami produkującymi prąd, a dziś już nie, dziś jest zdetronizowanym Trumpem i walczy z prawem mediów społecznościowych do wyrażania jedynie słusznych opinii. Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, te uciśnione przez Trumpa media to tak naprawdę bezwzględne korporacje. Kto więc i gdzie jest jeszcze Don Kichotem?
Dziwne. I jak już bardzo chcę się zmartwić, że ukradli nam naszego prawdziwego Don Kichota i nie zrobili tego “źli oni” z chęci zysku, lecz “nasi dobrzy” z braku pomyślunku, odkrywam na Netflixie Don Kichota nadal prawdziwego i naszego. Ale przecież Netflix to też korporacja!
Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.
Zawsze, od niepamiętnych czasów znałam ten tytuł, więc gdy kilka lat temu zaczęłam się zajmować Don Kichotem, Sancho Pansą i Baratarią, to w ogóle o nim nie pamiętałam. A potem nagle skądś, nie wiadomo skąd, objawiły się owe przedwojenne niańki, które na ławkach w parku flirtowały z żołnierzami i nie lubiły, żeby dzieci zawracały głowę, ale przecież nie lubiły też, żeby coś dzieciom zawracało w głowie, a taki Don Kichote, a tfu, cóż to za lektura dla młodej panienki. Kupiłam więc tę książkę za kilka złotych w antykwariacie wieszcz.pl, a teraz ją sobie odebrałam i przeczytałam w podróży, zachwyciwszy się przypadkowym zbiegiem okoliczności, że to nie tylko książka o don Kichocie, który jest w niej niemal na każdej stronie, ale też o podróży po Hiszpanii. I nie jest to, uchowaj Boże, podróż śladami don Kichota, lecz własna podróż pani i pana Kuncewiczów, w której Rycerz Smętnego Oblicza i jego dobroduszny giermek, adwersarz i przyjaciel wychodzą im naprzeciw z każdej uliczki w Granadzie i Sewilli, Barcelonie, Madrycie i Toledo.
Książka została wydana w roku 1965, ja czytam wydanie drugie, o rok zaledwie późniejsze. Kuncewiczowie podróżowali po Hiszpanii przed pół wiekiem. Człowiek nie wylądował jeszcze na Księżycu, wciąż żył Caudillo, a jego rządy, podobnie zresztą jak władza Komuny i podział świata na dwa obozy, wydawały się wieczne. Ale też wieczna wydawała się sztuka i wiara w ludzką dobroć, uczciwość, sprawiedliwość.
Wszystko minęło. Dobre minęło, i złe minęło.
Nie będę tu przytaczać wszystkiego, co Maria Kuncewiczowa napisała w tej książce o don Kichocie i Sancho Pansie, zainteresowanych po prostu odsyłam do lektury. Jak nie macie gdzieś w domu na półce, to zamówcie tak jak ja w antykwariacie u wieszcza.
A ja tu przepiszę dla Was tekst o Baratarii.
Maria Kuncewiczowa, Don Kichote i niańki, s. 238-241
Jak wiadomo, dialog Don Kichota z Sanczem, raz polubowny, niemal czuły, raz swarliwy i gorzki, trwa nieprzerwanie i urywa się tylko na czas, kiedy rycerz uwikłany w kolosalną commedia dell’arte, reżyserowaną przez parę książęcych cyników, zezwala, aby giermek objął gubernatorstwo rzekomej “wyspy” Barataria. Z giermka na służbie u fantasty Sanczo staje się wielkorządcą, a jego “wyspa” jak gdyby stacją doświadczalną rządzenia. I cóż stąd za nauki? Po siedmiu dniach i nocach rzekomy marszałek Sanczowego “dworu”, totumfacki księcia, mający za zadanie donosić księstwu o zabawnych poczynaniach wieśniaka, musi stwierdzić: “Codziennie coś nowego oglądamy na świecie: krotochwile zmieniają się w prawdę, a kpiarze zostają wykpieni”. Rzeczywiście, chłopek-roztropek rozstrzyga genialnie scholastyczne spory, wymierza sprawiedliwość, dba o uczciwy handel i wydaje “tyle słusznych rozporządzeń… że do dziś” – powiedzą potomni – “są w Baratarii dochowywane i nazywają się >>dekretami znamienitego Wielkorządcy Sancza Pansy<<“. Tymczasem pogromca olbrzymów, obolały, postarzały Don Kichote działa równie skutecznie na polu rycerstwa jak jego towarzysz na polu administracji; osamotniony na książęcym zamku, odpiera w imię Dulcynei afekty kabotynki Altisidory i z kopią w ręku broni praw pokrzywdzonej córki ochmistrzyni Rodriguez. Z podszeptu poetów praktykując cnoty wzniosłe, nie przestaje jednak słyszeć głosu gospodarskiego rozsądku. W liście do wielkorządcy Sancza pisze: “Aby zaś pozyskać przywiązanie ludu, którym rządzisz, masz… być grzecznym dla wszystkich…, a po drugie – starać się o obfitość środków żywności; nic bowiem tak nie dręczy serc ludzi ubogich jak głód i drożyzna”. O wojnie rycerz milczy.
Aliści, kiedy okazuje się, że do obowiązków wielkorządcy należy walka zbrojna z najeźdźcą, chłop-pacyfista nie chce “dzielić łupów nieprzyjacielskich”, jeno prosi i błaga “o łyk wina” i odwiązanie pawęży. Nie daje się skusić obietnicą lejbmedyka, że odtąd będzie mógł najadać się do syta, udaje się do stajni, obejmuje swego kłapoucha i rzecze: “Odkąd porzuciłem ciebie i wstąpiłem w wieżyce ambicji i pychy, w duszę mi wkroczyły tysięczne niedole”. Kulbaczy osła, a do dworzan tak się odzywa: “Powiedzcie księciu… że bez srebrnika na to wielkorządztwo wstąpiłem i bez niego odchodzę… Niech w tej stajni pozostaną skrzydła mrówcze, które mnie w powietrze uniosły… Zawróćmy, aby chodzić po ziemi własnymi nogami”.
“Syn własnych czynów”, szlachcic z Manczy, doznaje podobnych uczuć na książęcym zamku. “Wyobrażał sobie, że popełnia wielki grzech oddając się w zamknięciu wywczasom, pośród biesiad i przyjemności, jakich mu owi państwo, jako rycerzowi błędnemu, nie szczędzili… Przeto pewnego dnia poprosił księstwo o pozwolenie odjazdu.”
Nieprzekupiony, nieokiełznany lud opuszcza na własne żądanie ośrodki władzy swego czasu: miasto i zamek. A przecież i szlachcic-inteligent, i chłop-robotnik przeżyli realizację swoich marzeń: Don Kichote był goszczony na dworze książęcym ze wszystkimi honorami należnymi chlubie błędnego rycerstwa, Sanczo stał się panem na gospodarstwie tysiąckroć przewyższającym jego własną zagrodę. Odchodzą i spotykają się w “czeluści”, w jaką giermek zapadł wraz z osłem, uchodząc z Baratarii, a na której skraj zabrnął rycerz, wprawiając się w grę orężną.
Na pożegnanie księcia Sanczo oświadcza: “…zeskakuję z urzędu i przechodzę na służbę mego pana, Don Kichota…”. Romantyk zawraca Rosynanta i wyjeżdża z zamku, a za nim realista Sanczo na kłapouchu. Ledwie się ujrzeli w czystym polu, Don Kichote “uczuł się, jak gdyby odrodzony”. “Obowiązki wdzięczności za doznane dobrodziejstwa są więzami, które nie dozwalają swobodnie radować się wolnej duszy. Szczęśliwy, komu niebo użyczy kawałka chleba, za który nikomu prócz Boga dziękować nie jest obowiązany.” Podstawmy pod wyraz “niebo” słowo “los”, a pod wyraz “Bóg” słowo “natura” i usłyszymy credo anarchisty.