Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. “Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że “ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017

Das Wandern, das Wandern…

inspieriert von meinem Beitrag über den Heiligen Cuthbert, schrieb für uns Brigitte von Ungern-Sternberg

über Castlerigg

Liebe Ewa,

ich schicke dir ein paar Fotos von einem meiner Highlights meiner vielen Englandfahrten. Die dauerten immer etwa drei Wochen lang. Eine Woche lang habe ich Musik gespielt, in der zweiten Woche bin ich gewandert, habe viele Landschaften in England kennengelernt und in der dritten Woche besuchte ich dann Bekannte und Freunde.

Die Fotos beziehen sich auf eine Wanderwoche im Lake District, in der ich auch zu Castlerigg kam, einem geradezu bezaubernden Platz mit einem Megalith-Steinring. Die Steinzeitleute haben ihre Plätze meist mit großer Sorgfalt ausgesucht, dort geben Steine, Landschaft und der Kosmos  eine großartige Symphonie zum besten.  Da es heilige Plätze waren/sind, habe ich den Besuch verschiedener Megalith Plätze stets als Wallfahrt empfunden – ohne irgendwelches New Age Beiwerk.

 

Aus Wikipedia: The stone circle at Castlerigg (alt. Keswick Carles, Carles, Carsles or Castle-rig) is situated near Keswick in Cumbria, North West England. One of around 1,300 stone circles in the British Isles and Brittany, it was constructed as a part of a megalithic tradition that lasted from 3,300 to 900 BC, during the Late Neolithic and Early Bronze Ages.

Człowiek i Kościół…

Krystyna Koziewicz

… ja i Kościół

W Berlinie odbyły się Dni Kościoła z przesłaniem „Widzisz mnie”. Dla mnie osobiście był to piękny czas, czas, kiedy mogłam nieco przybliżyć się do spraw ludzi wierzących i uczestniczyć w interesujących debatach, pogłębiając wiedzę o współczesnych problemach Kościoła.

Kościół jest miejscem skrywającym tajemnice, wzbogacającym duchowo tych, którzy zaliczają się do społeczności wiernych. Czy rzeczywiście nauki docierają do wszystkich, czy są to tylko słowa rzucane na wiatr?

Osobiście do kościoła chodzę zazwyczaj wtedy, kiedy nie ma w nim za dużo ludzi. Lubię pomedytować w ciszy, porozmawiać sam na sam z Bogiem, podzielić się swoimi myślami. Najczęściej mam mnóstwo spraw, często dotyczą zdrowia, są prośbą do Niego, by dał siły, by pozwolił przezwyciężyć zagrażającą życiu chorobę. Nie tłumaczę się z niczego, choć pewnie powinnam. Za dużo nie grzeszę, żyję – tak mi się wydaje – przestrzegając przykazań boskich, które w dzieciństwie wykułam przecież „na blaszkę”.

Jestem tylko człowiekiem, jak każdemu z nas zdarzają mi się błędy, ale nie są zamierzone. W życiu starałam się kierować dobrymi intencjami, choć nie wszystko zależało ode mnie. Kiedy już naprawdę zapragnęłam pójść do kościoła, to znaczy, że byłam na zakręcie życiowym. „Jak trwoga to do Boga”, powiedzą postronni obserwatorzy. Ale to nie tak, bo Bóg jest ze mną, myślę o Nim nie tylko w kościele, jest częścią mnie, czuję to wewnętrznie, widzę w tym, jak mnie prowadzi przez życie. Często czuję boską rękę nad moim losem. Kiedy ktoś pyta, czemu zdecydowałam się na samotne życie po dwóch związkach małżeńskich, zawsze odpowiem – „nie jestem sama, ze mną jest Bóg”.

Bezsprzecznie najłatwiej jest właśnie w kościele skupić się na Bogu. Mnie takie spotkanie zawsze wzrusza dogłębnie, po takiej „naszej” wspólnej rozmowie niekiedy płaczę spazmatycznie bez opamiętania. Dlaczego? Nie wiem. Może to rodzaj samooczyszczenia. Jedno jest pewne, Bóg jest dobry i potrafi wysłuchać próśb.

To Bóg. Z Nim wszystko jest w porządku. Gorzej z Kościołem…

Muszę otwarcie przyznać, że nie mam zbyt dobrego doświadczenia. Już jako mała dziewczynka nie rozumiałam, dlaczego mój tata, który w każdą niedzielę tak starannie „szykował się” do nabożeństwa, po powrocie ze mszy zawsze miał zły humor, a często ogarniała go wściekłość. Nie lubiłam więc kościoła, nie tyle jako obiektu sakralnego, ale i dlatego że ojciec robił się niedobrym człowiekiem po przyjściu z kościoła. Z byle jakiego powodu maltretował mamusię na naszych oczach, bez opamiętania karcił kijem moich braci. W domu na ścianach wisiały obrazy święte, do których musieliśmy się modlić bez zająknięcia, ale on w obecności tych świętych obrazów ubliżał mamie, katował moje rodzeństwo do tego stopnia, że niekiedy krew tryskała po tych świętościach.

Któregoś razu, a miałam wtedy sześć lat, ojciec chciał mojemu przyrodniemu bratu obciąć głowę na pieńku, na którym zabijało się kury. Brat nie zdał matury i to był powód morderczego ataku. My wszyscy razem wzięci, całe rodzeństwo, a była nas piątka, tak potwornie krzyczeliśmy w niebogłosy, że zawahał się i nie spuścił siekiery na szyję brata. Do tej pory żyję z tą traumą, moje rodzeństwo także, i od tego czasu unikałam ojca jak diabeł święconej wody. Zresztą los sprawił, że wszyscy opuściliśmy nasz wspólny dom z powodu ojca.

Zapamiętałam jeszcze wiele innych przykrych sytuacji z udziałem ludzi kościoła, sióstr zakonnych, choć akurat nie dotyczyło to mnie, a innych.

Mam też i dobre wspomnienia. Już jako dorosła osoba przeżyłam fascynujące rozmowy z biskupem opolskim, Alfonsem Nossolem, uwielbiałam mowy papieskie Jana Pawła II, Benedykta XVI, w ogóle lubiłam kazania, również te nasze berlińskie, wygłaszane w bazylice św. Jana przez polonijnego księdza, Marka Kędzierskiego.

Kiedy dowiedziałam się, że ksiądz Wojciech Lemański jest w Berlinie, natychmiast zgłosiłam się na spotkanie. O księdzu Lemańskim krąży wiele kontrowersyjnych opinii, przez długi czas jego sprawa była tematem medialnym numer jeden, opinie dziennikarzy często podgrzewały negatywne emocje. Dla mnie zawsze interesujący jest poznanie człowieka oko w oko.

Ksiądz Wojciech Lemański podczas spotkania zorganizowanego przez KOD w Berlinie
Foto Krystyna Koziewicz

Wiemy, że ksiądz Lemański nie może występować w mediach. Nie może uczyć dzieci religii, odebrano mu parafię w Jasienicy. Arcybiskup Hoser kolejne kary uzasadniał wciąż tymi samymi przewinieniami: naruszanie nauki episkopatu w sprawach moralnych (a konkretnie obrona in vitro), krytyka Kościoła za opieszałość w walce z pedofilią duchownych i za przywiązanie do dóbr materialnych, podważanie autorytetu biskupów, a zwłaszcza nieposłuszeństwo wobec zwierzchnika.

Nie może już nosić sutanny. Wojciech Lemański został w Kościele skazany na milczenie. Musi milczeć i nie wolno mu mówić o niczym, a więc i o tym, co go do głębi porusza, o ofiarach czystek etnicznych: Osetyjczyków, Tutsi z Ruandy, Żydów z Chełma, zbrodni w Jedwabnym, nie wolno mu już publicznie piętnować księży pedofilów, alkoholików i tych, którzy pobłądzili w kapłaństwie.

Ksiądz Lemańskiego w takim ludzkim spotkaniu to ksiądz, taki, jaki w naszym pojęciu powinien być ksiądz – człowiek w pełni oddany swemu powołaniu, który patrzy na otaczający świat przez pryzmat dobra i zła. Bo zło istnieje, także w Kościele, co przecież nie znaczy, że złem jest mówienie o tym. Wojciecha Lemańskiego spotkała dotkliwa kara za rzekomy brak szacunku i posłuszeństwa wobec biskupa diecezjalnego.

Przyznaję, że dawniej dość umiarkowanie interesowałam się sprawami Kościoła polskiego i niemieckiego. Niekiedy oglądam, bardziej dla ciekawości, porównując ze sposobem odprawiania mszy niemieckiej, msze święte transmitowane przez TVP Polonia. To niebo i ziemia – powiedziałabym.

Msza w telewizji niemieckiej

Polska msza się odbywa, w niemieckiej więcej się przeżywa. Sam wygląd tych naszych polskich opasłych księży jest dla mnie czymś niesmacznym. Słowo Boże całkiem inaczej brzmi w ustach polskiego księdza. Treść i ton to często moralizowanie, pouczanie wiernych. Niemiecki ksiądz mówi o problemach dzisiejszych, o tym, żeby patrzeć z miłosierdziem na drugiego człowieka, na chorych, bezdomnych, uchodźców, ludzi starszych czyli tych w każdym społeczeństwie najsłabszych. Taka mowa trafia do serca, porusza sumienia, pewnie dlatego społeczeństwo niemieckie tak bardzo lubi pomagać. Przykładów moglibyśmy wymienić bez liku, ja przypomnę tu tylko ogromną pomoc jaką Niemcy okazali Polsce przed 32 laty, po wybuchu stanu wojennego. Do Polaków dotarły wtedy miliony paczek i nikt z nas nie wie, czy przeżylibyśmy ten straszny czas, gdyby nie wsparcie ze strony Niemców.

Urzędujący Papież Franciszek słusznie gromi obłudnych chrześcijan na pokaz! Mądrze sugeruje, że lepiej być ateistą niż człowiekiem, który podaje się za katolika, a z premedytacją czyni zło. Mój wybór – być człowiekiem i patrzeć na ludzi przez pryzmat człowieczeństwa. To tyle i aż tyle!

Jest czerwiec

Andrzej Rejman

Ostatnio po wysłuchaniu wiadomości z kraju i ze świata przyszła mi do głowy myśl:

Najbardziej niebezpieczni są ci, którzy czyniąc źle, uważają, że czynią dobrze w imię Boga, historii lub choćby z jakiegoś nieograniczonego upoważnienia mas.

Sięgnąłem więc do książki Jacoba Talmona “Źródła demokracji totalitarnej”* i czytam :

“Republika nie powstanie nigdy, jeśli wola suwerena nie powstrzyma rojalistycznej mniejszości i nie zapanuje nad nią na podstawie prawa podboju”.

“Odkąd lud francuski zamanifestował swoją wolę, wszystko co nie jest suwerenem, jest wrogie. Między ludem a jego wrogami jest tylko miecz”.

„Ci, którymi nie dałoby się rządzić za pomocą sprawiedliwości, musieliby ulec sile miecza. … Nie będziecie mówić tym samym językiem, nigdy się wzajemnie nie zrozumiecie. Wypędźcie ich zatem!”

(Saint Just – Raport o konieczności powołania rządu rewolucyjnego do czasu pokoju, 10 października 1793)

“W Republice nie ma innych obywateli poza Republikanami. Rojaliści… konspiratorzy są jedynie obcymi lub raczej wrogami.” (Robespierre)

(Nie liczy się ani konieczność jedności narodowej, nakazująca ludziom zapomnieć o dzielących ich różnicach w obliczu zagrożenia zewnętrznego, ani też idea legitymizująca naturalne rozbieżności opinii. Istnieje tylko lud oraz wrogowie ludu. – komentarz Autora)
___________

* Źródła demokracji totalitarnej, Jacob Talmon, Universitas, Kraków, 2015;
z opisu książki na stronie wydawcy:

W książce „Źródła demokracji totalitarnej” J.L. Talmon stawia tezę, że równolegle do rozwoju demokracji liberalnej, na podstawie tych samych przesłanek filozoficznych, sformułowanych w XVIII wieku, pojawił się trend, określany przez niego jako „demokracja totalitarna”, przy czym obydwa te kierunki istniały obok siebie i wzajemnie na siebie wpływały aż do czasów najnowszych. Różnica między nimi polega przede wszystkim na tym, że w podejściu liberalnym traktuje się politykę jako wynik prób i błędów, natomiast w podejściu totalitarnym zakłada się, że w polityce istnieje jedyna, wyłączna prawda. Autor tę drugą postawę określa jako polityczny mesjanizm, postulujący istnienie ustalonego z góry, harmonijnego i doskonałego porządku, który jest nieuchronnym przeznaczeniem ludzkości. Znaczna część koncepcji totalitarno-demokratycznej wynikała z XVIII-wiecznej myśli społeczno-politycznej, kiedy ulegał załamaniu tradycyjny porządek w Europie: następował upadek religii, porządku feudalnego i tradycyjnego znaczenia hierarchii społecznej. Swoją tezę autor obszernie uzasadnia, przedstawiając ewolucję poglądów społeczno-politycznych w trakcie Wielkiej Rewolucji Francuskiej i bezpośrednio po niej.

________

No i potem kończy sie to tak:

Szawle (dziś Sauliai, Litwa) – zniszczenia po wojnie 1914-1918, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki

***

Miejmy nadzieję, że będzie inaczej. Może zainspiruje nas poezja i opuści zew walki….

Maryla Wolska (1873-1930), poetka nieco zapomniana, której rocznica śmierci przypada 25 czerwca – pisze w wierszu opublikowanym jedynie w pamiętnikach (Wspomnienia, Maryla Wolska, Beata Obertyńska, PIW Warszawa, 1974):

Dosyć już wojny i racji
gazet, przekonań i przyczyn –
wystarczy do orientacji
ten jasny amarant koniczyn…

Dość i mnie na tej barwie!
Co ma być – będzie… Poza tem
czereśni w sadzie się narwie
jest czerwiec, wsią pachnie i latem…

Armaty słychać? Androny!
A choćby nawet… Przestaną…
Świat złoty jest, modry, zielony,
jaśminy mi pachną i siano…

Zachodu czerwona tarcza
w łan owsa się stacza ochłódła…
Najświeższych wieści dostarcza
wiatr młody, z pewnego źródła…

Czas ciepłem jest, blaskiem, ukojem
nie żadną dobą dziejową
Co wieczór pod oknem Mojem
Świerszcz zawsze ostatnie ma słowo…

Jezioro Berżenickie (powiat święciański, województwo wileńskie) ok. r. 1933. Wypoczynek letników.

Barataria 20 król i żebrak

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon (2)

O podobieństwie Sancho Pansy do Króla Salomona już TU pisałam. Obaj byli bystrymi sędziami, zdolnymi zdemaskować sztuczki oszustów, przy czym nie kierowali się kodeksami, lecz umieli sprowokować sytuację tak, by winny sam się ujawnił.

Jednak podobieństw pomiędzy oboma władcami było więcej. Obaj lubili przysłowia, i to rymowane, w czym się zresztą Sancho do Marchołta grubego a sprośnego upodobnia. Obaj mieli też przeżyć / żyć w biedzie, zanim wolno im było objąć władzę.

W interpretacji epizodu z Baratarii badacze cervantyści często wspominają, że w Don Kichocie zachowana zostaje pewna symboliczna kolejność, najpierw bohater wzlatuje w przestworza – Salomon na latającym dywanie, Sancho Pansa na drewnianym koniu Chevillard – potem następuje upadek i w tym momencie dokonuje się zmiana statusu. Król staje się żebrakiem-wygnańcem, biedak wagabunda zostaje władcą.

Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli

Nie pamiętam żebraczego epizodu w życiu Salomona. Był postacią na poły legendarną. Zakłada się, że żył w X wieku przed naszą erą, urodził się koło roku 1000, zmarł w roku 931. Egipt, w którym panował faraon Shishak, w roku 925 p.n.e najechał królestwo Izraela. Sziszak był postacią historyczną i teściem Salomona. Sam Salomon był synem króla Dawida, chłopaka-bohatera, który kamykiem z procy zabił Goliata, był wojownikiem, wygnańcem, bohaterem, a wreszcie królem, i Batszeby, żony Hetyty Uriasza, która tak się spodobała królowi, że wysłał jej męża na wojnę na pewną śmierć, by samemu ukoić żądze jej wdziękami. Nota bene, to ta słynna Batszeba, którą Dawid ujrzał w kąpieli, a którą lubili malować malarze wszystkich pruderyjnych czasów. Podobnie jak rajska Ewa, Batszeba musiała być naga…

W Biblii, gdzie Salomon występuje aż w dwóch księgach Królewskich i jest uważany za autora pieśni, w tym słynnej Pieśni nad pieśniami, przysłów i mądrości (2 Sm 12,24; 1 Krl 1-11; 1 Krn 22,5-23,1; 1 Krn 2; 2 Krn 1-9; Ezd 2; Ne 7, 11-13; 2 Mch 2; Ps; Prz; Koh; PnP; Syr 47; Jr 52;), a też w Ewangeliach i w Dziejach Apostolskich, nie ma mowy o żadnym wygnaniu. Poszukując więc króla, który nie może być królem, muszę odejść od Biblii i wejść w świat legend i apokryfów. W Skarbnicy midraszy, znajduję historię o tym, jak Salomon z króla stał się żebrakiem. Tę, na którą powołują się badacze Don Kichota. I rzeczywiście najpierw jest opowieść o ogromnym latającym dywanie (miał wymiary 60 mil na 60!), a potem kilka historii o królewskim wygnaniu.

Trzy długie lata Salomon cierpiał fizycznie i moralnie. Była to niewątpliwie kara za to, że złamał trzy nakazy Tory, obowiązujące władców Izraela. Królowi Izraela nie wolno było mieć wielu żon, dużo koni i dużo złota

Trzy lata trwało wygnanie króla, który znalazł się nagle na obcej, dalekiej ziemi. Bez grosza przy duszy błąkał się po ulicach nieznanych miast i po drogach nieznanych wsi jak zwykły żebrak. Nikt go nie znał i nikt go nie poznał. (…) Po trzech latach spędzonych na wygnaniu Bóg okazał mu łaskę i wskazał drogę, na którą powinien wejść, aby móc powrócić do swego państwa, władzy i wielkości.

Ale nawet wtedy, w biedzie i poniewierce, pozostał sobą, potrafił rozkochać w sobie królewską córkę i przywiózł ją do Jerozolimy jako kolejną żonę (miał ich 700 – księżniczek i jeszcze trzysta pomniejszych).

Jest w tych opowieściach o królu-banicie historia o dwóch ludziach, którzy rozpoznali w żebraku prawdziwego władcę, jeden był bogaty, drugi – ubogi. Po powrocie do stolicy, pisząc swe Przypowieści król zapisał:

Lepsza jest potrawa z jarzyn, a przy tym miłość, niż karmny wół wraz z nienawiścią. Lepszym okazał się posiłek z kapusty okraszonej miłością, który spożyłem u biedaka, niż posiłek z wołu nadzianego nienawiścią, który przygotował dla mnie bogacz.

Midrasze to takie apokryfy, opowiastki, którymi rabini żydowscy wyjaśniali świat. Legenda o tym, że diabeł Asmodeusz oszukał Salomona i wygnał go z królestwa, a sam przybrał postać króla była w rabinackich mądrościach nader potrzebna, pomagała bowiem zrozumieć, jak to się stało, że mądry i pobożny król Salomon zgłupiał i stał się pożądliwym grzesznikiem. A jest o tym mowa nie tylko w różnorakich opowiastkach, ale i w samej Biblii. Mędrzec Syrach mówi do Salomona:

Niestety, kobietom wydałeś swe lędźwie
i wyuzdaniu oddałeś władzę nad swym ciałem.
Splamiłeś swą chwałę,
zhańbiłeś swoje potomstwo,
sprowadzając gniew na dzieci
i napełniając je smutkiem z powodu twojej głupoty.

Dzięki midraszowej opowieści to wcale nie król Salomon na starość uległ podszeptom żon i zaczął oddawać cześć obcym bogom, to demon podszywał się pod starca. I tu ciekawostka – Asmodeusza zdemaskowało podobno to, że miał ptasie pazury zamiast stóp. Na ilustracji poniżej ma jednak normalne ludzkie nogi.

Asmodeusz
Collage fotograficzny ze strony “deviant.art” wykonany przez Amosha, który podaje o sobie, że jest Rosjaninem (Ormianinem) i urodził się 11 kwietnia.

Za tydzień, co jedli? Jeszcze jedna opowieść o gubernatorze Baratarii zaczerpnięta  przez Cervantesa z midraszowych opowieści o królu Salomonie albo Syty głodnemu nie wierzy.

Legenda o Warszawie – odcinek IV

Wiktor Ostrowski

Ucieczka

Warsz, razem z innymi towarzyszami niedoli, zmuszeni są do ciężkiej pracy niewolniczej. Nędzna nora, w której śpi kilkudziesięciu jeńców, nie ma nawet barłogów, wszyscy śpią na gołej ziemi, przytulając się do siebie dla ciepła. Od świtu do ciemnej nocy pracują wytężeni, a za każde niedbalstwo są nieludzko katowani.
Dwóch niewolników łowi ryby z ciężkiej łodzi, na której oprócz nich siedzi dwóch pruskich wojowników. Od tej łodzi rozciągnięta jest sieć do małej łódki, na której jest Warsz. Płyną powoli, sieć obciąża się coraz bardziej. W chwili, kiedy osiedle i inne łodzie nikną już w oddali, Warsz jednym ruchem wyrzuca sieć do wody, wpiera drąg w dno rzeki i – nim Prusowie zorientowali się, już Warsz na swojej lekkiej łódce odpłynął o kilka staj. Prusacy podnieśli krzyk, naciągają łuki i strzelają w stronę Warsza, jednocześnie ponaglają jeńców do szybkiego pchania łodzi za Warszem. Ale łódź, obciążona wielką pełną siecią, nie może płynąć szybko i – nim inne łodzie pruskie ruszyły w pogoń – już Warsz zniknął im z oczu za zakrętem rzeki. Prusowie rezygnują z pogoni. W głąb puszczy, przez którą płynie rzeka, nie chcą się zapuszczać, a zresztą idzie tylko o jednego niewolnika.
Warsz silnie i nieprzerwanie pcha swoją łódź w dół rzeki. Jednocześnie przegląda sprzęt, który – w tajemnicy przed Prusami – udało mu się schować na dnie łodzi. Najważniejsze to, że ma siekierę i dużą ilość rozmaitych sznurów, a także małą sieć. Upływają godziny i dni. Warsz już sporządził sobie podczas postoju na brzegu rzeki łuk i zaostrzył sporo strzał. Zatrzymując się na krótko – bo wciąż obawia się pogoni – poluje i odżywia się mięsem zabitych ptaków i małych zwierząt.
Warsz widzi, że jego rzeka wpada do wielkiej rzeki, która płynie tworząc liczne rozlewiska. Namyśla się, w którą stronę płynąć. Rzeka płynie na północ, Warsz boi się tego kierunku, słusznie mniemając, że może tam napotkać Prusów. Obiera zatem przeciwny kierunek, licząc że może doprowadzi on go do swoich. Tak więc natychmiast odbija od brzegu i – ciężko walcząc z silnym nurtem – posuwa się w górę rzeki. Teraz nie idzie mu już tak łatwo, jak poprzednio i Warsz bardzo musi się napracować, toteż częstsze są przerwy i odpoczynki.
Widzi jednak, że cel jego wędrówki może stać się rzeczywistością, nie traci więc nadziei – płynie – polecając się bogom rzeki i od nich oczekując opieki i pomocy.

Pieśń Warsza:

Dobrej rzeki dobre bogi,
Rzeki szarej, rzeki wielkiej,
Sprawcie, niech nie znajdą wrogi
Drogi do mnie, dobre bogi…
Dobre bogi dobrej rzeki,
Chrońcie mnie od mocy wszelkiej,
Nieście łódź mą w kraj daleki,
Wielkie wody wielkiej rzeki.
Dobrej rzeki bogi dobre,
Wiedźcie mnie przez prądy, progi,
By me serce było chrobre,
Dozwólcie, o bogi dobre…

Warsz przybliża się, płynąc łodzią, do brzegu rzeki. Puszcza przerzedza się tam, tworząc polanę, za którą wznoszą się urwiska, porosłe puszczą.
W momencie, kiedy łódź Warsza jest blisko brzegu, trafia na ostry głaz, który rozbija cały dół łodzi. Warsz z wysiłkiem holuje łódź do brzegu, wyciąga ją na piasek i znosi swój skromny dobytek na brzeg.
Zabobonny chłopak widzi w tym rękę bogów i decyduje się na pozostanie w tym miejscu na długo może na zawsze. Od razu zatem, bez chwili wypoczynku, zabiera się do zabezpieczenia sobie noclegu. Jeszcze przed nocą z nazbieranych konarów i gałęzi tworzy ochronę przed dzikimi zwierzętami. Z gałęzi buduje szałas, który będzie jego domem aż do zbudowania bardziej trwałego domku.

Foto: Krzysztof Woźniak

Bożenka z psem wędruje niezmordowanie, oddalając się coraz bardziej od znienawidzonego grodu i groźnych nieprzyjaciół. Dziewczyna w czasie długiej wędrówki, pod wpływem wciąż grożących niebezpieczeństw, dziczeje coraz bardziej. Nie ma ona teraz trudności ze zdobywaniem pożywienia. Poluje coraz to sprawniej. Pies również poluje i przynosi jej coraz to nową zwierzynę. I Bożenka, i Ryk są syci i – co za tym idzie – silni. Dziewczyna włada już tak oszczepem, że nie boi się nawet grubego zwierza. Boi się tylko ludzi i wciąż obawia się pogoni.
W czasie wędrówki, zwłaszcza o wieczorowej porze, majaczą się wciąż dziewczynie leśne widziadła. Ona się nawet ich już nie boi, ale nie rozumie tego, co ją otacza, i granica między otaczającą ją przyrodą a zjawiskami nieziemskimi zaczyna się w jej umyśle zacierać. Jednak nie boi się, zwłaszcza że pies nie reaguje zupełnie na te zjawy, a – gdyby były naprawdę – to on pierwszy odczułby niebezpieczeństwo.
Przed wieczorem pewnego dnia dziewczyna z psem dochodzi do miejsca, w którym “jej” rzeka wpada do innej, wielkiej rzeki, toczącej swe szeroko rozlane wody. Dziewczyna staje bezradna. Czy przeprawić się na drugi brzeg, “mojej” rzeki, ale to trudne, bo i ta rzeka przy ujściu jest szeroka i niebezpieczna, czy też iść w górę przeciw prądowi rzeki.
Bożenka coś jednak wie o tej wielkiej rzece. Starzy ludzie w grodzie bajali o niej, o rzece daleko na wschodzie, do której jednak nikt z grodu jeszcze nie dotarł. Bożenka patrzy uważnie w dal i nagle spostrzega na daleko w wodzie płynącą postać – pół kobietę – pół rybę. Płynie, pluska się i igra w wodzie w promieniach zachodzącego słońca. Nagle zatrzymała się, jakby stanęła na ogonie i ręką wyraźnie wskazała Bożence kierunek – w górę rzeki. Bożenka już wie, to Panna Wodna, o niej to bajały stare kobiety w grodzie, że dziewka, którą opiekuje się Panna Wodna, zawsze będzie szczęśliwa. Toteż Bożenka nie waha się ani chwili i – ślepo posłuszna idzie z psem we wskazanym kierunku. Panna Wodna niknie.

Leśne obozowiska uciekinierów z grodu. Odpoczywają, jedzą. Łowcy z puszczy przynoszą ubitą zwierzynę. Dziewczęta rozniecają ogień, warzą strawę. Mężczyźni budują prowizoryczną wędzarnię i – podtrzymując ciągły ogień – wędzą mięso na dalszą wędrówkę. Panuje tu ład, porządek i spokój. Dagniew rozstawił nieliczne straże, które pilnują, żeby nikt nie zaskoczył ich nie przygotowanych, ale nawet daleki zwiad, stale penetrujący puszczę w kierunku grodu, nie znajduje nic niepokojącego. Z każdym dniem wędrówki niebezpieczeństwo pogoni maleje. Zresztą nie obawiają się specjalnie wroga.
Jest ich trzydziestu, a i trzydzieścioro dziewcząt uczy się pilnie od chłopców władania bronią – sulicą, łukiem czy nawet toporem. To młode i silne dziewki, idą, pracują, nie gorzej od chłopców i wytrzymują dzielnie trudy wędrówki.
Tym razem odpoczynek był długi – kilkudniowy, bo i zapasy należało poczynić, i strudzonym nogom dać oddech i starunek. Ale koniec postoju. Znów wąż objuczonych młodych rozciąga się, otwierany i zamykany przez czujny zwiad. Orientując się według słońca i mchu na drzewach idą wytrwale dalej.

Warsz samotnie pracuje niemal bez wytchnienia w swojej nowej zagrodzie. Otoczona ona jest już wysokim zasiekiem, założonym ostrymi krzewami i gałęziami z jednym tylko otworem na wejście – od strony rzeki. Od strony puszczy jeszcze nie wszystko jest ogrodzone. Chata – mała, ale dla Warsza dostateczna – jest gotowa i pokryta gałęziami i mchem. Przy chacie Warsz ułożył w sągi drewno na opał, na zimę.
Robota jest trudna, bo ze wszystkich potrzebnych narzędzi Warsz posiada tylko jedną siekierę, więc na razie o takich robotach, jak naprawa łodzi, nie ma co nawet marzyć. Więc poluje, choć wciąż je mięso i jest nie słabszy, jednak ani chleba, ani kaszy nie uświadczy. Ale trudno tak trzeba żyć.

Rosław dumnie rozparty w łodzi popychanej z prądem przez dwóch silnych pachołków. Od czasu do czasu przegląda pilnie brzegi rzeki. Nagle każe on zatrzymać łódź i zbliżyć się do brzegu. Nareszcie znalazł trop. Raz jeden Bożenka zaniedbała starannego zatarcia śladów. Rosław znajduje popiół po ognisku i strzępy starego giezła Bożenki. To tu narządzała ona sobie nowe okrycie ze skóry zabitej łani, której kości również wskazują na obozowisko. Teraz Rosław z nową energią siada do łodzi i popycha pachołków, nie szczędząc im wymysłów i szturchańców.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 2)

Dariusz Kacprzak

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina

Max Slevogt wraz z Maksem Liebermannem i Lovisem Corinthem bywa określany mianem „potrójnej gwiazdy imresjonizmu niemieckiego”. Uczył się w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, w 1889 roku wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Académie Julian kontynuować naukę i nad Sekwaną kopiować starych mistrzów. W 1890 roku wyjechał do Włoch. Dwa lata później został członkiem Monachijskiej Secesji, a w następnym roku podczas wystawy secesjonistów zaprezentował obraz Walka zapaśników, który wzbudził żywe emocje. W 1897 roku w Salonie Sztuki Eugena Artina w Wiedniu została otwarta pierwsza indywidualna wystawa artysty. Do 1900 roku był związany z Monachium, współpracował z czasopismami Jugend i Simplicissimus, później krótko mieszkał we Frankfurcie nad Menem, by w 1901 roku na stałe osiąść w Berlinie. Związał się ze środowiskiem berlińskiej Secesji. W 1914 roku został członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a rok później Królewskiej Akademii Sztuk w Dreźnie. Od 1917 roku prowadził pracownię mistrzowską w berlińskiej akademii. Początkowo malował niemal naturalistycznie sceny mitologiczne i religijne utrzymane w ciemnym kolorycie. Podjęte w drugiej połowie lat 90 XIX wieku studia plenerowe przyniosły rozjaśnienie palety. Jego dojrzałe obrazy charakteryzuje bogaty koloryt, upodobanie do silnych kontrastów, swoboda, pełne temperamentu prowadzenie pędzla. Znaczącą część dorobku artystycznego twórcy zajmują grafiki. Jako ilustrator książek dowiódł biegłości warsztatowej, pomysłowości i fantazji. Zajmował się również malarstwem ściennym – kompozycje takie wykonał m.in. w domu Johanna Guthmanna w Szklarskiej Porębie, w Kościele Pokoju w Ludwigshafen oraz we własnym domu w malowniczym położonym na Nizinie Górnoreńskiej Neukastel w Palatynacie.

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina, 1926
olej, płótno, 100 x 80,5 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie
fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bogaty i interesujacy rozdział w twórczości Maksa Slevogta stanowią dzieła związane z przeżyciem muzyki, która była ważnym źródłem jego inspiracji. Artysta zafascynowany światem dźwięku i ruchu – muzyki, teatru, opery, tańca – tworzył nie tylko obrazy, rysunki i grafiki o tej tematyce, ale także zajmował się projektami scenografii oraz kostiumów do utworów scenicznych (Wesołe kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w inscenizacji Maksa von Reinhardta, Sąd Salomona Pedra Calderóna de la Barki w inscenizacji Floriana Geyera dla Ottona Brahma). Wielokrotnie pracował dla renomowanych teatrów operowych, Opery Unter den Linden w Berlinie oraz drezdeńskiej Staatsoper, przygotowując projekty scenografii m.in. do Czarodziejskiego fletu, Don Giovanniego W. A. Mozarta – były to akwarele, gwasze, rysunki ołówkiem, węglem, tuszem, a także ilustracje, powielane graficznie w technice litografii, drzeworytu i akwaforty. W 1920 roku w berlińskiej oficynie Paula Cassirera wydano Czarodziejski flet. Rysunki na marginesach manuskryptu Mozarta (Die Zauberflöte. Randzeichnungen zu Mozarts Handschrift), rok później u Fritza Gurlitta ukazało się bibliofilskie, zilustrowane przez Slevogta drzeworytami, wydanie liberetta Lorenza da Ponte do Don Giovanniego Mozarta (na podstawie wydania wiedeńskiego z 1788 roku). Dobiegajacy sześćdziesiątego roku życia artysta, zaprojektował dla Hermanna Muthesiusa, do jego domu w Berlinie, malowidło ścienne Wesele Figara (1927).

Fascynacja Slevogta tańcem jest wyraźnie widoczna już we wczesnym jego dziele – Tryptyku tańca: Tancerka w srebrze (1895, Landesmuseum Mainz), Tancerka w zieleni (1895, zaginiony), Tancerka w złocie (1897, Max Slevogt-Galerie, Villa Ludwigshöhe). W 1902 roku powstał słynny obraz artysty Aria szampańska, tzw. Biały d’Andrade (Staatsgalerie Stuttgart), w którym artysta utrwalił występ utalentowanego Portugalczyka w Theater des Westens w Charlottenburgu, a dziesięć lat później, tzw. Czerwony d’Andrade – imponujące malarskim rozmachem dzieło, dziś wita gości przekraczających próg Alte Nationalgalerie w Berlinie. Malarz portretował znakomite artystki epoki. Wielokrotnie malował i sztychował występujacą m.in. w berlińskim kabarecie W siódmym niebie, pochodzącą z Filipin, Mariettę di Rigardo (właśc. Maria della Rosa, poźniejsza żona właściciela kabaretu Georga Davida Schulza, która po rozwodzie z nim, poślubiła Ludwiga Thomę, znanego pisarza z kręgu Simplicissmusa i występowała później jako Marion Thoma). W 1901 roku namalował goszczącą w Berlinie podczas europejskiego tournée japońską tancerkę Sadę Yakko. Kilkukrotnie portretował Tillę Durieux, żonę Paula Cassirera – m.in. w 1921 roku jako żonę Putyfara w Legendzie Józefa Richarda Straussa, do której libretto napisali Harry Kessler i Hugo von Hofmannsthal, a wcześniej w roli Salome. Warto wspomnieć także o portrecie scenicznym Anny Pawłowej: słynna prima ballerina assoluta została przedstawiona w tańcu orientalnym jako Bajadera.

Bohaterką szczecińskiego, powstałego w 1926 roku, obrazu jest uchodząca za odnowicielkę baletu hiszpańskiego, tancerka i choreografka Antonia Mercé y Luque, bardziej znana pod pseudonimem scenicznym La Argentina. Była córką baletmistrza madryckiego Teatro Real Manuela Mercé i tancerki Josefy Luque. Urodziła się w 1890 roku w Buenos Aires, podczas baletowego tournée rodziców po Argentynie. Naukę tańca rozpoczęła pod okiem ojca, a później po jego śmierci pobierała lekcje także u matki. W wieku dziewięciu lat debiutowała jako primabalerina w operze w Madrycie, w 1905 roku tańczyła z wielkim powodzeniem w tamtejszym Teatro Ateneo. W 1910 roku Paryż oglądał ją w operetkach na deskach Moulin Rouge oraz Olimpii, a później artystka odbyła tournée po Anglii, Belgii i Niemczech. Po I wojnie światowej, która zastała ją w Rosji, Mercé w 1915 roku w Madrycie przygotowała choreografię do baletu Czarodziejska miłość (El Amor Brujo) Manuela de Falli. Potem wyjechała do Ameryki Południowej, a następnie na zaproszenie kompozytora Enrique’a Granadosa tańczyła w Nowym Jorku w jego Goyescas. Do końca wojny przebywała w Meksyku, skąd w 1919 roku powróciła do Paryża. Współpracowała z Federikiem Garcią Lorcą, Maurice’em Ravelem, Isaakiem Albénizem. W 1926 roku artystka zyskała impresaria. Był nim Arnold Merckel, który do końca jej życia troszczył się o kalendarz jej występów. We flamenco i tangu jej partnerem był częstokroć Vincent Escudero, a akompaniatorem – gitarzysta Carlos Montoye. La Argentina cieszyła się ogromną sławą, w 1930 roku została odznaczona Krzyżem Legii Honorowej. W 1936 roku, na krótko przed śmiercią, tańczyła w paryskiej Operze Komicznej z okazji wykładu Paula Valéry’ego. Zmarła w San Sebastian 19 lipca 1936 roku na atak serca.

W szczecińskim obrazie malarz poprzez swobodę gestu malarskiego, brawurowe operowanie plamą barwną, nadającą przedstawieniu lekkości, odczucie ruchu, intensywność tonów, modelujące postać tancerki silne refleksy światła, stworzył sugestywny obraz magii tańca hiszpańskiego, a także dał wyraz nieskrywanej zmysłowości portretowanej kobiety.

Wprawdzie proweniencja obrazu nie jest w pełni znana, tym niemniej można przypuszczać, że dzieło pochodzi z przedwojennej szczecińskiej kolekcji prywatnej, a w okresie powojennym trafiło za pośrednictwem rynku antykwarycznego do zbiorów muzealnych. Przy tej okazji warto wspomnieć, że w zbiorach przedwojennego szczecińskiego Muzeum Miejskiego znajdowały się dwa inne obrazy Slevogta: Autoportret przy sztalugach pochodzący z kolekcji Friedy i Wilhelma Doeringów oraz Portret pianisty Ansorge.

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Reblog: Pełnia lata i inne wiersze / Der Hochsommer und andere Gedichte

Das SprachCafè Polnisch e.V. in Pankow
STZ Pankow, Schönholzer Str. 10, 13187 Berlin
02.06.2017 – 31.08.2017

2 czerwca – wieczór poezji i wernisaż / 2. Juni – Poesieabend & Vernissage
18:00

Agata Koch

A skąd się biorą te wszystkie myśli?
Przychodzą do nas z kosmosu?

Te duże i małe,
te szare i barwne,
te nowe i dawne,
te zimowe i te z lata,
te smaczne i bez smaku,
te pachnące i te bez zapachu,
te górnolotne i te codzienne,
te ważne i te nie tak bardzo…
te lekkie i te ciężkie,
te rozbiegane i te spokojne,
przezroczyste i gęste,
miękkie i nie do zgryzienia,
te moje i te mi obce,
te proste i te nie do zrozumienia,
te widoczne i te…
te jasne…

…i jakie jeszcze będą?
Teraz już sama nie wiem –
spójrz na nie ze mną…

Danke…

Wo kommen all diese Gedanken her?
Aus dem großen All von überall?

Die großen und die kleinen,
die grauen und die farbigen,
die neuen und die von früher,
die winterlichen und die vom sommer,
die leckeren und die ohne geschmack,
die duftenden und die geruchlosen,
die abgehobenen und die alltäglichen,
die wichtigen und die nicht ganz so,
die leichten und die schweren,
die hektischen und die ruhigen,
die durchsichtigen und die dicken,
die weichen und die nicht zu knacken sind,
die von mir und die mir fremden,
die einfachen und die unfassbaren,
die sichtbaren und die…,
die klaren…

…wie sind sie denn noch?
Gleich weiß ich selber nicht mehr,
schaue Du jetzt mit hoch…

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind, mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Rzeczy
które mamy
posiadamy
pragniemy
rzeczy
o które się tak staramy
których potrzebujemy
które są nieodzowne
lub tylko tak wydaje się nam

rzeczy
które lubimy
które są piękne i modne
nam towarzyszą i otuchy dodają
wiele umożliwiają i ułatwiają

rzeczy
przypominają
nasz smak opisują
i przynależność wyrażają
oraz prestiż

dzielimy się rzeczami z innymi
dzielimy się z rzeczami
sprawami duchowymi…

rzeczy
zbieramy
przekładamy
rzeczy
które leżą
spoczywają i się nudzą
zakurzone
pod swym ciężarem
– rzeczy zmęczone…
– – –

Sachen
die wir haben
besitzen
nach denen wir streben
um die wir uns so Mühe geben
Sachen, die wir brauchen
die unentbehrlich sind
oder uns nur so vorkommen
mögen

Sachen
die schön sind und in
Sachen, die wir mögen
die uns begleiten und es gemütlich gestalten
vieles ermöglichen und leichter machen

Sachen
die uns an was Bestimmtes erinnern
die unseren Geschmack beschreiben
und Zugehörigkeit
sowie Prestige zeigen

wir teilen Sachen mit anderen
wir teilen mit Sachen
auch Seelen…

Sachen
die wir sammeln
leihen, umräumen
Sachen
sind liegengeblieben
sie ruhen und langweilen sich
verstaubt
unter ihrer Last
– müde…

…bo najważniejsze jest
to
między chwilami
w nawale spraw
pędzie dnia codziennego
milionów detali jego
głębię oddechu poczuć
i lekkość
nagłą i piękną
spojrzeć na
to
jak na czarne na białym
czy
białe na czarnym?
klarowne
cudowne
To

…denn das Wichtigste ist
das
zwischen den Augenblicken
in der Menge der Dinge
und der Schnelligkeit des Alltags
in Milionen seiner Details
die Tiefe des Atems zu erspühren
und seine Leichtigkeit
die plötzlich eintritt und schön ist
das
zu erblicken
wie Schwarz auf Weiss
oder
Weiss auf Schwarz?
ein klares
wunderderbares
Das

Obrazy / Bilder

W rozmowie / Im Gespräch, Collage, Barbara Konieczna

Co nas porusza – wystawa zbiorowa artystek*artystów z berlińskiej dzielnicy Pankow/ Was uns bewegt? – Gemeinschaftsausstellung der Pankower Künstler*innen

Wystawiają / Es stellen aus:
Agata Koch, Aleksandra Gajda, Barbara Konieczna, Bianca Monroy, Estrella Betancor, Gabriele Klier, Grażyna Zarębska, JP Bouzac, Justyna Stokłosa, Sabine Renault,  Silviya Zdravkova, Susanne Kiene

Spotkanie w ramach cyklu prezentacji autorów bloga
Ein Treffen im Rahmen des Vorstellens der Autor*innen vom Blog
ewamaria2013
&

Stuart 24

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

Joanna Trümner

Pożegnanie

Zbliżał się koniec roku, Stuart cieszył się na ponad miesięczny urlop od pracy w szkole. Z niecierpliwością czekał na wyjście Meg ze szpitala za kilka dni i wykorzystywał ciszę, która zapanowała w jego mieszkaniu od czasu, kiedy Liza zaczęła spędzać każdą wolną chwilę z Chrisem – ojcem Meg, na pisanie nowych utworów. Liza przedłużyła swój pobyt w Sydney o miesiąc. Zaskakująca miłość rodziców Meg – dwójki ludzi, którzy po trzydziestu latach zaczęli poznawać się na nowo, nabierała szybkiego tempa. Stuart patrzył z zaskoczeniem na tę dwójkę starszych ludzi, która zachowywała się jak para zakochanych nastolatków i z trudnością rozstawała na kilka godzin. „Życie pisze niesamowite historie”, myślał patrząc na nich podczas odwiedzin w szpitalu, „ktoś, kto ich nie zna, mógłby pomyśleć, że ma przed sobą rodzinę, która zawsze była razem”.

Nie mógł doczekać się Sylwestra, końca roku 1981 – roku, który przyniósł wiele złych, niepotrzebnych wydarzeń. W kilka godzin przed północą siedział na niewygodnym krześle w pokoju szpitalnym. Opowiadał Meg o planach porzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. „Musisz to zrobić, inaczej będziesz kimś, kto przez całe życie będzie żałował, że z wygodnictwa nawet nie próbował znaleźć swojej drogi”, skomentowała. Krótko po północy ktoś nieśmiało zapukał do drzwi pokoju. Stuart od razu rozpoznał lekarza, który operował jego dziewczynę w tę fatalną noc przed czteroma miesiącami, kiedy los decydował o tym, czy będzie dalej żyła. „Chciałem złożyć życzenia noworoczne mojej ulubionej pacjentce”, powiedział podchodząc do łóżka. „Meg, zostało ci jeszcze tylko pięć dni pobytu w szpitalu, mam nadzieję, że i po twoim wyjściu na wolność będziemy mieli okazję do dalszych ciekawych rozmów”, powiedział. Stuart poczuł rosnącą zazdrość, zaskoczyła go intymność tej rozmowy, nagle wydało mu się, że pokój stał się za ciasny dla trójki ludzi. Zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o dziesiątkach godzin, które jego dziewczyna spędziła na czekaniu na kolejną wizytę, badania i zabiegi. Nic nie wiedział o „ciekawych rozmowach” pomiędzy lekarzem a młodą psycholożką, o tym, jak Meg spędzała czas, o jej czekaniu i wrażeniu, że stoi na bocznym torze życia. „Czas już, żeby w końcu była w domu”, pomyślał.

W kilka godzin później wrócił do swojego mieszkania, już na schodach usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu. Dzwoniła matka: „Musisz koniecznie przylecieć, Stuart umiera na raka, bardzo chce się z Tobą przed śmiercią zobaczyć”. „Jak mogłem do niego tak długo nie zadzwonić?”, pomyślał ze wstydem, przypominając sobie ostatnią rozmowę z wujkiem, od której minął ponad miesiąc. Rozmowę zakończoną słowami Stuarta-seniora: „Kto wie, czy jeszcze się kiedykolwiek zobaczymy”, słowami, które teraz nagle nabrały sensu. Stuart-senior – jego ukochany wujek, dobra, życzliwa dusza, której opiekuńcze skrzydła czuł nad sobą przez wiele lat, umierał.

Następnego dnia poszedł rano do szpitala i powiedział Meg, że musi na co najmniej dwa tygodnie wyjechać do Anglii. Dziewczyna uspokoiła jego obawy, że nie da sobie rady po powrocie ze szpitala. „Poradzę sobie, musisz do niego polecieć. Mną się przecież mogą w tym czasie zająć rodzice”. W kilka dni później Stuart wsiadł do samolotu, a podczas długiego lotu przypominał sobie spotkania z wujkiem i jego partnerem, koncerty w ich galerii i cztery lata pobytu w Londynie.  „Ten nowy rok fatalnie się zaczyna”, pomyślał i mimowolnie przed jego oczami pojawiła się twarz młodego lekarza ze szpitala.

W Londynie na lotnisku czekał na niego Brian, partner i wspólnik Stuarta seniora. „Jest fatalnie, to dla niego bardzo ważne, że jesteś. To rak płuc i lekarze nie dają nam żadnej nadziei. Do śmierci zostało mu prawdopodobnie kilka dni, w najlepszym wypadku tydzień, albo dwa. Nie zdziw się, on ma straszne bóle i dostaje morfinę, a przez to nie zawsze wie, co się wokół niego dzieje.” Stuart wszedł więc do budynku szpitala „Royal Hospital” z obawą, czy uda mu się jeszcze w ogóle porozmawiać z człowiekiem, któremu tak wiele zawdzięczał i na którym zawsze mógł polegać. Przyszli razem z Brianem. Na widok chorego z trudem powstrzymał łzy – choroba zmieniła tego przystojnego mężczyznę w karykaturę człowieka, zapadnięte policzki, jeden cienki kosmyk włosów na środku głowy i przebarwienia skóry, wyglądające na rany po poparzeniach, nadały jego wyglądowi coś niesamowitego. Z myśli wyrwał go głośny szept pacjenta: „Bardzo się cieszę, że jesteś. Ostatnio dużo o tobie myślałem, żegnam się przecież z wami wszystkimi”.

Stuart przejął inicjatywę prowadzenia rozmowy, ale w pewnym momencie przerwał swoje opowiadanie o nowościach w Sydney, bo poczuł, że chory jest bardzo zmęczony. Zostawił pacjenta samego i poszedł do szpitalnej stołówki, gdzie czekał na niego Brian.

Brian powiedział Stuartowi, że choroba pojawiła się nagle, wtedy, gdy, niestety, obaj mieli ze sobą duże problemy. „Przez ostatnie lata byliśmy przede wszystkim partnerami i przyjaciółmi”, mówił Brian. “W ciągu ostatnich lat spadło na nas niemało kłopotów. Podjęliśmy kilka złych decyzji, zainwestowaliśmy pieniądze w obrazy, których nikt nie chce kupić. Zdarzało się, że nie mieliśmy pieniędzy na czynsz. Na szczęście od roku ta zła passa się skończyła, galeria znowu przynosi niezłe zyski. Wszystko to bardzo zmieniło nasz związek – ja przestałem w którymś momencie wierzyć w to, że go jeszcze kocham. No i kogoś poznałem.” Brian był wyraźnie zakłopotany. „Do końca życia nie pozbędę się uczucia, że jego rak jest moją winą. Tamtą historię skończyłem, jak tylko dowiedziałem się o jego chorobie, dopiero wtedy zrozumiałem, że on jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie.” Stuart nie wiedział jak zareagować na intymne zwierzenia Briana. „Najważniejsze, że teraz przy nim jesteś. Ważne, żeby wiedział, że nie jest sam i że jest kochany”, powiedział, próbując uspokoić wyrzuty sumienia Briana.

Następnego dnia Stuart-senior był w lepszej formie. Po kilku minutach rozmowy spytał siostrzeńca o jego muzykę. „Nigdy o niej nie zapominaj, masz talent i musisz coś z nim zrobić. Ja też zawsze marzyłem o własnej galerii, zawsze wierzyłem w to, że kiedyś mi się to uda. Proszę cię nie rezygnuj. Większość ludzi nie ma żadnego celu, przeżywa to życie niczego nie pragnąc – a ciepłe mieszkanie i obiad to nie wszystko”. Stuart-senior mówił ostatnie słowa tak emocjonalnie, że przez chwilę sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, który za chwilę wstanie z łóżka i pójdzie przygotowywać kolejną wystawę, prawie można było zapomnieć, że zostało mu zaledwie kilka dni.

Zaraz po tym wybuchu emocji pacjent zasnął, Stuart zostawił go więc w spokoju i poszedł do kantyny. Tam z radością zobaczył, że przy stoliku razem z Brianem siedzą jego matka i siostra Kate. Przywitał się z nimi, z pewnym rozczuleniem wziął z rąk matki ciepłą kurtkę, którą zostawił w domu wyjeżdżając do Australii. „Matka zawsze pozostaje matką, jak to dobrze”, pomyślał, bo przez ten spontaniczny przyjazd nie przygotował się do zimy, a ta, w nowym roku 1982, po raz pierwszy od wielu lat, dawała się w Anglii we znaki. Londyn był biały – śnieg, o istnieniu którego Stuart zapomniał, utrudniał co prawda życie w mieście, paraliżując jego komunikację, ale zmienił równocześnie obraz metropolii – miasto miało w sobie teraz coś niewinnego, czystego i optymistycznego.

Rozmowa przy stoliku w stołówce dotyczyła głównie chorych – zarówno Stuarta-seniora jak i Meg. Brian zadecydował o tym, kto i jak długo będzie odwiedzał Stuarta. Następna w kolejce była matka. Brian wręczył Stuartowi klucz do domu, sam zdecydował się zostać na noc przy łóżku chorego. Wieczorem Stuart, Kate i matka zasiedli ze szklaneczką w ręku w salonie Briana i Stuarta i opowiadali sobie nowiny. Stuart odnosił wrażenie, że wszyscy troje starają się unikać tematu nowego związku matki, może dlatego że nie był przecież częścią ich wspólnej przeszłości, był czymś świeżym, nowym, należącym do innego, właściwie nie znanego im, dzieciom, etapu życia.

Kate była w ciąży i nie mogła doczekać się urodzin dziecka, którego pragnęła od lat.

Matka obiecała Stuartowi, że w maju przyjedzie do Sydney. „Czy mogę kogoś ze sobą wziąć?”, spytała, a z jej tonu Stuart wywnioskował, że nieznany nowy partner jest dla niej ważny. Stuart pomyślał, że matka odmłodniała i po raz pierwszy od lat sprawia wrażenie osoby szczęśliwej. O trzeciej nad ranem zbudził ich odgłos dzwoniącego telefonu. Brian płakał. Przed kilkoma minutami Stuart umarł.

Cdn