Warszawa w sierpniu

Anna Dobrzyńska

Kapliczki

Fenomen warszawskich podwórek. Liche, budowane na prędce, wśród huku spadających bomb… Dawały nadzieję, siłę, ocalenie, poczucie wspólnoty.

kapliczkiKapliczka przy ul. Ząbkowskiej 12. Napis na tabliczce: „O Maryjo, niepokalanie poczęta, módl się za nami”. 1 VIII 1943. Fot. Anna Dobrzyńska

 

 

 

Jak powstawały? Spontanicznie. W obliczu zagrożenia. Były improwizowane. Najwięcej z nich powstawało w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego.

kapliczki (5)

Podwórkowa kapliczka, sierpień 1944. Fot. Tadeusz Bukowski / MHW. Zdjęcie pochodzące z broszury „Mieszkańcy Warszawy w czasie Powstania 1944″. http://www.dsh.waw.pl/pl/4_1870

…”Ktoś wystawił stolik, ktoś ustawił obraz Matki Boskiej”… W czasie okupacji samo wyjście na ulicę było niebezpieczne, a każdy kto żegnał, wychodzącego do pracy czy sklepu, bliskiego, liczył się z tym, że widzi go po raz ostatni. Gdy nie wracały do domu dzieci, mężowie, żony, matki, ojcowie, w obliczu godziny policyjnej, ulicznych łapanek i egzekucji, podczas bombardowań – bliscy wraz z sąsiadami gromadzili się wokół obrazu i modlili się. Z czasem prowizoryczne ustawienie obrazu zamieniali na figurę Matki Boskiej. W czasie Powstania Warszawskiego kapliczki pełniły funkcję kościołów. Na podwórka znoszono ciała martwych powstańców i modlono się. Odprawiano Msze Święte, organizowano ceremonie pogrzebowe. W późniejszych dniach powstania już na to nie było ani czasu ani możliwości. Zakopywano ciała jak popadło. Przy kapliczkach ludzie spowiadali się. W obliczu śmierci chcieli, być może ostatni, a być może pierwszy raz, pojednać się z Bogiem. Podwórkowe ołtarzyki były też częstym miejscem udzielania – tzw. ślubów powstańczych. Zadziwiający był fakt, że w sercu szalejącej śmierci i przemocy ludzie się kochali i przysięgali sobie być razem – “dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Takich ślubów było około pięciuset.

Jak wspominają te chwile ci, którzy przeżyli? …“Nastrój podczas tych uroczystości był podniosły ale i zarazem smutny. Jedni ginęli od razu po ślubie, drudzy za chwilę ale zdarzali się też tacy co przeżyli…” Jedna panna młoda, która ocalała wspomina, że największe wrażenie zrobiły na niej czerwone róże, które owego dnia dostała od kolegi. …“Ich widok, pośród ruin i śmierci był zadziwiający”… A najbardziej znane “małżeństwo powstańcze” – Państwo Biega – do dziś przechowuje z sentymentem kółeczka odcięte od firanek, które posłużyły im jako obrączki. Obecnie dzięwięćdziesięciolatkowie, mieszkają w Stanach Zjednoczonych i w miarę możliwości zdrowotnych odwiedzają Polskę w czasie obchodów rocznicy wybuchu powstania.

kapliczki (4)Gdy ustawały odgłosy bombardowań i ostrzału artylerii często okazywało się, że kapliczki były nielicznymi miejscami, które ocalały, a ci którzy się modlili przeżyli, podczas gdy cały dom został zniszczony – jak np.: dom przy ulicy Narbutta 52 czy Żurawiej. Niektóre ocalały nawet z trwającej trzy miesiące, akcji wypalania i wyburzania Warszawy(!).

Zachowana kapliczka na tle zburzonego domu przy ulicy Żurawiej. http://www.se.pl/wiadomosci/polska/warszawa/chca-odkryc-tajemnice-kapliczki-z-woli_388559.html

Nie trudno się dziwić zatem, że gdy po wojnie mieszkańcy wracali do Warszawy i pośród ruin odnajdywali nietkniętą figurę Matki Boskiej, czy obraz, otaczali je szczególnym sentymentem i kultem. Wtedy powstawały “bardziej zaawansowane formy architektoniczne”. Budowano podmurówkę, daszek, płotek. A zwyczaj wspólnych modlitw przetrwał także po wojnie mimo narzuconego systemu komunistycznego.

kapliczki (3)

A gdy mówimy o „cudownych ocaleniach kapliczek” nie sposób nie wspomnieć o budynku przy ulicy Marszałkowskiej 60. W piwnicy na suficie znajduje się wizerunek twarzy Jezusa Chrystusa. Autorem tego wyjątkowego dzieła jest znany artysta żydowski – profesor Perec Willenberg, który w czasie wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – Karol Baltazar Pękosławski. Ażeby nie zdradzić się żydowskim akcentem – udawał niemowę.

Obraz Jezusa Chrystusa, w piwnicy domu przy ul. Marszałkowskiej 60.
Autor Perec Willenberg. Fot. J. Sielicka.

Podczas jednego z bombardowań zszedł z sąsiadami do piwnicy, zaczął mówić i węglem rysować Zbawiciela dodając napis: „Jezu, ufam Tobie”. Syn profesora – Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki i żołnierz Powstania Warszawskiego, wspomina: „Mieszkańcy wierzyli, że święta głowa Jezusa będzie ich chronić przed niebezpieczeństwem”. Dom ten jako jeden z kilku budynków przy ulicy Marszałkowskiej nie został nawet draśnięty przez pociski, uniknął wyburzenia i rozszabrowania, a dawni mieszkańcy wrócili do swoich mieszkań tuż po wojnie.

Ale – początek powstawania kapliczek to nie II wojna światowa. Zwyczaj ten pojawił się dużo wcześniej – już w czasie zaborów. Pierwsza kapliczka została zbudowana w XVIII wieku w czasie „Rzezi Pragi” – 1794, kolejne w czasie Powstania Listopadowego – 1830-31.

Obecnie najwięcej z nich – około 100 – znajduje się po prawej stronie Wisły. To dlatego, że Praga nie została wyburzona. Ale zagłębiając się w podwórka lewobrzeżnej Warszawy też znajdziemy cenne okazy.

kapliczki (2)A kto dba o te wyjątkowe zabytki?
Niestety – kapliczki powstawały w atmosferze zagrożenia i ta atmosfera im towarzyszy również dzisiaj. W świetle prawa – nie istnieją. O ile władze komunistyczne „przymykały oko” na to zjawisko, to nowi właściciele przejmujący i odrestauro-wujący kamienice nie zawsze są nimi zainteresowani. Zdarzają się piękne przykłady pozostawienia figury na tle odnowionej kamienicy, ale zdarzają się też przypadki, gdy kapliczki się
po prostu wyburza.

Figura w podwórku zrewitalizowanej kamienicy przy ul. Ząbkowskiej 5. Fot. Anna Dobrzyńska

Opiekę nad nimi sprawują mieszkańcy, zwykle potomkowie powstańców lub po prostu ludzie wrażliwi, artyści. Podejmują próby wpisania ich na listę zabytków, lecz konserwatorzy nie są temu przychylni, a prawni właściciele – gminy – umywają ręce.

kapliczki (1)

Kapliczka przy ul. Ząbkowskiej 11 oraz przy ul. Brzeskiej 9. Fot. Anna Dobrzyńska

…Pozostaje jedynie zapalić światełka, pomalować farbą, ustawić kwiatki i – ufać – że skoro tyle przetrwały – przetrwają.

Mal von Oborishte gehört?

Info po polsku

Dorota Kot

Ein Hungriger Bär wird nie tanzen – oder?

Kein Schwein in Berlin interessiert sich für Bulgarien bzw. die bulgarische Kultur – solche Aussagen habe ich mehrmals gehört, als ich über die Idee der Bulgarischen Kulturwoche stolz und aufgeregt erzählte.

Ob Interesse besteht – ist das eine Frage der Form / Gestaltung – oder? Oder liegt es an den Menschen, die mitmachen und ein Herz für die Thematik haben? Vor fünf Monaten habe ich mich auf den Weg gemacht Netzwerk-Kontakte der bulgarischen Aktivisten zu holen. Polin und die über Bulgarisches Kulturinstitut gewonnenen zwei aktive Bulgarinnen. Die Ärmel hochkrempelt und los! Ich habe über vierzig Treffen mit Vertretern der bulgarischen Community gehabt – offiziell und privat.

Auf beiden (privat und offiziell) Ebenen habe ich viel erfahren: Witze, Beschwerden, Begeisterung und freundliche Aussagen über bulgarische Kulturschaffende, bulgarischsprachige Vertreter diverser Institutionen in Berlin … stur habe ich immer mehr Menschen angesprochen. Viele kennen einander nicht. Aber die bulgarische Woche hat alle miteinander verbunden. Vielleicht ist das eben das Rezept für einen Erfolg unter Migrantengruppen?

Noch nie habe ich mit einer anderen Migrantencommunity gearbeitet.

Gibt es Kulturunterschiede?

Jein. Wir sind Slaven, Europäer, Migranten, Mitbürger – im Prinzip einfach Menschen!

Wir haben viel Gemeinsames, aber auch über die Unterschiede und schöne Traditionen möchte ich kurz berichten. Ich werde meine Beobachtungen einfach aus dem Ärmel schütteln! Lernt meine Sichtperspektive kennen!

Slawische Seelen
Warmherzig, ehrgeizig, familiär – das sind die Grundlagen der Völkerverständigung. Polen und Bulgaren sind eben diese Eigenschaften angeboren.

Verständnisprobleme?
Ein kleines Missverständnis kann entstehen, wenn man ein bisschen (ein kleines bisschen!) Bulgarisch versteht, aber die bulgarische Körpersprache nicht kennt. Bulgaren bestätigen und verneinen, indem sie andersrum den Kopf schütteln. Total verwirrend! Aber das ist auf die Geschichte zurückzuführen. Sprecht mich mal an – gerne erkläre ich den Hintergrund!

Gentelmens und gute Feen.
Viele Bulgaren sind Gentlemen oder einfach altmodisch erzogen. Sie helfen sehr gerne und bieten Hilfe an – das schätze ich privat und beruflich.

Missverständnis? аз не разбирам..
Polen haben in den 90ger Jahren sehr oft den Urlaub in Bulgarien verbracht. Daran erinnert sich die Elterngeneration sehr gut und ganz sentimental, da die zwischenmenschliche Chemie einfach gestimmt hat. Trotzdem kann es zu Missverständnissen kommen, wenn man die Sprache zu verstehen versucht. Auf Polnisch: Rozbierać bedeutet ausziehen (Kleidung). Auf Bulgarisch aber bedeutet razbera „verstehen”
Das war am Anfang ganz lustig und überraschend, als ein junger Mann im Gemüseladen mich fragte, ob ich rozberam… Jetzt aber аз разбирам! Dh. Ich verstehe (vielleicht mehr als vor ein Paar Jahren?) J

Omatag
Der Omatag wird in Bulgarien ganz anders gefeiert. Nämlich so: die verheirateten Frauen bedanken sich bei den Omas (auch Nachbarinnen), die bei der Kindererziehung geholfen haben.

Rakija
Wie ich bereits erwähnt habe, Bulgaren sind sehr familiär und sitzen gerne an einem Tisch mit Freunden und der Familie. Dabei habe ich einen praktischen Spruch gelernt, der bei der Partyvorbereitung herauskam:

Ein Aperitif ist wie eine Ermunterung zum Schnapps (Mezeto e swodnik na rakija.)

Bulgaren trinken gerne Rakija – es ist sehr unhöflich abzusagen, wenn man zu Gast ist. Kamenitza, Shumensko, Zagorka – die Biere mit „tzatza“ (Kleine Fischchen) schmecken hervorragend am Strand in Burgas oder Primorie – das ist ein traditionelles Duet aller Einheimischen und Touristen am Schwarzen Meer. Die Biere werden übrigens auch in 2,5L Flaschen produziert. Es wäre nichts Außergewöhnliches, aber so eine große Flasche beim Treffen mit Freunden auf dem Tisch sah (zum ersten Mal) exotisch aus. Jetzt denke ich: wie praktisch und welch gastfreundliche Ökonomie!

Hunger
In bulgarischen Haushalten wird man nie verhungern. Banitza (Banitsa), Tarator und Shopska Salata – meine Lieblingsversorgung in Bulgarien! Was das Essen angeht, habe ich in Bulgarien eine für mein ganzes Leben währende Belehrung bekommen.

Vor vielen Jahren war ich in Burgas. An einem Tag wusste ich nicht, was ich zuerst machen soll – schnell was dienstlich abarbeiten oder lieber davor was essen (ich hatte Hunger)? Die Antwort kam sofort: das Bärchen wird nie tanzen wenn es hungrig ist – das habe ich mal bei einer befreundeten Familie in Burgas gehört.

Die Geschichte, die dahinter steckt, ist folgende: früher holte man kleine Bären aus dem Wald für eine Straßen- Performance, aber sie tanzten nie, bevor sie nicht satt waren.

Die goldene Regel ist also: erst essen, dann ran an die Arbeit und den Spaß – sonst wird es nicht gut laufen. Mit leerem Magen kann man doch nicht arbeiten!

Die gleiche Vorgehensweise haben wir uns für die Tage der Bulgarischen Woche vorgenommen. Für Seele und Leib, generationenübergreifend, Themenvielfalt, offen für andere Kulturen – so haben wir die Bulgarisch-Deutsche Woche gestaltet. Lernt Bulgarien und die Kultur kennen! Bulgarien zum Anschauen, Tanzen, Beisammensein, Hören, Kosten in der Küche und und und…

Morgen also geht es los! 🙂

Filmabend
Mir sind die Regisseure/innen der Balkanregion unbekannt gewesen. Jetzt haben wir die Möglichkeit, einen Film zu sehen, der bei der Berlinale dabei war. Interessanterweise hat sich auch die Initiative BulDoc gemeldet und uns unterstützt. Die Organisatoren werden über Buldoc vor dem Film berichten.

Kunst
Du stehst in Versailles oder in der Kunstakademie, wo die wichtigsten Werke der Künstler ausgestellt werden. Kunstkuratoren und manchmal die Schaffenden selbst erzählen von der Hintergrundidee und Bedeutung einzelner Farben und Formen. Der emotionale Bezug des Künstlers ist immer der wichtigste Einflussfaktor.

Roza ot Ljubov_Liebesrose

 Silviya Zdravkova, Liebesrose (Foto: Autorin)

Bulgarien in meinem Herzen – ich bin gespannt auf Mittwochabend, wie unsere drei Künstlerinnen die Liebe, Erinnerungen und vielleicht das Heimweh darstellen werden. Die Künstlerinnen haben auch zweisprachige Gedichte geschrieben. Über Pinsel und Schreibwerk wird Bulgarien vorgestellt.

Literatur & Musik
Der Schriftsteller erzählt erfrischende Kurzgeschichten und dabei wird Vladimir Karparov uns mit Musik verwöhnen. Der Musiker trat auch letztens beim zig zag auf. Ich bin gespannt!

Einladung_KochabendKochen & Tanzen
Zuerst treffen wir uns fürs Kochen im Kakadu, wo Maria von PriMaria Restaurant uns die bulgarische Küche zeigt, danach bewegen wir – gesättigt – unsere Hüfte beim Balkan-Beat im Hangar 49. Der Hangar hat einen schönen Ausblick auf die Spree, was ich genießen konnte, als ich spontan zur Jazz Session vorbeikam.

Event-Facebook-Party

Out-Door-Bibliothek
Während der bulgarischen Woche arbeiten wir handwerklich an einem Schrank… das ist ein gemeinsames Projekt mit unseren Partnern aus Bulgarien. Nachdem wir den Schrank renoviert und schön gemacht haben, eröffnen wir am Samstag die Out- door- Bibliothek in der Regenbogenfabrik!

Kiez-Erkunden
Ein kleiner Rundgang in Kreuzberg. Ein Muß!

Osteuropa-Picknick
hält Osteuropa zusammen? Mögen die osteuropäischen Communities zusammenarbeiten?

Wir schauen mal am Sonntag. Gemütliches Beisammensitzen, Chillen, osteuropäische Kultur genießen- das haben wir vor! ForumFactory hat für uns die Räumlichkeiten zur Verfügung gestellt! Bei jedem Wetter können wir uns treffen – es gibt einen Außerbereich mit Bänken, im Saal gibt es Bühne und Gastronomie.

Wir haben open stage eröffnet – jeder darf sein Talent zeigen.

Tanz, Gesang, Schreibtalente, Brettspiele, Fotoausstellung, Ausstellung des Filmworkshops und und und…

Für mich als Polin ist es ein Vergnügen, eine mir bereits bekannte Community neu zu entdecken. Für Leib und Seele, generationenübergreifend und locker – so eine schöne Kulturwoche mit der Bulgarischen Community freut sich auf Besucher und Mitmacher!

Graphik: Anina Takeff / Projektleitung: Dorota Kot

 

Moja Kalina

Zanim oddam głos autorowi dzisiejszego wpisu, powiem tylko, że Dygat był przez lata moim ulubionym pisarzem, a jego powieść Jezioro Bodeńskie była nawet jednym z ważniejszych wątków w mojej debiutanckiej książce Portret z ametystem.

Zbigniew Milewicz

Czytam Cukier, wiersz Łukasza Szopy, mojego ziomala z Tychów, podesłany mi po znajomości przez adminkę, i włącza mi się myślówa: cukier? Zucker? Lucy Zuckerowa? Skojarzenia prowadzą mnie prosto do zmysłowej i niewiernej żony żydowskiego fabrykanta z reymontowskiej Ziemi Obiecanej, postaci drugoplanowej w tej książce, ale dla mnie przecież najważniejszej. W ekranizacji powieści, filmie Andrzeja Wajdy, nakręconym w 1974 roku, Lucy zagrała Kalina Jędrusik, w której jako młody człowiek byłem nieprzytomnie zakochany. Sprawdzam w Wikipedii, kiedy zmarła, to był 7 sierpnia 1991 roku, a więc mija już 25 lat, jakże skutecznie czas zaciera ślady w ludzkiej pamięci, nawet po kimś bliskim i trzeba przypadku, żeby go sobie znowu przypomnieć.

Urodziła się w 1931 roku w Gnaszynie, który dziś jest dzielnicą Częstochowy; była córką Henryka Jędrusika, przedwojennego senatora RP i żoną pisarza, Stanisława Dygata. Absolwentka krakowskiej PWST, debiutowała na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, wspólnie m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bobkiem Kobielą. Później już była stolica, kolejno sceny teatrów Narodowego, Współczesnego, Komedii, STS-u, Rozmaitości i Polskiego. Dziesiątki ról dramatycznych i charakterystycznych. Na większą skalę stała się popularna dzięki programom telewizyjnym niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów, autorstwa Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, teatrowi TV oraz kreacjom filmowym, m.in. w Niewinnych Czarodziejach, Pingwinie, Upale, Jowicie, Lalce, Ziemi Obiecanej, Lekarstwie na miłość, Hotelu Polanów i jego gościach. Widownia była dokładnie spolaryzowana, Kaliny w Polsce nie cierpiano, albo ją ubóstwiano, z obojętnym odbiorem się nie spotykała. W latach 60 i 70 uchodziła w kraju za symbol seksu oraz obyczajowego wyzwolenia, lansowała mocny makijaż i śmiałe dekolty, co oczywiście PRL – owskiej kołtunerii się nie podobało i stanowiło główny powód sporów o artystkę.

Kiedy na jednej z barbórkowych gali wystąpiła z przebojem Marylin Monroe Bye bye babe, ubrana w obcisłą sukienkę, ze złotym krzyżykiem na falującym, odsłoniętym biuście, do tego bez stanika, Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz partii, ze złości podobno rozbił popielniczką ekran telewizyjny. Bliska kręgom rządowym aktorka Nina Andrycz twierdziła wprawdzie, że to nie towarzysz Wiesław zrobił, tylko jego nieatrakcyjna i zawistna żona, ale przez jakiś czas państwo G. nie mieli telewizora, a Kalina wezwana została na poważną rozmowę do dyrekcji TV. Postawiono jej warunek: w następnym, przygotowywanym programie wystąpi przed kamerami ubrana od stóp do głów, albo dostanie w telewizji szlaban. Zgodziła się. To był jakiś program rozrywkowy, emitowany na żywo; wszystkie panie na estradzie miały wydekoltowane kreacje, tylko ona nie, wystąpiła w skromnej, wełnianej sukience z golfem. Zaśpiewała piosenkę, ukłoniła się i odwróciła do widowni tyłem. Oczom publiczności ukazały się jej gołe plecy i dekolt tylni… do granic możliwości.

Marian Brandys: Kalina była postacią z bajki

Przypięto mi etykietkę osoby „dziwnej” – zwierzała się w jednym z wywiadów. – Narastała atmosfera nienawiści i niechęci wokół mnie. Zaciążyło to na całej mojej karierze. „Jak mogłeś tę kurwę puścić na ekran…” (…) Życie prywatne aktora utożsamia się z rolami – truizm. Z pewnej strony to nawet komplement dla aktora, bo oznacza, że zagrał sugestywnie, wnikliwie, prawdziwie. Na tym polega szukanie „złotego środka“. Aktor w jakiś sposób musi na chwilę utożsamić się z kreowaną przez siebie postacią. Dla mnie niestety okazało się to zgubne. Mówiono: „Ona po prostu taka jest“. Zepsuta, bo grałam kobietę zdradzającą męża. Byłam narkomanką, bo moje oczy takie nienaturalnie przymknięte. Gra alkoholiczkę, jest alkoholiczką. Ci wszyscy ludzie w kinie i w teatrze wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem. Koszmar… Wiem, tańczyłam na tej delikatnej linie, która oddziela kobietę broniącą swojej niezależności, od kobiety pozbawionej szacunku…

Kazimierz Kutz, który był zaprzyjaźniony z rodziną państwa Dygatów, mówi: Kalina była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle, że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. Zresztą były to fascynacje wspólne i towarzyszyły im przez całe życie…

Kalina poznała swojego przyszłego męża w Gdańsku, kiedy po szkole krakowska animatorka teatralna i pedagog Lidia Zamkow ściągnęła ją do Gdańska; Stanisław Dygat, już wówczas uznany pisarz, był kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże. Debiutowała w sztuce Alfreda de Musset, Nie igra się z miłością. Jakiś omen – mówiła później – zaczęłam od igrania z miłością. To był wielki sukces. Piękny. To jest szczęście trafić na „swoich“, przyjaciół – tak samo myślisz, tego samego chcesz, jeden drugiego inspirował. Bywaliśmy na swoich próbach, na premierach. Mój Boże, przejmowaliśmy się swoimi losami. Taka nieprawdopodobna wspólnota (…) Zaraz potem powstał satyryczny teatrzyk „Bim –Bom“. Przewodzili nam: Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki. Cudowne, wesołe czasy. A satyrycznym mottem był kogut – symbol zarozumialstwa, obojętności, głośnego piania, głupoty, która niszczy mądrość i radość. Przeciwko temu „kogutowi“ występowaliśmy… Pierwsze duże role, zostałam zauważona, co dla młodej aktorki jest prawdziwym szczęściem…

Była zafascynowana prozą Dygata, na egzaminie wstępnym w PWST recytowała fragment Jeziora Bodeńskiego, imponował jej jako człowiek. On, starszy o 16 lat, stracił dla niej głowę. Kalina wyglądała wtedy, jak świeżo wypieczona bułeczka – kontynuuje Kazimierz Kutz – z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc nieco po staroświecku – była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który dopiero miał nadejść.

Staś wyłowił mnie z morza i zostałam jego złotą rybką, tak mówił – wspominała. – Był moją pierwszą, prawdziwą miłością, najszczerszą… Dla Kaliny rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, jej koleżanką po fachu, w podróż poślubną poślubną w 1958 roku pojechali do Italii, a później określi ją jako najpiękniejszą podróż swojego życia. Tam spotkali się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, poznali Guliettę Massinę. Dla ich przyjaciela domu: byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem (…) i przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa; jak z dobrej literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. PRL-owska opinia publiczna wolała jednak karmić się skandalem. W pamięci Agnieszki Osieckiej Kalina dosyć ostentacyjnie się zakochiwała, właściwie wykonywała wielką sztukę pt. „Kocham się“. I lubiła o swoich romansach mówić głośno. Staś również w tym uczestniczył, obnosząc się po całym mieście, że ma nowego rywala i trzeba będzie się strzelać. Wielki show. Oni prowadzili życie na pokaz. To było bardzo teatralne życie. Jednocześnie czuło się, że są sobie bardzo bliscy i niezbędni – na pewno było to niekonwencjonalne małżeństwo. A poza tym Warszawa była mała – żeby powstała legenda środowisko musi być małe (…)

Sama Kalina mówiła na ten temat tak: Przeżyłam kilka szalonych romansów, nie dużo… No, kiedyś policzyłam – pięć. To wcale nie jest dużo na całe życie… Nie umiałam ich ukryć – żer dla legendy. I jeżeli ktoś „życzliwy“ opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym, wolterowskim „r“: „Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę się nie wtrącać do naszego małżeństwa”. Kochany, tolerancyjny, wyrozumiały… Te moje i jego różne miłostki nigdy nie zmieniły naszej miłości, wzajemnego szacunku i zaufania.

W Warszawie państwo Dygatowie mieszkali początkowo na Mokotowie, w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku, najpierw w jednym, później drugim, stamtąd przenieśli się do szeregowca na Kochowskiego, na Żoliborz. Niezależnie od kubatury mieszkania prowadzili zawsze dom otwarty, kolorowy salon, do którego schodziła się stołeczna bohema. Często bywali u państwa Dygatów m.in. Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Adam Hanuszkiewicz, Łapiccy, ale i ludzie nikomu nie znani. O każdej porze dnia i nocy można było tam przyjść i znaleźć schronienie – wspominał Holoubek. – Spotykało się tam bezdomnych; jakieś dzieci uliczne, które zajmowały się drobnymi usługami – przynosiły mleko, chleb, pocztę, w końcu sekretarzowały państwu. Te małe dzieci Kalina traktowała je wszystkie jak własne… Była zjawiskiem niezwykłym i to przede wszystkim jako człowiek. Należała do tych rzadkich kobiet, które prowadzą życie otwarte, całkowicie jawne, nie poddane żadnej pruderii, żadnym kłamstwom, żadnym niedomówieniom; a równocześnie nosiła w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę czegoś, czego jej brakowało w życiu. Zajmowała się innymi ludźmi, niosła im pomoc, troskę, współczucie – i domagała się wobec siebie tego samego. Była krucha…

Początki swojej kariery scenicznej w Warszawie i życie ówczesnej bohemy opisywała z rozrzewnieniem: Na chwilę zawitałam do Teatru Narodowego. Wkrótce Erwin Axer zaproponował mi etat w Teatrze Współczesnym, najlepszym chyba wówczas teatrze. I wielki sukces w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Ten start w teatrze wielkiego Axera był piękny i czysty. Czule wspominam ten okres. Doznałam takiego szczęścia, że „otarłam się” o wszystkich najwspanialszych tego świata, o wielkie duchy Spatifu lat 60-ych. Tam się kotłowało. Antoni Słonimski, Otto Axer, Janusz Minkiewicz, Staś Dygat, Żuławski, Studnicki… Ja wykołysana na kolanach ostatnich Skamandrytów; ja, która byłam na „ty“ ze Słonimskim… Ta bohema to było coś wspaniałego. Oni nas młodych otoczyli swoimi opiekuńczymi skrzydłami. To były nasze uniwersytety po szacownej szkole krakowskiej, kiedy dostałam się w warszawskim Spatifie lat 60-ych do grona wielkich, wspaniałych artystów. Piłam z nimi wino, wspólnie oglądaliśmy spektakle, kończyło się to nad ranem w „Bristolu“ i spacerem w Łazienkach. Czarowne, tajemnicze, kochane…

Chciała, żeby w ich żoliborskim domu było przejrzyście i kolorowo – trawa, kwiaty, leżak, na stoliku dzban domowego wina. Przyjaciele, mnóstwo przyjaciół, goście. Ale stało się to niemożliwe, bo tuż obok jest sklep mięsny. Aby skrócić sobie czas oczekiwania na mięso kolejkowicze obserwowali, co też ja robię: „Wyszła w szlafroku. Wymalowana od rana. Nie wymalowana? Jak ona wygląda. Kto u niej jest?” Uwagi te wypowiadano na tyle głośno, abym słyszała. Wszystko było nie tak, jak „ powinno”. Każdy mój ruch był komentowany. I pewnego razu ustawiliśmy z przyjaciółmi wysoki płot, który zasłonił cały ogród. Odetchnęłam z ulgą. Przy całej mojej wielkiej tolerancji na ludzką głupotę, przyszedł moment, że nie wytrzymałam psychicznie. Nie można żyć przez całą dobę „na tacy“.

Kiedy w 1962 roku zdobyła Złotą Maskę w plebiscycie Expresu Wieczornego na najpopularniejszą aktorkę telewizyjną (głosowało na nią 113 tysięcy osób), niektóre media nagłośniły również odgórnie spreparowany, pełen oburzenia list dwudziestu kobiet z Rybnika, które podpisały się pod petycją, aby jej nie pokazywać w telewizji, bo gorszy ich mężów. Dostała to przyobiecane embargo na publiczne występy i jedynymi, którzy stanęli w jej obronie byli wspaniali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, Starsi Panowie Dwaj. Bez Jędrusik nie będzie Kabaretu Starszych Panów – argumentowali. I decydenci to stanowisko uszanowali, co tygodniowe, telewizyjne spektakle kabaretu cieszyły się w PRL- u ogromnym wzięciem, na równi z czwartkową Kobrą, kiedy wyludniały się ulice, ludzie gromadzili się przed telewizorami i oglądali, chłonęli te pełne wyszukanego intelektualnie humoru kuplety, dialogi, scenki. To były okazje do uroczych, towarzyskich spotkań i wymiany poglądów.

Kalina wiele lat walczyła o artystyczne przetrwanie, jeździła po Polsce z monodramem Tabu wg powieści Jacka Bocheńskiego i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją na żywo, ale już nie pamiętam, gdzie to było. Dopiero w 1974 roku spełniło się moje marzenie, żeby osobiście spotkać się z Kaliną. Przyjechała z okazji jakiegoś artystycznego widowiska do Katowic, u władzy gierkowskiej nie miała szlabanu, wykorzystałem to, żeby zrobić z nią wywiad dla Dziennika Zachodniego, gazety, w której wtedy pracowałem. Była zdziwiona, że tyle o niej wiem. Kiedy powiedziałem, że od lat wycinam z gazet wszystko, co o niej piszą i wklejam to do specjalnego zeszytu, obdarzyła mnie tym swoim cudownym, lekko kpiącym uśmiechem, który wart był dla mnie więcej niż całe złoto świata.

Jakiś czas później spotkaliśmy się w katowickim Marchołcie, już jako dobrzy znajomi, wtedy podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją, dla Zbyszka. Rozmawialiśmy m.in. o Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany`ego T. Capote `a, z którą się utożsamiała i uważała, że to  najlepsza rola w jej scenicznej karierze. Kiedy w 1978 roku Stanisław Dygat zmarł na atak serca, w ich towarzyskim salonie się przerzedziło. Z latami lista przyjaciół malała – opowiada Aleksandra Wierzbicka, która opiekowała się Kaliną w ostatnich latach jej życia – zostali tylko ci najwierniejsi. A ona była taka, że nikomu niczego nie odmawiała, jeżeli tylko mogła, pomagała każdemu. W domu było takie powiedzenie, że robi się na małpę: malowała się i ubierała wytwornie, aby ruszyć do ataku, czyli coś dla kogoś załatwić. I wcale nie były to błahe sprawy. Dla niej największą tragedią było odejście Stasia. Szczególnie, że stało się to, kiedy jej przy nim nie było. Kalinę mało się wtedy widywało, bardzo często wyjeżdżała w trasy, zarabiała. Książek Stasia nie wydawano… Co roku, w rocznicę śmierci męża, zamawiała mszę i zapraszała przyjaciół na wystawne przyjęcie, na których były zawsze jego ulubione trunki i potrawy, a gotowała ponoć znakomicie.

W pamięci swoich koleżanek i kolegów artystów oraz ich bliskich żyje w licznych anegdotach, m. in. z modnych niegdyś nadmorskich Chałup, dokąd wszyscy wyjeżdżali latem, choć przeważnie akcja działa się w stolicy.

Jerzy Gruza: – Klęła jak szewc. Ale słuchało się tego z przyjemnością, nie było w tym chamstwa. Nie żyjący już Andrzej Łapicki przytaczał taką historię: – Kiedyś była jakaś próba w Sali Kongresowej. Kalina pali papierosa. Podchodzi do niej strażak, salutuje i mówi: ‘Tu się nie pali’. Na co ona, nie odwracając głowy: ‘Odpierdol się, strażaku’. On skonfundowany odszedł, ale po minucie, zastanowiwszy się, wrócił i mówi: ‘Sama się odpierdol, stara kurwo’. Tylko że tam już nie stała Kalina, tylko Krafftówna, bo się zamieniły miejscami. Zuzanna Łapicka: – Na początku lat 80 Magda Umer postanowiła, że ochrzci się razem ze swoim synem Mateuszem. Mnie wybrała na matkę chrzestną Mateusza, a Kalinę na swoją. Przed chrztem, którego udzielił zaprzyjaźniony ksiądz, rodzice chrzestni musieli się wyspowiadać. Odbyło się to w mieszkaniu księdza. Jedna osoba się spowiadała, a reszta czekała na swoją kolej. W ten sposób, chcąc nie chcąc, usłyszeliśmy fragmenty spowiedzi Kaliny, która miała donośny głos. Powiedziała: ‘Ja wiem, proszę księdza, że ja strasznie klnę’. Na co ksiądz: ‘Kalinko, to nie jest wielki grzech, najgorszy grzech to jest nienawidzić drugiego człowieka. A ty przecież jesteś niezdolna do nienawiści’. Zapadła chwila ciszy i Kalina mówi: ‘Nie nienawidzić? Ale niektórych to ja, kurwa, tak nienawidzę. A co ja, Jezus Chrystus jestem?’

W latach 80 włączyła się do polityki, brała udział w kampanii wyborczej „Solidarności“. Kiedy spotkaliśmy się na krótko po raz trzeci, to był 1989 rok, a może 1990. Odwiedziłem ją w garderobie Teatru Polskiego, w przerwie prób do Tanga, Sławomira Mrożka, w którym grała Eleonorę. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonego człowieka, trochę nieobecnego duchem. Jej ramiona i dekolt pokrywały liczne, świeże zadrapania, to moje kociaki – uprzedziła pytanie. Była uczulona na kocią sierść, ale za nic nie chciała oddać swoich ulubieńców. Cierpiała na astmę i 7 sierpnia 1991 roku zmarła podczas ataku choroby. Podobno nie była zbyt przesądna, ale wierzyła w magię liczb i do siódemki zawsze miała uprzedzenie. Pochowano ją obok jej męża, w powązkowskiej Alei Zasłużonych.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gacka Kalina Jędrusik Muzykalność na życie i artykułu Jacka Szczerby w Wysokich Obcasach z 15.10. 2012 r., p.t. Co, ja Jezus Chrystus jestem?

kjzmrozkiem

 

A propos analogii

Dorota Cygan

Wszyscy rozmyślamy, co zrobi władza. A boimy się głośno pomyśleć, co zrobi społeczeństwo. Przecież niemożliwe, żeby nie zrobiło nic, brzmi refren naszej kołysanki. Otóż możliwe, jeśli spojrzymy choćby na reakcje społeczne w Trzeciej Rzeszy, do której ostatnimi czasy często się odwołujemy, szukając wytłumaczenia dla niepokojących zjawisk lub gdy przyglądamy się zbiorowym lub indywidualnym wzorcom zachowań w okresie komunizmu. Po pierwsze, społeczeństwo nawet najbardziej skłonne do kontestacji i sceptycyzmu można zmęczyć. Na tyle, by musiało ostudzić emocje, uciec od męczącej polaryzacji opinii, zwłaszcza gdy dotyczy to własnego podwórka, czyli rozmów z członkami rodziny i znajomymi. Nie mówię tu pogardliwie o sile oportunizmu, ile o zbawiennej dla nerwów ucieczce w tenże. Rozhuśtane emocje każdy na swój użytek musi harmonizować, zestrajać z otoczeniem albo wręcz wyciszyć, a na koniec zapomnieć. Bo inaczej nie da się przeżyć. Tak było właśnie po dojściu do władzy nazistów, którzy po rozprawieniu się z opozycją rewolucyjny impet roku 1933 szybko zastąpili hasłami państwowotwórczymi, służącymi budowaniu prawdziwego poparcia wśród ludzi i umacnianiu nowego państwa. Sięgali przy tym po stare, ograne chwyty retoryczne, kierując się hasłem z okresu grynderskiego, że “podstawowym obowiązkiem obywatelskim jest spokój” (Willibald Alexis). Osiągnęli dzięki temu to, o czym marzy każda dyktatura: zbiorowe poczucie, że nareszcie nie ma chaosu, zniknęła polaryzacja i panuje porządek. Wiadomo, co myśleć.

Właśnie gdy emocje cichną, można przy bezwietrznej pogodzie jak na gładkiej tafli jeziora puszczać, ot tak sobie, kaczki. Trochę dla zabicia nudy, a trochę dla zasygnalizowania, że nie ma zastoju. Można wywoływać lekkie ruchy pozorowane lub przyzwolić na prawdziwe, pod warunkiem, że ich skala jest łatwa do kontrolowania. Naziści osiągnęli ten stan mniej więcej w roku 1935, dwa lata po objęciu władzy. Zapanował nastrój, w którym strach mieszał się z pragnieniem spokoju, i w którym można było na chłodno rozprawiać się z myślącymi inaczej. W odniesieniu do nazizmu także i inny element trudno było zrozumieć i nazwać: zaskakujący a prosty fakt, że owe 12 lat brunatnych rządów było nie monolitem, lecz okresem często elastycznych i spontanicznych decyzji władzy. Potrzeba było lat, żeby dostrzec, że system ów miał bardzo różną dynamikę na różnych etapach istnienia. I że był zmienny i nieobliczalny jak jego humorzasty przywódca. W efekcie oznaczało to, że nie tylko propaganda, ale i zwyczajni, spragnieni spokoju ludzie w tamtym okresie myśleli o przeciwnikach Führera, że to wichrzyciele i pospolite warcholstwo. Takiego odbioru społecznego nie zmieniły bynajmniej subwersywne chwyty typu żart czy drwina – środki obrony, które inteligencja próbowała wystawić do walki z nazistami. Tymczasem powrót do ośmieszanych i pogardzanych stosunków z okresu Republiki Weimarskiej nikomu nie wydawał się kuszącą alternatywa, bo ludzie uznali demokrację za niezgodny z duchem czasów przeżytek, a ostre polityczne i polemiczne dyskusje za zagrożenie porządku i nieco obmierzłą, zdartą płytę. Oczekiwali oni nie tyle żywego dyskursu, ścierania się racji, operowania ironią, żartem i drwinami , z których impet czerpała kultura i publicystyka, ile nowej, całościowej koncepcji, która pokaże im, w co mają wierzyć. A taką w danym momencie historycznym, czyli około roku 1933, właśnie nazizm wydawał się oferować. Z perspektywy czasu trzeba dziś przyznać, że oprócz retoryki także i socjotechnikę brunatni opanowali doskonale, a to, co nas dziś śmieszy (parady z pochodniami, marsze, histeryczne przemówienia), wtedy było adekwatnym środkiem komunikacji z masami. Dzisiaj warto pamiętać, że grupy trzymające władzę część środków i możliwości, które mają do dyspozycji niejako z urzędu, wykorzystują jednak, żeby się uczyć. I to uczyć się w komfortowej sytuacji. W razie potrzeby także uczyć się, jak w białych rękawiczkach odsuwać od władzy liderów nie przystających do potrzeby chwili. Oczywiście nie posuwając się do upokarzania ich lub fizycznej likwidacji, lecz np. oferując im honorowy patronat nad projektami o mniejszym znaczeniu strategicznym, ale dużej wymowie symbolicznej, gdzie mogą się dobrze czuć w roli mentorów.

Tych kilka uwag na marginesie naszych analogii do nazizmu pozostanie bez puenty. Ale niech przynajmniej zakończy się apelem do doświadczenia życiowego. Nie myślmy, że inni są głupsi od nas, powolniejsi, niedzisiejsi i wsteczni. Takiej etykietki nie da się przypiąć wszystkim dla uspokojenia własnych wątpliwości. Raczej patrzmy, jak przeniknąć mury oblężonej twierdzy ludzi absolutnie przekonanych do dobrej zmiany. I zacznijmy mówić mocniejszym głosem. Praca u podstaw już się zaczęła, i jest to „w gruncie rzeczy sprawa smaku“, jak pisał poeta. Stad pomysł, żeby wbrew sobie napisać coś aktualnego, choć zdecydowanie wolę teksty bez tezy, lekkie i o niczym. Przyznam, że za ten dzisiejszy wyjątek rządzącego obozu szczerze nienawidzę.

Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016

Stuart 5

Joanna Trümner

Lawina

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Leonhard Cohen Avalanche/Lawina

Powroty

Lawina, która spadła na matkę, niespodziewana i przynosząca ze sobą wiele znaków zapytania choroba ciążyła na całej rodzinie. Sprawa jej powrotu do zdrowia stała się priorytetem dla wszystkich. Bezradny ojciec z pewną ulgą pozwolił jej starszemu bratu – Stuartowi-seniorowi, którego wizyty do tej pory ledwie tolerował, na przejęcie głównej roli w procesie rekonwalescencji. To brat woził ją co miesiąc do psychiatry w sąsiednim miasteczku i rozmawiał z nim na temat dozowania lakarstw z nadzieją, że niedługo będzie można je zredukować. Starał się odwiedzać ją co tydzień i nigdy nie dopuszczał do dłuższych przerw. W te dni matka ożywiała się już od samego rana, spędzała dużo czasu przed lustrem, przymierzała najlepsze sukienki, nakładała delikatny makijaż – patrząc na to z boku można by pomyśleć, że czeka na narzeczonego. Spędzali wiele godzin na rozmowach. O czym matka opowiadała podczas tych rozmów przy zamkniętych drzwiach sypialni? O tryskającym radością i beztroską młodym chłopcu, z którym miała zwiedzić wspólnie cały świat, a który z biegiem lat zmienił się w wiecznie niezadowolonego i zmęczonego gbura? O dzieciach, dla których nie miała czasu, o czytanych im na dobranoc bajkach, przy których zasypiała ze zmęczenia? O poznanym przed kilkoma laty w pociągu do Londynu pisarzu, z którym spotkała się kilkaktrotnie i z którym prowadziłaby, być może, lepsze, ciekawsze, szczęśliwsze życie? A może spędzali te godziny na wspominaniu szczęśliwego dzieciństwa – historii małego Stuarta i Mary, wychowanych w domu pełnym radości i ciepła, przekonanych, że życie składa się z samych szczęśliwych chwil i że nigdy nie spadnie na nich żadne nieszczęście?

Te wielogodzinne rozmowy, które na zawsze pozostaną ich tajemnicą, były ważnym krokiem w kierunku powrotu matki do życia i przebudzania się z wielomiesięcznej apatii – przygniatająca ją lawina zaczęła powoli topnieć. Już nie spędzała całego czasu samotnie w sypialni, coraz częściej i dłużej przebywała w kuchni lub salonie. Czasem niespodziewanie wchodziła do pokoju syna, żeby posłuchać muzyki, co ją przenosiło w świat innych ludzi. Tylko do pubu za nic nie chciała wracać, było to już całkowicie królestwo ojca.

Na 60 urodziny, na początku listopada, Stuart-senior opłacił jej wizyty domowe Meg Millner, psycholożki. Była nowa i młoda, niewiele starsza od Stuarta, i praktykowała w Walton zaledwie od kilku lat. Otwierający jej drzwi ojciec zastanawiał się zapewne, kto tu komu będzie pomagał? Jak ta pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia życiowego dziewczyna może rościć sobie prawo do kierowania czyimś życiem?

Sama Meg też obawiała się, że nie uda jej się dotrzeć do pacjentki, która mogłaby być jej matką. Ta filigranowa, wyglądająca prawie jak dziewczynka kobieta miała jednak nie tylko świetnie ukończone studia, ale i doskonałą intuicję, szybko udało jej się nawiązać kontakt z matką. Teraz i z nią matka prowadziła coraz dłuższe rozmowy przy zamkniętych drzwiach sypialni. A kiedy po raz pierwszy od miesięcy obie wybrały się na długi spacer brzegiem morza, zarówno ojciec jak i pozostali członkowie rodziny stwierdzili, że warto było dać jej szansę.

Co dwa tygodnie z inicjatywy młodej psycholożki odbywały się konferencje rodzinne, podczas których wspólnie zastanawiali się, jak można byłoby przyspieszyć proces rekonwalescencji. Jednym z pomysłów Meg było pomalowanie i przemeblowanie mieszkania, co miało stworzyć symbol nowego początku w starym miejscu. Meg mówiła im, że każdy człowiek nosi plecak upokorzeń, zawodów i smutku, które czasami stają się zbyt ciężkie i że każdy ma prawo zatrzymać się, usiąść, zastanowić i w wybranym przez siebie momencie iść dalej. Prosiła rodzinę o cierpliwość, uprzedzając równocześnie, że proces powrotu do życia będzie długi i pełen przeszkód i nawrotów choroby, a matka przez co najmniej kilkanaście miesięcy nie może zrezygnować z psychofarmaków. Teorie Meg o ludzkiej psychice były tak proste i oczywiste, a równocześnie tak pełne mądrości i optymizmu, że Stuart coraz częściej przyznawał się przed sobą, jak bardzo Meg zaczęła go fascynować i jak bardzo czeka na te rozmowy. I nagle odezwał się w nim strach, który paraliżował go tak mocno, że zaczął unikać patrzenia w jej oczy i ograniczał spotkania do minimum, unikając panicznie sytuacji, w których znaleźli by się sam na sam.

W kilka dni przed Bożym Narodzeniem ojciec przyszedł do pokoju Stuarta. Miał tak zagubiony i bezradny wyraz twarzy, że Stuart szybko zrozumiał, że teraz on musi przejąć rolę tego starszego – wysłuchać, doradzić, dodać otuchy i ochoty do życia. Łamiącym się głosem ojciec opowiedział mu o strachu przed tym, co go czeka z matką, o pracy, do której powoli brakuje mu sił, o krążących po miasteczku plotek o ich rodzinie i wiecznych pytań o zdrowie matki, o świecie, który zobaczył w czasach, kiedy pływał na statku i tęsknocie za nim. A gdy w powietrzu zawisł niewypowiedziany przez ojca zarzut „gdyby was nie było” – Stuart wiedział, że szukanie winnego jest tylko wyrazem jego bezradności i zmęczenia.

Zaczęli się wspólnie zastanawiać nad zmianami w pracy pubu – Stuart namówił ojca, żeby zatrudnił pracownika na sezon letni, a jesienią i zimą otwierał pub dopiero po południu. Poprosił też ojca o pokazanie mu ksiąg, zresztą skrupulatnie prowadzonych, i po kilku wieczorach ślęczenia nad słupkami cyfr zaproponował wprowadzenie kilku oszczędności. Napisał też listy do dostawców z pytaniem o rabat przy zakupie towaru. Pomysłem Stuarta było też zamknięcie pubu na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Wbrew oczekiwaniom pierwsze rodzinne święta po chorobie matki były wesołymi dniami, spędzonymi na wysypianiu się i objadaniu się przygotowanymi wspólnie przez Kate, Stuarta i Eve posiłkami, i wspólnymi spacerami nad morzem, na które udało się wyciągnąć również matkę.

Na Sylwestra Stuart zdecydydował się po raz pierwszy od skończenia studiów odwiedzić Londyn. W momencie, gdy wysiadał na Victoria Station, wiedział, że popełnił wielki błąd. W tym mieście każde miejsce przypominało mu Ann i miłość, do której nie było już powrotu. Ból, uśpiony do tej pory problemami codzienności, obudzony pobytem w ich wspólnym mieście, odezwał się tak mocno, że wydawało się, iż rozerwie mu serce.

Nie cieszył się rozpoznawaniem znanych miejsc, przez trzy dni pobytu w Londynie krążyły mu po głowie powracające jak bumerang myśli: Co ona teraz robi? Czy kogoś ma? Czy jeszcze czasami o mnie myśli? Sylwester spędzony w towarzystwie Stuarta-seniora i Briana był jednym z najsmutniejszych wieczorów w jego życiu. Nie odwiedził też kiosku Rasheeda, to miejsce za bardzo przypominało mu beztroskie i szczęśliwe czasy z Ann. A w drodze powrotnej do Walton, walcząc z myślami o Ann, złożył sobie obietnicę, że nigdy już nie dopuści żadnej kobiety tak blisko do siebie, nigdy nie pozwoli się nikomu tak zranić.

Pierwsze kroki Iana

Tymczasem na drugiej półkuli Ian doznał pierwszego rozczarowania w życiu – ten ujmujący wszystkich swoim urokiem, przystojny młody mężczyzna o bujnej, poskręcanej czuprynie i rozbrajającym uśmiechu po raz pierwszy został przez kogoś odrzucony i skrytykowany.

Przyjaciel ojca z czasów wspólnych studiów medycyny w Cardiff – Mat, a właściwie Matthew, latami koncentrował całą swoją energię na nauce i w wieku 35 lat stał się jednym z najlepszych neurochirurgów na świecie. I chociaż uczelnie medyczne i szpitale na całym świecie dobijały się do jego drzwi, on zdecydował się na pracę w mało znanym szpitalu w Sydney. Był tak zajęty wspinaniem się po coraz to wyższych szczeblach kariery, osiąganiem perfekcji w wykonywaniu prekursorskich, opisywanych przez prasę fachową z całego świata, operacji, że nie zauważył, jak z latami zmienia się w pozbawionego kontaktów z otoczeniem, życia prywatnego i rodziny autystę. Ucieszył się z prośby, która dotarła do niego z Cardiff, cieszył się, że zamieszka u niego młody człowiek, czekał na życie, którym miało się wypełnić mieszkanie. Nie wyobrażał sobie jak wygląda Ian, ale już w momencie, kiedy odbierał go na lotnisku w Sydney młodego, roześmianego chłopaka, który miał w sobie wszystko to, czego brakowało Matowi – radość, pogodę i beztroskę młodości – wiedział, że nie będzie im łatwo. Osiem tygodni, które Ian spędził w eleganckim mieszkaniu na Martin Place w centrum miasta były nieudaną próbą wychowania go po raz drugi – po licznych awanturach o bałagan, wyjadanie bez pytania jedzenia z lodówki, powroty o różnych porach nocy i głośną muzykę pobyt Iana skończył się wystawieniem jego rzeczy na zewnątrz i kartką z adresem najbliższego schroniska młodzieżowego. Jeszcze po latach Mat będzie wspominał swojego gościa z antypatią, a wspólne mieszkanie pod jednym dachem zamieni się w tych opowiadaniach w koszmar.

Ian, jak zwykle, miał szczęście – schronisko młodzieżowe, w którym zamieszkał, szukało kogoś do prowadzenia księgowości i mimo że nie była to zbyt dobrze płatna i atrakcyyjna praca, uchroniła go przed upokarzającym telefonem do rodziców z prośbą o zastrzyk finansowy. Już po kilku tygodniach pobytu w Sydney poznał tam zresztą wiele osób, ponawiązywał pierwsze przyjaźnie i zaczął poznawać scenę muzyczną miasta. A kiedy po raz pierwszy zadzwonił do Stuarta w kilka dni po rozpoczęciu nowego roku, był znowu tak pełen optymizmu i planów, że nie wspomniał nawet o incydencie, jakim było mieszkanie z Matem.

Cdn

Jestem uchodźcą / Ich bin ein Flüchtling

Für deutsche Version bitte nach unten scrollen

Andrzej filet Fikus

Jestem uchodźcą. Zapomniałem o tym, bo przestało boleć, bo zapomniałem, że bolało. A bolało z różnych przyczyn. Wtedy tego nie wiedziałem, tłumaczyłem sobie, że z tęsknoty boli. Bolał brak godziwego miejsca do mieszkania. Przemieszczałem bawarskie wioski i chodziłem ulicami Passau z wykręconymi jelitami wpatrując się w okna domów i kamienic, i najzwyczajniej w życiu zazdrościłem światła w tych oknach. Nie byłem głodny z niedożywienia, byłem głodny normalności. Wypatrywałem innego świata nie wiedząc jaki i gdzie ma on być. Widziałem się w tych mieszkaniach z moją dziewczyną, widziałem jak razem siedzimy w ciepłym, przytulnym kącie. Nie myślałem o dwudziestu metrach kwadratowych, nie myślałem wówczas w ogóle o metrach kwadratowych. Marzyłem o pokoju z łóżkiem dla dwóch osób, o małej kuchni, lampie i magnetofonie. Nie wiedziałem, co mówić, jak mówić, do kogo pójść, co zrobić, aby mieć taki kąt. Z bezsilności jakieś coś wyżerało mi wnętrze. Wpatrywałem się w gwiazdy i w milczeniu jęczałem. Żebrałem wzrokiem u ludzi o pomoc. Obcy skazany na przepisy, których nie rozumie. Obcy skazany na ludzką solidarność. Obcy wystawiony na powodzenie lub niepowodzenie własnego sprytu, siły przebicia, zapartości, samodyscypliny, właściwości dostosowywania się, naginania się, kłaniania się w pas, lizustwa, szerokich i mocnych łokci. Obcy wystawiony na powodzenie i niepowodzenie w handlu swoimi ideałami. A co z innymi i obcymi, którzy tych cech nie posiadają? Wciąż mam wrażenie, jak by mi ktoś pluł w twarz lub tępym nożem rozcinał skórę na plecach, słysząc głosy: po co tu przyjechałeś? Jak się nie podoba, to wracaj, skąd przybyłeś. To nie jest twój kraj, to nie twoja kultura, religia, mentalność, język i to nie twoje światło w oknach kamienic. Te głosy kojarzą mi się z ostrzegawczym warczeniem zwierzęcia broniącego swojego terytorium. Tych głosów wciąż się obawiam, ale już się ich nie boję, ponieważ po dwudziestu kilku latach, poznając i rozumiejąc już wiele przepisów oraz wystarczająco język, mogę się bronić. Jednak martwię się o siostry i braci, którzy przybywają z różnych stron i powodów na inne terytoria i nie rozumieją tego warczenia, i się nie potrafią bronić, i się boją. Mimo, że kiedyś nie musiałem się bać, że jakiś urząd wystawi mi decyzję pozwalającą lub zabraniającą mi pozostania na tym terenie, czułem wciąż jakbym stąpał po gorącym piasku, od czasu do czasu parząc sobie stopy. Być może stąpałem boso po lodzie, gdyż często odczuwałem strach i zimno, nie tylko wyłącznie w zimie. Nie musiałem udowadniać jak wielu przedtem, wielu wtedy, wielu potem i po dziś, że mam prawdziwy i poważny powód oddychania tym samym powietrzem co ci, którzy już tu są i uzurpują sobie wyłączność na to powietrze. I zadaję sobie pytanie, czy ktokolwiek musi uzasadniać swoją wolę bycia tam, gdzie jego zdaniem powietrze mu sprzyja? Przebywania tam, gdzie uważa, że szanowanie godności i inności jest istotą bycia w zgodzie, także ze sobą samym? Życia tam, gdzie nie brakuje wody i pożywienia? Życia tam gdzie pokój i wolność? Tam gdzie nie trzeba się bać.

***

Ich bin ein Flüchtling. Das habe ich vergessen, weil es nicht mehr wehtut, weil ich vergessen habe, dass es wehtat. Weh tat es aus verschiedenen Gründen. Damals war mir das nicht klar, ich sagte mir, es sei Heimweh. Es tat weh, keine angemessene Zuflucht zu haben. Ich durchstreifte bayrische Dörfer, lief mit verschnürten Gedärmen durch die Straßen von Passau, schaute durch die Fenster in die Häuser und war ganz einfach nur neidisch auf das Licht in diesen Fenstern. Ich war nicht hungrig nach Essen, ich war hungrig nach Normalität. Ich hielt nach einer anderen Welt Ausschau ohne zu wissen, wie und wo diese sein sollte. Ich sah mich in diesen Wohnungen mit meiner Freundin, ich sah, wie wir zusammen in einem warmen, kuscheligen Eckchen sitzen. Ich dachte nicht an zwanzig Quadratmeter, ich dachte damals überhaupt nicht an Quadratmeter. Ich träumte von einem Zimmer mit einem Bett für zwei Personen, von einer kleinen Küche, einer Lampe und einem Kassettenrekorder. Ich wusste nicht, was ich sagen sollte, wie ich es sagen sollte, zu wem ich gehen und was ich tun sollte, um einen solches Eckchen zu bekommen. Die Ohnmacht nagte an meinen Eingeweiden. Ich schaute in die Sterne und stöhnte schweigend. Mit dem Blick bettelte ich bei den Leuten um Hilfe. Ein Fremder, Gesetzen und Vorschriften unterworfen, die er nicht verstand. Ein Fremder, angewiesen auf menschliche Solidarität. Ein Fremder, dem Erfolg oder Misserfolg seiner eigene Gewitztheit überlassen, seiner Durchschlagskraft, seiner Hartnäckigkeit, seiner Selbstdisziplin, seiner Anpassungsfähigkeit, seiner Fähigkeit sich zu verbiegen, sich zu verbeugen, sich einzuschleimen, seine Ellenbogen zu benutzen. Ein Fremder, dem Erfolg und Misserfolg beim Handel mit seinen Idealen ausgesetzt. Und was ist mit den Anderen und den Fremden, die diese Eigenschaften nicht besitzen? Bis heute habe ich das Gefühl, man spuckt mir ins Gesicht oder zerschneidet mir mit einem stupfen Messer die Haut auf dem Rücken, wenn ich höre: Wozu bist du hergekommen? Wenn es dir hier nicht gefällt, dann geh doch zurück, wo du herkommst. Das ist nicht dein Land, das ist nicht deine Kultur, nicht deine Religion, nicht deine Mentalität, nicht deine Sprache und das ist nicht dein Licht in den Fenstern. Diese Stimmen verbinde ich mit dem warnenden Knurren eines Tieres, das sein Terrain verteidigt. Ich fürchte diese Stimmen noch immer, aber ich habe keine Angst mehr vor ihnen, weil ich nach mehr als zwanzig Jahren viele Vorschriften gelernt und verstanden habe, auch die Sprache gut genug kenne und mich zu wehren weiß. Doch ich mache mir Sorgen um die Schwestern und Brüder, die aus verschiedenen Himmelsrichtungen und Gründen in ein fremdes Terrain kommen und dieses Knurren nicht verstehen, sich nicht wehren können und sich fürchten. Auch wenn ich damals keine Angst haben musste, dass irgendein Amt mir einen Beschluss vorlegt, der mir verbietet oder erlaubt, auf diesem Terrain zu bleiben, hatte ich immer das Gefühl, als liefe ich auf heißem Sand, wobei ich mir ab und an die Füße verbrannte. Vielleicht lief ich barfuß über Eis, denn ich verspürte oft Angst und Kälte, nicht nur im Winter. Ich musste nicht beweisen, wie viele andere vor mir, damals, danach und bis heute, dass ich einen echten und ernsten Grund dafür habe, die gleiche Luft wie die zu atmen, die schon hier sind und sich anmaßen, das alleinige Recht auf diese Luft zu haben. Und ich frage mich, ob überhaupt irgendwer begründen muss, warum er gerade da sein will, wo ihm seiner Meinung nach die Luft guttut? Warum er sich dort aufhalten will, wo seiner Meinung nach die Achtung für Würde und Anderssein das Wesen des Friedens ausmacht, auch des inneren Friedens? Warum er dort leben will, wo es nicht an Wasser und Nahrung mangelt, wo Frieden und Freiheit herrschen? Wo man keine Angst haben muss.

Flucht – Ucieczka 2

Po polsku

Flucht-Ucieczka

Dokumentartheater im Güterzug

„Flucht – Ucieczka“ heißt die Inszenierung, mit der die niedersächsische Theatergruppe Das Letzte Kleinod (Schiffdorf) zurzeit in Polen gastiert. Die Kooperation mit dem Teatr Gdynia Główna wird von vielen Partnern gefördert, zu sehen ist das Stück an Bahnhöfen in Gdynia, Piła und Poznań, in Frankfurt/Oder, Berlin-Spandau, Lüneburg, Hannover-Linden, Bremerhaven, Bad Bederkesa und Geestenseth.

„Spektakl documentalny w wagonach towarowych“ steht auf den Werbebannern: „Dokumentartheater in Güterwaggons“. Überraschungen gehören bei diesem Projekt dazu, der Ozeanblaue Zug des Letzten Kleinods spielt eine Hauptrolle. Die sieben Waggons transportieren die Akteure von Ort zu Ort, dienen als Unterkunft und Kantine, Materiallager und Theaterbüro. Vier angehängte Wagen der slowakischen Eisenbahn sind Kulisse und Bühne – mal müssen vor den Vorstellungen Steine beseitigt werden, mal kämpfen die Schauspieler mit staubigem Schotter. Was sie am nächsten Bahnhof erwartet, wissen sie nicht.

Ucieczka fot. m.chojnowska (11)

Aufführungen im schwarzen Saal sind für Kleinod-Gründer Jens-Erwin Siemssen kein Anreiz, er braucht Wind und Wetter, den direkten Kontakt zum Publikum. „Wir bringen Geschichten an die Orte zurück, an denen sie sich ereignet haben“, erläutert er den Ansatz des Theaters, das im vergangenen Jahr mit dem Theaterpreis des Bundes ausgezeichnet wurde. „Dabei geben wir Erinnerungen an die nächsten Generationen weiter“, sagt Siemssen, der im Gespräch immer wieder den Bogen von „Flucht – Ucieczka“ zur aktuellen Flüchtlingssituation schlägt. Der Theatermacher führt Regie und hat den Text geschrieben, als Autor sieht er sich dennoch nicht. „Eher als Arrangeur. Wir haben den Texten der Zeitzeugen nichts hinzugefügt.“

Die Zeitzeugen wurden in Deutschland, Russland und Polen interviewt, das Stück stellt sie nun vor. Margarita Wiesner und Katja Tannert spielen Mädchen aus Ostpreußen, Wlada Vladislava ein Mädchen aus Russland und Matylda Magdalena Rozniakowska ein Mädchen aus Polen. Iwo Bochat ist ein junger russischer Soldat, Radoslaw Smuzny ein litauischer Junge, Szymon Jablonski (Akkordeon) und Marcin Koziol (Gitarre) sorgen für die musikalische Begleitung. Kabeltrommeln sind die einzigen Requisiten, elf Szenen führen vom Blaubeersammeln zur Flucht über das Haff und Fliegerangriffen, zum Ende des II. Weltkriegs. Geschichte in starken Bildern, beeindruckendes Theater, das unter die Haut geht: Nicht nur bei der Premiere in Gdynia gab es stehenden Applaus.

Ucieczka fot. m.chojnowska (7)

Von Gdynia (Gdingen) mit dem Ozeanblauen Zug weiter nach Pila (Schneidemühl), es ist für alle wie eine Reise in vergangene Zeiten. Zuerst das lange Warten neben einer Industriebrache bei Gdansk, schließlich rumpeln die Waggons sanft schaukelnd auf einspurigem Gleis durch Wälder, Wiesen und Felder, ziehen kleine Ortschaften der Woiwodschaften Pommern und Großpolen vorbei. Die untergehende Sonne auf der einen, der aufgehende Mond auf der anderen Seite, das Rattern der Gleisschwellen sorgt für den Rhythmus der Fahrt. Weil der Elektrizitätsanschluss nicht funktioniert, muss nach der nächtlichen Ankunft erstmal hart gearbeitet werden. Aber zwei Stunden später haben die beiden mitreisenden Techniker und ihr polnischer Kollege das Problem behoben, geht in Pila das Licht an.

Ucieczka fot. m.chojnowska (10)

Pressegespräche und Proben, der nächste Großeinkauf wird geplant. Das Projekt ist nicht zuletzt eine logistische Herausforderung: Produktionsleiterin Ida Bocian (Teatr Gdynia Glówna) telefoniert einmal mehr mit der Bahn in Poznan, der syrische Koch Ali Ali Deeb tischt noch ein spätes Abendessen auf. Für die erste Doppelvorstellung in Pila gab es zweimal stehenden Schlussapplaus – bis zum 29. Juli spielt das Ensemble das Stück noch auf Polnisch, ab dem 3. August dann auf Deutsch. Egal, in welcher Sprache: „Flucht – Ucieczka“ ist auf jeden Fall ein Theatererlebnis.

Text: U. Müller, Fotos: M. Chojnowska

Spieltermine „Flucht – Ucieczka“

Frankfurt/Oder

Lokwerkstatt der DB Netz, Briesener Str. 4, 15230 Frankfurt/Oder

3.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr (Premiere Deutschland)
4.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr
5.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr

Berlin

Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau

6.8.2016                     19:00 Uhr
7.8.2016                     20:30 Uhr

Regie: Jens-Erwin Siemssen / Dramaturgie: Zindi Hausmann / Ensemble: Matylda Magdalena Rożniakowska, Katja Tannert, Margarita Wiesner, Wlada Vladislava, Iwo Bochat, Radosław Smużny, Szymon Jabłoński, Marcin Kozioł

 

Gen. Stefan Rowecki Grot

Roman Brodowski

Preambuła

rowecki-pomnik1Kolejny sierpień. Kolejny miesiąc pamięci, obfitujący w wiele jakże dla naszego narodu tragicznych wydarzeń, poczynając od dnia pierwszego, czyli wybuchu Powstania Warszawskiego, a zaraz potem trzeci sierpnia, dzień, kiedy prawdopodobnie wykonano wyrok śmierci na gen. Stefanie „Grocie” Roweckim w oranienburskim obozie zagłady – Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Przypomnę tu mój artykuł, opublikowany w ubiegłym roku na portalu „Polonia Viva” w którym starałem się w skrócie przypomnieć, lub nieco przybliżyć, postać tego wielkiego, (zdradzonego przez „Polaków”) polskiego patrioty jakim był gen „Grot”.

Dlaczego proponuję konkretnie ten, odgrzewany niby kotlet, a nie inny tekst? Dlaczego nie piszę czegoś nowego, inaczej, bogaciej? – Mądre pytania, które sam bym zadał autorowi, będąc na waszym miejscu. I jako autor, chętnie na nie odpowiem, rozważając dwa aspektów, mające wspólny mianownik – wyrażam bowiem sprzeciw i dezaprobatę dla tego, co od pewnego czasu dzieje się w sferze nauki historii, zwłaszcza naszej, będącej nie tylko dziedzictwem polskiego społeczeństwa, ale najważniejszym budulcem narodowej wspólnoty. Od zawsze, nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako człowiek, traktowałem obowiązek pamięci jak sacrum. Dla ludzi mojego pokolenia a i dla pokoleń wcześniejszych szacunek oraz pamięć dla historycznych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni wieków w naszej ojczyźnie, dla bohaterów naszego narodu, którzy swoją osobą złożyli siebie i swoje życie na ołtarzu honoru i patriotyzmu, jak też pamięć o naszych przodkach, jest i pozostanie obowiązkiem. Jest podstawą etyczno- moralnej i religijnej tożsamości w stosunku do nas samych.

Obelisk poświęcony pamięci gen. Stefana „Grota” Roweckiego przy obozie w Sachsenhausen

Nie zgadzam się na fałszowanie naszej historii, na poddawanie jej obróbce dla potrzeb tych, którzy nasz historyczno-kulturowy dorobek powoli zamieniają wedle szowinistyczno-nihilistycznych zachcianek swojego dyktatora.

Prawdą jest, że naszą historię od co najmniej zakończenia drugiej wojny światowej tworzyło się zgodnie z filozoficzno-politycznym nurtem czasu. Prawdą jest, że tworzyło się ją dla potrzeb ideologicznych i indoktrynacyjnych. Prawdą jest także i to, że w poprzednim systemie (delikatnie mówiąc) zrobiono wszystko, by nasze społeczeństwo znało historyczne tło tylko tego, co ten system i jego bohaterów gloryfikowało, wprowadzając do niego wiele nieprawdy, często fałszując fakty, ignorując, a nawet negując „innych” , którzy za swoją postawę powinni zająć miejsce w panteonie zasłużonych dla Ojczyzny.

Oczywiście IPN oraz inne instytucje powinny ujawnić prawdę i przekazać ją zgodnie z faktami społeczeństwu, nie wylewając przy okazji rewizji naszej historii , przysłowiowego „dziecka z kąpielą”.

Niestety, istota problemu tkwi w tym, że dzisiaj działania dużej części tzw. zideologizowanych i upartyjnionych historyków, oraz podległe rządowi instytucje

badawcze, z IPN włącznie, zamiast bezstronnie w rzetelny sposób, zgodnie z zasadami apolityczności, edukować nasz naród, przekazując prawdziwy obraz rzeczywistości historycznej, jak ich poprzednicy, niszczą wszelkie świadectwa minionej epoki.

Obawiam się, że to co dla mojego pokolenia przedstawiało i przedstawia pozytywną wartość historyczną, na naszych oczach, w dużej mierze zastąpywane zostaje nową symboliką, symboliką epoki „kaczyzmu” z jego ideologią włącznie.

Tak – doświadczenie niczego nas nie nauczyło, a wprost przeciwnie. Co niektórzy       (będący dzisiaj na fali) tzw. historycy nowej generacji, z pomocą wielu pseudodziennikarzy i polityków, popychają naród z jednej skrajności w drugą. Potwierdzają się słowa znanego niemieckiego filozofa Fryderyka Hegla , że

„Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii” , i dotyczą … również nas.

Wracając do meritum mojego artykułu to – gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” – jak na razie, jeszcze ma swoje miejsce w naszej pamięci, jeszcze nie został poddany ponownej weryfikacji i dlatego by zachować pamięć o Nim, pragnę przybliżyć jego sylwetkę , zwłaszcza że zbliża się kolejna rocznic jego tragicznej, męczeńskiej śmierci

Pod obeliskiem

Wraz z przyjaciółmi składamy kwiaty w imieniu Polaków przy obelisku gen. Stefana „ Grot” Roweckiego znajdującym się przy wejściu do obozu, w rocznicę (prawdopodobnego) dnia jego śmierci – 3 sierpnia.

Generał Stefan „Grot” Rowecki

Dla wielu historyków był on postacią tak barwną i ważną w historii naszego kraju, że co jakiś czas podejmują wezwanie napisania kolejnej jego biografii. I tak też powinno być. Należy on bowiem do tych osób, o których naród nasz nigdy nie powinien zapomnieć. Ten Wielki Polski Patriota całe swoje życie poświęcił walce o suwerenność, wolność i niepodległość naszej Najjaśniejszej.

Urodził się 25 grudnia 1895 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Jako jedenastoletni chłopiec rozpoczął edukację gimnazjalną. Już 1911 roku dał się poznać jako dobry organizator i prawdziwy patriota, współtworząc pierwszą w tym mieście, tajną organizację skautów. W lipcu 1914, a więc w miesiącu rozpoczęcia pierwszej wojny światowej, rozpoczął kurs oficerski w Nowym Sączu, a po jego ukończeniu, pod koniec tegoż roku wstąpił do Legionów Polskich dowodzonych przez Piłsudskiego. Do sierpnia 1917 walczył w Pierwszej Brygadzie Legionów.

Internowany w obozie dla oficerów Legionów w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność Cesarza Wilhelma II, doczekał  tam zakończenia wojny. W listopadzie 1918, po  utworzoniu niepodległego państwa polskiego, uczestniczył w rozbrajaniu okupantów niemieckich. Walczył w wojnie z bolszewikami, był szefem Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

Od 1918 roku porucznik Rowecki odbył wiele kursów oficerskich oraz pełnił ważne funkcje w strukturach wojskowych. Druga wojna światowa zastała go w Warszawie, gdzie pełnił służbę jako dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. W Kampanii Wrześniowej, podporządkowany Armii Lublin, dowodził brygadą w obronie środkowej Wisły oraz w walkach pod Tomaszowem Lubelskim.

Po kapitulacji powrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną jako zastępca Komendanta S.Z.P. W maju 1940 awansowany do stopnia generała dywizji. W tym samym roku został komendantem Okręgu Warszawskiego Z.W.Z  a następnie całego obszaru okupowanej Polski. Jako szczególnie groźny wróg III Rzeszy był intensywnie poszukiwany przez wywiad, SS oraz Gestapo. Na liście poszukiwanych był numerem jeden. Wykryty przez polskich agentów wywiadu radzieckiego, a następnie przez nich zdradzony, został wydany Niemcom przez agentów Gestapo działających w strukturach AK. Aresztowano go i osadzono w Alei Szucha 30 czerwca 1943 roku.

W połowie lipca 1943 roku przewieziony został do Berlina, gdzie stanowczo odrzucił niemiecką propozycję podjęcia współpracy na rzecz współdziałania przeciwko wrogom Rzeszy, między innymi Rosjanom. Za odmowę uwięziony został w obozie  koncentracyjnym  w  Sachsenhausen – jako więzień szczególny.

Ostatnie miesiące swojego życia spędził w całkowitej izolacji, w podobozie obozu, wybudowanym dla tak zwanych „gości honorowych” , noszącym niechlubne miano „miejsca kaźni”. Na rozkaz Himmlera (prawdopodobnie  z zemsty za rozpoczęte w Warszawie Powstanie), został zamordowany w nocy pomiędzy 2 a 5 sierpnia 1944 roku.

Prochy jego rozsypane i wymieszane z tysiącami innych zamordowanych w tym obozie, stały się dla niego grobem – Polskim Grobem na Niemieckiej ziemi.

Moi Synowie z polskimi przyjaciółmi przy obelisku poświęconemu zamordowanym księżom katolickim w obozie Sachsenhausen, podczas składania kwiatów podczas Dnia Zmarłych. Obelisk znajduje się 20 metrów obok obelisku poświęconego Stefanowi „Grot” Roweckiemu

Uwaga: Spotykamy się dziś o 12.30 na stacji S-Bahn Oranienburg

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…