Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Legenda o Warszawie – odcinek VI

Wiktor Ostrowski

Wolność

Wczesny ranek. Nocne mgły jeszcze unoszą się nad rzeką i  brzegiem. Bożenka z psem udają się w dalszą wędrówkę. Dziewczyna  już jest bardzo zmęczona swą wędrówką i ostatnimi przeżyciami. Idzie powoli, ale nie stara się iść wodą. Wie, że po śladach już nikt do niej nie dojdzie. Nie ma co się spieszyć. Marzy o zatrzymaniu się na długi czas, może nawet na całą jesień i zimę. Mimo obecności psa czuje się bardzo osamotniona. Tęskni za ludźmi, ale tylko ludźmi dobrymi. Wciąż myśli o Warszu i głośno płacze na  jego wspomnienie. W takich razach pies stara się ją pocieszyć, skacze na nią, łasi się i dopina tego, że dziewczyna uspokaja się.

Tak, mogłaby prowadzić osiadłe życie, byle z nim, z ukochanym. Teraz byłaby dobrą żoną, bo przecież przez czas swej wędrówki zmężniała, mięśnie ma, jak ze stali i nie lęka się niczego, ale samotność wciąż jej ciąży.

Puszcza rozrzedza się, jednocześnie blask słońca pokonuje mgły. Puszcza kończy się, przechodząc w wielką polanę na samym  brzegu rzeki. Dziewczyna staje, jak wryta. Na pierwszym planie widzi suszące się sieci rybackie. Polana zalana jest promieniami słońca.

/Uwaga!/ To przejście ma być podkreślone światłem i ostrością konturów. Przejście od mroków puszczy – świata nieco irrealnego, do tej polany, pełnej gwaru, na której pracuje 60 chłopców  i dziewcząt, wznoszących chaty, kopiących ziemię, grodzących wokół całej polany zasieki, narządzających łodzie, krzątających się, wesołych, przekrzykujących się i śpiewających.

Bożenka nie wie, kogo ma przed sobą – czy to swoi, czy może Prusowie. Nie wie, czy nie czeka jej jeszcze gorsza niż w grodzie niewola… Ale nim dopadła krzaków, aby się tymczasem skryć, nim zdołała pomyśleć i zastanowić się – pies z głośnym ujadaniem  skoczył prosto w gromadę pracujących dziewczyn. Te poznają go momentalnie: to Ryk – pies Bożenki. Skąd się wziął? Ale pies ciągnie je wyraźnie w stronę kryjówki Bożenki. Dziewczęta biegną  i dopadają krzycząc, śmiejąc się i płacząc. Bożenka widząc Żywię, Sławę i inne dziewczęta, słabnie i pada zemdlona. Ale ją podtrzymują, cucą i głośno wołają Warsza.

Bożenka odzyskuje siły, widzi biegnącego do niej Warsza, po chwili pada w jego objęcia. Pies na nich skacze z radości.

Leżąc wygodnie na wiązce trawy Bożenka tuli się do Warsza i  opowiada mu bezładnie swoje dzieje. Gromada zaniechała pracy, wszyscy siedzą wkoło, pies leży z głową na kolanach Bożenki.

Dagniew opowiada Bożence o ich dziejach, i o postanowieniu  ustanowienia Warsza jako grododzierżcy. Teraz – mili – już u nas  nie ma samotnika. Tu będzie osada, może potem gród, a może my tu  stworzymy wielką gromadę – gromadę wolnych ludzi.

Bożenka będzie – jest już – żoną Warsza – Warszową. I tak   się zowie nasza osada: Warszowa!

Teraz – mówi Dagniew – na dziś skończone praca. Skończyły  się smutki, zginęło zło. Nie ma niebezpieczeństwa, pogoni, zginął Rosław, tak jak ginie każdy zły człowiek. Dziś weselmy się. Dzisiaj – pierwsze u nas sobótki.

Wieczór zapada. Na polanie nad rzeką płoną liczne ogniska. Dziewczęta i chłopcy tańczą i śpiewają.

Piosenka:

Wyrwaliśmy się z uwięzi
Tnijmy drzewa i gałęzie
xxxxxxxMłode ręce i ramiona,
xxxxxxxKażde z nas co chce – dokona
Mocniej, bracie, bij toporem:
Poradzimy sobie z borem
xxxxxxxPiękne chaty postawimy,
xxxxxxxMy się zimy nie boimy.
Będziesz siać, łowić, polować
Na mróz musim jadło schować.
xxxxxxxRazem, chłopcy i dziewczyny
xxxxxxxPiękne chaty postawimy.
Dagniew z Warszem łódź nam skleci
Sława z Żywią wiążą sieci,
xxxxxxxPieśń rozbrzmiewa, ogień płonie,
xxxxxxxPraca co dzień pracę goni.
Nikt nas nie gna, nikt nie bije,
W ciężkiej pracy każdy żyje.
xxxxxxxNa wolności – choć przy pracy.
xxxxxxxNie jak w grodzie, a inaczej.
Wyrwaliśmy się z tej matni
Chłop z nas każdy nie ostatni
xxxxxxxA dziewczyny się zwijają
xxxxxxxI, jak mogą, pomagają
Razem wszyscy pracujemy
A po pracy tańcujemy.
xxxxxxxI tak w tańcu, śpiewie, trudzie
xxxxxxxŻyjemy my – wolni ludzie.

W oddali widać płonące ogniska i dziewczęta z chłopcami igrający i tańczący. Na pierwszym planie – na samym brzegu rzeki /zdjęcie od strony rzeki/ siedzi Bożenka i Warsz, u stóp ich leży  pies. Bożenka, przytulona do Warsza, kończy swą opowieść. Zniknęło wszystko złe, które im zagrażało. Już jest bardzo dobrze. Wprawdzie nie zagoiły się jeszcze wszystkie blizny i sińce na ciele dziewczyny, ale już jest ona szczęśliwa. Mówi: – Wszystko  tu nowe, wszystko młode, wszystko radosne i przyjazne. Ta wiara w lepsze jutro towarzyszyła Bożence w całej jej wędrówce i spowodowała, że dziewczyna wszystko przetrwała i wytrzymała. Ta polana pełna życia, co się zwie Warszowa, ta chata Warszowa, łódź Warszowa i ona, Bożenka też jest Warszowa.

Odjazd kamery i zdjęcia następne wykonywane są jakby z drugiego brzegu rzeki. Widać jeszcze grupkę dwojga młodych z psem i ogniska na drugim planie.

Z wody wyłania się Syrena, trzymająca w rękach tarczę i miecz  i na tle ognisk i nowo tworzonej osady śpiewa pieśń o Warszawie.

Podczas śpiewu zmienia się tło obrazu z przenikaniem – i ukazują się:

Warszawa – osada
Warszawa – duża wieś
Warszawa – gród
Warszawa – miasto – czasy wojen szwedzkich
Warszawa – czasy stanisławowskie –
powstanie kościuszkowskie
powstanie 1831
powstanie 1863
Warszawa – w dniach I wojny światowej
Warszawa – międzywojenna
Warszawa – Obrona Warszawy 1939
okupacja – akty zbrojne
powstanie 1944 – zniszczenie Warszawy
oswobodzenie Warszawy
odbudowa – lata pięćdziesiąte
stan obecny
wizja Warszawy przyszłości

W czasie śpiewu Syrena przy słowach “stanę tak…” wznosi miecz i osłania się tarczą, przybierając klasyczną postać herbu Warszawy.

Końcowa strofy powtarza chór przy dźwięku fanfar triumfalnych,  za syrena błyszczy słońce, obejmując jej postać promiennością i ten  obraz jest końcowym momentem filmu.

Pieśń Syreny

U brzegu wód, wśród letniej nocy,
Puszczy szelestów, szumu drzew,
Tajemne siły, czary, moce
I tura ryk, i wilczy zew
I zapomnianych bogów gniew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Uszły już duchy z miast i grodów
Z rycerskich zamków, kmiecych chat,
Tam chwalą teraz nowych bogów,
Lecz wiele wieków, wiele lat
Przejdzie, nim puszczy zamrze zew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Prastarej Wisły szumią fale
Pod toporami padnie las
Wartownik czuwać będzie stale
W grodzie nad Wisłą, koło nas,
Trwać będzie wrogim mocom wbrew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Na brzegu Wisły gród się wzniesie,
Mieszkać tam będzie dzielny lud,
Tam gdzie pląsały skrzaty w lesie
Człowiecza dola, twardy trud
I inny dźwięk niż szelest drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
A biały orzeł, zwiastun sławy
Dumny polskiego ludu znak –
Lecz grodu znak, lecz znak Warszawy,
To ja, Syrena, stanę tak
I da Warszawie mężną krew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Choć całą mocą wróg uderzy
Nie zniszczy ogień jej ni miecz
I niech Warszawa w gruzach leży
Ucieknie wróg z jej murów precz.
walczy Warszawy lud jak lew
Pod Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Warszawa z gruzów znów powstanie,
Warszawa wiecznie będzie trwać,
Zwycięskim ludem są Polanie,
Zwycięstwa hymn Warszawie grać
Będą korony starych drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew

Ustawiony nad Wisłą w kwietniu 1939 roku pomnik spiżowy autorstwa Ludwiki Nitschowej; do postaci Syreny pozowała Krystyna Krahelska, poetka, harcerka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej. Zginęła w drugim dniu Powstania Warszawskiego. Foto: Maria Kowalska

Von Berlin nach Breslau, von Breslau nach Berlin

Do. 22.06.2017 um 19.00 Uhr
im Sitz der Alexander und Renata Camaro Stiftung

Camaro Haus, Potsdamer Str. 98A, 10785 Berlin
Präsentation des Ausstellungsprojektes

Sehnsucht und Freiheit

Otto Mueller und die Malerei der Moderne zwischen Berlin und Breslau

Davor, um 18.15 Uhr: Führung durch die aktuelle Ausstellung „Tribute to Iris Barbura“ – eine Würdigung der rumänischen Tänzerin der Moderne (1912-1969)

Anmeldung erforderlich: deutsches@kulturforum.info

***

Die Ausstellung über Otto Müller und die Breslauer Kunstakademie wird in Berlin und Wrocław gezeigt:

28. September 2018 bis 3. März 2019 Neue Galerie im Hamburger Bahnhof – Museum der Gegenwart – Berlin

Vorauss. April bis Juni 2019 Nationalmuseum Wrocław

Die Beratung zum polnischen Teil dieses internationalen Ausstellungsprojekts übernahm aufgrund Ihrer wissenschaftlichen Tätigkeit auf diesem Gebiet Dr. Lidia Głuchowska, die im Rahmen eines regelmäßigen Austausches in Übereinstimmung mit den involvierten Projektpartnern die deutsche Projektleiterin Dr. Dagmar Schmengler und ihre Assistentin MA Agnes Kern von polnischer Seite mit Expertise begleitet.

Eine Besonderheit des kuratorischen Konzeptes ist das Prinzip des ‚Gastes’: das heißt Bilder, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und/oder interkulturell, insbesondere im deutsch-polnischen Kontext, auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann: das Einbeziehen Polnischer Expressionisten (z.B. Witkacy, Stanisław Kubicki, Jerzy von Hulewicz) ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken sie die deutsch-polnische Ausrichtung dieses Projektes.

Stanisław Kubicki, Der Heilige und die Tiere, Öl auf Leinwand, 1932, Privatbesitz Berlin

Mehr zum Programm der Projektvorstellung entnehmen Sie bitte dem Flyer:

 

Nowa polska proza z Berlina

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Czarny Protest pod Czerwonym Krawatem
Skrót opowiadania

Szedł pod czerwonym krawatem. Zawiązał go odrobinę mocniej, niż trzeba było. Tak, by było to zauważalne. Symbolika często trafia do tłumów bardziej, niż nawet najbardziej dobitne argumenty. Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu brać udział w takim proteście. Nie w XXI wieku, nie w środku Europy,

Jeszcze do niedawna nie spodziewał się, że przyjdzie mu walczyć o coś tak najbardziej podstawowego i oczywistego, jak nienaruszalność osobista, jak prawo do dyspozycji własnym ciałem, o swą autonomię. O prawo do decyzji. O Coś, co mogło by się zdawać, przysługuje każdemu z nas, z osobna. Po tym, jak historia nauczyć nas miała już ponoć, iż nie ma nic ważniejszego nad prawa człowieka i jego wolność – iż naruszanie tego w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek, choćby najbardziej szczytnym celu, zawsze nieuchronnie prowadzi do katastrofy. W czasach, gdy nawet nie umieszcza się już nazwisk na domofonach w trosce o ochronę prywatności, on musiał iść na ulicę bronić tego, co najcenniejsze – niepodważalności tego, iż ludzka istota ma kurewskie prawo do swojego ciała i swobodnego nim zarządzania. Mógł spodziewać się konieczności walki o cokolwiek, ale nie o to. Naprawdę nie o to…

Poczuł się jakby podwójnie spoliczkowany. Wpierw, gdy wszelakiej maści znawcy i znawczynie tematu rozpoczęli ogólnopolską dyskusję o prawie do dysponowania własnym ciałem przez dorosłego człowieka, podpierając swoje tezy bądź to radykalizmami religijnymi, bądź to wątpliwymi moralnie przesłankami tudzież setkami badań klinicznych. To odczuwało się tak, jakby ktoś wkradł się do najgłębszego zakamarka twojej podmiotowości i zaczął sobie wycierać tam swe oblepione obłudą buty.

Te wypowiedzi wywołały w nim złość z nutą dobrze zasianego strachu. Takiego, który, wiesz to, będzie w tobie rósł, aż uwierzysz, że nie masz tak naprawdę prawa do siebie samego. Później przyszła pora na drugi policzek – gdy usłyszał od swoich przyjaciółek, od swoich sióstr i matki, że to wszystko to tylko temat zastępczy. Że władza mydli nam oczy, by przepchnąć gdzieś bocznymi drogami nową ustawę o podatku drogowym – a ten to dopiero uderzy po kieszeniach dużą masę ludzi, zwykłych obywateli. I że, w gruncie rzeczy, się z nim zgadzają, ale jest teraz całe mnóstwo innych istotnych spraw, które są dla Polek i Polaków ważne, a ta cała ustawa o ochronie ludzkiego życia to tylko pic na wodę fotomontaż. Nic istotnego, nie można dać się zwariować.

Temat zastępczy. Tak go nazwały. Jego, jego podmiotowość, osobowość, poczucie wartości i przestrzeń osobistą, jego prawo do dysponowania swoim ciałem i swoim życiem. Wszystko było istotniejsze od niego – podatek drogowy, dochodowy, stopa bezrobocia i wreszcie i nowa ustawa o wyborze radnych do sejmików wojewódzkich.

Gdy pojawiły się pierwsze przesłanki o planowanym projekcie ustawy o tak zwanej ochronie życia, wielu myślało, że to jakiś żart. Coś tak niedorzecznego nie mogło się wydarzać. Nie w społeczeństwie, które zachowało choć resztki zdrowego rozsądku. A jednak się wydarzało.

Gdy po raz pierwszy usłyszał głos lektora w audycji na temat nowego pomysłu legislacyjnego, przeraził go spokój i opanowanie głosu czytającego. Jakby nie było w tym niczego strasznego, niczego, po czym zapala się komuś czerwona lampka ostrzegawcza.

Wszystko zaczęło się od wprowadzenia na rynek nowego przyrządu ratującego życie o nazwie PumpLife. Pozwalał on na podłączenie pozostającej w śpiączce osoby do mózgu i serca innego człowieka, co ze znakomitą skutecznością powodowało, że pacjent odzyskiwał nie tylko świadomość, ale i zdrowie. Skoro przyczyniało się to zaś w tak efektywnym stopniu do ratowania ludzkich istnień, szybko pojawił się pomysł upowszechnienia tejże metody i wprowadzenia prawnych gwarancji jej obowiązkowego stosowania. Wszystko inne można by było nazwać tylko morderstwem. Bo czymże innym jest odmowa udzielenia pomocy, gdy zagrożone jest ludzkie życie?

Tak to pojawiła się koncepcja, by każdy mężczyzna, który brać będzie udział w ewentualnym wypadku drogowym, był potencjalnym „dawcą“, czyli, jak lubili mówić zwolennicy owej ustawy, „opiekunem“ innej ofiary tego samego wypadku. Wielu wydała się ona najlepszym z możliwych rozwiązań.

Dotyczyło to każdego, bo każdy, biorąc czynny udział w ruchu drogowym, jest przecież świadomy ewentualnych tego, często drastycznych konsekwencji. Jeśli ktoś nie chce, by zakwalifikowano go jako „dawcę z ruchu drogowego”, niech po prostu w nim nie uczestniczy. A że ustawa dotyczyć będzie tylko mężczyzn? Wiadomo przecież, że mężczyźni są silniejsi fizycznie od kobiet. To Natura ukształtowała ich jako najlepszych z możliwych „dawców“, a z Naturą dyskutować przecież nie można. To geny, biologia, niezaprzeczalne fakty. Trzeba umieć udźwignąć brzemię, jakim obarcza nas nasza płeć.

Jeśli po jednej stronie mamy życie niewinnych ludzi, a po drugiej jedynie ewentualny dyskomfort innego człowieka tudzież jakiś uszczerbek na własnym zdrowiu psychicznym i fizycznym, to rachunek jest prosty. Każde życie jest takie samo, nie wolno go wartościować. Dlaczego skazywać kogoś na śmierć, skoro jest obok ktoś, kto może do tego nie dopuścić? „Nie zabijaj“ – to przykazanie przyświeca europejskiej kulturze od wieków, każda inna droga to nieuchronna cywilizacja śmierci.

Ustawa przewidywała dziewięciomiesięczny okres połączenia „dawcy“ z „biorcą“. To pozwalało, dzięki nowoczesnej technice, popartej najnowszymi badaniami, na efektywną rekonwalescencję pacjenta. Następnie „opiekun“ był zobowiązany do oddawania swojemu „biorcy“ krwi przez następne 18 lat. To wzmacniało efekty terapii. W razie gdyby – z różnych przyczyn – transfuzja taka nie była możliwa, obowiązek znalezienia odpowiedniej krwi leżał na barkach państwa i Funduszu Zdrowia. Proste i przejrzyste zasady, wszystko w imię ochrony życia, szczytnego i jakże prawego celu.

Protesty pojawiły się od razu. „Nikt nie będzie z nas robił inkubatorów“, „Nie jesteśmy maszyną, jesteśmy ludźmi“, „Moje ciało, moja sprawa“ – to tylko niektóre z haseł na transparentach, z którymi mężczyźni zdążyli już przemaszerować w wielu miastach Polski. „Mordercy!“, „Egoiści!“, „Nihilistyczni samcy!“ – tak krzyczano w ich stronę nie jeden raz. Tak odbywało się to na ulicach.

Medialna debata zahaczyła zaś o wszelkie z możliwych badań na całym świecie, o wszelkie prądy i myśli w historii filozofii, zacytowano już każdy z pasujących cytatów z Pisma Świętego, wypowiedział się już prawie każdy możliwy znawca – od polityków, przez publicystów, profesorów i księży. Podmiotowość człowieka, te dwa słowa wypowiedziano jednak o wiele razy za mało. Ważne było tak zwane prawo do (prze)życia. Istotne były ich sumienia, przekonania, słupki wyborcze i moralne potyczki. Nie liczyła się jedynie godność mężczyzny i jego niepodważalne prawo do decydowania o własnym ciele i życiu.

Na to nie mogli pozwolić. Jeszcze im pokażą, jeszcze ich usłyszą. Nikt nigdy więcej nie nazwie ich tematem zastępczym, nikt nie zrobi sobie z ich ciała maszyny do utrzymywania życia. Mają swoje prawa, i nikomu nie pozwolą im sobie zabrać. Historia nauczyła nas już niejeden raz – kiedy depcze się prawa człowieka, to nieuchronnie zbliża się zagłada. On i wszyscy inni, dumni mężczyźni, będą walczyć z każdym, kto zechce deptać ich prawo do wolności, prawo do decyzji. Przecież nie mogą ich do tego zmusić: to jest ich ciało, ich sumienie, ich decyzja…

Za symbol wybrali krawat w kolorze czerwieni – niczym krwi, którą chcą im zabrać bez ich zgody, bez pozwolenia – jak cielakowi prowadzonemu na rzeź. Ciasno zawiązany, zabierający im niezbędne do życia powietrze, wolność, której oddać nie chcą i nie potrafią. Całą akcję demonstracyjną nazwali Czarnym Protestem. Jako symbol śmierci ludzkiej godności, jako kradzież wolności. Przemaszerują zwartym i zdecydowanym krokiem ulicami Warszawy i wszystkich innych miast. Czarne koszule, czerwone krawaty. Razem – przeciwko uciskowi i temu, iż ktoś uzurpuje sobie prawo do dysponowania nimi jak rzeczami.

Pójdą tyle razy, ile będzie trzeba. Mają nadzieję, że dołączą do nich kolejni – także kobiety. One przecież muszą zrozumieć, jak to jest, gdy ktoś zabiera ci wolność. Muszą umieć postawić się w ich sytuacji. Już nikt nigdy nie powie, że sprawa męskiej podmiotowości to temat zastępczy. Że istotniejsze są podatki.

Zniosą każdą obelgę i każde znieważenie. Jeśli ktoś wchodzi w twoją intymność z buciorami i robi sobie z niej śmietnisko dla oczyszczania swoich sumień lub toczenia politycznych gierek, to wtedy żarty się kończą. Wtedy rozpoczyna się wkurwienie.

Wszystkie opisane powyżej wydarzenia są fikcyjne. Nikt w dzisiejszym świecie nie odważył by się podważyć prawa mężczyzn do podmiotowości, własnego ciała i wolności wyboru. W ten sposób traktuje się jedynie kobiety…

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 1

Od jakiegoś czasu autor tego wpisu lajkuje różne posty na moim blogu, zajrzałam więc do niego, żeby zobaczyć, cóż ci on za jeden. Poczytałam to i owo, przeskakując z wpisu na wpis, i nagle zdębiałam… Dlaczego? O tym już niech autor sam napisze. Będziemy tę historię czytać jeszcze przez trzy najbliższe czwartki. A może i potem też, po prostu o podróżach i życiu, zobaczymy…

Przekraczając granice

Czy aby na pewno?

Wpis z 27 marca 2016 roku

Wielu z nas często myśli o tym, że chciałoby zapomnieć o jakichś chwilach, zdarzeniach z życia, czy traumach. Ja pewnie też wiele razy tak myślałem, do czasu aż… wyjechałem do Maroko i wybrałem się w góry Atlas, gdzie w wyniku wypadku lub napaści straciłem pamięć. Tak, tak nie pamiętam całego swojego życia, całych 43 lat, aż do momentu opuszczenia szpitala w Marakeszu (obecnie jestem w Polsce pod opieką neurologa i psychologa, którzy są dobrej myśli i twierdzą, że pamięć wróci mi w ciągu kilku miesięcy, choć możliwe, że nie cała).

Ta podróż miała być pewnie kolejną, z której relacjami miałem się z Wami dzielić, i co nawet, z tego co widzę na tym blogu, zacząłem się z tego wywiązywać. No cóż, pech, karma, czy ludzka głupota zniweczyły moje plany.

mozg

Moje „nowe” życie zaczęło się pewnego lutowego wieczora, z chwilą opuszczenia szpitala, gdy całkowicie zdezorientowany, bez bagażu i pieniędzy (130 dh, teoretycznie starcza na przysłowiowe waciki) zacząłem się błąkać po ulicach jednego z piękniejszych marokańskich miast. W wielkim białym bandażu na głowie i twarzy w dużych świeżych strupach krwi, nie budziłem zbytniego zaufania, choć prawdę mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie trafiłem na plac budowy, gdzie znużony schowałem się za krzakami i ułożyłem do snu na betonowej płycie – temperatura kilka stopni powyżej zera nie przerażała mnie, mój umysł przestał pracować, chciałem tylko jednego – spać.

Gdy obudziłem się, zaczęło już szarzeć niebo, zaczynał się nowy dzień – mój pierwszy dzień walki o powrót do kraju i odzyskanie pamięci.

Ze znalezionego w kieszeni moich bojówek paszportu poznałem swoje imię i nazwisko, oraz dowiedziałem się że jestem Polakiem, natomiast w głowie dudniły mi dwa słowa „konsulat” i „Agadir”. Powłócząc nogami (utrata krwi i brak jedzenia i wody), poczłapałem w kierunku, który wskazał mi napotkany po drodze człowiek. Po dość długim marszu, często przerywanym postojami na złapanie oddechu, dotarłem w okolice dworca kolejowego i autobusowego. Jacyś ludzie wskazali mi kasy tego drugiego. Ledwie słyszalnym i drżącym głosem spytałem o cenę biletu do Agadiru, i tu moje pierwsze zdziwienie – 100 dh, opatrzność nade mną czuwała. Kupiłem bilet, mój autobus odjeżdżał za 4 godziny, więc usiadłem na siedzeniu w poczekalni i zapadłem w sen. Nie dane mi jednak było wypocząć, mój niechlujny wygląd, oraz ubranie i buty przesiąknięte zaschniętą krwią przyciągnęły uwagę policjanta, który zaczął coś do mnie mówić. No tak, ale bądź tu człowieku mądry i zrozum arabski, sięgnąłem więc do kieszeni i podałem mu mój bilet, o dziwo wystarczyło, odczepił się. Gdy znowu przysypiałem, ten uparty gość znowu stanął przede mną, grrr – czego on znowu chce, pomyślałem, a on zaczął dawać mi znaki, żebym za nim poszedł, co było robić, wstałem i poszedłem. Wyszliśmy przed budynek, a on zaczyna pokazywać mi moją kieszeń, po raz kolejny wyciągnąłem i pokazałem mu bilet, facet go złapał wyciągnął długopis i zaczął skreślać informacje o godzinie odjazdu i miejscu w autobusie, zawzięcie przy tym mówiąc (oczywiście po arabsku). Za chwilę wziął mnie pod rękę i zaprowadził do stojącego nieopodal autobusu, palcem wskazał na tablicę z kierunkiem jazdy i wepchnął mnie do środka, okazało się, że we wcześniejszym autobusie do Agadiru było jedno miejsce wolne. Idę spać, pomyślałem, i tak też zrobiłem, spałem całą drogę.

Po kilku godzinach jazdy, bynajmniej nie pokrzepiony snem, wraz z innymi ludźmi wyszedłem na płytę dworca w Agadirze. Jako że Maroko jest państwem policyjnym, nie miałem problemu ze znalezieniem policjanta, którego zacząłem wypytywać o konsulat (no dobrze wypytywać to za dużo powiedziane, rzucałem słowami – nic nie pamiętam, gdzie jest polski konsulat, proszę o pomoc). Po konsultacjach ze swoim kolegą, policjant wskazał mi drogę na… komisariat policji. Gdy po około 20 minutach doczłapałem we wskazane miejsce okazało się, że niestety nikt tam nie zna angielskiego, że o polskim już nie wspomnę (Maroko to kraj francuskojęzyczny, a i w tym języku wielu nie potrafi tam rozmawiać). Po kolejnych konsultacjach wsadzono mnie do przejeżdżającej taksówki i podano taksówkarzowi cel podróży, o jak ja się głupi cieszyłem, że zaraz trafię w polskie ręce. Taksówka zatrzymała się pod dużym budynkiem, który okazał się głównym komisariatem policji w Agadirze (kolejne drobniaki opuściły moją kieszeń), tam znowu od początku zacząłem tłumaczyć o co mi chodzi i znowu zostałem odesłany, tym razem na drugą stronę tego budynku, gdzie w końcu ktoś mnie zrozumiał, po 10 minutach oczekiwania dostałem karteczkę z dwoma numerami telefonu i informacją, że w Agadirze nie ma polskiego konsulatu i mam sobie do niego zadzwonić. Dla nich sprawa była załatwiona, nawet nie chciano mi użyczyć telefonu (mój został mi skradziony).

Zrezygnowany wyszedłem na ulicę i nie wiedząc gdzie się udać, zacząłem pierwszy raz tego dnia płakać. I wtedy natknąłem się na wychodzącego z pracy, porządnie i schludnie wyglądającego policjanta, który o dziwo podszedł do mnie i spytał po angielsku, co się stało, gdy wyjaśniłem mu ciągle zalewając się łzami, jaki mam problem, wziął ode mnie kartkę z numerami i wyciągnął swój telefon, niestety się nie dodzwonił, ale nie poddał się. Powiedział mi, że mam iść za nim i wsiedliśmy do jego prywatnego samochodu, po czym pojechał ze mną na posterunek policji turystycznej, gdzie od wejścia zrobił straszną awanturę, po której od razu się mną zajęto. Dostałem małą butelkę wody, a po chwili podjechał policyjny bus do którego przedniej kabiny mnie załadowano, około pół godziny krążyliśmy po mieście, aż w końcu się zatrzymaliśmy. Głowa sama mi już opadała i zaczynał się kolejny etap mojej „wszystkojedności”, poczułem jednak lekkie szturchnięcie, to młody policjant w koszulce z dużym sierpem i młotem okraszonej napisem CCCP, coś mi z uśmiechem pokazywał. Gdy mój wzrok podążył za jego palcem ujrzałem łopoczącą na wietrze flagę, miała barwy biało-czerwone, a na jej środku dumnie prężył pierś orzeł w koronie – znowu poleciały mi łzy, tym razem z radości i ulgi. Niestety po około dwudziestominutowym postoju pod, jak się później okazało, polskim konsulatem honorowym, pojechaliśmy znowu na komisariat policji, gdzie powiedziano mi, że mam się nie denerwować, bo wszystko już będzie OK i zaraz przyjdzie, ktoś znający język polski i zajmie się moją sprawą. „Zaraz” trwało kilka godzin, w czasie których zapadłem w sen. Obudził mnie stojący Marokańczyk, który łamanym polskim (nauczył się go podczas kilkuletniego pobytu w Poznaniu), uspokoił mnie, że wszystko już jest załatwione i zaraz pojedziemy do hotelu, gdzie będę przebywał aż do wylotu do Polski.

Dalszą część mojej marokańskiej historii opiszę jutro, a zapewniam Was, że działo się jeszcze dużo nim wróciłem do kraju.

Ale u mnie nie ma tak dobrze, dalszego ciągu historii dowiecie się za tydzień. Na pociechę zacytuję Wam tu jeden z komntarzy, zamieszczonych pod tym wpisem: Gdyby nie to, że zdarzyło Ci się to naprawdę, można by pomyśleć, że to scenariusz jakiegoś kryminału. Ale jesteś w Polsce, żyjesz, zatem mogę spokojnie poczekać na dalszy ciąg opowieści.
Adminka

Stuart 25

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Joanna Trümner

Zmiany

Stuart przedłużył pobyt w Anglii o tydzień, koniecznie chciał być na pogrzebie wuja, który nawet zza grobu dalej odgrywał w jego życiu rolę anioła stróża. W dniu pogrzebu w kancelarii notariusza w Camden Town rodzina poznała testament zmarłego. Stuart-senior przekazał dzieciom swojej siostry – Stuartowi i Kate po piętnaście tysięcy funtów. Najstarsza siostra Eve wymieniona była w testamencie pełnym ironii zdaniem: „Eve w bardzo konsekwentny sposób wyegzekwowała ode mnie swój spadek na długo przed moją chorobą. Życzę jej więcej szczęścia i pokory w życiu.” Z niesmakiem Stuartowi przeszła przez głowę myśl. „Na pewno przeczuwała to i dlatego nie przyjechała do Londynu, tłumacząc się chorobą dzieci”. Matka dostała w spadku po bracie najcenniejszy, warty kilka tysięcy funtów obraz z jego galerii, a wieloletni partner życiowy Brian odziedziczył dom i pozostałe obrazy. Podczas odczytywania testamentu wuja Stuart pomyślał, jak przyda mu się ta odziedziczona suma. Po zakupie pierścionka zaręczynowego i niespodziewanej podróży do Anglii konto w banku świeciło pustkami: „On mi nawet po śmierci umie pomóc”, pomyślał z wdzięcznością.

Podczas tego pobytu w Anglii, który stał pod znakiem choroby i śmierci Stuarta-seniora, zabrakło mu czasu na wizytę w domu rodzinnym w Walton. Zdaniem Kate niczego nie stracił: „Tam nic się od twojej ostatniej wizyty nie zmieniło i nie zmieni. Powinniśmy być szczęśliwi, że udało nam się stamtąd wyrwać”.

W samolocie do Sydney Stuart doszedł do wniosku, że po tylu perypetiach życiowych wraca do miejsca, które stało dla niego domem… Na lotnisku czekali na niego rodzice Meg. Rozpoznał ich od razu w tłumie – byli tak zajęci rozmową, że wydawać by się mogło, że cały świat dookoła przestał dla nich istnieć. Liza przywitała go z uśmiechem: „Meg czeka w domu, zdziwisz się, jak szybko dochodzi do siebie”.

Mieszkanie bardzo zmieniło się podczas jego nieobecności – w wazonie stały świeże kwiaty, lodówka wypełniona była po brzegi, panował sterylny porządek, nigdzie nie leżały jego porozrzucane w pośpiechu po podłodze ubrania. Wprawiło go to w zakłopotanie, ze wstydem przypomniał sobie bałagan, jaki zostawił przed wyjazdem do Anglii. „Najważniejsze, że w końcu Meg jest z powrotem w domu”, pomyślał całując ją na przywitanie. I mimo że odwzajemniła jego pocałunek. nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest między nimi dystans, że ostatnie cztery miesiące wprowadziły do ich związku element obcości i to go przeraziło. „Przecież nic się między nami przez ten cholerny wypadek nie zmieniło”, pomyślał, próbując uspokoić sam siebie.

Ale jednak Stuart coraz silniej czuł, że coś się jednak zmieniło. Meg nie wróciła jeszcze do pracy, spędzała czas w domu, a trzy razy w tygodniu chodziła do położonego o kilka ulic dalej gabinetu na fizjoterapię. Wieczorami często wychodziła, tłumacząc, że „musi nadrobić zaległości towarzyskie”. Wracała z tych spotkań w środku nocy. Jej dziwne zachowanie bardzo go bolało i zdecydował się na przeprowadzenie z nią rozmowy. Czuł, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Ciągle jeszcze miał nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys, część procesu rekonwalescencji, tym bardziej, że sypiali ze sobą i za każdym razem przeżywali to bardziej intensywnie i piękniej niż przed jej pobytem w szpitalu: „To trochę tak, jakby to miał być ostatni raz”, pomyślał Stuart wstając po kolejnej nieprzespanej nocy do pracy.

Przez kilka dni zastanawiał się, jak zacząć tę rozmowę, wreszcie w słoneczne niedzielne popołudnie odważył się zapytać Meg wprost: „Czy coś się między nami zmieniło? Obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy szczerzy”. Meg unikała jego wzroku i dopiero po długiej chwili powiedziała: „Zakochałam się w kimś innym. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, w tym nie ma ani twojej ani mojej winy”. Z rozgoryczeniem Stuart przypomniał sobie, że dokładnie tymi samymi słowami uspakajał niedawno w szpitalu w Londynie wyrzuty sumienia Briana.

„Czy to ten lekarz, który cię operował?”, zapytał Stuart, chociaż w duchu znał odpowiedź na to pytanie. „Tak, to on. Uwierz, naprawdę nie sądziłam, że coś takiego może mi się zdarzyć. Byłam pewna, że to z tobą jest prawdziwe i takie na zawsze”. „Ale nie było”, powiedział Stuart, czując jak drży mu głos. „To nie tak. Dużo o nas myślałam, nie wiem, kiedy staliśmy się przede wszystkim parą przyjaciół, dwójką ludzi, która idzie razem przez życie, kiedy to, co uważałam za miłość, zmieniło się w przyzwyczajenie, kiedy zabrakło między nami iskrzenia się. Czuję się bardzo winna, wiem, że nigdy się na tobie nie zawiodłam, ale ja naprawdę nie potrafię tego zmienić. Przez te miesiące w szpitalu on przychodził do mnie co wieczór, siadał przy moim łóżku i prowadziliśmy długie rozmowy. Mamy wspólne zainteresowania, podobny pogląd na życie, nieudane, nieszczęśliwe dzieciństwa. Sama nie wiem, jak to się stało, ale nie mogłam się doczekać jego przyjścia, zła byłam na dni, kiedy miał wolne, liczyłam godziny do kolejnego spotkania. Czekałam na te randki w szpitalu jak ktoś, kto zakochał się po raz pierwszy. A ty byłeś częścią starego życia. Jest mi bardzo przykro, ale już cię nie kocham”.

Po ciszy, która zapanowała między nimi, Stuart walczył z odruchem, żeby złapać ją za rękę i prosić o szansę. Jak mogła przekreślić cztery wspólnie spędzone lata w imię jakiejś przygody, która jest jedną wielką niewiadomą?

Równocześnie wiedział, że nawet gdyby ona kiedykolwiek do niego wróciła, ta jej obecna miłość, zawsze stałaby pomiędzy nimi. Czuł się upokorzony i nie chciał upokarzać się jeszcze mocniej, prosząc Meg o litość nad sobą i nad wspólnie spędzonymi latami.

Meg w milczeniu zdjęła z ręki pierścionek zaręczynowy. Stuart nie mógł znieść milczenia, które zapanowało w mieszkaniu, nie mógł znieść samego tego mieszkania, które jeszcze do niedawna było miejscem ich wspólnego szczęścia, zamknął za sobą cicho drzwi i wyszedł. Szedł przed siebie i po długim spacerze ulicami Sydney zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie sam unieść tego bólu. Zdecydował się pójść do zaprawionego w nieszczęśliwych historiach miłosnych Toma.

Przyjaciel od razu rozpoznał po minie Stuarta, że musiało stać się coś strasznego. Stuart opowiedział mu o swojej rozmowie z Meg, o podejrzeniu, które miał już od dawna, o rozczarowaniu i bólu. Tom był wspaniałym, uważnym słuchaczem, prawdopodobnie rozpoznawał w słowach Stuarta swoje własne uczucia, nie przerywał jego potoku słów i nie wpatrywał się z ciekawością w jego twarz – widział, że przyjaciel walczy ze łzami. Nie komentował zwierzeń, czasami zadał jakieś pytanie, jakby chciał przejąć od przyjaciela część bólu. A kiedy Stuartowi zabrakło już słów do opisania swojego rozgoryczenia, Tom położył mu delikatnie rękę na kolanie i powiedział: „Tak po prostu miało być, po coś to było potrzebne. Może po to, żebyś znowu zabrał się za pisanie piosenek i pocieszał innych. Za kilka lat zapomnisz o tym, będziesz myślał o Meg z sympatią, do wszystkiego trzeba czasu”.

Przespał się kilka godzin na kanapie u przyjaciela. Rano wyszedł do pracy w pożyczonej od Toma, o wiele za dużej koszuli. W drodze do szkoły myślał o tym, że bez przyjaciela nie zniósłby tej nocy. Tom zaproponował mu, żeby wprowadził się do niego na jakiś czas, bo mieszkanie pod tym samym dachem z Meg będzie torturą.

Podczas zajęć w szkole Stuart był nieobecny myślami, zadał uczniom jakieś zadania z podręcznika i chciał tylko, żeby wszyscy zostawili go w spokoju. Uczniowie wyczuli, że z ich ulubionym nauczycielem dzieje się coś niedobrego, odrabiali lekcje w kompletnej ciszy. Stuart patrzył na świecące za oknami klasy słońce i pomyślał z żalem: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”.

Cdn.

Szopa w salonie (Reblog & more)

Łukasz Szopa

Ja – gentryfikator

Dokładnie 10 lat temu przeprowadziłem się. Nie do Berlina (to było kilka lat wcześniej), lecz do berlińskiej dzielnicy Alt-Treptow. Z berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Powód był dość banalny: powiększyła się rodzina, potrzeba było „ciut więcej” miejsca, lecz dotychczasowa dzielnica nie oferowała mieszkań odpowiadających nam pod względem kosztów i metrów kwadratowych. Trzeba więc było poszukać „ciut dalej“ – nota bene w dzielnicy, której wcześniej nie znałem nawet z przejazdów metrem czy kolejką miejską. Z drugiej strony – było to tylko na przeciwległym brzegu kanału, więc jakby blisko.

Z biegiem – całkiem niewielu – lat okazało się, że nie tylko ja się tu przeprowadzam: większość sąsiadów okazała się być emigrantami z Kreuzbergu, Friedrichshainu, Mitte czy innych dzielnic, na które nie było ich stać – albo z powodu dzieci i metrażu, albo z powodu kosztów czynszu, albo obu bolączek. Gdyż, z ręką na sercu, nikt z nas nie przybył do Alt-Treptow z miłości (do dzielnicy i nie tylko).

A że dzielnica całkiem spokojna, do tego o rzut kostką brukową od knajpowych i kulturalnie ciekawszych części Kreuzbergu jak Schlesi i Görli, podobnie nieopodal hipsterskiego Kreuzkölln – efektem był nie tylko napływ nowych wewnątrzberlińskich uchodźców, ale i wzmożona aktywność budowlana.

I tak do dziś.

Jednak wtedy zainspirowało mnie grafiti na jednym z murów wznoszącej się nowobudowy: „Wir sind die Bionade-Bourgeoisie“. Oczywiście, nie był to manifest, lecz ironiczna uwaga pod adresem inwestorów, czyli dwunastu rodzin, które postanowiły jako „Hausprojekt“ wspólnie postawić sobie kamienicę. Gdy minął u mnie już uśmieszek i ciepło ironii, jak i podziw dla umiejętności poprawnego napisania drugiego słowa na „B“, ogarnęła mnie refleksja.

Że to do mnie. Że to o mnie.

Co prawda, do tej dwunastki inwestorów nie należałem (bo brakowało mi już wtedy trochę drobnych, by wydać ponad 2000 Euro na metr kwadratowy), ale w sumie – była to racja.

I ja jestem gentryfikatorem, stwierdziłem. Cóż z tego, że ze mnie żaden hedgefond czy rekin nieruchomościowy, a nawet nie średnio zamożny spadkobogacz z południowego zachodu Republiki Federalnej. I nie pomoże tu nic zwalanie winy na kapitalizm, państwo, miasto, brak inwestycji w budownictwo (socjalne i nie).

Faktem jest, że coraz nas w Berlinie więcej. W dodatku, wzrost populacji rośnie od dwudziestu pięciu lat nadproporcjonalnie do wzrostu wolnych mieszkań – nawet pomijając ich ceny. Czyli normalne jest w systemie podaży i popytu, choć może smutne i niemiłe, że ceny rosną, wypychając co biedniejszych tubylców na coraz to bardziej peryferyjne obszary miasta albo i dalej, o ile nie na cmentarze (a i te na peryferiach, bo centrum pełne).

No i właśnie wtedy jasne stało się dla mnie (i nadal jest), że i ja dokładam się i dołożyłem do tego procesu gentryfikacji. Ja, i w sumie 99% procent moich berlińskich znajomych i przyjaciół.

Kto nie wierzy, proponuję udział w krótkim ale szczerym quizie:
– Czy urodziliśmy się w Berlinie? Czy też jesteśmy migrantami – obojętnie skąd i z jakich powodów?
– A jeśli Berlin to jednak nie miejsce urodzenia – to czy przyjeżdżając tutaj i biorąc pierwsze mieszkanie, zapłaciliśmy za nie więcej czy mniej niż poprzedni lokatorzy?
– I czy zmieniając mieszkania, jak i mnie się zdarzało, bez względu na powody (dojazd do pracy, partner/partnerka, koszta czynszu, dzieci, estetyka dzielnicy) – ten proces wydawania więcej na mieszkanie (licząc na metr kwadratowy, i odliczając inflację!) – postępował dalej, czy jednak nagle zaczęliśmy wydawać na mieszkanie mniej?
– Wreszcie pytanie podstawowe: Czy musieliśmy przeprowadzić się do Berlina, czy też była to decyzja dobrowolna?
– W końcu: czy nadal jesteśmy zmuszeni tu być, mieszkać, i samym zajmowaniem przestrzeni mieszkalnej zawężać podaż metraży mieszkalnych – czy też moglibyśmy się gdzieś wyprowadzić, obojętnie czy do mamy, do dzieci, czy do tańszego lokum – obojętnie czy w Radomiu czy w Magdeburgu?

W moim przypadku sprawa jest jasna: nie urodziłem się w Berlinie, przyjechałem tu nieprzymuszenie, za każdym razem płaciłem wyższy czynsz, i nadal tu jestem. Dobrowolnie. Należę więc i ja do gentryfikatystów, czego wyrazem jest zrobiony przed laty t-shirt z napisem „Bionade-Bourgeoisie“, w którym szczególnie latem lubię spacerować po dzielnicy klucząc między kolejnymi nowymi budowami i hipsterskimi knajpami.

Link do artykułu z 22.08.2012 w „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ich-2013-gentrifizierer

Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Legenda o Warszawie – odcinek V

Wiktor Ostrowski

Buntownicy

Warsz ukończył już budowę swojej chatki. Umocnił zasieki dokoła, pozostawiając wyjście na rzekę – zakładane na noc osłoną z gałęzi i drugie wyjście w stronę puszczy, skąd znosi niestrudzenie  drewno i gałęzie. Urządził on sobie prymitywną wędzarnię, gdzie wędzi zapasy mięsiwa w przewidywaniu nadchodzącej zimy. Teraz medytuje nad rozbitą łodzią i dopasowuje do niej obrobione siekierą deski. Ale jak je zamocować?…

Od strony puszczy słyszy nagle dalekie głosy ludzkie. Chwyta siekierę i wpatruje się w dal. Uciekać – czy zostać i bronić  się za ostrokołem. Ale jest sam, a nieznanych ludzi – jak sądzi z  głosów – jest sporo. Kto? Prusowie czy swoi? Warsz wyładowuje  worek jadłem, bierze łuk i strzały i gotów jest uskoczyć w puszczę  po przeciwległej stronie do tej, którą nadchodzą obcy.

Ale głosy są nie tylko męskie. Warsz słyszy młody śmiech  dziewczęcy. Wreszcie od strony puszczy pojawiają się idący gromadnie,  chłopcy i dziewczęta. Warsz wsłuchuje się pilnie – to swojskie głosy, a nie szczekające okrzyki Prusów. Nieznana gromadka dostrzegła  chatę Warsza i zauważyła dym, smużący się z paleniska. Kilku chłopców ostrożnie posuwa się do przodu z sulicami gotowymi do walki. Warsz poznaje Dagniewa idącego na przodzie. Rzuca broń i  worek i biegnie im na spotkanie. Dagniew też poznał druha i po  chwili obaj młodzi ludzie zwierają się w radosnym uścisku.

Nadbiega reszta gromady. Urywkami, przerywanymi śmiechem słowami opowiadają o swych przygodach. Przybysze o swojej ucieczce z  grodu – Warsz o swym pobycie w niewoli i o swojej ucieczce. Wkrótce też Warsz, nie widząc wśród przybyłych Bożenki, pyta o nią.

Wszyscy milkną i w końcu Tur wyjaśnia Warszowi straszną prawdę – spalona.

Teraz Warsz kamienieje. Rozpacz miesza się z wściekłością.  Warsz chwyta siekierę i chce biec w puszczę. Dagniew i Tur starają mu się przemówić do rozsądku. Na próżno. Warsz chce bieżyć do  grodu i tam popytać się Rosława i Dziwomira, jakie mieli prawo zabić Bożenkę. Już on wywrze zemstę – krwawo zapłaci za śmierć swej  ukochanej. Jednak ból jest zbyt wielki – Warsz słabnie i siada na  stosie drewna. Chłopcy i dziewczęta otaczają Warsza i patrzą nań  ze współczuciem. Zabiera wreszcie głos Dagniew. Mówi – jesteśmy  z tobą, wrogów wśród nas nie masz, jesteśmy druhowie i przyjaciele.  Nawet, jak dotrzesz do grodu, nawet, jeśli dokonasz zemsty, to inni  tam ciebie ubiją. Rozumiem twój ból, ale rozsądek musi wziąć nad  nim górę. Ostań z nami. Tu, nad wielka rzeką już rozpocząłeś budowę osady. My tu też osiądziemy. To dobre miejsce. Myśmy przynieśli wszystko, co nam potrzeba do rozpoczęcia nowego życia. Może potem, kiedy już na dobre się osiedlimy i okrzepniemy – wyprawimy się z tobą. Kilkunastu dobrych wojowników. Wówczas wpadniemy do  tego rosławowego grodu i obu – grododzierżcę, i wróża związanych przyprowadzimy tutaj, tu osądzimy i ukarzemy.

Ale teraz, ale dziś ty jesteś nam potrzebny, tak jak my, twoi druhowie, jesteśmy potrzebni tobie. Ostań z nami. Będziemy i my,  i nasze dziewczęta ciężko pracować. Wybudujemy tu osadę nową. A  że my wszyscy jesteśmy stadłami, a ty jeden jesteś samotnikiem,  więc my tu, jak wszyscy jesteśmy, okrzykujemy ciebie naszym grododzierżcą. Ale nie takim książęcym, który przez swych komorników  krzyczy ciągle „dawaj więcej”, ale naszym wybranym przez nas, przez  dziewczęta i chłopców. Tyś, Warszu, pierwszy tu przybył, tyś już  się pobudował, tyś już porobił zapasy. My – przy twojej radzie  stworzymy tu nową osadę i nazwiemy ją “Warszową”, bo ty nam będziesz  przewodził – tyś nasz pierwszy, tyś najdzielniejszy i ciebie los  najboleśniej dotknął. Ostań z nami, pierwszy grododzierżco Warszowy. To Warszowa zagroda, to Warszowa łódź, to Warszowa polana – to Warszowa. Przecież gdyby z nami była twoja Bożenka, to tak by  tak by  się nazywała, gdyby była twoją żoną. Niech więc nasza osada zwie się Warszowa.

Warsz słucha uważnie mądrych słów Dagniewa, łzy płyną mu po  policzkach, dziewczęta głośno płaczą, a niejeden z chłopców odwraca  się i ociera łzy.

Warsz mówi do Dagniewa: tyś, druhu, mądra głowa: Pewnie tu nikt nie będzie nad nikim, społem będziemy pracowali, ale pamiętaj, coś rzekł: po zimie – wyprawa na Rosława i Dziwomira!

Młodzi zrzucają swe toboły, dobywają zapasów, pojadają i gwarzą. Zmęczenie bierze jednak górę i po kolei układają się na trawie, dziewczęta opierają głowy na kolanach chłopców i z wolna wszyscy zasypiają. Najdłużej mową ze sobą Warsz, Dagniew i Tur, ale i  ich w końcu zmógł sen. Noc zapada i tylko duże trzy ogniska, podsycane przez dyżurujących chłopców, jasno płoną.

Ranek. Na polanie gorączkowo pracują chłopcy i dziewczęta.  Praca jest dobrze rozdzielona. Chłopcy trzebią las, znoszą pnie  na budowę domostw. Inni szykują łódź Warsza. Inni rozkładają i  przepatrują sieci.


Kupała 2014 na Krutyni, zdjęcie EMS

Nad całą polaną rozbrzmiewają dźwięki pieśni – ich piosenki  wolności.

Wolne dziewczęta i chłopcy
Wolni chłopcy
Kto pamięta
Gdy rządzili nami obcy
Hej, dziewczęta
Kto pamięta
Niech pracuje, łowi ryby
Niech buduje
Niech pracuje
Niech nie leni się, bo gdyby
Nie pracował
Nie budował
Razem z nami, z dziewczętami
I z chłopcami
To by z nami
Nie cieszył się piosenkami
Praca wolna
Leśna – polana
Praca w znoju tu nad rzeką
Praca w znoju
Lecz w spokoju
Pieśń rozbrzmiewa w las daleko
Pieśń rozbrzmiewa
Każdy śpiewa
Wolni chłopcy i dziewczęta
Precz, precz smutki
Dziś sobótki
Dziś sobótki – nasze święto.

Rosław płynie ze swoimi pachołkami. Teraz, co pewien czas  widzi wyraźnie ślady, pozostawiane przez Bożenkę w czasie obozowania i noclegów. Widać, dziewczyna w miarę oddalenia się od grodu  lekceważy sobie możliwość pogoni i zaniedbuje maskowania swych  miejsc postoju.

Rzeka, po której płynie Rosław, staje się coraz szersza i wreszcie wpada do innej wielkiej rzeki. Rosław ląduje na brzegu  i zastanawia się – w którą stronę mogła udać się uciekinierka. Ale  zastanawia się niedługo – bo oto na brzegu widzi wyraźne ślady stóp  dziewczęcych. Podniecony Rosław skacze do łodzi i każe pachołkom  pchać łódź w górę rzeki. Chłopcy ciężko pracują, nurt rzeki jest  bystry, a i do dna nie wszędzie zdołają sięgnąć drągami.

Zapada wieczór, ale Rosław wciąż pogania chłopców, licząc, że Bożenka jest już niedaleko. Rosław zdrzemnął się. Chłopcy pracują  ciężko i wyraźnie boją się wielkiej wody. Nagle przed łodzią zjawia się Panna Wodna, chwilę jest widoczna i znika pod wodą. Pachołkowie  wbijają drągi w dno rzeki i wystraszeni zatrzymują łódź. Bezruch  łodzi budzi Rosława. Chwyta on za kij, lży chłopaków. Ci mówią, że  ukazała się Panna Wodna, dalej nie można płynąć, bo gibiel, bo śmierć.

Rosław dalej lży ich. “Rybęście zoczyli, dalej płynąć! Już  niedaleko!” Chłopcy jednak nie słuchają. Ogarnął ich zabobonny  strach. Rosław kijem wali chłopców, zmuszając ich do posłuszeństwa.  Oni w panice wyskakują z łodzi i brnąc po pas w wodzie, docierają do  brzegu i nikną w zaroślach. Jeden z nich w pośpiechu zostawił w łodzi tarczę i miecz.

Rosław osamotniony chwyta drąg i pcha łódź z wysiłkiem przeciw  prądowi.

Po długim czasie Rosław z dala widzi na brzegu dym ogniska i  spostrzega dziewczynę, szykującą się do noclegu. Jest sama.  Pies pogonił w puszczę za zającem. Rosław ostrożnie i cicho podpływa do brzegu, uwiązuje łódź do konara drzewa i, brnąc po wodzie,  wychodzi na brzeg. W ręku ma kij i sznur. Broń zostawił w łodzi.  Do ujarzmienia dziewczyny starczy mu kij. Cichutko podkrada się i  znienacka chwyta dziewczynę. Bożenka – oszołomiona – przychodzi  jednak natychmiast do siebie i broni się rozpaczliwie. Rosław  zdzielił ją kijem raz i drugi i chwycił ją w pół, starając się obezwładnić dziewczynę. Mimo zaciętej obrony dziewczyna słabnie. Nagle z zarośli wypada Ryk i warcząc rzuca się na napastnika. Teraz  Rosław broni się przed ostrymi kłami psa i nacierającą wściekle dziewczyną. Cofa się zrazu wolno, po czym biegnie, skacze do wody, wskakuje na łódź i odpływa rzucając przekleństwa na Bożenkę.

Rosław odpływa, rezygnując – zda się – z pogoni i wyprawy.  Bożenka pieści psa, potem spokojnie przygotowuje sobie posłanie, dokładając stale gałęzi do palącego się ogniska.  Rosław pod osłoną znajdujących się z brzegu drzew podpływa  łodzią i z niewielkiej odległości mierzy z łuku do stojącej w świetle ognia dziewczyny. Teraz ma złą i zawziętą twarz. Jeżeli Bożenka jest dla niego stracone – to nie może żyć.

Rosław wypuszcza strzałę, które tuż obok głowy dziewczyny wbiła się w pień drzewa. Bożenka natychmiast skacze za drzewo, chwyta  oszczep i jest gotowa do obrony. Pies też gotów. Przypadł do ziemi i szczerzy zęby.

Ale obrona jest już niepotrzebna. W momencie strzału Rosław  traci równowagę, wpada do wody i, obciążony zbroją, natychmiast  tonie.

(Zdjęcie podwodne). Tonie Rosław, a z nim wpadają z przewróconej łodzi do wody miecz i tarcza. Podpływa Syrena, chwyta tarczę i miecz i odpływa.

(Zdjęcia nawodne). Przewrócona łódź spływa z prądem w dół  rzeki.

Pogodna noc księżycowa. Bożenka z psem – w rozwidleniu drzewa – układa się do snu. Ognisko wygasa. Daleko na rzece widać płynącą Syrenę.

Dokończenie za tydzień

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.