Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.

Wojna z Niemcami

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Dwa tygodnie temu moja teściowa Zofia Slaska we wpisie “1945” opowiedziała o tym, jak stała się dorosła, gdy umarła jej matka, przedwczoraj wiersze Romana Brodowskiego zaprowadziły nas w świat 15-letniej dziewczyny zesłanej do obozu pracy na Syberię, a mnie przypomniał się fragment książki mojego Ojca, opowieść o 12-letnim chłopaku, który ściął drzewo.

Dariusz Bogucki, z autobiografii “Śladami życia”

Od początku roku 1939 zagrożenie wojną zaczęło się coraz bardziej uwidaczniać, a latem bardzo się nasiliło. W maju, kiedy miał przemawiać w Sejmie minister Beck, zawieszono w szkole lekcje i zebrano nas w świetlicy, abyśmy mogli wspólnie wysłuchać jego mowy nadawanej przez radio. Podczas wakacji tego lata często chodziliśmy na stację kolejową i obserwowaliśmy przejeżdżające transporty wojska. Był to czas, gdy całe nasze kieszonkowe przeznaczaliśmy na papierosy, które małymi paczuszkami wrzucaliśmy żołnierzom na wagony. Pod koniec sierpnia Mama i babcia Krynicka, która zjechała do nas na wakacje, okleiły wszystkie okna paskami papieru na krzyż, a ja razem z Jackiem wykopałem w otaczającym dom lasku schron przeciwlotniczy, który na razie służył nam do zabawy, czasem jako kryjówka, a czasem okop czy przeszkoda do pokonania w harcerskim biegu patrolowym. Pomimo tych przygotowań żyliśmy spokojnie, tym bardziej, że nie mieliśmy radia, a gazetę kupowało się raz na tydzień.
Tak więc w piątek 1 września, nic jeszcze o wybuchu wojny nie wiedząc, Mama z samego rana pojechała do Pruszkowa, a my po śniadaniu poszliśmy z Babcią do dosyć odległego sklepu. W pewnej chwili na niebie zaroiło się od samolotów, usłyszeliśmy strzały i odległe wybuchy, a potem poczuliśmy wstrząs. Bliski wybuch ogłuszył nas zupełnie, a w powietrzu pojawił się biały gryzący dym. Babcia, wyraźnie przerażona, porwała nas za ręce i biegiem wróciliśmy do domu. W panice zamknęła okna i zaczęła nakładać nam na twarze mokre tampony, myśląc, że biała chmura to gaz, ale to był tylko swąd spalonego ładunku wybuchowego i kurz. Sprawdziliśmy później, że niedaleko nas, spadł na łąkę zestrzelony niemiecki bombowiec, a wyrzucona przez niego tuż przed upadkiem bomba, wybuchła w lasku, leżącym za płotem naszej parceli.

Taki był, zapamiętany przez niespełna dwunastoletniego chłopca, początek wojennego okresu, objawionego strachem przed bombami i dławiącym niepokojem o Mamę, bo nie była z nami, tylko tkwiła w dalekim Pruszkowie. Dla nas wyobrażalną miarą odległości była Warszawa, a dalej to już było tylko nieokreślone “gdzieś tam” i tam utkwiła Mama. Jednak, choć w najbliższym zasięgu nic się nie działo, groza wojny zagarniała nas powoli, docierając odgłosami bombardowania Warszawy i widokiem walk powietrznych, które często mogliśmy obserwować. Natomiast, jak ta wojna w rzeczywistości przebiegała, wiedzieliśmy tylko ze słyszenia, od sąsiadów, którzy mieli radio i od nich dowiedzieliśmy się, że Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. To jednakże było gdzieś daleko, a tu leciały na Warszawę bomby i zaczęły doskwierać braki, bo od pierwszych dni załamało się zaopatrzenie i ustalone formy życia. Szkoła była zamknięta, przestała działać elektryczność, skończyła się nafta i nie było chleba. Jednak Babcia potrafiła jakieś pożywienie zdobywać, jeszcze więc nie odczuwaliśmy głodu, tylko niedostatek.

Po tygodniu wróciła Mama, idąc z Pruszkowa przez Warszawę piechotą. Przyprowadziła kilku znajomych z pracy i przyniosła wiadomości o tym, co się dzieje. Dla dorosłych był to na pewno obraz bardziej przerażający niż dla nas, dzieci, bo choć mieliśmy wyobraźnię rozwiniętą, ale przecież nie znaliśmy tego realnego świata, który w huku bombardowań walił się w gruzy. Przybycie Mamy zmniejszyło jednak poczucie zagrożenia i wprowadziło jakby element ładu do naszego życia. A w ślad za Mamą zaczęli przewijać się przez nasz dom znajomi czy nawet obcy, uciekinierzy czy ewakuowani przed nadchodzącymi Niemcami. Każdy zostawiał jakieś wiadomości, które pogłębiały poczucie chaosu i zagrożenia, spotęgowane wieścią, że wojska sowieckie wkroczyły do Polski i bijemy się na dwa fronty. Wszystko to brzmiało strasznie, ale było jakby abstrakcyjne, zaś najbardziej przeraziła nas opowieść Wuja Jasia Krynickiego, który zajrzał do nas, aby chwilę wytchnąć. Szedł z brygadą remontową, piechotą od Torunia, przed cofającymi się polskimi oddziałami, cały czas naprawiając, niekiedy pod ostrzałem, linie kolejowe niszczone bombami Niemców. To już była relacja bezpośrednia od kogoś kto w tym koszmarze brał udział.

Dzień wkroczenia Niemców zapowiadał się taki sam jak poprzednie, dostaliśmy już swoją poranną porcję placków kartoflanych, smażonych na suchej patelni, bo chleba ani tłuszczy od dawna już nie było, i siedząc na ganku przed domem słuchaliśmy dalekiej kanonady artyleryjskiej, która od kilku dni do nas docierała, świadcząc, że front się zbliżył. I wtedy, w ten stan bezruchu jakby, kiedy wszystkie zmysły nastawione były na słuchanie, wtargnęli Niemcy. Zaroiło się wokół od groźnych postaci w hełmach i szarozielonych mundurach, z wycelowanymi w nas karabinami. Zamarliśmy i dopiero po chwili Mama powiedziała do nich parę słów po niemiecku, na co opuścili broń, zawrócili ku drodze i odeszli. A zanim zdążyliśmy ochłonąć, ulica wypełniła się wojskiem. Szła piechota, ciężko toczyły się działa i jeden za drugim sunęły wielkie ciężarowe samochody. Pod wieczór ten wojenny walec zatrzymał się, Niemcy zajęli szkołę i okoliczne domy, ale nas zostawiono w spokoju.

I tak, mimochodem jakby, znaleźliśmy się w łapach okupacji niemieckiej. Wprawdzie gdzieś niedaleko nas wojna trwała nadal, jednak myśmy tu na miejscu, już ją przegrali. Wciąż słyszeliśmy artyleryjską kanonadę i ciężkie wybuchy bomb od strony Warszawy, i to znaczyło że miasto się broni. A kiedy te odgłosy po kilku dniach ustały, wiedzieliśmy – Warszawa padła. Potem dotarła do nas wiadomość, że działania wojenne się skończyły i że teraz nasze wyzwolenie zależy tylko od Francji i Anglii, ale o tym co się tam dzieje żadne wiadomości do nas nie docierały. O bliższym nam świecie dowiadywaliśmy się z ust do ust, bo ani prasa ani radio nie działały. Tym sposobem dotarło do nas, że Warszawa jest bardzo zniszczona, ale można się dostać za Wisłę, bo Niemcy uruchomili most pontonowy. Sulejówek stopniowo pustoszał. Odeszli najpierw przyprowadzeni przez Mamę znajomi, a potem Ona sama wyruszyła do Pruszkowa, bo tu na miejscu żadnej pracy by nie znalazła. I tak jak w pierwszych dniach wojny, zostały dwie stare kobiety i trzech chłopaków.

Byłem najstarszy, więc siłą rzeczy, ile mogłem i potrafiłem, pomagałem Babci w zdobywaniu pożywienia i opału. Przede wszystkim zbierałem informacje, gdzie można coś kupić i pomagałem dźwigać. Oczywiście w żywność można się było zaopatrywać tylko bezpośrednio “u chłopa”, tworzyły się więc małe grupki sąsiadów i ruszaliśmy gromadnie na wieś, skąd przynosiło się ziemniaki i warzywa, a czasem nawet jajka czy kurę.  Zbierałem też po domu i sąsiadach resztki stearyny i robiłem z tego nowe świece, bo elektryczności i nafty do lamp wciąż brakowało. No i zaopatrywałem dom w drewno na opał.

Ściągałem z okolicznych lasków suche gałęzie i wyrywane z ziemi korzenie, a nawet całe kłody czy pniaki. Co było za grube, żeby można było przenieść, ciąłem piłką stolarską lub rąbałem siekierą na miejscu, a młodsi bracia ściągali to pod dom. Część szła od razu na opał, ale rosła też duża sterta zapasu na zimę. Kiedy okoliczne laski oczyściłem, ściąłem jedna po drugiej dwie dorodne sosny, rosnące tuż pod domem. Wybrałem je, bo zasłaniały światło w oknie naszego pokoju. Nie miałem dużo siły ani odpowiednich narzędzi, więc położenie jednego drzewa zajmowało mi cały dzień, a potem wiele dni rąbałem i piłowałem, aby wszystko mogło służyć na opał. Babcia Krynicka patrzyła na to co robię z troską, ale widocznie uznała moją działalność za konieczną, bo nie protestowała.

Nie wiem, czy starczyłoby tego drewna na całą zimę, bo pod koniec października przyszedł sołtys i powiedział żebyśmy sobie szukali mieszkania gdzie indziej, bo Niemcy zajmują tą część Sulejówka i wszyscy Polacy mają się wynosić. Babcia Krynicka, która do tego momentu działała sprawnie i skutecznie, wyraźnie załamała się w bezsilnej bezradności, a ciocia Bronia, od początku wojny jakby otumaniona, teraz zapadła się w całkowite, bezradne otępienie. Na szczęście zanim nadszedł zapowiedziany dzień wysiedlenia, wróciła Mama z wiadomością, że dostała mieszkanie w Pruszkowie i że się tam zaraz przenosimy.

Mama wynajęła na wsi dwie furmanki, załadowaliśmy na nie cały nasz dobytek z meblami i pościelą i ruszyliśmy. Po drodze, kiedy już pod wieczór czekaliśmy w kolejce furmanek i samochodów na przejazd mostem pontonowym, z jadącej z tyłu furmanki złodzieje ukradli nam tobół z lepszą pościelą, ale była to jedyna strata poniesiona w tej podróży. Przenocowaliśmy w Warszawie u Karpińskich i następnego dnia, pobieżnie odgruzowanymi po bombardowaniach i oblężeniu  ulicami, wśród ruin zniszczonych domów, pojechaliśmy do Pruszkowa.

Cała książka: Wydawnictwo Bernardinum (seria Poznaj Świat), Pelplin 2009 ISBN 978-83-7380-741-9

Szaleństwo Szamana (reblog)

swiatynia-krzyku

Autor, Sigil od Scream, odezwał się na tym blogu komentując wiersze Krzysztofa Pukańskiego. Oczywiście – zawsze się tak robi – zajrzałam z kolei ja na jego stronę i znalazłam tajemnicze wiersze tajemniczego poety. Wczoraj była tu u nas poezja “prosto od serca”, dziś proponuję w charakterze reblogu wiersz z mrocznych głębin:

Sigil of Scream
Szaleństwo Szamana

Matko-Chmuro
Czy pamiętasz?
– Nocą jadłem mięso twoje –
Tam, na Szklanej Górze, cmentarz
Był mym dziecinnym pokojem.

Ojcze-Gromie,
Ojcze-Ptaku,
– Zdarłeś z żeber moją skórę –
Trzydzieści kamiennych haków
Otacza mnie dzisiaj murem.

Babko-Czaszko
Wyszczerzona,
Zębami bielejesz w mroku.
Z twego kościstego łona
Czerpię garść klątw i uroków.

Dziadku-Głazie
Od krwi rudy,
Co nie widzisz – jednak słuchasz.
Na twym grzbiecie, palcem chudym
Wydrapuję glify ducha.

Słów mych córki,
Żono-Rzeko
Ciemny deszczu, zimny grobie
Śpiewam wam dzisiaj dlatego,
Że nic nie wiem już o sobie.

Pamięć moją mchy porosły,
Ciotka-Zamieć ją porwała.
W moim domu rosną osty,
Duch się włóczy gdzieś, bez ciała.

Chichocze, wiatr chwyta w ręce,
Piachem miota w strony obie…
Czym ja snem, czy potępieńcem?
Nic już nie wiem,
Nic o sobie…

28 stycznia 2013

Syberia

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Ten temat był już u nas na blogu i na pewno będzie jeszcze wielokrotnie powracać.

Po publikacji u nas na blogu tekst “Cioteczka Lidzia” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Lato 2013)

Roman Brodowski
Cioteczka Lidzia

Kiedy przed wielu laty, pewnego letniego popołudnia 1975 roku, odwiedziła moją rodzinę nieznana mi dotąd Cioteczka Lidzia, mój dotychczasowy świat, świat zbudowany na tzw. fundamencie faktów historycznych oraz prawd ideowych, jakie otrzymałem w procesie kształcenia, runął jak przysłowiowy domek z kart.

Kim była Cioteczka Lidzia? Dlaczego jej wcześniej nie widziałem? Dlaczego ojciec mój nigdy nikomu o niej nie opowiadał?

Odpowiedzi na te jak i wiele innych a dotyczących jego przeszłości pytań zabrał na zawsze ze sobą w drogę ku niebiosom. Wiem, że była jego przyjaciółką, towarzyszką dziecięcych zabaw, ukochaną kuzynką, pierwszym obiektem miłosnych westchnień.

Niestety, wojenna zawierucha rozdzieliła oboje na wiele, wiele lat. Rozstali sie bowiem w okresie beztroskiego dzieciństwa, by ponownie się spotkać, gdy ich życie zaczęło nabierać barw wczesnojesiennych, a ich zegar biologiczny dawno przekroczywszy półmetek odmierzał czas szybciej i szybciej, przybliżając się do coraz mniej odległej granicy przemijania.

Na ich drodze zabrakło niestety najpiękniejszego z okresów, a mianowicie lata.

Sytuacja i miejsce, w jakim się znaleźli nie pozwoliły im cieszyć się owocami dorastania, nie pozwoliły na pierwsze miłosne uniesienia i rozterki, na niczym nie zakłócane kształtowanie się ich osobowości czy światopoglądu, na ukończenie wybranych szkół, na postrzeganie rzeczywistości poprzez pryzmat różowych jeszcze szkiełek, na marzenia.

Zamiast tego rzuceni zostali na wezbrane wody bezlitosnej, krwawej historii.

Ich pokolenie uwikłane w największy spektakl zbrodniczego teatru ery nowożytnej,  wyreżyserowanego przez fanatycznych zbrodniarzy jakimi byli Hitler i Stalin, zmuszone było do walki, o przetrwanie, o chleb, o godność człowieka, o wolność.

Na początku 1940 roku, na mocy dekretu Stalina, okupująca nasze ziemie wschodnie, Armia Czerwona, a ściślej mówiąc NKWD rozpoczęła czystki etniczne i wysiedlania. Tysiące Polaków wymordowano lub zesłano na wieloletnią tułaczkę w głąb Związku Radzieckiego, do Kraju Krasnojarskiego, do Komi, na Ziemię Irkucką, do Omska, Kraju Ałtajskiego czy też do Kazachstanu, nie wspominając znanej i znienawidzonej Kołymy.

Wszędzie, gdzie w niewolniczej pracy, z głodu, z wyczerpania, zimna oraz chorób umierali zesłańcy, w każdym zakątku Syberii można było spotkać naszych rodaków. Także członków mojej rodziny, także niespełna piętnastoletnią Ciocię Lidzię wraz z matką i bratem (ktòry nie przeżył zesłania).

Do kraju powróciła (wraz z mężem, którego poznała na Dalekim Wschodzie, oraz małą córeczką) w 1961 roku. Jako repatriantka otrzymała mały domek na ziemiach odzyskanych (niedaleko Brzegu Dolnego) tuż nad Odrą, gdzie spędziła resztę swojego życia, z dala od mrozu, poniewierki, oraz nieludzkiego traktowania.

Przy każdym spotkaniu ze mną wspominała o tym co nigdy nie powinno było się wydarzyć w człowieczej, bogowiernej rzeczywistości. Wspomnienia te utrwaliłem w wierszach.

Ojca mojego Niemcy wysłali do pracy przymusowej w kopalni soli w Salzburgu w 1942 roku, w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny oraz oczyszczania terenów z „grup bandyckich“ czyli polskich partyzantów.

Nawet nie próbuję sobie wyobrazić tego, co musiał przeżywać ten (wòwczas) niespełna szesnastoletni chłopiec. Z dala od najbliższych, w obcym wrogim kraju, zmuszony do wykonywania najcięższych prac, poniżany i bity.

Wiem jedno, że trauma spowodowana przeżyciami tamtych dni pozostała w nim do śmierci. Był zamknięty w sobie, nieufny, szukał wewnętrznego wyzwolenia, ale był jednocześnie dobry, troskliwy i opiekuńczy. Tak go można opisać w kilku słowach. Chociaż nie potrafił tego okazać, wiedziałem, że w jego sercu zawsze było miejsce na miłość.

Na początku 1945 roku, kiedy wojska hitlerowskie przegrywały na wszystkich frontach, a losy wojny zostały już przesądzona, udało mu się wraz z kilkoma towarzyszami niedoli uciec z obozu pracy, przedostać na Zachód i w końcu dotrzeć do wojsk alianckich, do armii francuskiej generała de Gaulle’a. Tam doczekał zwycięstwa nad faszyzmem, oddając swój wkład nienawiści z bronią w ręku. Nie wiedział wówczas, że zwycięstwo nie oznaczało wolności i suwerenności naszej ojczyzny.

Ufny powrocie do Polski wiosną 1946 roku i jako repatriant z Zachodu musiał odbyć wielomiesięczną „kwarantannę“ pod opiekuńczym i czujnym okiem funkcjonariuszy UB.

Te dwie krótkie biografie, dwie pisane łzami i cierpieniem historie są podobne tysiącom innych, jakie zdarzyły się w okresie drugiej wojny światowej oraz podczas hegemonii sowieckiej również po jej zakończeniu. Te historie stały się dla mnie inspiracją do powstania cyklu wierszy upamiętniających wydarzenia tamtego okresu.

Historia listu z piekła

Wyrzucona z ciemnego wagonu
Pofrunęła niby piórko, płatek
Poszarzała, zapisana kartka
List w nieznane do nieba, do świata.

Wiatr ją porwał wysoko obłokiem
Nad korony drzew stojących wieki.
Byle dalej od drogi cierniowej,
Byle bliżej syberyjskiej rzeki.

Rzeka wzięła w chłodne swe ramiona
I kołysząc poniosła ku brzegom.
Ku przystani wiecznego spoczynku
Zostawiając na srebrzystym śniegu.

Ktoś ją znalazł po latach nad wodą
I przeczytał słowa, w pośpiechu pisane.
Łzy spłynęły po twarzy rzęsiście…,
To był list do mateńki kochanej.

Takich listów można znaleźć wiele
W syberyjskiej nieznanej przestrzeni.
To leżące, prawdziwe historie,
Dramat ludzi na nieludzkiej ziemi.

Żory, 17.11.1985

Sen.

Białe łabędzie podobne aniołom
Tańczyły po błękitnobiałym
Jak na wodach oceanu bezkresie.
Niby kujawiaka, niby walczyka.

Drzewa okryły swe nagie ramiona
Barwami wiosennego kwiecia
Zaprosiły pszczelą armię robotnic
Na ucztę pańskiego zwiastowania.

A w kuchni moja mateńka
Świątecznym, słodkim porankiem
Moich kolejnych urodzin,
Kroi pachnący miłością chleb.

I tylko czekać kiedy wejdzie?

Wstawać! Na rabotu swołocz,
Obudziła mnie rzeczywistość,
Mojej sybirackiej niewoli,
Głosem czarnego anioła piekieł

A we mnie pozostał sen.

Żory, 21.11.1982

Zsyłkowe Boże Narodzenie

Dzisiaj jest u nas chyba święto.
Na dworze zimno, mróz siarczysty.
A do brukwianki dołożono smalec
I kromkę chleba z prawdziwego ziarna.

Sąsiad leżący na pryczy złożył ręce
W modlitwę ku wiecznej nadziei.
Nie wiedział do kogo kierować słowa…,
W baraku brak miejsca dla Bożej łaski

A jeszcze wczoraj było tu piekło
Ludzie kopali rowy w zmarzlinie
Dłonie podobne szkieletom
Pieściły łono syberyjskiej ziemi.

Wiatr chłostał człowiecze ciała,
Wrzody jak wulkan sączyły krew
Gasnące oczy błagały o sen
A sałdaty niby bogowie tego świata
Cierpliwie czekali pokłonu upadłych

Tak, dzisiaj na pewno jest święto
Cienie całują sklecony brzozowy krzyż
Ktoś zaintonował wyrwaną z pamięci pieśń
Pamiątkę po ojczyźnianej wigilijne nocy

Bóg się rodzi, moc truchleje.., a potem!
– Cichy syberyjski szloch –

Żory, 18.12.1984

 Pokłon nieznanej historii.

Jeszcze nie poznałem jednej zbrodni,
Jeszcze nie pojąłem bezsensu cierpień,
Jeszcze nie zwarłem rąk w modlitwie
A tu Miednoje, Katyń, Charków.

Nazwy ukryte w ustach milcząco
Czekały czasu swego objawienia.
Szept wypełniał pustą przestrzeń,
Chroniąc tajemnice jednej prawdy.

Wspomnienia cieni stojących za drzwiami,
Historie pisane strachem bezimiennych
Elegie czytane przy świecach, w półmroku,
I krew pachnąca ofiarą dla ojczyzny,

Kłamstwo jest dzisiaj w nas niby prawda,
A prawda, nasza prawda nadal w konspiracji.
Tam umarli od lat krzyczą spowici niesławą.
Czekając kolejnej odsłony bożego zamierzenia

Żory,  24.11.1985

Dlaczego?

Wysłałem prośbę do Boga
W bieli odzianą niewinność
Ocaloną cudem z przedołtarza
Na ofiarę wiecznego przymierza

Na śniegu ślady martwych okrętów
Ramiona sosen rzucone starością
Niby symbol ostatniej posługi.
W modlitewnym splocie konarów

A na małej ukrytej wysepce
Życie kiełkuje prostą nadzieją,
Jak ziarno na wietrznej skale
Rzucone bezmyślnie, w ekstazie.

Tu nikt nikogo nie pyta o Żywych.
Syberia zaciera ślady nienawiści,
Zmurszałe krzyże przestają płakać,
I nikt już nie mówi o czasie zagłady.

Wysłałem moją duszę do Boga
Z pytaniem o sens cierpienia…,
Bez odpowiedzi wciąż milczy,
A na pòłnocy pod śniegiem
Świadek koronny – ziemia.

Żory, 14.09.1986

Syberia

Powiadają że Syberia jest bogata,
Że kto szuka długo i wytrwale
Może znaleźć złoto, gaz, diamenty…,
Ja znalazłem – krople krwi na skale.

Powiadają, na Syberii rośnie tajga
Pośród sosen ślady dzikich zwierząt…,
Ja spotkałem krzyże przy konarach,
Pamięć po tych co pod nimi leżą.

Powiadają że Syberię pokrywają śniegi,
Białe, srebrzą się w promieniach słońca,
Na tym śniegu perły z łez powstałe…,
I cierpienie, cierpienie bez końca.

Tak, w Syberii można spotkać wszystko
Lecz najwięcej człowieczej niedoli
Ciężka praca, głód, śmierć na zesłaniu…,
Gorycz życia w sowieckiej niewoli.

Bo Syberia jest jak jak Bóg, jak wiara.
Wszyscy wiedzom że ona istnieje.
Każdy pragnie, lecz nikt się nie stara…,
Wiatr roznosi ludzkich losów dzieje.

Berlin, 21.09.2002

 Przy gwiazd orszaku

Jak zwykle w nocy pracowałeś,
Dłonie twe brudne są od ziemi
Kopałeś doły mój kochany?…,
Jesteś dziś taki dziwnie niemy.

Chowasz twą smutną tajemnicę
W duszy goryczą wypełnionej
I nie wiesz, że ja wszystko czuję
Kochanie masz przed sobą żonę.

Wiem, ty chowałeś naszych braci
Przy gwiazd orszaku w ciszy mroku
Ty oddawałeś wolnych niebu
Oni tam mają czas na spokój.

Przytul się do mnie i odpocznij,
Pomyśl, nam kiedyś będzie lepiej
Myśleć nam wolno, nikt nie słyszy
Jak dobrze że my mamy siebie.

Tak bardzo chciałabym pomarzyć
Pieścić ustami słodkie czereśnie,
Poleżeć w trawie tam, w Zamościu,
A nie umierać tu, przedwcześnie.

Niestety nie wiem jak się marzy
W sercu mym pustka, beznadzieja
Historia może nas zapomnieć,
Lecz nie zapomni matka ziemia.

*

Moja Cioteczko, Ciociu Lidziu
Czarę goryczy którą sączyłaś
Wylałem w strofach mej poezji
Na pamięć tego, coś przeżyła.

Dziś, długo w nocy pracowałem
Myślałem o tym coś mi rzekła
Dziękując Bogu że wróciłaś
A mówią, – nikt nie wraca z piekła!

Berlin 21.01.1993

Prawie modlitwa

Napisałem jeszcze jeden prosty wiersz
Syberyjskim korytem rzeki popłynęły myśli
Wypełniając pustą, białą śnieżną przestrzeń
Mieszanką dziwnie niepojętej gry w historię.

Sakro-profanne siły uwięzione we wnętrzu
Błędnej interpretacji ludzkiego sumienia
Jak dzwon wzywający na anioł pański,
Zagłuszały łkanie bezpańskiego logosu.

A wiara wypływając z proroczych ust
Tańczyła między strofami psalmów.
Chwytając ledwo słyszalne „Gloria“
Oddalała się coraz bardziej od źródła.

Tylko na ziemi już dawno umarłej
Na której śnieg pachniał szkarłatem
Błąkały się zagubione dusze przeszłości
Wołając o pamięć dla miejsc świętych

Berlin 11.07.2003

Wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima roztopem odpływa
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać w dłonie wiosnę.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosen
By ujrzeć czas przebudzenia.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Zamknąwszy oczy, marzyć
By poczuć dom mój rodzinny
Kwitnące jabłonie i bez.

Berlin, 21.04. 2012

Spojrzenie na półportret

Jarosław Łukasik

Spojrzenie na półportret. O fotografii Leszka Krutulskiego.

Leszek Krutulski jest fotografem, nie fotografikiem. Tak woli określać swą rolę w dziedzinie którą zajmuje się już od kilkudziesięciu lat.  Jego zdjęcia to, zdawało by się, zwykła rejestracja sytuacji niezależnych od autora:  ludzie, budynki, wnętrza. Są to często prozaiczne, typowe zdarzenia i  miejsca  zatrzymanego w kadrze fotografii, czasu. Ich wymowa artystyczna każe je umiejscowić gdzieś  w obszarze pogranicza między sztuką i życiem. Takim są fotografie miasta wykonane współcześnie i zestawione w ramach jednej publikacji ze pocztówkami sprzed lat ostatniej wojny. Fotografa szczególnie interesują miejsca jakoś powiązane z jego biografią. Czy to będzie kolekcja zdjęć z Bardo, miejscowości oddalonej o osiemnaście kilometrów od miejsca urodzenia artysty w  dolinie kłodzkiej, czy wspomniana dawna i współczesna fotografia miasta Zielonej Góry.

W każdej z odsłon fotograficznych zainteresowań Krutulskiego istotną rolę odgrywa kontekst czasu wymiarze nie ograniczonym tylko do ram jego egzystencjalnego, indywidualnego postrzegania. Patrząc na fotografie Leszka Krutulskiego, zarówno te wykonane przez artystę osobiście jak i te gromadzone w formie archiwów innych autorów, wydaje się uzasadnione spojrzenie na czas jako kategorię estetyczną w aspekcie doznań wizualnych.  Dopełnieniem takiej roli czasu w odniesieniu do realizowanych przez fotografa projektów artystycznych, jest jego rola dramaturgiczna i narracyjna.

Czas wydaje się być ogólnoludzką ideą wyrastającą z wyobrażenia o wieczności dla której nasz przestrzenny świat jest fizyczną ramą przemian tego co było, w to co jest, a tego  co jest, w to, co ma nastąpić. W tej perspektywie przemiana w czasie jest wyczerpywaniem potencjału możliwości, drogą ku śmierci. Zapoczątkowane przez starożytnych Greków przestrzenne wyobrażenia czasu doprowadziło do powiązania ogólnej, abstrakcyjnej idei czasu z wymiarami fizycznej naoczności przemijania. Dojmującym uobecnieniem upływu czasu (chyba najbardziej bezpośrednim z możliwych) jest nasze ciało. Proces starzenia się rejestrowany w umyśle stanowi ważny element tożsamości. Koncepcja  projektu fotograficznego „Półportrety” Leszka Krutulskiego wchodzi w relację z  przeobrażeniami wyglądu zapisanymi w wizerunkach twarzy.

twarz1

Artysta odwiedził ze swym projektem już kilka miast. Od Zielonej Góry począwszy poprzez między innymi Gdańsk i Warszawę. Idea jest z pozoru banalnie prosta. W każdym z nich fotograf zaprasza do udziału w sesji zdjęciowej wszystkich chętnych, bez względu na płeć, wiek i „urodę”. Każdej z zainteresowanych osób wykonuje zdjęcie twarzy, ale nie całej lecz tylko jej połowy, en face. Po zapisaniu niezbędnych danych kontaktowych, fotograf i model mają spotkać się ponownie, na drugą część sesji zdjęciowej. W jej trakcie wcześniej wykonany półportret uzupełni się o brakującą  połowę. Między pierwszym  a drugim spotkaniem artysta zaplanował dziesięcioletni interwał. I on to właśnie stanowi o wyjątkowości tego projektu fotograficznego w kontekście społecznym i artystycznym.

twarz3

Idea półportretu wpisuje się w tradycję artystyczną portretów wielokrotnych. W epoce przedfotograficznęj wykonywano je najczęściej w malarstwie barokowym. Jednym z bardziej znanych, obok potrójnego portretu kardynała Richelieu, Philippe‘a de Champaigne namalowanym w roku 1637, jest bez wątpienia obraz z roku 1635 Antoona van Dycka, na którym artysta w układzie potrójnym namalował portret Karola I. Oba obrazy powstając w niemal tym samym czasie łączy także niemal identyczna zasada kompozycyjna. Postać portretowanego ukazana jest,  patrząc od lewej, z tego  właśnie w profilu, w środku widzimy portretowanych  en face, zaś po prawej stronie z profilu prawego, w przypadku osoby kardynała Richelieu, i mniej więcej pozie „trzy czwarte” w wizerunku Cesarza.  Jeżeli pominiemy wątek portretów i autoportretów z uwidocznionym obok postaci portretowanej, jej odbiciem w lustrze lub w wodzie (miłość Narcyza do swego obicia w tafli wody), motyw portretu wielokrotnego powraca do sztuki wraz z upowszechnieniem się fotografii. Natura procesu technologicznego fotografii analogowej doskonale się do tego nadawała. Pozytyw portretu mógł być wielokrotnie naświetlany tym samym lub wieloma negatywami. Tak czynił to między innymi Duchamp i Witkacy. Uznanym zjawiskiem artystycznym są specyficzne portrety wielokrotne Natalii LL. W rzeźbie interesującym przykładem portretu wielokrotnego są niektóre z rzeźb Aliny Szapocznikow, jak na przykład “Półtwarze” z 1966 roku i „Portret wielokrotny” z roku 1967. Na drugim biegunie życia, w kontekście niejako społecznym, portret wielokrotny pełni ważną funkcję identyfikacyjną w policyjnych rejestrach przestępców.

twarz2

Wymienione przykłady portretów zwielokrotnionych przedstawiały osobę portretowaną w jednym okresie życia. To co czyni projekt „Półportretów” Leszka Krutulskiego wyjątkowym w kontekście wspomnianych dzieł jest to, że spaja on w potencjalną całość, potencjalną ponieważ obserwujemy pierwszy etap realizacji całego zamierzenia, wizerunek tej samej osoby z pominięciem dziesięciu lat życia. Połączenie to wykracza poza semantyczne i estetyczne ramy prostego zabiegu formalnego często wykorzystywanego w fotografii kolażowej. Decyduje o tym intencjonalność i rozciągnięty w czasie moment konfrontacji z tak powstałym dziełem. Być może ostateczny efekt przerastać będzie indywidualne doznanie poznawcze osób bezpośrednio zainteresowanych, czyli osób fotografowanych. Na pewno zaś projekt ten już teraz stanowi interesujące wyzwanie intelektualne i budzi ciekawość. Jak się potoczą jego losy, czas pokaże. Jeżeli wszystko pójdzie pomyślnie to będziemy mieli szczególną okazję zobaczyć wielokrotne portrety czasu.

Portret to ważny wątek w historii sztuki zachodnioeuropejskiej. Jako temat łączy w dziele sztukę i życie. Poprzez wizerunek możemy kontemplować kunszt artystyczny oraz wymieniać spojrzenia z kimś kogo już z nie ma. Dzięki portretowi możemy niejako poznawać ludzi poza kontekstem minionego czasu, tak jak by byli żywi i obecni w naszej teraźniejszości. Dzięki twarzy w obrazie tak jak i na zdjęciu możemy identyfikować  ludzi znanych i nieznanych, bliskich i obcych, wreszcie siebie samych. Poczucie własnej tożsamości nie może obyć się bez wy-obrażenia o naszym wyglądzie zewnętrznym. Lustro pokazuje nam zawsze to co teraz. Wizerunek na zdjęciu zamraża czas. Seria zdjęć wykonanych w różnym czasie dodaje temu zjawisku dodatkowy wymiar poznawczy. Obserwacja wielu obrazów sytuuje nas ponad doznawaną bezpośredniością odczuwania samego siebie, którego źródłem jest jeden konkretny obraz naszej osoby, a szczególnie twarzy. Bariera czasu zostaje przekroczona. Zaś subiektywne,  liniowe poczucie jego upływu na tę chwilę zostaje zastąpione wymiarem przestrzennym, w którym rytm nosów, oczu i pozostałych elementów twarzy ujawnia się w swoistej wizualnej melodii. Tulu ludzi ile twarzy, a mimo to, to przecież jedna i ta sama osoba. Owa dwuznaczność każe nam dokonać mniej lub bardziej świadomej rekonstrukcji naszego wyobrażenia o sobie. Wymiar przestrzenny,  tak istotny w przypadku sztuk wizualnych  w projekcie „Półportretów” wprzęga w formę artystyczną, czas. Ale czyni to dosłownie i bezpośrednio. W przeciwieństwie do rodzinnego albumu, czy rozsypanych na blacie stołu zbioru zdjęć, w fotografiach wykonanych zgodnie z przyjętą przez autora koncepcją,  zobaczymy bez metafory, bez dystansu portret osoby, której gdyby nie fotografia, nigdy nie mielibyśmy okazji zobaczyć. Czy będzie to portret osoby bez tożsamości? To pytanie wydaje mi się być jednym z najważniejszych kiedy myślę o „Półportretach” Leszka Krutulskiego.

Leszek Krutulski to, patrząc z  perspektywy współczesnej, fotograf anachroniczny. Przywiązany do warsztatu fotografii analogowej, wykonuje czarno-białe zdjęcia przy pomocy aparatu mieszkowego. Stosuje negatywy o wymiarach 4,5 x 6 cala. Następnie w ciemni „powołuje” fotografię do życia. Efekt jego pracy to dziś rzadkie zjawisko. Jego zdjęcia tchną miękkim światłem, głębią cienia, magią nieskończonej ilości walorowych półtonów. To świat osobny sam w sobie. Fotograf odsłania przed widzem rzeczywistość przedziwnie nienamacalną, zjawiskową. Fakt, iż dziś możemy zobaczyć na zdjęciach tylko połowę twarzy, resztę skrywa przestrzeń cienia i czasu, pobudza zmysły do budowania niejasnych wyobrażeń, do gry z nieukształtowaną przyszłością, z niewiadomą. Ta obecność w półportretach niewiadomego powoduje, że inaczej patrzymy nie tylko na to kim jesteśmy, ale również na to czym tak naprawdę w naszych doznaniach ta fotografia jest? Czy tylko przedmiotem, którego funkcję wyznacza jego rola identyfikacyjna, czy też przeciwnie, jest wieloznacznym odwołaniem prostych wyobrażeń o nas samych? A może czymś jeszcze innym, czego obecnie nie można przewidzieć. Aby na te pytania dać,  choćby w przybliżeniu satysfakcjonującą odpowiedź,  musimy poczekać dziesięć lat, na ostateczny kształt zamierzonego dzieła.

Poznań, luty – marzec 2013

Sine

Der erste Text kam am Montag.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/04/kommunikationsmittel/
Ab heute aber sollen wir Beiträge der
Persischen Gattin regelmäßig zum Sonntag bekommen. “Frau zum Sonntag” so zu sagen.

Sine bedeutet Brust

Im Dezember sind in Iran alle sehr traurig und weinen ständig, weil in diesem Monat Imam Husain (626 – 680) ermordet wurde. Husain war der Enkel des Propheten Mohammed und ist eine Zentralfigur des schiitischen Glaubens (fast alle Iraner sind Schiiten). Seine Gegner haben Husain in der Schlacht bei Karbala ermordet, er hatte 33 Speerwunden, 34 Schwertwunden und unzählbare Pfeiltreffer erhalten.

Plac Imama HusainaMahnoz, die Frau des Cousins meines Mannes entscheidet sich, mich, eine polnische Katholikin, also eine Ungläubige, zu den religiösen Festivitäten mitzunehmen. Sie heißen Sine, was Brust bedeutet, weil sich die Frauen und Männer (getrennt natürlich) auf die Brust schlagen, um der Trauer Ausdruck zu verleihen.

Mahnoz ist eine attraktive, schlanke Frau in den Fünfzigern, und obwohl sie weder lesen noch schreiben kann und aus einem kleinen Dorf im Norden Irans stammt, ist sie immer sehr elegant und geschmacksvoll gekleidet. Jede Kudamm´er Elegantin könnte sich eine Scheibe von ihr abschneiden.

Und auch an diesem Morgen kommt sie in einer olivenfarbenen Hose, einem eleganten beigen Mantel und einem dazu passenden seidenen Kopftuch und vor allem nicht in Schwarz, der Farbe der Trauer. So ziehe ich auch helle Hose und einen hellen, leichten Mantel an. Und ich bin erleichtert, da mein schwarzer Wintermantel sehr warm ist, und aus Erfahrung weiß ich, dass ich den Mantel die ganze Zeit anbehalten muss. Obwohl man die Wohnungen in Iran im Winter, wie verrückt heizt, und die Temperatur in den Räumen oft fast 40 Grad übersteigt, behalten die Frauen in der Öffentlichkeit immer ihre Mäntel an, aus moralischen Gründen. Man kann sich leicht vorstellen, wie man dabei schwitzt.

uliczka do niego dochodzaca Der Cousin Agha Abbas kutschiert uns, und nach einer halben Stunde parken wir vor einem prachtvollen Haus in einer der meist angesagten Gegenden in Teheran. Das Haus ist vierstöckig und sieht, wie ein kleiner Palast aus. Vor gewaltigen Türen hat man riesige Vorhänge angebracht. So gelangen wir zuerst in eine Schleuse, eine Art Zwischenraum, wo die Frauen ihre Schuhe ausziehen und in dafür speziell vorbereitete Plastiktüten verstauen. Ich schaue mich nach Mahnoz um, und erkenne sie nicht wieder. Sie trägt nicht mehr ihren beigen Mantel, sondern einen  schwarzen Tschador. So ähnelt sie, all den Frauen, die das Gebäude stürmen und wie schwarze Krähen aussehen. Ich fühle mich unwohl in meiner hellen Kleidung, ich gehöre einfach nicht dazu!

Stragan przy placu Imama HusainaAber Mahnoz schubst mich nach vorne und so betreten wir den komplett mit Perser Teppichen ausgelegten Raum, von der Größe eines Fußballfeldes. Überall an die Wände angelehnt sitzen, etwa 200 Iranerinnen, Junge, Alte, kleine Mädchen, alle in Schwarz und alle flüsternd. Ein leiser Gemurmel erfüllt den Raum. Wir setzen uns in die Ecke auf dem Teppich und Mahnoz fängt sofort mir zuzuflüstern an: Die Gastgeberin ist eine Araberin aus dem Irak, und ihr Mann ist sehr reich, in den weiteren 4 Stockwerken wohnt die Familie. Sie sind unbeschreiblich reich.

Eine Frau nähert sich mir, sie ist sehr groß, ihr Rücken breit, wie bei einem Holzfäller. Ihr Gesichtsausdruck, alles andere als freundlich. Na klar, denke ich mir, ich falle auf, wie ein Albinos-Rabe unter diesen schwarzen Krähen. –  Was suchst du hier, wer bist du und zu wem gehörst du? – fragt sie mich. Etwas eingeschüchtert, mit zitterigen Stimme antworte ich in meinem besten persisch.- Man Renata hastam, bo Mahnoz omadam (ich bin Renata und bin mit Mahnoz gekommen). Ich zeige auf meine Begleiterin, und die Gastgeberin lächelt versöhnlich. Uff atme ich erleichtet auf – kein Rauschmiss. Sie küsst Mahnoz und tauscht Höflichkeiten mit ihr, was sehr lange dauert, und so vergessen sie mich für eine Weile. Die reiche Gastgeberin spricht paar englische Worte, und erzählt mir, dass ihre beiden Söhne in Harvard studieren. Man bietet mir einen Glas Tee, köstliche Feigen mit Orangenstreifen gefüllt, begossen mit Schokolade. Kein Wunder, dass die meisten Perserinnen etwas kugelförmig sind. Plötzlich ein schallender Mikro-Geräusch, eine Frau fängt an zu singen, die Geschichten aus dem Märtyrer-Leben des Imam Husain´s, sehr orientalisch und rhythmisch.  Das Mikro ist so eingestellt, dass die Stimme der Sängerin, in dem Raum hallt, es klingt dramatisch und geheimnisvoll zugleich, und ein bisschen auch, wie bei einem Rock-Konzert. Ich schaue mich um, und alle Frauen, wie auf Befehl, fangen an sich gegen die Brüste zu schlagen – Bum, Bum, Bum und dazu zu skandieren – Jo Husain, Jo Husain! Und fast alle weinen, einige leise, und manche ganz laut. Mahnoz flüstert mir zu: wenn du nicht weinen kannst, stell dir vor, jemand aus der Familie ist gestorben, das hilft! Ich schaue mich verdutzt um, eine junge Schönheit, mit einer Haut, wie das Ebenholz, zerkratzt sich das Gesicht.  Die Tschadors fallen in dem ganzen Durcheinander. Die Kleider der Frauen sind zwar alle schwarz, aber oft tief ausgeschnitten, manche mit Glitzern und Pailletten versetzt, wie zur Silvester in einem polnischen Dorf. Na klar denke ich, wo sonst können sie ihre besten Stücke zeigen? Nur unter Frauen, auf einem Fest. Der Rhythmus der orientalischen Klänge  beschleunigt. Zwei alte Frauen, sitzen sich gegenüber – Gesicht ins Gesicht und verpassen sich Ohrfeigen, heftiger und heftiger, sie scheinen sich gegenseitig anzufeuern, welche am härtesten zuschlägt. Junge Frauen springen auf, reißen die Kopftücher von den Köpfen und fangen an zu tanzen. Dann springen sie nach vorne, und nach hinten, die langen schwarzen, roten und blondgefärbten Haare fliegen in die Luft. Und die Frauen springen noch schneller und werfen die Köpfe, wie bei einem Head-Banding während eines Heavy-Metall Konzerts. Sie tanzen bis zur Erschöpfung, mit roten Gesichter, wie Verschwörerinnen eines heidnischen Rituals, wie in einer Gemeinschaftshysterie. Und das alles, um die Trauer nach dem Tod des Imams zu zeigen. Ich stelle mich in die Ecke an der Tür, wo es kühler ist, da die Hitze im Raum, unerträglich wird. Mahnoz schubst mich in Richtung der Frauen – ich soll mit ihnen tanzen? Nein um Gottes Willen. Ich weiche erschrocken zurück. Plötzlich der Gesang bricht ab, die Lichter gehen an. Uff… ich bin gerettet, es ist zu Ende.

tez uliczkaDie Frauen hüllen in Tschadors ihre Körper. Sofre – ein längliches Tischtuch wird auf den Teppichen ausgebreitet, auf dem Sofre werden Getränke gestellt, persische 7Up´s und Colas, die etwas fad schmecken und deutlich übersüß sind. Das Essen – Reis und Lammfleisch – wird in Plastikbehälter serviert. Ich kann keinen Schluck unterkriegen, aber das macht nichts, denn alle Reste werden eingepackt und nach Hause mitgenommen.

Im Auto, auf dem Rückweg, noch etwas benebelt, denke ich über das Ganze nach. Und mir  fehlt ein, dass in Iran erst das Jahr 1391 ist, also ein tiefer Mittelalter. Der Islam ist rund 600 Jahre jünger, als Christentum. Und wenn man bedenkt, was in Europa sich im Jahre 1391 religionsmassig abgespielt hat…  da haben sich doch die Leute aus Buße Monate lang nicht gewaschen und gegeißelt, und Hexen wurden verbrannt… So gesehen ist Sine – das sich bisschen auf die Brust-Klopfen – nicht mehr so skurril.

Alle Fotos: Platz von Imam Husain und Umgebung in Teheran.

Nächste  Woche: Aus den Erzählungen meiner Schwiegermutter (85 Jahre alt) – Das Leben von Kobra Hanum.

Modenschau für Blinden

Ewa Maria Slaska

Es ist die Fortsetzung der Seite von Karsten Hein “Die Schönheit der Blinden” – mein Anteil am Gelingen seines Projekts. Ich machte schon früher solche Bilderbeschreibungen, für die Ausstellung habe ich mehrere Bilder beschrieben, wählte hier aber nur fünf. Sie wurden mir ganz zufällig zugeteilt. Für mich bildeten sie trotzdem eine in sich geschlossene Geschichte: Defragmentierung des Ichs.

Ausw  neu 07Ausw  neu 52Ausw  2 07Ausw  08IMG_0430

Drei Männer und eine Frau in einem undefinierbarem Innenraum, oben weiß getüncht und unter dunkelbraun. Ein Mann in weißem Hemd steht ganz vorne am rechten Rand des Bildes. Sein Gesicht ist abgeschnitten und verschwommen. Nicht desto trotz weißt man, dass er der wichtigste Protagonist der Szene ist. Er lächelt sehr breit. Zwei Männer hinter ihm, obwohl besser sichtbar, sind nur Zuschauer.  Einer mit geliertem nach oben gezupften Haar trägt eine schwarze Sonnenbrille. Der andere scheint ganz andächtig auf die Hände der Frau zu schauen, die links steht und sehr konzentriert etwas auf dem Rücken des Mannes in weißem Hemd zupft. Man sieht sie vom rechten Profil. Sie wirkt wie eine blasse Indianerin mit rot geschminkten Mund.

Ausw  neu 08Ausw  neu 53Ausw  2 08IMG_0396

Eine Frau in grauer schwarz gemusterten Bluse steht neben einen schlanken Mann in weißem Hemd. (Es sind wahrscheinlich dieselbe Menschen wie auf dem Bild Nr. 7, zumal man auch die zwei Zuschauer vom Vorhin vermutet – von einem, rechts vom Mann im Hemd, sieht man die Finger seiner linken Hand, von dem anderen – hinterm Hemdkragen der männlichen Hauptfigur ein Stückchen vom Stirn und Haare. ) Die Frau mit spitzen dunkel lackierten Fingernägel berührt mit ihrer rechten Hand das Hemd des Mannes, schaut aber nicht in seine Richtung, sondern nach unten. Sie wirkt wie eine Ärztin, die vielleicht  den Puls des Mannes abhört, indem sie seine Brust leicht berührt. Von dem Mann im Hemd, der eigentlich den Großteil des Bildes annimmt, sieht man nur das Hemd, Hals und Unterkiefer. Er lächelt ganz ganz leicht.

Ausw  neu 09Ausw  neu 54Ausw  2 09IMG_0420

Zwei Figuren auf dem Bild waren schon auf den Bildern 7 und 8 zu sehen – der Mann in weißem Hemd (jetzt sieht man, dass er auch eine weiße Hose trägt und schwarzen Gürtel mit metallener Schnalle), der ganz zentral im Bild steht und die schwarzhaarige Frau, die neben ihm kniet. Von ihr sieht man nur den Arm, rechtem Profil und rechte Hand mit bemalten Nägel, von ihm lediglich den mittleren Körperteil, vom Oberschenkel hin bis Stückchen über die Taille. Er steht zwar nicht steif, aber doch bewegungslos, mit beiden Armen nach unten, dem Stegreif entlang. Die Frau berührt ganz leicht den Hosenschlitz der weißen Hose, die mit kleinen roten Schrägstichen bestickt ist. Vor dem Mann im Weiß steht, unerklärlich  und fast bedrohlich nah, ein dunkel angezogener, kaum sichtbarer Mann, der in der linken Hand einen dünnen Stiel hält, von einem Mop vielleicht.

Ausw  neu 10Ausw  neu 55Ausw  2 10Ausw  10IMG_0501

Es ist ein Bild von dem weißen Mann von den Fotos 7,8 und 9, der hier aber nicht mehr zu erkennen ist. Er steht immer noch zentral im Bild. Man sieht nur ein Stückchen seiner Teille und des Hemdes, sowie ein Teil des rechten Ärmels. Um ihm herum drängeln sich fünf Hände, die drei oder gar vier Personen gehören, die allesamt etwas an dem weißen Hemd ziehen, zupfen oder betasten. Eine Person, neu in der bisherigen Konstellation, die sich am rechten Rand des Bildes befindet, wahrscheinlich eine weiß angezogene langhaarige Frau mit einem rosa Schal, ist die einzige, die den Mann mit aller Sicherheit  mit ihrer zwei Händen berührt, oder gar ankratzt und angreift. Sie unterscheidet sich somit von allen anderen, die vorhin entweder ganz unbeweglich da standen oder nur ganz leichte Berührungen betätigten. Die neue Person dagegen wirkt dominant und possesiv.

Ausw  neu 11Ausw  neu 56Ausw  2 11Ausw  12IMG_0525

Diesmal sieht man den Mann im Weiß von hinten, vom Po ab zu Schulterblätter. Er steht ganz still und hinter ihm stehen drei Personen, von denen man nur Hände sieht. Sie alle verbessern etwas am Hosensattel oder Hemd des Mannes. Die zwei Hände und nackte Unterarme im Hintergrund gehören wahrscheinlich einer Frau, die zwei in der Mitte – in den schwarzen Ärmeln, linke Hand mit einer dicken Uhr  und zwei massiven silbernen oder stahlernen Eheringen – einem Mann. Von der Person, die ganz vorne steht, kann man unmöglich sagen, ob ein Stückchen Hand, das man sieht, einem Man oder einer Frau gehört.

***
Wenn man all diese Bilder als eine Reihe sieht, kann man sagen, dass sich auf dem ersten Bild vier glückliche Menschen befinden, konkrete Personen, mit Gesichter und Namen, auch wenn wir sie nicht kennen. Diese vier Personen werden im Laufe dieser kurzen Geschichte immer stärker fragmentiert und depersonaliesiert, um auf dem letzten Fotos als laute Fragmente anonymer Menschen zu enden. Sehr befremdend.

Fotos: Karsten Hein. Mehr über das Projekt auf der Seite “Bilder für die Blinde”

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…

Po publikacji u nas na blogu tekst “Papierowych rycerzy ciąg dalszy…” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Wiosna 2013)

Zbigniew Milewicz

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…  

Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne… On też wśród nas krążył, w przeciwieństwie do NICH, jak zwykle elegancki, gładko wygolony, z tym swoim charakterystycznym, nonszalanckim  uśmieszkiem dobrego wujaszka. Pozował trochę na premiera Cyrankiewicza, w czym pomagała mu niewątpliwie tęga sylwetka, łysina i celebrowanie wystawnego trybu życia. Zastanawialiśmy się z Ryśkiem, skąd on bierze pieniądze na te drogie kolacje w Cracovii, ale nie wypadało pytać, tym bardziej, że nas czasami zapraszał do swojego samotnego stolika. Przyjmowaliśmy więc, że wzięci dziennikarze tyle w Krakowie zarabiają, że ich stać.

Oczywiście sam nie głodowałem. Miałem w “Żaku”, w studenckiej stołówce,  całodzienne wyżywienie i przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do domu, do Tychów. Wracałem tak zaopatrzony w wałówę, że cały pokój w akademiku miał co jeść. W marcu przypadały moje imieniny, na Śląsku święto mniejszej rangi niż urodziny, ale  mama obiecała, że przyjedzie do Krakowa i poucztujemy razem, w miłym gronie moich przyjaciół. Nie pojechałem więc do domu, ale i czas temu nie sprzyjał.

Z początkiem stycznia 1968 roku w Pradze nowym I sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji został Aleksander Dubczek, rozpoczęła się Praska Wiosna – próba reformy systemu i budowy “socjalizmu z ludzką twarzą”, można powiedzieć zaraźliwa. Wkrótce nad Wisłą pojawiło się hasło: “Cała Polska czeka na swego Dubczeka”. W kraju od dłuższego czasu narastało niezadowolenie z polityki tak popularnego jeszcze niedawno towarzysza “Wiesława” czyli Władysława Gomułki, wyniesionego na stanowisko I sekretarza KC PZPR burzliwą jesienią 1956 r., który wbrew oczekiwaniom bardzo szybko rozpoczął proces odchodzenia od zmian, wywalczonych przez społeczeństwo. Coraz bardziej kulała gospodarka,  coraz mniej można było znowu mówić i pisać, coraz gorliwiej pracowała Służba Bezpieczeństwa, wznowiono walkę z kościołem. Reformatorzy wywodzili się głównie ze środowisk intelektualnych, sfrustrowanych wszechobecną cenzurą, nasilającymi się represjami, ograniczeniami w  kulturze i nauce, wielu miało za sobą partyjny staż. Miara dopełniła się pod koniec stycznia 68 roku, kiedy z afisza Teatru Narodowego w Warszawie zdjęto “Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka, przygotowane dla uczczenia 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, ponieważ władza dopatrzyła się w  inscenizacji akcentów antyradzieckich. Na znak sprzeciwu kolejna grupa partyjnych intelektualistów oddała czerwone legitymacje, w Warszawie i Wrocławiu rozpoczęło się zbieranie podpisów w sprawie przywrócenia “Dziadów”, Kraków w swojej kontestacji na większą skalę dołączył później.

My z Ryśkiem Goszczyńskim weszliśmy do konspiracji chyba pod koniec lutego. Kolega z akademika dał nam ulotkę, z której wynikało, że Janusz Szpotański za napisanie utworów satyrycznych, a głównie opery “Cisi i gęgacze”, wyszydzających panujący w Polsce ustrój i rządzącą ekipę, został skazany na trzy lata więzienia. Na ulotce były urywki wierszy, nazwisko autora nic nam wtedy jeszcze nie mówiło,  ale satyra była trafna i parę lat więzienia za zasłużony śmiech wołały o pomstę do nieba, zgodziliśmy się więc robić za chiński powielacz. Przepisaliśmy z przyjacielem ręcznie po piećdziesiąt razy treść ulotki, na kartkach wyrwanych z brulionów, a później ukradkiem rozłożyliśmy je w pobliskim gmachu AGH i Wyższej Szkole Rolniczej oraz na Plantach, rezygnując z pokusy, żeby i w naszym Collegium Paderevianum co nieco posiać. Tam znali nasze charaktery pisma. Oczywiście trochę baliśmy się, że jakiś  tajniak nas zatrzyma, ale tak się przecież nie stało i następnym razem też poszło gładko. Kiedy relegowano z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera, którzy kierowali studencką opozycją, w stolicy rozpoczęły się wiece protestacyjne, władza użyła siły i zatrzymała kilkudziesięciu uczestników. Donieśli o tym do Krakowa stołeczni emisariusze i trzeba było rozpowszechnić w mieście wiadomości, tym razem z prawdziwego powielacza. Świadomość, że jesteśmy niezbędni w tej robocie, była silniejsza od obawy przed dekonspiracją. Poza tym mieliśmy szybkie nogi, po 23 lata i bezczelną pewność młodości, że komu, jak komu, ale takim dwom mądralom, jak my, nic się złego nie może stać.

Obydwaj z Ryśkiem byliśmy na V roku slawistyki UJ i ten, który krążył po sali znał nas dobrze, mówiliśmy sobie po imieniu. Kiedyś, ale to było wcześniej, przed marcem, nawet waletował w naszym pokoju w akademiku. Miał bezpośredni, gawędziarski styl rodem z “Przygód dobrego wojaka Szwejka”, które zresztą znał na pamięć, można się z niego było zdrowo pośmiać, lubił się napić i chętnie stawiał, w sumie nie pasował do stereotypu konfidenta. Tylko co wtedy robił w  klubie “Żaka”, kiedy wiara przygotowywała się do wiecu i był wyraźny zakaz wpuszczania obcych, w jakim celu przeglądał ulotki, które przygotowane były do rozdania na ulicy? Tego nie wiedziałem. Może – myślałem – zbiera materiały do artykułu, albo przyszedł z ciekawości…

Leszek Mazan, znany krakowski dziennikarz, bo o nim mowa, przyznał się do swoich “Papierowych Rycerzy”, opublikowanych w “Echu Krakowa” 19 marca 1968 r., dopiero 40 lat później. Przechowuję ten egzemplarz dawnej popołudniówki w domowym archiwum, dał mi go ktoś, już nie pamiętam kto, kiedy wyszedłem z Montelupich. Materiał jest anonimowy i zaczyna się właśnie tak: “Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne, pisane ręcznie, lub na maszynie. Ludzie, którym wciśnięto je do rąk, czytali, wzruszali ramionami gestem wyrażającym bądź dezaprobatę, bądź zupełne niezrozumienie, połączone z ironią i ciekawością zakazanego owocu. Ulotki. Było ich dużo. Zredagowane mniej lub bardziej demagogicznie, mniej lub bardziej stylistycznie i ortograficznie, apelujące do jakowegoś poczucia sprawiedliwości dziejowej, nawołujące do solidarności z czymś bliżej nieokreślonym, melodramatyczne i pompatyczne: Ratujcie wasze dzieci! Giniemy! Ulotki. Świstki papieru, który jak wiadomo, wszystko przyjmie. Ulotki, które kłamały, jątrzyły, psuły krew. Kto je pisał? Kto je kolportował? Dziś wiemy już kto.”

Autor wymienia nazwiska zatrzymanych i skazanych w trybie natychmiastowym, głównie studentów krakowskich uczelni, ale jest i dwóch pracowników Państwowego Archiwum: Aleksander Litewka, Maria Kasperska, Michał Wrześniewski, Łukasz Furmanek, Tadeusz Szwedzicki, Karol Herisz, Andrzej Piasecki, Tadeusz Wojciechowski, Stefan Glazer, Zbigniew Milewicz, Ryszard Goszczyński, Andrzej Jania, Bartłomiej Rałowicz, Zbigniew Połoniec, Ireneusz Lisiak, Andrzej Górkiewicz, Wojciech Skulski, Antoni Zawada, Piotr Biela, Danuta Wieczorek, Tadeusz Cesarz, Ireneusz Blicharski… Kary od miesiąca aresztu do dwóch, w kilku przypadkach tylko grzywny. Niektórym ze skazanych przypatruje się wnikliwiej, ubolewa nad ich, niestety, mieszczańskimi albo inteligenckimi korzeniami, nad tym, że rodzic jednego też już należał kiedyś do nielegalnej, wywrotowej organizacji, drugi był adwokatem, a  trzeci tapicerem.

Wpadliśmy z Ryśkiem bardzo głupio. Chodziliśmy po krakowskich akademikach z informacjami, kiedy i gdzie zbieramy się na wiecach, najpierw 11 a później 13 marca i włos nam z głowy nie spadł. Przeżyliśmy szturm milicji na Collegium Novum, w którym użyła pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego (w marcu nosiłem przy sobie, do obrony, na wszelki wypadek, kuchenną sól na oczy, której  nigdy nie sypnąłem, ale było raźniej) i zatrzymała sporo osób, a daliśmy się nabrać na prowokację. 15 marca, z okazji nadchodzących imienin, zaprosiłem Ryśka i paru innych kolegów na piwo do kawiarni w sąsiednim hotelu “Cracovia”. Stawiałem jedną kolejkę, ewentualne następne miały być składkowe. Grzecznie poprzestaliśmy na trzech “żywcach”, ale  napój był moczopędny, przed wyjściem więc skorzystaliśmy z  toalety. Pod lustrem, nad umywalką leżał plik ulotek; myjąc dłonie czytałem tekst o śmierci ciężarnej studentki z UW, Marii Woronieckiej, skatowanej po jednym z warszawskich wieców przez milicję. Na tym zastał mnie Rysiek, a później portier hotelowy, który też zszedł do toalety.
– Co piszą? – zainteresował się cieć.
– Nie przeczytałem jeszcze dokladnie – odparłem wymijająco, bo typ mi się nie podobał.

Zanim wyszliśmy wszyscy z hotelu, minęła chwila, a  smutni już na nas czekali. Ryśka wsadzili do jednej Wołgi, mnie do drugiej i zawieźli najpierw na komendę na Batorego. Stamtąd do prokuratury  na krótkie przesłuchanie, a następnie na Grodzką. Ostatni odcinek obsłużyła zatłoczona, milicyjna Nysa z zakratowanymi oknami; stojąc mogłem sobie popatrzeć przez okno na pogodny, wieczorny Kraków i nagle bardzo zapragnąłem znaleźć się na zewnątrz.  Wszyscy  mieliśmy na rękach kajdanki, nikogo nie znałem, ale zarzuty były podobne. Ryśka przywieźli następnym kursem. Na Grodzkiej urzędowało Kolegium d/s wykroczeń w osobie urzędnika w średnim wieku – zapamiętałem, że miał zmęczoną twarz, szelki i rozchełstaną, białą koszulę – oraz drugiego, który przysypiał. Ten pierwszy siedział nad kartką wyrwaną z kodeksu karnego i stosem różnych karteluszków z odręcznymi zapiskami, które donosili mu milicjanci z konwoju i monotonnym głosem wymieniał kolejne nazwisko zatrzymanego, o co jest obwiniony, po czym wymierzał karę. Wszyscy byli obwinieni z tego samego paragrafu 28 Prawa o wykroczeniach, my z Ryśkiem dostaliśmy po miesiącu aresztu. Za rozpowszechnianie ulotek o wrogiej treści państwowej w hotelu Cracovia.

Prof. Jerzy Eisler*, naukowiec zajmujący się badaniem wydarzeń marcowych, uważa, że informacja o śmierci ciężarnej studentki została najprawdopodobniej sfabrykowana przez MSW. Według oficjalnej propagandy autorami prowokacji byli oczywiście studenccy “komandosi” z grupy kontestatorów, skupionych wokół Adama Michnika. Władzy zależało na ich kompromitacji. >>Można było bowiem przypuszczać – pisze badacz – iż studenci uwierzą w takie bestialstwo milicji. Równocześnie można było liczyć, że prawda wyjdzie na jaw w ciągu 2-3 dni i wówczas okaże się, jak “wiarygodne” są  informacje rozpuszczane przez “komandosów”.<< Nazwisko ofiary brzmiało na ulotkach różnie,  najpierw Barańska, później Baraniecka, do Krakowa dotarła jako Woroniecka. Maria Baraniecka, studentka IV roku Pedagogiki UW, ukazała się cała i zdrowa na ekranach telewizyjnych w sobotę 16 marca, w cotygodniowym programie “Monitor”. PRL-owscy specjaliści w dziedzinie manipulacji osiągnęli swój cel.

Ożyła tego samego dnia, kiedy znalazłem się przez nią w kryminale, ale skąd mogłem o tym wiedzieć. Telewizorów jeszcze wtedy w celach nie było. a prasa kłamała, więc nawet wstyd było się o nią upomnieć. Telewizja zawitała do nas w następnym tygodniu, pod celę przyszedł klawisz i zakomunikował, że Rysiek i ja mamy widzenie, wtedy już siedzieliśmy razem.

– To jest redaktor Mazan – dodał.  – Zgadzacie się?

Przytaknęliśmy, liczyliśmy na to, że po starej znajomości, coś dla nas załatwi. Przywitał nas wyrazami współczucia i zaproponował prosty, męski układ: on przygotowuje materiał o wypadkach marcowych w Krakowie, możemy więc wystąpić przed kamerą, a przy okazji powiedzieć, o co walczymy, jaki jest nasz program, itd. Zapytałem go wtedy, czy nie zatelefonowałby do mnie do domu i tylko przekazał wiadomość, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale nie odpowiedział.

Była okazja, by powiedzieć publicznie, co myślimy o braku wolności słowa w Polsce i brutalności milicji, o potrzebie poprawienia systemu, bo o jego zmianie nikt wtedy nie myślał. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie pamiętam, czy zaraz przyjechał z całą ekipą, czy dopiero na drugi dzień. Wejść mieliśmy kilka, a to udawaliśmy, że rozmawiamy, a to zamykały się za nami jakieś kraty, to znowu szliśmy długim korytarzem z blaszanymi miskami – niektóre ujęcia trzeba było powtarzać, ale  w końcu Mazan uznał, że wystarczy. Czekałem na mikrofon, po zdjęciach miała być fonia.

– My już wiemy, co myślicie i sami dorobimy  komentarz – uśmiechnął się.
– Mógłbyś Leszku zadzwonić do mnie do domu? – ponowiłem dyskretnie prośbę, kiedy zbierał się już do wyjścia i przez chwilę byliśmy sami.
– Muszę zapytać funkcjonariusza, czy mi wolno – odparł oficjalnie i na tyle głośno, że klawisz sam się zainteresował, o co chodzi.

Grypsera, w jakiejkolwiek formie, była jednak zakazana. Mama dowiedziała się, gdzie jestem, kiedy materiał z Monte pokazano w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Można się domyślić, jakim komentarzem był opatrzony. Dwóch wichrzycieli, bez mała współodpowiedzialnych za próbę obalenia ustroju socjalistycznego w Krakowie, zasługiwało na najwyższe potępienie. Nigdy mi później nie odpowiedziała dokładnie na pytanie, jak w pierwszym momencie zareagowała na ten przekaz. Kiedy ochłonęła, zaczęła działać. Poprzez osobiste kontakty, jakże cenne wtedy w Polsce, dotarła do dobrej obrończyni w Krakowie, która zaraz kazała mi zaskarżyć orzeczenie kolegium przed sądem. Później Mama dotarła na uczelnię, która w międzyczasie już zdążyła  mnie skreślić z listy studentów, ale tam w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Przez panią adwokat dostałem jedną paczkę z domu, później drugą, na widzeniach, w czasie których ustalaliśmy linię obrony, szmuglowała dla mnie papierosy; o telefonowaniu z aresztu nie było wtedy zupełnie mowy. Mogliśmy pisać listy do domu i swoich dziewczyn, ale wszystkie listy były oczywiście cenzurowane przez odnośne służby, podobnie jak i odpowiedzi. Można było doczekać się krótkiego widzenia z bliskimi. Mama dwukrotnie do mnie przyszła, za pierwszym razem rozmawialiśmy przez kraty, za drugim przy stoliku, też pod czujnym nadzorem służby więziennej i może dlatego rozmowa się niezbyt kleiła. Obydwoje udawaliśmy za to zadowolonych z życia, na zasadzie, że nic się nie stało.

Najtrudniejsze na Monte były początki. Rygor, ciasnota w celach, otwarte ubikacje, trzeba się było do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni kwaterowano nas z kryminalnymi, ale żaden ze studentów na tym nie ucierpiał. Byliśmy z innej półki i oni to respektowali, a my z kolei staraliśmy się nie pytać: za co siedzisz? Jak nabrali  zaufania, to otwierali się sami. Uczyli nas grypsery, a my im opowiadaliśmy o naszych wiecach, starciach z milicją, profesorach i dziewczynach, tak się nawiązywała komitywa. Kiedy dostaliśmy “swoje” cele, czas zaczął jakby szybciej płynąć. W mojej, poza Ryśkiem, “garowali” Tadzio Szwedzicki, Andrzej Piasecki, Tadzio Wojciechowski i chyba Bartek Rałowicz, ale tego ostatniego nie jestem pewien. Andrzej był uzdolnionym artystą, studiował na PWSM i wspólnie układaliśmy różne śpiewane teksty, na temat naszego losu. Zapamiętałem dwa, dziś dźwięczą mi one trochę naiwnie i sentymentalnie, ale wtedy byliśmy wszyscy dumni  ze wspólnego dzieła.  Jeden napisany został w rytmie tanga “Szkoda twoich łez dziewczyno”, a słowa były następujące:

Siedzimy  tu na Monte Lupich, ja i ty
a z twoich oczu niespokojnych idą skry
i płyną słowa pełne gniewu, pełne skarg
z twych jeszcze wczoraj uśmiechniętych warg
lecz nie bądź taki smutny
nie bądź taki zły
posłuchaj, już nasz klawisz nam otwiera drzwi
więźniowie snują się po celach swych
czekając kiedy wyjdziem z nich

szkoda twoich łez studencie
miesiąc, dwa lub trzy tu będziem
za ulotek treść
proponujących wolność słowa
kopsnij szluga więc
bo tylko to ma tutaj sens

komunały z prasy w skręty zamieniły się
stań na lipku, miej na względzie
siedem kabaryny będzie
gdy piosenki treść
usłyszy czujne ucho śledzia

Drugi, balladowy bardziej, był melodycznie składanką, wziętą między innymi z romansu “Oczy cziornyje”:

Gdzieś na Monte w Grodzie Kraka
tam, gdzie żyli króle
stoi strasznie wielka paka i zaprasza czule
już pensjonat wysprzątany brać studencką czeka
chlebuś świeżo wypalany
margaryny deko

Ej raz, jeszczio raz
jeszczio mnogo, mno raz
ej raz , jeszczio raz
jeszczio mnogo, mnogo raz

Cela mała, ściany blisko
siedzi tutaj studencisko
jeden, drugi, trzeci, czwarty
za to, że był tak uparty

demokracja mu się śniła
konstytucja uwodziła
tą swobodą prasy, radia
za to siedzi dzisiaj tu

ta rara raj raj raj raj ra ra
ta rara rara
ta rara rara
tarara raj raj raj raj ra ra
tarara rara tarara raj

a dziewczyny takie hoże
innych ciałem cieszą swym

ta rara raj raj raj raj ra ra…

Raz próbowaliśmy zaśpiewać tę pierwszą piosenkę na spacerniaku, do którego mieliśmy prawo przez godzinę dziennie, bo nie ma artystów bez publiczności, niestety klawisze nie znali się na sztuce. Jedyną muzyką, którą nam codziennie, po wieczornym raporcie, puszczano przez megafon w celi była “Cisza” na trąbce. Do dziś nie cierpię tego utworu. Parę lat temu, na pogrzebie jednego z moich krewnych, muzyk z zamówionej orkiestry zagrał to nad grobem i musiałem opuścić uroczystość. Inaczej dostałby ode mnie po gębie.

Termin rozprawy rewizyjnej przed krakowskim sądem zbiegał się z zakończeniem aresztu. Mój przyjaciel też złożył odwołanie od orzeczenia kolegium i stanęliśmy razem. W tym samym konwoju jechali także inni studenci, którzy próbowali ratować swoją skórę, a cel był jeden: w razie uniewinnienia można było wrócić na uczelnię, wszyscy bowiem byliśmy relegowani. Dowieziono nas do sądu w cywilnych ubraniach, ale przepisowo skutych. Korytarz przed salą rozpraw był zatłoczony bliskimi i przyjaciółmi aresztantów.

– Trzymaj się, guerra! – usłyszałem znajomy głos.

To był “dziadek” czyli Jurek Kowalski, mój serdeczny druh i największy jajcarz w Krakowie. Od razu zrobiło mi się raźniej. Moja i Ryśka sprawa była któraś tam w kolejce, czas w pomieszczeniu dla aresztantów się dłużył, rozmowy z bliskimi były zakazane, ale wreszcie doczekaliśmy się. Prokurator mówił nawet lepiej od naszej pani adwokat, oskarżenie tonęło w gąszczu różnych czynników łagodzących, sąd nas uniewinnił. Z proceduralnych względów musieliśmy jednak pojechać z powrotem na Montelupich, jeszcze na kilka dni, które pozostawały do końca kary. Na sądowym korytarzu zdążyłem tylko wyściskać moją kochaną mamę Ninę i wtedy żeśmy sobie trochę obydwoje popłakali, już bez pozy.

Po wyjściu na wolność straciłem na jakiś czas Ryśka z oczu, zaszył się w krakowskich, domowych pieleszach u narzeczonej a może już żony Agnieszki, która była naszą koleżanką z roku. Moja Magda mieszkała i studiowała w Warszawie, tęskniłem za nią, ale wcześniej chciałem pojechać do domu, na Śląsk. Rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zacząć od uczelni. Najpierw odbył się jednak uroczysty, choć skromny obiad u Polera, z udziałem pani adwokat i kilku moich przyjaciół, który zafundowała mama Nina. Za zaległe imieniny i z okazji powrotu na wolność. W akademiku poczułem się jak trędowaty. Znajomi unikali wspólnych spotkań, rozmów, w oczach niektórych widziałem lęk. Tylko “dziadek”, Andrzej Rygorowicz i Wiesiek Fiszer, z którymi byłem mocniej zżyty, zachowywali się normalnie. Na uczelni wstępnie niczego nie załatwiłem, obiecali rozpatrzyć moją sprawę, jak uprawomocni się wyrok, mogłem jechać do Tychów.

– Ile cię to wszystko kosztowało? – zapytałem mamę.
– Sprzedałam całe złoto, jakie było w domu – odpowiedziała pogodnie.

Udało mi się skończyć studia, pracę dyplomową obroniłem z lekkim poślizgiem. Można powiedzieć, że wyszedłem z wydarzeń marcowych zaledwie lekko draśnięty. “Komandosom” (nazwa wzięła się z początkowych form ich działalności – pojawiali się nieoczekiwanie na zebraniach partyjnych i organizacji młodzieżowych i zadawali działaczom niewygodne pytania) wymierzano dużo wyższe kary, do 3 lat pozbawienia wolności. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, uznani za inspiratorów wydarzeń, zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w całym kraju do 25 marca 1968 r. zatrzymano 2549 osób; w październiku, według danych Prokuratury Generalnej, była mowa już o 2732 zatrzymanych. Poza środowiskiem inteligenckim represje, choćby pośrednio, odczuły wszystkie warstwy społeczeństwa. Najbliżsi ukaranych otrzymywali nagany w swoich zakładach pracy, byli degradowani lub wyrzucani na bruk – w ramach współodpowiedzialności rodzinnej za popełniony czyn. U mojej mamy, która pracowała w biurze dużego przedsiębiorstwa handlowego, skończyło się na pisemnych wyjaśnieniach, bo zostałem oczyszczony z zarzutów.

Do dziś nie ustalono oficjalnie, czy wśród marcowych manifestantów były ofiary śmiertelne. Nawet, jeżeli dla potrzeb propagandy telewizja znalazła również żywą Marię Woroniecką, studentkę medycyny (dziewczyna nie zgodziła się jednak na wystąpienie przed kamerami, więc przepadła okazja do kolejnego ataku na kontestatorów) , nie znaczy, że marzec nie zebrał swojego tragicznego żniwa. Wiele osób, w tym wybitnych intelektualistów, zmuszonych zostało do pozostawienia swoich domów, bliskich, zrezygnowali z karier i wyemigrowali na Zachód, w tym zwłaszcza wielu Polaków pochodzenia żydowskiego. Prowadzono wówczas tzw. kampanię “antysyjonistyczną”, skierowaną przeciw Izraelowi, ale w rzeczywistości była to często antysemicka czystka. Ile samobójstw wówczas popełniono w Polsce? Pewnie istnieją jakieś dane na ten temat, niezmanipulowane dane…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Autor dziś

Pięć lat temu redaktor Leszek Mazan zgodził się na udzielenie wywiadu swojemu koledze po fachu, redaktorowi Stanisławowi Mancewiczowi z “Gazety Wyborczej”. Okazją była okrągła, 40, rocznica marcowych wydarzeń i fakt, że “Wyborcza” kiedyś dostała w prezencie plik archiwalnych publikacji “Echa Krakowa” na ten temat, w tym “Papierowych Rycerzy”. Na ów materiał natrafiłem dopiero niedawno, ale ponieważ dostrzegłem w nim jedną nieścisłość, muszę się do niego, w trosce o tzw. prawdę historyczną, odnieść, bo zbliża się kolejna, okrągła rocznica marca . Wywiad nosi datę 10.03.2008 i tytuł: “Spowiedź marcowego grzesznika”. Red. Mancewicz cytuje obszerne fragmenty anonimowego paszkwilu, na którym ktoś odręcznie dopisał, że autorem jest Leszek Mazan. W pierwszej rozmowie zaprzeczył temu. W drugiej zmienił zdanie i zwalił winę na Ryszarda Sławeckiego z KW PZPR w Krakowie, który rządził wtedy mediami i dał mu już gotowca, z poleceniem, żeby go opracował do druku. Gdyby się nie zgodził, miałby poważne problemy. Zacytuję ostatnie fragmenty rozmowy:

– Poprawiłem, napisałem, co napisałem, daję słowo honoru, że tekst dostałem do ręki. Zrobiłem z nim tyle, że był drukowalny. Okropne.
– Znał pan ludzi, których pan opisał? To prawie pana rówieśnicy.
– Młodsi. Nie, nie znałem nikogo.
– Może banalne pytanie: co pan czuł, co pan czuje?
– Okrutne pytanie. Czułem się, jak szmata. 40 lat z tym żyję, 40 lat mam zgagę. I wystarczy.

No tak, a znał choćby mnie i Ryśka. Nawet o nas materiał do telewizji nakręcił, ale może o tym zapomniał powiedzieć w wywiadzie, jest w końcu starszy, ma prawo do niepamięci. Przy uporczywej zgadze to się podobno często zdarza. Co do szmaty, to rozumiem, że próbuje ją wyprać, żeby ładniej się prezentowała, ale ona zawsze pozostanie szmatą.


* J. Eisler. Marzec 1968. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 1991

Ni pies, ni wydra…

okladka3Kolejny nasz tekst o wypadkach marcowych sprzed 45 lat.
Viktoria Korb
jest  “uciekinierką marcową”. Swoje przeżycia z tamtych czasów opisała w książce “Ni pies, ni wydra…” (aktualnie dostępna jako audio book wydany przez studio Lissner, Warszawa  2011), która po niemiecku ukazała się pod tytułem: „…kein polnischer Staatsbürger” (Trafo Verlag 2010). Okładkę do niemieckiego wydania wg projektu autorki wykonała Beata Ochmann, zaprzyjaźniona polska  graficzka z Berlina.

Viktoria pisze o tym: mam nadzieję, że dzięki tej okładce dobrze, moim zdaniem, prezentującej „pomieszanie z poplątaniem”, udało  mi się też oddać atmosferę studenckiej rewolty i polityki w Polsce w roku 1968. Nad Polską krążyły bowiem wówczas duchowo gwiazdy Dawida – żółte i niebieskie, symbole żydostwa i Izraela, przydzielone opozycji studenckiej przez polskie władze wrogie Izraelowi, a obok nich gwiazdy czerwone – sześcio- i  pięcioramienne,  reprezentujące komunistyczną władzę, oraz biało-czerwone dla oznaczenia polskich pseudopatriotów zajmujacych pozycje antysemickie. A wszystkie lecą wokół chwiejącego się Pałacu Kultury, niegdyś imienia Stalina, jednego z symboli komuny, której groził  kompletny rozpad z powodu rewolucji w Czechosłowacji i inwazji Paktu Warszawskiego.
Jednak nie chciałam napisać książki śmiertelnie poważnej, lecz pokazać też atmosferę euforii, typowej dla wspólnych działań „rewolucyjnych” oraz zabawowe życie studenckie, którym wstrząsnął nagle terror bezpieki. Na szczęście polskie media pojęły moje intencje i podczas licznych prezentacji w polskiej telewizji często pytano mnie, jak można spojrzeć na te ponure zdarzenia z takim humorem?
Także prasa z zainteresowaniem zaareagowała na moją książkę, stawiajac pod znakiem zapytania standardowe opinie o klasycznym polskim antysemityzmie. Tymczasem media niemieckie ledwie raczyły zwrócić uwagę na niemiecką wersję powieści, a jeżeli, to ciekawiła ona głównie młodych. Trochę rozumiem jednak dystans starszych, bo Niemcom nie wypada krytykować antysemickich wyskoków w Polsce – sami mają gorsze na sumieniu!
Jednak nie powinni przesadzać. Najdziwniej zachował się popularny tygodnik „Stern”,  bo pięć lat temu, w 40 rocznicę Marca, opublikował w obszernej serii „Wie eine Generation die Welt veränderte” (Jak pewne pokolenie zmieniło świat)  artykuly o rozruchach dookoła świata, łącznie z imprezami hippisów w USA, a o Polsce nie bylo nawet wzmianki! Oczywiście czołgi w CSRR są bardziej kuszące medialnie, i słusznie, ale tańczące golasy niekoniecznie są ważniejsze od antysemickiej kampanii, która niemal zakończyła żydowskie życie w Polsce. Jak podkreślił sam „Stern”, w Niemczech chodziło głównie o seks i rock and rolla.
A oto fragment z mej książki, dokumentujący polski luz nawet w koszmarnych momentach:
„Zapukałam i weszłam do pokoju rzecznika z kołaczącym sercem. Dość młody, nieznany mi pracownik naukowy, (…)  wskazał na krzesło po przeciwnej stronie biurka i wyciągnął z szuflady jakiś papier, jak się domyśliłam, list z MSW.
Zagłębił się w lekturze, po czym zapytał z powagą w głosie:
– Przygotowuje się postępowanie dyscyplinarne przeciwko pani. Co pani zrobiła? Czy nawoływała pani do wieców na SGPiS–ie? Organizowała je pani?
– Nikt nie organizował wieców, były  spontanicznie..
– Hm – mruknął profesor. – Ale brała pani udział w wiecach? Jest pani elementem wichrzycielskim?
– Brałam udział w wiecach jak prawie wszyscy studenci. Nie jestem żadnym elementem, naturalnym czy innym, jestem skromną jednostką ludzką.
– Czy zabierała pani głos, wzywała pani studentów do wyjścia na ulicę?
– Nigdy nie zabierałam głosu na wiecach, nie mogłam więc do niczego nawoływać.
– Ale tu pisze, że jest pani wichrzycielem.
Zapadła długa chwila milczenia. Zastanawiałam się właśnie, jak odeprzeć ten ciężki zarzut, gdy rzecznik dodał:
– Pisze tu też, że wyrażała się pani z przekąsem o polityce partii i rządu.
Spojrzeliśmy sobie długo i niepewnie w oczy, po czym nagle ciałem profesora zaczął wstrząsać konwulsyjny śmiech. Delektując się swymi słowami i bijąc się z zachwytu po udach powtarzał raz za razem:
– Wyrażała się z przekąsem… Wyrażała się z przekąsem… ha ha ha!
Jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Zaskoczona w końcu nie wytrzymałam i też zaczęłam chichotać. Śmialiśmy się razem, aż rzecznik zakończył orgię parskania słowami:
– Dziękuję, do widzenia, przesłuchanie jest skończone.
– A co będzie dalej? – zapytałam niepewnie.
– Zakomunikuję swą opinię komisji dyscyplinarnej i decyzja zostanie wywieszona na dziekanacie.”
Niestety ten humorystyczny element mnie nie uratowal, bo wprawdzie dyscyplinarkę mi umorzono, ale jednocześnie zaczęła się seria prześladowań naszej rodziny, która zmusiła nas do emigracji.

Arnold Słucki

Ewa Maria Slaska
Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, a obchodzimy właśnie ich 45 rocznicę, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, być może cytowana w filmie “Dworzec Gdański” Marii Zmarz-Koczanowicz i Teresy Torańskiej, nie wiem, bo film wprawdzie znajduje się w sieci, ale w Niemczech nie można go obejrzeć.  Zresztą nieważne, znam ją, bo była opowiadana “od zawsze”. Wspomina ją między innymi Aleksander Rozenfeld. Józef Prutkowski pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody dworca, tego słynnego dworca, z którego po Marcu 1968 roku wyjeżdżali z Polski wszyscy Żydzi. Jechali wieczornym pociągiem do Wiednia.  Prutkowski zatem… jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś – “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

Na ścianie dworca w 30 lat potem odsłonięto tablicę przypominającą owe odjazdy, z cytatem z Henryka Grynberga:

Plik:Tablica Marzec 1968 Dworzec Gdański.JPG

Wikipedia Commons, autor Boston9

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia “Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: “(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

slucki-grob

Jerzy Ficowski

Dworzec Gdański 1968

pamięci Arnolda Słuckiego

Odjazd Już odjazd
wchodzić Drzwi zamykać
Odjazd na wyspy zatopione
w głąb wyschłych mórz

to tam w komorze serca
wchodzić drzwi zamykać
spotka swą śmierć zaległą
wmiesza się w jej tłum
spóźniony sam jeden

żegnaj Arnoldzie

a on powiewa z okna
naglejącej dali
zrazu chusteczką tylko
a teraz już niebem
w którym chmura się dłuży
nad nami i trwa

i bezpowrotnie zostajemy

z tomiku „Gryps i Errata”, 1982