Droga do Santiago. Hornillos

Ewa Maria Slaska o pielgrzymce do Santiago de Compostela

Poniedziałek, 17 września, 6 dzień na trasie. Naprawdę? Dopiero szósty dzień? Liczę i liczę. Zgadza się. Noga boli coraz bardziej, wczorajsze zabiegi w ambulansie niewiele pomogły, ale też sanitariusz od razu powiedział – do szpitala. Zobaczymy, ile dam radę przejść. Wychodzę rano, bez kawy i śniadania, bo kuchnia w schronisku była jeszcze zamknięta, a automatu z kawą nie ma. Mimo bolącej nogi docieram do pierwszego postoju (i kawy!) w dwie godziny, a to dziesięć kilometrów.

Nad placykiem zbierają się ogromne czarne chmury, jakiś przechodzień uprzedza, że zaraz będzie lało jak z cebra. Wyciągam pelerynę, zakładam na siebie i plecak i, zanim zdążę się pozapinać, już leje. Mogę przeczekać w barze, mogę już tu zanocować, bo jest schronisko, mogę iść w deszczu. Do następnej wioski jest zaledwie półtora kilometra. Idę. Leje i wali piorunami, na drodze zbierają się szerokie rwące strumienie, jak to w górach. Idziemy tylko we dwie, jakaś dziewczyna i ja. Niemal natychmiast docieramy do Rabe de la Calzadas. Ona tu zostaje, przywołuje ją grupa ludzi, którzy schronili się pod wykuszem jakiegoś budynku. Inni kulą się na tarasie kościoła. Hostel jeszcze zamknięty. Jeśli się tu zatrzymam, będę stała dwie godziny w deszczu lub w jakimś prowizorycznym schronieniu, czekając aż otworzą albuergo. Następna wioska za osiem kilometrów. Wygląda na to, że czeka mnie wędrówka po płaskim, Rabe de la Calzadas leży na wysokości 830 metrów, Hornillos, gdzie chcę dojść, 820 metrów. Tylko, że moja mądralińska karteczka nie dodaje, że po drodze jest wielka mokra i śliska góra. Ale może dobrze, że tego nie wiem. Leje i grzmi. Jest pięknie.

Żółte stoki góry, bujne chwasty przy drodzie. Strumienie. Rżyska. Ciemnoniebieskie niebo. Błyskawice.

Idę powolutku, mija mnie, tak mi się wydaje, niemal każdy człowiek podążający w deszczu pod górę, a potem z góry. Nie ma ich wielu i chyba wszyscy się znamy z drogi. Zatrzymują się na chwilkę, pytają, co jest. Odpowiadam we wszystkich możliwych językach, że noga spuchła i boli. Gdy po trzech godzinach dochodzę wreszcie do Hornillos, spotkam ich wszystkich w sklepie i w barze. Za chwilę żwawo ruszają na drogę, bo wyznaczony na dziś nocleg leży siedem kilometrów dalej. Ja zostaję. Ja i grupa Węgrów. Obliczam z karteluszkiem, zegarkiem i mapą pożyczoną od koleżanki-pielgrzymki-Węgierki. Okazuje się, że tak sobie pomaleńku truchtając, dotarłam na miejsce bardzo szybko i miałam średnią 6 kilometrów na godzinę. Wciąż jeszcze musimy chwilę poczekać, zanim otworzą schronisko. Nie, to nie tak. Schronisko jest otwarte, tylko nie ma obsługi. I gdy już się rozgościliśmy, każdy wedle potrzeb i upodobań, przychodzi wreszcie obsługa i przydziela nam inne łóżka. Dzień dobry w Absurdystanie. Jeśli myśleliście, że znajdziecie to miejsce tylko gdzieś na mapie Europy środkowej i wschodniej, to informuję Was, że jest ono w ludzkich głowach i trafiasz tam także podczas wędrówki do zachodniego krańca naszego kontynentu.

Powoli zwalają się tłumy ludzi. Mają na sobie suche ubrania. To wszyscy ci, którzy przeczekali burzę w różnych barach i kościołach na trasie. Siedzę przed barem i piję kawę, gdy zjawia się Mietek. Wyszedł z Burgos dobrą godzinę przede mną, ale też przeczekiwał deszcz, i dociera do Hornillos w godzinę po mnie. Chce tu tylko odpocząć. Idziemy do sklepu po sprawunki i gotujemy sobie obiad, makaron w sosie i sałatkę jarzynową, a potem po dwie herbaty. Rozhulało się bractwo!

ewahornillosŻegnamy się na placu przed kościołem – już się nie zobaczymy, wyprzedzi mnie dziś o 18 kilometrów. Podobnie jak na pewno nie zobaczę już Jane, Dunki, z którą się polubiłyśmy i od kilku dni czasem rozmawiamy. Ma z nogą dokładnie to samo, co ja, też jej powiedzieli, że oszczędzać i do szpitala, została więc w Burgos. Już mnie nie dogoni. Od trzech dni nie widzę też miłej, potwornie grubej dziewczyny z Teksasu, wczoraj straciłam z oczu Tanję – ostatni raz widziałam ją, jak w skupieniu pokonywała kamienny labirynt na szczycie działu wód, między krzyżem a kopcem kamieni. Taki zestaw wszelkich możliwych znaków i symboli, a Tanja bardzo poważnie traktuje symbole – to zadania jakie ma do wypełnienia pielgrzym na trasie.

ewahornillos2Całe popołudnie rozmyślam o tym, co się dzieje na Camino. Coś jest nie tak. Zastanawiam się, skąd się biorą nagle ni stąd ni z owąd wszyscy ci dziwni ludzie, jakieś rozświergotane Francuzki w przezroczystych pelerynkach, jakiś nadzwyczajny przystojniak rozwalony na łóżku w schronisku w śnieżnobiałym szlafroku, Brazylijka z kosmetyczką wielkości walizki i walizką wielką jak hotel Ritz. Jedna z Francuzek dotruchtała pod parasolem do sklepiku. Widzę, że ma rękę zaobrączkowaną jakimś plastikowym pasemkiem z karteczką. Pojawia się grupa maleńkich ludzi, wszyscy mniejsi ode mnie! a ja mam 161 cm. Przelatują koło sklepu jak rój komarów. Ostatnie idą dwie kobiety, tak zagadane, że chyba nawet nie wiedzą, że idą. Jedna ma przewieszoną przez plecy dyndającą torebkę. Do torebki przypięła muszlę pielgrzyma. Idzie, gada, kręci pupą, a biała muszla podskakuje z każdym kroczkiem. Jak sarni kuper.

ewahornillos4Powtarzam sobie jak mantrę: nie uprawiaj lookizmu, nie uprawiaj lookizmu, każdy wygląda jak wygląda i nic ci do tego.

Siedzę na przyzbie, przysiadają się Węgrzy. Rozmawiamy o tych dziwnych ludziach. Okazuje się, że moi Węgrzy wiedzą to, czego ja nie wiem. Tych dziwnych ludzi przywozi się autobusami na odpowiednie, starannie dobrane odcinki trasy. Nie zasuwają 10 kilometrów po terenach przemysłowych w Burgos, nie obchodzą na piechotę ogromnych wykopów pod autostradę. Nocują w hotelach, ale raz czy drugi funduje się im też prawdziwy nocleg pielgrzyma. Na przykład tu w Hornillos. Dowozi się ich autobusami na miejsce, wypuszcza na 10 kilometrów, tak by poczuli “naturę na Camino” albo “krajobraz kulturalny na Camino” albo “prawdziwe życie pielgrzyma”, a potem jak się pojawiają tak znikają. Autobusy Group Quebeck Camino lub jakieś podobne odwożą ich dalej na kolację i kąpiel. Tak zresztą wędrował również przed dwoma laty Hape Kerkerling, słynny niemiecki komik. On rzeczywiście szedł tak jak każdy z nas, ale spał, jadł i odpoczywał po trudach dnia w hotelach, bo w schroniskach było brudno i nieprzyjemnie. Jego książka o Camino, Ich bin mal ganz weg, była niemieckim bestsellerem, podobno sprawiła, że ilość Niemców na trasie wzrosła o 75%, a teraz w roku 2014 ją właśnie filmują. No…

Granicą jest Burgos. Przed Burgos idzie pielgrzymka, za Burgos zaczyna się turystyka. W naszym stareńkim budyneczku kamiennym, w którym mieści się 30 osób, recepcjoniści pracujący jak maszyny przyjmują tłumy. Gdzie one się mają pomieścić? Udajemy się z Węgrami na poszukiwania i oczywiście znajdujemy – za kościołem stoi błyszcząca w słońcu, wymyta deszczem szklano-betonowa kostka, otynkowana na biało. Sala gimnastyczna. Jest wyższa od wszystkich okolicznych domów, malutkich, z kamienia, częściowo wkopanych w skałę. Tu układa się pokotem materace na podłodze. Tak na oko ze sto. Ci co tam nocują, mają do dyspozycji ubikacje i prysznice, ale korzystają z naszej kuchni. Jak w kuchence-dziupli, gdzie z trudem może gospodarzyć tych przewidzianych normą 30 osób, ma sobie coś ugotować 130 turystów? Gdy ta sala się wypełni, nie zdołamy zagotować nawet wody na herbatę, nie mówiąc już o zupie.

Cicha kamienna wioska roi się od ludzi, tłum jak na plaży w Grecji, jak zapędzone przez przewodników masy turystów, których przywozi się na koniec wyspy Santorin, żeby obejrzeli w Oja “najpiękniejszy zachód słońca na świecie”. O tak, nie ma to jak sprawny marketing. Najpiękniejszy zachód słońca jest w Oja, najlepsze mięso w Kobe, najintensywniejsze przeżycia duchowe na Camino. To co oglądam to granica między Starym a Nowym. Gdzieś jeszcze widać jakieś kawałki starej pielgrzymkowej tradycji, tego świata, po którym wędrował królewicz Jakub Sobieski i średniowieczna księżniczka z Głogowa, którą opisała Jadwiga Żylińska. Szło się przez Maurów posady, było trudno, ale jak się wróciło, można było być dumnym. Ale to zanika pod naporem reklamy, komercji i marketingu. Corrida przestała być modna, stała się czymś właściwie wstydliwym, teraz Camino jest hiszpańską wizytówką. Nowi turyści są wrażliwymi istotami. Sumienie nie pozwala im oglądać corridy, to nie humanitarnie patrzeć na śmierć byka. Sumienie nie protestuje jednak, gdy jako masowi wędrowcy zadeptują Camino na śmierć.

Łapię się na tym, że znowu chcę stąd uciec, nie tak dramatycznie jak w St. Juan de Ortega, ale za to bardziej zdecydowanie. Dojść gdzieś, gdzie ich wszystkich nie ma, poczekać na zimę, przewędrować do Santiago drogą północną, nad Oceanem, trudną, samotną.

Idę na spacer po wciąż jeszcze wilgotnych rżyskach za wsią.

Wszędzie piękne kwiaty. Osty, dalie.

Siadam na kamieniu, piszę. Kończy mi się pierwszy długopis. Tydzień – pół zeszytu i jeden długopis.

ewahornillos3Zdjęcia w tym poście: Mietek

Berlinerblau raz jeszcze

W kwietniu za poradą Tomasza Prota, chemika, opublikowałam na blogu pierszą część znakomitego tekstu Michała S. Balasiewicza o przodkach Tomasza, słynnej rodzinie chemików – Berlinerblau. Autor poinformował mnie jednak, że nie ma on praw do tego tekstu, które po publikacji przeszły na redakcję Przeglądu Chemicznego. Przyjęłam to do wiadomości, poważnie skróciłam pierwszy wpis i doraźnie zrezygnowałam z publikacji drugiej części. Odesłałam też Czytelników do strony internetowej Przeglądu, gdzie za 6 złotych i 15 groszy mogli sobie przeczytać całość. Jednocześnie podjęłam próby skontaktowania się z redakcją, w celu wypertraktowania zgody na publikację całego tekstu na moim blogu. Próbowałam użyć argumentu (próbowałam, ale z braku kontaktu nie użyłam), że moi Czytelnicy bez publikacji u mnie na blogu nigdy nie przeczytają tego tekstu w wyspecjalizowanym czasopiśmie dla chemików, publikacja u mnie nie przyniesie więc redakcji żadnej szkody finansowej, a raczej – wręcz przeciwnie – może zachęcić nowe kręgi odbiorców do sprawdzenia, co w ogóle publikuje czasopismo, które wydrukowało taki świetny tekt, jak artykuł pana Balasiewicza. Telefony nie łączyły z nikim, dzwoniąc sobie a muzom, jak skowronki nad polem pszenicy o świcie, na maile nigdy nie przyszła żadna odpowiedź.

Minęło wiele miesięcy i postanowiłam, że zaryzykuję. Informuję, że Autor nie ma pojęcia o tym co robię i celowo z nim mojej partyzantki nie uzgadniałam. Jak mówią Anglicy, no risk no fun. Ale to moje ryzyko i moja rozrywka.

Pierwsza część pierwszej części tekstu wraz z moimi komentarzami i uzupełnieniami była TU i tu znajdzie Czytelnik informacje o dzieciach naszego dzisiejszego protagonisty. O nim samym publikuję tu całość tekstu. Druga część – za tydzień.

Michał S. Balasiewicz

Józef Berlinerblau

Wiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.

O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau, właściciel małej fabryczki metalowej. Pochodził on z rodziny żydowskiej. W bardzo młodym wieku brał udział w powstaniu listopadowym. Ożenił się z Dorotą z domu Silberberg. Swojego syna Józefa postanowili wykształcić w kierunku chemicznym. Józef, urodzony 27 sierpnia 1859 r. w Warszawie, ukończył szkołę średnią w drugim gimnazjum rządowym w Warszawie w 1876 r. i w tym samym roku został wysłany na wyższe studia chemiczne do Niemiec. Obrany przez niego tok studiów wyraźnie wskazuje na staranne przysposabianie się do pracy w przemyśle chemicznym w myśl najnowszych trendów.

Również wybór miejsca studiów był bardzo trafny, ponieważ w tym okresie chemia stawała się właśnie w Niemczech najbardziej rozwojowym przemysłem. Studia rozpoczął w Wyższej Szkole Handlowej w Dreźnie, a następnie studiował chemię na Politechnice Drezdeńskiej i uzyskał dyplom inżyniera chemika w 1882 r.

Roczną praktykę chemiczną odbył w znanym laboratorium prof. Hulwy we Wrocławiu na stanowisku asystenta. Na dalsze studia przeniósł się do Berna w Szwajcarii, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu wykonał pracę doktorską i otrzymał stopień doktora filozofii. Rozpoczął pracę jako asystent u prof. Nenckiego. Po uzyskaniu habilitacji otrzymał stanowisko docenta Uniwersytetu Berneńskiego i prowadził wykłady z syntezy związków organicznych na tym uniwersytecie.

Synteza chemiczna była również przedmiotem jego publikacji naukowych. Dokonał syntezy nowej substancji o właściwościach słodzących i nazwał ją „dulcyną”. Otrzymana substancja wykazywała właściwości słodzące podobne do sacharyny, miała jednak nad nią tę przewagę, że korzystniej działała na organizm ludzki. Józef Berlinerblau otrzymał patent na jej produkcję i sprzedał go firmie niemieckiej produkującej sacharynę. W 1884 r. przyjechał na urlop do Warszawy. Podczas urlopu otrzymał zaproszenie do zwiedzenia nowej fabryki powstałej w 1883 r., w której pojawiły się trudności rozruchowe wynikające z jakichś błędów konstrukcyjnych. Fabryka chemiczna o nazwie „Radocha” znajdowała się koło Sosnowca. Berlinerblau zaproszenie przyjął i po zbadaniu instalacji wykrył przyczyny kłopotów oraz podał sposoby ich usunięcia.

JozefBerlinerblau-zonaPo wykonaniu jego zaleceń fabryka ruszyła. Sukces ten sprawił, że w jego życiu dokonał się wielki przełom. Kierownictwo fabryki złożyło mu bowiem natychmiast propozycję objęcia stanowiska dyrektora technicznego „Radochy”. Berlinerblau również natychmiast tę propozycję przyjął. Postawił jednak warunek, że w fabryce urządzi też laboratorium badawcze, w którym będzie mógł prowadzić badania naukowe. W latach 1884–1901 był technicznym kierownikiem fabryki „Radocha”, w której m.in. wytwarzano wyroby na bazie wosku ziemnego.

rodzinaBerlinerblauW 1900 r. Berlinerblau objął kierownictwo wyprawy naukowej na Kaukaz oraz na znajdujący się po drugiej stronie Morza Kaspijskiego półwysep Czeleken w celu zbadania znajdujących się tam złóż wosku ziemnego. W tym samym okresie wyjeżdżał w celach badawczych do Zagłębia Borysławskiego. Owocem tych wypraw jest obszerna praca naukowa wydana w postaci książki pt. Erdwachs, Ozokerit und Cerezin / Wosk ziemny, ozokeryt i cerezyna. Praca ta przez wiele lat była podstawowym źródłem wiedzy o tych surowcach. Zakłady „Radocha” musiały sprowadzać wosk ziemny aż z Kaukazu ze względu na zaporowe cła na import wosku z Zagłębia Borysławskiego w Galicji. Sytuacja była analogiczna jak wprzypadku soli kamiennej z Wieliczki, której import do Królestwa był również nieopłacalny z powodu nałożenia wysokiego rosyjskiego cła.

W tym czasie pojawiło się nowe wyzwanie. Tak się bowiem złożyło, że Józef Berlinerblau był spowinowacony przez żonę Helenę z domu Oppenheim z właścicielami tak „Radochy”, jak i fabryki jutowej „Stradom”. Właściciele zaś docenili jego zdolności wynalazcze i organizacyjne i uznali, że są one niezbędne do utrzymania się „Stradomia” na rynku i dalszego rozwoju fabryki poprzez unowocześnienie przestarzałych maszyn i urządzeń włókienniczych, tym bardziej, że w Zakładach „Radocha” dyrektorem był również zdolny dr Artur Likiernik, wykształcony w Szwajcarii i z dużą praktyką przemysłową we Włoszech.

W tej sytuacji właściciele powołali Berlinerblaua do Zarządu Spółki Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom” i powierzyli mu stanowisko prezesa spółki. Nie opuścił on przy tym Zakładów Chemicznych „Radocha” i pozostał nadal członkiem zarządu. Józef Berlinerblau nie zawiódł właścicieli. W latach 1901–1914 udoskonalił i powiększył fabrykę, wykorzystując przy tym opracowane przez siebie patenty i pomyślnie wywiązał się z postawionego zadania. Józef Berlinerblau pozostał na stanowisku prezesa zarządu Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom”, pełniąc tę funkcję od 1901 r. aż do śmierci w 1935 r. Podobnie w Zakładach Chemicznych „Radocha” pozostał członkiem zarządu aż do końca życia.

Józef Berlinerblau będąc prezesem Stradomia, nie myślał tylko o swojej fabryce, lecz pracował także społecznie nad rozwojem oświaty chemicznej, nad szerzeniem wiedzy o roli nauki w społeczeństwie, które na gruncie indywidualnej przedsiębiorczości i zbiorowej współpracy dbało o umacnianie własnej aktywności przemysłowej i naukowej, podobnie jak wówczas robiły to Niemcy i inne kraje Europy kultywujące ducha przedsiębiorczości, i to w każdej dziedzinie. Równocześnie pracował naukowo i był zaangażowany w prace organizacji naukowych, w Kole Chemików przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa i w Stowarzyszeniu Techników. Do dyspozycji otrzymał laboratorium w Szkole Wawelberga i Rotwanda. Kierownikiem laboratorium był Jerzy Boguski, brat cioteczny Marii Skłodowskiej-Curie. Prace naukowe w tym laboratorium Berlinerblau prowadził wieczorami i w niedziele. W Chemiku Polskim opublikował w 1903 r. przyczynek do oznaczania węglowodorów parafinowych. Brał aktywny udział w pracach sekcji chemicznej.

W 1905 r. w Chemiku Polskim pojawiła się informacja, że w jednym z punktów porządku dziennego zebrania Sekcji Chemicznej p. dr J. Berlinerblau zademonstruje zamianę magnezu w azotek magnezu oraz przedstawi ogniotrwałe chemiczne naczynia z masy korundowej. Z wielkim zaangażowaniem J. Berlinerblau występował na rzecz rozbudzenia w Polsce zainteresowania sprawą stworzenia własnej krajowej bazy surowcowej do produkcji i oczyszczania terpentyny, kalafonii i innych substancji znajdujących się w żywicy drzew iglastych. Berlinerblau prowadził takie badania w lasach kieleckich. W 1907 r. Chemik Polski doniósł, że w dniu 23 marca w Sekcji Chemicznej porządek dzienny wypełnił odczyt dra Józefa Berlinerblaua o żywicy sosnowej i sposobach jej otrzymywania.

Interesująca jest zamieszczona relacja z tego spotkania: Prelegent poświęcił kilka słów wstępnych historycznemu rozwojowi produkcji ciał organicznych w ogóle, w którym po okresie wyłącznego korzystania z zasobów roślinnych i zwierzęcych, nastąpił wielce owocny okres spożytkowania zasobu związków organicznych kopalnych, a tym samym objęcia roli syntetyka jakim była przyroda przez człowieka. Okres ten jak przewidzieć łatwo skończyć się musi, gdyż źródła węgla kamiennego wyczerpią się z czasem. Czy wrócimy wówczas znów do korzystania z chemizmu roślin i zwierząt? Prelegent zaprzecza możliwości tego kroku wstecz, a przewiduje natomiast, że zdołamy, nim chwila ta nastąpi, naśladować czynność twórczą roślin budujących najbardziej złożone związki organiczne z CO2, H2O i N. Zwracając się do właściwego tematu prelegent przedstawił szczegółowo następujące jego strony: Skład chemiczny żywicy i jej produktów przerobu: terpentyny i kalafonii. Pochodzenie żywicy: gatunki drzew smołowych, ich budowę, a w szczególności powstawanie i rozmieszczenie przewodów smolnych. Techniczną stronę eksploatacji drzew żywicznych, stosowanej na szeroką skalę w Ameryce Północnej, południowej Francji i Lasku Wiedeńskim, a posiłkującej się umyślnym nacinaniem (kaleczeniem) drzew. Kwestię podjętą przez siebie wprowadzania tego przemysłu w naszym kraju. Zajmujący odczyt […] wysłuchano z wielką uwagą i uznaniem […] przeto szczegółowe zbadanie kwestii „żywicowania” u nas, zainicjowanej przez p. dra Józefa Berlinerblaua, godne są uwagi naszych chemików.

patentBerlinerblauW lutym 1910 r. na posiedzeniu Koła Chemików, któremu przewodniczył J. Boguski wybrano delegację Koła na zebranie organizacyjne Koła Przemysłowców, które otrzymało pozwolenie na przekształcenie się w Towarzystwo Przemysłowców z prawem tworzenia kół. Delegatami zostali wybrani panowie Boguski, Berlinerblau i Drozdowski. W dniu 9 marca 1910 r. odbyło się zebranie organizacyjne grupy chemicznej Towarzystwa Przemysłowców guberni Królestwa Polskiego. Po ukonstytuowaniu się grupy odbyło się zaraz drugie zebranie grupy chemicznej pod przewodnictwem Tomasza hr. Potockiego w sprawie żywicowania sosny naszych lasów. Postanowiono założyć cztery fabryki, przy czym: do projektowanej destylarni w Bliżynie zgłosili się pp. Jan i Władysław hr. Zamoyscy, Z. hr. Wielopolski, S. hr. Dembiński, St. ks. Lubomirski i J. hr. Tarnowski […], do destylarni wileńskiej zapisał się B. hr. Tyszkiewicz […], do destylarni homelskiej należy p. Seweryn Doria-Dernałowicz, a przyszła destylarnia święciańska ma deklarację p. Wład. Łęskiego. Uczestnicy zgłaszali również powierzchnie lasów, które miały zostać objęte przedsięwzięciem żywicowania. Znaczne udziały zadeklarowali również przemysłowcy, jak pan Serejski, który rocznie importuje z Ameryki Północnej 200 tysięcy pudów tych produktów, p. D. Kraushar i inni. Idea Józefa Berlinerblaua nabierała realnych kształtów. Niestety wybuch wojny w 1914 r. zdezaktualizował to przedsięwzięcie.

J. Berlinerblau aktywnie uczestniczył również w pracach nad utworzeniem Polskiego Towarzystwa Chemicznego. W 1908 r. ukazał się w Chemiku Polskim projekt statutu Polskiego Towarzystwa Chemicznego opracowany przez dr J. Bieleckiego, dr J. Berlinerblaua, Wł. Lepperta, dr. Bolesława Miklaszewskiego i T. Miłobędzkiego. Na uwagę zasługują odczyty i artykuły J. Berlinerblaua obrazujące charakter i trendy rozwojowe przemysłu i nauki w Europie Zachodniej. W Chemiku Polskim w 1905 r. ukazał się w siedmiu odcinkach obszerny artykuł pod tytułem Rozwój przemysłu chemicznego nad Górnym Renem, w którym Berlinerblau napisał: Dziś, kiedy stoimy w przededniu naszych ceł ochronnych i kiedy skutkiem oczekiwanych reform ustroju społecznego spodziewać się można bez wątpienia w niedalekim czasie nowego powiewu ożywczego ducha przedsiębiorczości i pracy, jest może na dobie opowiedzieć czytelnikom naszym, w jaki sposób powstał ten olbrzymi przemysł chemiczny w nadreńskiej dzielnicy niemieckiej. Artykuł ten powstał na podstawie odczytów wygłoszonych w Mannheimie przez Henryka Caro, byłego dyrektora BASF i wybitnego uczonego. W 1908 r. Berlinerblau zwiedził wystawę francusko-angielską, która odbyła się w Londynie na terenach wystawowych w Shepherd’s Bush. Swoje spostrzeżenia i refleksje przedstawił w odczycie opublikowanym w Chemiku Polskim pt. O udziale chemii naukowej w przemyśle angielskim, który zakończył słowami: Nie wątpię ani na chwilę, że w krótkim względnie czasie będziemy świadkami, jak duch badań naukowych będzie stopniowo, co raz więcej przenikał do angielskiego przemysłu chemicznego w ten sam sposób, jak to miało miejsce w Niemczech.

Trzeba powiedzieć, że J. Berlinerblau nie pomylił się w swojej ocenie, tym bardziej, że w obecnym czasie duch badań naukowych rozprzestrzenił się na cały świat i zajął naczelne miejsce w działalności ludzi.

Józef wraz z żoną Heleną udzielali się społecznie także w sferze socjalnej i od 1911 r. byli członkami Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, biorąc czynny udział w jego pracach. W tym samym Towarzystwie działał również Janusz Korczak.

J. Berlinerblau przez pierwszy rok wojny przebywał przymusowo w Szwajcarii. Do Polski, do Warszawy, wrócił na początku 1916 r. Od razu przystąpił do pracy w „Stradomiu” i mimo ogromnych trudności udało mu się doprowadzić do uruchomienia tam produkcji szpagatu oraz tkanin z przędzy papierowej. Uchroniło to fabrykę przed zarekwirowaniem maszyn i urządzeń przez okupacyjne władze niemieckie, które na ziemiach polskich traktowały niewykorzystany park maszynowy jako niepotrzebny i podlegający rekwizycji i wywozowi do Niemiec.

Po odzyskaniu niepodległości natychmiast pojawił się problem finansów i uzyskania kredytu na uruchomienie Stradomia. Berlinerblau udał się w tym celu do Anglii, gdzie taki kredyt otrzymał. Innym bardzo ważnym problemem był rozwój, powiększanie produkcji i asortymentu produktów. Pracował też nad zelektryfikowaniem napędu maszyn włókienniczych. Uzyskał wiele patentów, tak krajowych, jak i zagranicznych. Rozbudowywał fabrykę.

Po wojnie niestrudzenie propagował uprawę lnu w Polsce. Wspólnie z ziemianami zakładał trzeparnie do oczyszczania lnu na Wileńszczyźnie i w województwie poznańskim. Brał czynny udział przy organizowaniu Polskiego Urzędu Patentowego, przy układaniu taryf celnych i taryf kolejowych. Nie trzeba dodawać jak ważne dla fabryki były te działania, ponieważ właściwe ustawienie ceł i taryf decyduje o opłacalności produkcji i o konkurencyjności wytwarzanych wyrobów, nie-kiedy w większym stopniu niż doskonalenie technologii. Ponadto ten zewnętrzny zespół czynników, jakimi są taryfy i cła ma wpływ na wysokość płac, niezależnie od gospodarności samej fabryki. Dzięki swojej rozległej wiedzy i aktywności Berlinerblau został wybrany do Zarządu Związku Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Był również członkiem Rady Centralnego Związku Przemysłu Polskiego. Niewątpliwie wyższe studia handlowe, które ukończył w Niemczech dały mu do takiej rozległej działalności szczególne kwalifikacje. Uczestniczył w tworzeniu Polskiego Towarzystwa Chemicznego i był jego aktywnym członkiem. W dniu 11 listopada 1929 r. dr Józef Berlinerblau, Dyrektor Zarządzający Sp. Akc. „Stradom”, wybitny znawca zagadnień przemysłu chemicznego został odznaczony, z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Tak szeroka działalność J. Berlinerblaua nastawiona na pomoc przemysłowi, ludziom i państwu w jego rozwoju znalazła swój wyraz w pięknym i ciepłym wspomnieniu pośmiertnym napisanym na łamach czasopisma Przemysł Chemiczny: Dr Józef Berlinerblau był przemysłowcem wielkiej miary. Cechowała go prawość charakteru, niezwykła pracowitość i umiejętność kojarzenia badań naukowych z działalnością techniczną. Wielka energia wewnętrzna i szeroka skala zainteresowań dra Józefa Berlinerblaua sprawiły, że nie ograniczał się do pracy ściśle zawodowej, lecz pracował również na polu społecznym. Przyjmował gorliwy udział w pracach Polskiego Towarzystwa Chemicznego, oraz zrzeszeń gospodarczych […], a sfery przemysłowe otaczały go przez wiele lat szacunkiem i sympatią. Dr Józef Berlinerblau został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

Eros i Tanatos

Od kilku lat jesteśmy zaprzyjaźnione na Facebooku, co, jak wiemy, nic nie znaczy i nawet nie wiem, jak to się stało, że FB nas połączył. Nie wtrącałam się jednak i nie zmieniałam tego, bo jest artystką, a to co robi, wydało mi się ciekawe. Przede wszystkim podobała mi się na zdjęciach jej różowa kreacja, ewidentny obiekt artystyczny. Teraz poprosiłam Aleksandrę o przygotowanie wpisu. W trakcie wspólnej pracy nad tym postem, okazało się, że wpisów będzie kilka.

Aleksandra Hołownia o sobie

Urodziłam się we Wrześni, mieszkam w Berlinie, studiowałam w Poznaniu, Warszawie i Berlinie. Uprawiam akcje w przestrzeni publicznej, performance, scenografię, kostiumy, rzeźbę, rysunek, film wideo, projekty artystyczne, teksty.

Wykładam sztukę w Niemczech, ale też w Chinach (Harbin).

Alexandra  Holownia as Alexandra Fly at Tinguely Museum Basel 2013W Muzeum Tinguely’ego w Bazylei

Moje, powstałe na przestrzeni lat, rysunki, rzeźby, obiekty oscylują wokół tematu eros i tanatos. Egzystujące obok siebie odrębne, wykluczające się wątki przedstawiają zmagania dwóch żywiołów wpisanych w życie człowieka. Najczęściej powtarzającym się motywem w mojej twórczości jest symbolizująca instynkt życia i miłości wagina oraz obrazująca popęd śmierci czaszka. Fascynuje mnie  sztuka ulicy, kultura tatuażu jak i bazujące na alternatywnym sposobie docierania do publiczności artystyczne akcje również typu guerilla. Prywatnie jestem weganką. Mam trójkę psiaków: dwa boksery i andaluzyjską wilczycę. Życie psów nie jest mi obojętne. W miarę możliwości staram się wspierać psy w Polsce, Hiszpanii. Jako tzw. matka chrzestna bezdomnych psów w Rumunii (Streunenhunde-Pate) pomagam hamburskiej organizacji Cztery Łapy (Vier Photen) w realizacji idei kastrowania rumuńskich bezdomniaków. I od razu, korzystając z okazji, proszę o zapoznanie się z apelem tej organizacji i wszelką możliwą pomoc.

Kubus i BannyKubuś i Banny

Znaleźć mnie można na licznych portalach, oczywiście wpisując Holownia a nie Hołownia

ZOBACZ

Alexandra Holownia as Alexandra Fly Art Basel 2010Alexandra Holownia as Alexandra Fly Frieze Art Fair London 2013Alexandra Holownia, Smok piersiasty, drawing colour pen, 29,5x42cm Berlin 2003czaszkalezDzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Ogród duszy

Bogumiła Różewicz

Różowa kula

Beacie Pawlikowskiej

Różowa kula widzi Kobietę
błyszczącą w ramionach dżungli
skąpaną w ulewnym deszczu

Amazonia wydaje szelest
pięknej tajemnej muzyki

Kula pęka
rozprzestrzenia się
różowy pył

kobieta odpływa
otoczona skorpionami i piraniami

podróżniczka z lepszego świata

7 marca 2012

Czarny włos

Czarnowłosy chłopiec
spogląda w otwarte okno świata
widzi twarz Księżyca
łzy tworzą kałużę smutku

odpływa łódką do Babilonu

Kiedy obudzi się ranek
słońce zaświeci
zamkną się Zielone drzwi
czarny włos pozostanie na białej pościeli

18 czerwca 2012

Jesień, Jacek Yerka https://i0.wp.com/uploads6.wikiart.org/images/jacek-yerka/autumn.jpg
Jacek Yerka

Ścieżka kropli

Nadchodzi noc
światła gasną w oknach
moje miasto zasypia
zegar wybija północ
tylko Księżyc spogląda
z obłoków na róg ulicy
gdzie suche drzewo
ma na gałęziach krople deszczu

pójdę ścieżką kropli
odnaleźć Muzę która Cierpi

23 listopada 2013

Ogród duszy

W ogrodzie duszy
Anioł rozkłada skrzydła
pióro opada z nieba
konary tańczą walca
liście unoszą się na wietrze

W środku kwiatu
zegar wybija pierwszą

wtedy śpiewają cykady
biegnę zieloną łąką
rosa dotyka mych stóp

14 grudnia 2012

Jacek Yerka, Sad pomarańczowy, https://i0.wp.com/uploads4.wikiart.org/images/jacek-yerka/orange-grove.jpg%21Large.jpg
Jacek Yerka, Sad pomarańczowy

***
U źródeł strumienia
przejrzę się w kropli wody
wzniosę wzrok ku słońcu
zobaczę niebieskie łąki
jak kamień wejdę
w tajemnicę czarnych znaków
na papirusie odkryję siebie

10 lutego 2013

Uśmiech

Elżbiecie Dybalskiej

W dolinie Zielonej
wodospad uderza o skały
Bogini Grecji
ma w sercu niebo
Sukienka w odcieniu Szkocji
łzy tworzą hymn miłości
kamień biały bije
cztery akty dramatu
upadek kończy się uśmiechem

21 maja 2013

***

Niezapomniany dzień
otwiera się miasto
zamknięta w złotej klatce
otulona peleryną szarości
idę po bruku
ze srebrnych nitek
na powitanie
wychodzi Anioł

23 lutego 2013

***
Niebo granatowe
ubiera się w biały szal
spada deszcz meteorytów
kamienie odbijają się od szklanych gór
Kładzie się światło
na ziemię rzuca cień
widać Ludzkie plecy

1 lutego 2013

***
Kropla rosy na liściach
opada w dół
słowa zgrzytają na papierze
nie słychać rytmu
szum nieznośny
słowa Krzyczą
rozsypują się w drobny mak
płaczę nad poległym Słowem

16 lutego 2013

***
Kryształowa kula
widzi niekończący się sen
z otwartego kalendarza
wylatują pożółkłe kartki
tylko trzy daty zapisane w pamięci
3 Stycznia zobaczyłam Ciebie
26 Lutego przy muzyce
zapatrzeni w siebie
29 Lutego dotykamy
czegoś niewidzialnego
W dłoniach zmierzch
sen trwa do dziś
niedokończony

30 czerwca 2013

Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku - https://ewamaria.blog/wp-content/uploads/2014/08/98bb7-jacek_yerka_wiosna.jpg
Jacek Yerka, Wiosna w Milanówku

We wpisie pokazuję trzy obrazy Jacka Yerki, fantastycznego malarza fantastyki. Więcej: https://www.facebook.com/Yerkaland

I była chwila ciszy…

Lektury

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Podobnie jak rozmowy, tak i lektury bardzo silnie związały mnie z Mamą. Przejęłam chyba cały zestaw jej ulubionych książek, których nie wolno było za żadne skarby świata nikomu pożyczyć. I ja, mimo iż miałam do własności, swojej i cudzej, stosunek nader lekceważący (nadal mam), chyba rzeczywiście nigdy nie nikomu nie pożyczyłam żadnej z ukochanych książek Mamy. We wpisach na blogach w różnych kontekstach pojawiła się większość tych książek, ale chyba nie wszystkie. Nie pretendując do jakichkolwiek prób usystematyzowania wiedzy o lekturach Mamy, wymienię tu te, które do dziś zachowałam w pamięci.

szekspir-dulacBolesław Chrobry Antoniego Gołubiewa, 7 tomów
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, również 7 tomów
Tajemnice motyli Stefanii Szuchowej w wydaniu z lat 30 z ilustracjami Norblina
Cóż za pomysł Tato! Williama Saroyana
Siedemnastolatek Bootha Tarkingtona
Kubuś Puchatek A.A. Milne’a
Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej
Burza Szekspira w oryginale w wydaniu z roku 1908 z ilustracjami Edmunda Dulaca
Saga rodu Forysthe’ów Johna Galsworthy’ego
Saga rodu White’oków, a zwłaszcza I tom – Jalna Mazo De La Roche
A lasy wiecznie śpiewają Trygve Gulbranssena
Imitacja życia Fanny Hurst
Tajemniczy opiekun Jean Webster
Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery, tej od Ani z Zielonego Wzgórza
Byłam brzydką dziewczyną Anne-Marie Selinko
Berenika obcina włosy opowiadanie Francis Scotta Fitzgeralda z tomu Odwiedziny w Babilonie
Spowiedź Chinki Pearl S. Buck
Moja piękna Mama Mathilde Walewskiej

Siedem ostatnich pozycji to w gruncie rzeczy wciąż ta sama historia o brzydkim kaczątku, które staje się piękną, podziwianą i kochaną kobietą, przy czym w Imitacji życia jest to jeszcze kobieta, która samodzielnie osiągnęła nie byle jaki sukces finansowy. Szekspir i Szuchowa znalazły się na tej liście przede wszystkim z uwagi na wydanie i wspaniałe secesyjne ilustracje. Mama wprawdzie twierdziła, że nie lubi secesji, ale jak się wyrastało jako młoda panna w latach 30 ubiegłego wieku, nie można było nie polubić na całe życie ideału urody tamtych czasów, ideału bezwzględnie opartego na secesyjnych wzorcach, z lekka tylko unowocześnionych po I wojnie światowej. Te wszystkie obcięte na pazia rude kobiety z połyskującym hełmem gładkich włosów. Cudo! Obie sagi i Trygve Gulbranssen, podobnie zresztą jak Gołubiew, to po prostu wspaniałe historie rodzinne, wielopokoleniowe, skomplikowane, pozwalające na długo, na bardzo długo uciec od rzeczywistości, Proust to europejskie wyzwanie kulturalne, polski sprawdzian europejskości, a reszta to po prostu miłe książki dla dzieci i młodzieży, nie skażone komunistyczną retoryką i stylistyką.

Dziwnym wyjątkiem jest na tej liście Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej, polska współczesna powieść nikomu nie znanej pisarki, dodajmy nieznanej ani przedtem ani potem. Książka została wydana w roku 1962, nikt jej nigdy nie wznowił, a w antykwariatach można ją kupić za 3 złote. Książki nie ma na chomik.pl ani w biblionetce, w sieci nie ma recenzji ani opisów. Nie potrzebuję ich, świetnie pamiętam tę książkę, ale chciałam sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze wspomina. Po długich poszukiwaniach znalazłam jedno zdanie na jej temat: Książka opowiada o troskach i radościach inteligenckiej polskiej rodziny, jej przyjaciół i znajomych. To prawda, o tym jest ta książka, ale aż się prosi, by ktoś jej dodał w opisie to obleśne słówko, bez którego dziś nie ukaże się żadna współczesna powieść przeznaczona dla kobiet: ciepła. Człowiekowi się z mety odechciewa czytania pozycji, którą tekściarz wydawnictwa określił tym słowem. A jednak, jak teraz myślę o Bożku ciepła rodzinnego, to wiem, że gdybym była tekściarzem, to bym opisała tę powiastkę tym właśnie cholernym słowem: ciepła!
Czy muszę dodawać, że bożkiem ciepła rodzinnego jest kot?
Myślę, że to w tej książce Mama widziała siebie współczesną – zwykłą kobietę, żonę, obarczoną zwykłymi kłopotami, w rzeczywistości, która nie wywoływała żadnego entuzjazmu, ale nie przywalała też grozą. W 1962 roku pamięć tragedii wojennej już nieco zblakła, po prawie 20 latach można było chyba mieć nadzieję, że to, co człowiek aktualnie ma – zwykłe życie – będzie w miarę trwałe. Minęło już kilka lat od ostatniego polskiego przewrotu, października, kiedy zaczęła się odwilż, a więc i ustrój też już nie był wiszącym na co dzień nad głową mieczem Damoklesa. I dodajmy, ohyda rozgrywek wewnątrzpartyjnych i nagonki antysemickiej jeszcze się nie zaczęła. Było życie codzienne, na tyle miłe, na ile my sami i nasi przyjaciele mogliśmy je sobie miło ukształtować. Było raczej biednie, ale przecież nie nędznie, a przy tym właściwie, poza prywatną inicjatywą i jednym czy drugim lekarzem praktykującym prywatnie, nikt w otaczającym świecie nie żył lepiej czy bogaciej. I była chwila ciszy, i powietrze stało…

A był jeszcze w książce Opolskiej jeden czy drugi prościutki symbolik wskazujący, że nasze prywatne życie, to z ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, życie artystki i żeglarza z dwiema córkami, znajduje tu swoje odzwierciedlenie. I nie był to bynajmniej tylko kot, bo książka zaczynała się (mniej więcej) tak: Podczas niedzielnego spaceru w pobliskim lesie odkryliśmy całą masę ścieżek nie tkniętych ludzką stopą…

No to przecież my, my Boguccy, na takie właśnie spacery chodziliśmy. Cały świat był pełen ścieżek nie tkniętych ludzką stopą!

biwak-maleTam chodziliśmy na biwaki i spacery, nawet Mama wtedy jeszcze chodziła, szliśmy i szliśmy, aż Tata pokazywał w oddali jakiś siniejący punkt i mówił, tam, za tym drzewem zrobimy obiad. I tam, za tym drzewem, gotowało się makaron, wydobywało mielonkę turystyczną z puszki, kroiło na plastry ogórki z wielkimi pestkami. I zawsze był sierpień i już niedługo trzeba było iść do szkoły, ale jeszcze były wakacje, a potem kładliśmy się na wydmach, Kasia się bawiła jakimiś trawami, Tata natychmiast zasypiał, a my z Mamą czytałyśmy.

Droga do Santiago. Burgos

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze niedziela, 16 września

jezuswspodnicyPrzez wielką warowną bramę wchodzę do miasta, na plac z ogromną katedrą Najświętszej Marii Panny. Potęga. Wspaniały hiszpański gotyk. Dziesiątki kaplic, ołtarzy,  sarkofagów. Złote schody, srebrny rzeźbiony wóz, grób Cyda i Xymeny, klasztor z olśniewającymi krużgankami. Katedra jest biała i ma w sobie mnóstwo światła. Wszystkie zabytki związane ze świętym Jakubem zabrano na wystawę o Camino (obejrzę ją jeszcze, ale na razie tego nie wiem, oglądam więc tylko kolorowe obrazki), także Madonna Memlinga w stylu “flamenco” (flamandzki, jak sądzę) pojechała do Prado. Ciekawe, czy na zawsze? Natomiast na miejscu pozostał najważniejszy zabytek przechowywany w katedrze, też jak Memling z XIV wieku – krucyfiks z wychudzonym Jezusem w bordowej, aksamitnej spódnicy. Na zdjęciu znalezionym w sieci Jezus ma akurat białą spódnicę, ale jak to w Hiszpanii, świętych się przebiera co i rusz w nowe szaty – jak tam byłam, spódnica była bordowa, a tło, moim zdaniem, białe. Ale kto wie, może niedokładnie pamiętam. Na pewno jednak nie przypominała przylegających do ciała halek, jak tu na zdjęciu, tylko zawadiacko odstawała od nóg Jezusa, tworząc coś w rodzaju trapezu.

Miałam rację.

christos-de-burgosPodoba mi się ten kościół, ale od wczoraj mam trochę obaw, gdy wchodzę do hiszpańskiej świątyni. Im starsza i bogatsza, tym bardziej grozi wspomnieniami inkwizycji. Inkwizycja to musiał być biznes, jak przypuszczam, bo wszak nikt za darmo nie zajmował się przez kilka stuleci ściganiem odstępców, więzieniem ich, torturowaniem i paleniem na stosach. Inkwizycja działała od XIII wieku do XIX, siedemset lat. Kawał czasu. Potrzebna była infrastruktura i wykwalifikowani pracownicy. Inwestycje. Nakłady, które zgodnie z biznesplanem musiały się najpierw zwrócić, a potem zacząć przynosić zyski. Nam się wydaje, że to Eichmann był pierwszym człowiekiem, który stechnicyzował okrucieństwo i zamienił je w sprawnie funkcjonujący biznes, ale na pewno podobne założenia przyjęli twórcy gułagów, a przed nimi zapewne inkwizytorzy.

Siedzę na schodach za katedrą i cieszę się spokojem. Ponieważ jestem za katedrą i nic tu nie ma, nie ma też turystów. Ale jest tu zapewne jakiś śmietnik w okolicy, bo są muchy. Muchy! Cholery można dostać! Wracam przed katedrę.

O godzinie 19.30 będzie msza, ale nie wiem, czy dotrwam, bo to jeszcze 1,5 godziny, a ja jestem piesko śpiąca, zmęczona i głodna. Może raczej wrócę przez park do schroniska i podumam przez chwilę pod pomnikiem świętego Dominika de Calzada, o którym napis głosi, że był inżynierem Camino. Inżynier jako ten, kto zmienia, kto buduje. Na Drodze  było kilka takich postaci, które budowały i konstruowały – mosty, schroniska, przejścia, szpitale i cmentarze.

Burgos to bardzo ludyczne miasto. Na placu przed zamkiem rodzaj cyrku średniowiecznego, ale takiego, który tu i ówdzie przetrwał nawet do lat 20 ubiegłego wieku. Są budy z potworami (wstęp dozwolony dopiero od 8 lat), jakieś pseudopornosy na żywo (tylko dla dorosłych), teatrzyk cieni. Całe miasto pełne jest gier i teatrzyków. Natykam się na kościelny moralitet, a kawałek dalej na clowna, który bardzo śmiesznie gra na fortepianie. Pytanie, czy to akcja na zamówienie władz miasta, czy wciąż żywa tradycja?

Dziewczynki na skwerze uczą się grać na kastanietach. Piękna promenada z kunsztownie poprzycinanymi bukszpanami. Rynek z rzeźbą zegara. Placyk brukowany malutkimi kamyczkami. Kościół św. Agaty a obok Pescaria y Marinera Sant’Agata. Przez plac przechodzą muzycy, czy mi się wydaje, czy mówią po niemiecku? Przed domami suszarki, suszą się kolorowe ręczniki. W sklepach obłędnie kolorowa moda dla dzieci i szaro-czarna dla kobiet. Z odrobiną fioletu. Idę na mszę.

W kazaniu ksiądz mówi o miłosierdziu, Janie Pawle II i Faustynie Kowalskiej. Mężczyźni wchodzą do kościoła z ręką w kieszeni. Jeden w krótkich spodniach, jeden żuje gumę. Kobety w mocno wydekoltowanych sukienkach mini bez rękawów.

Gdy po mszy wychodzę przed katedrę jest chłodno i pada deszcz. Na kamiennej promenadzie jest ślisko, japonki ślizgają się paskudnie, mogę iść tylko drobnymi kroczkami – jak Japonka.

promenadeburgosMama miała rację, gdy jest ciężko, najpierw trzeba zadbać o konkrety, a dopiero potem płakać. First things first, jak mówią Anglicy. Czasem po zorganizowaniu rzeczy pierwszych już nie ma powodu, żeby płakać.

Dobranoc.

 

Wielka Wojna (13)

Na razie wydaje się, że rysunkami Kasi kończymy nasz cykl.

Katarzyna Kulikowska

Znamy ją już z różnych wpisów na blogu. Pojawiała się jako autorka wierszy, graficzka, rysowniczka. Teraz wykonała rysunki specjalnie do naszego cyklu wpisów o I Wojnie. Wczoraj w poście o Arturze Chazanowiczu zamieściłam jej rysunek samolotów. Dziś zatopienie Luzytanii, sterowiec na uwięzi i przejmujący żołnierz w okopach.

I tak sobie myślę, że jakby ktoś poszukiwał rysownika lub grafika, to niech się 
skontaktuje z Autorką
.

Tonaca LusitaniaWikipedia pisze: RMS (Royal Mail Steamer) Lusitania – parowiec transatlantycki, zbudowany w stoczni Wallsend w Newcastle i zwodowany 7 czerwca 1906 roku. Wraz z bliźniaczą Mauretanią był to w swoim czasie największy, najszybszy i do momentu zbudowania Olympica i Titanica najbardziej luksusowy statek świata.

Luzytania podczas rejsu próbnego Wikipedia Commons

Lusitania zatonęła dnia 7 maja 1915 roku po storpedowaniu przez niemiecki U-Boot U-20. Był to jej 202 rejs przez Atlantyk. Kapitan okrętu podwodnego Walther Schwieger twierdził później, że wystrzelił tylko jedną torpedę. Jednak statek typu Lusitanii był odporny na trafienie pojedynczą torpedą, zarówno z powodu swojej wielkości, jak i stosowania grodzi wodoszczelnych (pomimo uszkodzeń Lusitania nadal płynęła z prędkością przekraczającą 18 węzłów). Ostatecznie statek poszedł na dno z powodu drugiego wybuchu, którego źródło i przyczyny nie są do końca wyjaśnione. Wymienia się:

  • wybuch pyłu węglowego
  • wybuch amunicji i materiałów wybuchowych przewożonych w ładowni – wbrew zakazom “Lusitania” przewoziła tego typu ładunek
  • wybuch pyłu aluminiowego (46 ton) przewożonego dla Arsenału Woolwich
  • wybuch kotłów parowych po zalaniu ich wodą

Zatonięcie Lusitanii pociągnęło za sobą śmierć 1198 pasażerów, głównie Anglików, ale znalazła się wśród nich duża grupa obywateli amerykańskich. Ocalały 764 osoby. Ta największa od czasu Titanica katastrofa, odegrała ważną rolę we włączeniu się USA do I wojny światowej.

***

sterowiec

Tonąca Luzytania czy sterowiec były, przy całej grozie, jednak zjawiskami wyjątkowymi, natomiast żołnierz w okopie był wszędzie. Zginęło ich w tej wojnie 10 milionów. Pomyślmy o nich, a jeśli umiemy się modlić – to pomódlmy się, za nich, za tych co padli na polach bitew lub umarli z chorób i ran podczas Wielkiej Wojny i wszystkich tych małych wojen po Wielkiej Wojnie, za tych którzy zginęli podczas II Wojny, jaka podobno musiała wybuchnąć, bo I nie załatwiła wszystkich spraw i za tych, co giną co dzień w jakiejś wojnie, na Ukrainie, w Izraelu, w Syrii, w Iraku, jakiejś wojnie, która zawsze gdzieś się tli, a niekiedy tylko czeka, żeby z małego konfliktu przerodzić się w wielką wojnę z następnym numerem.

I niech Ten Na Górze ma nas wszystkich w swojej opiece.
zolnierz w okopach

Wielka Wojna (12)

31 lipca 1944 w tajemniczych okolicznościach zginął Antoine de Saint-Exupéry. Wystartował z lotniska Bastia-Borgo na Korsyce i miał wykonać lot zwiadowczy nad Grenoble. Spadł do morza nieopodal wyspy Riou koło Marsylii. Do dziś nie wiadomo, czy pisarz był już za stary na wykonywanie takich zadań (pomyśleć, że miał zaledwie 44 lata) i zawiodły go siły i umiejętności, czy został zestrzelony, czy popełnił samobójstwo.

Małemu Księciu wpis ten dedykuję.

Ewa Maria Slaska

Przygody pilota Artura Chazanowicza podczas Wojny Światowej

chasanowiczDane mu było żyć bardzo krótko. Urodził się w rodzinie żydowskiej w roku 1982, zginął w roku 1915.
Jego rodzina pochodziła z Grodna i w literaturze (bądź co bądź wymienia się go w dwóch pozycjach książkowych – w obu ze zdjęciem) określa się go jako “Russe” – Rosjanin.  To oczywiście mogło oznaczać rzeczywiście Rosjanina, ale najczęściej oznaczało Polaka. Artur skończył studia, wybuchła wojna i chłopak postanowił zaciągnąć do armii. Był inżynierem, interesowały go maszyny, starał się więc o przyjęcie do jednostek piechoty zmotoryzowanej. Niestety kolejne komisje lekarskie wykrywały u niego niedomogi serca i odrzucały jego wniosek o wcielenie do armii pruskiej. Chłopak był jednak ambitny i uparty. Zgłosił się sam na badania do szpitala Charité, gdzie wydano mu atest, zaświadczający, że cierpi wprawdzie na silną neurozę serca, nie jest jednak chory i nie ma żadnej wady serca. Zaopatrzony w odpowiedni dokument zgłosił się do oddziału pilotażu wojskowego w Adlershof-Johannisthal. Został przyjęty z datą 1 lutego 1915 roku.

samoloty wojenne-kulikowska

Samoloty wojenne, rysunek wykonany przez Katarzynę Kulikowską specjalnie do naszej serii Wielka Wojna.

Przeszedł szkolenie piechura w Alt-Glieniecke koło Adlershofu, po czym zdał egzamin pilota w szkole w Johannisthal i został skierowany do szkoły zwiadowców w Jüterbog. Wysłany jako pilot z Berlina do Wrocławia (był to lot specjalny, ale o tym za chwilę), zginął podczas lotu powrotnego. Samolot nie poderwał się prawidłowo nad lotniskiem Breslau-Gandau (Gądów Mały).

kleingandauTu wszystkie dane są już poplątane. Miał polecieć we wrześniu i umrzeć po 4 dniach od katastrofy, 1 października. Ale może jednak poleciał w sierpniu, a umierał kilka tygodni, a nie kilka dni. Napis na grobie podaje inne dane niż obie książki, w których jego przypadek został opisany. Nie bądźmy drobiazgowi. Był młodym pilotem, został wysłany z “misją specjalną” do Wrocławia i podczas wypełniania obowiązków służbowych zginął.

judischefliegerNie zginął jednak w żadnym wypadku na polu bitwy, lecz…

chazanowiczlistOddajmy głos samemu zainteresowanemu.
W książce Doktora Feliksa Aarona Theilhabera pt. Jüdische Flieger, wydanej w roku 1919 w Berlinie, znalazł się bowiem list napisany przez młodego pilota do rodziców. Artur opisuje lot do Wrocławia i podaje, że następnego dnia leci z powrotem, a mianowicie do Drezna. Tego następnego dnia samolot uległ wypadkowi, a w jakiś czas potem Chazanowicz umarł. Sylwetka młodego pilota została też wymieniona w publikacji Simona i Hank o poległych żołnierzach żydowskich pochowanych na tzw. Polu Chwały (Ehrenfeld) na cmentarzu żydowskim w Weissensee w Berlinie. W obu książkach nie ma mowy na ten temat, dlaczego doszło do wypadku i w rezultacie do śmierci młodego pilota. Czy był zbyt niedoświadczony czy też dostał maszynę, w której coś się zepsuło, czy też zawiodła służba naziemna na lotnisku?

Wrocław, 25 sierpnia 1915 roku.

Kochani Rodzice!

Po czterogodzinnym locie, który cudownym zdarzeniem przebiegał przy wspaniałej pogodzie, wylądowałem we Wrocławiu. Takiego pięknego lotu jeszcze nigdy nie miałem i naprawdę mogłem dziś doświadczyć, jak piękny jest sport powietrzny. leciałem nad Spreewaldem, nad pojezierzem śląskim i dużymi miastami śląskimi, które się bez końca ciągną wzdłuż szos. Najpiekniejszy był jednak widok Sudetów, których sylwetki mieniącym się ciemnym błękitem odcinały się na tle jasnego nieba. Wysoko w górę wznosiła się Śnieżka, którą jakże chętnie odwiedziłbym z powietrza. Równie piękna była zaczynająca się za Sudetami Kotlina Kłodzka i wspaniała panorama Czeskich Gór. Pogoda się wprawdzie popsuła, gdy nadleciałem nad Odrę z jej statkami, które wyglądały jak małe kolorowe punkciki, ale szczęśliwie dotarłem do Wrocławia. Sam lot był wprawdzie nieco męczący, to był też jednakże najpiękniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory odbyłem. Na pokładzie miałem porucznika, który nie był najmilszy, ale to mi nie przeszkadzało. W ten sposób bowiem, samolotem, dotarł on z wizytą do Babci, by złożyć jej życzenia z okazji 75 urodzin. Na pewno będzie się tam niemożebnie puszył, czego to on nie może, może sobie na przykład kazać zaprząc do dorożki i wydać polecenie, “Dorożkarz, lecieć prosto do Wrocławia…”

W obu książkach nie pojawia się też pytanie, jak to było możliwe, że jakiś porucznik mógł sobie zaordynować lot samolotem wojskowym do miasta odległego o 400 kilometrów, po to, żeby odwiedzić babcię? Niestety Artur nie podaje nazwiska swojego pasażera. Ale historia podobała by się Szwejkowi i na pewno chętnie by ją opowiadał w sytuacjach, kiedy trzeba by było udowodnić, że prywata i znajomości nie popłacają. I że na takich machinacjach można nie tylko stracić życie, ale i zniszczyć mienie Armii Pruskiej, tak potrzebne na froncie.

***
PS. Z postacią Artura Chazanowicza zapoznałam się pisząc referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Pruskiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny. Referat zostanie odczytany dziś podczas konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie w Kuala Lumpur w dniach od 6 do 8 sierpnia 2014 roku.

Reblog: Wielka Wojna (11)

Lech Milewski

Bitwa pod Gallipoli.

Gdy 4 sierpnia 1914 roku Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom, Australia i inne kraje Imperium Brytyjskiego zostały automatycznie włączone do operacji wojennych. Ciekawostką jest fakt, że pierwszy strzał artyleryjski tej operacji został oddany właśnie w Australii.

Wojenko, wojenko...
W 1914 roku Australia miała za sobą dopiero 14 lat niezależnego bytu państwowego. Obywatele Australii uważali się nadal za brytyjczyków (independent Australian Britons) i byli nieco zdezorientowani oficjalnym odcięciem od macierzy. To tłumaczy entuzjazm z jakim przyjęli wiadomość o wybuchu wojny. Urzędy rekrutacji ochotników nie mogły sobie poradzić z ilością kandydatów. Jaka była ich motywacja? Wydaje się, że dwojaka – z jednej strony poczucie, że po raz pierwszy jesteśmy równorzędnym partnerem Wielkiej Brytanii, z drugiej – chęć sprawdzenia się, i porównania – jacy jesteśmy po tych latach samodzielnego bytu?
Ciekawy jest fakt, że rząd australijski rozpisał dwukrotnie referendum w sprawie wprowadzenie przymusowego poboru. I dwukrotnie obywatele odrzucili ten projekt. Ale w tym samym czasie do urzędów rekrutacyjnych zgłosiło się prawie 422 tysiące ochotników. Jakaś przekora – chcę iść do wojska, ale tylko z własnej, nieprzymuszonej woli. Warto zdać sobie sprawę, że w tym okresie w Australii było niecałe 3 miliony mieszkańców płci męskiej. Na wojnę pojechało 332 tysiące.
Pierwsze transporty australijskich rekrutów wylądowały w Egipcie, gdzie rozpoczęły intensywne szkolenie. Do Egiptu przybyła również regularna armia nowozelandzka oddana na okres wojny do dyspozycji Wielkiej Brytanii. Wtedy powstał skrót ANZAC – Australian and New Zealand Army Corps.

Chrzest bojowy australijskiej armii nastąpił 25 kwietnia 1915 roku pod Gallipoli.
Gallipoli (z greckiego Kalli-poli – piękne miasto) – Turcja – okolice mitycznej Troi. Co Australia miała tam do roboty?

Scena polityczna.
Turcja przechodziła właśnie okres poważnych zmian wewnętrznych. Sześć lat wcześniej nastąpił ostateczny upadek Cesarstwa Ottomańskiego. Kraj potrzebował spokoju i stabilizacji, szukał sprzymierzeńca. Mogłaby być nim Anglia, ale stało się inaczej.
3 sierpnia 1914r, jeden dzień przed wypowiedzeniem Niemcom wojny, Winston Churchill nakazał konfiskatę dwóch pancerników zbudowanych dla Turcji w angielskich stoczniach. Wtedy znalazł się przyjaciel, Niemcy oddały do dyspozycji floty tureckiej pancerniki Goebel i Breslau.
Pod koniec sierpnia 1914r nastąpiła kolejna prowokacja – Anglia zarekwirowała turecką łódź torpedową. W odpowiedzi Turcja ogłosiła blokadę Cieśniny Dardanelskiej odcinając w ten sposób Morze Czarne od reszty świata.

Ministrem Wojny Wielkiej Brytanii był lord Kitchener, którego Anglia uwielbiała za odbicie Omdurmanu z rąk zwolenników Mahdiego i zwycięstwo w wojnie burskiej. Nic dziwnego, że użyto jego wizerunku na plakacie wzywającym brytyjczyków do broni.
Przebieg wojny na kontynencie europejskim zaskoczył Kitchenera. Regularna armia niemiecka to było coś innego niż tłumy sudańskich fanatyków uzbrojonych w dzidy. Może dlatego z taką chęcią ruszył na Turcję, uważał ją za kolejną konfrontację białych z barbarzyńcami.
12 marca 1915 r Lord Kitchener wezwał do swego gabinetu generała Iana Hamiltona i zlecił mu misję dowodzenia operacją lądową opanowania Dardaneli. Wiadomym było, że Grecja rozważała taką operację przy użyciu 150 tys żołnierzy.
Half of this number will do you handsomely – powiedział Kitchener do Hamiltona – I hope you will not have to land at all.
Atak floty brytyjskiej nastąpił 18 marca. Siedemnaście okrętów bojowych miało za zadanie unieszkodliwić baterie tureckiej artylerii i umożliwić rozminowanie cieśniny. Bardzo szybko zniszczono nadbrzeżne fortyfikacje, ale to nie rozwiązywało sprawy. Za zasłoną wzgórz znajdowały się ruchome baterie artylerii, które mogły bezkarnie ostrzeliwać atakujące okręty. Bilans dnia: trzy pancerniki zatopione, następne trzy jednostki unieszkodliwione. Winston Churchill ponaglał do powtórnego ataku, ale wiceadmirał Carden oszczędzał swoje okręty i powiadomił Londyn, że konieczna jest operacja lądowa zanim flota ruszy do następnego ataku.

Komedia pomyłek.
Generał Hamilton dostał rozkaz desantu. Zapomniano, że 75 tys wojska to ilość wystarczająca tylko dla wsparcia floty, że frontalny atak wymaga dwa razy większych sił. Zapomniano wyznaczyć dowódcę operacji, który mógłby koordynować działania sił lądowych i floty. Nie było żadnego planu działania, pierwsi pracownicy sztabowi i administracyjni przybyli do Aleksandrii 1. kwietnia. Zaczęło się gorączkowe gromadzenie środków, ale nikt nie wiedział dokładnie co i w jakiej ilości jest potrzebne. W ostatniej chwili ktoś zauważył, że w dniu desantu będzie ponad 3000 rannych. Na wąskiej plaży nie ma możliwości postawienia szpitala polowego, potrzebny jest statek-szpital. Na 3000 osób? Z Anglii wysłano dwa statki szpitale, każdy o pojemności 700 osób. Stracono wszelką szansę zaskoczenia przeciwnika. Wszyscy wiedzieli co się szykuje. Dowódca sił tureckich, niemiecki generał Otto von Sanders, metodycznie przygotowywał się do obrony.

Piekło na ziemi.
Desant nastąpił 25 kwietnia o godzinie 4:05,w ciemnościach nocy. Chodziło o to, aby turecka obrona nie mogła ostrzeliwać lądujących żołnierzy. Australijczycy mieli lądować na płaskim odcinku wybrzeża, który wyglądał tak zachęcająco, że nazwano go Brighton Beach…

Brighton Beach

Jednak w ciemności statki wiozące Australijczyków popłynęły za daleko na północ. Żołnierzy wysadzono na stromy, skalisty, pocięty wąwozami brzeg…

ANZAC Cove

Źródło: http://www.anzacsite.gov.au/

Nastąpiło totalne zamieszanie. Nikt nie wiedział gdzie jest, ani w którą stronę ma iść. Dowódcy stracili łączność z żołnierzami, żołnierze stracili kontakt ze swoimi jednostkami bojowymi. Do końca dnia wylądowało 15,000 Australijczyków. Angielska flota nie mogła udzielić im wsparcia artyleryjskiego gdyż nikt nie był w stanie ustalić gdzie przebiega linia frontu. Turecka obrona strzelała bezkarnie. Tego dnia zginęło 2000 australijskich żołnierzy. Ale nie wycofali się. W innych punktach wyniki desantu były podobne. Wojska aliantów okopały się. Zamiast ataku i marszu na Konstantynopol zaczęła się obrona beznadziejnych pozycji. W grudniu 1915 r rząd brytyjski zarządził wycofanie wojsk. Straty Australijczyków wyniosły 8,709 zabitych i 19,441 rannych.

Początek legendy.
Pierwszy obszerny reportaż z walk pod Gallipoli, autorstwa angielskiego dziennikarza Ellisa Ashmead-Barletta, ukazał się w Sydney Morning Herald 8 maja i trafił do serc i wyobraźni Australijczyków.
The Australians who were about to go into action for the first time in trying circumstances were cheerful, quiet, confident. There was no sign of nerves… They did not wait for orders… but sprung into the sea… rushed the enemy’s trenches. I have never seen anything like these wounded Australians in war before… They were happy because they knew they had been tried for the first time and not found wanting…. There has been no finer feat in this war than this sudden landing… These raw colonial troops, in these desperate hours, proved worthy to fight side by side with heroes of Mons, Ypres.
To było dokładnie to, co ludzie chcieli przeczytać. Właśnie po to zgłaszali się dobrowolnie na tę wojnę. Nie odstraszały ich listy strat, które zaczęły się pojawiać w następnych dniach. Wprost przeciwnie. W lipcu 1915 r zgłosiła się rekordowa ilość ponad 36,000 ochotników.
Listy od żolnierzy potwierdzały to, co pisał Ashmead-Bartett. Australijczycy okazali się być lepszymi żołnierzami niż ich brytyjscy koledzy. Byli lepsi, bo byli bardziej zaradni, samodzielni, egalitarni, optymistyczni i koleżeńscy. Właśnie te cechy stały się definicją australijskiego charakteru narodowego.

25 kwietnia został nazwany ANZAC Day. W 1927 r ANZAC Day został uznany za święto we wszystkich stanach Australii – KLIK.

Obrona Gallipoli to również legenda turecka. Dowódcą jednostek walczących przeciwko Australijczykom był Mustafa Kemal, który kilka lat później stanął na czele rządu tureckiego i zyskał szczytne miano Ataturk – ojciec Turków.

Wpis został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2013/04/ANZAC-Day-historia.html