Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Rok 1917

Ten rok będzie do nas wracał i wracał. To rok rocznic.

Andrzej Rejman

Rewolucja

Czytam w artykule Wacława Radziwinowicza -“… Sto lat temu bolszewicy obalili cara. Teraz rosyjscy publicyści zapowiadają ‘nowy siedemnasty’ – rozpad i krach imperium Unii Europejskiej….”

Pomyślałem, że mam przecież oryginalne zapiski mojego pradziadka, Adama Hrebnickiego z tego okresu – zobaczę, co pisał o tej rewolucji w 1917 roku*.

3_adam_hrebnicki_w_swoim_mieszkaniu_w_instytucie_lesnym_Hrebnicki (1857-1941) mieszkał od czasu studiów czyli od ok 1880 roku w Petersburgu ze swoją córką Marią (ur. 1892) , która była studentką Akademii Sztuk Pięknych. (Obrazy Marii Hrebnickiej znajdują się obecnie w Muzeum w Raju, ob. Rojus, Litwa). Hrebnicki był już w 1917 r. profesorem i prowadził wykłady w Instytucie Leśnym.

Adam Hrebnicki w swoim mieszkaniu w Petersburgu

Dziennik pisał od przełomu wieków XIX i XX, opisując w nim głównie bieżące sprawy zawodowe, przy precyzyjnym odniesieniu do warunków przyrodniczych, pogody, uwzględniając także finanse. Jeśli chodzi o te ostatnie, trzeba przyznać, że mimo w miarę stałej, państwowej pracy, ciągle cierpiał na braki gotówki, o czym pisze często.

fot_2_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_edi fot_1_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_rdi

W szczegółowych zapiskach z tych lat nie brakuje odniesień do ważnych wydarzeń bieżących, tym bardziej, że do “serca” rewolucji miał blisko, wystarczyło podjechać tramwajem na Plac Newski.

7_tramwaj_w_inst_lesnym_petersburgTramwaj w Petersburgu ok 1912

Adam Hrebnicki pisze w brulionie oznaczonym datą 1917:

(pisownia oryginalna, rękopis znajduje się w Instytucie Ogrodniczym w Kownie, fotokopia z archiwum rodzinnego)

24/II piątek, 07 godz. rano, -6ºR. (w skali Réaumura = -7,5 C przyp. mój AR), szaro, dość cicho,

Rano od męża Elżbiety, który teraz żyje u nas, bo jest bez roboty, doszła nas wieść że tramwaje nie chodzą… No. 20 ani 21 nie szły, ale konką (chodzi o tramwaj konny, przyp. mój AR) dojechaliśmy do Stroganowa… a dalej No. 2 do Newskiego… Tu juz z daleka było słychać tłumny śpiew : “Wstawaj, podymajsia, raboczyj narod…”** i Kozacy wyjeżdżali z dziedzińca miastowej dumy, czy z piereułka, trudno było pojąć, w wielkiej ilości – i bodaj poparli tłumy na Czernyszow. zaułek. Na Newskim stały masy tramwai bez rączek i bez ruchu puste. Poszliśmy na chwilę do kościoła św. Katarzyny, i kiedy wyszli stamtąd już było tylko dużo ludzi na trotuarach, ale zupełnie spokojnie na ulicy. Odprowadziłem Manię do rogu Morskiej, widząc spokój wróciłem na Sadową, i po niej do Banku Birży (Bank Giełdy, przyp. mój, AR). Tramwaje już zaczęły chodzić jakby nigdy nic. Spotkałem też Marę (Małgorzatę Hrebnicką, swoją synową, przyp. mój, AR) z jakąś panią szły z Ekonomicznego Magazynu z zakupami…

Powróciłem do domu (tramwajem) No 21, od Newskiego zupełnie spokojnie.

**Вставай, поднимайся, рабочий народ! (ros. “powstańcie ludzie pracy” – “Marsylianka robotnicza” – rosyjska rewolucyjna pieśń na melodię hymnu francuskiego – “Marsylianki” Śpiewana jako hymn w pierwszych miesiącach po rewolucji lutowej w Rosji (przyp. mój AR)

28/II. wtorek, 07 godzina rano – 8st R., jasno, słaby wichrzyk.

4_budynki_instytutu_lesnego_stoi_adam_hrebnickiPetersburg. Teren Instytutu Leśnego, stoi A. Hrebnicki

Rano Paweł przyszedł objawić, że już naklejone ……. (tu niezbyt czytelne, pewnie chodzi o odezwę w sprawie sytuacji w Petersburgu, przyp. mój, AR) , co wyjaśnia położenie z wezwaniem na dziś wieczór deputatów, wojska, narodu i robotników do narodowego przedstawicielstwa. Podpisano to zwrócenie się (odezwę, przyp. mój, AR) “Rodzianko i innymi….deputatami Dumy Państwowej”. Jest też o tem jakie pułki podjęły powstanie. Forteca w ich ręku….Poczta, telegraf i telefon nie działają…… młody Filipow widział, jak nie wiadomo kto i skąd zabił żołnierza, koło mostu niedaleko stąd…

O g. 9. rano na egzamin do mnie naturalnie nikt nie przyszedł.

Spotkałem Spiesiwcewa, on myśli, że warto byłoby nam zebrać się w Instytucie, żeby wspólnie coś obmyślić i uradzić, a przynajmniej choć trochę zorientować się w wytworzonej sytuacji.

Pociągi już nie chodzą – Finlandzką, Nikołajewską, a Warszawska ma dziś zabastować… (ros. забастовать, zastrajkować)

6_petersburg_twierdza_pietropawlowska

… Wyjaśniło się też ze słów studentów Ołowcewa i Putilina, który tylko co wrócił z jakiegoś zebrania, że w Państwowej Dumie, która funkcjonuje paralelnie z … (nieczytelne, prawdopod. Radą Delegatów Robotniczych, przyp. mój, AR) jako Rząd Narodowy, Dyktatorem Narodowym, tak chyba jego można nazwać wybrany został, czy sam się zgłosił, deputat Kiereńskij. (Aleksandr Fiodorowicz Kiereński, ros. Александр Фёдорович Керенский – rosyjski polityk, z wykształcenia prawnik. Premier Rządu Tymczasowego w Rosji po rewolucji lutowej, obalony przez przewrót bolszewicki. przyp.mój, AR)

U góry Twierdza Pietropawłowska ok 1910/ na dole: Giełda w Petersburgu ok 1910

5_gielda_petersburg***

Kronsztat (Kronsztad, Kronsztadt – do 1723 Kronszłot, ros: Кроншлот, silnie ufortyfikowany rosyjski port morski, położony na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, około 30 km na zachód od Petersburga, przyp. mój, AR ) już przeszedł do rąk rewolucjonierów (będę ich nazywać powstańcami)… Ministrowie pouciekali. Pitizin, Tiurmer, Szczegłowitow (prezes Senatu) – aresztowani, i siedzą w tiurmie. Protopopow zabity. Kilka nowych pułków przyłączyło się do powstańców.

Instytut ochraniają studenci z karabinami, stanowiący straż naodową.

Do miasta przejście pojedyńczym osobom – swobodne, mas i jadących – nie przepuszczają przez żaden most na Newie. Poczta nasza ochrania się strażą narodową – studentami z karabinami. Nastrój dość podniesiony, ale i dość spokojnie… Cesarz – jakoby – wywieziony do Stawki. (Stawka Naczelnego Dowódcy (ros. Ставка Верховного Главнокомандующего, – organ naczelnego kierownictwa polowego i kwatera główna Naczelnego Dowódcy armii rosyjskiej na teatrze działań wojennych w I wojnie światowej – rozformowania 16 marca 1918 r., przyp. mój. AR) więcej od tego, co rano był naklejony przy poczcie – nie ma. Będziemy czekać do jutra.

4/III, 1917, sobota, 5 godz. rano -15 st. R

… Mnie rewolucja taka już nadojadła, jak i wiele komu, zapewne, już w Piotrogrodzie chce się spokoju i porządku pod starość i żadnych ekscesów, funkcjonowania telefonów, tramwai, teatrów, kino, itd, i zawarcia pokoju z zewnętrznym wrogiem, a najwięcej – znów mieć swój Raj*** kochany i Staniszki … z poczciwem Mażalskiem, Żoną, ogród, owoce, naturę żywą i powietrze, słońce, trawa, kwiaty, wodę (kąpiel!) i to wszystko, co się tak kochało – co stanowiło rdzeń mego życia!
Ale bodaj, są to tylko mrzonki nieziszczone!

*** tu autor wspomina swój majątek w Raju (wydzielony ze wsi Staniszki), gdzie założył piękny sad hodowlany

__________________

* W “Wikipedii” czytam:

Od początku 1917 w Rosji miejsce miały liczne strajki, manifestacje i starcia zbrojne ludności, występującej przeciwko wojnie i katastrofalnej sytuacji żywnościowej w kraju. Działania te przybrały wkrótce formę rewolucji, której początek datuje się na 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego). Gdy car Mikołaj II Romanow rozwiązał Dumę, zebrała się ona nielegalnie wraz z Piotrogrodzką Radą Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, żądając abdykacji cara, co nastąpiło 15 marca. Władzę w Rosji przejął Komitet Wykonawczy, wyłoniony przez Dumę. 28 marca 1917 Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała, że Polska ma prawo do niepodległego bytu z punktu widzenia politycznego i międzynarodowego. 29 marca 1917 roku Rząd Tymczasowy Rosji przyjął rezolucję pióra Pawła Milukowa, która głosiła, że Rząd Tymczasowy uważa utworzenie niepodległego państwa polskiego, złożonego z ziem o większości polskiej za pewną gwarancję pokoju w odnowionej Europie. Połączone z Rosją wolnym wojskowym sojuszem, państwo polskie będzie pewną tarczą przeciwko naciskowi państw centralnych na słowiańszczyznę. Wolny i zjednoczony naród polski sam określi swój ustrój wewnętrzny, wypowiedziawszy swą wolę za pośrednictwem Konstytuanty, zebranej w stolicy kraju, a wybranej na podstawie powszechnego prawa wyborczego…

Bez komentarza. Jedyne czego można sobie życzyć, to spokojnego 2017 roku!!!

Wszystkie zdjęcia Stanisław Hrebnicki

Spassfaktor

Ewa Maria Slaska

Herbst 2016 in Berlin. Eine Lesung über Spass.

Für Agnieszka und Tomasz

Ich komme von einem Geburtstag zurück. Es war alles elegant, wundervoll elegant, wir aßen kleine Häppchen, tranken Ingwer-Limonade, von der glatten Schokoladentorte ist viel geblieben, die Gastgeberin packt mir ein großes Stückchen in einen großen Karton, in dem sie vorher die ganze Torte von Nikos gebracht hatte.

Es ist Freitagabend, in Berlin gerade Höhepunkt der Völkerwanderung. Alle wollen irgendwohin, um Spaß zu haben.  Es kommt ein kleiner alter Mann in den U-Bahn-Wagen rein. Ich vermute er ist ein Türke, sieht aber wie ein alter Jude aus, ein alter Jude im Warschauer Ghetto. Mir schaudert… So wie er aussieht, ist es noch einigermaßen OK im Ghetto, man stirbt noch nicht auf den Straßen, aber wenn man nicht im vergangenem Leben wohlhabend war, alt ist, zerbrechlich, da ist man schon zum Betteln verurteilt. Er macht beim gehen einen Buckel, damit er uns, die wir auf den Banken sitzen, nicht von oben herab anschaut, sondern unterwürfig, von unten… Erfahrener Bettler also, kennt sein Metier. Aber das denke ich mir jetzt, als ich es schreibe, als wir uns begegneten, war ich nicht imstande auf etwas anderes zu denken, außer meinen Großonkel Stefan in Ghetto. Er war vor dem Krieg so elegant, so gutaussehend, verkehrte in den mondänen Kreisen Warschaus, ging zum Tanzen in die Adria, danach musste er aber so ausgesehen haben, und dann starb er… Ich hoffe, er beugte sich nicht, ich möchte fest daran glauben, dass er stehend um sein Leben kämpfte und nicht, sich beugend. Er gab im Ghetto eine Zeitschrift heraus, sie hieß Żagiew / Die Fackel …

Ich stelle den Karton mit der Torte af den Boden ab und krame in meiner Tasche, suche meinen Geldbeutel, aber natürlich, Scheiße! wie immer! wieso habe ich nie Geld dabei?! Ich nehme den Karton mit der Torte und gebe ihn dem Mann. Bitte, nehmen Sie es, stammele ich, das ist die beste Torte in Berlin… Er schaut mich verwundert aus, ich wiederhole etwas von dem glauben Sie mir, die beste Torte… Ich habe Schweißperlen auf der Stirn. Jakob-Kaiser-Platz, der Mann steigt aus, ich fahre nach Hause, die große Masse fährt weiter, nach Mitte, Friedrichshain, Prenzelberg, um Spaß zu haben…

Den polnischen Film Ida über einer Novizin, die ihre jüdische Abstammung entdeckt, habe ich bei der Vorpremiere im Kino gesehen. Ein schöner, ruhiger, überhaupt nicht aggressiver Film, ich bin jedoch erschüttert von der Geschichte. Ida und ihre Tante fahren nach irgendwohin, in die polnische Provinz, in die Nacht, in die Walachei, um heimlich das Grab der Eltern zu besuchen, ach was, es ist kein Grab, es ist nur ein Beerdigungsort, aus dem ein Bauer die Skelette Idas Eltern ausbuddelt. Ida und ihre Tante besuchen nicht den Ort, sie berauben ihn, das ist das Wort dafür, oder, wenn man Totenköpfe und Gebeine der Leichen aus dem Grab entfernt?

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Als ich dann in Polen bin, kaufe ich eine Illu mit dem Film. So ist es in Polen oft, dass man beim kaufen einer Zeitschrift noch etwas bekommt, sei es eine Strandtasche, einen billigen Schmuck oder eben einen Film auf DVD. Diesmal kaufe ich Zeitschrift Forum und Ida. In Berlin rufe ich meine Freudinnen an, lade sie zum Filmgucken ein. Wir essen Kuchen, trinken Kaffee. Mitten im Film sagt eine von ihnen, aber Ewa, du siehst es dir schon das zweite Mal, wie kannst du es aushalten, mir macht er keinen Spaß, es ist so langweilig… Ich zucke mit den Armen. Mir gefällt`s, sage ich, weil wenn ich es sage, hütet es mich davon, ihr ins Gesicht zu schreien, dass ich es super finde, dass sie an dem Film keinen Spaß hat… und dass wir den Film zusammen gucken, weil ich Glück habe… weil es genauso gut die Leiche meiner Mutter sein konnte, die sich halt auch den ganzen Krieg verstecken musste… Wie Idas Mutter. Und dann wäre ich nicht geboren…

Natürlich habe ich meinen kleinen Spaß, wenn ein paar Monate später Ida den Oskar gewinnt. Das Ida angeblich ein monotoner langweiliger Film sein sollte, ist offensichtlich ganz vergessen. So ist es mit dem jüdischen Spaß in der zweiten Generation nach Holocaust. Keine einfache Sache. Mal ist er da, mal doch nicht…

Wir waren gerade im Jüdischen Museum. Nach wie vor finde ich das Museumsgebäude schrecklich, preußisch, militärisch und die Ausstellung kindisch, unintelligent, manchenorts gar primitiv. Aber ich habe Gäste aus Polen und die wollen. So ist es. Die Deutschen fahren nach Polen und suchen die Juden, die Polen kommen nach Deutschland und suchen ebenfalls Juden. Mich können sie alle allemal, sie sollen sich zum Teufel scheren und nach Israel fahren… Oder mich mindestens in Ruhe lassen. Aber es gibt kein Auswinden aus der Sache. Wir sind im Museum, schauen uns alles an. Auch das Innere des Holocaustturmes, in dem eine dicke Schicht metallener Gesichter aufgelegt wurde. Dicke knirschende Schicht, jeder Gesicht für einen Ermordeten, alles in der Farben, die letztens fürs Erinnern bestimmt wurden, Betongrau und Rostbraun. Es kommt eine Gruppe der jungen Mädchen rein, eine nach der anderen gehen sie auf die Gesichter, die unter ihren Schritten klingeln. Es macht Spass, klar.

ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen
der schreibt der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor läßt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Wir gehen zum Holocaust-Mahnmal. Pärchen machen sich händehaltend Selfies zwischen den Säulen, Jungs springen obendrein von einer Stele zu der anderen, die Mädchen gucken hinter der Pfeilern vor, lächeln kokett, lassen sich Bilder machen, die sind für Tinder… Es gibt eine besondere Internetseite dafür: tinder holocaust monument. Hat sogar eigenen Namen: tindercaust. Wissen meine Leser überhaupt, was der Tinder ist? Ein Zunder, eine mobile Dating-App… App wisst ihr schon, oder? Eine Applikation… Egal. Man stellt dort ein Foto von sich und gibt ein paar Angaben über sich und ein paar über den, den man daten will. Geschlecht, Alter, Wohnort, Interessen… Aus diesen Angaben stellt das Portal ein Angebot für mich. Das heißt nicht für mich, ich benutze den Tinder nicht, aber egal, es ist einfacher zu schreiben, als ob die Tinder-Offerte für mich gemeint wäre. Und wenn ich einen Mann suchen würde. Klassisch langweilig also. Ich gucke mir das, was für mich ausgesucht wurde und zack, der, der mir nicht gefällt wird von mir nach links verschoben, und nach links, nach links und wenn mir jemand gefällt, dann nach recht. Wenn es auf der anderer Seite zufällig auch nach rechts geschoben wurde, stellt der Portal uns beide auf den Chat-Modus um. Der Rest hängt schon von uns beiden ab.
Und dafür ist es jetzt in Mode für den Zunder die Fotos zu haben, die man im Denkmal geschossen hat.

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ich liebe dieses Gedicht, obwohl ich ihn nicht ganz verstehe. Es geht um Musik machen in einem Kazet, das ist klar, Leonard Cohen sang auch ein Lied darüber, dance me dance me to the end of love… Ich found es auf you tube, in Bebilderung ein schönes Paar tanzt, dazwischen kommen Flammen und die Bilder von Auschwitz. Ein der Kommentare darunter: wieso packt ihr Juden immer wieder und überall diese verdammte Bilder?

Na. Ist doch eine Frage… Wieso eigentlich? Meine Mutter und meine Tante schwiegen über den Krieg als ob sie das Schweigen geschworen hätten. Papa übrigens auch. Jeder hatte seine eigene Gründe dafür. Von dem Krieg zu erzählen gehörte zu denen da oben, na, Kommunisten halt, Quatsch, keine Kommunisten, die an der Macht… Unter uns machte man es nicht… Als Kind wollte ich es sowieso nicht, weil ich fürchterliche Angst hatte. Danach fanden wir es einfach peinlich. Wir mochten auch keine Kriegsfilme, bis dann diese Sekunden entscheiden und die Vier Panzersoldaten mit dem Hund produziert wurden. Aber ich hab sie eigentlich auch ungern gesehen. Oder gar nicht. Bohaterszczyzna mag ich nicht. Bo-ha-ter-szczy-zna… Könnt ihr das Wort geniessen. Und dann auch seine Bedeutung. Unschatzbar. Keine Übersetzung, nirgends. Niepotrzebna, właściwa Polakom skłonność do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat w ludziach. Unnötige, charakteristische für die Polen Neigung zur leichtsinnigen Kühnheit, um unbedeutende Siege auf Kosten der großen Verluste zu erzielen.

Und viel erzählen darüber! Total uncool.

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Also, wie gesagt, es ist jetzt in Mode die Fotos im Denkmal zu schiessen. Zu schiessen. Ja, jetzt kann ich nicht umhin, ich muss einen kleinen Abzweig machen, wegen des Fotosschiessens. In einer Schule hat man mit Hilfe des Googles-Translator einen Zettel für die Eltern übersetzt. Mit solcher Übersetzungen ist immer etwas dabei, was unerwartend komisch sein kann. Als mein Sohn noch klein war, hat man uns, den polnischen Eltern ein höflich gemeinten Briefchen gegeben, das etwa so anfing: Miłość Ojciec Matka (die Liebe der Vater die Mutter). Wir brauchten schon ein Bissl Zeit, um zu verstehen, dass man so mit Hilfe des Wörterbuches die Redewendung Liebe Eltern übersetzt hat. Diesmal wurden die syrischen Eltern auf Arabisch um Erlaubnis gebeten, das Kind in der Schule erschießen zu dürfen… Es war halt in der Schule Fotoshooting vorgesehen.  صور اطلاق النار. Viel Spaß!

Aber Spaß bei Seite, wir sind immer noch im Museum, unsere Runde endet im Raum mit Gästebuch. Hier müssen wir kurz warten bis uns ein Museummitarbeiter abholt und mit dem Fahrstuhl zum Ausgang bringt. Wir sind nämlich zu Dritt und eine von uns sitzt im Rollstuhl. Wir warten, wir sind müde. Ob einem die Ausstellung gefällt oder nicht ist eine Sache, aber auch, wenn sie uns nicht gefällt, müde macht sie trotzdem. Wir lehnen uns an die Wand, nach ein paar Sekunden fahre ich jäh hoch. Wisst ihr was da an der Wand steht? frage ich. Auf der Wand gibt es nämlich drei Fragen, in großen Buchstaben auf Deutsch, in kleineren auf Englisch. WAS HAT EUCH SPASS GEMACHT? Ich schau auf den Englischen Text, vielleicht irre ich mich, vielleicht verstehe ich etwas falsch, aber nein, auf Englisch ist dasselbe gefragt: What was the most fun? Es musste aber ein Mensch übersetzt haben, weil der Google macht daraus die Frage: WHAT HAPPENED?

Ja, Mensch, WHAT HAPPENED? Was willst du eigentlich?

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf
Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts

***

Das hier zitierte Gedicht ist die Todesfuge von Paul Celan

Ze “Skrzydłami” w Nowy Rok

Już tydzień temu pisałam tu o gazecie harcerek “Skrzydła”, wydawanej w latach 1930-1939, gdzie jedną z redaktorek była moja (ukochana) cioteczna babcia, Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia). Dziś noworoczne życzenia harcerskie sprzed 86 lat i podpisany pseudonimem Bukowa Jagoda tekst, jaki Karusia opublikowała w (naj)pierwszym numerze tego miesięcznika.

nowyrok1930-zyczenia

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Zapomniany obowiązek.

Minęła jesień, mamy już poza sobą okres składania sprawozdań z akcji obozowej i okres płacenia długów. (Myślę tu nietylko o długach materjalnych, ale i ciążących na nas długach wdzięczności). Komenda Chorągwi, Oddział, Główna Kwatera otrzymały już żądane raporty, księgi, rachunki. Nie zapomniałyśmy o gościnnych właścicielach terenu, o miłych sąsiadach z Wiejskiego Koła Młodzieży, ani o opiekunach z rodzinnego miasta. Sprawdźmy rachunki jeszcze raz, czy już nikomu więcej nie zawdzięczamy obozowych korzyści i radości? Przypomnieć sobie trzeba, że pozostali jeszcze w ukryciu bezimienni dobroczyńcy, którym nie poślemy ani fotografji na pamiątkę, ani punktualnego sprawozdania, ani nawet miłego listu, ale którym zawdzięczamy bardzo, bardzo wiele.

Bo czyż nic nie jesteśmy winne sosnowym borom za udzielenie nam gościny i cienia i wieczornego szumu drzew? a potokowi za wodę czystą i zdrową i za nieustanną wesołą z nami rozmowę? a wszystkim mieszkańcom lasu skrzydlatym i kosmatym i sześcionogim i kwitnącym – za miłe nieocenione towarzystwo?

nowyrok1930-il1

Jeśli sądzimy, że przyroda nic od nas żądać nie może, że niepotrzebna jej ani wdzięczność nasza, ani pomoc, jesteśmy w błędzie. Dziś na całym świecie przyroda wymaga opieki i ochrony, gdyż dopiero pod koniec ubiegłego stulecia w Ameryce, a w początku bieżącego w Europie spostrzeżono się, że działalność gospodarcza człowieka zniszczy niedługo resztę naturalnego piękna naszej ziemi, jeśli się jej w pewnych wypadkach nie powstrzyma. W tym celu rządy wszystkich państw wydają ustawy, które otaczają opieką ginące rośliny lub zwierzęta, bądź też wyłączają z użytkowania poszczególne tereny, bezcenne ze względu na ich piękno.

nowyrok1930-il2

Ale wszelkie prawa są niewystarczające, jeśli ludność ich nie zna lub nie rozumie, a więc nie przestrzega. Dlatego też powstawać muszą organizacje społeczne, które zajmują się szerzeniem idei ochrony przyrody, dążą do tego, aby każdy obywatel umiał szanować piękno ojczystego kraju. W Polsce dopiero od dwu lat mamy podobną organizację, jest nią Liga Ochrony Przyrody. Liga O.P. jest jednem z tych towarzystw, których cele harmonizują tak dalece z naszemi hasłami, że stała współpraca naszych chorągwi i drużyn staje się tu koniecznością. Zajrzyjmy więc do statutu Ligi O. P. „Liga budzić będzie słowem i pismem zainteresowanie i szerzyć miłość dla cech swoistych poszczególnych części ziemi ojczystej – zaś harcerka miłuje przyrodę. „Liga przyczyniać się będzie do poznania pod względem przyrodniczym poszczególnych części tej ziemi” – zaś harcerka stara się poznać przyrodę. Widzimy, że nie ma różnic zasadniczych w treści tych wskazań. Dla wielu ludzi cele „ochrony przyrody” są niezrozumiałe, obce, dalekie. Dla nas zawsze pozostaną bliskie i drogie, pamiętamy bowiem, jak wiele zawdzięczamy przyrodzie; współżycie z nią jest nieodzowną częścią naszej pracy wiosennej i letniej, jest źródłem nowych sił i poważnym czynnikiem kształcenia charakteru.

Ale jeśli umiemy wykorzystać piękno przyrody dla naszych celów, umiejmy spłacić zaciągnięty wobec niej dług. Drużyny nasze nie zawsze pamiętają o tym obowiązku. Wiem, że zdarzają się jeszcze wypadki nieposzanowania przyrody, masowego zrywania roślin, rycia napisów na skałach i.t.p. A często patrzymy obojętnie, gdy szpecą przyrodę inni, nie objaśniając niszczycieli, którzy nie zawsze uświadamiają sobie wyrządzoną szkodę. Musimy więc, pamiętając o przybywających nam co rok nowych zastępach i nowych kierowniczkach pracy, w odpowiednich gawędach przypomnieć drużynom jaki być powinien stosunek harcerek do przyrody.

nowyrok1930-il3

Na razie rzucam tych parę myśli, zawsze aktualnych. W przyszłości pismo nasze poświęci trochę miejsca sprawom ochrony przyrody, a więc w porze przedwiosennej pomówimy bliżej o zachowaniu się drużyn na wycieczkach podmiejskich, a przed sezonem letnim o tem, co dobrego mogą zrobić, a czego złego uniknąć nasze obozy. Teraz zaś jeszcze zimową porą drużyny harcerskie mogą zgłosić się do Ligi Ochrony Przyrody, jako tak zwani członkowie związkowi. Drużyna, która postanowi wejść do Ligi, zawiadamia zarząd Ligi pisemnie, podając ilość swoich członków oraz opłaca za każdą harcerkę 30 groszy rocznie. (Tak, 30 groszy, nie więcej!) Wzamian drużyna zostaje członkiem związkowym Ligi, oraz otrzymuje dla każdej z druhen znaczek z żubrem, który nalepia się na legitymację harcerską. Dodać trzeba, że z takich groszowych składek Liga Ochrony Przyrody uzbiera tysiące złotych, które przeznaczy przede wszystkim na wykup z rąk prywatnych właścicieli tych skrawków ziemi naszej, które ze względu na ich piękno i wartość przyrodniczą trzeba zachować nietkniętemi. Teraz najbliższym projektem Ligi jest wykup resztek pierwotnego stepu na Podolu. Musimy i my pomóc w zrealizowaniu tego projektu. Drużynom, które zechcą zgłosić się do Ligi, podaję jej adres: Warszawa, Aleje Ujazdowskie 6/8. Druhny, które życzyłyby sobie podania innych informacyj w sprawach ochrony przyrody, proszę o przysłanie swych żądań i zapytań do redakcji “Skrzydeł”.

PS 1. Czytelnik znajdzie na tym blogu więcej wpisów Karoliny Lubliner-Mianowskiej (Bukowej Jagody), w tym również o sprawach ochrony przyrody i troski o las, który Karusia najbardziej kochała. Są ludzie gór i ludzie morza, mawiała, a ja jestem człowiekiem lasu. Gdy to piszę, przypominam sobie niezliczone leśne wycieczki z Karusią, które stanowiły ważny element mojego dzieciństwa i dorastania, podobnie zresztą jak wielokilometrowe wędrówki plażą, które były specjalnością rodziców, a zwłaszcza ojca.

PS 2. W Wikipedii czytamy: Liga Ochrony przyrody jest najstarszą organizacją ekologiczną w kraju – powstała 9 stycznia 1928. Godłem stowarzyszenia jest stylizowany żubr z nazwą organizacji. Liga jako organizacja ogólnokrajowa została założona z inicjatywy Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zjazd organizacyjny odbył się 9 stycznia 1928. Pierwszym prezesem wybrano prof. Józefa Mroziewicza. W lidze działali wówczas naukowcy i działacze tacy jak: Aleksander Janowski, Władysław Szafer, Walery Goetel, Jan Gwalbert Pawlikowski, Bolesław Hryniewiecki i Mieczysław Limanowski. Na pamiątkę tego wydarzeniu, co roku 9 stycznia, obchodzi się w Polsce Dzień Ligi Ochrony Przyrody. II wojna światowa przerwała działalność ligi, ale stowarzyszenie odrodziło się już 17 lipca 1945 w Łodzi. Pierwszym prezesem po wojnie był prof. Edward Potęga.

PS 3. I może jeszcze jeden przypis. W roku 2016 sprawa ochrony lasów pojawiła się na pierwszych stronach gazet, gdy rząd Beaty Szydło podjął decyzję o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.  Wydawałoby się, że Liga Ochrony Przyrody powinna się temu zdecydowanie sprzeciwić. Niestety. Oto pismo LOP w tej sprawie z 22 października 2016 roku.

Myślę, że Karusia byłaby zrozpaczona.

PS 4. Żubry zresztą też pójdą na odstrzał. Na razie te z Puszczy Boreckiej. Prasa podała… Szczęśliwego Nowego Roku, zanim wszyscy pójdziemy na odstrzał!

Listy z Mazur

Zofia Wojciechowska

Witam Ewo,

Przesyłam Ci krótką opowieść o Mazurach na Syberii, o którą mnie poprosiłaś, gdy ci kiedyś powiedziałam, że ich spotkałam.

krajobraz-chakasja7

Pojawili się na Syberii pod koniec XIX wieku, a ich potomkowie żyją do dziś w dwóch mazurskich wsiach położonych bardzo malowniczo na skraju stepu, w nieco mitycznej Chakasji i Kraju Krasnojarskim należącym do Federacji Rosyjskiej. Historia zaczęła się od listów zachęcających do podjęcia wyzwania i osiedlenia się na nowej ziemi. Pierwszym etapem podróży był Wołyń, tam kilkadziesiąt mazurskich rodzin zetknęło się z tzw. ukazami carskimi, nadającymi gospodarstwa na terenach kolonizowanych, tj. zaludnianych dobrowolnie obszarach Syberii.

krajobraz-chakasjaUkazy carskie stwarzały bardzo korzystne warunki do życia. Wystarczyło zgłosić się do komisji kolonizacyjnej, by otrzymać w transporcie kolei transsyberyjskiej bezpłatne bilety dla całej rodziny oraz dogodne miejsce w wagonie towarowym dla dobytku gospodarczego. Właściciele średnich gospodarstw na Wołyniu, które zasiedlili mazurscy przybysze z pogranicza Prus i Królestwa Polskiego, skuszeni obietnicą nadania ziemi wysyłali tzw. zasadźcę, by ten ocenił możliwość założenia wsi. Zasadźca przesyłał opisy i listy, które ponad 100 – 150 lat temu docierały do Mazurów z Wołynia, a za ich pośrednictwem do członków rodzin z okolic dzisiejszego Ełku. Listy mobilizowały mazurskich kolonizatorów do podjęcia wyzwania. Pierwszą wsią mazurską była Aleksandrowka. Mazurscy osadnicy zabrali swój dobytek z ziemi wołyńskiej i przenieśli się na teren odległej Syberii. Można się dziś zastanawiać, dlaczego podjęli się dobrowolnie wyjazdu w nieznane i bardzo odległe regiony Rosji. W ówczesnym czasie istotną kwestią dla dzisiejszych syberyjskich Mazurów była wolność wiary. Mazurzy na Syberii są najczęściej wyznania ewangelickiego i tworzą wspólnotę anabaptystów. Pamięć dziejowa przetrwała w opowieściach o krajobrazie ziemi ojców, dlatego też Mazurzy założyli wieś na brzegiem rzeki, której krajobraz jest podobny do tego, jaki zapamiętali u dzieciństwa. Malowniczo położona Aleksndrowka zamieszkana jest do dziś przez kilkaset osób. Mieszkańcy trudnią się hodowlą trzody chlewnej, uprawą roli i produkcją mleka. Żyją dostatnio z płodów rolnych własnej produkcji.

krajobraz-chakasja6

Mimo upływu czasu zachowali kulturę języka mówionego i obyczajów świątecznych. Co roku obchodzą na Boże Narodzenie Gody.

krajobraz-chakasja2

Dziś w drugim dniu świąt, gdy w Mrągowie zapada zmierzch, przypominam sobie o złożonym przyrzeczeniu, by napisać do Ciebie Ewo o żyjących Mazurach na Syberii. Odwiedziłam wieś Aleksandrowkę i tę drugą nazwaną Znamienka. Zaprzyjaźniłam się z rodzinami mazurskich osadników i Polakami także tam mieszkającymi. Przesyłam zdjęcie otrzymane od red. Larisy Kornetes, może kiedyś tam pojedziesz i łatwiej będzie odszukać to miejsce. W tym roku udało się nam spełnić prośbę i marzenie Mazurów z Syberii. Oni chcą uczyć się polskich pieśni i psalmów, a my chcemy poznać treść zapamiętaną przez nich z mazurskich kancjonałów.

laris-i-co-aleksandrowka

Larisa Kornetes i Aleksander Sidlik z Aleksandrowki

Oto „List z Mazur na Godne Święta”

Kochani Rodacy, Polacy i Mazurzy na Syberii,

Dziś cały świat chrześcijański cieszy się radością Narodzin Dzieciątka Jezus. Szczególny czas dla nas wszystkich. W ten wieczór wracam myślą do Rodaków mieszkających w odległej Chakasji. Zauroczyła mnie ta kraina, a moje serce od lat przylgnęło do Was. Minione lata pokazały, jak ważne jest wspólne trwanie. Dzieliliśmy się trudnościami, sukcesami i gdy szukać trzeba było rady, powierzaliśmy sobie nasze sprawy. Wykonywaliśmy programy i wyznaczaliśmy zadania. Razem tworzymy program „pomost” łączący Polaków w kraju i na Syberii w Abakanie, Minusińsku i mazurskich wioskach. Cieszę się, gdy czytam o planach red. Larisy Kornetes dotyczących utrwalania wspólnej historii. Z radością przyjmuję Wasze starania nauki języka polskiego w piśmie. Chcemy uczyć się od Was dawnej mowy mazurskiej. Łączymy pokolenia poznając wzajemnie jeszcze nam nieznane dziedzictwo naszej kultury. Przed nami ważny rok w Polsce na Warmii i Mazurach oraz na całym świecie obchodzić będziemy 500 lecie Reformacji. Przesyłam Wam wieść – mamy dla Was nagranie pieśni w języku polskim, będziecie mogli uczyć się śpiewać nasze pieśni. Zgromadzone śpiewniki ewangelickie czekają na dopełnienie żywym słowem. Dzięki staraniom podjętym przez pastora Piotra Mendrocha i parafian tutejszej parafii Ewangelicko Augsburskiej w Mrągowie rzecz cała była możliwa do wykonania. Dzieląc się opłatkiem z Wami przesyłam serdeczne zapewnienie o naszej przyjaźni. Jesteśmy pod wrażeniem dźwiękowych listów od mieszkańców mazurskich wsi na Syberii, zachwyceni ich ciepłym przyjęciem i wolą oraz determinacją, by uczyć się pisać i czytać po polsku.

krajobraz-chakasja3 krajobraz-chakasja4

Mieszkanki Aleksandrowki z autorką (na górnym zdjęciu ma na sobie czerwoną spódniczkę, na dolnym – szary sweter)

La voix des crânes

Steve (l.) bei dem Festival Stadtsprachen mit dem Festivalorganisator Martin Jankowski
siehe auch

Steve-Léo Mekoudja

À chaque fois que je regarde Nestor, mon frère, j’ai l’impression de voir mon père. Son teint chocolat très foncé et éclatant. Son nez épaté. Sa petite taille. Sa vivacité. Ils se ressemblent à telle enseigne que, certains amis de mon père appelaient mon frère « la copie de son père ». Ils lançaient à mon père : « ton fils là te ressemble vraiment. On dirait toi en une plus jeune version. » Mon père esquissait le sourire de qui venait de recevoir un prix, un sourire fugace mais suffisamment lumineux pour que l’on puisse s’imaginer qu’il en  était fier, comme si c’était un mérite. Puis il commençait à leur raconter que lorsqu’il était plus jeune, il était aussi plein de vie que Nestor, aussi insoucieux, aussi agité. Que les gens avaient même demandé à sa mère si elle avait mangé un singe pendant sa grossesse. Ils s’esclaffaient tandis que je souriais machinalement. Machinalement parce que papa racontait toujours cette histoire, toujours de la même façon, toujours avec cet aura de  nostalgie, parlant lentement, s’arrêtant parfois comme pour essayer de se souvenir, comme s’il lui était impossible de se souvenir en parlant ou parler en se souvenant. Je connaissais cette histoire par cœur, le début et la fin et ça ne me gênait guère que mon frère ait plus de traits physiques de papa que moi. Parce que si physiquement, je ressemble plus à mon grand-père, j’ai l’intelligence de mon père. Je suis aussi impatient et  bavard que lui. Surtout bavard… La maison résonnait au rythme de ma voix. Dans le salon, je racontais à mon frère ce que j’avais lu dans les livres que papa m’avait offerts. Dans la cuisine, je complimentais ma mère sur sa nouvelle coiffure et lui suggérais d’acheter de nouveaux modèles de robes que j’avais vus à la télé. Au début, elle souriait, riait, m’écoutait sans piper mot. Peut-être espérait-elle que son silence me dissuade de parler mais il n’en était rien. Je recommençais de plus belle. Elle finissait par gronder :

-Yves, il fait chaud, je suis fatiguée !

Je sortais de la cuisine, déçu, puis jetai mon dévolu sur mon père qui lisait son journal sur la terrasse. Papa était toujours très heureux de parler avec moi, de parler avec quiconque… À quand le prochain gouvernement de Biya? Qui va gagner les prochaines élections présidentielles ivoiriennes ? Que faire contre la corruption grandissante dans notre pays? Les questions de société succédaient aux questions politiques. Papa et moi débattions, riions, nous contredisions.

Mais ce jour où nous allions dans notre village rendre visite à ma grand-mère, ce n’est pas de politique que nous avions parlé  mais de mon métier de rêve. C’était un samedi tiède. Nestor s’assit à l’arrière et moi à l’avant de la jeep, fier de prendre la place  réservée à ma mère, fier d’être assis près de papa, fier d’être son premier fils. Maman se tint près de la voiture et murmura à papa quelque chose qu’il m’était impossible de déceler. Elle avait l’habitude de lui parler de cette façon quand elle voulait lui demander une nouvelle chaussure, un nouveau sac ou un nouveau téléphone.

-Tes ignames et plantains vont salir ma voiture. Non, réagit mon père avec un léger énervement dans  la voix. Un énervement qui n’en était pas réellement un. Il disait toujours non lorsque maman lui demandait d’acheter des vivres frais sur la route du village, prétextant qu’il venait de laver sa voiture et ne voulait pas la salir ou qu’il n’avait pas de temps pour s’arrêter sur la route. Il disait toujours non mais faisait quand même la commission. Je le savais Maman aussi. C’est pourquoi elle répliquait avec un sourire flatteur :

-Tu sais très bien que les vivres sur la route de Santchou coûtent moins chers.

-On doit partir.

-Saluez votre grand-mère.

-Oui, maman. Nestor et moi répondions en chœur. Mon village Fossong-Wentcheng est  situé à quelques kilomètres de Dschang. Au début du voyage, papa ne mettait jamais la musique. Il nous posait des questions sur nos études, sur nos activités sportives. Parfois il nous parlait de ses prochains projets de construction de maisons ou d’achats de voiture. Ce samedi-là, ce n’est pas lui avait amorcé la discussion. Plutôt moi :

-Papa, que faire pour être ministre ? Concentré à conduire, il rit, me regarda, puis dit :

-Tu veux devenir ministre ? Il rit de nouveau, énergiquement à tel point que ses yeux se fermaient, ses joues enflaient. Je l’observai et je me demandais si je riais comme lui. J’essayai de me souvenir de mon propre sourire mais je n’y parvenais point. Je décidai que je me regarderai à travers le rétroviseur de la voiture lorsque je rirai pour vérifier que mon sourire était celui de mon père.

-C’est un bon projet. Mais tu sais que pour y arriver, il va falloir être brillant, être le meilleur.

Je hochai la tête. Il se retourna vers mon frère :

-Toi tu veux être ministre aussi ?

– Moi je veux être footballeur.

-Non. On ne va pas à l’école pour devenir footballeur. On va à l’école pour devenir ingénieur ou médecin. Le football c’est pour les paresseux.

Il prit un air sérieux et accéléra. Nestor garda le silence pendant quelques secondes, puis répliqua :

-Dans ce cas, je serai médecin. Cardiologue. Ainsi je soignerai le cœur de grand-mère.

Nous riions  ensemble et j’en profitai pour me regarder dans le rétroviseur de la voiture. J’avais le même sourire que mon père. J’en étais fier. Je m’endormis en écoutant  African typic collection de Samfan Thomas. Je ne me réveillai qu’à l’entrée de la chefferie de mon village.

Le chef de mon village était très grand et costaud, dix fois plus bavard que mon père. Lorsqu’il me demanda mon prénom, je baissai la tête et murmura quelque chose d’incompréhensible.

-Yves, dit mon père en riant grassement, il s’appelle Yves. Il est très timide.

C’est que le charisme du chef Fossong-wentcheng pouvait briser toute estime de soi. Sa voix était si forte que l’on pouvait l’entendre à un kilomètre. Son rire résonnait plus fort que ceux des autres. Ce jour-là, il ne portait pas de long boubou traditionnel mais une chemise blanche et un pantalon kaki. Il s’assit sur une chaise en bois et prit Nestor sur ses pieds pendant qu’il discutait avec mon père et d’autres invités. Je l’observai, immobile, fasciné, presque apeuré. Les choses traditionnelles, comme les choses religieuses m’effraient parce qu’elles sont mystérieuses. Je ne me souviens plus exactement de quoi ils avaient parlé mais je sais qu’ils avaient ri. Ils avaient beaucoup ri… Le téléphone du chef sonna et il se leva pour décrocher. Nestor qui était assis sur sa cuisse se leva puis voulut s’asseoir sur sa chaise, avant que les cris des gens alentours ne l’en empêchent :

-Non ! Non ! On ne s’assoit pas sur la chaise du chef ! Debout ! Debout !

Mon père ne dit rien et j’étais frustré de ne pas pouvoir lire sur son visage ce qu’il ressentait. Moi qui le connaissais si bien. Avait-il eu peur que Nestor s’asseye sur le siège du chef ? Avait-il honte de n’avoir pas appris à mon frère que nul ne s’assoit sur la chaise d’un chef ? Était-il en colère contre mon frère ? Nestor vint s’asseoir près de moi et je ressentis qu’il avait peur. Il ne dira rien. Il ne racontait jamais ses angoisses mais ses longs silences les trahissaient. Je me demandais ce que j’aurais fait à sa place. Je me demandais ce qu’il se serait passé s’il s’était assis sur le siège du chef. Serait-il mort ? Serait-il devenu stérile ? Malade ? Maudit ? Ces questionnements me filèrent des maux de tête et j’en voulus à mon père de ne nous avoir rien dit, de nous avoir emmené chez le chef sans nous dire que son siège n’était pas un siège comme les autres. J’espérais qu’il nous en parle, qu’il nous en parle enfin. Mais il ne fit aucun commentaire, même pas le soir autour du feu chez grand-mère.

Ce soir-là, grand-mère avait tué un poulet pour sa sauce d’arachide. J’adorais les sauces d’arachides de grand-mère. Je les préférais à celle de ma mère. Grand-mère n’y mettait curieusement pas de la tomate, du  persil et du basilic comme maman. Juste de l’oignon, de la viande et de la pâte d’arachide grillée. Quel était donc le secret de sa sauce ? Était-ce vrai que ses vielles marmites augmentaient le goût des sauces ? J’aimais beaucoup ma grand-mère mais chez elle j’avais peur. Dans son salon, j’entendais des voix, les voix des crânes. J’entendais leurs voix depuis le jour où, par curiosité, j’avais ouvert une marmite qui contenait un  crâne humain. Il y avait trois marmites dans le salon, l’une contenant le crâne de mon feu grand-père et les deux autres, ceux de mes arrière-grands-parents. C’est Rita, ma cousine qui me l’avait dit, mais elle ne m’avait pas expliqué pourquoi grand-mère collectionnait ces crânes des morts. Peut-être ne le savait-elle pas. Grand-mère préparait sa sauce en chantant tandis que les voix des cranes continuaient de m’affoler. Peut-être ne parlaient-ils pas réellement. Peut-être que c’est la peur qui me faisait entendre des choses. Pourquoi étais-je le seul à entendre ces voix ? Ces voix qui me hantaient même pendant mon sommeil.

« N’aie pas peur, dit grand-mère en souriant, les crânes ne te feront pas mal. Les crânes t’aiment. Les crânes t’éclairent. Les crânes te gardent. Les crânes te protègent. »

Stuart 15

Joanna Trümner

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

The Fray: How to save a life

Przyjaźń

Podczas długiego lotu z Londynu do Sydney Stuart cieszył się na spotkanie z przyjacielem i próbował uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak rzadko odzywał się do Iana przez ostatnie pół roku. „Przecież o nim nie zapomniałem, po prostu każdy z nas żył swoim życiem. Dla tak długiej przyjaźni jak nasza pół roku niewidzenia nic nie znaczy”, pomyślał w momencie, w którym zobaczył twarz Iana wśród tłumu oczekujących na lotnisku w Sydney.

Bujna, sprawiająca wrażenie nieuczesanej czupryna przyjaciela rzucała się od razu w oczy i Stuart szybko rozpoznał go w tłumie, zdziwił go jedynie nowy styl ubrania Iana – sprane dżinsy i kraciastą koszulę zastąpił beżowy garnitur ze lnu i elegancki brązowy prochowiec. Ten nowy, elegancki, trochę zdystansowany i wyglądający na starszego niż był Ian wywołał w nim dziwne uczucie obcości. „To przecież niemożliwe, żeby ludzie diametralnie mogli się zmienić przez pół roku”, pomyślał Stuart „To jest mój najbliższy przyjaciel, który w międzyczasie przestał ubierać się jak student. Może przez pracę w banku chce wyglądać poważniej, może jako przyszły ojciec chce sobie po prostu dodać przez wygląd kilku lat?” W drodze do mieszkania na północy Sydney w kupionym niedawno przez Iana samochodzie Stuart zadał przyjacielowi pytanie, które od tygodni chodziło mu po głowie: „Kim jest matka Twojego dziecka?” Odpowiedź padła bardzo szybko: „To najbogatsza dziewczyna w północnym Sydney – jak widzisz i ja miałem w końcu trochę szczęścia”. Stuart głośno się roześmiał, myśląc, że właśnie usłyszał jeden z żartów przyjaciela i przypomniał sobie równocześnie wiele sytuacji z ich wspólnej przeszłości, w których to swoiste, sarkastyczne poczucie humoru Iana pomogło mu nabrać dystansu do siebie i problemów. Spojrzał przyjacielowi w twarz, chcąc mu powiedzieć wzrokiem: „bardzo mi ciebie brakowało”, ale wyraz twarzy Iana zmroził go i przekonał o tym, że nie chodziło o żart. „Ma na imię Rita i jest córką szefa klubu jachtowego, w którym dałeś kiedyś kilka koncertów. Ten klub to tylko jego hobby, on zainwestował w nieruchomości w centrum miasta i już nie musi pracować. Historia z Ritą zaczęła się, kiedy byłeś jeszcze w Nowej Zelandii, ale ja długo nie byłem przekonany, że chcę się z kimś na amen związać – ta ciąża mnie zaskoczyła. Widocznie po prostu tak miało być, ślub będzie za miesiąc i bardzo liczę na to, że będziesz moim świadkiem. Mogłem przecież o wiele gorzej wylądować”. Sposób, w jaki przyjaciel opowiadał o swojej dziewczynie, nie podobał się Stuartowi i czuł, jak pogłębia się w nim uczucie obcości, które odczuł na lotnisku.

W mieszkaniu Iana, w którym od dnia wyjazdu Stuarta zmieniło się bardzo niewiele, przyjaciele spędzili cały wieczór na rozmowie. Wypalili kilka skrętów z marihuaną „na cześć spotkania” i w miarę, jak Ianowi rozwiązywał się język, Stuart z coraz większym przerażeniem patrzył na tego aroganckiego mężczyznę, którego do tej pory uważał za swojego najbliższego przyjaciela – przyjaciela, którego teraz interesowały tylko pieniądze i który jego miłość do Meg skomentował słowami: „przeciecież cię nie stać na takie fanaberie”. W tym momencie chciał podejść do przyjaciela, potrząsnąć nim i krzyknąć: „co się z tobą porobiło?”, ale powstrzymał się, wiedział przecież, że to nie ma najmniejszego sensu. Kiedy Ian poszedł spać, Stuart poczuł potrzebę zwierzenia się komuś ze swojego rozczarowania spotkaniem. Wyszedł z domu i chodząc po pustych ulicach Sydney szukał budki telefonicznej, żeby zadzwonić do Meg. W momencie, kiedy wykręcił jej numer, zdał sobie sprawę z tego, że na drugiej półkuli jest wczesne popołudnie i że Meg na pewno jeszcze pracuje, więc nie usłyszy jej głosu. Mimo to sam fakt, że po drugiej stronie świata jest ktoś, kto nie myśli o życiu tak cynicznie i źle jak jego dotychczasowy najbliższy przyjaciel, uspokoił go. Wrócił do domu i długo przewracał się na niewygodnej kanapie w oczekiwaniu na sen. W głowie wirowały dziesiątki pytań: „Czy to możliwe, że przyjaźń się kończy? A może to po prostu nigdy nie była prawdziwa przyjaźń – ja przecież nie wiem, kim ten człowiek właściwie jest? A może on zawsze już był taki, tylko ja się zmieniłem i nagle to widzę? Co teraz może robić Meg? Czy choć przez chwilę pomyślała o mnie? Czy naprawdę przyleci do Sydney?”

Im dłużej myślał o swojej dziewczynie, tym bardziej mu jej brakowało. Kochał ją za jej mądrość, poczucie humoru i pozytywne nastawienie do ludzi. Nie lubił jej tajemnic i ciągłego uczucia, że waży na wadze każde z wypowiedzianych przez niego słów. Nie lubił jej perfekcji, sposobu w jaki poprawiała mu szalik, albo przypominała o herbacie, która zbyt długo naciągała, w momencie, kiedy mówił coś naprawdę ważnego, nie cierpiał jej cowieczornego rytuału skrupulatnego zapisywania codziennych wydatków w notesie – w tabelce, składającej się z dwóch rubryk: życie i rozrywki. „Ciekawe w której z rubryk zapisze zakup biletu do Sydney? Albo pójście na koncert lub do teatru?”, pomyślał, czekając na sen. Wiedział, że bardzo ją kocha pomimo tych wszystkich śmiesznostek i rzeczy, które go w niej denerwowały. „Czy kochamy kogoś dla jego zalet, czy też pomimo jego wad?”, zastanawiał się, patrząc na wschodzące nad Sydney słońce.

Następnego dnia Ian zorganizował przyjęcie z okazji przyjazdu przyjaciela. Stuart miał okazję poznać „najbogatszą dziewczynę w północnym Sydney” i nowych znajomych przyjaciela. Rita była ładną, o kilka lat młodszą od Iana dziewczyną, która po kilku semestrach przerwała studia historii sztuki, bo „znudziły ją martwe rzeczy”. Po sposobie, w jaki patrzyła na Iana, widać było, że jest w nim mocno zakochana i szczęśliwa, ale że jest też zadowolona, iż pieniądze ojca sfinansują im wygodne życie. Stuart nie pasował do gości na przyjęciu – młodych ludzi, rozmawiających głównie o finansach, planowanych zakupach i podróżach. Na prośbę Iana pod koniec przyjęcia wziął do ręki gitarę i zaśpiewał kilka nowych piosenek. „Na pewno daleko zajdziesz” – powiedział z podziwem Ian. „Ty też”, pomyślał w duchu Stuart i postanowił, że rola świadka na ślubie przyjaciela będzie jego pożegnalnym prezentem dla tej przyjaźni.

W kilka dni później wybrał się w poszukiwanie pracy do szkół w Sydney. Wyorażał sobie to poszukiwanie prościej, dopiero po kilku tygodniach i wielu rozmowach kwalifikacyjnych udało mu się znaleźć zatrudnienie w jednej z najstarszych, renomowanych szkół w mieście. Problem polegał na tym, że na podjęcie zajęć musiał czekać do rozpoczęcia nowego roku szkolnego pod koniec stycznia, kiedy to dotyczczasowy nauczyciel matematyki przejdzie na emeryturę. „Z czego mam żyć przez prawie pół roku?”, zastanawiał się Stuart. Za pieniądze które przywiózł ze sobą z Anglii mógł przeżyć przez dwa miesiące. Za kilka tygodni miała przyjechać do niego Meg i nie wyobrażał sobie, że nie będzie go wtedy stać na pokazanie jej miasta, pójście do teatru, muzeum albo pubu. Sprawa mieszkania była mniej skomplikowana, bo Ian chciał jak najszybciej przeprowadzić się do domu swojej dziewczyny w lepszej dzielnicy i przekazać mieszkanie Stuartowi. Ale to wszytko kosztowało i Stuart musiał szybko znaleźć jakąkolwiek dorywczą pracę, dzięki której będzie mógł przeczekać do końca stycznia.

Stuart zdecydował się odwiedzić domy starców, w których kiedyś prowadził zajęcia z muzyki. Miał szczęście, w jednym z domów starców na północy miasta pilnie poszukiwano od zaraz kogoś do pomocy. Po podpisaniu umowy Stuart wrócił do mieszkania przyjaciela i podzielił się z nim nowinami: „Ja bym za żadne pieniądze nie podcierał komuś tyłka”, skomentował Ian, kręcąc głową z dezaprobatą. „Ale ja nie mam wyjścia. Poza tym to jest tylko na kilka miesięcy” – odpowiedział Stuart i czuł jak wzrasta w nim złość na samego siebie – złość na to, że tłumaczy się z tak oczywistej rzeczy jak podjęcie pracy. „To już w ogóle możesz zapomnieć o muzyce” – dodał Ian, a Stuart z żalem pomyślał, że prawdziwy przyjaciel – ten Ian, którego pamiętał i którego obraz nosił ciągłe jeszcze w głowie, obróciłby tą sytuację w żart, pocieszyłby go i nie deptałby po jego uczuciach. „Będę świadkiem na jego ślubie, bo jestem tego winien wieloletniej przyjaźni, ale przyszedł czas, żeby nasze drogi się rozstały”, pomyślał po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich dni.

Stuart zaczął więc pracować w domu starców. Nowe zajęcie było dość dobrze płatne i miało kilka plusów – zaczynało się o szóstej rano, a już o trzeciej po południu Stuart był wolny. Wolny, ale tak fizycznie zmęczony dźwiganiem starszych ludzi, przenoszeniem ich z łóżka na fotel, karmieniem, przewijaniem i myciem, że nieraz zasypiał w drodze metrem do domu. Z upływem czasu przyzwyczaił się do wczesnego wstawania i fizycznego zmęczenia, ale nie mógł przyzwyczaić się do tego, co codziennie obserwował w domu starców – do sposobu, w jaki traktowało się tam starych ludzi, mówiąc o nich wyłącznie w osobie trzeciej, jak o kimś, kogo nie ma, kto przestał istnieć. Stuart nigdy nie widział, żeby ktokolwiek z personelu czytał mieszkańcom ośrodka opieki książkę, rozmawiał z nimi, albo próbował zająć ich czymkolwiek, usprawniającym zdolności manualne. Zrozumiał, jak wielkim wydarzeniem w ich życiu były prowadzone wcześniej przez niego zajęcia z muzyki i wyprosił u kierownika ośrodka zgodę na ich kontynuację. Codziennie po śniadaniu grał mieszkańcom ośrodka przez pół godziny na gitarze i z biegiem czasu ten rozpoczynający dzień rytuał stał się dla nich bardzo ważny. Muzyka przypominała im o tym, że w ich niedołężnych ciałach jest jeszcze radość i ciekawość życia, a czas, który pozostał, jest czymś więcej niż czekaniem na śmierć i samotnością.

W trzy tygodnie po rozpoczęciu pracy w domu starców był świadkiem na ślubie Iana. Podczas ubierania się w przywieziony z Anglii, zakupiony na ślub siostry szary garnitur, Stuartowi przeszła przez głowę myśl: „To już drugie małżeństwo, w którym miłość nie gra żadnej roli”. Nie miał zupełnie pomysłu na prezent dla młodej pary, na szczęście z niezręcznej sytuacji wybawił go Ian, proponując żeby zamiast prezentu dał podczas jego wesela krótki koncert. Stuart zaśpiewał piosenki o sile przyjaźni i o szczęściu, jakim jest spotkanie prawdziwej miłości. Z trudnością powstrzymywał swoje emocje, przekonanie o końcu przyjaźni z Ianem i wątpliwości co do małżeństwa byłego przyjaciela. Jego muzyka była tak autentyczna i emocjonalna, że zachwyceni występem goście weselni poprosili go o bis: „Więc muzyka dociera nawet do tych, co wszystko mają, wszystko widzieli i których na wszystko stać” – pomyślał ze zdumieniem. Z ulgą zauważył, że wśród weselnych gości ze strony Iana przyjechali tylko rodzice, nie było tam Ann, przed nią wstydziłby się tego, że jest na etapie życia, w którym zmuszony jest do wykonywania prostej, fizycznej pracy, przed nią wstydziłby się, że cały ten wyjazd do Australii, o którym kiedyś wspólnie marzyli, był na razie niepowodzeniem.

Czas mijał dosyć szybko i przyszedł dzień, w którym odebrał Meg z lotniska. W drodze na lotnisko myślał o niej, cieszył się, że zobaczy swoją dziewczynę, ale równocześnie nie mógł opanować strachu przed tym, że może zapanować między nimi ta sama obcość, co między nim i Ianem. W momencie, kiedy rozpoznał ją w tłumie pasażerów zrozumiał, że jego lęk był niepotrzebny, a jego dziewczyna jest tą osobą, na którą czekał nie tylko od wielu tygodni, ale całe swoje życie.

Cdn

Xmas special, 28.12.2013

Redakcja nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego ten tekst czekał aż trzy lata na publikację, ale zgodnie z podaną datą, zamieszczamy ten świąteczny wpis już po świętach, 28 grudnia.

Anna Rosner

Czas na awans

– Jak pisany pod dyktando – rzucił, zsuwając okulary na czubek nosa. Nie był już młodzikiem i męczyły go długie godziny spędzone na wertowaniu korespondencji. Mimo to starał się nie robić wielu przerw i konsekwentnie czytać każdą, nawet zabrudzoną, pomiętą, naddartą czy nieczytelnie nabazgraną kartkę. Należało to do jego obowiązków, a wśród niewielu zasad, jakie ciągle wyznawał, znajdowała się ta dotycząca sumienności.

Omiótł wzrokiem biurko zastanawiając się, na którą stertę powinien odłożyć ostatni list. Odpowiednie posortowanie korespondencji było kluczowe. Inaczej zlecenie mogłoby zostać opacznie zrozumiane lub, co gorsza, błędnie wykonane.

– Ciekawe, co będzie w tym – mruknął pod nosem rozcinając następną kopertę staroświeckim nożem do papieru. – Co się stało z tymi ludźmi? Czysty materializm i zero jakiejkolwiek wyobraźni czy ducha indywidualizmu. Każdy chce tego samego!

Rozprostował niewprawnie wyrwaną z zeszytu kartkę, ozdobioną na marginesach tłustymi plamami. Pisane dziecięcą ręką litery wyglądały, jakby każda z nich cierpiała na poważne problemy osobowościowe. Nieletni autor użył co najmniej trzydziestu kolorów, czym zapewne rekompensował braki wiedzy z zakresu ortografii i interpunkcji. Pod listem zamieścił obrazek przedstawiający świętego Mikołaja i choinkę, która ledwie trzymała pion z powodu upchniętych pod nią paczek. Mężczyznę bardziej niż rysunkowe prezenty zaintrygował kieliszek w dłoni tłustawego staruszka oraz coś, co prawdopodobnie miało być talerzykiem z ciasteczkami.

Odłożył delikatnie list na biurko i dolewając sobie nieco cherry mruknął, ni to do siebie, ni to do nadawcy:

– Dobrze, że mi przypomniałeś. Szkoda tylko, że to jedyna, w miarę inteligentna, rzecz w tym całym steku bredni. Daj mi iPada – zaczął czytać udając głos dziecka – i nowego laptopa, komórkę, konsolę do gier, większy telewizor, szczeniaczka, skuter i tablet. Jasne – zaniósł się kaszlem, po czym wrócił do swojego naturalnego tembru. – Nie ma sprawy, w końcu to rodziców dotknął kryzys, a ja mogę wszystko. Pieprzony materializm. Czy nikt z was nie może chcieć drewnianych klocków albo konia na biegunach? Pozytywki są passe? Czekolada kłuje w ząbki? Książki stały się niemodne? Rozwydrzone bachory… Do tego zaczyna od „daj”, żadnych formułek grzecznościowych, żadnego „proszę”, „chciałbym”, „marzę” czy głupiego „bardzo by mi zależało”. Nawet „drogi święty Mikołaju” pominął!

Pociągnął haust alkoholu i odłożył list na największą z kupek, oznaczoną hasłem „elektronika – dział licencjonowany”. Przepracował na swoim stanowisku już wiele lat i uważał, że świat coraz bardziej schodził na psy. Czytanie i dzielenie korespondencji było nużące. Jednak to rozmyślanie nad tym, jak bardzo forma i wydźwięk tego, co do niego przychodziło, zmieniało się przez dziesięciolecia, przyprawiało go o ból głowy.

Drewniane przegródki, te same które zastał na biurku rozpoczynając służbę, stały praktycznie puste. Pod etykiety takie jak „narty & sanki” czy „zwierzęta” zawsze trafiało nieco korespondencji, ale już te opisane słowami „dział wyrobów drewnianych” czy „zabawki mechaniczne-nakręcane”, rzadko wypełniały się choćby w połowie, mimo tego, że korespondencja nadchodziła już od początku listopada.

Nowe, plastikowe skrzynki, w które odkładał listy dotyczące gier, komputerów, telefonów, tabletów czy różnej maści gadżetów elektronicznych, musiały być opróżniane co kilka godzin. Czasy, w których największym marzeniem był powrót ojca z wojny czy to, żeby złą macochę zastąpiła miła, nowa i kochająca pani, należały do zamierzchłej przeszłości. Świat nie posuwał się już powoli ku nowemu, biegł i wpadał w objęcia postępu technologicznego, dostarczając coraz droższych i bardziej wyszukanych zabawek. Ludzie nie wyobrażali sobie bez nich życia, choć nie tak dawno temu wszyscy obywali się bez nich.

Cóż – pomyślał – dzięki temu wszystkiemu, dzięki listom, mam pracę. Gdyby ludzie przestali wierzyć, pisać i prosić, znalazłbym się na bruku, ale za jaką cenę?

Był człowiekiem starej daty. Uważał, że każdy prezent jest mile widziany, choć powinien stanowić tylko dodatek do czegoś ważniejszego, niematerialnego. Miał wrażenie, że wartości rodzinne przechodziły od lamusa tak samo jak drewniane, machającymi skrzydełkami kaczuszki na patyku, hula-hop czy skakanki. Stawały się hasłem w ustach polityków i czymś, o czym czytało się w książkach. Najważniejsze okazywały się prezenty, a nie spędzanie czasu wśród krewniaków, jak to kiedyś bywało.

Rozparł się w fotelu i przymknął oczy, dając im odpocząć. Świat zmieniał się tak szybko, że nie mógł już za nim nadążyć. Próbował się z tym pogodzić, choć zadanie to okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Tylko biuro pozwalało mu zachować resztki równowagi psychicznej i w miarę zdrowego rozsądku. Gdyby przeniesiono go do jakiegoś nowoczesnego biurowca, z pewnością zwariowałby przed końcem pierwszego dnia pracy. Szczęśliwie miał pracodawców przywiązanych do tradycji.

Niskie pomieszczenie z drewnianymi ścianami i sufitem odpowiadało mu bardziej niż szklane twory najznamienitszych architektów. Parterowe okna, na których często pojawiały się wzory tworzone przez mróz, wychodziły na pokryty śnieżną pierzyną las. Kominek też był nie bez znaczenia, najnudniejsze i najgorzej nawet napisane życzenia lepiej czytało się w cieple i przy żarzących się, trzaskających raz po raz polanach. Poza tym, znajdujące się na tyłach biura mieszkanie stanowiło kolosalne ułatwienie. Nikomu w jego wieku nie chciałoby się codziennie dojeżdżać do pracy, a tu od domowego jedzenia, pięknej żony i możliwości krótkiej drzemki przed telewizorem, dzielił go tylko niewielki korytarzyk. Dodatkowo, mieszające się zapachy dymu, piernika, pomarańczy i dopiekającego się powoli indyka, działały łagodząco na jego zszargane pracą nerwy. Lubił, kiedy na suficie wieszano jemiołę, mógł ją wykorzystać i skraść pocałunek swojej żonie. Widząc dekoracje wiszące na framugach drzwi i okien, czuł się spokojniej, nabierał pewności siebie. Wiedział, że robi coś ważnego.

Miał już sięgnąć po kolejną kopertę, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Kilka lat wcześniej zmuszono go do zamiany starej, ebonitowej słuchawki na nowoczesny szmelc, do którego nie mógł się przyzwyczaić. Jak mu tłumaczono, musiał się na to zgodzić z powodu informatyzacji biura. Nowszy telefon był niezbędny, by mogły działać faksy, śmaksy i internety.

Na podstawce słuchawki mrugało niecierpliwie światełko połączenia wewnętrznego, znak którego nie można było ignorować. Śnieżynka mogła dzwonić tylko w ważnej sprawie, szczególnie, że nie nadeszła jeszcze pora kolacji. Odebrał więc bez chwili wahania.

– Słucham kochanie, co się stało?

– Pan Anderson przyjechał, właśnie otworzyłam mu bramę. Byłabym wdzięczna, gdybyś mógł go wpuścić do siebie tak, by ominął kuchnię. Mam tu wszystko rozgrzebane, nie mam czasu pić z nim herbatki. Przyniosę wam coś, tylko zatrzymaj go tym razem w biurze.

– Oczywiście. Na pewno ma do omówienia jakieś zawodowe sprawy, nie będziemy zawracać ci głowy. Mogłabyś przysłać do nas Juniora?

– Synuś – usłyszał stłumiony głos żony – mógłbyś za chwilkę zanieść tacę do gabinetu taty?

Po krótkiej chwili Śnieżynka odezwała się wprost do słuchawki:

– Przyniesie mi tylko węgla do pieca i już do was idzie.

– Dzięki. Jesteś boska.

Odłożył słuchawkę zerkając na wiklinowy kosz z nieotwartymi listami, zwiastunem długiej, pracowitej nocy.

*                               *                                 *

Rzadko miewał gości, dlatego postanowił odpowiednio przywitać nadjeżdżającego Andersona, jednocześnie nie pozostawiając mu większych szans na zapuszczanie żurawia w miejsca, o których nie powinien zbyt dużo wiedzieć. Naciągnął kurtkę czerwonego uniformu i grube, dwupalczaste rękawice z białą lamówką. Postawił obszyty futrem niedźwiedzia polarnego kołnierz i wyszedł w arktyczne zimno.

Śnieżna pierzyna przykrywała wszystko. W świetle, padającym z okien domu, biel skrzyła się niczym brokat. Dzikich ostępów, w których schowane było biuro, praktycznie nie odśnieżano. Choć terenówka Andersona radziła sobie z zaspami, szarżowanie w takich warunkach nie wchodziło w grę i do pojawienia się gościa na podjeździe zostało jeszcze kilka minut. Mężczyzna postanowił to wykorzystać i przewietrzyć się przed rozmową. Spodziewał się, że nie będzie łatwa ani przyjemna, w końcu w tak newralgicznym momencie – gdy miał ręce pełne roboty – nikt nie składałby mu kurtuazyjnych wizyt.

Wyszedł kilka kroków przed dom i wziął głęboki oddech, pozwalając lodowatemu powietrzu wypełnić płuca. Lubił zimę, trzeszczenie śniegu pod butami i szczypanie mrozu na policzkach. Czuł się wtedy jak dziecko, jak w czasach, kiedy bawił się przed domem, lepił bałwany czy uczył się biegać na nartach. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wydawał dyspozycje gnomom i nabierał wprawy w kontrolowaniu ich zachowań.

Urodził się w tych ostępach i nie wyobrażał sobie życia gdziekolwiek indziej. Kilka razy żona namówiła go na wczasy w tropikach twierdząc, że „trochę słońca nikomu jeszcze nie zaszkodziło”. Czuł się tam okropnie, żar i kaskady spływającego mu po karku potu męczyły go strasznie. Zgadzał się na te szalone eskapady tylko dla niej. Widział jak kwitła w cieplejszym klimacie, no i wyglądała oszałamiająco w kostiumie kąpielowym rozciągnięta na ręczniku plażowym czy na leżaku. On jednak zdecydowanie był człowiekiem północy.

Miał ochotę ulepić kilka śnieżnych kul i rzucić nimi choćby w najbliższe drzewo. Powstrzymała go jedynie świadomość, że pewne rzeczy zwyczajnie nie uchodziły człowiekowi w jego wieku. Poza tym jego plecy wyrażały zdecydowany sprzeciw, gdy próbował się schylać. Zamiast robić z siebie durnia, postanowił przejść się powolnym krokiem i sprawdzić, czy wszystko działa tak, jak powinno.

Drewniany domek stał najbliżej drogi i stanowił najstarszą częścią zabudowań jego małego imperium. Warsztat, w którym dawniej wykonywano zabawki, zburzono lata temu. Był tak mały, że w pewnym momencie zwiększenie jego wydajności stało się po prostu niemożliwe. W dodatku większość zamawianych u niego produktów wymagała specjalistycznych taśm produkcyjnych, a najciężej nawet pracujące gnomy nie były w stanie zastąpić elektronicznych robotów i precyzji ich działania. Konieczne okazało się zainstalowanie maszyn, a to było możliwe jedynie w dużej fabryce. Wybudowano ją na miejscu starej szopy i terenach porośniętych wcześniej zagajnikiem.

Budynek nie pasował do okolicy. Już z drogi dojazdowej widać było sterczące ponad staromodnymi zabudowaniami biura kominy, ale nie było innego wyjścia. Ustępstwa natury estetycznej były konieczne, jeśli chciało się iść z duchem czasu, choć członkowie Greenpeace zapewne dostaliby ataku apopleksji na sam widok molocha. Gdyby dodatkowo wiedzieli, jaki skład chemiczny miały wyziewy przedostające się z jego manufaktury do atmosfery, bez przerwy pikietowali by ukryte w dzikich ostępach budynki. Szczęśliwie jednak umowy, jakie podpisał z kilkoma państwami w zamian za świadczone usługi, skutecznie chroniły go przed ujawnianiem podobnych informacji. Gorzej przedstawiała się kwestia opornych pracowników, którzy wszelkie międzynarodowe papiery mieli w głębokim poważaniu.

Przeszedł wzdłuż ściany domu i zajrzał na fabryczne podwórze. Niewielkie, metalowe drzwiczki, prowadzące w głąb olbrzymiego budynku były lekko uchylone. W padającym na zewnątrz świetle fabrycznych jarzeniówek dostrzegł kilka kulących się z zimna postaci. Nie był w stanie rozpoznać, które gnomy postanowiły zrobić sobie przerwę, ale miał pewność, że było ich trzech. Mamrotały coś i najwyraźniej próbowały się rozgrzać nie tylko drepcząc w miejscu, ale i popijając coś z przekazywanej z ręki do ręki piersiówki.

– Degeneraci… – mruknął pod nosem. – Już ja was nauczę.

Jedną z podstawowych rzeczy, jakie musiał opanować obejmując swoje stanowisko, było kontrolowanie zachowań tych dziwnych stworzeń. Choć czuł, czy prace posuwają się zgodnie z harmonogramem, nawet jeśli nie było go w okolicach fabryki, wpływał na zachowanie podwładnych, jedynie mając ich w zasięgu wzroku.

Mógł oddziaływać na nich na kilka sposobów. Wywoływanie ataków bólu czy skurczy mięśni stanowiło broń ostateczną, której starał się unikać. Wolał przesyłanie obrazów bezpośrednio do ich umysłów, bądź wpływanie na ich uczucia. Nie czerpał satysfakcji ze swoich mocy, uważał jednak, że dyscyplinowanie pracowników to uświęcona tradycja, której nie powinien się przeciwstawiać. Tak samo robili jego ojciec i dziadek. Poza tym gnomy zdawały się być przyzwyczajone do takiego sposobu dyscyplinowania. Spodziewały się go i miał wrażenie, że rozumiały go lepiej, niż odbieranie czasu wolnego, nagany czy groźbę zwolnienia. Ostatnia z kar nie była zresztą niczym innym, niż czczymi pogróżkami, wiedziały o tym tak samo dobrze jak on.

Skupił uwagę na niesubordynowanych karzełkach, wywołując w ich umysłach poczucie winy. Po chwili przesłał obraz pracujących na pełnych obrotach maszyn i taśm produkcyjnych pełnych wadliwie wykonanych zabawek. Podejrzewał, że to wystarczy i nie pomylił się. Czerwone punkciki żarzących się papierosów opadły na zaśnieżoną ziemię. Dwie skulone postacie pośpiesznie podreptały do fabryki, a trzecia ruszyła truchtem w kierunku starych stajni i wybiegu reniferów. Minęła w milczeniu zwierzęta i weszła do warsztatu, by dołączyć do kompanów, zajętych przeglądem i remontem sań.

Westchnął, patrząc na niską, drewnianą chatkę. Rozumiał konieczność modernizacji i dostosowania wytwórni do potrzeb zmieniającego się świata, ale to co robiły ze środowiskiem wydobywające się z fabryki zanieczyszczenia, było mu ciężko zaakceptować. Najbardziej martwił się o zwierzęta, choć i stan gnomów był zatrważający. Pamiętał, że gdy był chłopcem, karzełki były zdrowe, silne i chętne do pracy. Teraz właściwie każdy z jego „pomocników” miał jakieś wady genetyczne – zdeformowane nogi, zniekształcone twarze, wykrzywione dłonie i palce.

Renifery co kilka lat trzeba było zastępować młodszymi – żadne zwierzę nie wytrzymałoby pracy przez tyle lat, ile on sam spędził na służbie. Coraz bardziej toksyczne wyziewy komplikowały sprawę. Starano się rozmnażać je tak, by młode miały domieszkę świeżej krwi. Mimo to jednak rodziły się mutantami. Te, które przeżyły pierwsze tygodnie, zazwyczaj zdychały po najwyżej czterech latach, podczas gdy dzikie dożywały sędziwego wieku dwudziestu wiosen. Choć wszystko to było dość zasmucające, mężczyzna musiał przyznać, że niektóre maleństwa były na swoisty sposób urocze. Jednego z tegorocznych zwierzaków miał zamiar oswoić i przysposobić do życia w domu – w końcu nawet u renifera co dwie głowy to nie jedna. Niestety nie przeżył nawet dwóch tygodni i wszyscy zgodzili się, że przyczyną śmierci najpewniej były właśnie jego dwie głowy i kark, zbyt słaby, by je unieść.

Zerknął ostatni raz na swoje stadko, przez chwilę zastanawiając się, dlaczego renifer o czarno-fioletowym futrze został zaakceptowany przez przywódcę stada, a ten o sześciu nogach nie. Nie rozumiał niektórych decyzji starego Berniego, ale szczęśliwie nie był do tego zobligowany. Jako najstarszy z reniferów to właśnie Bernie decydował o wszystkim co działo się w zagrodzie, a w jego głowie rodziły się najdziwniejsze pomysły. Wiadomo było tylko, że kiedy zaczynał się ślinić, coś mu się podobało, kiedy zaś poruszał na raz obydwoma ogonami, coś wytrącało go z równowagi.

*                               *                                 *

Odwrócił się, słysząc coraz wyraźniejsze trzeszczenie śniegu pod kołami wjeżdżającego na podjazd samochodu. Anderson w końcu przebił się przez zaspy i właśnie parkował przed wejściem do chatki.

– No to zaraz się zacznie. Pretensje o wszystko – mruknął, poprawiając nie wymagający tego kołnierz kurtki. – Jakby nie mógł po prostu zadzwonić albo napisać tego śmiesznego czegoś, co można odebrać w komputerze…

Nie miał czasu na picie herbatki z przeklętym biurokratą. Zostało jeszcze kilka spraw do załatwienia i większość z nich nie mogła czekać zbyt długo. W końcu nawet zmodernizowana fabryka potrzebowała kilku godzin na wyprodukowanie kilkuset konsol i tabletów, a do świąt zostały już tylko godziny.

– Panie Anderson, co za miła niespodzianka – powiedział podchodząc do samochodu. Wiedział, że jego gość nie należał do ludzi o zbyt lotnym umyśle i zazwyczaj nie rozróżniał szczerości od sarkazmu.

– Witam, witam. Wiem, że przychodzę nie w porę, ale dostałem wyraźne dyrektywy. Musimy porozmawiać. Postaram się zająć jak najmniej czasu.

– Oczywiście.

– Jak mawiamy my, księgowi, czas to pieniądz – roześmiał się, najwyraźniej uważając własny dowcip za szczyt wyrafinowanego humoru. – Nie uważa pan, że to święta racja? Nawet jeśli…

– Będzie pan łaskaw wejść do biura, panie Anderson. Tam jest cieplej.

– Chętnie…

Przepuścił gościa w drzwiach, ze zgrozą obserwując, jak wielkie grudy śniegu odpadały z butów wprost na dywan.

Junior, który w międzyczasie pojawił się w gabinecie ojca, skłonił się lekko nalewając gorącą herbatę do porcelanowych filiżanek.

– Niech pan siada, panie Anderson. Czemu zawdzięczamy pańską wizytę? – spytał, jednocześnie wskazując miejsce przy niewielkim stoliku.

– W końcu postanowił pan przyuczyć syna do zawodu? Bardzo słusznie, panie Mikołaju, bardzo słusznie!

– Junior wie, na czym polega moja praca. Prawda, synu?

– Jak najbardziej.

Księgowy usiadł najbliżej kominka i uśmiechnął się patrząc na Juniora. Wyglądało na to, że rozmowa może przebiec łatwiej, niż się spodziewał. Wiedział, że żaden z nich nie był zadowolony z jego wizyty, ale dostał wyraźne polecenie, a niektórym ludziom lepiej było się nie przeciwstawiać. Musiał przyjechać bezzwłocznie i przekazać informacje. A potem wywrzeć nacisk… Wolałby siedzieć teraz w domu, ubierać choinkę i słuchać bezsensowych uwag żony dotyczących tego, gdzie powiesić którą bombkę.

Zmusił się do uśmiechu i powiedział:

– Cieszy mnie to. Nawet bardzo.

– I przyjechał pan tylko po to, żeby wyrazić swoją radość z powodu postępów, jakie czyni mój syn?

– Nie, panie Mikołaju, choć przyznaję, że są one istotne – odparł, otwierając przyniesioną z samochodu aktówkę. – Proszono mnie o złożenie wam niezwłocznej wizyty i wyjaśnienie kilku kwestii.

– Słucham.

– Watykan jest panom wdzięczny za wieloletnią służbę. Doceniamy to, że tak sumiennie ją wypełniacie, i że przez te wszystkie lata panów, że tak powiem, firma, jako tako działa…

– Jak to „jako tako”? – Mikołaj zamarł z filiżanką wpół drogi do ust.

– Cóż, ostatnio wasze statystyki przedstawiają się nieszczególnie dobrze. Wiem, że nie dajecie rady sami czytać wszystkich listów, produkować zabawek i ich rozwozić, ale moi przełożeni wyrażają głębokie zatroskanie ostatnimi incydentami.

– Jakieś konkrety?

– Panie Mikołaju, niech pan nie udaje, że nie wie, o czym mówię. W ostatnim roku wasi wysłannicy nie spisali się tak dobrze, jakbyśmy tego oczekiwali. Raport wyraźnie mówi, że stu czterdziestu dwóch agentów zostało przyłapanych na gorącym uczynku i aresztowanych pod zarzutem włamania. Szczęśliwie większość tych spraw została wyjaśniona i tylko siedemnastu nie udało nam się wybronić. Musieliśmy pomagać im w ucieczce z więzień, transportów i aresztów. Szesnastu zostało pogryzionych przez psy stróżujące, a dziewięciu uległo poważnym wypadkom w trakcie wypełniania obowiązków związanych z pracą.

– Rozumiem, ale jeśli pan pozwoli przypomnę, że nad departamentem doręczania czuwa ktoś z Watykanu, nie ja. To on odpowiada za werbunek i szkolenie agentów. My przygotowujemy i opisujemy paczki, które oni mają podrzucić w odpowiednie miejsca. Sami zajmujemy się, że tak powiem, kwestiami wizerunkowymi. Wie pan, czasem jakieś dziecko musi zauważyć mnie na dachu, czasem dobrze przelecieć nisko nad jakimś osiedlem, czy zatrzymać się na chwilę w jakiejś wiosce, żeby napoić renifery.

– Wiem o tym. Chciałem tylko, tak na wstępie, przedstawić panu skalę problemu. Jak pan widzi doszło do kilku wpadek. Oczywiście, w skali całego przedsięwzięcia możemy tu mówić o dopuszczalnej ilości błędów. W dodatku błędów popełnionych z winy koordynatora działu doręczania, ale to nie on odpowiada za to, że ponad siedem tysięcy paczek zawierało przedmioty, o które obdarowani nie prosili, prawda?

– Ile?

– Ponad siedem tysięcy – powtórzył spokojnie. – Wiem, że biorąc pod uwagę ogólną liczbę odwiedzonych osób to nie tak dużo, ale zdaniem przełożonych to i tak zbyt wiele. Szczególnie, że mówimy tylko o przypadkach drastycznych. Pomijam doręczenie złego modelu czy koloru zabawki.

– Co w takim razie nazywa pan „przypadkami drastycznymi”? – wtrącił milczący do tej pory Junior. Stał oparty o kominek i przysłuchiwał się rozmowie.

– Na przykład sześcioletnia Francesca z Treviso prosiła o… – znalazł odpowiednią stronę raportu i przeczytał – „pieska, smycz i obrożę, żeby dało się z nim chodzić na spacery”. Rzeczywiście dostała to wszystko, tyle, że chodziło o obrożę dla psa, a nie taką wykonaną z czarnego lateksu z różowym, brokatowym napisem „jestem twoją suczką”.

– Niemożliwe… nie wysłaliśmy czegoś takiego!

– Owszem, wysłaliście. Mamy w aktach zdjęcie, jeśli chcecie zobaczyć. Nieprzyjemna pomyłka, szczególnie biorąc pod uwagę ostatnie oskarżenia pod adresem kościelnych pracowników niższego szczebla, jakie zalewają media. Nieprawdaż? Kwestie wizerunkowe, o których raczył pan wspomnieć, raczej kiepsko się prezentują w tym świetle.

Mikołaj zerknął na syna. Junior zdawał się być równie zaskoczony doniesieniami, jak on sam, starał się jednak zachować kamienną twarz.

– Gdyby to było wszystko, to pewnie jeszcze przymknęlibyśmy oko, ale ta obroża to dopiero początek. Ponad dwieście paczek trafiło do złych adresatów – ciągnął Anderson wertując papiery. – Na przykład Jesse Harris, sześciolatek z Chicago, dostał tę przeznaczoną dla Jessiki Harrison z Columbii. Zamiast wiatrówki znalazł pod choinką pluszowego, błękitnego jednorożca. Niech wam wystarczy, że jak powiedzieli nam jego rodzice, „nie był w pełni usatysfakcjonowany”. Rodzice dziewczynki początkowo nie złożyli skargi, choć też byli zaskoczeni. Odezwali się do nas dopiero wtedy, gdy mała zaczęła bawić się w unowocześnionego Wilhelma Tella i strzelała do owoców ustawionych na głowie czteroletniego brata. Na szczęście miała dobre oko i skończyło się na strachu, ale podobnych przypadków było bardzo, bardzo dużo.

– Siedem tysięcy… – mruknął Junior.

– Ponad siedem tysięcy. Chłopiec z brazylijskich slumsów prosił o kule, pisząc, że ma problemy z nogami. Wysłaliście kule, tyle że do gry w kręgle. Czteroletni Kanadyjczyk prosił o tomahawk, ale dlaczego spakowaliście mu toporek z kamiennym ostrzem, zamiast plastikowego? Poduszka z pierzem to nie to samo, co poduszka z zaszytą martwą kurą. Kiedy ledwo piszące dziecko prosi o „chamak”, „bómerank” i „namiod” nie wysyłajcie mu, na litość boską, słownika ortograficznego, tylko to, o co prosi!

– Rozumiem rozgoryczenie pańskich przełożonych – odezwał się w końcu Mikołaj, starannie dobierając słowa, – uważam niemniej, że biorąc pod uwagę ogólną ilość paczek, wpadki, jak raczył pan nazwać te incydenty, są jednostkowe. Poza tym problemy i nieścisłości zdarzały się zawsze, ale nawet one nie powinny przyćmiewać naszej misji. W końcu pracujemy dla wspólnego dobra, a liczba dzieci, które nie dostałyby…

– Wiem, słyszę to odkąd z panem współpracuję. Nie mam zamiaru kwestionować sensu naszych działań, przysłano mnie tylko po to, żebym przekazał panu, że Watykan wyraża głębokie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Zostawię panu kopię raportu i niech sam pan ją przejrzy, na spokojnie i w wolniejszej chwili. Radzę też znaleźć czas na przegląd tego, co wysyłacie.

Junior podszedł do stołu i, podnosząc kopię raportu, spytał z przekąsem:

– Głębokie zaniepokojenie? Wyuczył się pan tych papierów na pamięć?

– Moi przełożeni jasno się wyrazili. Wiedzą, że robicie co tylko się da, doceniają wasze poświęcenie i cieszą się, że przez tak wiele lat współpraca z wami układała się całkiem dobrze. Sugerują jednak, by zastanowili się panowie, czy nie nadszedł czas na zamiany. Może przydałaby się jakaś kontrola jakości?

– Kontrola jakości? Wie pan, ile paczek zjeżdża co godzina z taśm w tej fabryce?

– Wiem, to też jest w raporcie. Może po prostu, jak też sugeruje raport, nadeszła już pora na zmianę pokoleniową?

Mikołaj spodziewał się usłyszeć wiele pretensji i niemało z nich dałby radę znieść bez mrugnięcia okiem. Nie podejrzewał jednak, że Anderson ośmieli się wystąpić z podobną sugestią, co więcej najwyraźniej pochodzącą nie od niego, czy kogoś z niższego stanowiska, lecz z samej góry, od autorów raportu, którymi byli najwyżsi przedstawiciele Watykanu z biskupami włącznie.

– Niech pan tak na mnie nie patrzy. Czasy się zmieniają, ludzie tacy jak pan czy ja nie nadążają. Świat należy do młodych.

– Rozumiem, co ma pan na myśli – odpowiedział po chwili Mikołaj, cedząc słowa. – Uważam jednak, że pańskie uwagi są nie na miejscu. Jeśli w ogóle miałbym z kimś na ten temat rozmawiać, to z pewnością nie z panem, nie tu i nie teraz.

– Jeśli tak pan uważa… Niech pan się jednak nad tym zastanowi.

– Sprawa sukcesji pozostanie pomiędzy mną, a moim synem. Jestem pewien, że Junior zgodzi się ze mną – odpowiedział, zwracając się do Juniora. Ten odłożył dokumenty i odpowiedział tonem pozbawionym krzty emocji:

– Szczerze powiedziawszy, ojcze, nie widzę powodów, dla których nie mielibyśmy poruszyć tej kwestii właśnie teraz.

*                               *                                 *

Mikołaj zachłysnął się herbatą. Junior zaś patrzył mu prosto w oczy i zdawał się nie tylko nie przejmować obecnością Andersona, ile wręcz czerpać z niej nadzwyczajną jak dla siebie odwagę:

– Ile lat jesteś już na stanowisku? Straciłeś kontrolę nad gnomami, za dnia robią co chcą, a gdybyś widział ich w nocy… Cóż, bardziej już nie osiwiejesz, ale pewnie byś wyłysiał. To, co dzieje się z reniferami, to też jakaś kompletna porażka. Mówiłem, żeby przenieść hodowlę z dala od fabryki, ale wolisz zasłaniać się tradycją, niż posłuchać mnie w jakiejkolwiek kwestii. W tym roku nie urodziło się ani jedno młode bez deformacji.

– Porozmawiamy o tym później. Mam jeszcze dużo pracy i jestem pewien, że pan Anderson też ma ważniejsze rzeczy do robienia, niż wysłuchiwanie twoich pretensji.

– Kiedy? Dla ciebie nigdy nie ma odpowiedniej pory. Zresztą, gdybyś posłuchał mnie i zgodził się na założenie strony internetowej z formularzem zamówieniowym, dawno miałbyś cała pracę za sobą. Nie rozumiem, dlaczego chcesz tracić wzrok wczytując się w te zabazgrane kartki, jeśli komputer może odwalić całą robotę za ciebie. To zakrawa na masochizm.

– Juniorze… – mruknął nieco ostrzej Mikołaj, patrząc ni to na syna, ni na gościa. – Później.

– Daj spokój. Nie widać, żeby panu Andersonowi nasza rozmowa przeszkadzała. Jestem też ciekaw, czy tak jak ty, uznałby taką stronę za wariactwo.

– Wprost przeciwnie – zapewnił skwapliwie gość. – Innowacja proponowana przez Juniora wcale nie musi stać w sprzeczności do tradycji. Co więcej, może pomóc w jej podtrzymaniu. Już teraz papierowe listy zostały praktycznie wyparte przez pocztę elektroniczną, a dzieci uczą się obsługiwać komputer, kiedy jeszcze nie potrafią się podpisać. Taki formularz byłby, moim zdaniem, interesującym rozwiązaniem. Można by stworzyć stronę, aplikację na komórki, tablety…

– Miło mi, że się pan ze mną zgadza.

Mikołaj wstał ze swojego fotela i z poczerniałą ze złości twarzą fuknął:

– Dość tego! Nie rozumiesz jak przebiega sukcesja, głupcze. To nie jest takie proste.

– Wydaje mi się, że jednak jest. Zresztą pan Anderson z pewnością wie, na czym ona właściwie polega. Czy mógłby pan przypomnieć mojemu ojcu szczegóły?

– Ale ja… – mruknął gość, nagle czując się nieco nie na miejscu. Miał złe przeczucia i dałby dużo, żeby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz chatki, wsiąść do samochodu i wrócić do najbliższego miasta. Rozmowa może i była ciekawa, ale przybierała nieprzyjemny obrót.

Nagle zauważył wzrok Juniora, zimniejszy od nocy polarnej i nie cierpiący sprzeciwu. Przełknął ślinę i podjął, ważąc słowa:

– Święty Mikołaj jest podwykonawcą zatrudnionym przez Dział Promocji Watykanu. Jest w bezpośredniej linii potomkiem Mikołaja z Miry i Tamiry z Nicei. Zgodnie z tekstem przypisywanym sekretarzowi Konstantyna Wielkiego, uznawanym dziś za apokryficzny, Mikołaj z Miry miał spotkać się z Tamirą w czasie pierwszego soboru nicejskiego. W wyniku interwencji sił boskich spłodził z nią syna, którego Tamira nazwała na cześć ojca Mikołajem. Chłopiec po śmierci ojca zaczął przejawiać zdolności magiczne. Zgodnie z legendą talent i moc dziedziczy każdy pierworodny, o ile jest synem z prawego łoża.

– Bardzo ładnie, ma pan talent do recytacji, panie Anderson. Zdolności dziedziczy się z chwilą śmierci ojca. Zgadza się? – spytał przenosząc wzrok z Andersona na Mikołaja.

– Owszem, ale po pierwsze nie wybieram się na tamten świat, a po drugie…

– Powinieneś zrewidować plany – przerwał ojcu, wyciągając ukryty do tej pory pod swetrem pistolet. – Powiedziałbym, że to nic osobistego, ale nie lubię kłamać. Sam wiesz, mam dość bycia chłopcem na posyłki, czas na awans.

– Przepraszam – wtrącił Anderson wstając powoli z fotela. – Wydaje mi się, że w zaistniałej sytuacji moja obecność stała się zbędna. Jeśli panowie nie mają nic przeciwko…

– Niech pan siedzi, panie Anderson, przekaże pan swoim zwierzchnikom wieści dotyczące sukcesji.

Anderson opadł z powrotem na krzesło. Zerkał na Mikołaja, to znów na Juniora, nie do końca wierząc w to, co widział. Czuł się jak jedyny widz na spektaklu w teatrze, którego dyrektor postradał zmysły.

– Opowie pan im o tym, ale tylko im – kontynuował Junior. – Wie pan, co by się stało, gdyby dowiedział się o tym ktoś niepożądany, prawda? Nie chciałby pan chyba tłumaczyć się przed przełożonym z aresztowania nowego Mikołaja. Zresztą w naszej rodzinie takie rozwiązania to nic nowego. Nie musimy kłopotać naszymi sprawami policji.

– Oczywiście. Rozumiem konieczność dyskrecji, może pan na mnie liczyć, nie chciałbym po prostu…

– Synu, nie zachowuj się, jakby ci mózg odmroziło – wtrącił siwobrody staruszek.

Spodziewał się, że prędzej czy później Junior może obrócić się przeciw niemu, tak jak on kiedyś zachował się wobec własnego ojca. Pozycja, jaką piastował, dawała moc i możliwość władania innymi, a to zawsze budziło pożądanie. Dodatkowo śmierć nie imała się żadnego piastującego stanowisko Mikołaja, mógł żyć wiecznie, o ile tylko nie spłodziłby syna, albo w dość młodym wieku pozbył się go w ten czy inny sposób.

Starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo młodzieniec wytrącił go z równowagi, choć przychodziło mu to z trudem. Nie musiał za to skrywać strachu, którego ku własnemu zaskoczeniu nie czuł. Był bardzo zmęczony, nie tylko całą sytuacją, ale też pracą i wizytą Andersona. Jedyne o czym marzył to to, by ten dzień jak najszybciej się skończył. By skończyły się święta i by mógł w końcu odpocząć.

– Milcz i nie ruszaj się! – rzucił Junior, gdy Mikołaj zrobił krok w jego stronę. – Straciłeś nad wszystkim kontrolę. Lekceważysz mnie, choć gdyby nie ja, nic nie działałoby tu tak, jak powinno

– Czyli twoim zdaniem coś tu jednak działa?

– Nie łap mnie za słowa, do ciężkiej cholery!

– Posłuchaj – powiedział, siląc się na spokojny głos. – Za niespełna czterdzieści osiem godzin musimy ruszyć z paczkami. Czy uważasz, że to odpowiedni moment na takie zachowanie? Pomijam to, że robisz z siebie głupca, pomyśl nie o nas, nie o sobie, ale o dzieciach. Jeśli mnie zabijesz, nic dobrego w te święta się nie stanie.

– Bredzisz!

– Wiesz, że mam moc kontrolowania gnomów. Bez niej nic nie zdziałasz, a ona…

– Wiem jak to działa – fuknął coraz bardziej zdenerwowany. Jego ojciec zawsze moralizował, pouczał go i traktował jak dziecko. – Ty umierasz, ja dostaję moc. Kontrola gnomów jest prosta, czytałem notatki dziadka, znam zapiski pradziadka. Nie jestem kretynem, przygotowałem się. W kilkanaście minut zmieni się mój wygląd, wyrośnie mi broda i brzuch, wolałbym obejść się bez niego, ale jak się nie ma co się lubi… Poza tym to instynkt. Będę wiedział, co robić.

– Chyba jednak nie do końca… To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.

– Proszę, nie zaczynaj znowu tych swoich tyrad. Rzygać mi się chce, kiedy zaczynasz chrzanić w taki sposób!

Lepiej zrobić to teraz – pomyślał Mikołaj. – Jeszcze trochę i straci nad sobą panowanie. Po co myśmy się na to zdecydowali? Po co nam to w ogóle było?

– Wiesz znacznie mniej, niż ci się wydaje – powiedział, postępując krok w kierunku młodzieńca. – Nie przejmiesz mocy po mojej śmierci. Nie dasz rady zapanować nad sytuacją. O tej porze roku gnomy są przepracowane, zmęczone i wściekłe. Jeśli wymkną się spod kontroli, Bóg jeden wie, do czego dojdzie.

Nim Junior zdążył zareagować, Mikołaj znalazł się dość blisko, by chwycić lufę pistoletu. Natychmiast podbił ją ku górze, posługując się siłą, jakiej młodzieniec nigdy by się po nim nie spodziewał. Zwarli się w walce, staruszek próbował skierować lufę ku górze i przynajmniej wytrącić broń z ręki Juniora. Młodzieniec starał się ponownie wycelować w Mikołaja.

W tym samym czasie Anderson, korzystając z zamieszania, powoli dźwignął się z fotela i, przyciskając do piersi aktówkę, ruszył ku drzwiom. W chwili gdy ujął w dłoń klamkę, w biurze rozległ się dźwięk wystrzału.

*                               *                                 *

Mikołaj leżał na podłodze, a na jego koszuli wykwitała coraz większa plama czerwieni. Dotknął powoli lewą ręką okolic rany i, jakby nie wierząc w to co się stało, podniósł umazane palce na wysokość oczu. Stojący nad nim Junior uznał ten gest za zbyt dramatyczny. Parsknął lekceważąco i omiótł wzrokiem pomieszczenie, szukając Andersona.

– Wybiera się pan dokądś? – spytał, gdy zorientował się, że watykański wysłaniec przywarł plecami do drzwi.

Anderson był zbyt przerażony, by odpowiedzieć. Czuł, jak uginają się pod nim nogi. Nie mógł oderwać oczu od Mikołaja, który nerwowo łapał kolejne, coraz mniejsze hausty powietrza. Podskoczył dopiero, gdy otworzyły się drzwi łączące gabinet z kuchnią.

Do pomieszczenia wpadła Śnieżynka. Miała na sobie poplamiony fartuch i bluzkę, której rękawy powinęła, by nie przeszkadzały w pracach domowych. Uklękła przy mężu i obsypanymi mąką dłońmi rozchyliła jego koszulę.

– Co tu się stało?! Co oni ci zrobili? Co do…

– Panie Anderson, jeszcze nie skończyliśmy. A ty, matko, opanuj się. Nadeszła pora zmian, pogódź się z tym.

Śnieżynka nie zwracała uwagi na Juniora. Gładziła twarz swojego męża, drugą ręką bezskutecznie próbując zahamować krwawienie. Mikołaj starał się skoncentrować na niej wzrok, ale przychodziło mu to coraz trudniej. Nie był w stanie nic powiedzieć, poruszał tylko bezgłośnie ustami. Po chwili jego klatka piersiowa opadła po raz ostatni.

– Coś ty najlepszego zrobił? – powiedziała, nie zaszczycając Juniora nawet przelotnym spojrzeniem.

– To się nazywa sukcesja – rzucił przyglądając się ciału. Był pewny, że jego ojciec wyzionął ducha. Zgodnie z dokumentami, w które wczytywał się od dziecka, właśnie w tej chwili to on powinien stać się aktualnie pełniącym obowiązki Mikołajem.

Nie wiedział czego się spodziewać, czy w ogóle poczuje przypływ mocy? Czy broda sama mu wyrośnie, czy będzie musiał ją zapuszczać? Czy nagle posiwieje, czy będzie musiał utlenić włosy?

– Postradałeś zmysły – fuknęła, ciągle klęcząc na podłodze. – Wyglądasz jak idiota, stojąc tak z tym tępym wyrazem twarzy.

Junior nie wypuszczał broni z ręki, choć lufę skierował ku podłodze. Wiele nocy spędził zastanawiając się, jak na jego plan zareaguje Śnieżynka. Spodziewał się histerii, szoku, nawet próby pobicia. Przyzwyczaił się do myśli, że jej też będzie musiał się pozbyć. Nigdy jednak nie przeszło mu przez myśl, że może go po prostu zwymyślać, a zaraz potem zrobi coś takiego.

– Panie Anderson – powiedziała wstając i otrzepując fartuch. Musiała to zrobić, by ukryć drżenie rąk. – Będzie pan łaskaw pójść ze mną do kuchni? Trzeba tu posprzątać.

Blady i przerażony mężczyzna nie wiedział jak się zachować. Propozycja wydała mu się kompletnie irracjonalna, ale nie miał siły stawiać oporu. Zerknął przelotnie na Juniora, który nie odwracał oczu od martwego ojca, i wtedy w jego umyśle zaświtała myśli – wszystko, zrobić wszystko, by tylko wydostać się z tego pomieszczenia.

Ruszył w stronę Śnieżynki.

– Ja… Tak… Oczywiście.

– Niech pan idzie za mną. Juniorze, zajrzyj do sejfu – rzuciła, przepuszczając oszołomionego gościa w drzwiach. Kiedy dotarli do kuchni, przesyconej zapachem piernika i dochodzącego powoli pieczonego indyka, dodała: – Ma pan kluczyki do samochodu?

Mężczyzna kiwnął nieznacznie głową, wyjmując je z kieszeni i podając jej.

– Dobrze, a teraz niech mnie pan uważnie posłucha. Biegniemy do pana samochodu tak szybko, jak tylko da pan radę, jasne? Ja prowadzę i cokolwiek będzie się działo, niech się pan nie ogląda za siebie.

*                               *                                 *

Junior nie rozumiał, dlaczego jego matka i watykański sługus tak długo szukają jakiejś foliowej płachty i wybielacza. Skoro już nabrał pewności, że mimo wszystko mógł na niej polegać, wolał by to ona zajęła się sprzątaniem bałaganu. On musiał przecież jak najszybciej przejąć obowiązki ojca. Stanowisko nie mogło pozostawać nieobsadzone, szczególnie na dwa dni przed Gwiazdką. Pozostało jeszcze kilkadziesiąt listów do przeczytania, trzeba było sprawdzić co robią gnomy i odpowiednio je popędzić. Tymczasem krew zdążyła już wsiąknąć w dywan, a świadomość obecności ojca wpływała na niego dekoncentrująco.

Dlaczego kazała mu zajrzeć do sejfu? Zupełnie, jakby nie miał nic lepszego do roboty. Akurat teraz jej zdaniem powinien przeglądać jakieś papierzyska…

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk silnika samochodowego. Podszedł do okna, gdy kierowca nacisnął klakson.

– Dobrze… – mruknął, widząc za kierownicą matkę.

Przeszło mu przez myśl, że postanowiła przewieźć ciało samochodem Andersona. Tak byłoby szybciej i wygodniej, niż gdyby taszczyła je na jakiejś płachcie, szczególnie przez zaspy.

Samochód ruszył nagle, tempem zdecydowanie zbyt szybkim, jak na panujące warunki, po czym zamiast podjechać bliżej drzwi, czy na tył domu, pomknął w stronę bramy. Nigdy nie spodziewałby się, że taka asekurantka jak ona, potrafiła prowadzić w podobny sposób.

Przez chwilę poczuł nawet coś, co przypominało zaskoczenie pomieszane z dumą. W tej samej chwili zauważył jednak ciemny kształt, sunący w kierunku drzwi od strony fabryki. Wyglądał jak fala powodziowa, w której dało się dostrzec charakterystyczne zielono-czerwone stroje gnomów. Wyciągały ku górze małe łapki, wymachując pięściami nad głowami. Kilka stworzeń, tych w pierwszym rzędzie, niosło nieprzyjemnie wyglądające narzędzia, najwyraźniej zabrane z warsztatów i stajni. Krzyczały coś, ale Junior nie był w stanie wyłapać ani słowa.

– No żesz, co jest?

Przesunął zasuwkę w drzwiach, blokując je na wszelki wypadek. Nie spodziewał się podobnego widoku. Zanosiło się na bunt i to już pierwszego dnia jego panowania. Poczuł ogarniającą go panikę.

Postąpił kilka kroków w tył zastanawiając się, co powinien zrobić. Nadal nie czuł, by stało się z nim coś nadzwyczajnego. Spróbował skoncentrować się, wyczuć umysły, serca i myśli biegnących do chatki stworzeń. Nic jednak nie działało. Nie wiedział czy z jakichś powodów nie dysponował jeszcze mikołajową magią, czy też górę brało zdenerwowanie i strach. Znał teorię, ale najwyraźniej nijak nie miała się ona do rzeczywistości. Nie mógł zrobić nic, o czym mówiły czytane godzinami notatki.

Gnomy dotarły na podwórze. Otoczyły domek i zaczęły dobijać się do drzwi. Kilka razy zapukały, potem szarpały klamkę. Uderzały w pokryte mroźnymi wzorkami szyby. Część postanowiła spróbować szczęścia z wejściem kuchennym i kiedy tylko młodzieniec usłyszał dźwięk upadających na podłogę naczyń, rzucił się, by zablokować przejście pomiędzy częścią mieszkalną, a biurem Mikołaja. Zrobił to tak gwałtowanie, że potknął się o martwą nogę ojca i padł jak długi.

Zmełł przekleństwo i nie tracąc czasu na wstawanie z kolan, zatrzasnął drzwi. Przekręcił klucz i oparł się o drewnianą płaszczyznę. Gnomy na zewnątrz krzyczały w niebogłosy. Waliły w okna i drzwi, próbowały wspinać się na ściany, jakby liczyły na to, że przez dach szybciej uda im się dostać do środka. Te w kuchni przedostały się już do korytarza prowadzącego do biura. Junior słyszał, jak rozrabiają w kuchni, krzyczały, wyrywały sobie jedzenie i siały spustoszenie w spiżarni Śnieżynki. Spokojna do tej pory okolica zmieniła się w plac boju, a on czuł się tak samo, jak wcześniej.

Siedząc pod drzwiami uzmysłowił sobie z całą bolesnością, że nie tylko został sam, ale na dodatek stracił kontrolę nad absolutnie wszystkim. Zabicie ojca było jedynym, jak mu się wydawało, przemyślanym i stosunkowo udanym wydarzeniem tego dnia. Później nic nie poszło tak, jak powinno, a najgorsze w tym wszystkim było zachowanie jego matki.

– Sejf… – mruknął, gdy przypomniał sobie jej słowa.

Podpełzł do niewielkiej, metalowej szafki. Uznał, że skoro jego matka kazała mu tam zajrzeć, to zapewne wiedziała o czymś, co jego ojciec chciał przed nim ukryć. O czymś, co mogło pomóc opanować sytuację.

Może do przejęcia mocy potrzebny jest jakiś rytuał – pomyślał. – Albo zaklęcie? Nikt o tym nie pisał, nikt nie wspominał, ale to ma sens! Przecież nie można zostawiać na piśmie śladów wszystkiego.

Ujął w ręce staromodne pokrętło i delikatnie zaczął przestawiać je tak, by w odpowiedniej kolejności wprowadzić cyfry.

– Dwa, pięć – mruczał, z koncentracji między kolejnymi słowami wysuwając między wargi końcówkę języka. – Jeden i dwa. Pomysłowo, data świąt jako kod w domu Mikołaja. To też trzeba będzie zmienić.

Szarpnął drzwiczki, gdy tylko trzymające je bolce ustąpiły. Zaczął przerzucać znajdujące się w środku teczki. Znał na pamięć wszystkie rachunki i kopie umów międzynarodowych, które w nim spoczywały. Ostatniego lata segregował je i układał tak, by łatwo móc się w nich poruszać. Od sierpnia nie otwierał sejfu, dlatego nie zdziwił się widząc, że ojciec poprzekładał część papierów.

Na spodzie dolnej półki, pod całym stosem innych rzeczy, znalazł teczkę, której nie pamiętał. Była czerwona, ozdobiona liśćmi ostrokrzewu. Na wierzchu widniał wykaligrafowany ręką jego ojca napis:

Otworzyć po mojej śmierci. M.

– Pieprzony asekurant! Jakbyś nie mógł mi wszystkiego powiedzieć za życia! Nie mam czasu na te bzdety…

Szarpnął gumkę zamykającą teczkę i wyciągnął kartki. Nie były to, jak się spodziewał, wydruki komputerowe ani rękopis. Ich autor korzystał ze staromodnej maszyny do pisania, niektóre nosiły też ślady kalki.

– Ja pierdolę… – syknął tracąc nad sobą resztki kontroli. – Co to ma, kurwa, znaczyć? Papiery adopcyjne z 1973 roku?

Gwar na zewnątrz zdecydowanie narastał. W pewnym momencie dołączyły do niego dźwięki siekiery, którą jeden z gnomów próbował rozbić drzwi.

– Przecież tu jest moje imię? Oni mnie adoptowali?!

Moc dziedziczy każdy pierworodny – zawdzięczały mu w uszach słowa Andersona. – Syn z prawego łoża.

Pod dokumentami ze szwajcarskiego sierocińca znalazł plastikową koszulkę z jeszcze kilkoma kartkami. Wyjął je i przejrzał, zastanawiając się, ile czasu mu zostało.

– A to co? Akt urodzenia z 1956 roku?

Do dokumentów dołączone było kilka zdjęć człowieka, który jak wynikało z papierów, nazywał się Mikołaj von Mira. Na najstarszym mógł mieć nie więcej, niż piętnaście lat. Ostatnie pochodziło z tegorocznych wakacji. Był starszy od Juniora i w przeciwieństwie do niego, niezwykle podobny do Śnieżynki. Miał jej oczy, brwi i nos. Pod koszulką z głupawym nadrukiem zarysowywał się coraz potężniejszy brzuch.

– Test DNA? Watykańskie potwierdzenie pierworództwa? Nie… Nie… Jak on mi to mógł zrobić? Jak on, kurwa, mógł? A to co? Mail, telefon i aktualny adres na Kajmanach? No bez jaj…

Kolejne uderzenie siekiery przebiło się przez drzwi frontowe. Niewielka, ciemnoskóra rączka, zakończona zielonkawymi, spękanymi pazurkami, sięgnęła przez szparę do zasuwki. Chwyciła ją i mocno pociągnęła.

Junior wstał powoli, wziął do ręki pistolet i wycelował w stronę drzwi.

– Zostało jedenaście pocisków… Dziesięć dla was.

Grudzień 2013

 

Reblog: Pory roku /Jahreszeiten

Aga Koch

Gedichte & Bilder | Poezja & fotografia

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive
die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind,
mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Tyle jesieni w ogrodzie
tyle złota
stoi i zadziwia
i przenika

zawisło na gałęziach
jak firanki czy koronki
lub drżące talarki
które mrugają zwiewne

tyle złota
spoczywa
dywanem kosztownym
ziemię przykrywa

aż ciepło do serca przypływa
– bogactwo niczyje
a wierne

Es ist so viel Herbst im Garten
so viel Gold
es steht und bringt zum Staunen
und dringt durch

an Ästen hängengeblieben
wie Spitzen oder Gardinen
oder auch kleine Taler, die vibrieren
und luftig zwinkern

so viel Gold
ruht hier
und bedeckt die Erde
wie ein kostbarer Teppich

und den Herzen Wärme bringt
– ein Reichtum, was keinem gehört
treu für immer

Pan Przymrozek

chodzi po dachach
czasami stąpa po trawnikach
najchętniej nocą
przed jasnym promieniem dnia ucieka
jeszcze tylko niepostrzeżenie
listki w koronki zaczaruje…
ciszą otulony
w lekkich tonach bieli
aksamitny
słychać jego oddech

Herr Frost der Sanfte

wandert auf Dächern
Rasen durchstreift er manchmal
und das am liebsten nachts
er flüchtet vor hellen Strahlen des Tages
nur noch verzaubert er unauffällig
Blättchen in Spitzen…
in Stille geborgen
in leichten Weiß-Tönen
samtig
hört sich sein Atem an

Zapełniło się w ogródku
nawet ciasno tu trochę

cała paleta zieleni
tylko wziąć pędzel –

jest też biel
i błękit
i rdza dachów pomiędzy

i ta wiosna!

Voll ist es im Garten geworden
eng sogar ein bisschen

eine ganze Palette an Grün-Tönen
einen Pinsel möchte man nehmen –

es gibt auch Weiß
und Hellblau
und die Rostfarbe der Dächer zwischen

und den Frühling!