Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Jak powstają legendy?

Dedykuję ten wpis dzisiejszemu Solenizantowi, który miał to szczęście, że urodził się w dzień Trzech Króli, a mieszkał w pokoju na poddaszu, z którego był widok na Trzy Korony. Według kalendarza celtyckiego jego znakiem zodiakalnym był Biały Jeleń, nie mydło, tylko Królewskie Zwierzę. Takie znaki zobowiązują, życzę mu więc, żeby też kiedyś udało mu się stworzyć legendę. Jego powinna być królewska, tak jak moja stała się feministyczna.

Ewa Maria Slaska

Od wielu lat koleżanka moja, SW, znana polska feministka, podaje mój adres mailowy różnym kobietom, zapewne młodym, które piszą do mnie maile. Z reguły już w linijce tytułowej od razu znajdzie się zdanie wyjaśniające, o co im chodzi. „Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę”. Gdy widzę tę linijkę, wiem już dokładnie, co będzie dalej. Ostatni taki mail dotarł do mnie przedwczoraj i tu go zacytuję:

„Dzień dobry,

nazywam się … i piszę do Pani, ponieważ pracuję nad filmem dokumentalnym / artykułem / pracą magisterską / pracą licencjacką o roli kobiet w „Solidarności”. Od dłuższego czasu poszukuję informacji o napisie, który podczas strajków został namalowany na murze Stoczni Gdańskiej: ‘Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę’. Od  pani SW, z którą kontaktowałam się w tej sprawie, dostałam informację, że zdjęcie przedstawiające ten napis pod koniec lat 80-tych zamieściła Pani w piśmie berlińskich emigrantów z Polski.
Czy może mi Pani pomóc w dotarciu do tej fotografii?

Z pozdrowieniami“

A ja, czasem ze smutkiem, czasem ze złością odpowiadam:

„Droga Pani…,

przepraszam / przykro mi, ale od ponad 20 lat próbuję wytłumaczyć pani SW, że NIE MAM zdjęcia przedstawiającego ten napis, a tylko WIDZIAŁAM taki napis i to nie na murze stoczni, tylko namalowany szminką na lustrze w windzie w bloku, w którym mieszkała moja teściowa.

Pozdrawiam

Ewa Maria Slaska“

Z reguły korespondencja na tym się kończy. Tym razem przyszła jednak jeszcze odpowiedź, mam wrażenie, że nieco nieufna i podirytowana. Jakbym miała to zdjęcie, tylko nie chciała go dać. A w ogóle kłamała. Albo wtedy albo teraz.

„Dziękuję za odpowiedź,
muszę przyznać, że zaskoczyła mnie Pani; w wielu artykułach na temat Sierpnia 80 cytowany jest ten napis, transparent z nim stał się już legendarny… niektóre z moich rozmówczyń podzieliły sie ze mną różnymi teoriami w jaki sposób ten transparent się znalazł na Stoczni (n.p.robotnicy zostali sprowokowani przez kobiety z Ligii Kobiet Polskich…) Przejrzałam setki zdjęć z tamtego okresu i na żadnym nie ma takiego napisu…
Ten ‘legendarny napis’ był jedną z przyczyn, które sprowokowały mnie, żeby zabrać się za realizację filmu…
🙂
dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam.”

Rozmyślam o tym, co widziałam trzydzieści kilka lat temu. Pisałam o tym? Skoro kolejna młoda panna, która próbuje dotrzeć do tego napisu, twierdzi, że napisałam, to może i napisałam.

A jak napisałam, to czy to, co napisałam, stało się źródłem legendy? Jak mam to sprawdzić?

Czytelnicy tego bloga już się na pewno zorientowali, że nie mam pojęcia, co się z moimi tekstami dzieje. Piszę, daję do druku. Już. Czasem dostaję egzemplarz autorski, częściej – nie. Czasem ktoś mi płaci jakieś honorarium. Niekiedy ktoś mi mówi, że czytał mój artykuł w piśmie kościelnym z Okocimia albo lewicowym z Wanne-Eickel. Czasem jest to nawet jeden i ten sam tekst. Ciekawe, czy taka jestem „poręczna”, czy odwrotnie, każdy przeciwnik znajdzie w moim pisaniu coś, o co będzie mógł kły naostrzyć i zaczepić pazury?

Informację o napisie opublikowałam „w piśmie berlińskich emigrantów z Polski” – tak napisała owa panna. Wydaje mi się, że raczej tego nie czytała, bo wtedy napisała by, że w „Poglądzie” albo „Archipelagu”. Ale czy ja w tych pismach w ogóle coś wspominałam? Wydaje mi się, że zajmowałam się raczej zakazaną kulturą lub bieżącym komentarzem politycznym. Pamiętam je? Mam je jeszcze? Część mam, na pewno, ale równie na pewno wiem, że nie wszystkie.

Ale może napisałam o tym w biuletynie stoczniowym jeszcze w czasie strajków? A może potem? Pisałam dla „biuletynu z lewkami” do wyjazdu z Polski czyli do stycznia 1985 roku. Kilka lat temu, gdy musiałam udowodnić, że byłam działaczką podziemia, poszłam do archiwum Solidarności i skopiowałam sobie te wszystkie artykuły, podpisywane „Z boku” albo „ZB”. Ale czy je przeczytałam? Mam je jeszcze?

Był taki artykuł, wiem na pewno, który napisałam jeszcze przed wyjazdem z Polski, a który ukazał się, jak już byłam w Berlinie. Pisałam w nim, to nawet, o dziwo, dobrze pamiętam, że dobrze by było, gdybyśmy walcząc zawzięcie o „swoje” czyli wolność, niepodległość i suwerenność, pamiętali, że na świecie istnieją inne projekty i realizacje świata i społeczeństwa. Na przykład bezrobocie jest rzeczywistym problemem, a nie czymś, co sobie wydumali lewacy spod znaku Che Guevary. A też i sam Che Guevara to niekoniecznie pies łańcuchowy Moskwy. Że aborcja nie musi być traktowana jak ludobójstwo, bo można na nią spojrzeć jak na prawo kobiety, że feministki to nie idiotki, które palą staniki, tylko naprawdę im o coś chodzi i że to coś jest ważne. I tak dalej…

Jest jeszcze trzecia możliwość, że napisałam o tym w jednym czy drugim artykule, jakie opublikowałam w biuletynach i pismach feministycznych, ukazujących się w Polsce. Te oczywiście powinna posiadać owa SW, upowszechniająca tezę, że widziałam ten napis i mam zdjęcie. Ale jakby tak było, to te panny wszystkie machałyby mi przed nosem cytatem i adresem bibliograficznym.

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się jednak, że napisałam kiedyś taki artykuł, który ukazał się w „Archipelagu” (ale czy aby na pewno?), w którym twierdziłam, że nie mogę się poczuć integralną częścią wielkiego zrywu, który przyniósł „Solidarność”, a w konsekwencji powstanie wolnej i demokratycznej Polski, upadek Muru, Jesień Narodów i likwidację światowego komunizmu, polityki bloków oraz zimnej wojny. A nie mogę dlatego, że w ogólnym pojęciu „Solidarność” zrobili trzydziestoletni mężczyźni z brodami, podczas ja byłam kobietą i miałam wrażenie, że „Solidarność” zrobili post-hippisi.

Może jak będę miała czas, pójdę do biblioteki i poczytam „Archipelagi”.

Tak czy owak pozostaje pytanie, jak powstała ta legenda? Czy to z moich opowieści (bo na pewno kilkakrotnie opowiadałam o tym napisie na lustrze) wyrósł w przeszłość konflikt kobiety-mężczyźni i przybrał postać wielkiego transparentu? Czy może jednak był naprawdę taki napis na Murze Stoczni, albo transparent, i to nie to, co napisałam, stało się źródłem legendy, tylko to, co napisał jakiś zezłoszczony facet, którego żona przychodziła pod Bramę Stoczni, przynosiła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła.

A może było takich napisów na lustrach więcej i pisała je ubecja, żeby zaognić konflikt i skłócić tych, co dotychczas nie wpadli jeszcze na pomysł, że sobie nawzajem przeszkadzają, a i cele mają różne?

Czy ktoś wie, jak było, skoro ja tam byłam i widziałam, a nie wiem?

Pan dał siłę swojemu ludowi
Pan dał swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju
Psalm mądrości – napis na murze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, wybrany przez Czesława Miłosza

Die ewige Jüdin

Dies ist mein Text, der sehr alt ist, der irgendwo schon ein paar Mal publiziert wurde, ich weiß aber nicht mehr wo, und den es auch auf Polnisch gibt, aber auch das weiß ich nicht – wo. Ich publiziere hier das, was ich in meinem Computer gefunden habe.

Ewa Maria Slaska

Es ist ein melancholisches Kind gewesen, das mit starker kindlicher Sicherheit wußte, es  sei nicht geliebt. So ist es im Leben. Ein Wesen, das nicht schön ist, verdient es nicht, geliebt zu werden. Es scheute  sich, angeschaut zu werden und wußte zu gut, daß die Schuld nur es zu tragen hatte, die Schuld, ein Mensch zu sein, der nicht schön ist. Schönheit schien ihm mit der Güte vergleichbar und mit ihr verwechselbar zu sein. Sie war eine Gnade, ein Glück, oder vielleicht, wer weiß, auch ein Preis für bestimmte Verdienste, ein Preis, der ihm verwehrt blieb.

Es war ein Mädchen. Es mochte keinen Sport. Ihr Körper ekelte sie. Sie lehnte ihn ab. Sie schämte sich, ihn zu besitzen. Ihre Kindheitsphilosophie war sehr einfach, aber messerscharf und logisch:  Eine Lebensaufgabe eines Körpers ist es, geliebt zu sein. Nur Schönheit kann geliebt werden. Schönheitslose Körper liebt man nicht und daher leben sie vor sich hin, ohne Zweck.

Das Mädchen wollte geliebt werden. Für ihre Schönheit geliebt. Ihre Mutter sollte sie lieben. Nur sie zählte.

Das Mädchen ist aber ein kluges Kind gewesen. Es hate sich eine Ersatzschönheit ausgedacht und sie hieß: Leistung. Es waren gute Leistungen, die ihm immer wieder die ihm so notwendige Anerkennung seiner Mutter brachten. Klug zu sein und dadurch doch eine Art Liebe zu gewinnen, war sein einziger Lebenstrost. Er war aber sehr dürftig. Miserabel. Sie war nicht die wahre Liebe und nur sie zählte.

So ist das Kind zuerst ein kluges Kind, später ein kluger Mensch geworden. Alle sagten, es sei sehr kluger Mensch. Klugheit brachte ihm Anerkennung. Es wollte sie aber nicht so. Nicht statt Liebe. Nicht statt die wahre Liebe. Das Gefühl nicht wahr geliebt zu sein blieb irgendwo im Hinterkopf und mündete – unvermeidlich sogar – in Wertlosigkeitsgefühl. Das Kind war kein Kind mehr aber wie ein Kind wußte es, daß die Liebe die durch Klugheit errungen ist, nicht die wahre Liebe sei. Die wahre Liebe wäre die, welche der Schönheit gewidmet wäre, und gerade diese blieb ihm vorenthalten. Und ohne Liebe hatte das Leben keinen Sinn. Der Mensch war eine Frau. Die Frau wollte sterben, weil es eine einzige logische Lösung ihres Dilemmas war. Die Idee eines Selbstmordes wurde ihr zur treuesten Begleiterin.

Mindestens sechsmal hat die Frau versucht, sich umzubringen.

Ironie ersetzt das Gefühl der Wertlosigkeit nicht. Natürlich nicht. Und man ist auch nicht schöner mit ihr. Und sie liefert auch keine Erklärung, weshalb man zum Sterben häßlich gewesen bin.

Bis es der Frau eines Tages alles klar wurde.

1985 emigrierte die Frau aus Polen nach Berlin. Eines Tages nach ihrer Ankunft, wachte sie mit einer unschlagbaren Sicherheit auf. Jetzt endlich wußte sie, wer sie war. Kam es mit einem Traum zusammen oder wußte sie es schon irgendwie vorher? Jetzt wußte sie es aber mit unlogischer Sicherheit. Sie saß auf ihrem Bett, schaute abwesend aus dem Fenster und sagte:

Ich bin eine Jüdin.

Sie war eine Jüdin, weil ihre Mutter eine Jüdin war. Niemand hatte es ihr gesagt. Sie auch nicht. Vor allem sie nicht. Nie hatte sie ein Wort darüber verloren, nie weder bewußt noch aus versehen sich in dieses Thema verirrt. Die Frau war aber sicher, dass es so war und sie es nie vergaß. Wie ein Aufseher mußte sie über ihre Gedanken, Worte und sogar Träume herrschen und übte eine nie endende Kontrolle aus. Auch über ihre Kinder. Und sie dachte, die Tatsache wäre mit dem Schweigen verloren und vergessen. Als ob sie nie existierte. Trotzdem war die Frau todsicher, dass sie es jetzt weiß. Endlich. Sie sind beide Jüdinnen, obwohl die Mutter keine seien wollte, und die Fraue es sogar nicht wußte, dass sie eine seien könnte.

Sie rückte 40 Jahre zurück.

Die Mutter lag im Krankenhaus. Das Kind wurde gerade geboren. Das Kind, das ein Mädchen war.

Es sah sich mit den Augen seiner Mutter: ein kleines Wesen. Es sah genauso aus wie sie.

In der ersten Stunde nach der Geburt sieht man jene Familienähnlichkeit am besten. Ein paar Stunden später sieht ein Säugling aus wie alle anderen, aber in dieser ersten Stunde der Erkennung ist vor allem und nur das zukünftige Antlitz sichtbar.

Eine Frau erlebt nach der Geburt ihres Kindes eine Minute des transzendentalen Glücks.

Bei der Mutter ist es auch so gewesen.

So entsteht Liebe. Sie liebte das Kind.

Zur selben Zeit mußte sie aber erkannt haben, das das Kind all die Eigenschaften aufwies, die sie am liebsten für alle Ewigkeit vergessen hätte. Die Mutter, die keine Jüdin sein wollte, brachte ein jüdisches Kind zur Welt.

So entsteht Ablehnung. Das Mädchen wurde abgestoßen.

Es wurde geliebt und abgestoßen zugleich und niemand konnte den beiden helfen. Dem Kinde nicht und seiner Mutter nicht.

Das Kind war für sie eine ewige Gefahr gewesen. Seine Nase, seine Augen, Ohren, Haare, seine Haut und seine Augenbrauen konnten alle Mutters Mühe zunichte machen. Ihre eiserne Konsequenz zählte im Angesicht des Aussehens des Kindes nicht, es hätte sie immer preisgeben können, sie verraten, aus ihrer Bahn stoßen und zurück in die Hölle bringen können.

Sie mußte das Kind, das sie geboren hat, lieben, sie wollte es, und doch sie konnte es nicht. Und dies hatte das Kind seine ganze Kindheit gespürt.

Die Mutter vollbrachte eine unvergleichbare Leistung. Sie hatte es geschafft, ihr Kind wie ein abstraktes Wesen lieben zu können, obwohl sie seine körperliche Existenz nie völlig akzeptiert hatte. Deshalb wuchs das Kind mit einem Gefühl auf, einen durchaus gehaßten Körper zu besitzen.

Es wollte seine Schwester sein.

Die Schwester war doch keine besondere Schönheit. Sie sah hübsch aus, aber ihre Schönheit, so wie sie die ältere Schwester voller Neid empfunden hatte, lag vor allem in ihrer polnischen Akzeptabilität. Dies hat das Kind hochgepriesen. Seine eigene Häßlichkeit bezog sich unbewußt auf das Jüdische, Nicht-Polnische an ihm.

Nur es wußte es nicht. Es wußte aber, dass es gefährlich und hassenswert ist, scheußlich auszusehen. Und immer wieder versuchte es, seine Häßlichkeit zu töten.

Was dann für die Welt draußen nach Selbstmordversuchen aussah.

Dabei wollte es sich nur polonisieren. Als eine Leiche, wenn es so sein will. Noch heute kann man sicher sein, das Kind, das Mädchen, die Frau wäre eine wunderschöne polnische Leiche gewesen, wenn es ihr gelungen wäre, sich umzubringen

Mit dem Beginn des Krieges hörte die Mutter auf zu wachsen.

Sie war 14 Jahre alt gewesen als der Krieg begann, und all die Kriegsjahre durch sah sie weiterhin wie ein 14-jähriges Mädchen aus. Klein, zierlich, ohne Busen. Mit etlichen Pubertätspickeln in ihrem Gesicht. Mit rabenschwarzem Haar, das sich nie in Ordnung bringen ließ. Keine Schönheit, da die Schöne in ihrer Familie ihre Mutter gewesen war und nicht sie. Was noch Jahrzehnte später das Leben des Kindes, des Mädchen, der Frau stark beeinflussen sollte.

Sie stammte aus einer wohlhabenden durchaus polonisierten jüdischen Familie, die seit Generationen berühmte Ärzte aufweisen konnte. Sie wohnten nicht in einem jüdischen Viertel Warschaus, sie sprachen kein Wort Jiddisch. Sie waren Polen und polnische Patrioten.

In der Familie, sowohl mütterlicher- als auch väterlicherseits war eine Universitätsbildung eine Selbstverständlichkeit gewesen, wobei die Frauen auch einbezogen waren. Es gab eine Tante Irmina, die jüngste Schwester der Großmutter, die hatte schon vor dem Kriege ein Doktordiplom in Botanik vorzuweisen. Nach dem Kriege sollte sie eine gewisse Berühmtheit in dem Bereich Gras- und Mooskunde erlangen und verfügte über eine Professur. Auch Flechten, Marchantiazeen und Lebermoose, sowie verschiedenste Arten von Pilzen gehörten sehr stark zu  ihrem Metier.

Deshalb wollte das Mädchen zuerst unbedingt eine Gärtnerin werden, danach eine Biologin, wobei aber die Tierkunde selbstverständlich ausgeschlossen bleiben mußte. Sehr enttäuscht stellte das Mädchen fest, dass sich das Kadaversezieren von der Naturwissenschaft nie (zumindest am Anfang) ausschließen lassen konnte und die bloße Vorstellung, eventuell einen Frosch töten zu müssen, ließ es für die recht harmlos wirkende Archäologie entscheiden. Es blieb aber immer bei der Erde und ihre Hände waren fortwährend schmutzig. Dafür sei die Position des Uranus in ihrem Astrogramm verantwortlich.

Die hübsche Großmutter Róża hatte schwarze Haare, zarte Gesichtszüge und grüne Augen. Sie war nicht nur schön, sondern auch begabt und intelligent. Sie dichtete fachmännisch und malte kleine Stilleben. Das alles war aber (natürlich) nicht professionell. Ernst dagegen studierte Róża Chemie in Lausanne. Es soll einmal ein Foto aus dem Universitätslabor gegeben haben: etwa zwanzig junge ernste Männer, in schwarzen Gehröcken – die Herren Studenten und eine junge, ernste, schwarzhaarige Studentin mit großen Augen – die schöne Großmutter. Im Lausanne verliebte sich Róża in einen polnischen Ingenieur. Auf Gegenseitigkeit. Fest entschlossen zu heiraten, kehrten sie zusammen nach Warschau zurück, wo der junge Galan erkennen mußte, dass seine Familie mit seiner zukünftigen Ehefrau gar nicht einverstanden war. Das Ringen um die Ehe dauerte eine geraume Zeit, so einfach war der Liebende nicht klein zu kriegen, aber letztlich beugte er sich dem Vorurteil seines polnischen Adelsgeschlechts und ließ sich doch von Róża trennen.

Róża geriet in eine schwere Depression, wollte nicht mehr studieren, nahm ab, bekam fortdauernd Migräne und versuchte ihr Leben mit bloßem Dasein und Durchdasfensterschauen zu erfüllen. Sie war schon 30, als ihr Vater sie fast gewaltsam gezwungen hatte, den jungen, dynamischen, vitalen Doktor Dawid zu heiraten. Dann hat sie zuerst Halina und drei Jahre danach Jakub geboren.

Róża war schwach, zerbrechlich, krank und melancholisch, und – wie es sich die Familienlegende wünschte – in ihrem Herzen katholisch. Vielleicht wäre sie schon für ihren jungen polnischen Geliebten bereit gewesen, sich bekehren zu lassen, wenn es etwas geholfen hätte. Sie mußte es aber schon zu gut gewußt haben, dass es sowieso nichts geändert hätte. Für die Polen wäre sie doch weiterhin eine Jüdin gewesen und dazu noch eine Neophytin, getaufte Jüdin, ein Wesen, das in Polen nie Ansehen gewonnen hätte. Als sie im Herbst 1943 an einer Lungenentzündung starb, soll sie – schon in ihrem Sterbebett liegend – sich einen katholischen Priester geholt haben, der sie getauft hatte.

Ob es wahr ist, was die Legende hier überliefert? Sind Legenden überhaupt dazu da, um wahr zu sein?

Man darf von Glück reden, wenn man sagt, sie ist glücklich von der Welt gegangen, wie ein normaler Mensch in seinem normalen Bett und nich auf einem Lager im Ghetto oder im Transportzug nach Treblinka.

Sie starb, Dawid ging in den Untergrund, und die beiden Kinder wurden – mit gefälschten Papieren und reichlich mit Geld ausgestattet – bei polnischen Familien untergebracht.

Dawid war, wie schon viele vorher in seinem Geschlecht, ein praktizierender Arzt gewesen. Sein Bruder Stefan war Ingenieur und ließ sich noch vor dem Krieg in Frankreich nieder, Tante Irmina war eine Naturwissenschaftlerin, ihr nächster Bruder Szymon, ein Kino- und Radiotechniker, ein Schüler von Marconi.

Wie es sich gehörte, waren Róża und die Ihren eine typische jüdische Familie – reich an Tanten, Cousinen, Verwandten allerlei Grades. Sie waren eher traditionell als religiös, aber durchaus jüdisch und doch polnische Patrioten zur gleichen Zeit. Außer Stefan, der nach Nizza auswanderte und sich während des Krieges samt seiner Kinder mit den französischen Widerstandseinheiten des Maquis zusammengetan hatte, waren alle Familienmitglieder, sowohl die Männer als auch viele Frauen, an der Seite des polnischen Widerstandes aktiv gewesen.

Großonkel Szymon und Großvater Dawid waren Offiziere der polnischen Untergrundarmee Armia Krajowa. Szymon spezialisierte sich auf das Sprengen deutscher Transportzüge, wurde als Soldat festgenommen, in Pawiak inhaftiert und dann nach Stutthof geschickt. Dawid nahm an der Schlacht um die Janowitzer Wälder – Lasy Janowskie – teil und ist dort gefallen. An einem schlichten hölzernen Kreuz mit vielen Namen oder aber nur mit denen für die Kriegszeit angenommenen Decknamen, bei denen man schon nicht mehr imstande war, sie zu entziffern, hat seine Tochter seinen Namen gefunden, der als Doktor Dawid seinem Vaterland mit der Waffe in der Hand diente und zu seiner Ehre gefallen ist.

Sie waren so gut assimiliert und so gut situiert, dass sie alle imstande waren, nicht ins Ghetto zu kommen. Viele von ihnen haben den Krieg überlebt. Irmina hatte aus dem Krieg mit Wanda, einem Adoptivkind herausgekommen, von dem ich immer nur so viel wußte, dass es eine Kriegswaise gewesen sei, vermutlich eines der Zamojszczyzna-Kinder. Vielleicht ist sie aber eine Jüdin gewesen, sie weiß es selber nicht und Irmina ist vor 50 Jahren gestorben.

Die Davids Schwestern, Regina und Jadwiga, nahmen an den Kriegsgeschehnissen in Warschau teil, sie haben während des Augustaufstands 1944 bewaffnet gegen die Deutschen gekämpft, ihre Söhne sind in diesem Kampf gefallen. Beide flüchteten zuerst über die grüne Grenze zu Stefan nach Frankreich, dann nach England und aus England nach Australien. Sie lebten noch lange nach dem Krieg, aber wollten nie mehr nach Europa zurück. Auch zum Besuch nicht.

Keiner aus der Familie ist während des Krieges wie ein Jude umgekommen. Keiner wurde vergast oder wie ein Schlachtvieh ermordet. Sie teilten das normale Schicksal eines besetzten Volkes. Ihres Volkes. Sie waren wie eine ganz “normale” polnische Familie von dem Krieg betroffen worden, haben genauso unter dem Krieg gelitten, sind gefallen, wurden inhaftiert, verbannt und ihres Vermögens beraubt. Glücklich. Glücklich ist die Familie aus dem Krieg herausgekommen, glücklich, weil sie ihn als würdige Menschen bestanden hatten und wenn sie sterben mußten, dann sind sie würdig gefallen. Wie die Polen. Weil sie auch Polen gewesen sind und nicht nur die Juden. Deshalb sind sie wie die Polen gefallen, und ihre Heldentaten dienen der Ehre des polnischen und nicht des jüdischen Widerstandes. Der Preis für das Sterben als Mensch: das Vergessen ihres Judentums. Vollkommenes Vergessen.

Sie haben sich alle, die den Krieg in Polen überlebt hatten und nicht ausgewandert sind, also Irmina, Szymon, die Mutter und ihr Bruder Jakub, nach dem Krieg zusammengefunden und es in ihrem tiefsten Herzen geschworen, sich nie mehr als Juden abstempeln zu lassen. Nie wieder waren sie bereit ihre Stirn der Verfolgung, dem Rassismus, dem Nazismus, dem Haß, dem Mißtrauen und der Erniedrigung zu bieten. Nach so vielen Generationen, die in Polen gelebt und für Polen gearbeitet hatten, ihre jüdische Identität aber immer zu bewahren wußten, waren diese Vier, die den Krieg überlebt hatten, die Ersten, die ihre jüdische Identität gänzlich und bewußt abgelegt haben. Sie wollten sie nicht mehr haben. Sie fürchteten sie, denn sie hatte ihnen nichts gebracht außer Mord, Terror, Angst und Elend.

Da sie schon während des Krieges über gefälschte Papiere verfügten, nach denen sie Polen waren, blieben sie jetzt dabei. Sie waren zuerst Polen aus Überzeugung, dann Papier-Polen, und nun sind sie endgültig Polen geworden. Sie haben Polen geheiratet, sind inzwischen getauft, katholisch, streng gläubig und schlossen damit das Kapitel Judentum ab. Als die Kinder geboren wurden, wurden sie zu polnischen Patrioten erzogen, die ihre Heimat lieben und ihr dienen sollen.

Rigorose Juden werden vielleicht meinen, dass es ein Verrat sei, stolz darauf zu sein, als ein Pole leben und sterben zu dürfen, ein unwürdiger Pakt, den da die Familie mit Polen abgeschlossen hatte für den Preis, ihr Judentum gänzlich zu verschweigen, verleugnen und vergessen zu müssen. Sie meinten dazu, sie seien alle wohl Polen und polnische Patrioten gewesen, die Polen als Heimat geliebt hatten und keine andere kannten. Sie meinten auch, dass diese Selbstverständlichkeit sich als Pole darstellen zu können, nie eine Spur des jüdischen Akzentes oder des jüdischen Benehmens vorzuweisen, ihnen allen zigmal das Leben im Krieg und auch danach gerettet hatte.

Und sie liebten ihre polnische Heimat.

Sie auch.

Heimatliebe. Sie sprachen sehr viel von ihr. Aber die nächste Generation? Das Kind, das Mäschen, die Frau? Sie kannte sie nicht. So ist es: sie kanne sie nicht. Sie ist ein heimatloses Wesen. Sie war es immer.

ISie ist eine Emigrantin, es hat ihr aber keinerlei Mühe bereitet, ihre Heimat verlassen zu müssen. Sie liebe das hier nicht, aber sie hat auch das dort nicht geliebt. Es gibt Menschen mit denen sie sich gut fühlt, es gibt die Sprache, deren sie mächtig ist, es gibt Orte, die sie wunderschön findet, sie kennt ein paar kleine Sehnsüchte, nach einer Landschaft, einer Situation, einer Atmosphäre, aber das Gefühl HEIMAT kennt sie nicht. Sie kann sich mit NICHTS und NIEMANDEM identifizieren, weil sie immer, schon als kleines Kind mit dem Gefühl leben musste, nirgendwohin gehören zu dürfen, nirgendwohin gehören zu wollen. Als Kind war sie mit ihrer eigenen Überfremdung gar nicht einverstanden, sie hätte es so gern wollen gewollt, können gekonnt, es ist ihr aber nie gelungen, weder zu wollen noch zu gehören.

Die Heimat eines Schriftstellers, einer Schriftstellerin befindet sich lediglich in der Sprache, in seiner, in ihrer Sprache. Das bedeutet, dass sich ihre Heimat, da sie eine Schriftstellerin geworden ist, doch im polnischen Sprachgebiet befinden muss, weil da ihr Freiraum entsteht. Seit zehn Jahren kämpft sie mit der deutschen Sprache, vergeblich versuchend sie zum Gehorsam zu zwingen, sie wird aber nicht wagen, sie als ihre Heimat zu bezeichnen, geschweige denn –  noch weiter gehend – zu behaupten, sie hätte ihr ihre Muttersprache ersetzt. Sie ist sich sogar nicht sicher, ob sie es überhaupt will, dass die deutsche Sprache so in ihr Leben eindringt, oder ob sie tatsächlich eine deutsche Schriftstellerin sein möchte. Sie glaubt, in einem gutgedachten göttlichen Plan, war für sie eher ein Platz unter den jüdischen Schriftstellern vorgesehen. Immerfort aber werde sie nur eine polnische Schriftstellerin sein, die sich vielleicht in der deutschen Sprache auszudrücken vermag. Es hat viel weniger mit den berühmten Problemen der Emigranten aller Couleur zu tun, mit diesem Jammern über Identität und Wurzeln, als mit der Tatsache, dass sie sich nur in ihrer Sprache frei und gedankenlos behaupten kann. Nur, die Archetypen ihrer Muttersprache entsprechen keineswegs ihrer neuen Identität. Sie ist schon deutsch. Weil sie also eine ganz neue Person ist und die ist sie eben in Deutschland geworden. Daher wäre es ihr viel lieber, hätte sie doch sagen können, sie sei in einer universellen Frauensprache beheimatet. Egal ob Deutsch, Polnisch, Englisch oder Hebräisch, sie hätte sich eine zur Verfügung stehende Sprache so bearbeiten können, dass sie sich ihrem weiblichen Drang nach Freiheit beugen würde. Sie hätte vielleicht sogar Fehler machen dürfen, vorausgesetzt, sie hätten ihre Weiblichkeit widergespiegelt. Sie würde zum Beispiel die Weib sagen dürfen, weil sie es unmöglich findet, dass eine feminine Person über das grammatikalische Geschlecht eines Neutrums verfügt. Mädchen, Fräulein, Weib, eine weibliche Triade der geschlechtslosen deutschen Neutralität. Die griechischen Göttinnen – eine Jungfer, eine Nymphe und eine Greisin, Artemis, Hera, Hekate, stehen ihr in der deutschen Sprache nackt vor Augen, mit abgehackten Busen, Köpfen und Hüften, unfruchtbar, leer und gleichgültig neutral, weder für Geburt noch für Tod zuständig.

Wie sie.

Eine Frau, eine Feministin, eine Jüdin. Eine weibliche Triade der Selbstentdeckung ist ihr in Berlin gegeben worden, und sie weiß bis heute nicht, was sie mit dieser Erkenntnis wohl tun soll. Sie erklärt ihr zwar sehr viel, sie kann ihre bisherige Identität viel besser verstehen, aber was soll sie damit in der Zukunft anfangen? Wie wäre es wohl, wenn sie jetzt den göttlichen Plan übernähme, der für ihre Mutter vorgesehen war? So wie sie den Plan ihrer Mutter in Erfüllung brachte. War es für sie geplant, in Berlin zu leben und sich zu bemühen, als deutschsprachige Schriftstellerin aus Polen ihren Fuß zu fassen. Dem jüdischen Gott schreibe man immer zu, er plane besser, größer, umfangreicher. Er ist doch selbst so ehrgeizig.

Ihre Mutter hat geheiratet und somit ist es ihr gelungen, das Leben von Róża endlich zu erfüllen. Sie erreichte eben alles, was Róża nicht bekommen konnte. Sie heiratete einen polnischen Ingenieur aus adligem Hause, ist eine Künstlerin geworden, eine Katholikin, eine Patriotin. Różas gescheitertes Leben ging erst in den Händen ihrer Tochter in Erfüllung.

Die Träume ihrer Mutter verwirklichend übersieht die Tochter aber, dass ihr Leben unerfüllt bleibt. Sie hat ihr Leben auf die Straße ausgesetzt, so wie man ein ungewolltes Kind aussetzt.  Ihr Leben lag da, bis sie es auf dieselber Straße vierzig Jahre später gefunden hatte.

Sie ist eine Jüdin also. Wie schon gesagt – es war davon nie die Rede bei ihr zu Hause. Sie waren Polen und Katholiken, Papi und sie noch besonders patriotisch-aktiv dazu. Sie waren in der Solidarność-Bewegung aktiv, auch im Untergrund, man verfolgte sie und so weiter. Alles in allem – wahre polnische Patrioten. Es ist dabei nichts zu ironisieren. Die Zeiten waren so pathetisch und sie waren die guten Kinder ihrer Epoche. Und plötzlich im Herzen des Engagements wurde sie von einer unerklärlichen politischen und psychischen Müdigkeit überfallen. Sie konnte weder schreiben noch lieben, noch leben, und sie ist zwar als eine polnische Untergrundaktivistin aus dem kommunistischen Polen gegangen, in Wirklichkeit war sie sie aber nicht mehr. Sie war niemand. Eine Hülle, die neuerfüllt sein wollte.

Sie kam nach Berlin und fand heraus, dass sie eine Jüdin bin. Sie weiss nicht, weshalb sie es entdeckt hat. Noch weniger weiss sie, weshalb sie es erst tat, als sie aus Polen und von ihrer Familie fort war, und warum es ausgerechnet in Deutschland stattfand.

Ein jegliches hat seine Zeit und alles Vorhaben unter dem Himmel hat seine Stunde – heißt es im Kohelet. Es war die Zeit dafür, das verlassene Leben der Mutter auf dem Weg zu finden und intellektuell zu eigenem zu machen, es aus der Verdammnis zu holen und zum Leben zu motivieren.

Seit diesem Moment sind schon zehn Jahre vergangen, die sie für Entdeckung ihrer Wurzeln gebraucht hat. Sie hat viel nachgeholt, obwohl sie weder Hebräisch gelernt noch Israel besucht habe. Sie ist  immer noch nicht bereit, sich mit einer neuen Welt auseinanderzusetzen, weil sie zuerst in ihrer alten Welt Ordnung schaffen muss. Da sie jetzt alles weiss, konnte sie sich endlich von ihren Ängsten befreien. Sie hat sich mit ihrem Körper versöhnt (was für ein Wort? wieso ver-söhnt? Sie ist doch eine Frau, daher hatte sie sich mit ihrem weiblichen Körper… was? Ver­fraut?) Sie fürchtet sich nicht mehr, unbeliebt zu sein. Sie fürchtet nicht, verlassen zu werden. Sie hörte auf, fortdauernd mit Selbstmordgedanken zu jonglieren und seit ein paar Jahren hat sie keinen Freitodversuch mehr unternommen. Vor allem aber hat sie endlich ihre Mutter und damit auch ihr eigenes Leben verstanden.

Zuerst war sie der Mutter böse. Das Judentum wäre ihr Erbe gewesen und sie meinte, sie hätte das Recht, darüber Bescheid zu wissen. Egal was auf sie in ihrem Leben gutes oder schlechtes zugekommen wäre, es wäre doch ihr Erbe gewesen. Sie trauerte um ihr vorenthaltene Kenntnisse und Möglichkeiten, um die ihr so autoritär aufgebürdete Beschränkung ihres Ichs. Und vor allem trauerte sie um ihre verlorene Kindheit, weil sie sie nicht wie ein Kind sondern wie ein Melancholiker erlebt hatte.

Es dauerte eine Weile, bis sie diese Gedanken fallen ließ. Sie nahm allmählich wahr, was ihre Mutter ihr gesagt hatte: es sei ihr gutes Recht gewesen, ihr Leben so zu gestalten, wie es ihr im Jahr 1945 und all die Jahre danach richtig schien.

Sie lebt seit zehn Jahren in Berlin.

Es war für sie eine entdeckungsreiche Zeit. Vor allem aber erschienen ihr zwei ihrer Entdeckungen buchstäblich “lebenswichtig”: Sie ist eine Jüdin und sie ist nicht tod zu kriegen. Es klingt fast so, als ob sie unsterblich wäre. Eine ewige Jüdin.

Chicken Kiev

Es ist ein Post von meinem Freund, Autor, Fotograf und engagierten Mensch aus Berlin, Karsten Hein.
Er hat auch den Blog “Bilder für die Blinde” konzipiert und verwaltet ihn.

Den Post “Chicken Kiev” schrieb Karsten für meinen Blog “QRA”.
Daher geht es in ihm auch ums Essen und einen Kochrezept gibt.
Der zugesandte Text landete jedoch im Spam-Ordner (och, dieser gmx!) und da ich dorthin lange nicht geschaut hatte – ging verloren. Erst jetzt, bei dem Austausch der Neujahrswünschen, kamen wir beide darauf, dass es Mal einen Text gab…

… den ich jetzt präsentiere.

Karsten Hein

Chicken Kiev

Lately I’ve been to Donetsk again. Donetsk is a not-so-pretty city in eastern Ukraine, you might heard of since it was one of the stages of the UEFA Euro 2012 (Trademark). In the world of football, at least in that of Ukrainian football, Donetsk is notorious for being the one Ukrainian city-where-the-Ukrainian-side-always-looses. Its also notorious for suffering from a combined Aids-Tuberculosis-Drug-Addiction epidemic. Thats why I’ve been there, I attended a conference on Aids, tuberculosis and drug addiction. All three of them are problems of the impoverished 99% of Ukrainian society (and in Ukraine you may take the “99%” literally) and consequences of the underlying problem of mass poverty. Conferences on theses subjects always take place in quite expensive hotels (“international standard”), such as the hotel Praga (Prague) in Donetsk:

Foto Karsten Hein

Alas I’m quite frequently attending such conferences. Big problem – many conferences. Many Aids conferences – many expensive hotels, many hotel restaurants, many conference lunches, many opportunities to enjoy “chicken kiev”. Every conference lunch in every damned hotel in Ukraine serves chicken kiev. But why? Chicken kiev means chicken breast filled with butter, fried in oil. Close to tasteless. Do they regard it as the acme of Ukrainian cuisine? But Ukrainian cuisine is manyfold and can be really excellent. Or do they? As far as I can tell, its not their national dish. Or is it? I’ll have to ask them next. Maybe they think that foreigners think it is and thus feel obliged…  Anyway, the recipe:

4 chicken breasts
250 g butter
lemon juice
garlic
salt & pepper

flour, an egg & breadcrumbs for the coating

oil for frying

Mix the butter and the seasoning. Cut a pocket in the chicken breast, stuff in the butter. Bread the filled chicken breasts. Preheat the oven (200°). Fry the chicken breasts in a pan until lightly browned, then bake them in the oven for 20 minutes until they look like croquettes.

(I’m sorry I forgot to take a life picture of my last chicken kiev, so I have to borrow this one from Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Chicken_Kiev_Flickr.jpg
And I must say I hardly could have done it better. It’s so realistic.)

PS of Ewa Maria Slaska: Karsten, thanks for writing about that wonderful eating. It seems I forget it and it was so important! Chicken Kiev it is Polish “dewolaj” – in communistic Poland it was a “must have” dish in any elegant restaurant or hotel. Actually a common symbol of luxury.

Tarot

Ewa Maria Slaska

Początek roku to dobry moment na wróżbę

Byli raz sobie Król i Królowa Monet, i był sobie Paź, też z rodziny Monet. Wszyscy twardo stali na ziemi, dobrze potrafili radzić sobie z rzeczywistością, byli uczciwi, dobrzy i mili, pracowici i odpowiedzialni, i jeszcze na dodatek czuli.

Aż zjawił się Rycerz z siedmioma Mieczami, a razem z nim oszustwo, krętactwo i cwaniactwo.

Królowej zagroziła nędza (5 Monet), choć być może pojawi się i jakaś korzystna oferta  (kiedy? kiedy?) czyli 9 Monet.

Nic się nie da zrobić, trzeba zachować spokój, neutralność, a może nawet złożyć obietnice, których się nie zdoła spełnić – czy może to nie Królowa to robi, lecz ten dziwny nieznajomy w brazowym płaszczu, z dwoma kijami w ręku.

I potem nagle, na zakończenie Wóz, wreszcie Wielkie Arkana. Wóz we wróżbie zwanej Droga musi mieć dobre znaczenie. No i proszę. Przesłanie Wozu brzmi: Nie zwlekaj! Działaj natychmiast!

Ale ponieważ pytanie brzmiało: co mam robić? odpowiedź jest może i autorytatywna, ale nic nie mówi. Bo chociaż tarot świetnie ocenił sytuację Hiobicy, to co ja mam teraz robić? Dobrze, natychmiast. Dobrze, już nie będę zwlekać… Mogę choćby zaraz, ale co?

Co zaś się tyczy ogromnej bibliografii, jaką obrosła kartomancja i symboliczna interpretacja tarota, to wprawdzie posiadłem przyzwoitą znajomość przedmiotu, ale nie sądzę, aby miała ona duży wpływ na moją pracę.
Italo Calvino, Zamek krzyżujących się losów, Warszawa 2000

Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w “Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu “Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Jonasz Kofta

Nic

Ten tekst nie ukazał się nigdy nigdzie i nawet nie wiem, dlaczego go napisałam. Ale może nie muszę wiedzieć, jeśli nie chodzi w nim o nic. Publikuję go w Nowy Rok. Tego dnia podobo powinien przyjść z wizytą mężczyzna i przynieść coś, źle jest natomiast jeśli jest to kobieta i nie przyniesie nic. Ale tekst, nawet o nic, to jednak coś.

Ewa Maria Slaska

Była taka galeria. Stała się legendarna. Została założona i prowadził ją Uwe-Karsten Günther w Lipsku. W r. 2003  w ramach postępującego wywłaszczania obiektów pustych przez inswestycje pełne sposobów na robienie pieniędzy, galerię  wyrzucono z dotychczasowej siedziby. Przeniosła się najpierw do wykonanego w skali 1:1 drewnianego modelu siebie samej, a potem do byłej hali fabrycznej, gdzie zaistniała, jako 12 replik siebie samej w skali 1:10, przy czym każda replika stanowiła  oddzielną przestrzeń wystawienniczą.

Niewątpliwie NIC jest wielką kategorią wystawienniczą. Wielkie muzea dekonstruktywistyczne jak muzeum  żydowskie Daniela Liebeskinda w Berlinie czy muzeum sztuki nowoczesnej w Santiago de Compostela Alvaro Siza Vieira są ważniejsze niż eksponaty, jakie się w nich wystawia, a ich ocena zależy od tego, jaką przestrzeń wystawienniczą stworzyły. I im więcej w niej pustki, tym większe wrażenie robi takie muzeum. Muzea te zwiedzało się już zanim pojawił się w nich pierwszy eksponat.

1986 Ulli Fischer założył pierwszy w Niemczech „laden für nichts” na berlińskim Kreuzbergu. Był to niekomercyjny projekt artystyczny, polegający na tym, że właściciel galerii i artysta wspólnie realizowali wystawy stworzone dla potrzeb przestrzeni jaką był „sklep dla niczego”. Galeria działała 6 lat (20 artystów, 25 wystaw). W roku 1990 grupa wydała katalog niczego.

Pamiętam jak ta galeria powstała. Przez wiele miesięcy przechodziłam obok, zawsze była zamknięta, więc tylko zaglądałam i widziałam, że nadal nic nie ma. Pusta biała przestrzeń. Słowo „laden” oznacza po niemiecku sklep – sklep z niczym. Przyjechałam właśnie z Polski, kraju kartek i kolejek, pojęcie „sklep z niczym” rozumiałam raczej społecznie albo, co gorsza, życiowo i praktycznie, a nie jako projekt artystyczny. Ale już wtedy myślałam, że to fajnie zrobić taki sklep, gdzie nic nie ma. Nic się nie sprzedaje, nic nie kupuje. Nikt nie stoi w kolejce.

Prawdziwym ideałem nie był jednak sklep z niczym, tylko mieszkanie z niczym. Wielokrotnie w życiu się przeprowadzałam, wielokrotnie próbowałam poprzez przeprowadzkę osiągnąć stan nie posiadania niczego. Nic, żadnych mebli, żadnych kufrów. Omne meum mecum porto. Jak ślimak. I jak grana przez Jandę bohaterka filmu „Człowiek z marmuru” Wajdy.

Ale to fikcja. Tak się nie da. Jeden ze współpracowników miał kiedyś powiedzieć Ghandiemu, że dziesiątki ludzi pracują nad tym, żeby on sam mógł nie posiadać nic.

Najbliższe ideału okazały się niektóre mieszkania berlińskie z dawnych czasów, kiedy wszyscy mieszkaliśmy w starych domach i mieliśmy wielkie, tanie mieszkania ze stiukami, piecami i parkietem. Niektórym z nas udawało się mieć puste pokoje. Pokoje, w których nie było nic. Albo malowniczo – tylko fotel. Albo tylko stojak na nuty. Pamiętam dokładnie w czyim mieszkaniu był pokój z fotelem, ale nie pamiętam, kto i w jakim mieszkaniu grał, korzystając ze stojaka na nuty. Może jakaś skrzypaczka.

„Trudno nie wierzyć w nic” zespołu „raz dwa trzy”, płyta, która była początkiem największego oszustwa uczuciowego, jakie mnie w życiu spotkało. Pięknego oszustwa. Trzeba było wiedzieć, że jak coś zaczyna się od NIC to będzie z tego nic.

I jeszcze jakieś coś – Wygraj NIC – takie hasło najnowszej promocji konsumenckiej firmy Unimil. Nie wiem, co to jest „firma konsumencka” (obrony moich praw jako konsumenta?)

Nic może się odnosić do dwoistej natury obrazu fotograficznego, który z jednej strony jest tylko śladem światła na materiale światłoczułym, a z drugiej dowodem istnienia zarejestrowanego momentu. Na przykład tylko wirtualnie i w ogóle obywając się bez papieru. Czy sztuka wideo i instalacje multimedialne w przestrzeni w ogóle istnieją. A jak nie istnieją, to czy oglądamy nic?

Notatka z lektury – Margaret Atwood, „Ślepy zabójca”. Co to jest: biedni to mają, bogaci nie mają, jak zjesz to umrzesz?

Wreszcie oprócz małpek, z których jedna nic nie mówi, duga nie słyszy, a trzecia nie widzi, pojawia się coś, co jest pytaniem o życie.

Zawsze jednak jakieś coś, skoro jest życie to musi być coś, choć istnieje przecież. Ale to tylko projekt studencki: „Cykl debat w ramach niezależnego projektu studenckiego Generacja Nic zamknie rozpoczynająca się dziś o godz. 19.00 w CK Rotunda dyskusja na temat zjawiska trendomanii, yappies, clubbingu. Poruszone zostaną dylematy: studia i kariera czy wyjazdy do Indii i wolontariat? Ślub i rodzina czy młodzi, piękni i samotni? Będzie również mowa o wyznawanych wartościach, celach i planach na życie.”

Ale to nie filozofia, to debata o dwóch odmiennych systemach wartości.

No i jest zupa NIC.

Nic to pojemne pojęcie. W Polsce na pierwszy rzut googlem w temat – indywidualne, w Niemczech – zbiorowe.

Wg niemieckiej Wikipedii w wielu kulturach czarny kojarzy się z NIC. Z kolei jednak czarny kwadrat Malewicza stał się ikoną XX wieku, ale nie jest ikoną niczego.

Tym niemniej Niemcy zajmują się pojęciem NIC, a odsyłacz do tekstu polskiego używa sformułowań Niebyt i Nicość. A to nie to samo.

Natomiast tekst o NIC jest częścią Nonsensopedii, jest głupi i okrutny, a kończy się zdaniem: Alternatywnym sposobem zobaczenia nic jest wydłubanie oczu. Człowiek bez oczu po prostu widzi NIC.

Sama jestem półślepa, a współpracuję z blogiem, który opisuje zdjęcia ludziom, którzy nie widzą NIC:
http://bildbeschreibungen.wordpress.com/hier-konnen-sie-uns-ihre-bildbeschreibung-schicken/

Mam poczucie, że jakiś Polak (na pewno mężczyzna) dla zabawy naigrywa się z tych, którzy widzą nic. Albo tak jak ja – pół nic, a pół coś. Pół nic, a pół coś to w jakimś sensie jednak po prostu coś, ale w końcu ja rzeczywiście widzę tylko pół tego świata, który widzicie wy. Oczywiście mogę zobaczyć i te drugie pół, muszę tylko obrócić głowę. Ale jednak pół świata i pół świata być może nie składa się na cały Wasz świat, tylko na jakiś inny świat. Tak jak sklejenie lewej połowy twarzy z jej lustrzanym odbiciem nie da w sumie naszej twarzy. Albo jak na tych grafikach, na których albo widzimy wazon albo dwa profile, ale NIGDY obu tych obrazów na raz.

Zaczyna się Nowy Rok. To oczywiście nie znaczy NIC. Mimo to bądźcie i bądźmy szczęśliwi. Bo nawet jeśli szczęście to tylko stan ducha i tak naprawdę nie istnieje, to nic. To NIC.

Ach, na ja: “Ich weiß, dass ich nichts weiß.”
No trudno, nie ma rady: “Wiem, że nic nie wiem.”
Sokrates

Nieśmiertelność

Ten tekst lata temu miał się ukazać w „Czasie kultury” w Poznaniu. Jak zwykle nie wiem, czy został opublikowany. W pierwotnej wersji był bardzo długi. Skracałam go wielokrotnie. Ostatnią wersję odesłałam do redaktora dokładnie 12 lat temu, w Sylwestra. Opatrzyłam go następującym przesłaniem: Niech Pan zrobi, co Pan uważa, bo ja już nie mam pomysłu. Z poważaniem. Dziś dopisuję jeszcze życzenia noworoczne – bądźcie szęśliwi, a jak chcecie to i nieśmiertelni.

Ewa Maria Slaska: Zacznijmy od prostego pytania – czy chciałbyś / chciałabyś być nieśmiertelny/a?

Nie. Nie chciałabym być nieśmiertelna. Odpowiedź jasna i prosta.

Rzecz ciekawa. Zadawałam to pytanie różnym ludziom, i otóż… odpowiedź udzielana przez kobiety brzmiała niemal zawsze – nie, przez mężczyzn zaś prawie bez wyjątku – tak.

Przyznaję, że ten aspekt sprawy wcale nie był przedmiotem moich rozważań. Pytałam, żeby zobaczyć, czy ten temat w ogóle ludzi interesuje, a jeśli tak, to jakie jego aspekty. Pod jednym względem nie pomyliłam się. Moim rozmówcom, tak jak i mnie, temat wydawał się interesujący. I to nie jako przenośnia. Więc nie nieśmiertelność duszy, ducha, rodu i rodziny i nie próby ożywiania martwych i tworzenie sztucznych istot żywych lub niby-to-żywych, bo nie chodzi o ożywianie ciała po śmierci, bo nie chodzi w ogóle o ciało, lecz o człowieka.

I o to, że może żyć i nie umierać. Żyć i nie umierać!

Mężczyzna chce żyć i nie umierać. Wie, że kiedyś umrze, bo mu to powiedziano, ale sprzeciwia się temu całą mocą swego męskiego ja. W dyskusji o nieśmiertelności mężczyzna jest jedną wielką niezgodą.

Kobieta też chce żyć, ale wie, że kiedyś umrze i nie sprzeciwia się temu. W dyskusji o nieśmiertelności kobieta jest jedną wielką pokorną zgodą. Często nawet trochę tęskniącą.

Możemy zacząć od Raju. Niby nie zostało to powiedziane otwarcie, ale Raj był przecież obietnicą wiecznego życia… Czyli marzeniem o życiu wiecznym. O wiecznym życiu i wiecznej młodości ciała… Nie sprzeczajmy się tu o to, czy ten mit stworzyli ludzie, czy też naprawdę istniał stworzony przez Boga Raj, bo to nieważne. Ten mit stworzyli mężczyźni.

A zatem nie powinien mnie zaskakiwać wynik mojej domorosłej ankiety. Mężczyźni chcą być nieśmiertelni. Zawsze chcieli. Ciekawe tylko, że już wtedy, gdy powstawał mit, wiedzieli, że kobiety nie chcą być nieśmiertelne.

Teza pierwsza. Raj istniał naprawdę i został stworzony przez Boga. Bóg w Raju stworzył kobietę, która nie chce być nieśmiertelna, i mężczyznę, który koniecznie chce… Bóg tak chciał. Ciekawe dlaczego.

Teza druga. Raj nie istniał. Religię żydowską stworzył Mojżesz, który na początku Wielkiej Księgi zapisał sumeryjską bajkę, przekazaną przez Abrahama, który pochodził z Ur.

Zręby religii żydowskiej powstały podczas czterdziestu lat wędrówki przez pustynię. Wtedy to banda nieposłusznych, niestałych, zdradliwych niewiernych i niewierzących niewolników zmieniła się w karny lud, pełniący dobrowolnie i z niepojętym oddaniem wiekuistą służbę bożą. Mojżesz ustalił wszystkie szczegóły tej służby, ilość gwoździ w belkach, ilość złota na miskę, ilość bisioru, kadzidła, placków jęczmiennych, mięsa, tłuszczu… Żydowska służba boża jest mocno osadzona w życiu, a Numeri – największe dzieło Mojżesza – są niezwykłą książką o społecznej organizacji życia, ogarniającą wszelkie jego aspekty, poczynając od miesiączkowania kobiet i skrofułów mężczyzn, a kończąc na cechach przydanych Jedynemu Bogu. Mojżesz wszystko wiedział, wszystko przewidział, rozłożył życie ludzkie na nierozkładalne dalej atomy i przydał im nazwy i zasady tak proste, że po czterech tysiącach lat można bez wahania ustalić, czy dinozaur jest koszerny i jaki jest stosunek Boga do komputera. Mojżesz zatem wiedział – z obserwacji albo z podszeptu boskiego – że kobiety nie żałują Raju i nie chcą być nieśmiertelne. Był to pewnik mocnej próby, skoro daje się zastosować także w epoce feminizmu, społecznego, intelektualnego i uczuciowego wyzwolenia kobiet, ogólnej liberalizacji oraz uwolnienia religii od przymusu i strachu.

Skąd Mojżesz wiedział, że nie chcę być nieśmiertelna? A jak nie chcę, to nie będę, bo punktem wyjścia do nieśmiertelności jest stan umysłu, w którym trzeba ze wszelkich sił chcieć. A nie można ze wszelkich sił chcieć czegoś, czego się nie chce. Nieśmiertelność jest grą intelektu dla mężczyzn. Grą na życie przeciw śmierci.

Założenie gówne głosi, że umieramy, bo zostaliśmy zaprogramowani na śmierć. Wbudowano nam program samoniszczący, charakterystyczny dla wszystkich organizmów biologicznych, które umierają po spełnieniu funkcji rozrodczych. Ale umieramy też, ponieważ społeczeństwo oczekuje naszej śmierci w momencie, gdy spełniliśmy długofalowe biologiczne funkcje rozrodcze i krótkoterminowe funkcje społeczne. Moment samoczynnego włączenia biologicznego stymulatora samoniszczącego ulegał zmianie. Obecnie w kręgu cywilizacji zachodniej uaktywnia się, gdy nosiciel osiąga wiek czterdziestu lat. Od czterdziestki w każdej chwili możemy umrzeć. Samoczynne włączenie społecznego stymulatora samoniszczącego następuje w wieku emerytalnym.

Stymulator samoniszczący działa jak wirus komputerowy, raz wprowadzony, uruchamia się w określonym momencie, rozprzestrzenia się po całym systemie, niszcząc programy sterujące kolejnych funkcji. W świecie komputerów zapotrzebowanie na ochronę antywirusową zostało zinstytucjonalizowane. Programy antywirusowe – choć nie zawsze spełniają swe funkcje – obejmują całokształt problematyki. W odniesieniu do życia ludzkiego instytucjonalizacja  koncentruje się na biologicznym aspekcie śmiertelności i ogranicza do przedłużania życia poprzez likwidację chorób i urazów. Działanie instytucjonalne nie sięga do poziomu programu życia biologicznego i pomija całkowicie program społeczny.

Osobnik chcący uzyskać nieśmiertelność musi samodzielnie zmienić program sterujący swojego życia, usuwając zeń oba stymulatory samozniszczenia. Musi mieć świadomość tego, co chce uzyskać, musi sobie uświadomić, że jest to jego sprawa prywatna i musi chcieć zrealizować założony cel.

Planując samodzielną nieśmiertelność dobrze zrobimy, jeżeli na początek poprzestaniemy na tysiącletnim żywocie biblijnym. Nieśmiertelności „na zawsze“ w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, natomiast tysiąc lat jest już podatne na pewne przybliżenia. Tysiąc lat to dziesięć razy dłużej niż „najdłuższe życie“. Potraktujmy te symboliczne tysiąc lat nie jako przedłużone / wydłużone życie, lecz jako ograniczoną nieśmiertelność, moduł nieśmiertelności, nieśmiertelność na próbę. Człowiek, który z powodzeniem zrealizuje tysiąc lat nieśmiertelności i nadal będzie CHCIAŁ, może z kolejnych modułów zbudować całą wieczność.

Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie – po co? Po co chcemy być nieśmiertelni? Wydaje się, że odpowiedzi, które uzyskiwałam w mej nieprofesjonalnej, ankiecie wynikały nie tyle z „po co“, ile z „dlaczego“. Męska odpowiedź brzmiała zatem, „tak, chce być nieśmiertelny, bo nie chcę umrzeć“. Ale: po co? Przyduszeni do muru interlokutorzy udzielają zazwyczaj najprostszych odpowiedzi: Ciekawscy chcą zobaczyć, jak rozwinie się świat w przyszłości. Chorzy wierzą, że przyszłość wymyśli kurację dla ich chorób. Sfrustrowani mylą nieśmiertelność z potrzebą trochę większej niż przeciętna ilości czasu na realizację niespełnionych marzeń młodości. Zachłanni i chaotyczni też mylą nieśmiertelność z czasem potrzebnym, bo dokończyć, to co się właśnie robi lub zrobić jeszcze coś ponadto. Stosunkowo rzadko pada odpowiedź egoisty: bo jestem tak wartościowy, że nie powienienem umierać, gdyż byłoby to stratą dla przyszłych pokoleń. W niewypowiedzianym podtekście tej odpowiedzi kryje się żądza wielkości – sławy, kariery, władzy.

W grze o nieśmiertelność żadna z tych odpowiedzi nie gwarantuje choćby jakich takich szans wygranej, nawet ta ostatnia, bo wciąż jeszcze jest za bardzo egoistyczna, a za mało egocentryczna. Jest wystarczająco egoistyczna w swej pysze, natomiast za mało egocentryczna, gdyż uzależnia ową wspaniałą wartość jedynego i niedającego się zastąpić „ja“ od stosunku owego „ja“ ze światem zewnętrznym. A to błąd. Prawdziwe „chcenie“ nieśmiertelności zaczyna się dopiero tam, gdy osoba chcąca skoncentruje się tylko i wyłącznie na sobie. Gdy pominie wszelkie ewentualne korzyści płynące z przedłużenia życia w przyszłość, a skoncentruje się tylko i wyłącznie na potrzebie życia wiecznego. W grze o nieśmiertelność tylko o nią chodzi.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym aspekcie. Mimo wszelkich zastrzeżeń, że sprawa jest poważna, ale zarazem normalna, słowo „nieśmiertelność“ wywołuje pewne bajkowe skojarzenia. Podobne jak inne równie bajkowe. Nagminnie używane w czasach komuny określenie „przed wojną“ albo „na Zachodzie“ zakładało podświadomie, że mówiący zalicza się do ludzi, którym przed wojną lub na Zachodzie powodzić się miało po królewsku. Nikt nie widział siebie przed wojną w roli nędzarza i na Zachodzie w roli bezdomnego. Nieokreśloność tych stwierdzeń była jednoczesną gwarancją osobistego powodzenia. Podobny proces musi automatycznie zachodzić w umysłach osób pytanych o nieśmiertelność. Nikt bowiem nie chce nieśmiertelności, by żyć jako skrofuliczny nędzarz. Akceptacja nieśmiertelności jest zarazem bajkową wiarą w pozytywną i trwałą, wspaniałą odmianę losu.

To kolejny błąd. Tyle błędów, już w założeniu. Tym niemniej istnieje teza, że ktoś jednak tę grę podejmuje i prowadzi. I że dzieje się tak w każdej epoce. Nieśmiertelni, albo przynajmniej ci, którzy o nieśmiertelność grają, są zatem wśród nas. Kusząca jest myśl, że gdzieś, może tuż obok nas, spotyka się dwoje nieśmiertelnych. Albo dwóch.

Jak stali się nieśmiertelni?

Pokonanie stymulatora biologicznego jest w teorii dość proste. Podobno, jeżeli nie będziemy chcieli umrzeć to nie będziemy się też starzeć. Wystarczy chcieć. W kultowej powieści na ten temat, „Panaroma“ Toma Robbinsa, zapobieganie starzeniu się jest jednak bardziej skomplikowane i, choć bohaterowie powieści dochodzą do praktyki w tej materii na drodze instynktownej, autor, żeby ich w ten instynkt wyposażyć, musiał dokonać dogłębnej analizy rozmaitych, stosowanych w różnych kulturach, zwłaszcza azjatyckich, metod zachowywania długowieczności. Jego bohaterowie żyją w zgodzie z czterema żywiołami – powietrza, ognia, wody i ziemi. Powietrze to jogistyczny system oddychania. Ogień to żywiołowy i radosny seks. Element wody zapewniają długie naprzemienne gorące i zimne kąpiele. A ziemią będzie zdrowe, naturalne pożywienie. Dodatkowymi warunkami długowieczności są: radosna akceptacja siebie, świata i swego w nim istnienia, miłość oraz życie bez wyrzutów sumienia. I to najlepiej stosunkowo proste, bo im mniej potrzebujemy, tym mniej frustracji.

Wszystko to znamy, przynajmniej w teorii. Niektórzy z nas coś z tych teorii stosują, ale ponieważ czynimy to albo połowicznie, albo fanatycznie, a nigdy całościowo, i nie prowadzi nas w tym chęć bycia nieśmiertelnym, to też i nie stajemy się przez to nieśmiertelni. Krótko mówiąc, brakuje nam znanego ze szkoły chcenia wewnętrznego, które by skutecznie zablokowało nasz biologiczny stymulator samoniszczący.

Oczywiście, powie ktoś, wszystko to jest dobre tylko do czasu, póki nie zagrozi nam coś z zewnątrz – powódź, lawina, wojna, pożar, morderstwo, wypadek. Być może. Ale – tu wkraczamy już na nieco grząską domenę ezoteryki – podobno, jeżeli naprawdę potrafimy sterować naszym stymulatorem, to nie spotka nas też żadne nieszczęście zewnętrzne. Bo, podobno, nawet nieprzewidywalne przypadki i złowrogie decyzje są w świecie, w którym przypadków nie ma, wywołane naszą podświadomością, która każe nam umrzeć. Nieśmiertelny nie musi być więc nawet specjalnie ostrożny. Tam, gdzie będzie szedł, nie spadnie ani grom z jasnego nieba, ani doniczka z balkonu, ani topór katowski. Jak jest naprawdę, nie wiadomo. Ci, którym przypadek zewnętrzny przeciął życie, nie są już nieśmiertelni i nie ma ich wśród nas. Powieściopisarze twierdzą zresztą, że prędzej czy później, nawet nieśmiertelny znuży się życiem i umrze. Próba nieśmiertelności zawsze więc pozostanie tylko próbą, życiem niewyobrażalnie długim, ale przecież ograniczonym czasowo.

A zatem, kiedy należy wyłączyć stymulator biologiczny? Decyzja jest ważna, bo raz ustaliwszy wiek, będziemy go po prostu mieli na wieki. Odpowiedź jest prosta: zanim się włączy, czyli między trzydziestką a czterdziestką. Trzydziestka wydaje się wiekiem dość sensownym. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat mężczyzna koło trzydziestki był społecznie postrzegany jako człowiek dojrzały, już nie młodzik, ale jeszcze nie starzec. Taki wiek średni powinien się więc sprawdzić i przez następne dwa tysiące lat.

Bardziej skomplikowane, a jednocześnie mniej klarowne są zalecenia, jak zahamować społeczny stymulator samozniszczenia, a ich skuteczność jest zdecydowanie utrudniona przez samo społeczeństwo, które oczekuje naszej śmierci. I to nie tylko wtedy, gdy zdrowa i w sile wieku klasa rządząca obcina chorym i starym pieniądze na renty, zasiłki i pomoc lekarską. To tylko drastyczne przypadki. To przede wszystkim sam system społeczny od dnia naszych urodzin przygotowuje nas na śmierć. Nasza socjalizacja opiera się na przemijaniu. Żyjemy w cywilizacji morbidalnej i nekrofilnej. Kultura i tradycja nie tylko wyrosły na śmierci, nie tylko się nią karmią i żywią, ale jednocześnie oswajają nas z nią, wbudowując do mózgu „chip“ nietrwałości. Wydawałoby się, że społeczeństwa robią to nieświadomie, ale doprawdy dla grających w nieśmiertelność społeczeństwo będzie znacznie gorszym wrogiem niż ich własne ciało. Bo, jak w „Paragrafie 22“ Hellera, wszystko wokół nas sprzysięgło się, żeby nas zabić.

Jak żyją nieśmiertelni?

Po pierwsze w zagrożeniu demaskacją. Przy tym zauważmy, że nieśmiertelność nigdy, jak dotąd, nie została(by) potraktowana poważnie, będąc zawsze tylko herezją, objawem nawiedzenia lub obłędu. W ciężkich, pełnych nieufności czasach demaskacja nieśmiertelności może zatem zaprowadzić na stos lub zgotować inną, adekwatną karę społeczną, w lepszych czasach zaprowadzi do więzienia lub zakładu psychiatrycznego. Żadna religia i żaden system społeczny nie przewidują i nie tolerują nieśmiertelności. Być może w czasach, kiedy, powoli, cywilizacja zachodnia rozwija się ku równouprawnieniu i tolerancji, przynajmniej w teorii umożliwiając ludziom, bez względu na różnice płci, wieku, religii, koloru skóry i światopoglądu, życie bez skrywanych hańbiących tajemnic, kiedy nie trzeba już ukrywać faktu, że jest się kobietą, Żydem, homoseksualistą czy artystą, outing nieśmiertelności jest w tej chwili ostatnią ludzką tajemnicą, która – wydana na światło dzienne – może człowiekowi zagrozić. Oczywiście, być może kiedyś i to się zmieni. Jak dotąd jednak wszystkie uciśnione grupy i mniejszości społeczne wywalczyły swoje prawa dlatego właśnie, że były grupami, a nieśmiertelność jest grą indywidualną. Demaskacja nieśmiertelności przestanie być społecznie groźna dopiero wtedy, gdy stanie się zadaniem grupowym, co musi oznaczać, że społeczeństwo bądź to zgodzi się na zaakceptowanie nieśmiertelnych, bądź nawet samo postanowi się przekształcić w zbiorowość nieśmiertelnych. To jednak na razie bardzo odległa wizja. Niewykluczone zresztą, że kiedyś zostanie wprowadzona w życie, ale póki co, nieśmiertelny jest w swej grze sam przeciwko Bogu i reszcie świata.

Pierwszą konsekwencją zagrożenia demaskacją jest prawdopodobnie konieczność poprzestawania na małym. Oczywiście pisarze, zajmujący się tym tematem, wyposażają swoich bohaterów w życie nadzwyczaj ciekawe, pełne przygód, ucieczek, prześladowań, z których nieśmiertelny jakoś zawsze cudem się wywikła. Chodzi tu bowiem o fikcję literacką, rządzącą się specjalnymi prawami przyciągania uwagi czytelnika, a literacka nieśmiertelność jest ekranem, na który pisarze projektują swą wizję historii i ocenę współczesności. Ale nawet w literaturze nieśmiertelni przechodzą przez Historię na pozycjach nic nie znaczących. Są pionkami i służącymi tych, którzy tworzą Historię. Bo nieśmiertelność to przetrwanie. To wieczna maska. Mimikra. Tom Robbins w swojej powieści widzi to jak najbardziej realistycznie. Jego bohaterowie przez całe swe długie życie produkują perfumy. Wszelkie nadmierne wybijanie się grozi karą. Przetrwają najmniejsi, a nie najsilniejsi.

Już na tym etapie okazuje się, że nawet mężczyźni, którzy rzekomo chcą zostać nieśmiertelni, nie są w stanie sprostać założeniom gry, ponieważ tak naprawdę chodzi im o sławę i władzę, a nie o nieśmiertelność. Cel najwyższy żąda likwidacji wszelkich pomniejszych celów życiowych. Życie przez wieki nie będzie jedną wielką karierą bez końca. Wręcz przeciwnie – aby trwać przez wieki, trzeba będzie w tych dziesięciu, stu czy tysiącu żywotów ludzkich, jakie staną się naszym udziałem, poprzestać na małym. Na trwaniu. Na bytowaniu na uboczu. Nie rzucając się w oczy i nie żądając niczego oprócz wiecznej nagrody głównej. Nic bardziej dramatycznie nie podkreśla różnicy między egoizmem a egocentryzmem niż ta właśnie konstatacja. Mężczyzna, żądny nieśmiertelności, jest trawiony pychą własnego „ja“. Chce i to bardzo mocno. Ale to, czego chce, nie jest nieśmiertelnością, lecz apologią własnego „ja“. Mężczyzna, grający w grę o nieśmiertelność, musi skazać to pełne pychy „ja“ na banicję lub śmierć. Kobieta twierdzi, że nawet tej gry nie zacznie, a mężczyzna być może zacznie i potknie się o własne „ja“.

Założenie poprzestawania na małym będzie trudne. Ktoś, kto świadomie podjął decyzję nieśmiertelności będzie zapewne człowiekiem wybitnym. Już chociażby dlatego, że inaczej nie doszedłby do takiego intelektualnego poziomu rozwoju, który pozwoliłby mu na teoretyczny ogląd własnej decyzji. Jest więc wybitnym egocentrykiem. Jak wybitny egocentryk, przez swą wybitność skazany na imponowanie, a może nawet przewodzenie innym, zdoła się nagle zmienić w pokorną owieczkę? Jak, po to by unikać wrogów i zagrożeń, zdoła pohamować swe ambicje? A jeżeli nawet pohamuje ambicje, to jak pohamuje instynkty? Istnieje teoria psychologiczna głosząca, że ludzie odważni są odważni nie dlatego, że podejmują takie decyzje, tylko dlatego, że inaczej nie mogą. Jednym słowem, jeśli jesteśmy odważni, to dlatego, że nasze „ja“ tak postanowiło, a nasze „ja“ jest silniejsze od nas. Ostatnio potwierdziły to badania czynności mózgu. To on, jak komputer sterujący, podejmuje nasze decyzje, zanim jeszcze my sami je podejmiemy. Pewnie, można powiedzieć, że nasz mózg to my. Ale to jednak niedokładnie to samo. On wie wcześniej czyli reaguje jak układ wegetatywny, wykluczając świadomość z prawdziwego udziału w decyzji.

Wiemy już, że ci, co wybrali nieśmiertelność są skrajnymi egocentrykami, narcystycznie zaprogramowanymi tylko na własne wieczne życie. Są to na pewno mocne osobowości, indywidualności na sporą miarę. Czy można w ogóle przyjąć, że będą w stanie prowadzić życie stróża nocnego? A jeśli tak to, czy po całych eonach godzenia się z losem, jednak się nie wściekną, nie oburzą, nie staną okoniem? Jak szybko i jak automatycznie przejmuje się role przywódcze, bohaterskie, awanturnicze?

Zasadniczo więc człowiek wybierający nieśmiertelność powinien unikać wszelkich wiążących i angażujących sytuacji politycznych i społecznych, bo kryją w sobie niebezpieczeństwo uwikłania. Powinien żyć sam dla siebie. Na początek przyjmijmy, że nieśmiertelny, zgodnie z wybitnymi cechami własnego ja, będzie żył jako samotny filozof. Ale z czego będzie żył? Sprzedaż własnej filozofii, wymiana myśli intelektualnej na dach nad głową, opał, ubranie i chleb, jest już uwikłaniem. Filozof żyjący z filozofii nie spełnia idealnego warunku, jakim jest kompletna izolacja. Może więc zostanie księdzem albo, jeszcze lepiej, mnichem? Ale po pierwsze, zapewne taki wybór opierać się będzie na idealizacji i w rzeczywistości zawód mnicha okaże się równie uwikłany, jak każdy inny, a po drugie – będzie mnichem fałszywym, nie wyznającym naprawdę tego, co powinien. Pokora mnicha ma służyć Bogu, bezpośrednio lub pośrednio, przez pokorną służbę ludziom. Mnich, zorientowany na przeżycie jako nieśmiertelny, pokorny po to, by żyć wiecznie, kiedyś się zdemaskuje. Maska nieśmiertelności, wystarczająco ciężka do noszenia w roli stróża nocnego, mnichowi czy księdzu, żyjącemu w wiecznym kłamstwie, przeżre sumienie na wylot.

Filozof wybierający się w nieśmiertelność dobrze zatem zrobi, jeśli wyuczy się jakiegoś skromnego zawodu, na przykład szewstwa. To profesja wymarzona dla nieśmiertelnych i co najmniej już raz sprawdzona, bo Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz był podobno szewcem. Ale był nim póki nie został skazany na nieśmiertelność i nie poszedł, by iść po wieczne czasy. Czy można jednak spędzić wieczność reperując buty? Tysiąc lat w pochyleniu nad kopytem, przybijając młoteczkiem fleczki… Szewc to piękny zawód. Historia i literatura znają szewców-filozofów, bo pochylenie nad butem daje ogromne szanse tym, którzy lubią myśleć. Rutyna wykonuje pracę, a mózg myśli. Piękna wizja. Może i tak. Ale tysiące lat w pochyleniu… I to w czasach, kiedy już dzisiaj każdy z nas w ciągu normalnego życia wykonuje co najmniej kilka zawodów  i staje się to obowiązującą regułą. A my nic, tylko nad kopytem…

I wszystko w milczeniu, w niemożności rozmowy z kimkolwiek o tym, co nas zżera. Bo każda rozmowa to demaskacja. Nie można porozmawiać z przyjacielem, psychoanalitykiem, księdzem. Nigdy z nikim. Pod groźbą utraty „normalności“ wedle kryteriów obowiązujących w danej społeczności. Jednakże milczenie też grozi utratą normalności i tym razem tej autentycznej.

Równie poważnym mankamentem nieśmiertelności jest samotność. Nieśmiertelny ma właściwie dwa wyjścia. Albo będzie się wiązał z wciąż nowymi partnerami, a ci, siłą rzeczy będą umierać, co kiedyś doprowadzi go do refleksji owej starszej pani, która miała powiedzieć, że czuje się już strasznie stara, bo przeżyła osiem psów. Nieśmiertelny przeżyje dziesięć kobiet. Lub dziesięciu mężczyzn. Nieważne. Na pewno będzie żył dłużej.

Drugim wyjściem jest przysposobienie sobie towarzysza lub towarzyszki nieśmiertelności. I? No właśnie. I… Istnieje teza, że małżeństwo zostało kiedyś uznane za instytucję trwałą, bo ludzie żyli krótko. Większość małżeństw i innych dwuosobowych związków partnerskich nie ma trwałości wystarczającej dla zapewnienia prawdziwej, głębokiej, opartej na zaufaniu wspólnoty na całe życie. Związki albo się kończą znacznie wcześniej, albo trwają formalnie, ale rozsadza je od spodu niewierność fizyczna lub duchowa. Długie życie to, powiedzmy siedemdziesiąt lat. Wystarczająco długie, by nie sprostać wymogom monogamii. Żyjemy w poligamii, symultanicznej albo chronologicznej. Jak więc w tych warunkach można sobie wybrać partnera na nieśmiertelność? Wyobraźmy sobie przez chwilę zbrodnicze myśli nieśmiertelnych, usiłujących po pięciuset latach wspólnego, szczęśliwego pożycia, pozbyć się nagle niechcianego towarzysza wiecznego życia. Wiedzą, że nie umrze sam z siebie. A więc trzeba go zabić. A czy w ogóle można go zabić?

Rzecz jasna, nieśmiertelni nie powinni mieć dzieci. Z jednej strony nie muszą, bo sami są sobie własnym dzieckiem, niosącym w przyszłość genialne geny rodzica (jeżeli nie są genialne, to chyba nie warto walczyć o bycie nieśmiertelnym). Z drugiej strony, nie wiadomo, może w ogóle nie chcą mieć żadnych dzieci. W ogóle nie wiadomo, co z popędem seksualnym… Być może nasz organizm, nastawiony na przetrwanie własne, a nie rodowe, wyłączywszy po długim nieużywaniu popęd rodzicielski, wyłączy zarazem seks… No, ale może nie. Załóżmy jednak, że wszystko zostaje po staremu, i popęd rozrodczy, i seksualny. To i tak dla własnego zdrowia psychicznego lepiej wyrzec się dzieci, bo przeżyjemy je, tak jak przeżyjemy chomiki, koty, psy i kobiety lub mężczyzn.

Fatalnym obciążeniem nieśmiertelności jest problem motywacji. Jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek. Nie bez racji był to zawsze jeden z pierwszych argumentów społecznych przeciw nieśmiertelności. Nazywano go tylko inaczej – sensem śmierci. Dopiero przez śmierć czyli ograniczony czas zyskujemy napęd wewnętrzny, warunkujący rozwój. Indywidualny i społeczny. Jak w ogóle można się zmusić do zrobienia czegokolwiek, jeżeli ma się przed sobą całą wieczność?

I wreszcie pytanie, w co się bawić? Co ma przez wieczność robić umysł, który wymyślił sobie nieśmiertelność? Opisywać ten wciąż od pokoleń zmieniający się na naszych oczach świat, odpowiedzą intelektualiści. Tworzyć jedyne w swoim rodzaju, bo jedyne autentyczne świadectwo tego, jak naprawdę rozwijała się nasza cywilizacja i nasza kultura. I? I co z tym, co zapiszemy? Takie zapiski z tysiąca lat… Spróbujmy sobie wyobrazić, że ktoś próbuje dziś coś takiego opublikować. Wiemy dokładnie – fikcja literacka, taka sama dobra jak ta, którą stworzyły setki innych pisarzy. Jasne, wcale nie taka sama. O niebo lepsza. Bo prawda, a nie fikcja. Bo my jesteśmy nieśmiertelni, a oni napisali fikcję… Stop. Taka myśl łamie od razu dwie, a może nawet trzy żelazne reguły życia nieśmiertelnych. Więc nie ma mowy o opublikowaniu tych zapisów, a właściwie nawet ich prowadzenie jest już niebezpiecznym krokiem w kierunku samodemaskacji… Więc co robić? Czym, na miłość boską, zająć myśli i wolny czas… Jak się nie nudzić sobą i światem?

Zajęciem marginalnym, ale zarazem pewną rozrywką w monotonii życia nieśmiertelnych jest na pewno konieczność znikania w jednym miejscu i osiedlania się w jakimś innym. Nieśmiertelny nie może bowiem spędzić tysiąca lat w tym samym miejscu bez wzbudzania podejrzeń otoczenia. Nieśmiertelny z wyboru dobrze zrobi, jeżeli co trzydzieści lat przeprowadzi się w nowe miejsce, najlepiej zupełnie odmienne od poprzedniego. Jest to uciążliwe, nie tylko z uwagi na ciągłą konieczność przeprowadzek. Nie można zniknąć ot tak sobie, bo policja zacznie człowieka szukać, czasem znajdzie, a to czasem zwielokrotnione przez nieskończoność starczy, by ktoś kiedyś zadał sobie o jedno pytanie za dużo. Więc albo wieczne, regularne symulowanie własnej śmierci i ucieczka, albo uzasadnianie przeprowadzki. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak ją uzasadnić. Czemu właściwie jakiś byle jaki szewc, który nie ma ani ojca, ani matki, ani żony, ani dziatek, nigdzie się nie udziela, dzień w dzień, piątek, świątek i niedziela siedzi w swoim warsztacie i reperuje buty, dlaczego taki facet nagle się przeprowadza? No ale mamy w końcu całą wieczność, by sobie wymyślić jakieś sensowne wyjaśnienia. Zawszeć będzie czym zająć umysł.

W przerwach natomiast należy się poważnie zastanowić nad tym, czy przy próbie nieśmiertelności ciała, nieśmiertelność duszy nadal jest równie ważna, jak wtedy, gdy wiemy, że czeka nas śmierć. Bo czy naprawdę ciało może być nieśmiertelne, tego jako autorka nie wiem, ale, jestem za to głęboko przekonana, że dusza jest nieśmiertelna. I na zakończenie rozważań o nieśmiertelności dzielę się z Czytelnikiem straszną wizją – otóż zaiste uda się nam realizacja nieśmiertelności ciała, a wskutek tego obumrze nam dusza…

Berlin, 1.11.2000 – 31.12.2000

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III

Brückner

Ewa Maria Slaska

GrobBrueckner2 GrobBrueckner3

Rok temu rozpoczęłyśmy we dwie z koleżanką z Zarządu Towarzystwa WIR akcję, nazwaną przez nas roboczo “grób Brücknera”. Napisałyśmy wówczas szereg listów o takiej mniej więcej treści.

Zarząd Towarzystwa WIR zwraca się z prośbą o zajęcie się sprawą grobu profesora Aleksandra Brücknera. Konieczne jest bowiem zarówno przedłużenie statusu grobu honorowego jak też ustalenie, kto dysponuje prawami użytkowania tego grobu.

Aleksander Brückner (ur. 29 stycznia 1856 w Brzeżanach, zm. 24 maja 1939 w Berlinie) był polskim profesorem, filologiem i slawistą, historykiem literatury i kultury polskiej. W Niemczech uważany jest za założyciela slawistyki. Aleksander Brückner był przez 44 lata profesorem slawistyki na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie.

Aleksander Brückner został pochowany na Tempelhofer Parkfriedhof.

W roku 1992 grób Profesora Brücknera został decyzją Senatu Berlina zakwalifikowany jako grób honorowy. Status ten przyznawany jest na 20 lat. W roku 2012 status powinien więc zostać przedłużony. Trzeba napisać pismo w tej sprawie i ważne jest, by z pismem takim wystąpiła jakaś ważna instytucja, kierując je do Kancelarii Senackiej.

Bardzo prosimy, by zechciał Pan w imieniu swojej instytucji wysłać takie pismo.

W piśmie należy podkreślić, że profesor Brückner jest postacią ważną dla państwa polskiego, dla Polonii w Niemczech i w Berlinie, ale także dla niemieckiego środowiska naukowego.

Można też napisać, że Towarzystwo WIR od lat dba o ten grób, składając kwiaty z okazji Święta Zmarłych. Dla Senatu Berlina jest bowiem istotne, że tzw. „Polish Community” pamięta o tym grobie.

Przedłużenie statusu grobu honorowego nie jest bowiem tylko kwestią aktualnych ambicji, lecz koniecznością, która umożliwi podjęcie decyzji, co dalej ma się stać z tym grobem. Cmentarz, na którym znajduje się grób profesora Brücknera, znajduje się bowiem w stanie likwidacji. Już w tej chwili nie odbywają się tu pochówki i stopniowo przenosi się w inne miejsce, bądź niweluje znajdujące się tu groby. Za 15 lat, w roku 2027 cmentarz zostanie całkowicie zlikwidowany. Do tego czasu trzeba ustalić, co stanie się ze wszystkimi istniejącymi tu jeszcze grobami, w tym również z grobem Profesora.

Jeżeli grób otrzyma przedłużony status grobu honorowego, będzie mógł pozostać na aktualnym miejscu aż do całkowitego zamknięcia cmentarza. Niestety w tej chwili nie jest jeszcze wiadomo, jak zostanie zagospodarowany ten teren. Istnieje możliwość, że zostanie przeznaczony na park i wtedy, oczywiście po stosownych negocjacjach w tej sprawie z Senatem i przyszłym użytkownikiem, zaistnieje możliwość, by grób pozostał na tym samym miejscu. Jednak jest to szansa minimalna i należy jak najszybciej zacząć się zastanawiać (znowu – wspólnie z Senatem), gdzie, jak i kiedy należy przenieść ten grób.

Jeżeli natomiast nie zrobi się nic w obu tych sprawach to przy założeniu, że nie ma w Berlinie bliskiej rodziny Profesora, w momencie, gdy prawa użytkowania grobu nie zostaną przedłużone – grób może ulec likwidacji!

1 listopada 2012 roku na blogu QRA
http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/11/Groby-blisko-i-daleko.html ukazał się następujący wpis:

Jest godzina 16. Właśnie wróciłam. Pada, zimno, szaro, listopadowy dzień roboczy w mieście, w którym nie obchodzi się tego święta. Tym bardziej było dla mnie zawsze bardzo ważne, że szłyśmy tego dnia z koleżanką na grób profesora Brücknera.
W tym roku byłam sama, nikt nie mógł ze mną tam dzisiaj pójść.

Byłam sama i gdy wchodziłam na wielki pusty cmentarz po prostu się bałam. Nie duchów, oczywiście, ludzi. Cóż jednak robi towarzystwo choćby drugiej, tak samo jak ja słabej i bezbronnej kobiety. Gdy chodziłyśmy tam we dwie – nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się bać.

Ten cmentarz jest już nieużywany i z roku na rok pustoszeje.

Grób profesora jest coraz bardziej samotny. Do niedawna towarzyszył mu przynajmniej nadal używany cmentarzyk dla psów i kotów, teraz już nawet zwierzaków nie ma.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń jego rodziców i dziadków zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym się całkowicie spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest, był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Możemy….

Za 12 lat cmentarz w ogóle zlikwidują. Od czasu, gdy to wiemy, próbujemy przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się stanie z  grobem profesora za te 12 lat? Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, ale słyszałyśmy czasem, że nie tylko nas to obchodzi i nie tylko my dwie tam chodzimy, bo jeszcze ci czy owi tam bywają.

Nie bywają. Przez rok nikogo tu nie było!
I nikogo nie było dzisiaj. Na grobie leżą porozrzucane ogarki i świeczniki, które zapaliłyśmy z Anią dokładnie rok temu.
I tylko te, żadnych więcej.

W tym roku przyniosłam aniołki. Na świeczkach i do ustawienia. Może one coś zrobią.

Kończy się rok. Aniołki niestety nic nie zdziałały. Zastanawiam się, dlaczego mi tak bardzo zależało na tym, by ktoś się zajął tą sprawą. To tylko grób, kogo to dziś obchodzi? I dlaczego w ogóle obchodzi mnie, skoro sama wcale nie chcę mieć grobu?

***
1 listopada 2013 rozpocząłam akcję na FB. Wtedy nie wiedziałam zresztą, że będzie to akcja. Napisałam rozgoryczona, że nikogo sprawa tego grobu nie obchodzi. Okazuje się, że obchodzi ona wiele osób. Z jednego wpisu zrobiła się wielka akcja społecznościowa, w którą przede wszystkim zaangażowali się dziennikarka Monika Stefanek, poeta Dawid Jung oraz filolog i rekonstruktor zdarzeń historycznych Łukasz Narolski. Dzięki tej akcji już wszyscy wiedzieli, że trzeba się tym zająć. Dziś wiadomo już, że RP nie zapomni i nie zaniedba tej sprawy i że status grobu honorowego Profesora zostanie przedłużony. 14 marca 2014 roku Marszałek Sejmu Bogdan Borusewicz w towarzystwie delegacji polskich parlamentarzystów, członków niemieckiego Bundesratu i Konsula Generalnego RP w Berlinie złożył kwiaty na grobie profesora. Ania i ja byłyśmy przy tym, ja jestem na zdjęciu, Ania to zdjęcie zrobiła.

 

Der wahre Zweck und Aufgabe der Literatur und damit AUCH der Literaturgeschichte ist die BEFREIUNG! Befreiung des menschlichen Geistes von den Fesseln des Alltags, aus einem banalem Dasein, von all den Ketten, die wir mit uns schleppen. / Rzeczywisty sens i zadanie literatury a zatem również historii literatury jest wyzwolenie! Wyzwolenie ludzkiego ducha z pęt codzienności, z banalności życia, ze wszystkich łańcuchów, które za sobą ciągniemy.
Aleksander Brückner

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Auch dieser Text wurde im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB) 2007/2008 veröffentlicht und auch er ist im Internet nicht vorhanden.

Dorota Cygan

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Na, dann iss was, es hat doch keinen Sinn zu hungern, die zwei Würste vorher waren wohl ein Witz und die kleine Suppe auch eher dünn, das bisschen Schokolade und Eis tagsüber brauchst du gar nicht zu zählen, wo kämen wir denn hin, wenn alle ab jetzt nix mehr essen, ach was, Orangenhaut ist erblich und von Rettungsringen sollen die da nicht reden, wenn sie selber Augenringe haben, diese Arbeitsfetischisten und Zeitungsfreaks, selbsternannte Ernährungsberater im hysterischen Krampf auf der Suche nach Themen und  druckreifen Ratschlägen, die sich möglichst in Versform zu geflügelten Worten reimen und dauerhaft einprägen sollten, vergiss sie, iss was, der Abend ist noch lang, es geht nichts über ein Stück Schokolade, geistige Nahrung braucht mal auch eine konkrete Grundlage, allein ist sie bloß Ersatz, nee, stimmt gar nicht, ist nicht die zweite Tafel, der kleine Riegel zählt ja nicht, na dann nimmst du dir gleich alles Wichtige vor, was gestern liegen geblieben ist, ja, den alten Artikel auch, der vorige Woche hätte abgegeben werden können, wenn er nicht so offensichtlich unvollkommen gewesen wäre, machst halt ein paar Striche, hier und da ein Komma, eine treffende Metapher, subtile Pointe, streust ein paar Gedankenblitze und fertig, Magenkrämpfe haben noch keinem beim Schreiben geholfen, kein Wunder, dass du nichts zustande bringst, wenn der Bauch schnalzt und der Darm pfeift, für einen genialen Wurf brauchst du Energie, und wenn sie erst mal da ist, kannst ja gleich die Notizen vom vorigen Jahr suchen, liegen wohl unterm Bett, sicherlich runtergerutscht beim Nickerchen, ja, alles verstaubt sofort, diese Umweltverschmutzung, da waren doch, weißt du noch, ein paar geniale Ideen für drei neue Artikel, könnte man gleich einen ersten Entwurf machen und am Wochenende den Rest, ja vielleicht am besten gleich zwei, wenn man schon in Fahrt ist, dem Prof würden sie sicher gefallen, wenn er sie schwarz auf weiß vor sich hat, so bloß erzählt mag er sie nicht mehr, er sei schon zu alt, meinte er letztens, ja, Geschriebenes hat schon was, beruhigende Buchstabenreihen in klarer Abgrenzung vom Hintergrund, guter Kontrast, Schärfe der Argumentation und disziplinierte Gedankenführung, Ordnung des Gemachten,  fertiggestellte und abgeschlossene Größe, die – in Worte gebannt – nie mehr wachsen, geschweige denn über den Kopf hinauswachsen kann, tote Materie, die sich nicht verselbständigen kann, um in der Nacht herumzuspuken, ja, es hat schon was … wie auch diese Milka mit Joghurt-Füllung, gar nicht schlecht, viel Milch und Fruchtgeschmack, wie damals, als noch keine Diss im Raum stand, als Fahrradfahren und Fußballspielen zur normalen Fitness und die ersten peinlichen Gedichte zur gewöhnlichen Selbstprofilierung  gehörten, ach, eigentlich ist es wie gestern, kein großer Zeitsprung, immer noch derselbe Geschmack und dieselben Pickel, wenn du dich zusammenreißt, sieht man weder den Bauch noch die seichten Stellen im Textgefüge, noch ist alles möglich, jetzt um den Jahreswechsel hast du doch alles Vergangene weit hinter dir zurück gelassen, es holt dich nicht so schnell ein, nimm jetzt den richtigen Anlauf und dann fließen die Gedanken nur so hin, geordnet, gefügig und soooo schön, dass man sich nicht satt sehen kann – die längst überfälligen Sätze, endlich zu Papier gebracht, markieren die Grenze zum Neuen, und hinter dieser Grenze erstreckt sich eine weite Fläche ungeahnter Möglichkeiten, – die Freiheit, alles essen, denken, verbrechen, lieben und hassen zu können, was das Herz begehrt, vor lauter Übermut eine, zwei, drei oder vier weitere Dissertationen zu schreiben, ohne dass das Gefühl eigener Omnipotenz angesichts solch totaler Lebensentwürfe schwächelt, mehr noch –  ich sage dir, du wirst es noch heute schaffen, du wirst noch in dieser Nacht zu schreiben anfangen, du wirst Schriftstellerin, es ist die Geburtsstunde deines Genies. Du wirst es.

P.S. Hiermit schreiben wir einen Wettbewerb aus: Gesucht wird ein würdiges Pseudonym für die werdende Schriftstellerin ohne Werk. Gestiftet wird ein Preis in Höhe von 5 Euro für seriöse Vorschläge. Die Autorin tauscht die Urheberrechte für den vorliegenden Text gegen ein Radio oder eine psychedelische CD, die sie davor bewahrt, in der Stille ihres Arbeitszimmers Texte von solch peinlicher Offenheit zu produzieren, nur um die klirrende Stille der schalldichten Wohnzelle zu übertönen.