Papierowych rycerzy ciąg dalszy…

Po publikacji u nas na blogu tekst “Papierowych rycerzy ciąg dalszy…” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Wiosna 2013)

Zbigniew Milewicz

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…  

Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne… On też wśród nas krążył, w przeciwieństwie do NICH, jak zwykle elegancki, gładko wygolony, z tym swoim charakterystycznym, nonszalanckim  uśmieszkiem dobrego wujaszka. Pozował trochę na premiera Cyrankiewicza, w czym pomagała mu niewątpliwie tęga sylwetka, łysina i celebrowanie wystawnego trybu życia. Zastanawialiśmy się z Ryśkiem, skąd on bierze pieniądze na te drogie kolacje w Cracovii, ale nie wypadało pytać, tym bardziej, że nas czasami zapraszał do swojego samotnego stolika. Przyjmowaliśmy więc, że wzięci dziennikarze tyle w Krakowie zarabiają, że ich stać.

Oczywiście sam nie głodowałem. Miałem w “Żaku”, w studenckiej stołówce,  całodzienne wyżywienie i przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do domu, do Tychów. Wracałem tak zaopatrzony w wałówę, że cały pokój w akademiku miał co jeść. W marcu przypadały moje imieniny, na Śląsku święto mniejszej rangi niż urodziny, ale  mama obiecała, że przyjedzie do Krakowa i poucztujemy razem, w miłym gronie moich przyjaciół. Nie pojechałem więc do domu, ale i czas temu nie sprzyjał.

Z początkiem stycznia 1968 roku w Pradze nowym I sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji został Aleksander Dubczek, rozpoczęła się Praska Wiosna – próba reformy systemu i budowy “socjalizmu z ludzką twarzą”, można powiedzieć zaraźliwa. Wkrótce nad Wisłą pojawiło się hasło: “Cała Polska czeka na swego Dubczeka”. W kraju od dłuższego czasu narastało niezadowolenie z polityki tak popularnego jeszcze niedawno towarzysza “Wiesława” czyli Władysława Gomułki, wyniesionego na stanowisko I sekretarza KC PZPR burzliwą jesienią 1956 r., który wbrew oczekiwaniom bardzo szybko rozpoczął proces odchodzenia od zmian, wywalczonych przez społeczeństwo. Coraz bardziej kulała gospodarka,  coraz mniej można było znowu mówić i pisać, coraz gorliwiej pracowała Służba Bezpieczeństwa, wznowiono walkę z kościołem. Reformatorzy wywodzili się głównie ze środowisk intelektualnych, sfrustrowanych wszechobecną cenzurą, nasilającymi się represjami, ograniczeniami w  kulturze i nauce, wielu miało za sobą partyjny staż. Miara dopełniła się pod koniec stycznia 68 roku, kiedy z afisza Teatru Narodowego w Warszawie zdjęto “Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka, przygotowane dla uczczenia 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, ponieważ władza dopatrzyła się w  inscenizacji akcentów antyradzieckich. Na znak sprzeciwu kolejna grupa partyjnych intelektualistów oddała czerwone legitymacje, w Warszawie i Wrocławiu rozpoczęło się zbieranie podpisów w sprawie przywrócenia “Dziadów”, Kraków w swojej kontestacji na większą skalę dołączył później.

My z Ryśkiem Goszczyńskim weszliśmy do konspiracji chyba pod koniec lutego. Kolega z akademika dał nam ulotkę, z której wynikało, że Janusz Szpotański za napisanie utworów satyrycznych, a głównie opery “Cisi i gęgacze”, wyszydzających panujący w Polsce ustrój i rządzącą ekipę, został skazany na trzy lata więzienia. Na ulotce były urywki wierszy, nazwisko autora nic nam wtedy jeszcze nie mówiło,  ale satyra była trafna i parę lat więzienia za zasłużony śmiech wołały o pomstę do nieba, zgodziliśmy się więc robić za chiński powielacz. Przepisaliśmy z przyjacielem ręcznie po piećdziesiąt razy treść ulotki, na kartkach wyrwanych z brulionów, a później ukradkiem rozłożyliśmy je w pobliskim gmachu AGH i Wyższej Szkole Rolniczej oraz na Plantach, rezygnując z pokusy, żeby i w naszym Collegium Paderevianum co nieco posiać. Tam znali nasze charaktery pisma. Oczywiście trochę baliśmy się, że jakiś  tajniak nas zatrzyma, ale tak się przecież nie stało i następnym razem też poszło gładko. Kiedy relegowano z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera, którzy kierowali studencką opozycją, w stolicy rozpoczęły się wiece protestacyjne, władza użyła siły i zatrzymała kilkudziesięciu uczestników. Donieśli o tym do Krakowa stołeczni emisariusze i trzeba było rozpowszechnić w mieście wiadomości, tym razem z prawdziwego powielacza. Świadomość, że jesteśmy niezbędni w tej robocie, była silniejsza od obawy przed dekonspiracją. Poza tym mieliśmy szybkie nogi, po 23 lata i bezczelną pewność młodości, że komu, jak komu, ale takim dwom mądralom, jak my, nic się złego nie może stać.

Obydwaj z Ryśkiem byliśmy na V roku slawistyki UJ i ten, który krążył po sali znał nas dobrze, mówiliśmy sobie po imieniu. Kiedyś, ale to było wcześniej, przed marcem, nawet waletował w naszym pokoju w akademiku. Miał bezpośredni, gawędziarski styl rodem z “Przygód dobrego wojaka Szwejka”, które zresztą znał na pamięć, można się z niego było zdrowo pośmiać, lubił się napić i chętnie stawiał, w sumie nie pasował do stereotypu konfidenta. Tylko co wtedy robił w  klubie “Żaka”, kiedy wiara przygotowywała się do wiecu i był wyraźny zakaz wpuszczania obcych, w jakim celu przeglądał ulotki, które przygotowane były do rozdania na ulicy? Tego nie wiedziałem. Może – myślałem – zbiera materiały do artykułu, albo przyszedł z ciekawości…

Leszek Mazan, znany krakowski dziennikarz, bo o nim mowa, przyznał się do swoich “Papierowych Rycerzy”, opublikowanych w “Echu Krakowa” 19 marca 1968 r., dopiero 40 lat później. Przechowuję ten egzemplarz dawnej popołudniówki w domowym archiwum, dał mi go ktoś, już nie pamiętam kto, kiedy wyszedłem z Montelupich. Materiał jest anonimowy i zaczyna się właśnie tak: “Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne, pisane ręcznie, lub na maszynie. Ludzie, którym wciśnięto je do rąk, czytali, wzruszali ramionami gestem wyrażającym bądź dezaprobatę, bądź zupełne niezrozumienie, połączone z ironią i ciekawością zakazanego owocu. Ulotki. Było ich dużo. Zredagowane mniej lub bardziej demagogicznie, mniej lub bardziej stylistycznie i ortograficznie, apelujące do jakowegoś poczucia sprawiedliwości dziejowej, nawołujące do solidarności z czymś bliżej nieokreślonym, melodramatyczne i pompatyczne: Ratujcie wasze dzieci! Giniemy! Ulotki. Świstki papieru, który jak wiadomo, wszystko przyjmie. Ulotki, które kłamały, jątrzyły, psuły krew. Kto je pisał? Kto je kolportował? Dziś wiemy już kto.”

Autor wymienia nazwiska zatrzymanych i skazanych w trybie natychmiastowym, głównie studentów krakowskich uczelni, ale jest i dwóch pracowników Państwowego Archiwum: Aleksander Litewka, Maria Kasperska, Michał Wrześniewski, Łukasz Furmanek, Tadeusz Szwedzicki, Karol Herisz, Andrzej Piasecki, Tadeusz Wojciechowski, Stefan Glazer, Zbigniew Milewicz, Ryszard Goszczyński, Andrzej Jania, Bartłomiej Rałowicz, Zbigniew Połoniec, Ireneusz Lisiak, Andrzej Górkiewicz, Wojciech Skulski, Antoni Zawada, Piotr Biela, Danuta Wieczorek, Tadeusz Cesarz, Ireneusz Blicharski… Kary od miesiąca aresztu do dwóch, w kilku przypadkach tylko grzywny. Niektórym ze skazanych przypatruje się wnikliwiej, ubolewa nad ich, niestety, mieszczańskimi albo inteligenckimi korzeniami, nad tym, że rodzic jednego też już należał kiedyś do nielegalnej, wywrotowej organizacji, drugi był adwokatem, a  trzeci tapicerem.

Wpadliśmy z Ryśkiem bardzo głupio. Chodziliśmy po krakowskich akademikach z informacjami, kiedy i gdzie zbieramy się na wiecach, najpierw 11 a później 13 marca i włos nam z głowy nie spadł. Przeżyliśmy szturm milicji na Collegium Novum, w którym użyła pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego (w marcu nosiłem przy sobie, do obrony, na wszelki wypadek, kuchenną sól na oczy, której  nigdy nie sypnąłem, ale było raźniej) i zatrzymała sporo osób, a daliśmy się nabrać na prowokację. 15 marca, z okazji nadchodzących imienin, zaprosiłem Ryśka i paru innych kolegów na piwo do kawiarni w sąsiednim hotelu “Cracovia”. Stawiałem jedną kolejkę, ewentualne następne miały być składkowe. Grzecznie poprzestaliśmy na trzech “żywcach”, ale  napój był moczopędny, przed wyjściem więc skorzystaliśmy z  toalety. Pod lustrem, nad umywalką leżał plik ulotek; myjąc dłonie czytałem tekst o śmierci ciężarnej studentki z UW, Marii Woronieckiej, skatowanej po jednym z warszawskich wieców przez milicję. Na tym zastał mnie Rysiek, a później portier hotelowy, który też zszedł do toalety.
– Co piszą? – zainteresował się cieć.
– Nie przeczytałem jeszcze dokladnie – odparłem wymijająco, bo typ mi się nie podobał.

Zanim wyszliśmy wszyscy z hotelu, minęła chwila, a  smutni już na nas czekali. Ryśka wsadzili do jednej Wołgi, mnie do drugiej i zawieźli najpierw na komendę na Batorego. Stamtąd do prokuratury  na krótkie przesłuchanie, a następnie na Grodzką. Ostatni odcinek obsłużyła zatłoczona, milicyjna Nysa z zakratowanymi oknami; stojąc mogłem sobie popatrzeć przez okno na pogodny, wieczorny Kraków i nagle bardzo zapragnąłem znaleźć się na zewnątrz.  Wszyscy  mieliśmy na rękach kajdanki, nikogo nie znałem, ale zarzuty były podobne. Ryśka przywieźli następnym kursem. Na Grodzkiej urzędowało Kolegium d/s wykroczeń w osobie urzędnika w średnim wieku – zapamiętałem, że miał zmęczoną twarz, szelki i rozchełstaną, białą koszulę – oraz drugiego, który przysypiał. Ten pierwszy siedział nad kartką wyrwaną z kodeksu karnego i stosem różnych karteluszków z odręcznymi zapiskami, które donosili mu milicjanci z konwoju i monotonnym głosem wymieniał kolejne nazwisko zatrzymanego, o co jest obwiniony, po czym wymierzał karę. Wszyscy byli obwinieni z tego samego paragrafu 28 Prawa o wykroczeniach, my z Ryśkiem dostaliśmy po miesiącu aresztu. Za rozpowszechnianie ulotek o wrogiej treści państwowej w hotelu Cracovia.

Prof. Jerzy Eisler*, naukowiec zajmujący się badaniem wydarzeń marcowych, uważa, że informacja o śmierci ciężarnej studentki została najprawdopodobniej sfabrykowana przez MSW. Według oficjalnej propagandy autorami prowokacji byli oczywiście studenccy “komandosi” z grupy kontestatorów, skupionych wokół Adama Michnika. Władzy zależało na ich kompromitacji. >>Można było bowiem przypuszczać – pisze badacz – iż studenci uwierzą w takie bestialstwo milicji. Równocześnie można było liczyć, że prawda wyjdzie na jaw w ciągu 2-3 dni i wówczas okaże się, jak “wiarygodne” są  informacje rozpuszczane przez “komandosów”.<< Nazwisko ofiary brzmiało na ulotkach różnie,  najpierw Barańska, później Baraniecka, do Krakowa dotarła jako Woroniecka. Maria Baraniecka, studentka IV roku Pedagogiki UW, ukazała się cała i zdrowa na ekranach telewizyjnych w sobotę 16 marca, w cotygodniowym programie “Monitor”. PRL-owscy specjaliści w dziedzinie manipulacji osiągnęli swój cel.

Ożyła tego samego dnia, kiedy znalazłem się przez nią w kryminale, ale skąd mogłem o tym wiedzieć. Telewizorów jeszcze wtedy w celach nie było. a prasa kłamała, więc nawet wstyd było się o nią upomnieć. Telewizja zawitała do nas w następnym tygodniu, pod celę przyszedł klawisz i zakomunikował, że Rysiek i ja mamy widzenie, wtedy już siedzieliśmy razem.

– To jest redaktor Mazan – dodał.  – Zgadzacie się?

Przytaknęliśmy, liczyliśmy na to, że po starej znajomości, coś dla nas załatwi. Przywitał nas wyrazami współczucia i zaproponował prosty, męski układ: on przygotowuje materiał o wypadkach marcowych w Krakowie, możemy więc wystąpić przed kamerą, a przy okazji powiedzieć, o co walczymy, jaki jest nasz program, itd. Zapytałem go wtedy, czy nie zatelefonowałby do mnie do domu i tylko przekazał wiadomość, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale nie odpowiedział.

Była okazja, by powiedzieć publicznie, co myślimy o braku wolności słowa w Polsce i brutalności milicji, o potrzebie poprawienia systemu, bo o jego zmianie nikt wtedy nie myślał. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie pamiętam, czy zaraz przyjechał z całą ekipą, czy dopiero na drugi dzień. Wejść mieliśmy kilka, a to udawaliśmy, że rozmawiamy, a to zamykały się za nami jakieś kraty, to znowu szliśmy długim korytarzem z blaszanymi miskami – niektóre ujęcia trzeba było powtarzać, ale  w końcu Mazan uznał, że wystarczy. Czekałem na mikrofon, po zdjęciach miała być fonia.

– My już wiemy, co myślicie i sami dorobimy  komentarz – uśmiechnął się.
– Mógłbyś Leszku zadzwonić do mnie do domu? – ponowiłem dyskretnie prośbę, kiedy zbierał się już do wyjścia i przez chwilę byliśmy sami.
– Muszę zapytać funkcjonariusza, czy mi wolno – odparł oficjalnie i na tyle głośno, że klawisz sam się zainteresował, o co chodzi.

Grypsera, w jakiejkolwiek formie, była jednak zakazana. Mama dowiedziała się, gdzie jestem, kiedy materiał z Monte pokazano w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Można się domyślić, jakim komentarzem był opatrzony. Dwóch wichrzycieli, bez mała współodpowiedzialnych za próbę obalenia ustroju socjalistycznego w Krakowie, zasługiwało na najwyższe potępienie. Nigdy mi później nie odpowiedziała dokładnie na pytanie, jak w pierwszym momencie zareagowała na ten przekaz. Kiedy ochłonęła, zaczęła działać. Poprzez osobiste kontakty, jakże cenne wtedy w Polsce, dotarła do dobrej obrończyni w Krakowie, która zaraz kazała mi zaskarżyć orzeczenie kolegium przed sądem. Później Mama dotarła na uczelnię, która w międzyczasie już zdążyła  mnie skreślić z listy studentów, ale tam w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Przez panią adwokat dostałem jedną paczkę z domu, później drugą, na widzeniach, w czasie których ustalaliśmy linię obrony, szmuglowała dla mnie papierosy; o telefonowaniu z aresztu nie było wtedy zupełnie mowy. Mogliśmy pisać listy do domu i swoich dziewczyn, ale wszystkie listy były oczywiście cenzurowane przez odnośne służby, podobnie jak i odpowiedzi. Można było doczekać się krótkiego widzenia z bliskimi. Mama dwukrotnie do mnie przyszła, za pierwszym razem rozmawialiśmy przez kraty, za drugim przy stoliku, też pod czujnym nadzorem służby więziennej i może dlatego rozmowa się niezbyt kleiła. Obydwoje udawaliśmy za to zadowolonych z życia, na zasadzie, że nic się nie stało.

Najtrudniejsze na Monte były początki. Rygor, ciasnota w celach, otwarte ubikacje, trzeba się było do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni kwaterowano nas z kryminalnymi, ale żaden ze studentów na tym nie ucierpiał. Byliśmy z innej półki i oni to respektowali, a my z kolei staraliśmy się nie pytać: za co siedzisz? Jak nabrali  zaufania, to otwierali się sami. Uczyli nas grypsery, a my im opowiadaliśmy o naszych wiecach, starciach z milicją, profesorach i dziewczynach, tak się nawiązywała komitywa. Kiedy dostaliśmy “swoje” cele, czas zaczął jakby szybciej płynąć. W mojej, poza Ryśkiem, “garowali” Tadzio Szwedzicki, Andrzej Piasecki, Tadzio Wojciechowski i chyba Bartek Rałowicz, ale tego ostatniego nie jestem pewien. Andrzej był uzdolnionym artystą, studiował na PWSM i wspólnie układaliśmy różne śpiewane teksty, na temat naszego losu. Zapamiętałem dwa, dziś dźwięczą mi one trochę naiwnie i sentymentalnie, ale wtedy byliśmy wszyscy dumni  ze wspólnego dzieła.  Jeden napisany został w rytmie tanga “Szkoda twoich łez dziewczyno”, a słowa były następujące:

Siedzimy  tu na Monte Lupich, ja i ty
a z twoich oczu niespokojnych idą skry
i płyną słowa pełne gniewu, pełne skarg
z twych jeszcze wczoraj uśmiechniętych warg
lecz nie bądź taki smutny
nie bądź taki zły
posłuchaj, już nasz klawisz nam otwiera drzwi
więźniowie snują się po celach swych
czekając kiedy wyjdziem z nich

szkoda twoich łez studencie
miesiąc, dwa lub trzy tu będziem
za ulotek treść
proponujących wolność słowa
kopsnij szluga więc
bo tylko to ma tutaj sens

komunały z prasy w skręty zamieniły się
stań na lipku, miej na względzie
siedem kabaryny będzie
gdy piosenki treść
usłyszy czujne ucho śledzia

Drugi, balladowy bardziej, był melodycznie składanką, wziętą między innymi z romansu “Oczy cziornyje”:

Gdzieś na Monte w Grodzie Kraka
tam, gdzie żyli króle
stoi strasznie wielka paka i zaprasza czule
już pensjonat wysprzątany brać studencką czeka
chlebuś świeżo wypalany
margaryny deko

Ej raz, jeszczio raz
jeszczio mnogo, mno raz
ej raz , jeszczio raz
jeszczio mnogo, mnogo raz

Cela mała, ściany blisko
siedzi tutaj studencisko
jeden, drugi, trzeci, czwarty
za to, że był tak uparty

demokracja mu się śniła
konstytucja uwodziła
tą swobodą prasy, radia
za to siedzi dzisiaj tu

ta rara raj raj raj raj ra ra
ta rara rara
ta rara rara
tarara raj raj raj raj ra ra
tarara rara tarara raj

a dziewczyny takie hoże
innych ciałem cieszą swym

ta rara raj raj raj raj ra ra…

Raz próbowaliśmy zaśpiewać tę pierwszą piosenkę na spacerniaku, do którego mieliśmy prawo przez godzinę dziennie, bo nie ma artystów bez publiczności, niestety klawisze nie znali się na sztuce. Jedyną muzyką, którą nam codziennie, po wieczornym raporcie, puszczano przez megafon w celi była “Cisza” na trąbce. Do dziś nie cierpię tego utworu. Parę lat temu, na pogrzebie jednego z moich krewnych, muzyk z zamówionej orkiestry zagrał to nad grobem i musiałem opuścić uroczystość. Inaczej dostałby ode mnie po gębie.

Termin rozprawy rewizyjnej przed krakowskim sądem zbiegał się z zakończeniem aresztu. Mój przyjaciel też złożył odwołanie od orzeczenia kolegium i stanęliśmy razem. W tym samym konwoju jechali także inni studenci, którzy próbowali ratować swoją skórę, a cel był jeden: w razie uniewinnienia można było wrócić na uczelnię, wszyscy bowiem byliśmy relegowani. Dowieziono nas do sądu w cywilnych ubraniach, ale przepisowo skutych. Korytarz przed salą rozpraw był zatłoczony bliskimi i przyjaciółmi aresztantów.

– Trzymaj się, guerra! – usłyszałem znajomy głos.

To był “dziadek” czyli Jurek Kowalski, mój serdeczny druh i największy jajcarz w Krakowie. Od razu zrobiło mi się raźniej. Moja i Ryśka sprawa była któraś tam w kolejce, czas w pomieszczeniu dla aresztantów się dłużył, rozmowy z bliskimi były zakazane, ale wreszcie doczekaliśmy się. Prokurator mówił nawet lepiej od naszej pani adwokat, oskarżenie tonęło w gąszczu różnych czynników łagodzących, sąd nas uniewinnił. Z proceduralnych względów musieliśmy jednak pojechać z powrotem na Montelupich, jeszcze na kilka dni, które pozostawały do końca kary. Na sądowym korytarzu zdążyłem tylko wyściskać moją kochaną mamę Ninę i wtedy żeśmy sobie trochę obydwoje popłakali, już bez pozy.

Po wyjściu na wolność straciłem na jakiś czas Ryśka z oczu, zaszył się w krakowskich, domowych pieleszach u narzeczonej a może już żony Agnieszki, która była naszą koleżanką z roku. Moja Magda mieszkała i studiowała w Warszawie, tęskniłem za nią, ale wcześniej chciałem pojechać do domu, na Śląsk. Rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zacząć od uczelni. Najpierw odbył się jednak uroczysty, choć skromny obiad u Polera, z udziałem pani adwokat i kilku moich przyjaciół, który zafundowała mama Nina. Za zaległe imieniny i z okazji powrotu na wolność. W akademiku poczułem się jak trędowaty. Znajomi unikali wspólnych spotkań, rozmów, w oczach niektórych widziałem lęk. Tylko “dziadek”, Andrzej Rygorowicz i Wiesiek Fiszer, z którymi byłem mocniej zżyty, zachowywali się normalnie. Na uczelni wstępnie niczego nie załatwiłem, obiecali rozpatrzyć moją sprawę, jak uprawomocni się wyrok, mogłem jechać do Tychów.

– Ile cię to wszystko kosztowało? – zapytałem mamę.
– Sprzedałam całe złoto, jakie było w domu – odpowiedziała pogodnie.

Udało mi się skończyć studia, pracę dyplomową obroniłem z lekkim poślizgiem. Można powiedzieć, że wyszedłem z wydarzeń marcowych zaledwie lekko draśnięty. “Komandosom” (nazwa wzięła się z początkowych form ich działalności – pojawiali się nieoczekiwanie na zebraniach partyjnych i organizacji młodzieżowych i zadawali działaczom niewygodne pytania) wymierzano dużo wyższe kary, do 3 lat pozbawienia wolności. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, uznani za inspiratorów wydarzeń, zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w całym kraju do 25 marca 1968 r. zatrzymano 2549 osób; w październiku, według danych Prokuratury Generalnej, była mowa już o 2732 zatrzymanych. Poza środowiskiem inteligenckim represje, choćby pośrednio, odczuły wszystkie warstwy społeczeństwa. Najbliżsi ukaranych otrzymywali nagany w swoich zakładach pracy, byli degradowani lub wyrzucani na bruk – w ramach współodpowiedzialności rodzinnej za popełniony czyn. U mojej mamy, która pracowała w biurze dużego przedsiębiorstwa handlowego, skończyło się na pisemnych wyjaśnieniach, bo zostałem oczyszczony z zarzutów.

Do dziś nie ustalono oficjalnie, czy wśród marcowych manifestantów były ofiary śmiertelne. Nawet, jeżeli dla potrzeb propagandy telewizja znalazła również żywą Marię Woroniecką, studentkę medycyny (dziewczyna nie zgodziła się jednak na wystąpienie przed kamerami, więc przepadła okazja do kolejnego ataku na kontestatorów) , nie znaczy, że marzec nie zebrał swojego tragicznego żniwa. Wiele osób, w tym wybitnych intelektualistów, zmuszonych zostało do pozostawienia swoich domów, bliskich, zrezygnowali z karier i wyemigrowali na Zachód, w tym zwłaszcza wielu Polaków pochodzenia żydowskiego. Prowadzono wówczas tzw. kampanię “antysyjonistyczną”, skierowaną przeciw Izraelowi, ale w rzeczywistości była to często antysemicka czystka. Ile samobójstw wówczas popełniono w Polsce? Pewnie istnieją jakieś dane na ten temat, niezmanipulowane dane…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Autor dziś

Pięć lat temu redaktor Leszek Mazan zgodził się na udzielenie wywiadu swojemu koledze po fachu, redaktorowi Stanisławowi Mancewiczowi z “Gazety Wyborczej”. Okazją była okrągła, 40, rocznica marcowych wydarzeń i fakt, że “Wyborcza” kiedyś dostała w prezencie plik archiwalnych publikacji “Echa Krakowa” na ten temat, w tym “Papierowych Rycerzy”. Na ów materiał natrafiłem dopiero niedawno, ale ponieważ dostrzegłem w nim jedną nieścisłość, muszę się do niego, w trosce o tzw. prawdę historyczną, odnieść, bo zbliża się kolejna, okrągła rocznica marca . Wywiad nosi datę 10.03.2008 i tytuł: “Spowiedź marcowego grzesznika”. Red. Mancewicz cytuje obszerne fragmenty anonimowego paszkwilu, na którym ktoś odręcznie dopisał, że autorem jest Leszek Mazan. W pierwszej rozmowie zaprzeczył temu. W drugiej zmienił zdanie i zwalił winę na Ryszarda Sławeckiego z KW PZPR w Krakowie, który rządził wtedy mediami i dał mu już gotowca, z poleceniem, żeby go opracował do druku. Gdyby się nie zgodził, miałby poważne problemy. Zacytuję ostatnie fragmenty rozmowy:

– Poprawiłem, napisałem, co napisałem, daję słowo honoru, że tekst dostałem do ręki. Zrobiłem z nim tyle, że był drukowalny. Okropne.
– Znał pan ludzi, których pan opisał? To prawie pana rówieśnicy.
– Młodsi. Nie, nie znałem nikogo.
– Może banalne pytanie: co pan czuł, co pan czuje?
– Okrutne pytanie. Czułem się, jak szmata. 40 lat z tym żyję, 40 lat mam zgagę. I wystarczy.

No tak, a znał choćby mnie i Ryśka. Nawet o nas materiał do telewizji nakręcił, ale może o tym zapomniał powiedzieć w wywiadzie, jest w końcu starszy, ma prawo do niepamięci. Przy uporczywej zgadze to się podobno często zdarza. Co do szmaty, to rozumiem, że próbuje ją wyprać, żeby ładniej się prezentowała, ale ona zawsze pozostanie szmatą.


* J. Eisler. Marzec 1968. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 1991

Ni pies, ni wydra…

okladka3Kolejny nasz tekst o wypadkach marcowych sprzed 45 lat.
Viktoria Korb
jest  “uciekinierką marcową”. Swoje przeżycia z tamtych czasów opisała w książce “Ni pies, ni wydra…” (aktualnie dostępna jako audio book wydany przez studio Lissner, Warszawa  2011), która po niemiecku ukazała się pod tytułem: „…kein polnischer Staatsbürger” (Trafo Verlag 2010). Okładkę do niemieckiego wydania wg projektu autorki wykonała Beata Ochmann, zaprzyjaźniona polska  graficzka z Berlina.

Viktoria pisze o tym: mam nadzieję, że dzięki tej okładce dobrze, moim zdaniem, prezentującej „pomieszanie z poplątaniem”, udało  mi się też oddać atmosferę studenckiej rewolty i polityki w Polsce w roku 1968. Nad Polską krążyły bowiem wówczas duchowo gwiazdy Dawida – żółte i niebieskie, symbole żydostwa i Izraela, przydzielone opozycji studenckiej przez polskie władze wrogie Izraelowi, a obok nich gwiazdy czerwone – sześcio- i  pięcioramienne,  reprezentujące komunistyczną władzę, oraz biało-czerwone dla oznaczenia polskich pseudopatriotów zajmujacych pozycje antysemickie. A wszystkie lecą wokół chwiejącego się Pałacu Kultury, niegdyś imienia Stalina, jednego z symboli komuny, której groził  kompletny rozpad z powodu rewolucji w Czechosłowacji i inwazji Paktu Warszawskiego.
Jednak nie chciałam napisać książki śmiertelnie poważnej, lecz pokazać też atmosferę euforii, typowej dla wspólnych działań „rewolucyjnych” oraz zabawowe życie studenckie, którym wstrząsnął nagle terror bezpieki. Na szczęście polskie media pojęły moje intencje i podczas licznych prezentacji w polskiej telewizji często pytano mnie, jak można spojrzeć na te ponure zdarzenia z takim humorem?
Także prasa z zainteresowaniem zaareagowała na moją książkę, stawiajac pod znakiem zapytania standardowe opinie o klasycznym polskim antysemityzmie. Tymczasem media niemieckie ledwie raczyły zwrócić uwagę na niemiecką wersję powieści, a jeżeli, to ciekawiła ona głównie młodych. Trochę rozumiem jednak dystans starszych, bo Niemcom nie wypada krytykować antysemickich wyskoków w Polsce – sami mają gorsze na sumieniu!
Jednak nie powinni przesadzać. Najdziwniej zachował się popularny tygodnik „Stern”,  bo pięć lat temu, w 40 rocznicę Marca, opublikował w obszernej serii „Wie eine Generation die Welt veränderte” (Jak pewne pokolenie zmieniło świat)  artykuly o rozruchach dookoła świata, łącznie z imprezami hippisów w USA, a o Polsce nie bylo nawet wzmianki! Oczywiście czołgi w CSRR są bardziej kuszące medialnie, i słusznie, ale tańczące golasy niekoniecznie są ważniejsze od antysemickiej kampanii, która niemal zakończyła żydowskie życie w Polsce. Jak podkreślił sam „Stern”, w Niemczech chodziło głównie o seks i rock and rolla.
A oto fragment z mej książki, dokumentujący polski luz nawet w koszmarnych momentach:
„Zapukałam i weszłam do pokoju rzecznika z kołaczącym sercem. Dość młody, nieznany mi pracownik naukowy, (…)  wskazał na krzesło po przeciwnej stronie biurka i wyciągnął z szuflady jakiś papier, jak się domyśliłam, list z MSW.
Zagłębił się w lekturze, po czym zapytał z powagą w głosie:
– Przygotowuje się postępowanie dyscyplinarne przeciwko pani. Co pani zrobiła? Czy nawoływała pani do wieców na SGPiS–ie? Organizowała je pani?
– Nikt nie organizował wieców, były  spontanicznie..
– Hm – mruknął profesor. – Ale brała pani udział w wiecach? Jest pani elementem wichrzycielskim?
– Brałam udział w wiecach jak prawie wszyscy studenci. Nie jestem żadnym elementem, naturalnym czy innym, jestem skromną jednostką ludzką.
– Czy zabierała pani głos, wzywała pani studentów do wyjścia na ulicę?
– Nigdy nie zabierałam głosu na wiecach, nie mogłam więc do niczego nawoływać.
– Ale tu pisze, że jest pani wichrzycielem.
Zapadła długa chwila milczenia. Zastanawiałam się właśnie, jak odeprzeć ten ciężki zarzut, gdy rzecznik dodał:
– Pisze tu też, że wyrażała się pani z przekąsem o polityce partii i rządu.
Spojrzeliśmy sobie długo i niepewnie w oczy, po czym nagle ciałem profesora zaczął wstrząsać konwulsyjny śmiech. Delektując się swymi słowami i bijąc się z zachwytu po udach powtarzał raz za razem:
– Wyrażała się z przekąsem… Wyrażała się z przekąsem… ha ha ha!
Jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Zaskoczona w końcu nie wytrzymałam i też zaczęłam chichotać. Śmialiśmy się razem, aż rzecznik zakończył orgię parskania słowami:
– Dziękuję, do widzenia, przesłuchanie jest skończone.
– A co będzie dalej? – zapytałam niepewnie.
– Zakomunikuję swą opinię komisji dyscyplinarnej i decyzja zostanie wywieszona na dziekanacie.”
Niestety ten humorystyczny element mnie nie uratowal, bo wprawdzie dyscyplinarkę mi umorzono, ale jednocześnie zaczęła się seria prześladowań naszej rodziny, która zmusiła nas do emigracji.

Arnold Słucki

Ewa Maria Slaska
Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, a obchodzimy właśnie ich 45 rocznicę, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, być może cytowana w filmie “Dworzec Gdański” Marii Zmarz-Koczanowicz i Teresy Torańskiej, nie wiem, bo film wprawdzie znajduje się w sieci, ale w Niemczech nie można go obejrzeć.  Zresztą nieważne, znam ją, bo była opowiadana “od zawsze”. Wspomina ją między innymi Aleksander Rozenfeld. Józef Prutkowski pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody dworca, tego słynnego dworca, z którego po Marcu 1968 roku wyjeżdżali z Polski wszyscy Żydzi. Jechali wieczornym pociągiem do Wiednia.  Prutkowski zatem… jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś – “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

Na ścianie dworca w 30 lat potem odsłonięto tablicę przypominającą owe odjazdy, z cytatem z Henryka Grynberga:

Plik:Tablica Marzec 1968 Dworzec Gdański.JPG

Wikipedia Commons, autor Boston9

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia “Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: “(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

slucki-grob

Jerzy Ficowski

Dworzec Gdański 1968

pamięci Arnolda Słuckiego

Odjazd Już odjazd
wchodzić Drzwi zamykać
Odjazd na wyspy zatopione
w głąb wyschłych mórz

to tam w komorze serca
wchodzić drzwi zamykać
spotka swą śmierć zaległą
wmiesza się w jej tłum
spóźniony sam jeden

żegnaj Arnoldzie

a on powiewa z okna
naglejącej dali
zrazu chusteczką tylko
a teraz już niebem
w którym chmura się dłuży
nad nami i trwa

i bezpowrotnie zostajemy

z tomiku „Gryps i Errata”, 1982

Stalin

Heute jährt er sich zum 60. Mal. Stalins Tod. Ich schrieb den Text vor vielen Jahren auf Deutsch. Jetzt entstand auch eine polnische Version: STALIN-PL

Ewa Maria Slaska

STALIN

Als Stalin starb, mussten die Kinder im Kindergarten eine Minute lang still stehen. Und das war`s. Ein großer Umbruch in der Nachkriegsgeschichte Europas – von unten gesehen.

Jahre später erzählte mir meine Freundin, dass sie diesen historischen Moment ganz bewusst genießen konnte, weil ihre Großmutter alle Kinder aus der Nachbarschaft um sich versammelt hatte und getrocknete Aprikosen verteilte. Die getrockneten Aprikosen waren in den 50er Jahren eine Rarität und ich stelle mir immer vor, ich hätte Stalins Tod womöglich auch anders empfunden, wenn er mir mit ausgesuchten Delikatessen verherrlicht worden wäre.

Für Herrn Z., den Familienschuster … bah … da muss doch zuerst von dem Schuster Z. erzählt werden, bevor man wieder zu Stalins Tod kommen kann, weil er, der Schuster selbstverständlich und nicht Stalin, eine ganz besondere Persönlichkeit gewesen ist.

Herr Z. war dick, groß, kräftig, wahrhaftig ein Bär, mit überwältigender Baritonstimme. Er beschäftigte sich tagsüber mit prosaischen Schuhreparaturen, wobei er von Haus zu Haus mit seiner Leiste wanderte, abends aber sang er im Chor der Danziger Philharmonie.

Herr Z. war derjenige, der mich mit einem idealistischen Image eines noblen Handwerkers geprägt hatte. Er passte übrigens vollkommen zu meinem allgemeinen Weltbild, ich wusste ja nicht, dass es eine teilweise unüberbrückbare Kluft zwischen der Kunst und der Arbeit und der Wissenschaft besteht. Ich dachte mir, jeder sei fähig, alles zu tun. So war mein Vater ein Schlosser und ein Schiffbauingenieur, Onkel Jan ein Beamter und begabter Schnitzer, Tante Karolina eine Naturwissenschaftlerin und  leidenschaftliche Gärtnerin, sogar meine Mama – Künstlerin bis in die Knochenmark – arbeitete sehr hart an ihren Holzschnitten und musste ganz unbescheidene handwerkliche Talente aufweisen. Das Handwerkliche, das Intellektuelle und das Künstlerische bildeten für mich eine untrennbare Einheit, und Herr Z., der singende Schuster, passte sehr gut zu dieser Vorstellung.

1953 in Gdańsk.

In der Philharmonie übte man gerade die “Neunte” von Ludwig van Beethoven und es entstand unter den Musikern eine schöne Gewohnheit, sich mit den Anfangszeilen des berühmten Finale zu begrüßen.

März.

Vielleicht der 5. März (der große Vater der Nationen starb nämlich am 5. März), aber es ist fraglich, ob der Tod des Josef Vissarjonovitsch der Trauergemeinde der sozialistischen Staaten sofort bekannt gemacht wurde. Es musste paar Tage später sein, garantiert aber noch im März.

Ich stehe eine Minute still in meinem Kindergarten in Wrzeszcz.

Herr Z. steigt in die Straßenbahn. Ein Kollege aus dem Chor steht schon auf der hinteren Plattform. “Freude, schöner Götterfunken!” – schallt die donnernde Stimme des Herrn Z. – “Tochter aus Elysium”. “Wir betreten feuertrunken…” – sollte der Kollege antworten, er kommt aber nicht dazu.

Ein  Herr in einem weißen Trenchcoat stellt sich vor Herrn Z., zieht den Kragen seines Mantels schnell hoch und sofort nach unten zurück (man weiß schon, was es zu bedeuten hat). “Und weshalb freuen Sie sich SO?” – fragt der Mann.
So, in einer Untersuchungshaft der polnischen Staatssicherheit hat Herr Z. erfahren, dass Stalin gestorben ist.
Und ich bekam meine schön geflickten Frühlingsschuhe zwei Wochen später als erwartet.

“Wir haben uns Sorgen gemacht” – grüßte Mama Herrn Z., als er sich endlich wieder blicken ließ. “Ach ja” – erwiderte Herr Z. fröhlich – “bei den Sowjets hätte es mich 15 Jahre gekostet und hier nur die dummen 15 Tage. Es ist so schön, dass wir in Polen sind.”

So kam ich der Geschichte entgegen. Mit Schiller und Beethoven, freundlich und fröhlich. Freude schöner Götterfunke, wie schön, dass wir in Polen sind!

A tu jeszcze cudo – flash mob “Oda do radości”/ Und hier noch ein Wunder – flash mob “Ode an die Freude”

Kommunikationsmittel

Aus den Erzählungen der Persischen Gattin:

Seit einigen Monaten bin ich mit einem echten Perser verheiratet und bin nun die persische Gattin geworden. Erstaunlich, was das Leben manchmal mit sich bringt… In kurzen Erzählungen werde ich verschiedene Aspekte meiner Besuche in Teheran beschreiben. Und damit ich nichts auslasse, unterteile ich meine Geschichten in thematische Kapitel.

Kapitel 1: Kommunikationsmittel

Flugzeug:

Etwa 6 Stunden dauert die Reise nach Teheran, und es gibt nichts außerordentliches daran, außer einer Sache:  kurz vor der Landung am Flughafen Imam Khomeini in Teheran weckt mich nicht die Ansage des Bordpersonals, sondern eine heftige Geräuschkulisse: ein aufdringliches Rascheln verschiedener Stoffe. Ich schaue mich noch verschlafen um, und sehe, dass alle Frauen im Flugzeug von irgendwo ein Schaal oder Halstuch hergezaubert haben, die sie jetzt synchronmassig, wie auf Befehl,  über die meist glänzendschwarze oder blondgefärbte Haare, die an das Fell eines Kamels erinnern, werfen. Mein Mann hält mir mein Halstuch hin und flüstert: es wird Zeit, zieh das an, sonst kommen die Revolutions-Wächter (meist alte Frauen in schwarze Tschadors gehüllt, die über das islamische Moral wachen) und holen dich ab. Obwohl mein Mann sich bemüht, dass es nicht bedrohlich klingt, weiß ich, dass dies keine leeren Worte sind.  Und ab diesem Zeitpunkt ist das violette Halstuch mein ständiger Begleiter. Ehrlich gesagt habe ich nichts gegen das Kopftuch, da die meisten  Hauptstadt-Perserinnen ihre Kopftücher so, wie die großen Stars in Cannes in einem Cabrio, oder zur Goldene-Palme Verleihung tragen, was sehr schick aussieht, wäre da nicht diese kleine Tatsache, dass ich echt schlecht höre. Die Stimmen drängen sich nun kaum durch den Stoff meines Kopftuches und ich fühle mich, als ob ich unterm Wasser wäre.

Bus:

Die Busse sind in Teheran sehr modern und in zwei Abteilungen geteilt. Die Frauenabteilung befindet sich vorne – unmittelbar hinter dem Busfahrer und beträgt etwa ein Fünftel der Busfläche. Die riesige Männerabteilung ist im hinteren Teil. Zwischen den Zonen gibt es eine Stange, die man aus moralischen Gründen nicht überschreiten darf. Der Frauenabteil wird sehr schnell brechend voll. Ich stehe wie eine Sardine in der Dose, zwischen den Perserinnen in schwarzen Tschadors, (die wir intern “Zelte” nennen,) oder der in bunten Mäntelchen, die unbedingt über das Popo reichen und es bedecken müssen, und bunten Kopftüchern. Ich schaue zu meinem Mann rüber, der sich bequem auf einem Sitz gemacht hat und staune, der Männerabteil ist fast leer! Ich muss ganz politisch unkorrekt an die Filme über das Warschauer-Ghetto denken, mit welchen die uns in Polen zur Kommunismus-Zeit in der Schule gefuttert haben. Da standen auch die Juden in den Straßenbahnen, zusammengequetscht und die Deutschen haben sich breit gemacht. Ich nehme mir vor, einen Brief an Ahmadinejad zu schreiben. Ja, ja das ist echt möglich, denn Ahmadinejad hat gesagt, dass jeder ihm einen Brief schreiben darf, wenn er etwas benötigt oder etwas ändern will. Mit den Änderungsvorschlägen da hat sich niemand getraut, aber die Iraner haben ihm durchaus geschrieben, dass sie einen Kühlschrank, oder Teppich, oder Monatsticket brauchen, und viele davon haben diese Sachen tatsächlich gekriegt. Plötzlich – eine Unruhe und Flüstern unter den Frauen, die haben es gecheckt, dass ich Ausländerin bin, schauen mich, wie ein UFO an und flüstern aufgeregt untereinander. Es ist mir etwas peinlich, aber ich kann es ihnen nicht übel nehmen, denn die Touristen sich so selten in Iran blicken lassen, wie Afrikaner in der 80. in Polen: Man sichtet uns Touristen zwar ab und zu auf den Teheraner Straßen, aber wir sind eine Rarität und ein Gesprächsstoff der Extra-Klasse bei dem Abendessen jeder iranischen Familie. Ratz Fatz wird für mich ein Platz frei gemacht und ein Höflichkeitsritual, der ” Tarof”  heißt, beginnt. Das Ganze ist sehr zeitaufwendig  und verläuft nach einem festen Muster, der ungefähr so aussieht: Eine Zelt-Frau erhebt sich und sagt zu mir: bitte liebe Frau, setzen sie sich, bitte, bitte. Daraufhin antworte ich ungefähr so: Ihre Hände sollen nicht weh tun, bleiben Sie doch bitte sitzen. Die Zelt-Frau staunt kurz, dass ich ihr auf Persisch antworte, aber sie sammelt sich schnell und fährt unbeirrt mit dem Tarof fort:  Aber nein, liebe Frau, setzen sie sich doch, ihre Hände sollen Ihnen nicht weh tun, ich würde mich für Sie opfern. Und daraufhin, bin ich gezwungen zu sagen: aber nein, danke schön, ich opfere mich für Sie, Ihre Hände sollen nicht weh tun… Und das ganze wiederholt man drei Mal! Und erst danach darf ich ihren Platz annehmen, sonst wäre ich für sie, wie jemand aus dem Busch, grob und komplett unerzogen.

U-Bahn:

Im Gegensatz zu Bus wird die U-Bahn nicht nach Geschlechtern zweigeteilt. Es gibt zwar zwei Waggons im vorderem und hinterem Teil des Zuges, die nur für Frauen bestimmt sind, aber der Rest ist koedukativ. Das wundert mich tierisch, weil es so unlogisch ist. In dem Bus muss alles nach dem Prophet gehen und in der U-Bahn nicht… hmmm, dann ist der Moral auch zweigeteilt. Ich frage meinen Mann wieso das so ist, der weißt es auch nicht.

Das Auto:

Es ist für die Iraner das beliebteste Kommunikationsmittel. Jeder hat ein Auto, oder strebt danach, eins zu haben. Und wenn man bedenkt, dass in Teheran inoffiziell 17 Millionen Menschen wohnen, kann man sich vorstellen, was auf den Straßen los ist. Stau ist ein normaler Zustand, man fährt Stange in Stange und kann buchstäblich unterwegs Blumen aus den Fenstern pflücken, oder von den Straßenhändler gemütlich gekochtes Rote-Bete oder Nun-Homei (persische Windbeutel) kaufen. Die Regierung kämpft mit dieser Lage und jeden zweiten Tag dürfen bis 18 Uhr nur Autos mit geraden oder ungeraden Zahlen in den Nummernschildern fahren. Trotzdem wegen der Pollution werden die Schulen oft, manchmal auch für eine Woche, zugemacht, damit Kinder zu Hause bleiben und den Smog nicht einatmen müssen. Was die Fahrkultur angeht, hat das mit der uns bekannten nichts zu tun. Man fährt über rot, hupend wie wild, biegt abrupt ab, ohne zu blinken, parkt auf dem Gehweg, laut lachend, wenn die Passanten, schreiend, wie ein verscheuchter Hühnerschar in alle Richtungen weglaufen.

Das Motorrad

Ein Motorrad in Teheran zu besitzen gleicht einem Todesurteil. Selber habe ich gesehen, wie bei einem Motorradunfall eine Zelt-Frau in die Luft flog und gegen den harten Straßen-Asphalt prallte. Die meisten Fahrer sind an ihr vorbeigefahren und nicht mal in diese Richtung geblickt.

Das Fahrrad

Das Fahrrad ist den Perser als Kommunikationsmittel komplett unbekannt. Es gibt zwar in Teheran Fahrradverleihe- schicke Häuschen aus Glas, platziert an den Rändern der größeren Teheraner Straßen,  voll mit ganz modernen, schönen, nagelneuen Fahrrädern – ein Geschenk der Regierung, das komplett in die Hose gegangen ist. Man schaut  sich  die Fahrräder an, bewundert sie, fährt aber nicht damit. Weder mein Mann noch ich haben in Teheran je einen Fahrradfahrer gesichtet.

2irankiwokularach

Nächste Woche erzähle ich, wie ich an exklusiven, persischen, religiösen Festivitäten teilgenommen habe. Zusätzlich kommt der 1. Teil aus den Erzählungen meiner geliebten und glorreichen Schwiegermutter –  Monavar (Monavar, rechts im Bild, daneben ihre Schwester, Yazd, Iran 2013)

O chorobie jeszcze raz

Dorota Cygan

O chorobie jeszcze raz

Nie ma żartów. Trzeba się spieszyć. Zanim przewrotna wiosna wybudzi nas z półsnu i przerwie  czteromiesięczną autorefleksję, doda bodźca ekstrawertycznym ciągotom – i  wylegniemy na skwery lub ulice promieniejąc miłością do ludzi i gotowością do nieustannej komunikacji bez cienia sensu i żenady. Bez zaglądania w głąb siebie.

Nie wylegajmy jeszcze. Przynajmniej na długość tego tekstu. Zerknijmy za siebie – na rozkopane  łóżko, ciepłe jeszcze od grypy, nasycone planami niedalekiej autorealizacji po utęsknionym ustaniu nawałnicy kataru, grzmocie kaszlu i bezradnym deszczu łez z powodu zarzuconych planów arcyważnych zajęć i przemyślanego w każdym szczególe postanowienia natychmiastowej biologiczno-techniczno-mentalnej odnowy.

Zerknijmy do tyłu: Co do nas napisał w 1937 roku Ernst Penzoldt, autor u nas w zasadzie nieznany, choć przypomniany 3 lata temu na polsko-niemieckiej konferencji  historyków medycyny, i to nie z powodów literackich, tylko dla biograficznego epizodu z okresu wojny, kiedy został pomocnikiem w szpitalu wojskowym dla polskich jeńców w Lodzi w 1939 roku a potem przerobił tę biograficzną surówkę na opowiadanie z lazaretu (Zugänge, tekst z 1941 r, wydany w wyd. Suhrkamp w 1947r). Nie o ten tekst tu jednak chodzi. Zerkamy w przeszłość jeszcze trochę dalej.

W roku 1937 w zasłużonym wydawnictwie Samuela Fischera w Berlinie wychodzi „Wdzięczny pacjent” – mała książeczka, którą trudno zaklasyfikować: ni to opowiastka, ni esej, ale przekonujące słowa ludzkiego wymiaru, układane w zachwycające prostotą zdania bez jakiegokolwiek zaostrzenia  propagandowego. Powiedzenie, że rok 1937 to w Niemczech  moment stabilizacji dyktatury, za mało oddaje ducha tego czasu. Jest to moment, w którym różne sprawy już przestały szokować, dziwić i budzić sprzeciw. Dyskomfort, jaki ludzie czują, polega właśnie na tym, że zmieniły się już paradygmaty. Wymiar indywidualny każdej sprawy przeszedł w kolektywny,  niedomagania chorowitych jednostek kojarzone są automatycznie z upadkiem ducha społeczeństwa i upadkiem kultury, to, co chore, deklarowane jest jako leniwe,  a sam pacjent jako dywersant. Człowiek powoli sam postrzega siebie przede wszystkim jako integralną część społeczeństwa i ma obowiązek przeciwdziałać „zarazie bezwoli” tudzież  wszechogarniającej społecznej „degeneracji ducha i ciała”.

Takie właśnie tło społeczne otacza tę jedną małą książeczkę – świadectwo próżnej subiektywności autora i policzek dla apostołów państwowej służby zdrowia, przywracającej nawet ledwo żywych do służby w imię etosu zdrowia dla celów wspólnoty narodowosocjalistycznej. Dlaczego tylko jedna taka książeczka powstała? O tym za chwilę.

Bohater sytuuje się na uboczu społecznej wspólnoty: „Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że dla biegu wydarzeń jestem zupełnie zbędny. Zawieruszyłem się światu.” Zachowanie się wbrew normie zdrowotnej będzie celebrował konsekwentnie przez cale 100 stron. Pokpiwając z ducha czasu: „Kiedy tak człowiek leży wyciągnięty na łóżku, czuje nagle, jak odlegle mu są nogi, a jak bliska twarz. Człowiek ma w miarę wyraziste poczucie, co mu jest najbliższe – to znaczy, gdzie jest ulokowane jego ja, a przynajmniej – gdzie nie jest”. Bliższa jest bohaterowi perspektywa łóżka, bo to ona bardziej sprzyja  refleksji niż kult zdrowych nóg. Postanawia wiec uczcić tę chorobę i przywrócić jej co nieco z utraconego stylu. Z przymrużeniem oka odwraca wartościowanie społeczne, według którego „chory” i „”zdrowy” to epitety klasyfikujące racjonalną przydatność jednostki wobec zbiorowości. Formułuje przewrotny apel do opamiętania się w dążeniu do zdrowia: „Myślę, że dla niektórych ludzi byłoby całkiem zdrowe, gdyby nagle stali się chorzy. Od decyzji bycia chorym powstrzymuje ich jedynie myśl, ze byliby dłuższy czas zdani na swoje własne towarzystwo. Szybko by się oczywiście okazało, czy człowiek ma sobie coś do powiedzenia i jak długo wytrzyma w swojej obecności. Przypuszczalnie niektóre choroby spadają na nas tylko po to, byśmy mieli czas odrobine pomyśleć o sobie, swojej ważności i o świecie w ogóle.”

I choć perspektywa ucieczki od dyscyplinujących zapędów świata zewnętrznego powoli przechodzi w perspektywę uwiezienia, wbrew wszelkim samozwańczym apostołom zdrowia bohater nadal postrzega  w chorobie wyróżnienie, a nawet honor, zewnętrzne instancje kontrolne traktując z łagodną ironią: Rentgen to dlań instrument kontroli sumienia, badanie krwi służy urzędnikom-lekarzom do określenia politycznej orientacji na podstawie stosunku ilości czerwonych krwinek do białych, zaś otwarcie pokrywy czaszki ma wykryć niesubordynowane myśli pacjenta.

Co zatem, jeśli nie kuratela państwa, jest dla bohatera dopuszczalnym  instrumentem kontroli? On sam.  I trzyma się tego, jakkolwiek niełatwa jest refleksja, że zachorował, bo „nie przyznawał się do siebie samego”, bo nie stanął murem tak za sobą, jak i za swoją chorobą. Zdrowiejąc zostawia czytelnikowi jedną refleksję: „Rozumiem, że wiecznie zdrowych otacza chwała. Ale myślę sobie po cichu, że coś ważnego ich omija.”

Takich tekstów powstało w czasach trzydziestych, czasach jedynie słusznego kultu zdrowia … aż  jeden. Czemu nie więcej? Z obawy przed cenzurą? To jedno możliwe wytłumaczenie. Ale może inne, prostsze, jest też prawdziwsze? Takie, że normę zachowania, według której należy być zdrowym, by nie szkodzić wspólnocie, każdy człowiek z osobna przyjął już wtedy za swoją? Pełna internalizacja rygorystycznej normy przez jednostkę  jako forma adaptacji do stresora. Normy racjonalnie oczywiście słusznej, ale przez to generalnie niepodlegającej dyskusji. Czyli nienadającej się tym samym na tworzywo literackie. Normy, którą egzekwowano bez jakiegokolwiek poszanowania praw jednostki przez 12 lat. Przez wyjątkowość tego tekstu na tle innych z tamtego czasu widać ponadczasową prawidłowość, której podlegamy i my, nie zastanawiając się nad tym ani chwili.

Przypomniał mi się ten tekst, kiedy 3 dni temu leżałam na korytarzu izby przyjęć wśród dwóch tuzinów podobnych nieszczęśników z kroplówką nad głową w oczekiwaniu na wyniki badań. I miałam czas na prześledzenie swoich myśli tego dnia, a także zachowań urzędników zdrowia oraz nas samych, ich klientów. Jeszcze mnie zszokowało, gdy lekarz z pogotowia telefonicznego odłożył ze złością słuchawkę, gdy mu zwróciłam uwagę, że bardziej go interesuje system zdrowotny niż objawy mojej choroby. Ale w chwilę później moja niemiecka socjalizacja nakazała mi schować uszy po sobie i uznać, że przyjeżdżanie do mnie pogotowia mogłoby za dużo kosztować ten gościnny kraj. Jeszcze się uśmiechnęłam na uwagę znajomego, że na tej izbie przyjęć  wszystko wygląda jak w Kabulu – tam też pacjenci są przykryci własnymi płaszczami i mają tobołki pod głowami. Jeszcze mnie razi, że oczekujemy od dyżurnych lekarzy, by działali jak automaty nieczujące zmęczenia, choć widać, ze im się ręce i oczy rozchodzą z przeciążenia. „Mają funkcjonować, to w końcu ich praca, za to im płacą” – to tylko jeden  z wielu nieprzyjaznych komentarzy, jakie padały pod ich adresem w tym stłoczeniu. Ale już mnie nie dziwi, że sama siebie zaprogramowałam na funkcjonowanie. A chorobę zredukowałam do czynnika niesprzyjającego funkcjonowaniu. Czyli: należy usunąć błąd w systemie własnego organizmu i działać dalej. W miarę możności próbując nie liczyć, ile to godzin strat: sześć dni razy 10 godzin nieproduktywności równa się 60 godzin dalej od celu …

–  tylko jakiego właściwie … ? Pomyślę o tym, nim ta bezrefleksyjna wiosna porwie nogi w ruch i każe im sprawnie przebierać na większą chwałę pracodawcy.

Teksty o pożytkach płynących z chorowania mają szansę być przeczytane tylko zimą. Był to więc ostatni moment na przeczytanie tego, blogowcu,  – przeczytania jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca w tym mieście.

A może byśmy następnej zimy przełożyli Penzoldta na polski?

I jak tu wejść w te wiosnę? Patrzę sobie na ornamenty kurzu na szafkach obok lóżka, na złogi tłuszczu zawinione przez zimę, na sterty spraw do załatwienia, bezczelne pająki wygrzewające się w pierwszych ostrych promieniach słońca tego roku … i postanawiam, że może jeszcze trochę pochoruję. Może się dowiem, kim jestem. I nauczę stawać za sobą murem.

I kto tu jest bardziej wredny – ta długa zima czy ta nagła  wiosna?

1945

Zofia 1942Wpisem tym chciałabym zachęcić Czytelników do spisywania historii rodziny, która zawsze jest ciekawa, jeśli nie dla nas, to dla następnych pokoleń. Spisujmy te historie, bo potem będzie za późno.

Zofia Slaska, Wspomnienia
fragment wywiadu przeprowadzonego w roku 2009 przez wnuka, Jacka Slaskiego

(…) Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków, jak się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Nas wyrzucano w 1945 roku, i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilijki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie, w dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił, więc pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnością i nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła w obozie na tyfus, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą, przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry ze szkoły klasztornej, w której się uczyłam, dawały mi obiad w menażki – musiałam też przynieść ojcu czyste rzeczy, a odebrać zawszone, wszystko musiałam, i jakoś sobie radziłam. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał nikt z rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista, tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Ale ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć, co się da, i rozprzedać. Był jeszcze wuj Woźniakowski, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie.  I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali panowie z tej instytucji rolnej. Ten pan Grabowski, i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi, na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed tym gmachem po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach, i to chyba ta komisja załatwiła, do której się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu, i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w przyszłym roku szkolnym zdać maturę.

Kruk

Krzysztof Pukański

kruk
                                       Adze

na twoim oknie usiadł kruk
patrzy jak śpisz
złe słowa szepce
i smołę wlewa ci do ucha

mogę cię uratować
ale mogę cię zabić
to nie zależy ode mnie
do końca

cisza

echo myśli odbija się od ścian
tu czas się łuszczy całymi płatami
odkleja od rzeczywistości
nie rozumiem rzeczy
one też nie przyznają się do mnie

bezsenność

sen
co nie przychodzi godzinami
najbardziej upragnionym jest gościem
o siódmej
gdy kciukiem i wskazującym
litościwie zamyka powieki

wyłączony z krwiobiegu
tracę łączność między duchem a ciałem
blednę
coraz bardziej mnie nie ma
coraz bardziej jestem
prezroczysty

wynurzam głowę z szumu informacji
nie pamiętam imienia Boga mego
gonię przelotną myśl
jest szybsza

bezsenności kurwa babilońska
liże tłuste wargi
mlaszcze
wyżerając mi z głowy ragout
wzgardliwie rzuca szmatławe papierosy
wychodzi ze świtem
zastawiając ochłapy

po kamienistym dnie czaszki
z łoskotem toczy się kamień przeznaczenia
gorący wiatr kłębi myśli
rozwiewa półrzeczywiste obrazy
cała sahara na moim języku

na kamienistym dnie czaszki
królowa myje stopy w świątynnej sadzawce
zamglonym okiem widzę jej dom
w kształcie imienia wróżki
jej senne palce kropią mi czoło
wodą zapomnienia

Miasta dla minimalistów. Kopenhaga

Ewa Maria Slaska

Jestem zdania, że miasta należy zwiedzać kiedy indziej. Nie da się generalnie określić kiedy, ale kiedy indziej. Nie wtedy, gdy jadą tam wszyscy. Nie należy więc jeździć do Kassel w trakcie wystawy dOCUMENTA (czego się nie trzymałam), do Norymbergi w czasie adwentu i do Rzymu na intronizację papieża Polaka. Pojechałyśmy z Anią do Kopenhagi późną jesienią ubiegłego roku. Było szaro i zimno. Przez całe przedpołudnie lało. Na przystankach autobusowych leżały jabłka.

Gdy przyjedziesz do jakiegoś miasta poza sezonem, Tivoli będzie w remoncie, flamingi w zoo pochowają sią po kątach, w fontannach nie będzie wody, a rzeźby i rośliny zostały zapakowane w worki lub skrzynie. Ale za to zobaczysz miejsca, które w sezonie zasłonią ci tłumy i kolorowe atrakcje, na przykład den Kongelige Afstøbningssamling nad Öresundem czyli Królewskie zbiory odlewów gipsowych. Jestem pewna, że latem nigdy byśmy tam nie weszły. Weszłyśmy, bo było nam zimno. A to piękne muzeum, edukacyjne, jasne, takie muzea w całej Europie powstawały po to, by biedni mogli zobaczyć cuda sztuki i kultury, ale ekspozycyjnie nader nowoczesne.

Überrachy

Kolejne opowiadanie o paczkach, jakie dostawaliśmy w Polsce podczas stanu wojennego. Autor, Leszek Pękalski, słynny gdański fotografik, nie nadesłał go na konkurs, tylko  na moją prośbę napisał je teraz, zainspirowany tekstami naszych autorów.

Jesienią 1981 roku pojechałem na saksy do RFN. Najpierw przez miesiąc zbierałem winogrona w Rheinpfalzu, a potem wylądowałem we Frankfurcie nad Menem, gdzie moja przyjaciółka, niemiecka fotoreporterka Erika Sulzer-Kleinemeier, załatwiła mi pracę w biurze architektonicznym, w charakterze człowieka do wszystkiego. Sprzątałem piwnicę z zalegających tam gratów, grabiłem w ogrodzie liście na kompost, skuwałem tynki w mansardzie (przy okazji, w zapale, nieco ją nadmiernie zdemolowałem), kserowałem jakieś albumy, no, słowem wszystko. Dostałem pokoik dwa piętra nad biurem, które mieściło się w dużej kamienicy na Westendzie tudzież klucz do biura, żebym mógł korzystać z łazienki i robić sobie śniadania i kolacje. Lunche jadałem wspólnie z całym personelem biura przy dużym stole i muszę przyznać, że traktowany byłem – wtedy dla mnie zaskakujące – jak członek zespołu, a nie jak robol z zapóźnionego kraju.

Jeden z architektów siedzących przy tym stole zachowywał się zwykle dość głośno – ot tak mniej więcej, jak przeciętny Polak wyobraża sobie Prusaka: butny, arogancki, hałaśliwy, niezbyt sympatyczny, blondyn o czerwonej twarzy. Zdarzyło się któregoś wieczoru, że, gdy zszedłem do biura zrobić sobie kolację, ów Niemiec był tam jeszcze, widać kończył jakąś zaległą robotę. Dwóch mężczyzn w dużym, pustym biurze – zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pochodzi ze Świebodzina, przed wojną Schwiebus. Mieszkał tam aż do 1947 roku, kiedy to całej rodzinie kazano się wynosić. Nie pojmuje, dlaczego, bo nigdy nikt z jego rodziny żadnemu Polakowi nie zrobił krzywdy. Wysłuchałem ze współczuciem, powiedziałem, że go rozumiem, bo mojej rodzinie też kazano się wynosić ze Lwowa, ale że on z kolei powinien zaakceptować fakt, iż po tym wszystkim, co zaszło między Polakami i Niemcami podczas ostatniej wojny, woleliśmy zostać we własnym domu sami. Pokiwał głową….

Miałem być w Niemczech do świąt Bożego Narodzenia, ale czułem się zmęczony, tęskniłem do rodziny. Wróciłem 4 grudnia. 13 zaczął się stan wojenny. Do dziś się zastanawiam, co bym był zrobił, gdyby zastało  mnie to we Frankfurcie – pewnie nie byłbym tu, gdzie teraz jestem, ale to już inna historia…

Gdzieś na początku stycznia dostaliśmy paczkę z RFN – „Absender” Winfried Gladis, Braunfels. W środku żywność, jakiś proszek do prania, kosmetyki… Kto to u diabła jest Winfried Gladis?! Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że to ów „Prusak”, z którym raz rozmawiałem późnym wieczorem w pustym biurze we Frankfurcie. Skąd wziął mój adres? Pewnie zostawiłem w biurze, albo skontaktował się z Eriką…

Potem zaczęły przychodzić dalsze paczki – mniej więcej co dwa tygodnie. Czasem żywność, czasem „Haushaltsmittel”, kiedy indziej odzież dziecięca. Widać skądś wiedział, że mamy dwójkę dzieci, wtedy sześciolatka-chłopca i roczną dziewczynkę. Ciuszki były używane, ale w bardzo dobrym stanie i nieskazitelnie czyste. Zawsze też było wśród nich coś zupełnie nowego, prosto ze sklepu i jakieś drobne zabawki dla dzieci. Rozpakowywanie tych przesyłek było świętem, szczególnie dzieci asystowały przy tym pełne emocji. Największym powodzeniem cieszyły się, jak to one nazywały, „überrachy” (Überraschung), czekoladowe jajka z niespodzianką w środku – małą, plastikową zabawką do składania. Dziś można to kupić w każdym nieomal sklepie, wtedy był to ewenement – no i powiew szerokiego świata…

Chcąc się jakoś zrewanżować za te wszystkie dobra, napisałem do Winfrieda, czy jest może coś, w czym mógłbym mu być pożyteczny lub czym mógłbym mu sprawić przyjemność. Odpowiedział, że chętnie przyjąłby jakieś foldery turystyczne lub inne wydawnictwa dotyczące jego „Schwiebus”. Wątpiąc, czy coś takiego w ogóle znajdę, wolałem spakować się – i wybrałem w podróż. Chodziłem po tym Świebodzinie przez bodaj trzy dni i fotografowałem wszystko, co wydało mi się godne uwagi, przede wszystkim oczywiście to, co pamiętało czasy niemieckie. Jako rzetelny dokumentalista uwieczniłem na zdjęciach i to, co piękne, i to, co nie bardzo – m.in. totalnie zdewastowane poniemieckie cmentarze i ogólnie dość smętny, typowo PRL-owski obraz prowincjonalnego miasteczka. Wróciłem do domu, wywołałem materiał, zrobiłem porządne powiększenia, oddałem introligatorowi do oprawy i wysłałem. Poniewczasie sądzę, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym uczciwym obrazem, bo odzew nie był nadmiernie entuzjastyczny – chyba zgoła żaden… No, ale zrobiłem, co było w mojej mocy.

Paczki stopniowo przychodziły coraz rzadziej, ale zawsze piękne i przemyślane – jak się potem okazało, stała za tym żona Winfrieda, Ute. W 1987 roku udało mi się wreszcie wybrać do Niemiec, do mojego brata, który od lata 1981 roku mieszka w Hanowerze. Postanowiliśmy pojechać do Braunfels i rzeczywiście spędziliśmy tam, goszczeni po królewsku, dwa bardzo miłe dni. Ogólnie ciepłej atmosfery nie zepsuł mi nawet fakt, ze w pokoju pana domu wisiała na ścianie wielka mapa Niemiec… z granicami z 1938 roku. No, ja też lubię sobie wyobrażać, że Lwów jest znowu polski, choć absolutnie nie myślę go szablą odbierać…

Potem byłem tam jeszcze raz, a później kontakt się urwał. Stale sobie obiecuję, że napiszę albo zadzwonię, a czas ucieka. Może kiedyś…