Federico Garcia Lorca (reblog i nie tylko)

Zginął zabity przez siepaczy frankistowskich. Był jedną z pierwszych ofiar reżimu, który właśnie doszedł do władzy. Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka jego wierszy na polski, autorka grafik do najsłynniejszego cyklu jego poezji – Romancero cygańskie – napisała we wstępie do wydania jego dzieł wybranych (Gdańsk, Wydawnictwo Morskie 1982):

19 sierpnia 1936 roku został zamordowany największy współczesny poeta Hiszpanii – Federico Garcia Lorca.
Zginął mając lat 38, w pełni twórczego rozkwitu. Pozostawił ogromny dorobek: pięć słynnych dramatów, kilka mniej znanych i szereg mniejszych utworów scenicznych, prozę poetycką, teksty krytyczno-literackie oraz przeszło 500 wierszy. Był jednym z tych poetów, których wiersze “zbłądziły pod strzechy” i to od razu, jeszcze za jego życia. Popularne od pierwszych lat swego istnienia, przetrwały tragiczną śmierć Lorki, zakazy publikacji, okres frankistowskich represji. Znane w całej Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej, publikowane, recytowane, śpiewane, a także tłumaczone na liczn języki obce, trwają nadal, wciąż żywe, silniejsze niż śmierć.

(…)

Poeta, jak zwykle latem pojechał do Granady, aby spędzić wakacje z rodzicami. Nazajutrz, 17 lipca 1936 roku, rozpoczął się frankistowski przewrót. Nastąpiły represje, terror, masowe egzekucje. W Granadzie i jej okolicach zamordowano owego lata ponad 20 tysięcy osób. Przyjaciele doradzali poecie jak najszybszą ucieczkę na północ kraju czy nawet za granicę. Lorca uciekać nie chciał, nie rozumiał też, co mogłoby mu grozić. Nie był działaczem politycznym; nie pojmował, że sława, która go otaczała, a także społeczna wymowa jego dzieł staną się dla niego wyrokiem śmierci. Nie potrafił zresztą uwierzyć, żeby ktokolwiek był zdolny do zamordowania poety.

Został aresztowany 18 sierpnia i zaraz nazajutrz o świcie rozstrzelany w wąwozie Viznar pod Granadą. Nie miał pogrzebu i nie ma grobu. Stało się tak, jak kiedyś napisał:

Kiedy ja umrę
z gotarą mnie pochowajcie
w suchym piachu.

A kiedy minęło 80 lat:

Niekochany bohater Grenady

Nie ma grobu i nie doczekał się muzeum na miarę swej sławy i wielkości. Co więcej, w 80 lat po swojej śmierci Federico García Lorca został bohaterem kolejnego dramatu – tym razem korupcyjnego.

Rodzina Lorki walczy z urzędnikami o kontrolę nad nowym, kosztującym 25 mln dol. centrum w Grenadzie zbudowanym ku pamięci dramatopisarza i poety straconego przez pluton egzekucyjny podczas hiszpańskiej wojny domowej. Otwarte latem ubiegłego roku centrum miało pomieścić olbrzymie archiwum składające się z blisko 20 tys. przedmiotów – rękopisów, rysunków, dzieł sztuki, których łączną wartość wyceniono na 22 mln dol. A jednak eksponaty te dotąd do muzeum nie dotarły. Rodzina Lorki oraz fundacja jego imienia nie zgadzają się przenieść zbiorów z magazynu w Madrycie do grenadyjskiego centrum, póki miejscowe władze nie zagwarantują im tego, co już im podobno obiecały: nadzoru nad działalnością muzeum.

– Od samego początku instytucje rządowe nie podchodziły do tego projektu z entuzjazmem – twierdzi Laura García Lorca, siostrzenica poety i kierowniczka fundacji, urodzona w Nowym Jorku, na wygnaniu, gdzie udała się cała rodzina po egzekucji słynnego grenadyjczyka z rąk nacjonalistów w sierpniu 1936 roku.

Otwarte przed rokiem w pobliżu renesansowej katedry centrum miało dodać Grenadzie literackiego blasku. Władze planowały organizować specjalne wycieczki śladami poety po jego rodzinnej Andaluzji. W odległości spaceru od muzeum mieści się letni dom Lorki, ten sam, w którym napisał on przy prostym drewnianym biurku “Krwawe gody”, klasyczną sztukę z 1932 roku o miłości, chciwości i zbrodni. Z powodu korupcyjnych oskarżeń dziś samo muzeum uwikłane jest w dramat.

Obiektowi nadal brakuje dyrektora. Ponieważ rodzina odmawia wydania archiwów, trzeba było odwołać niemal roczny program imprez z udziałem uznanych na świecie pisarzy, poetów i artystów, w tym Patti Smith mającej wziąć udział w lipcowej inauguracji. Jakby tego jeszcze było mało, byłemu konsultantowi fundacji postawiono zarzut sprzeniewierzenia kwoty powyżej 2,75 mld dol. z pożyczki zaciągniętej na budowę centrum.

W kwietniu hiszpańskie ministerstwo kultury objęło archiwum Lorki specjalną ochroną uniemożliwiającą ewentualne próby wywiezienia kolekcji za granicę. Urzędnicy uzasadnili tę decyzję obawami o rozsprzedanie części zbiorów, by pokryć długi centrum, mimo że członkowie rodziny poety wcześniej wykluczyli taką ewentualność.

Nowy burmistrz Grenady, Francisco Cuenca, szuka sposobu na pogodzenie zwaśnionych stron: fundacji, lokalnych i krajowych władz, których przedstawiciele wchodzą w skład konsorcjum mającego nadzorować centrum i łożyć na jego utrzymanie. Nie udało się dotąd rozwiązać punktów spornych, w tym rozstrzygnąć kwestii odpowiedzialności za utratę środków.

– Przez długie lata poeta należał do czołowych miejskich dóbr kultury, o których słyszał cały świat – zauważa Christopher Maurer, profesor literatury hiszpańskiej z Uniwersytetu w Bostonie specjalizujący się twórczości Lorki. Co nie zmienia faktu, że dziedzictwo poety budziło w jego rodzinnym mieście “niewątpliwy opór i niechęć”.

Konflikt trwa od dziesięcioleci. García Lorca został pochowany gdzieś na przedmieściach Grenady, na polu, gdzie stracono go w wieku lat 38. Grobu poety nie udało się dotąd zlokalizować. Badacze chcieliby zorganizować teraz trzecią rundę poszukiwań, czemu jednak sprzeciwia się rodzina zmarłego, w tym sześcioro jego siostrzenic i siostrzeńców. Z policyjnego raportu, który wypłynął w 1965 roku, wiadomo, że Lorkę stracono na rozkaz władz wojskowych, które gardziły poetą za jego homoseksualizm i przynależność dla masonerii. – Nadal budzi sprzeczne uczucia – mówi o sławnym wuju jego siostrzenica Laura García Lorca. – Może mieć to związek z poczuciem winy i współodpowiedzialności za to, co się kiedyś stało.

W tym andaluzyjskim mieście o 236 tys. mieszkańców do niedawna w galerii portretów przedstawiających kolejnych burmistrzów brakowało wizerunku szwagra poety, socjalisty straconego w 1936 roku przez nacjonalistów w parę dni po swojej nominacji. Dopiero tego lata nowy burmistrz Cuenca – socjalista, który zastąpił na czele władz miejskich skłóconego z rodziną Lorki urzędnika – kazał umieścić portret zamordowanego na poczesnym miejscu.

Cuenca twierdzi, że chciałby jeszcze w tym roku sprowadzić do centrum archiwa i udostępnić je zwiedzającym. – García Lorca jest dla Grenady najlepszą marką – zapewnił, przechadzając się po historycznej części miasta. – Turyści na całym świecie znają Grenadę z Alhambry, lecz to raczej miasto kreatywności i poetów.

Najpierw jednak centrum musi zaradzić poważnym problemom finansowym. W marcu były sekretarz fundacji, Juan Tomás Martin, wziął na siebie odpowiedzialność za część długów, podając, że niefortunnie zainwestował pieniądze w projekty edukacyjne w Ameryce Południowej. Kłopoty fundacji skłoniły sekretarza stanu ds. kultury José Maríę Lassalle do nałożenia restrykcji na posiadane przez nią archiwa. W osobnym wywiadzie Lassalle przyznał, że nic nie wie o planach sprzedaży zbiorów przez fundację. Hiszpańskie media spekulowały, że zainteresowanie ich kupnem wyraziło University of Texas w Austin, jednak rzecznik uczelni odmówił komentarza w tej sprawie. – Fundacja dotychczas była efektywną strukturą i nie zamierzam kwestionować jej możliwości sprawowania ochrony nad archiwum – stwierdził urzędnik. – Uważam jednak, że odpowiedzialni politycy powinni zapewnić najwyższy poziom ochrony.

Rodzina Lorki, która fundację jego imienia stworzyła w 1984 roku ze środków uzyskanych ze sprzedaży kilku prac Salvadora Dalí, już wcześniej musiała stawiać czoła przeciwnościom losu. W połowie lat 70 krewni poety stoczyli zwycięski bój z władzami miasta, które z powodu planów budowy autostrady zażądały wyburzenia letniego domu rodu Lorca. W latach 80 rodzina skutecznie walczyła z projektem wzniesienia stadionu w miejscu, gdzie mogły znajdować się masowe mogiły, w tym grób poety.

Ostatnio fundacji udało się dojść do wstępnego porozumienia z bankiem La Caixa gotowym umorzyć część zadłużenia, w zamian za co instytucja ta mieniłaby się odtąd głównym sponsorem centrum. Trwają rozmowy ze stroną rządową w sprawie dalszej roli fundacji w całym przedsięwzięciu. (…) Niektórzy jednak tracą cierpliwość, na próżno czekając na ukończenie projektu zaplanowanego przez fundację jeszcze w roku 2004. Laura García Lorca żartuje, że czuje się jak tytułowa Doña Rosita, stara panna z jednego z dramatów Lorki, przez lata próżno czekająca na powrót narzeczonego. – Budują nowe domy, śpiewają nowe piosenki, a ja wciąż taka sama, równie roztrzęsiona – parafrazuje słowa głównej bohaterki.

***

Dziękuję Kindze Szpuler za przysłanie mi tego artykułu.

Kinga Szpuler, germanistka i hispanistka, obroniła w czerwcu tego roku pracę magisterską (już drugą – pierwsza była z germanistyki) o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej. Od przyszłego tygodnia będę tu zamieszczała fragmenty tej pracy. Po hiszpańsku!

przerywnik-kobieta-patrzyMężatka niewierna. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (tak zwany przerywnik w przeciwieństwie do dużych grafik ilustracyjnych) do wiersza Lorki pod tym samym tytułem.

Reblog: Sardynia

Jacek Pałasiński

14 sierpnia 2016

W oczekiwaniu na prom wjechałem na malownicze wzgórze na wschód od Porto Torres. Wpatrywałem się w wyraźnie nakreśloną linię horyzontu: na dole ciemny błękit, urozmaicony pojawiającymi się i znikającymi białymi kędziorkami fal, a powyżej nieśmiało zabarwioną na niebiesko biel. Lubię się wpatrywać w morze; dostarcza mi to cichej rozkoszy. Coś mi jednak w tym niezmiennym krajobrazie przeszkadzało, wytężyłem wzrok: ależ tak, to była Korsyka, jeden z najpiękniejszych fragmentów lądu, jaki znam. Ledwie-ledwie poszarzała biel nieba.

Moja sardyńska przygoda dobiega końca. Jeszcze kilka godzin i zaokrętuję się na prom, który, opływając Korsykę od Zachodu, zawiezie mnie do Genui. Jednego wnuka wcześnie rano odprawiłem na samolot, drugi został oswajać się z morzem i plażą; na razie się ich boi, ale z każdym dniem coraz mniej. Młode pokolenia uczą się mówić. Co powiedzą, jak już się nauczą? Coś mądrego, dobrego, czystego? Czy jak zwykle?

Niewiele się naużywałem, bo głównie siedziałem w ciemnej dziupli (bo chłodniej) i pisałem. Raz poszedłem na piękną plażę, by utwierdzić się w przekonaniu, że odkąd ludzkość wynalazła baseny morze jest raczej do oglądania. Były ogromne bałwany, zanurzyłem nogi, wiatr wypiaskował mi twarz jak z kerchera i uznałem, że dosyć. Zadawałem się natomiast z ciekawymi ludźmi z najmniej rozwiniętej części wyspy, może lepiej: z jednej z wielu zaniedbanych części tego skrawka Unii Europejskiej. W Polsce takiej biedy nie ma; a tu – są z nią za pan brat od stuleci. Biednie, brzydko, niezbyt czysto. Drogi jak zbombardowane. Po środku krzywo wybetonowane kanały; to pewnie nad rurami od metanu. Z jakichś powodów w całym kraju kładzie się je pod szosami, rujnując doszczętnie nawierzchnię. Firmy, które wygrały przetarg zapewne zobowiązywały się do naprawienia szkód, ale nich ich nie sprawdzał, nikt nie wymagał. Ogólnowłoski slogan, zawieszony na płotach, odgradzających rowy, ryte w jezdniach brzmiał: „E’ arrivato il metano azzurro” – „Nadchodzi błękitny metan”. Błękitny nie jak metan, ale jak kolor Włoch… Zrujnowali drogi w całym kraju. Gdzieniegdzie już się z tym uporali, bo to w końcu 20 lat, jak kładą te rury, ale nie na Sardynii; tu jest bieda. Zadekretowana, utrwalona tradycją, niezmienna bieda’ była jest i będzie, nie warto o nią kruszyć kopii.

Może dlatego sardyńskie miasteczka, te które leżą wewnątrz lądu należą do najbrzydszych nad całym Morzem Śródziemnym. Brzydkie i przygnębiające. Zwłaszcza w zestawieniu ze splendorem cudnego i czystego morza i majestatem wszelkiego rodzaju gór. Z Sardynii był prezydent Francesco Cossiga, był sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej Enrico Berlinguer; nic nie zmienili. Na Sardynii jest bieda i już. Wyciąga rękę do państwa, a państwo daje od niechcenia, byle co i byle jak; w końcu to niewielki region Italii, z dala od kontynentu, przynosi więcej kłopotów niż zysków.

Koło 1800 roku król Sardynii i Piemontu wydał bezterminowe koncesje na wydobycie z tutejszych gór ołowiu i cynku firmom francuskim i belgijskim. Przez 150 lar zamieniono tutejsze góry w szwajcarski ser, wyryto setki kilometrów sztolni i korytarzy. Przy udziale Polaków, dodajmy; po Pierwszej Światowej internowanych jeńców, po Drugiej Światowej z ochotników ze śląska. Ostatni polski inżynier i górnik zginęli tu, kopiąc sztolnię, nie dalej jak 15 lat temu.
Z całego tego wydobytego stąd bogactwa nic nie zostało na Sardynii. Nie budowano dróg; tylko kolejki do wywożenia surowca w pobliże morza; tam stawiano piece, które z grubsza oddzielały surowiec od skały. Najpierw kobiety stwardniałymi rękami to rozdzielały na taśmie, a potem podpływały małe łodzie, zabierały nieforemne wytopki i przewoziły na łodzie większe. Te odbijały, załadowane, w kierunku jeszcze większych a te z kolei w kierunku dalekich portów, ale nie sardyńskich. 1500 osób zginęło w tych kopalniach w niespełna 150 lat. O: ojciec Bruna, ojciec Sergia… W tych kopalniach Sardyńczycy się rodzili tu pracowali i tu umierali. Żeby się nie buntowali, budowano im kaplice, szkoły i boiska; kopalnia dbała o wszystkie elementarne potrzeby rodzin pracowników. Zarobki były głodowe, ale były, a gdzie indziej nie było nic. Nie ruszali się spod swoich chałupek, byle jak postawionych w pobliżu kopalń, bo po co? Ginęli, to ginęli, chorowali, to chorowali; takie sardyńskie życie, jedyna alternatywa to paść kozy, ale kozy kosztują; trzeba je kupić albo odziedziczyć…

W 1950 r. zasoby się wyczerpały i zagraniczne spółki kopalnie zamknęły. Całe pokolenie Sardyńczyków nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Państwo usiłowało przez 20-30 lat utrzymać nierentowne kopalnie przy życiu, potem powiedziało „pas”. No i koniec. Pozostały podziurawione jak robaczywy grzyb góry i setki okropnych struktur hutniczych, pobudowanych bezpośrednio na brzegu morza. Skruszały, leżą w gruzach. Całe miasteczka zostały porzucone, albo nie ma po nich śladu, albo, tu i ówdzie sterczą w niebo jeszcze jakieś ruiny.

W trosce o piękno środowiska zakazano budować struktur turystycznych. Z troski o środowisko. To największe bogactwo tej przecudnej ziemi leży odłogiem, jest brudnawe i zasyfione, ale środowisko triumfuje. Tylko na Północnym Wschodzie – Golfo degli Aranci, Porto Rotondo, Porto Cervo – kiedyś ze względów politycznych dano te ziemie w pacht Adze Khanowi; dziś to raj milionerów z Rosji, Berlusconiego, Mirka i jego Topolanka i innych snobistycznych bogaczy lub znajomych bogaczy. Ja nie sądzę, żeby tamte tereny straciły na tej koncesji. Sądzę, że jeśli władze regionu chcą chronić środowisko, to niech zaczną od sprzątania, od bonifikacji tysięcy czynnych jeszcze zbiorników zatrutych arszenikiem, tlenkami aluminium czy innymi chemikaliami, które każdej wiosny, kiedy i tutaj, nad tę suchą ziemię przychodzi deszcz, przelewają się, tworząc ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców, dwu i czteronożnych, a także dla roślin.

Pewnie, nie można powtórzyć dzikiej gonitwy do cementowania plaż, jak to miało miejsce w Hiszpanii, poważna władza powinna umieć sobie z tym poradzić. Ba, poważna władza…
Jakimś cudem, mimo panującego zakazu, ten i ów dostaje zezwolenie na budowę „mieszkaniową”, tj mini-domki szeregowe, po 50 m2 każdy, na dwóch piętrach i ze schodami, które liczą się do metrażu. Można taki kupić już za 100 tysięcy euro. Chętnych nie brakuje. Ale zaraz potem odkrywa się, że tu nie ma wody, więc trzeba ją zamawiać w wielkich bidonach za słone pieniądze. Potem okazuje się że domki stoją na piasku, więc mają tendencję do wyłamywania się z „szeregu”. I że są wykonane tak tandetnie, że nie mija rok, a trzeba całość znów tynkować od zewnątrz i wewnątrz. Sporo jest takich osiedli-widm porzuconych, których mieszkańcy prawują się z budowniczym, który już tymczasem zdążył zbankrutować.
Ale w miasteczkach ludzie sprzyjają takim bezecnym inicjatywom budowlanym, bo to przecież trochę miejsc pracy, choćby na krótko…
Ciao, piękna, kochana, zaklęta i przeklęta Sardynio…

***
W tej samej podróży włoskiej, tyle że dziesięć dni wcześniej autor zjadł…

…arcydzieło, kucharzom innych nacji niedostępne, ba, kucharzom z innych regionów: polentę z grzybami. Poezja!
Polenta to w 95 przypadkach na sto niejadalna, niesmaczna grduła z mąki kukurydzianej i wody, zaparzona we wrzątku jak kuskus, albo zapieczona w piekarniku. Cokolwiek z nią zrobisz – grdułą pozostanie. No, ale te pięć na sto razy… Och jej! Była z pieca, ale nie za sucha, ze skorupką, ale tylko z wierzchu, nie za grubą, właśnie taką, jaka potrzebna jest, by bez zapadania utrzymać na wierzchu dobrze dobraną mieszankę mocno posiekanych grzybów, uduszonych osobno, bez żadnego beszamelu ani śmietany, sama oliwa i grzyby we własnym sosie, a na to… Drobniutko pokrojony, cienki jak bibułka boczek, podsmażony praktycznie na sucho, tak, żeby miło chrupał wśród grzybków. A na wierzchu – kilkanaście płatków parmezanu. Kieliszek dobrego, czerwonego wina z Trentino, blend merlota z cabernetem, czyli sangiovese z cannaiolo nero po tutejszemu coronat opus.

***

Przyznaję jako administratorka bloga, że nie wiedziałam, o co chodzi z tym metanem, ale sprawdziłam, oczywiście wiedziałam, że jest to gaz i wiedziałam też, że są samochody na gaz, ale nie wiedziałam, że to samochody na metan… uczymy się całe życie. A Włosi ponoć rzeczywiście lubią metan i niemały w tym udziała FIATa. Więcej TU.

Stuart 6

Joanna Trümner

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Musical „The Sound of Music”

Pożegnanie

Rok szkolny dobiegał końca, a wraz z nim kończyła się roczna umowa Stuarta na pracę w szkole. W tydzień po rozdaniu świadectw, w upalny czerwcowy wieczór w udekorowanej girlandami i balonami auli szkolnej odbył się bal absolwentów szkoły w Walton. Poubierani w garnitury chłopcy i dziewczęta w sukniach balowych sprawiali na Stuarcie wrażenie starszych i bardziej dojrzałych. Przypomniał mu się jego pierwszy dzień pracy, kiedy stanął przed klasą i zapisując na tablicy swoje nazwisko, powtarzał w myśli słowa „dasz sobie radę, dasz sobie radę!” oraz moment, w którym strach odjął mu na chwilę mowę. Tych kilkanaście miesięcy minęło bardzo szybko, z biegiem czasu uczniowie nabrali do niego zaufania, przychodzili do niego z prośbą o rady, opowiadali mu o problemach z rodzicami i przyjaciółmi, o pierwszych miłościach i rozczarowaniach. Podczas tych rozmów Stuart poznał tak szczere i intymne fakty z ich życia, że czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że niedługo opuści swoich uczniów na zawsze. Kim będą ci młodzi ludzie za dziesięć lat – pod koniec czerwca 1981 roku – komu uda się zrealizować plany, złapać w ręce odrobinę szczęścia, kto odważy się wyjechać z tego śpiącego przez większą część roku miasteczka?

Myśli Stuarta przerwały dźwięki piosenki „Climb every mountain” i mimo, że nie lubił tej patetycznej, zbyt często słyszanej piosenki z musicalu, musiał w duchu przyznać, że jej słowa oddają wszystko to, czego życzył młodym ludziom w dniu, w którym zaczynają dorosłe życie.

Młodzież przygotowała dyplomy dla nauczycieli, których chciała szczególnie wyróżnić. Był wśród nich dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia, dyplom dla najbardziej sprawiedliwego nauczyciela i dyplom dla najbardziej lubianego, który wręczono Stuartowi przy dźwiękach jego piosenki „How long is soon”, śpiewanej na scenie przez jego czterech byłych uczniów. Ta prosta, wpadająca w ucho melodia – pierwszy sukces muzyczny Stuarta będzie przez wiele lat trwałym śladem jego pracy w tej szkole.

Dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia wręczono nauczycielowi angielskiego – Williamowi. Stuart nieraz zastanawiał się, jak temu cichemu, niepozornemu młodemu mężczyźnie udało się dotrzeć do młodzieży i zainteresować ją literaturą. Może w chwili, kiedy stał przed klasą i cytował zdania z tysięcy przeczytanych przez siebie książek albo recytował wiersze, zmieniał się w inną osobę? Stuart z zaskoczeniem zobaczył swoją młodszą siostrę Eve w towarzystwie Williama, byli tak zajęci rozmową i zapatrzeni w siebie, że uczucie, które ich łączyło nie było dla nikogo zagadką. Co ten chudy, nieśmiały chłopak w drucianych okularach, tak niepozorny i cichy, że Stuart przez cały okres pracy w szkole, zamienił z nim jedynie kilka słów, znalazł w jego siostrze? Jak mogły się zejść dwie tak bardzo oddalone od siebie planety – ten delikatny, nieobecny duchem chłopak, który przedkładał świat książek nad świat ludzi i głośna, dominująca, wiecznie narzekająca i bardzo przyziemna Eve? O czym potrafili godzinami rozmawiać, czym zafascynowała go ta pełna żalu do życia, losu, rodziców, Stuarta i Kate, nienawidząca swojej pracy w szpitalu i nieufna wobiec ludzi kobieta?

Z inicjatywy Williama powstało w szkole prężnie działające kółko teatralne, wystawiające sztuki Szekspira na plaży. Spektakle ściągały w lecie tłumy turystów, a za zarobione na biletach wstępu pieniądze uczestnicy kółka sfinansowali swój kilkudniowy pobyt w Londynie i zastąpili prowizoryczne, uszyte ze starych ubrań i firan kostiumy i dekoracje nowymi rekwizytami. Patrząc na swoją zatopioną w rozmowie z Williamem siostrę Stuart zrozumiał nagle, dla kogo matka spędzała teraz godziny przy maszynie do szycia.

Jego rodzinny dom zmienił się w ostatnich miesiącach nie do poznania – świeżo pomalowane ściany i nowe meble wprowadziły przytulną atmosferę, na ścianie w kuchni zawisł arkusz brystolu ze zdjęciami wszystkich członków rodziny i słowami „Każdy dzień jest jak nowe życie”. Rodzice coraz częściej wybierali się na długie spacery nad morzem, z których wracali trzymając się za ręce – matka odnajdywała siebie sprzed załamania nerwowego.

Dzień podróży do Australii zbliżał się wielkimi krokami, w dwa dni przed odlotem Stuart przyjechał do Londynu. Zatrzymał się u Stuarta-seniora i Briana. Wieczorem dołączyła do nich Kate i wspólnie spędzili kilka godzin na zakupach. W drodze do Londynu Stuart układał w głowie odpowiednie słowa, którymi chciał podziękować wujkowi i jego partnerowi za wieloletnią pomoc. Ale kiedy przyszedł ostatni wspólny wieczór przed odlotem, wszystkie ułożone w głowie słowa brzmiały tak patetyczne i wyobrzymione, że powiedział tylko: „dziękuję za wszystko”, myśląc równocześnie o tym, o ile łatwiej wymawia się rzeczy mało istotne, czy też słowa pełne gniewu i złości.

Do odlotu zostały jeszcze dwie godziny, Stuart z nudów obserwował współpasażerów podróży i młodą dziewczynę, blokującą od dłuższego czasu budkę telefoniczną, przez ściany kabiny słyszał jej podniesiony głos, który powoli zaczął zmieniać się w płacz. Gdy zapłakana dziewczyna trzasnęła w końcu słuchawką i wpuściła czekających w kolejce ludzi, Stuart poczuł nagle tak silną potrzebę usłyszenia głosu Ann, że jak w transie ustawił się na końcu kolejki. Tak bardzo chciał jeszcze raz, chociaż przez chwilę usłyszeć jej głos. Głos, od którego niedługo będą go dzielić tysiące kilometrów. Po trzecim sygnale usłyszał „Ann Warren” i jej oddech w słuchawce. „Ann Warren, kto mówi?”, a po chwili „Odkładam słuchawkę, proszę zadzwonić jeszcze raz, bo nic nie słychać””.

Teraz Stuart był gotowy do podróży na inny kontynent.

Sydney

Sydney przyjęło go przejmującym chłodem i deszczem – dlaczego właściwie był pewny, że w Australii zawsze świeci słońce, a ludzie chodzą do biur w krótkich spodenkach i T-shirtach? – Jak niewiele wiedział o kontynencie, który będzie teraz jego domem. Na lotnisku rozpoznał w tłumie Iana, trzymającego w ręku kartkę „Welcome home”. Jego przyjaciel w ogóle się nie zmienił w ciągu minionego roku – ta sama poskręcana czupryna i uśmiech, którego nie można nie odwzajemnić.

Mały pokoik Iana w schronisku młodzieżowym na George Street z piętrowym łóżkiem i wspólną dla całego piętra kuchnią i łazienką na korytarzu stał się domem Stuarta na następnych kilka miesięcy pobytu w Sydney. Pierwsza noc w nowym mieście minęła na piciu przywiezionego z Londynu ginu i opowiadaniu o minionych miesiącach. Ian zorganizował pierwszy koncert Stuarta, który miał się odbyć już za tydzień w klubie oddalonym zaledwie o kilka domów od schroniska – miejscu, które zdaniem Iana było jednym z najlepszych adresów w Sydney, prawdziwą kuźnią talentów.

Kolejnych kilka dni Stuart spędził na uregulowaniu spraw pobytowych, podczas wizyty w urzędzie zatrudnienia dowiedział się, że ze swoim dyplomem znajdzie bez problemu pracę nauczyciela w każdym zakątku Australii, ale to na razie nie było dla niego żadną opcją.

W trzeci dzień pobytu zaczął szukać sklepów z gitarami. Chodząc godzinami po ulicach Sydney, tak podobnych do zakątków znanych mu z Londynu, że gdyby nie inna roślinność i unoszący się w powietrzu zapach morza, myślałby, że wciąż tam jest, udało mu się kupić nową gitarę. Siadł na ławce w Ogrodzie Botanicznym i zagrał na niej kilka akordów, które przerwał nagle odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech. Śmiech tak przeraźliwy i przypominający mu o strachu przed niepowodzeniem, że długo nie mógł się uspokoić. Dopiero kiedy zobaczył siedzącego na drzewie nieznanego ptaka, przypomniał sobie, że to kukabura, kukabura chichotliwa.

Knajpa, bo trudno ją było nazwać klubem, w której odbył się pierwszy koncert Stuarta, była zadymionym i świecącym pustkami lokalem i po jednoznacznym spojrzeniu, które Ian wymienił z kelnerką, Stuart zrozumiał, że padł ofiarą wiecznego optymizmu przyjaciela, a kontakty w scenie muzycznej Sydney były po prostu kolejnymi wpisami w notesie jego zdobyczy. Mimo to koncert skończył się sukcesem, Stuart musiał kilkakrotnie bisować i pod koniec wieczoru doszedł do wniosku, że nawet przy niewielkim zarobku to wcale niezły początek. Z honorarium w wysokości 100 dolarów musiał zgodnie z umową oddać 30 Ianowi za jego „kontakty”. W miarę upływu tygodni Stuart miał więcej występów w knajpach, a w rekordowym szóstym tygodniu zarobił 600 dolarów (z czego 200 należało do Iana). Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak daleka jest jeszcze droga do sal zapełnionych tysiącami słuchaczy. Przywiezione z Walton oszczędności starczą jeszcze tylko na kilka miesięcy, ale coś trzeba będzie zmienić w życiu, tym bardziej, że denerwował go pokój z piętrowym łóżkiem i brak miejsca, w którym mógłby ćwiczyć i komponować.

Cdn.

Fotografie

Andrzej Rejman

Smoleńsk, katastrofa samolotu i portrety…

Sierpień to nie tylko miesiąc Powstania, ale też półmetek wakacji, sezon wypoczynku i skupienia się na czytaniu, oglądaniu, wspominaniu.

Wbrew dosyć oczywistej (w 2016 roku), wydawałoby się sugestii w tytule co do treści niniejszej refleksji – dziś będzie krótka impresja o fotografii.

Wszyscy w rodzinie lubili robić zdjęcia. W dzisiejszych czasach nie jest to już zajęcie wymagające jakichś specjalnych zabiegów, ale kiedyś trzeba było mieć odpowiedni sprzęt, potem żmudnie zdjęcia wywołać itp.

Niektóre ze zdjęć z tamtego okresu są niezwykle czytelne, dokładne i wyraziste. Widać najmniejsze źdźbła trawy, tafla wody – jak prawdziwa, szczegóły doskonale widoczne.

Dziś przedstawiam kilka zdjęć które wpadły mi “w oko”, przy przeglądaniu szuflady z archiwaliami rodzinnymi.

Jedno z nich podpisane: Smoleńsk 1912 fot S.H. zostało zrobione z pociągu przez Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego

fot_1._._Smolensk._Widok_z_pociagu_1912_fot_Stanislaw_Do

Prawdopodobnie St. Hrebnicki udawał się z Moskwy do domu swoich rodziców w Raju (północno-wschodnia Wileńszczyzna), i zrobił zdjęcie z okna pociągu.

fot_2_szybowiec_po_katastrofie_przy_ul_Rakowieckiej

Podpisane na odwrocie: katastrofa szybowcowa przy ulicy Rakowieckiej (fot St. Doktorowicz- Hrebnicki)

Znalazłem w Internecie coś na ten temat:

http://warszawa.fotopolska.eu/74677,foto.html

Jak wynika z opisu w dniu 4 VI 1936 r. w Warszawie szybowiec Akademickiego Aeroklubu, holowany przez samolot, podczas przelotu nad miastem na wysokości 400 m uległ katastrofie z powodu oderwania się części skrzydła i runął na dach budynku koszar I pułku artylerii przeciwlotniczej przy ul. Rakowieckiej, rozbijając się. Pilot szybowcowy Edmund Szatkowski, student politechniki warszawskiej, poniósł śmierć.

Hrebniccy mieszkali wtedy przy Rakowieckiej 4, nieopodal znajdowało się lotnisko na Polu Mokotowskim.

W “Wikipedii” czytam:

Po odzyskaniu niepodległości już w roku 1919 to na tym lotnisku tworzył się zalążek polskiego lotnictwa wojskowego, przemysłu lotniczego i instytutów badawczych związanych z lotnictwem. Już w 1918 planowano zlikwidowanie lotniska, które znajdowało się w granicach miasta i ograniczało jego rozwój na rzecz lotnisk sportowego na Bielanach, wojskowego na Okęciu i komunikacyjnego na Gocławiu.

Od 1920 z lotniska mokotowskiego odbywały się regularne loty pasażerskie (towarzystwa: “Franco Rumaine”, “Aerolloyd”, “Aerolot” i ostatecznie PLL “LOT”), a w 1929 tu powstał polski przewoźnik Polskie Linie Lotnicze “LOT”, od 1930 oficjalnie przyjęty do IATA z kodem LO. Odbywały się stąd początkowo regularne loty międzynarodowe do Bukaresztu, później do Aten, Bejrutu i Helsinek. W 1927 założono tu Akademicki Aeroklub Warszawski.

***
Na koniec trzy piękne zdjęcia portretowe zrobione przez znanego fotografa Stefana Zyberk-Platera, znajomego rodziny Stankiewiczów, przedstawiające Helenę z Zanów Stankiewiczową oraz jej męża Kazimierza.

Helena foto3-4

Helena z Zanów Stankiewiczowa

fot_5._Kazimierz_Stankiewicz_maz_Heleny_fot_S_Zyberk_PlaKazimierz Stankiewicz mąż Heleny

W “Wikipedii” czytamy o autorze zdjęć:

Stefan Plater-Zyberk (ur. 31 lipca 1891 w Kurtowianach, gub. kowieńska, zm. 9 lutego 1943 w Auschwitz-Birkenau) – fotografik, artysta malarz. Syn hr. Ludwika Wiktora i Teresy Marii hr. Zamoyskiej. Ukończył gimnazjum w Wilnie. Podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Ryskiej (1912-16), w trakcie których został przyjęty do korporacji akademickiej Arkonia. Dyplom uzyskał na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
W latach 1919-20 był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej w Kownie, więzionym następnie przez władze litewskie. 22 czerwca 1934 poślubił Hannę Krystynę Gacką. Podczas II wojny światowej aresztowany przez Gestapo i przewieziony na Pawiak. Po śledztwie, 17 stycznia 1943 r. wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Rozstrzelany, zginął 9 lutego 1943 roku.

c.d.n.

Kangur na śniegu

Lech Milewski

Znak

Podobne znaki można często spotkać przy australijskich drogach, choćby ten…

Znak

Jednak ten z mojej kolekcji jedzie na nartach.

Narty w Australii?
Oczywiście. Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w Australii powierzchnia pokryta w zimie śniegiem jest większa niż Szwajcaria.

Wkrótce po osiedleniu się w Australii zorientowaliśmy się, że sporo osób ze “starej” emigracji uprawia narciarstwo. Polski klub narciarski Tatry był jednym z pierwszych w Mt Buller, najpopularnieszym resorcie narciarskim w stanie Wiktoria…

Tatry
Proszę kliknąć w zdjęcie aby dowiędzieć się więcej o klubie.

Narty w Australii…
Dla nas, przyzwyczajonych do długiego czekania na wyciągi narciarskie w Polsce, zdecydowanym plusem była duża ilość wyciągów.
Minusów jest dużo wiecej.
Dojazd, najbliższy Melbourne Mt Buller to ponad 200 km samochodem. Ostatnie 20 km to górska droga, na której prawie zawsze trzeba zakładać łańcuchy na koła.
Krótkie zjazdy. To zrozumiałe – szczyt Mt Buller leży na wysokości 1.800 m, śnieg rzadko utrzymuje się na wysokościach poniżej 1.700 m.
Kapryśna pogoda. W dzień temperatury w górach są często dodatnie. To powoduje intensywne parowanie śniegu. Rezultatem są częste mgły.
Jednak pozostaliśmy wierni tradycji i prawie każdej zimy spędzaliśmy kilka dni na nartach.

W lipcu któregoś tam roku wypadły moje 50 urodziny.
– Urodziny, powiedz kogo chciałbyś zaprosić – przypominała żona – urządzimy przyjęcie.
– Czy mógłbym obchodzić te urodziny tak, jakbym chciał?
– O tym właśnie mówię. Zaprosimy gości, urządzimy przyjęcie.
– Ale czy mogłbym obchodzić TE urodziny tak, jakbym chciał?
– ????
– Wezmę tydzień urlopu i pojadę na Mt Buller na narty. Wy dojedziecie do mnie w piątek z urodzinowym tortem. Gośćmi urodzinowymi będą osoby, które w tym dniu będą w Tatrach.

I tak właśnie się stało.
Wypożyczyłem narty, kupiłem bilet na wyciąg na cały tydzień. Następnego dnia przyszła mgła i silna wichura, wyciągi zamknięte. Zwrócili mi pieniądze za bilet. Poszedłem do wypożyczalni oddać narty.
– Może wymienisz je na narty terenowe (touring skis)? – zaproponowali.
– A gdzie ja na nich będę jeździć?
– Wszędzie – padła prorocza odpowiedź.

Wypożyczyłem. Następne trzy dni spędziłem włócząc się na nartach po lesie.
Było cicho…

Cicho

pięknie…

Pięknie

suto zastawione stoły…

Stoły

W piątek wróciło słońce, dojechała rodzina z tortem, urodzinowi goście dopisali. Weekend spędziliśmy na nartach zjazdowych, ale niepokój został zasiany. Przypomniała mi się dziecięca fascynacja wyprawami Nansena i Amundsena, opowieści Matki o pobytach Rodziców w Zakopanem…

Zakopane 1939Wkrótce wsponienia nabrały realnego charakteru – dowiedziałem się, że w górskiej osadzie Falls Creek, w ostatnią sobotę sierpnia rozegrany został międzynarodowy maraton narciarski – Kangaroo Hoppet – KLIK. Co więcej, drugie miejsce w tym wyścigu zajęła polska narciarka – Dorota Dziadkowiec (*).
Postanowiłem wrócić do tematu w następnym sezonie narciarskim.

Ani się spostrzegłem, a nadszedł kolejny sierpień. 42 kilometry na nartach? To przekraczało moją wyobraźnię, na szczęście organizatorzy oferowali również wyścigi na dystansach 21 km i 7 km.
Zdecydowałem się na 21 km, w wyprawie towarzyszyła mi córka – Ania – na dystansie 7 km. To już zdjęcie na mecie…

lechaniameta

Narty wypożyczone. Strój narciarski jak się patrzy – czapka marusarka, flanelowa koszula, wełniana kamizelka, wełniane rękawiczki, tylko spodnie musiałem dokupić.

Wyścig był dla mnie zupełnym zaskoczeniem – idealnie przygotowane trasy, narciarze w kolorowych strojach z tworzyw sztucznych, na dodatek wiele osób jechało na nartach jak na łyżwach. Wydawało mi się to dziwne jednak jechali zdecydowanie szybciej niż narciarze tradycyjni. Jednak przekrzywiona czapka niezbicie dowodzi, że i ja jechałem bardzo szybko.
Wyścig na dystansie maratońskim wygrali Szwajcarka i Norweg – powiało wielkim światem.
Przy okazji odszyfrowałem dziwną nazwę wyścigu – Kangaroo Hoppet.
– Co znaczy Hoppet?
Okazało się, że nasz wyścig należy do serii międzynarodowych maratonów narciarskich – WorldLoppet – KLIK. Loppet znaczy po szwedzku trasa – w domyśle narciarska. W Australii takie słowo z niczym się nie skojarzy, co innego hoppet – kangurzy skok.

Maratony w Szwecji, Włoszech, Kanadzie, Japonii – poczułem, że mi rośnie apetyt na narciarstwo.
Tak się dziwnie złożyło, że swój pierwszy maraton narciarski przebiegłem we Włoszech, już na nartach łyżwowych. Siedem miesięcy później powtórzyłem ten wyczyn w Australii…

Hoppet 94Ania i Michał wystartowali na dystansie 21 km…

Hoppet AniaHoppet Michał
Podczas tego wyścigu w południe temperatura przekroczyła +10 C. W kolejnych latach różnie bywało. Czasem słońce, czasem mgła i śnieżyca…

Hoppet słońce Hoppet mgła

Kangaroo Hoppet to jeden z nielicznych wyścigów narciarskich, który nigdy nie został odwołany. Przyczyna jest oczywista – nie można zrobić zawodu narciarzom, którzy przybyli z tak daleka na narty do Australii. Administracja WorldLoppet jest wyrozumiała, przymyka oczy, gdy trasa maratonu jest znacznie krótsza niż oficjalne minimum – 42 km.

Na zdjęciu w mgle widać polskiego orzełka na moim skafandrze, na zdjęciu w słońcu na mojej prawej nodze są sylwetki kangurów. To znak, że wyruszyłem na międzynarodowe trasy. Seria Worldloppet liczyła wtedy 14 wyścigów, każdy w innym kraju. Zawodnik, który ukończył 10 z tych wyścigów otrzymywał tytuł Worldloppet Master i piękny medal…

Medal

Dwa kolejne sezony i ja rówież stałem się posiadaczem takiego medalu.
Odpowiedź, że na nartach terenowych można jeździć wszędzie, określiłem jako proroczą. Mnie te narty zawiodły aż do 16 krajów.

Każdy wyścig z serii Worldloppet to była osobna przygoda. Oficjalnie występowałem jako Australijczyk, ale w USA rozpoznali mnie po akcencie i, jako jedynego Polaka, poprosili o wystąpienie w paradzie otwarcia…

Polak w USA

Oczywiście co roku brałem udział w Kangaroo Hoppet. Któregoś roku na pełnym maratońskim dystansie towarzyszyli mi Ania, Michał i mój zięć Peter.

Na zdjęciu otwierającym ten wpis widać, że główny kangur upstrzony jest małymi kangurkami – 12 znaczków otrzymanych za ukończone maratony.
Tylko 12, trzynastka była pechowa. Pogoda była paskudna – mgła, ciepło, popadywał deszcz, narty słabo się ślizgały w torach wypełnionych wodą. Mimo to byłem pewien, że powoli dojadę do mety. To organizatorzy nie wytrzymali. Właśnie mijałem punkt kontrolny gdy huknął piorun a z nieba polały się strumienie wody – STOP – przerywamy wyścig.
Nie oponowałem, za rok będzie kolejny. Nie było, tym razem zdrowie zaprotestowało.

Jednak w międzyczasie zdołałem zaliczyć wszystkie wyścigi w serii Worldloppet i na dodatek nasz polski Bieg Piastów, który wtedy jeszcze nie zaliczał się do tej serii.

Znowu sierpień, Kangaroo Hoppet odbędzie się po raz 26. Mnie pozostały już tylko wspomnienia.

* Na zlinkowaniej we wpisie stronie wikipedii podani są zwycięzcy/zwyciężczynie wszystkich Hoppetów, Doroty Dziadkowiec tam brak. To błąd, pamiętam doskonale ówczesne relacje prasowe, zresztą rozmawiałem z nią na ten temat osobiście. Również oficjalna strona wyścigu potwierdza jej drugie miejsce – KLIK.

Rowery i rowerzyści

Ewa Maria Slaska

… czyli obyczaje ludu polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku

Rower, jak wiadomo, jest środkiem komunikacji, rozrywką, sportem, zabawką, obiektem szpanowania i sposobem na zdrowie, rower zapewnia życie zrównoważone ekologicznie, szczupłą sylwetkę, oszczędność w wydatkach na komunikację miejską… Myślę, że można by dalej wyliczać. W styczniu, z wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, dowiedzieliśmy się, że rower to symbol orientacji politycznej, a przy tej okazji znawcy przypomnieli, że już przed wojnami, drugą i pierwszą, tak było i cykliści a dokładniej, jak twierdzili Słonimski i Tuwim, masoni, Żydzi i cykliści, odpowiadali za mnóstwo rzeczy, które dla konserwatysty były obrzydliwością. Zresztą jak w Biblii, że przypomnę mój ulubiony fragment z Księgi Kapłańskiej:

Spośród ptaków będziecie mieli w obrzydzeniu i nie będziecie ich jedli, bo są obrzydliwością, następujące: orzeł, sęp czarny, orzeł morski, wszelkie gatunki kani i sokołów, wszelkie gatunki kruków, struś, sowa, mewa, wszelkie gatunki jastrzębi, puszczyk, kormoran, ibis, łabędź, pelikan, ścierwik, bocian, wszelkie gatunki czapli, dudek i nietoperz.

Bardzo lubiłam zasadę, że nie wolno jeść dudka, i dopiero po latach dowiedziałam się, że to dlatego że dudki wydzielają jakąś smrodliwą substancję, a nie dlatego że ładne i że każdy dudek ma swój czubek. Ministra Waszczykowskiego niewątpliwie cała Polska zaliczyła do czubków i na pewno nie będziemy go jeść. W noworocznym wywiadzie dla niemieckiego Bilda szef polskiego MSZ w trzech zdaniach załatwił nas wszystkich, bo nawet jeśli ktoś, jak ja, nie jeździ na rowerze, to na każdego z nas znalazł się jakiś haczyk, a nawet hak:

Poprzedni rząd realizował w mediach określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami.

Internet i życie polityczne zakotłowały się od rowerów, wiatraków energetycznych i marchewek.
Ostatnio  rower znowu wrócił na arenę polityczną. Postanowiono bowiem, jeżdżąc na rowerze, zaprotestować przeciw temu, że pani Premier nie opublikowała wyroku Trybunału Konstytucyjnego:

Podobno termin 150 dni mijał szóstego sierpnia, w każdym razie to w tym dniu zorganizowano akcję nazwanę: 150 dni – CAŁY ŚWIAT LICZY.  A KOD_LA ocenił ją jako akcję ogólnoświatową a nawet galaktyczną:

Rozważamy zmianę nazwy CAŁA GALAKTYKA LICZY. Nie dajmy się ciemnej stronie mocy i niech moc będzie z wami.

Protestujący KODerzy po zakończonej akcji na tle Ambasady RP w Berlinie, 6 sierpnia 2016 roku.

Ja też tam byłam, nie jeździłam wprawdzie na rowerze, bo, jako się rzekło, nie umiem, ale liczyłam okrążenia i jako pierwsza gratulowałam temu, kto wykonał 150 rundę czyli redaktorowi Tyblewskiemu z audycji polskiej radia Funkhaus Europa.

Łukasz Szopa z KOD_Berlin tak opisał ten ewent:

Dziś w ramach wspólnej akcji “150 dni PRZEKROCZENIA terminu publikacji wyroku TK” KOD Berlin zorganizował pod Ambasadą RP w Berlinie akcję protestacyjną “150 RUND ROWEREM wokół ambasady!”
Przybyło około 20 osób, w tym ponad połowa rowerzystów (dzięki za pomysł panie Waszczykowski!), by pokazać, że Polacy wcale nie zapomnieli, iż rząd RP i odpowiedzialna za to pani premier Beata Szydło od 150 dni łamie konstytucję nie publikując wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016.
Pogoda dopisała idealnie (nie za ciepło, około 20 stopni, chmurki, chwilami kilka kropelek orzeźwiającego deszczyku), i wspólnie wzięliśmy się za okrążenia wokół ambasady (jedno około 800 m – jak wyliczyła uprzejma berlińska policja), razem, solidarnie, ale niekoniecznie jako peleton, by wspólnie zaliczyć 150 okrążeń.
Każde zaliczone przez rowerzyst(k)ę okrążenie honorowane było legendarnym już dzwonkiem w rękach Ewy, podczas gdy skrupulatna Ela dokładnie liczyła okrążenia. Czasami co aktywniejsi rowerzyści mijając budynek ambasady wołali “BEATA DRUKUJ!”, “NASZ TRYBUNAŁ – WASZ PREZES!” albo też “TRYBUNAŁ STANU TO NIE WCZASY!”
Po około godzinie udało się, usłyszeliśmy finalne “Sto pięćdziesiąt”, gdy Jacek z radia Funkhaus Europa minął ambasadę.

DZIĘKUJEMY WSZSTKIM, BYŁO MIŁO, ZDROWO, A PRZEDE WSZYSTKIM BYŁO TO WAŻNE!!!

Tak, zgadzam się, było słodko i miło, tak słodko i miło, że mi na czas jakiś odebrało rozum… Ale, póki co, mój rozum zawsze posłusznie wraca na posterunek i wali mnie po głowie (i niestety po niewczasie) za sentymentalizm, głupotę i płochą skłonność do tego, żeby było słodko i miło. Goyi to się potwory budziły, gdy rozum spał, trzeba uważać, kiedy “słodko i miło” też okaże się monstrum.

Takich sytuacji, żeby było “słodko i miło” tworzyliśmy w ostatnich miesiącach wiele – pikniki, pikiety, dowcipy, teatr, piosenka, groteska… Poczucie humoru jako środek protestu, sałatka z serem feta i sernik, żaba i szczur na głowie…

 

Tak tak, nie wypieram się, też tam jestem czy też, jeśli tylko mogłam, też tam byłam. Widać gołym okiem. I zawsze byłam zdania, że nawet jak jest nas mało, to jednak dajemy znak. Opowiadamy się. Przypominamy. Widać nas. Miałam nawet ulubionego KODera, który podczas pierwszej KODowskiej demonstracji stanął w grudniu 2015 SAM przed ambasadą RP w Portugalii! Nazywa się Kamil Otto Walter-Popławski.

A jednak… Mea culpa. Nie pomyślałam PRZED, pomyślałam dopiero PO! Zawsze myślę do piero PO, nie jestem, obawiam się, Prometeą, ale niestety – durną Epimeteą.

A teraz moje argumenty do dyskusji z tą beznadziejną Slaską, która lubi, żeby było “słodko i miło”, i jeszcze na dodatek dowcipnie, sformułowane PO akcji przed Ambasadą RP 6 sierpnia.

  1. Wyjaśnienie, dlaczego to robimy było dość pokrętne. 150 dni NIE publikowania, które miały oznaczać, że należy się mandat za przekroczenie – jednak w domyśle prędkości a nie dni – to konstrukcja myślowa trudna do wyjaśnienia. Poczułam to najlepiej, gdy trzeba było sens tego, co robimy, wytumaczyć i przetłumaczyć Niemcom. Tłumacz zawsze wyłapuje błędy logiczne wypowiedzi! Nie ma innego wyjścia, bo póki nie zrozumie logiki, nie wie, co tłumaczyć…
  2. Akcja była bez sensu, bo jaki sens ma żądanie od rządu RP, by opublikował wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed pół roku, skoro w międzyczasie, chyłkiem, pomiędzy szczytem NATO a Światowymi Dniami Młodzieży, 30 lipca i ten rząd, i ten prezydent uchwalili i podpisali nowa uchwałę o TK?
  3. Wszystkie nasze akcje, nie tylko te z założenia małe, śmieszne i prześmiewcze, ale i te duże i poważne, poprawiają nam humor i przypominają wprawdzie światu (a nawet galaktykom), że o coś nam chodzi i mówimy NIE, ale w samej POLSCE niestety nie mają najmniejszego znaczenia. Podobnie jak opinie Komisji Weneckiej i Unii. Pies szczeka, karawana idzie dalej.
  4. Karawana idzie dalej i jest coraz gorzej, coraz więcej brei, budyniu i kisielu.
  5. To oznacza, że trzeba się brać za inne metody. Myśleć, tworzyć teorie i scenariusze, ale też formować zalążki siatek konspiracyjnych i edukacyjnych. Nie tygodniami formułowane manifesty o tym, że ważna jest dla nas edukacyjna przestrzeń wolności, tylko pragmatyczne i obowiązujące ustalenie zasad działania: jak wybierać młodych ludzi, pracowników, urzędników? jak ich kształcić? CO im mówić? Praca u podstaw. Praca organiczna. Konspiracja. Bibuła. Latający uniwersytet. Wszechnica obywatelska. Nowy drugi i trzeci obieg, i to nie (tylko) internetowy, bo internet można zlikwidować jednym ruchem ręki (patrz Chiny). Inne pozainternetowo-komórkowe sposoby komunikacji.
  6. Ale to wszystko nic w porównaniu z najgorszą naszą winą, jaka stała się naszym udziałem podczas tej słodkiej i miłej akcji rozrywkowej. TURCJA! TURCJA!
    Od wielu miesięcy trąbimy o podobieństwach między Erdoganem, Orbanem i Kaczyńskim, a to, jeśli nie ma być tylko retoryką, oznacza, że uważamy, iż zaostrzanie kursu antydemokracyjnego i ograniczanie wolności obywatelskich, jest groźne i prowadzi do KATASTROFY.
    W Turcji ta katastrofa się zdarzyła, tysiące opozycjonistów gniją w więzieniach, dzieją się gwałty, tortury i bezprawie. Dla PiSu nadzwyczajna gratka, bo wygrał na punkty nie czyniąc nic. Po prostu doczekał chwili, gdy NASZ argument obrócił się przeciwko nam i odbiera nam część i tak przecież skromnego poparcia społecznego. Ludzie myślą, a jak myślą, to się boją. Póki można było dyskutować o polityce, rowerach i pietruszce z pozycji bezpieczej akcji pod opieką policji, wychodziło na ulice sporo ludzi (sporo, ale nie powalająco dużo!).  Gdy porównywany do Kaczyńskiego dyktator zamęcza opozycjonistów na śmierć, będziemy się bali i będziemy mieli rację… 
    A my NIC!
    A my o Turcji ani słowa. Wstyd!

    A my sobie jeździmy na rowerach…

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Nolde der Maler – Ausstellung im Brücke-Museum

Also gingen wir in die Nolde Ausstellung, zu dritt und hauptsächlich, weil es an einem Sonntag in diesem Sommer eine kostenlose Führung gab, und ich weil ich mich früher für seine Blumenbilder immer wieder begeistert hatte. Es warteten schon viele Leute da, für mich unerwartet viele.

Schon am Anfang der Ausstellung wunderten wir uns, dass es überhaupt keine Information über den Künstler gab. Dann bekamen wir ein Faltblatt, in dem Daten aus seiner Biografie aufgelistet wurden. Die Erklärungen und Führung durch die Ausstellung führten uns vom Künstler, von seiner Zeit weg zu ausschweifenden Bildbeschreibungen; Farben, Stimmungen, die Macht der Naturgewalten aber doch auch Verlauf des Lebens, verortet in der sehr prekären politischen Situation, spielten in seinem Malen eine wichtige Rolle; also dass er am Deich spazieren ging und Naturgewalten wahrnahm und diesen ausgesetzt war, genauso wie seine Zugehörigkeit, seit 1934, zur „Nationalsozialistischen Arbeitsgemeinschaft Nordschleswig“ und seine Begeisterung für Rassegedanken, die nicht erwähnt wurden. Sein Schaffen wurde uns völlig losgelöst von der politischen Situation in Deutschland und in der Welt dargestellt, so als ob die kleinen Familien, die er manchmal abbildete, abgeschnitten von der Welt existiert hätten. Das spielte doch offensichtlich für Nolde, für sein politisches Engagement, eine große Rolle, denn schon 1937 wurden seine Bilder beschlagnahmt und 1941 wurde er auch aus der Reichskunstkammer ausgeschlossen, und seine Bilder waren in der Ausstellung über „Entartete Kunst“ stark vertreten. Das muss doch für sein Schaffen eine Bedeutung gehabt haben, genauso wie die Tatsache, dass er keine Kinder hatte.

Kann man also ein Werk so verstehen, und wichtiger noch, darf man auf diese Weise einen Künstler ausstellen?

Insgesamt hatte man den Eindruck, dass die Ausstellung schnell aufgehängt wurde; im Gegensatz dazu stand der aufwendig gemachte Katalog, so wie die vielen Leihgaben aus Seebühl. Auch der chronologische Durchgang durch das Schaffen des Künstlers berücksichtigte nicht immer seine besten Bilder. Natürlich ist man durch die Pracht der Farben und seine Malweise für vieles entschädigt und die Bilder sprechen meistens für sich, doch zu einer durchdachten Ausstellung gehört meiner Meinung nach auch die Verortung des Künstlers in der Gesellschaft, Informationen über die Zeit, in der er schuf – gerade bei diesem Künstler, der offensichtlich mit den Nazis liebäugelte und das zunächst auch nicht versteckte: “In diesem politisch unruhigen Winter sind so vielerlei Geschehnisse, die einen dauernd in Anspruch nehmen, weil wir doch sehr mitleben in der so stark durchgeführten und schönen Erhebung des deutschen Volkes.” So schreibt er selbst an seinen Bekannten, einen dänischen Kunsthistoriker 1937.

Gerade wegen seiner manchmal unverständlichen und für Ungereimtheiten sorgenden Biografie müsste man den Betrachtern seinen Lebenslauf präsentieren, denn sonst kommen auch manchmal abwegige Gedanken: Hat er die auffallend blauen Augen von Christus vielleicht wegen der Rassentheorie gemalt? Vielleicht denken nicht viele bei dem Besuch an die Ereignisse, die hinter den Bildern stehen, doch das Schaffen kann man nicht von der Zeit loslösen.

Was in den Bildern sichtbar ist, ist sein Kampf darum, sich von dem Einfluss seines Lehrers Liebermann und den Impressionisten wie den Expressionisten zu lösen, denen er kurze Zeit angehört hatte und sich auch nicht ganz unterordnen lassen wollte, obwohl seine Farben und seine Malweise, immer noch als typisch expressionistisch beurteilt werden. Er begeisterte sich und wurde inspiriert von den Werken von französischen Malern wie Van Gogh oder Gauguin, hat selbst mit Aquarellen experimentiert, die Bilder der unheimlichen Gesichter, mit Tusche nachgezogen, gehören neben den Kerzentänzerinnen meiner Meinung nach zu den besten in der Ausstellung.

Über Noldes unglückliches und sehr verwickeltes Verhältnis zur Nazi-Deutschland und seine Versuche später alles zu vertuschen lesen Sie unter http://www.zeit.de/2013/42/emil-nolde-nationalsozialismus/seite-3

Angesichts dieser Erkenntnisse und der Diskussionen der letzten Jahre über den Künstler wäre es seitens der Ausstellungsmacher wirklich geschickter gewesen, wenn sie Noldes Lebenszusammenhang deutlicher erklärt und den Epochenkontext unterstreichen hätten, anstatt – wie bei der Führung – das alles außen vor zu lassen.

Es bleibt eine leichte Irritation, und doch lohnt die Schau dieser farbenfrohen, vitalen Werke in der Ausstellung, die man ansonsten nicht zusammen zu sehen bekommt.

Reblog: Lato 1980.

Radek Wiśniewski

Trans. Między apatią a apostazją.

– Kto był na mszy w niedzielę, ręka w górę – wydał polecenie ksiądz Wania, nazywany tak chyba dlatego, że często dostawał kolorów na policzkach i wyglądał wtedy jak rasowy, rosyjski mużyk z wiechciem jasnych włosów na czubku czaszki oraz kwadratową szczęką. Wszyscy na wszelki wypadek podnieśli ręce poza Benkiem. Benek siedział nieporuszony i tylko tik lewego oka zdradzał, że bardzo, ale to bardzo się boi. Benek jednak bał się całymi dniami, banie się było jego podstawowym zajęciem, a lęk podstawową formą istnienia, od której czasem się uwalniał popijając z żulami piwo albo wino na placu zabaw nad Odrą, a robił to od kiedy odkrył kojącą moc bełta, czyli od połowy szóstej klasy. W szkole bał się bo nigdy nie był przygotowany na nic poza bitką, względnie odbieranie wpeirdolu gdy siły były wystarczająco nierówne, a nierówne były zazwyczaj, bo nikt nigdy nie stawał po jego stronie, a bicie jednego w raźnej grupie zawsze było fajniejsze niż stanie z boku. Po szkole bał się, bo czuł, wiedział, że nie zdoła się przygotować na kolejny dzień do szkoły, nawet gdyby przeszedł jakiś osobowościowy przełom i tu oraz teraz usiadł z mocnym postanowieniem by nadrobić wszystkie zaległości od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg szkoły. Zapewne było to niemożliwe, dlatego właśnie, że jego nieprzygotowanie do konkretnej lekcji sięgało wiele, wiele lat wstecz, prawdopodobnie właśnie do tej pierwszej chwili kiedy przekroczył próg szkoły. Ale i to nie było najgorsze. Najgorsi byli wszyscy kochankowie jego mamy, rodzącej co dwa-trzy lata kolejne rodzeństwo Benka, a mimo to zachowującej widać jakiś specyficzny powab i wdzięk dla kolejnych gachów, których wymieniała w tempie jednego na rok. Niestety wszyscy oni bili Benka i bili jego Mamę, więc pomimo tego, że ostatecznie od kolejnych kłopotliwych kochanków uwalniała się raz za razem, nic się nie zmieniało w świecie Benka. Był bity, a matka była zawsze zajęta kimś lub czymś innym co było zapewne w jej mniemaniu poszukiwaniem szczęścia, zaś jej szczęście jej samej wydawało się mocno sprzężone ze szczęściem jej syna i całej czeredy młodszego rodzeństwa. Była to oczywista nieprawda, bowiem było za późno by nawet największe szczęście na jakie mogli liczyć mogło zatrzymać Benka w jego powolnym, jednostajnym ruchu w kierunku życiowej przepaści, a jemu samemu zostawały huśtawki opodal plebanii nad Odrą, park wokół starej fosy, kolejne ławki wokół stadionu miejskiego i coraz więcej taniego, słodkiego wina. Benek czuł i wiedział, że w jego wypadku istnieje coś takiego jak przeznaczenie lub los i poddawał się mu bez oporu, aczkolwiek z rosnącym lękiem i bezradnością. Wiedział o tym Benek i wszyscy naokoło. Nikt zatem nie zdziwił się zatem, że brakowało tej jednej podniesionej ręki, ręki Benka. Tak samo jak nikt się nie zdziwił, że ten brak zwrócił uwagę księdza Wani.

– Chodź no tutaj Tomkowski – ksiądz Wania schylony do tej pory nad dziennikiem wyprostował się i oparł wygodnie na krześle. Widać to było wyraźnie, bo szerokie biurko katechety stało na niewielkim podwyższeniu na lewo od tablicy.
– Ale po co? – zapytał Benek zaczepnie jakby próbował jednak jakoś się obronić, przed tym co musiało nadejść nieuchronnie – bo co, bo nie podniosłem ręki? Nie podniosłem bo nie byłem, to przynajmniej nie kłamię.
– Pozwól no tutaj, pozwól – lodowato spokojnym głosem powtórzył polecenie ksiądz i oparł szerokie, mięsiste dłonie o krawędź stołu. Benek niechętnie podniósł się z ławki na końcu salki katechetycznej i powoli po trzeszczących deskach ruszył w stronę podestu z biurkiem. Kiedy stał już obok podestu ksiądz pokazał gestem, że ma wejść na podest. Nie było tam dużo miejsca, biurko zajmowało większość podestu, więc ktokolwiek by na nim stanął wisiał piętami poza podestem.
– Opowiesz nam wszystkim Tomkowski dlaczego to nie byłeś na mszy? – zapytał z wystudiowanym spokojem ksiądz Wania.
– Bo nie i już, nie zawsze mogę być, nawet jakby chciał być.
– Myślisz że Pan Bóg to jest chłopiec na posyłki?! – Wania mówił ciągle spokojnie, chociaż czuć było, że rośnie w nim wściekłość, wszyscy to czuli – a może to jest petent dla którego możesz, ale nie musisz znaleźć czasu? Nikt się ciebie gnoju nie pyta czy ty chcesz, czy możesz! Rozumiesz?! To obowiązek jest! I masz być co niedziela!

Twarz Benka nie wyrażała zrozumienia, tylko psią rezygnację, apatię zwierzęcia, które zna ciąg dalszy sekwencji zdarzeń. To najwidoczniej nie dało satysfakcji księdzu Wani, który pożądał zrozumienia, albo czegoś innego niż wyrażała pociągła, piegowata, okolona rudymi włosami twarz Benka.

– I czego się tak gapisz koniowale?!! – ryknął katecheta – Msza święta to twój zasrany obowiązek kurwi synu, nikt się ciebie nie pyta czy możesz czy nie, masz być i słuchać! Mamusia się puszcza, tatusia nie ma w domu? Bo tak samo jak ty, synu dziwki nie chodzili i nie zawsze mogli! I zamiast chodzić do kościoła uczyli się picia, pierdolenia i palenia i tak samo chowają ciebie! Rozumiesz czy nie?!
– Ksiądz się odczepi od mojej matki – wykrztusił Benek i zrobił się cały czerwony, przez co wydawało się że zanikają piegi na jego twarzy, ale że cała twarz zamienia się purpurowy owal.
– Tyyy psia jucho ty – ksiądz Wania w jednej chwili zamachnął się lewą ręką, która wydawała się wręcz przybita na stałe do stołu i uderzył Benka z całej siły w lewą część głowy, a zrobił to tak gwałtownie i z taką siłą, że Benek bezwładnie poleciał na tablicę, odbił się od niej wzniecając małą kurzawę pyłu kredowego, który podniósł się z korytka pod tablicą i wylądował ostatecznie przed pierwszym rzędem ławek zwyczajowo zajmowanym przez dziewczyny. Czerwony na twarzy a zarazem umorusany kredą leżał dłuższą chwilę na podłodze a dziewczyny z pierwszej ławki nie wiedzieć dlaczego zaczęły się chichrać i dławić udawany śmiech. Ale czujne oko księdza już błądziło gdzie indziej i złowiło natychmiast owalną twarz Piątka.
– Ty, Piątek, taki zadowolony jesteś, wstań no proszę i opowiedz nam jakie były czytania w niedzielę na mszy…

Piątek trafiony celnie zmartwiał, ale po chwili wstał, uśmiechnął się nieśmiało i zaczął:

– No więc było z proroka Izajasza…
– Jeremiasza – szepnął teatralnie Dryla z ławki obok
– Dryla! – wrzasnął ksiądz – chodź no tutaj i ty Piątek też!
Obaj zaczęli posłusznie przeciskać się przez wąskie przejście między ławkami mijając po drodze wracającego Benka rozcierającego sobie lewe ucho, które było napuchnięte i czerwone.
– Ale nas to ksiądz nie będzie bił, co? – zapytał z ironicznym uśmiechem Piątek
– Nieee – uśmiechnął się ksiądz – was nie, chcę tylko się dowiedzieć… bliżej, bliżej – wskazał im to samo miejsce na którym przed chwilą stał z piętami w powietrzu Benek – chciałbym się dowiedzieć, który z was tak naprawdę był na mszy w niedzielę, bo a pewno nie obaj, chociaż obaj podnieśliście ręce…

Odpowiedziało mu milczenie. Dryla stał ze spuszczoną głową, tak jak to miał wyćwiczone ze szkoły, a Piątek patrzył księdzu w oczy, jakby nie wiedział, że wściekłemu zwierzęciu nie wolno patrzyć w oczy bo to je prowokuje.

– Na pewno nie obaj – powtórzył przez zaciśnięte zęby ksiądz Wania – bo czytania były akurat z Koheleta psia wasza mać – i chwycił ich obu za koszulki a potem pchnął z całej siły tak, że wprawdzie nie odbili się od tablicy wiszącej na ścianie po prawej jak Benek ale lecieli po malowanych i wyświechtanych deskach dobre dwa lub trzy metry nie potrafiąc złapać równowagi by wyrżnąć z całej siły plecami i głowami w ścianę jaka była za ich plecami przy cichym ale wystarczająco donośnym chichocie dziewczyn z pierwszej ławki.
– Kto mi powie o czym było kazanie – ksiądz uśmiechnął się przebiegle i jego wzrok padł na ciebie.

Ale w tobie coś właśnie pękało do końca, coś co było już kiedyś mocno poruszone i zetlałe. Może od tego momentu kiedy śmietnik na podwórku nie chciał się mimo twoich gorących modlitw zamienić latem ani zimą w pojazd Załogi G. A może chodziło o coś jeszcze innego, czego sobie nie uświadamiałeś do tej pory. W każdym razie podniosłeś się, nie czekając na wezwanie księdza ale wydostawszy się spomiędzy ciasno zestawionych ławek skręciłeś w lewo, w stronę drzwi wyjściowych z salki, uświadamiając sobie nagle, że cały ten odpustowy stragan przemocy działa tylko dlatego, że ktoś uznaje, że musicie przystąpić do bierzmowania, że jakieś tam rzeczy wydają się niezbędne a wcale takimi nie są. Że oprawca ma w tym wypadku tylko tyle mocy ile sam mu oddasz.

– A ty gdzie?!!! – ryknął ksiądz Wania, tak że poczułeś mrowienie w okolicy pośladków. W pierwszej chwili myślałeś że wyrwie zza biurka i będzie chciał cię dopaść. Odwróciłeś się odruchowo w kierunku zagrożenia i zobaczyłeś, że istotnie uniósł się zza biurka i stał pochylony nad nim ale nie był w stanie cię dopaść. Dzieliło was ładnych kilka metrów, podczas gdy on tkwił za biurkiem i ubrany był w grubą sutannę. Nawet gdyby skoczył przez biurko, raczej by cię nie dogonił.
– A do domu… – odpowiedziałeś głośno i wyraźnie. Ksiądz Wania uniósł brwi a jego kanciasta twarz wyrażała bezbrzeżne zdziwienie.
– Jak stąd wyjdziesz to zapomnij gnoju o bierzmowaniu! – wycharczał – zapomnij o czymkolwiek!
– Tak zrobię – odpowiedziałeś i nacisnąłeś klamkę drzwi, które przecież nie były zamknięte na klucz.

I wyszedłeś, tak jak się wychodzi z kina, sklepu, przychodni lekarskiej, kiedy powód przebywania w danym miejscu przestał być istotny. Na zewnątrz było chłodno. Październik był, może początek listopada, pełno mokrych liści na bruku starego miasteczka, w parkach, niewielkie plamy światła latarni ulicznych, z których nie wszystkie świeciły.

Game of thrones once again

…or a plea on George R. R. Martin – please, write like a wind…

I informed you already I belong to a main main stream and look the Game of thrones… Yes I do…

And now there are two more of us, Paul and Storm. They wrote it already some years ago but halas! nothing has changed since 2012!

Tereska, thank you for introducing me in to the world of Seven Kingdoms and now particulary ordering me to find that:

George R. R. Martin, please write, and write faster
You’re not going to get any younger, you know
Winter is coming, I’m growing impatient
And you’ve still got two more damn books left to go
So write, George, write like the wind!

I curse the day that my friend ever loaned me
An old dog-eared paperback called Game of Thrones
How could I know that this seed would grow into
An addiction that held me, right down to my bones

Now, five books later, I lurk with the masses
Indignant, entitled, and waiting for word
That the great Bearded Glacier has finally published
Nine hundred more pages of crack for the nerds

Why does every new verse of your song
Keep taking you so goddamn long?

George R. R. Martin, please write, and write faster
please give us boiled leather, and sigils and steel
We need our allotment of incest and intrigue
And six page descriptions of every last meal
So write, George, write like the wind!

Lewis took five years to chronicle Narnia
Tolkien had twelve years, and Rowling took ten
Lucas spent nearly three decades on Star Wars
And we all know how that one turned out in the end

You’re not our bitch, and you’re not a machine
And we don’t mean to dictate how you spend your days
But please, bear in mind, in the time that you’ve had,
William Shakespeare churned out thirty-five friggin’ plays

And if you keep writing so slow
You’ll hold up the HBO show

George R. R. Martin, please write, and write faster
‘cause we won’t stop whining until we’re appeased
Crap out the chapters–and George, while you’re at it
Stop killing our favorite characters, please
And write, George, write… like the wind!

(George R.R. Martin, please write, and write faster
Before you are dead, George, please write like the wind)

http://www.paulandstorm.com/lyrics/write-like-the-wind-george-r-r-martin/

And they plaed it already two years ago! Nothing changed, George R. R. Martin, please, write like a wind…

Sierpień

Dziś kolejny tekst o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Rejman  

Dzwony Pokoju

ruiny_Warszawy_fot_St_Doktorowicz_Hrebnicki_ze_zbiorow_r

Ruiny Warszawy. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, (ok 1947) ze zbiorów rodzinnych – oryginał przekazany dla Narodowego Archwium Cyfrowego

Tekst napisany 1 sierpnia…

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od rana pada silny deszcz. Może do godziny “W” się wypogodzi, jak wcześniej bywało?

Jeśli nie – oznacza to jakąś kolejną zmianę, której doświadczyć musimy.

Mimo ciągłych zmian, które nadają dynamikę światu, zawsze warto jest przypominać rzeczy podstawowe, wręcz banalne. Choćby to, że najcenniejszy, ale też najtrudniejszy do utrzymania, jest pokój między ludźmi.

Ktoś porównał wczoraj atmosferę podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 w Krakowie do V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku. Różnice są oczywiste, jednak z pewnością atmosfera wśród młodzieży była podobna – radość, entuzjazm, chęć poznania się, pragnienie wolności i pokoju…

Zebrani na obu, oddalonych od siebie o ponad 60 lat, wydarzeniach młodzi ludzie, mieli za sobą świeże doświadczenie wojny w swoim regionie. Spotkali się ze swoimi rówieśnikami, którzy żyli od lat w pokoju i wojnę znali tylko z lektur…

***

Południe. Przejaśnia się. Jest jakaś nadzieja.

Wracam do bohaterów Powstania Warszawskiego.

Antoni Baniewicz – ps. “Wilczyński”, nazywany “Promykiem Plutonu”, poległ ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu.

To jemu matka przez następne lata pisze wiersze, przywołując go w nieustannym apelu poległych…

Jeden z wierszy – zawsze aktualny.

DZWONY POKOJU            

Salina Baniewicz

Hej, rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Ogłoście światu z mocą,
Że już nie chcemy umierać w boju,
Nie chcemy walczyć z przemocą.

Nie chcemy, by bohaterskie orlęta
Znowu daremnie ginęły
Wszak wojnę niedawna każdy pamięta,
Gdy domy i lasy płonęły.

Zgliszcza i gruzy z miast pozostały,
Szerzyło się widmo głodu,
w obozach śmierci miliony konały
Niewinnie, bez powodu.

Porozrzucane na polach kości,
Ziemia – krwią nasiąknięta…
Te barbarzyństwa i potworności –
– Każdy chyba pamięta.

Wiec rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Całemu światu donieście:
Nie chcemy być ofiarami podboju,
Pragniemy spokoju wreszcie.

Pragniemy gorliwie z zapałem pracować
Dla dobra własnej Ojczyzny;
Pragniemy żyć, by tworzyć, budować
I leczyć bolesne blizny.

Chcemy się cieszyć rodzimą przyrodą,
Hojnie darzącą nas chlebem,
Radować się odzyskaną swobodą,
Pod naszym, polskim niebem.

Żeby swe dzieci wychować bezpiecznie,
Na zdrowych, uczciwych ludzi;
Trzeba nienawiść zgnieść ostatecznie,
Sumienie w człowieku obudzić.

Rozkołysane dzwony pokoju,
Niech światu obwieszczą donośnie;
Że z naszej pracy, trudu i znoju,
Pogodna przyszłość wyrośnie

1951