Reblog: 2 to nie 3 ale jednak mimo wszystko 2

Jacek Pałasiński (na Facebooku)

26. Juli um 14:41 

Czy się zestarzało? Nie, proszę sprawdzić. Kto wczoraj słusznie oglądał TVN24 BIS, ten słyszał. Przetłumaczyłem w całości, a resztę w co istotniejszych fragmentach, komentarze nt. sytuacji w Polsce, zamieszczone w najbardziej prestiżowych dziennikach świata.

Choć to długie, to jednak proszę rzucić okiem: świat jednak nie wierzy w dobre intencje rządzącej w Polsce formacji.

FAZ
http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-dudas-manoever…

MANEWRY DUDY
Swoim wetem Duda przeciwstawił się w dobrym momencie alarmującemu rozwojowi sytuacji. Ale czy ma na myśli własne dobro, czy tez opiera swą decyzję na spóźnionej mądrości?
Tylko prezydent Polski wie dlaczego właśnie teraz zdecydował się na rozerwanie frontu Kaczyńskiego. Uzasadnia to, cytując obawy obywateli, panujące od jakiegoś czasu w kraju. Było ię wydarzeń, wobec których mógł bronić podziału władz, nie ostatnie to był przewrót w TK w ciągu ostatnich miesięcy. Może Duda rzeczywiście zauważył, że nacjonal-konserwatyści idą za daleko, że podzielili kraj, że Polsce grozi izolacja w UE, ale być może działa dla własnego dobra. Być postrzeganym jako notariusz partii rządzącej nie jest najlepszym sposobem dla młodego polityka, kiedy ma jeszcze jakieś ambicje.
Ale bez wątpienia sekwencja manewrów Dudy daje efekty: po raz pierwszy od zwycięstwa wyborczego sprzed dwóch lat Kaczyński staje w obliczu oporu wśród własnych szeregów i nie może nic z tym zrobić. Ponieważ Duda, wybrany w wyborach bezpośrednich ma spory zakres władzy i może skutecznie blokować agendę autorytarną – nie tylko w stylu, może być poważnym przeciwnikiem eurosceptyka Kaczyńskiego. To wprowadza dynamikę w polityczny krajobraz kraju, wraz ze wszystkimi ostatnimi manifestacjami. Kaczyński – wydaje się – musi pogodzić się z faktem, że nie może trzymać w ręku wszystkich sznurków.
To dobrze, że taki rozwój wypadków narodził się w samej Polsce. Różne procedury Brukseli w sprawie zagwarantowania państwa prawa zawsze będzie miało wymiar paternalistyczny. (…) Teraz należałoby dać Polsce trochę czasu, by odnalazła nowy konsensus w sprawie przyszłego kształtu WS. W tej kwestii Europa nie ma gotowego modelu.

http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-der-mann-vor-d…

MARIONETKI a.D.
Autor: KONRAD SCHULLER

Przez długi czas prezydent Duda był marionetką Kaczyńskiego. Swoim podwójnym weto dla reformy wymiaru sprawiedliwości odszedł na krok od cienia swojego patrona. Rząd atakuje jego plany.
(…) Ilekroć pokazywał się publiczne odkąd jest na urzędzie, prezydent Polski miał za sobą szaro-niebieskie kotary, jak w teatralnych kulisach. Ci, którzy na niego patrzyli zastanawiali się w jakiej roli występuje? Aktora na scenie? Na tle tych kurtyn w swoim biurze Duda wyglądał jak ktoś, komu inni piszą teksty, ktoś, komu podpowiada sufler z zewnątrz: JK, silny człowiek w Polsce, rewolucyjny lider bez żadnej odpowiedzialności rządowej.
Od poniedziałku jest inaczej. Duda powrócił przed kurtynę, ale głos podpowiadacza wydawał się do niego nie docierać. Wygłosił nowe teksty, które wydawały się przeciwieństwem tego, co mówił w przeszłości. Postawił swoje prezydenckie weto przeciw Kaczyńskiemu (…)
I Duda poszedł nawet dalej: Należy przeczytać ostatni paragraf jego wystąpienia, by zrozumieć, że zrobił więcej niż odesłanie dwóch tekstów do Parlamentu. Przede wszystkim zredefiniował pozycję Kaczyńskiego, to nie on jest od wczoraj numerem jeden w Polsce.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/justizreform-in-polen-polnisch…

POLSKI RZĄD NIE ODPUŚCI
(…) Polski rząd nie zmienia kursu po wecie prezydenta Dudy. „My będziemy realizować nasze plany – powiedziała premier BS.(…)
Swoim wetem Duda rozbija po raz pierwszy publicznie niekontrastowaną władzę JK. Podczas swoich 2 lat jako prezydent AD podpisał wszystkie ustawy, wliczając w to te, które były sprzeczne z konstytucją. (…)
Dla rządu to problem, ponieważ przeforsowanie aktualnej wersji tekstu reformy wymagałoby większość 3/5 w Parlamencie, a prawica nacjonalistyczna tyle nie ma.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/polen-wie-die-eu-polen-auf-den…

Jak można powrócić na właściwą drogę, UE Polska
Autor: Thomas Urban
To, co robi lider PiS jest oczywistym naruszeniem praw UE. Ale Bruksela nie znalazła żadnej skutecznej dźwigni przeciw Warszawie. Teraz nadeszła godzina dyplomatów.
(…) Społeczeństwo polskie charakteryzuje poszukiwanie tożsamości kulturalnej.
(…)Żądając przyjęcia imigrantów Zachód nie docenił w pełni jak dalece poszukiwanie własnej tożsamości kulturalnej cechuje społeczeństwa, które przez pokolenia wysłuchiwały retoryki bloku sowieckiego i były ofiarami represji intelektualnej, zwłaszcza w Polsce. Należałoby przybliżyć tożsamości wschodnią i zachodnią. (…)
Protesty uliczne nie powinny przysłaniać faktu, że obóz rządowy jest mocno w siodle, a opozycja jest bardzo słaba. Lider KOD okazał się małym oszustem, który napełniał własne kieszenie. PO, które w zdu-miewający sposób otrzymuje od zachodnich mediów etykietkę „liberalnej”, musi zostać odbudowana od podstaw po odejściu swojego przywódcy DT, który pozostawił w Polsce chaos polityczny. Nie ma postaci ani wiarygodnych ani charyzmatycznych.
W innych krajach europejskich, również w Niemczech, popełniono błąd, nie biorąc poważnie lub wręcz ignorując narodowych konserwatystów.(…)
Ambasada w Warszawie wysypiskiem niechcianych dyplomatów.
(…) Dopiero w 2011 r. wysłano do Warszawy dobrze wykształconego człowieka, mówiącego po polsku. Nie do pomyślenia, by do Paryża czy Rzymu wysyłać ambasadora, nie znającego lokalnego języka.

TAGESZEITUNG

http://www.taz.de/Kommentar-Justizreform-in-Polen/!5429099/

Chłodno obliczone ryzyko
(…) Prezydent, sam prawnik, tym razem był pod szczególną presją. Miał trzy opcje: mógł po pierwsze podpisać sprzeczne z konstytucją ustawy, czego oczekiwał od niego lider PiS JK. Zdyskredytowałby się jednak jako prawnik Po drugie mógł przekazać ustawy do TK, ale ten organ to tylko wikariusz rządu PiS-u.
Po trzecie, mógł zawetować ustawy i odesłać je do Sejmu. Ponieważ PiS nie ma większości 2/3 w Sejmie, nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że ustawy te teraz spadły ze stołu.
Kalkulował na zimno: mógł podjąć takie ryzyko. Szkoda tylko, że nie umożliwił wprowadzenia trzeciej ustawy swoim wetem.

LE MONDE

http://www.lemonde.fr/…/pologne-le-president-duda-gardien-d…
Pologne : le président Duda, gardien du droit et de la justice
(…)Wiadomość zaskoczyła zarówno opozycję, jak i większość parlamentarną i wywołała trzęsienie ziemi w dotychczas monolitycznym bloku ultrakonserwatywnego PiS-u.(…)
Andrzej Duda spowodował poważny kryzys w swojej partii i podważył autorytet silnego człowieka w kraju, JK. (…)
Poza samym gestem, jest również forma. W swoim uroczystym przemówieniu, prezydent przedstawił ostrą krytykę ustaw opracowanych przez większość parlamentarną. W Konstytucji i w tradycji rokurator generalny nigdy nie miał żadnej kontroli nad SN – podkreślił AD. To nie było w programie wyborczym PiS-u – co było otwartą aluzją do ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

LE MONDE
Après le veto de Duda, que deviennent les lois polonaises ?

(…) Wielka niepewność co do tego jak się w przysz-łych dniach zachować w łonie ultrakonserwatywnej większości, PiS-u, który szczególnie źle postrzega decyzję prezydenta.(…)
Prezydent AD zdecydował by wziąć w swoje ręce przyszłość reformy WS w PL(…)
« Prudence dans les annonces »
W Brukseli KE pozostaje ostrożna. Potwierdzona zostaje dogłębna dyskusja o sytuacji w PL przewidziana podczas plenum KE w środę 26. To będzie tylko jeden z aspektów debaty – powiedział rzecznik KE Margaritis Schinas. Widzieliśmy już wiele rzeczy w tej sprawie, więc będziemy ostrożni w naszych uwagach.

FRANCE INTER
https://www.franceinter.fr/…/g…/geopolitique-25-juillet-2017

Ce matin, direction la Pologne, où le véto du président a éloigné les menaces de sanctions européennes…
(…) To przede wszystkim ulica uzyskała to zwycięstwo.
Czy to chodziło o zaostrzenie ustaw aborcyjnych w X 2016 czy dziś, dla niezależności wymiaru sprawiedliwości, to mobilizacja obywateli osiągnęła zwycięstwa. (…)
PO, oficjalna partia opozycyjna, jest nadal niepopularna. Jeśli dać wiarę sondażom, jest od 15 do 20 punktów w tyle za PiS-em. (…)
Z drugiej strony, PiS u niekontrastowanej władzy od dwóch prawie lat, absolutnie nie traci popularności.

Ale dla zwykłego Polaka, to nie jest najważniejsze: najważniejsza jest gospodarka, która rośnie w tempie 4% i jest błyskotliwa. Ważne by szkoły, szpitale były dobrze finansowane i by państwo nie było skorumpowane.
Jak na razie we wszystkich tych punktach PiS nie stracił wiarygodności. Na tyle, że opozycja zrozumiała, że jeśli nadal będzie postępować jak dotąd, będzie zmarginalizowana.

GUARDIAN

https://www.theguardian.com/…/why-suspicion-remains-over-po…
Why suspicion remains over Polish president’s veto of contentious laws
(…) A.D., były poseł PiS i człowiek stosunkowo nieznany przed wyborem na prezydenta w 2015, jako głowa państwa formalnie jest ponad podziałami. W praktyce, jednakże, odgrywał instrumentalną rolę w przejmowaniu przez swoją partię mediów publicznych i zamachu na najwyższy trybunał swojego kraju – TK. Krytycy zarzucają mu, że wielokrotnie złamał przysięgę obrony konstytucji. (…)
Protestujący koncentrują się na Dudzie i jego prawie weta i na razie odnieśli sukces. Co będzie później jest mniej jasne i zależy od powodów decyzji prezydenta.

[Jakie to były powody?]
Pierwsza możliwość, to ta, że weta sygnalizują wolę rządu porzucenia planów skutecznego przejęcia kontroli nad WS.
Optymistyczni obserwatorzy cytują przykład tzw. Czarnego Protestu w X 2016 przeciw propozycji całkowitego zakazu aborcji, kiedy setki tysięcy protestujących, głównie kobiet ubranych na czarno, wyszły na ulice i zmusiły rząd do odwrotu.
Ale to nie rząd wniósł projekt tej ustawy, to byli twardogłowi z grup konserwatywnych, którzy spowodowali pełną furii reakcję, której rząd się nie spodziewał.
Panuje przekonanie, że wszystkie autorytarne partie rozumieją tylko złość ulicy. To działa zawsze, kiedy jakaś partia idzie za daleko i wycofuje się wówczas liżąc swoje rany.
Druga możliwość to taka, że weta Dudy są taktycznym wycofaniem się [PiS-u]. Prezydent nie odrzucił rządowych projektów w całości. Zamiast tego mówił o konieczności naprawy ustaw, by uzyskały społeczne zaufanie.
Trzecia możliwość to ta, że po 2 latach na urzędzie Duda w końcu zdecydował określić się w opozycji do swojej partii.
Przed długi czas wyśmiewany z powodu swojego podporządkowania liderowi PiS-u JK, Duda mógł zdecydować, że tak ścisły związek z PIS uniemożliwi mu reelekcję.

WP

https://www.washingtonpost.com/…/judicial-independence-in…/…
Judicial independence in Poland saved by public opinion
(…) President Duda dokonał nieoczekiwanego ruchu zawetowania części ustaw z powodu masowych protestów przeciwko nim (włączając w to protest b. prezydent LW, legendarnego lidera S. w walce przeciw komunizmowi) i opozycji opinii publicznej. (…)
Świeże sondaże wskazują, że 55% Polaków chciało, by prezydent zawetował ustawy, a tylko 29%, by je podpisał. (…)
Polska to nie jedyny kraj, w którym zachowanie niezależności wymiaru sprawiedliwości zależy od opinii publicznej. To samo dotyczy USA z ich długą historią walk o sprawiedliwość.

FT

https://www.ft.com/con…/8f2ae24c-7072-11e7-93ff-99f383b09ff9
Duda’s defiance leads Poland into new territory
Wyzwanie rzucone przez Dudę prowadzi Polskę na nowe obszary
(…) Co się wydarzy teraz zależy od wielu aktorów. Oczekiwano, że KE nałoży sankcje na PL podczas środowego spotkania, ale niepewność, czy interwencja p. Dudy może spowodować opóźnienie takiej akcji.
Ponieważ wybory w Niemczech będą miały miejsce we wrześniu, to 2-miesięczne opóźnienie może być dobrze widziane w Belinie, gdzie kanclerz A.M. może nie chcieć, by kłótnie z Polską zdominowały jej kampanię.
A jak A.D. podkreślił, on sam sprzyja reformie wymiaru sprawiedliwości i podpisał trzecią ustawę, która z pewnością będzie widziana, jako kontrowersyjna w Brux.

REUTER

https://uk.reuters.com/…/uk-europe-view-tuesday-idUKKBN1AA0…
W dalszym ciągu nie jest pewnie dlaczego polski prezydent A.D., postrzegany dotychczas jako całkowicie zależny od rządzącej partii PiS, zdecydował się na zawetowanie kluczowych części reformy widzianej przez krytyków jako antydemokratyczna.
Duda mógł po prostu zbierać fawory u wyborców, których z pewnością będzie potrzebował, by uzyskać reelekcję, albo tez może być to prawdziwe wyzwanie rzucone liderowi PiS, socjalkonserwatywnemu nacjonaliście JK. To wszystko spowodowało wybuch spekulacji nt. podziałów w szeregach PiS a nawet pojawiły się głosy o możliwości przedterminowych wyborów

CORRIERE DELLA SERA

http://www.corriere.it/…/leggi-giudici-polonia-presidente-d…#
Leggi sui giudici in Polonia,
Od Dudy, b. wiernego JK, który go wybrał jako kandydata w wyborach prezydenckich w 2015, nieoczekiwane wyzwanie rzucone liderowi.
(…) Czy jest to próba autonomii w obronie jedności narodowej, czy manewr, mający na celu ukrócenie krytyk i odzyskanie najważniejszych punktów reformy wymiaru sprawiedliwości z kilkoma poprawkami?
Duda zdobywa punkty, akredytując się jako interlokutor opozycji, która, po dniach mobilizacji w całym kraju i groźbach bezprecedensowych sankcji ze strony RE, mogą mu się okazać użyteczne. (…) Jak powiedział b. prezydent i lider S. Lech Wałęsa: „była to decyzja odważna i trudna, decyzja prawdziwego prezydenta”.
(…) Wcale nie drugorzędny jest wybór czasu: projekty ustaw przedstawione zostały po wizycie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie, co dodało wiarygodności narodowej rządowi BS.

EL PAIS

https://elpais.com/…/2…/07/24/opinion/1500885940_200343.html
Polska i paradoks stosu.
W którym momencie demokracja liberalna przestaje nią być, kiedy odbiera się wolność?
Jednym z najbardziej znanych paradoksów, które pozostawiła nam filozofia klasyczna jest teoria stosu. Wszyscy zgadzamy się, że ziarnko piasku nie jest stosem. Ani dwa, ani trzy. Możemy powiedzieć, że np. milion już nim jest. Wyobraźmy sobie, że usuwamy jeden po drugim ziarna z tego miliona: w którym momencie stos przestaje nim być? Gdzie jest granica?

Zastosuj ten sam paradoks do autorytarnych demokracji Europy Środkowej i Wschodniej. W Polsce od 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość ma bezwzględną większość głosów, coś, co nie zdarzyło się żadnej partii od przełomu 1989.
Tak się dzieje, że rząd, usuwa ziarna ze stosu a następnego ranka wyjaśnia, że wielu dziś jest tych ziaren „więcej niż wczoraj”. Polacy przez 20 miesięcy, obserwują jak ta partia zmniejsza z tygodnia na tydzień wolność. Zabrała już podział władz, telewizja publiczna jest czystą propagandą, nie przestrzega się konstytucji. I wielu Polaków wydaje się nie tym nie przejmować: PiS, według sondaży, wciąż ma poparcie około 1/3 Polaków.

Kto rządzi de facto w Polsce to nie jest ani prezydent Andrzej Duda, ani premier Beata Szydło. Tym, który ma w ręku stery kraju jest Jarosław Kaczyński, brat bliźniak prezydenta, który zginął w katastrofie lotniczej w Smoleńsku 7 lat temu. Mimo, że jest tylko posłem i liderem PiS-u, to rządzi z gmachu kierownictwa partii. A jego decyzje to podręcznikowy przykład, jak krok po kroku złamać liberalną demokrację. Po pierwsze, umieścić kandydata na prezydenta Ci absolutnie lojalnego. Następnie zmusić go do łamania konstytucji, co jest jak rytuał inicjacji mafijnej, gwarantujący, że będziesz wierny. Następnie zainstalować w fotelu premiera kogoś, kto jest marionetką, którą można się posłużyć. Jeśli masz również bezwzględną większość w parlamencie, zniknął podział między władzami wykonawczą i ustawodawczą, wtedy możesz uruchomić „dobrą zmianę” (jak nazywa swoje decyzje rząd PiS).
Chwileczkę, zapomniałeś o czymś! Masz również Trybunał Konstytucyjny, więc możesz podeptać wszystkie prawa.
Choć brzmi to jak political fiction, to jest to właśnie to, co dzieje się w Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat. W przeciwieństwie do rządu Viktora Orbána na Węgrzech, który jest wiernym wyznawcą Kaczyńskiego, PiS nie ma wystarczającej większości do zmiany konstytucji. Kaczyński zdecydował się sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, naruszył Konstytucję poprzez mianowanie 5 nowych sędziów. Chociaż Trybunał orzekł, że nowe prawo jest niezgodne z konstytucją, rząd, niezniechęcony, postanowił zignorować orzeczenie niezwykłą decyzją, aby nie publikować go w dzienniku urzędowym. To było ponad rok i wyrok pozostaje niepublikowany, a nowy Sąd zostaje podporządkowany partii rządzącej.
(…)
Ścieżka wybrana przez Kaczyńskiego jest podobna do tej, która idzie Orbán, ale również przypomina drogę Erdoğana (którego polski rząd podziwia) i, paradoksalnie, drogę, którą idzie znienawidzony Putin.

Mit seinem Veto steuert Duda im rechten Moment einer bedenklichen Entwicklung entgegen. Doch liegt der Entscheidung des polnischen Präsidenten späte Einsicht zugrunde – oder hat er sein eigenes Wohlergehen im Blick?

Ze świata podręcznych 2

Przeczytajcie proszę najpierw wpis sprzed tygodnia

Ewa Maria Slaska

“Skarga na czynności policji”

Do mnie wszedł w nocy włamywacz.

Danusię okradziono w autobusie.

Zosię zaatakował bratanek w mieszkaniu, w którym sprawca mieszka wraz ze swoją babcią, a matką Zosi. Mieszkanie jest własnością Zosi.

Oczywiście każda z nas trzech zgłosiła swój problem na policji. Danusia poszła na posterunek, gdzie przyjęto ją miło i grzecznie, ale nie podjęto żadnej czynności, bo nikt nie ściga kieszonkowców.

Tak właśnie jest. W Niemczech też nikt nie ściga kieszonkowców, którzy mogą grasować bezkarnie. Sklepy dla ochrony swojego towaru, a nie nas – klientów, zatrudniają straż lub detektywów, na ulicy, w środkach komunikacji miejskiej i w ogóle w miejscach publicznych nie chroni nas nikt oprócz, być może, czujnego oka innych użytkowników wspólnej przestrzeni. Gdzie niegdzie wiszą ostrzeżenia, żebyśmy uważali, bo tu czy tam grasują kieszonkowcy. I to by było na tyle…

Nikt więc w sprawie Danusi niczego nie zrobił, na razie zatem pominę jej sprawę, ale jeszcze do niej wrócę, zapewne jednak dopiero w następnym odcinku. Dziś zajmę się Zosią i mną.

Z góry uprzedzam, nie myślcie sobie, że skoro u mnie był włamywacz, a Zosia została zaatakowana przez pijanego członka rodziny, co oznacza, że były to przestępstwa poważniejsze niż kradzież kieszonkowa, to, powtarzam, nie myślcie sobie, że ktokolwiek nam w czymkolwiek pomógł. Przeciwnie, zachowanie policji udowodniło nam obu, że ściganie przestępstwa nikogo nie obchodzi, a nasze bezpieczeństwo to nasza własna sprawa. Nie wiem jak Zosia, ale ja to usłyszałam w takiej właśnie formie.

Ale, jak (podobno) mawiali autorzy groszowych powieści, nie uprzedzajmy wypadków…

Patrząc przez okno na stojącego na ulicy włamywacza (stał i palił papierosa, mojego zresztą, bo ukradł mi pieniądze, klucze i komórkę, ale wychodząc zabrał mi też papierosy), wezwałam policję. Powiedziałam, że facet stoi pod oknem, więc niech może podejdzie dwóch cywili… Dowiedziałam się, że nie moją sprawą jest pouczanie policji, co ma robić.  Patrol na sygnale pojawił się w miarę szybko, włamywacz zdeptał papierosa i odszedł sobie spokojnym krokiem.

Przyszło pięciu rosłych facetów i jedna całkiem rosła kobieta.

Próbowałam ich przekonać, żeby udali się spiesznie za włamywaczem, to może go jeszcze złapią, na co usłyszałam, że oni nie są od tego, żeby ścigać przestępcę, a poza tym przecież jeszcze nie wiadomo, czy jakieś przestępstwo miało miejsce i najpierw to oni muszą przesłuchać mnie.

Przesłuchali i widać było, że nie wierzą ani jednemu mojemu słowu. Byłam zdrowa, cała i… podejrzana. Przestępcy nie było. Zachodziło podejrzenie, że albo w ogóle zmyślam, albo kogoś w złej wierze oskarżam. Pokazałam kubek, z którego pił włamywacz (ślina, badania DNA, odciski palców), ale policjanci wzruszyli tylko ramionami… To też nie jest ich sprawa, tym się zajmą koledzy. Ci spisali, co chcieli spisać i poszli, zapowiadając, że nie mam wychodzić z domu, bo najpierw przyjdą fachowcy z ekipy zabezpieczania śladów, a potem pan komisarz.

Jak to, zapytałam, zostawicie mnie samą w mieszkaniu, do którego w nocy bez trudu wszedł włamywacz, a więc teraz też może wejść?

Odpowiedź brzmiała: Tak…

Ciąg dalszy mojej sprawy nastąpi. Teraz Zosia.

Zosia napisała skargę:

Do Prokuratury Rejonowej w M.
Do wiadomości Komendy Powiatowej Policji w M.

Skarga na czynności służbowe patrolu Komendy Powiatowej Policji w M. w dniu 11 lipca 2017 r wezwanego do przemocy domowej pod adres… w M.

W dniu 11 lipca 2017 r. ja niżej podpisana będąc ofiarą przemocy dokonanej przez ML (szarpanie za ręce, wielokrotne uderzanie drzwiami, przemoc słowna, grożenie niebezpiecznym narzędziem) wezwałam patrol policji.  Patrol odmówił wylegitymowania się legitymacjami służbowymi i nie podjął żadnych czynności służbowych. Mimo stwierdzenia, że ML znajduje się pod wpływem alkoholu, policjanci nie użyli alkomatu i odjechali, zostawiając napastnika wraz ze mną i moją matką w miejscu dokonania przemocy. Policja nie podjęła żadnych czynności przewidzianych przez przepisy Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Z tego względu … zgłaszam skargę… i załączam dowody (nagranie, opinia sądowo–lekarska i zaświadczenie lekarskie).

Na zdjęciu Zosia uśmiecha się mimo wszystko. Pochwaliłam ją za to, bo jest dzielna, bo się uśmiecha, bo szuka pociechy w kwiatach i w tym, co piękne. Uśmiecha się, bo tak nas nauczono – mamy za wszelką cenę się nie dać i trzymać fason. Jesteśmy dzielne, mamy być dzielne. Nie dać się, stawić czoła… Ale tak naprawdę mamy być dzielne, bo nikogo nie obchodzą uczucia podręcznych…

***
Gdyby, któryś z czytelników nic nie wiedział o podręcznych, to proszę bardzo tu jest wszystko wyjaśnione

W sobotę Berlinie / Samstag in Berlin

R.D.

Hallo.

Am Samstag war ich mit dem Fahrrad unterwegs und bin auf einen Karnevalumzug gestoßen (auch Christopher Street Day genannt).

Einige Berliner sind so arm, dass sie sich keine Kleidung leisten können, geschweige den Verkleidung. Arme Leute.

Ich habe nicht viele Fotos gemacht, weil es gewaltig regnete.

Schade, nach dem Umzug findet dann immer „Sodom und Gomorra“ im benachbartem Wald.

r.

<!––>

Hallo.

W sobotę jadąc rowerem trafiłem na karnawałowy pochód (nazywany także  Christopher Street Day).

Niektórzy z berlińczyków są tak biedni, że nie stać ich na ubranie, nie mówiąc o przebraniu. Biedni ludzie.

Nie wykonałem zbyt wiele zdjęć, gdyż zaczęło mocno padać.

Szkoda, po pochodzie, w pobliskim lasku ma miejsce zawsze „Sodoma i Gomora”.

r.

Chalo.

Am samstag war iś mit dem farad unterwegs und bin auf ajnen karnewalumzug gesztosen (auch Kristofer Strit Dej genant).

Ajnige berliner sind so arm, das sie siś kajne klajdung lajsten kenen, geszfajge den ferklajdung. Arme lojte.

Iś chabe niśt file fotos gemacht, weil es gewaltiś regnete.

Szade, nach dem umzug findet dan imer „sodom und gomora“ im benachbartem wald.

r.

Stuart 28

Out on the highways and the by-ways all alone
I’m still searching for, searching for my home
Up in the morning, up in the morning out on the road
And my head is aching and my hands are cold
And I’m looking for the silver lining, silver lining in the clouds
And I’m searching for and I’m searching for the philosopher’s stone

Zupełnie sam w drodze, na autostradach i bocznych drogach
Wciąż poszukuję, poszukuję swego domu
I chociaż boli mnie głowa i ręce mi marzną
Dalej poszukuję iskierki nadziei w obłokach
I szukam, szukam kamienia filozoficznego.

Van Morrison Philosopher’s Stone

Joanna Trümner

Melbourne

Nadszedł ostatni dzień roku szkolnego. Opuszczając budynek, który przez ostatnie cztery lata był jego miejscem pracy, Stuart zastanawiał się nad tym, czy udało mu się w pamięci uczniów zostawić przez te lata jakikolwiek ślad.

To Tom go namówił, aby wybrał się do urzędu zatrudnienia. „Pójdź tam, zamelduj się jako bezrobotny, będziesz dalej ubezpieczony i przez następny rok dostaniesz zasiłek. To w końcu też pieniądze i masz do nich prawo, wypracowałeś je sobie przez ostatnie lata”. Stuart na początku był niechętnie nastawiony do tego pomysłu, wzdragał się na myśl o wielogodzinnym czekaniu w kolejce i wypełnianiu wielostronicowych formularzy. „Przecież nigdy jeszcze nie chorowałem i mam na razie pieniądze”, usprawiedliwiał się przed Tomem, ale po wielu rozmowach dał się w końcu przekonać i poszedł. Na widok kilkudziesięciu osób, głównie starszych mężczyzn i kobiet z małymi dziećmi, czekających w w kolejce w poczekalni, pożałował decyzji przyjścia tutaj. Zajął ostatnie wolne miejsce, kurczowo trzymał w ręku swój numerek i walczył z impulsem wyrzucenia go do kosza i odejścia.

Siedzący obok niego starszy mężczyzna obserwował go od dłuższego czasu. „Jesteś tu po raz pierwszy?”, zapytał i nie czekając na odpowiedź dodał: „To tylko tak źle wygląda, oni pracują bardzo sprawnie, po godzinie, najpóźniej półtorej wyjdziesz stąd z załatwioną sprawą. Wierz mi, ja jestem tu od pięciu lat stałym bywalcem.” Stuart przyjrzał się swojemu rozmówcy z zainteresowaniem. Nieznajomy był zadbanym, starszym mężczyzną w eleganckim, dobrze skrojonym garniturze i błękitnej koszuli. „Wygląda na pracownika banku, albo urzędnika. Widać, że ma za sobą dobry, a może nawet bardzo dobry okres w życiu. Coś jednak musiało w tym dobrym życiu nie wyjść, skoro przychodzi tutaj już od pięciu lat”, pomyślał. „Nie możesz znaleźć pracy?”, zapytał. „Do niedawna miałem super pracę, prowadziłem jedną z najlepszych restauracji w mieście i zarabiałem dobre pieniądze”, odpowiedział tamten. „Praca była moim całym życiem, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić w wolnym czasie. A na urlopach nie mogłem doczekać się powrotu do restauracji. Była moim dzieckiem – przez lata udało mi się zrobić z podrzędnej knajpy z byle jakim jedzeniem miejsce, w którym do dzisiaj spotyka się elita Sydney. Niczego mi nie brakowało, miałem więcej pieniędzy, niż mogłem wydać, od czasu do czasu zapraszałem do siebie na noc jedną z kelnerek z restauracji, dyskretnie, bez dalszych zobowiązań i oczekiwań. Mógłbym tak żyć przez następnych kilkanaście lat, gdyby nie przypałętał się rak. Spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, w ciągu trzech lat miałem siedem operacji. Najgorsze już chyba za mną, ale pewnie nigdy nie pozbędę się strachu przed kolejnym badaniem i niepewności. Od dwóch lat choroba daje mi spokój i nagle mam bardzo dużo czasu dla siebie. Nikt nie chce zatrudnić faceta po pięćdziesiątce z nadszarpniętym zdrowiem. Pewnie już do końca życia będę żył na koszt państwa. Ale nie to jest najgorsze, najgorszy jest nadmiar czasu i samotność. Nigdy się do niej nie przyzwyczaję”. W tym momencie na tablicy wyświetlił się numer nieznajomego. Odchodząc powiedział z uśmiechem do Stuarta „Mam nadzieję, że tak szybko się tutaj nie spotkamy”.

W kilka minut później przyszła jego kolejka. „A jakie są Pana dalsze plany?” zapytał urzędnik. „Chcę się rozejrzeć za pracą w innych miastach Australii”, odpowiedział Stuart.

W kilka dni później ruszył w drogę do Melbourne, od pierwszego koncertu dzieliło go ponad tysiąc kilometrów. Na drogę zaplanował sobie trzy dni. Postanowił, że pojedzie dłuższą trasą, drogą wzdłuż oceanu. W kilka godzin po rozpoczęciu podróży zrobił przerwę, żeby zobaczyć ocean. Kiedy po kilkuminutowym spacerze dotarł z parkingu do miejsca z widokiem na morze nie mógł oderwać oczu od turkusu wody i rozbijających się o skały fal. Patrzył w dal i miał uczucie, że wzburzone fale zabierają ze sobą wszystkie ciężary, które nosił w sercu w ciągu ostatnich miesięcy. „To najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem w życiu. Dlaczego tu jeszcze nigdy nie byłem?”, pomyślał i wrócił do samochodu. Siadając za kierownicą spojrzał na zegarek i z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że spędził trzy godziny na wpatrywaniu się w dziki ocean. Droga przed nim była zupełnie pusta, przez kilometry z naprzeciwka nie nadjechał żaden samochód: „Przed kilkoma tygodniami każdy mój dzień był zaplanowany i przewidywalny. Gdyby teraz coś w aucie się zepsuło, albo gdybym zasłabł, umarłbym z pragnienia, zanim ktokolwiek by mnie znalazł”, pomyślał i ruszył w poszukiwanie miejsca na nocleg.

W trzy dni później dotarł do Melbourne. Odnalazł w centrum miasta klub, w którym wieczorem miał się odbyć jego pierwszy koncert. Od razu rozpoznał duży, elegancki budynek. Na drzwiach wisiał plakat z jego zdjęciem i napisem: „Londyn, Berlin, Wellington, Sydney – dzisiaj wieczorem u nas. Wstęp 20 dolarów”. Uśmiechnął się pod nosem, gdy przypomniał sobie, iż spodziewał się przecież koncertu w małej, ciemnej, podrzędniej knajpie na przedmieściach. Tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło. Klub zarezerwował mu pokój w hotelu na najbliższych sześć nocy, a ten też sprawiał dobre wrażenie. Stuart rozgościł się w pokoju i skoncentrował się na przygotowaniu koncertu, przejrzał jeszcze raz listę utworów, które chciał grać dziś wieczorem i przećwiczył je z gitarą. Był ciekawy spotkania ze swoim zleceniodawcą. O piątej zajechał pod klub. Przywitał go Chuck, szef klubu, starszy pan z długimi siwymi włosami i czarnym t-shircie z napisem „Peace”. „Ciekawe, ile on może mieć lat?”, zastanowił się Stuart. Sposób bycia i ubiór mężczyzny świadczyły o tym, że nie miał zamiaru się zestarzeć. Chuck przywitał go z pewną rezerwą. „Grało u mnie kilku naprawdę dobrych muzyków. Mam nadzieję, że też dasz sobie radę”.

W trzy godziny później Stuart stał na scenie. Miał szczęście, bo już po kilku utworach udało mu się dotrzeć do publiczności. Spontanicznie zdecydował, że wprowadzi do koncertu kilka znanych standardów, które publiczność będzie mogła wspólnie zaśpiewać. Kątem oka widział Chucka i czuł, że bacznie go obserwuje. W jego wzroku była ciekawość, ale też dziwny smutek i refleksja. „Może nie jestem dla niego wystarczająco dobry? Pewnie zaraz mnie objedzie za to, że zmieniłem program. Ale przecież publiczność dobrze reaguje i chyba go nie rozczarowałem?”, zastanawiał się Stuart podczas kilkuminutowej przerwy w koncercie.

Drugą część występu zaczął od „Looking for a heart of gold” („W poszukiwaniu serca ze złota”). Publiczność śpiewała razem z nim tę starą, zapomnianą piosenkę w nowej aranżacji. Zauważył młodą kobietę z wyraźnymi oznakami syndromu Downa stojąca w drugim rzędzie, która chyba śpiewała najgłośniej ze wszystkich. Stuart obserwował ją od dłuższego czasu, nieznajoma intensywnie reagowała na muzykę, kiwała się, głośno nuciła pod nosem. Przy „Looking for a heart of gold” odniósł wrażenie, że miała w oczach łzy. „Co ona może wiedzieć o miłości?”, pomyślał i zganił się w duchu za tę niedobrą myśl, pozbawioną szacunku do skrzywdzonych przez los ludzi.

Po koncercie poczuł wielką ulgę – nie spodziewał się, że po tak długiej przerwie w występach odniesie duży sukces. Kilka osób podeszło do niego z prośbą o autogram, a nieznany młody mężczyzna pochwalił go za dobry repertuar: „Szkoda, że do tej pory nie byłeś jeszcze w Melbourne. Super koncert, fajnie, że tu będziesz jeszcze przez kilka dni. Na pewno się jeszcze zobaczymy”. Jako ostatni podszedł Chuck, w towarzystwie kobiety z zespołem Downa. „Bardzo nam się twój koncert podobał. Przepraszam cię za nieufność, ale chcę utrzymać pewien poziom w klubie, a nowe osoby zawsze oznaczają ryzyko. Chciałbym, żebyś poznał moją córkę – Janet”. Stuart podał młodej kobiecie rękę na przywitanie i zrozumiał, co oznaczał taksujący, pełen smutku wzrok, którym Chuck obserwował go podczas koncertu.

Cdn.

Szopa w salonie 5

Autor poprosił, bym pomyślała o tym, co zrobić, by dziwne słowo w tytule nie zostało przypadkiem potraktowane jako aluzja do pisowców, lecz by Czytelnik (i Czytelniczka) potraktował je jak należy i zrozumiał, że chodzi o peacenika. Problem w tym, że tego słowa po polsku nie ma i należałoby po prostu napisać “pacyfista”, ale przecież to w ogóle nie to samo i w ogóle… No więc zostawiam, jak jest.

Łukasz Szopa

Peacenikowe militaria, albo „Fighting for peace is like fucking for virginity“

Berlin to miasto nie tylko hedonistycznej wolności i tandetnego muru, miasto migrantów, głównie niemieckich, ale i miasto lewicujących rewolucjonistów i prusko-militarnej urbanistyki, w sumie – miasto pełnie nie tylko (jak to się zwykle mówi) paradoksów, ale po prostu – dziwactw.

I dobrze! Dobrze, póki – parafrazując Johna Stuarta Milla myśl o liberalizmie – dziwactwo bliźniego nie gryzie jak kwas w oczy – mnie.

Zacznijmy ode mnie, biograficznie. Dziecko wychowane na „Czterech Pancernych“ – czyli przez niecałe 3,5 lat (od lata 1977) w sumie lubiące ludzi w mundurach (nie tylko Lidkę i Marusię!). Po zimie 1981/82 już trochę mniej – czemu winny nie tylko wiek (8,5 lat!, ale i historia, która zrobiła ze mnie „dziecko stanu wojennego“. Czyli dziecko, które nauczyło się, że panowie w mundurach (niebieskich, ale i tych ciemnozielonych – i to nie tylko na ekranach TV) nie są fajni, że lepiej trzymać się z dala lub ściszyć głos, gdy nie da się „z dala“.

Potem inna zima, początek 1996, już nie dziecko, ale jako młody chłopak, po raz pierwszy w powojennej Bośni-Hercegowinie. W zaledwie kilka tygodni po podpisaniu układu pokojowego w Dayton, który oznaczał co prawda koniec wojny, lecz poprzez obecność niemal 60 tysięcy żołnierzy sił pokojowych IFOR – jeszcze silniejszą, nie tylko optycznie, militaryzację przestrzeni publicznej. Przyznam, że, mimo iż byłem świadomy faktu, że ci panowie (a i poniekąd panie, szczególnie ciepło wspominam Hiszpanki z kontyngentu w Mostarze) strzegą pokoju i stabilizacji tak kraju jak i każdego człowieka – co można było odczuć na własnej skórze przechodząc z jednej strony ulicy na drugą – to jednak… drażniło mnie to. Ta mundurowość, ta zieloność, ta uniformizacja, nie mówiąc nawet o z początku dość trudnej kwestii przyzwyczajenia się do opancerzonych, jeepów, czy patrolujących Włochów, Niemców, Amerykanów, Polaków czy Ukraińców (no i Hiszpanek!) z ostrymi karabinami maszynowymi. Stąd moja wzmocniona awersja do mundurów – lecz nie do mundurowych i ich zadania. (Nie wiem, czy teraz dorzucić pewną „bośniacko-niemiecką“ anegdotę… Chyba nie, poczekam do końca tekstu).

Nie tyle więc wychowany jakimś lewicującym uniwersytetem, ile „praktyką przekonany“ do pokoju i obrzydzenia wojny (wystarczyło kilka zdań dziadka na temat osobistych wrażeń z ostatniego roku wojny drugiej światowej, plus kilka rozmów z Saszą – poznaną na uczelni w Wiedniu przyjaciółką rodem z Sarajewa) – nie byłem w takim nastawieniu sam. Większość młodych ludzi, którzy jak ja, jako młodzi wolontariusze, udali się z początkiem 1996 roku do Bośni, by „budować pokój“ – miała podobną wizję jak ja, i stąd dobrze nam się współpracowało. Widzieliśmy i rozumieliśmy potrzebę obecności „międzynarodówki mundurowej“ – jako jedynego straszaka na serbsko-chorwacko-bośniacki triumwirat nacjonalistycznych rzezimieszków. Nauczyliśmy się też, by traktować ich jako pewną konieczną „podstawę“ czy „infrastrukturę“, pozwalającą działać humanitarnie.

Tak się złożyło, że pracowałem w projekcie wspieranym przez niemiecką organizację ASF (Aktion Sühnezeichen – Friedensdienste, choć istniały między nami i inne wersje tego skrótu), która zaprosiła nas na „spotkanie organizacyjno-poznawcze“ do… Berlina.

(Przeskoczę kilka kwestii, gdyż prywatne, w każdym razie…) wylądowałem na Kreuzbergu (no, przedtem na Zentraler Omnibusbahnhof po dwóch dniach jazdy autobusem). Pierwszy raz legendarny Kreuzberg – i mimo niezliczonych potwierdzeń legendarnych detali (Turcy, punki, luz, hałas, śmieci, graffiti, słoneczko, piwko na każdym rogu przy sklepach nocnych, kebap, knajpy, muzyka itp), już drugiego dnia doznałem szoku. Nie, nie zdziwienia, ale szoku. Może nawet silniejszego, niż 13 grudnia 1981 w Polsce czy 25 stycznia 1996 w Bośni.

Mundury. Mundurowość. Khaki, zielony, wojskowość. Nie, to nie był pierwszy maj i masa policji – był luty 1997, i – przynajmniej dla mnie – widoczna, nieprzyjemna epidemia militariów na ludziach – w formie głównie kurtek, ale i spodni, toreb, plecaków, no i – butów. Może winny był kontrast (wolny, lewicowy Kreuzberg – ubrany wojskowo?), a może fakt, że nigdzie nie widziałem tak dużej ilości (nie tylko młodych) ludzi, DOBROWOLNIE noszących na sobie wojskową odzież! Bo co innego aktorzy w „Czterech pancernych“, co innego rekruci na polskich skrzyżowaniach stanu wojennego, co innego żołnierze bośniaccy czy hiszpańscy – ale ci tutaj??? Kochający wolność, indywidualność, wreszcie POKÓJ lewicowi Kreuzbergerianie?

Nie rozumiałem. Do dziś nie rozumiem. Do dziś się wzdrygam.

Podobnie absurdalnie (teraz będzie ta obiecana anegdota, choć w sumie… nie śmieszna) czułem się podczas kawiarnianej rozmowy na sarajewskiej Baščaršji z półprzypadkowo spotkaną Niemką. Ona była tu już kilkanaście dni, ja dopiero trzy czy cztery. Aktywistka pokojowa z jakiegoś programu Zielonych (tak, tak, już się domyślacie, generacja protestów lat 80). No więc rozmawiamy – o Bośni, o wreszcie nastałym końcu wojny, może i pokoju (było to wtedy bardzo niepewne, na wzgórzach nadal siedzieli serbscy snajperzy) – i w rozmowie mówię jej, że trochę muszę przyzwyczaić się do tego zagęszczenia wojskowych, co znałem dotychczas co najwyżej z filmów. Ale – że dobrze jest zobaczyć – właśnie jako Polak! – niemieckich żołnierzy, którzy czuwają nad pokojem. Zobaczyć niemieckie wojsko w roli całkiem odmiennej, niż nauczyła mnie tego historia (a i PRLowska propaganda filmowa). Moja wypowiedź ją zaszokowała, próbowała tłumaczyć mi, że „z niemieckiego punktu widzenia to inaczej wygląda / to nie takie proste…“, ta obecność wojsk niemieckich poza granicami kraju, że ona jest przeciwna, bo to jednak problematyczne…

Na to ja: „Problematyczne? Czyli jednak tych wojsk międzynarodowych nie powinno tu być? Powinni się tu nadal bombardować i wyrzynać, aż sami się dogadają i postanowią z tym skończyć? Może jak Srebrenica?“ i „Czy może uważasz, że IFOR powinien tu być, ale… bez Niemców? Że kasę i kark powinni nadstawiać Amerykanie, Włosi, Polacy czy nawet Hindusi i Nowozelandczycy – ale Niemcy to raczej nie?…“

Cóż, drugiej kawy już nie wypiliśmy. A panią zaliczyłem nie do rubryki „paradoksy“, lecz „dziwactwa“.

***
Link do spokrewionego tekstu po niemiecku w tygodniki „der freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/friedensliebende-modische-gruene-maennchen

 

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de Almodovar, Costa de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Reblog. Czarodziejskie ogrody 2

Elżbieta Kargol

Pamiętajcie o ogrodach

a konkretnie o ogródkach działkowych w Berlinie. Jest ich wprawdzie jeszcze ponad 70 tysięcy, ale z każdym dniem ich ubywa. Do roku 2025 ma zniknąć 3 tysiące ogrodów z mapy Berlina, a na przeszło 10 tysięcy wydany jest wyrok zabudowy.

Nasza „Kolonia Oeynhausen“,założona w roku 1904, jest jedną z najstarszych w Berlinie. Nie pomogło wygrane referendum, nie pomogły petycje, protesty, demonstracje. Jedyne co wywalczyliśmy: połowa naszych ogródków została, w zamian za to inwestor budowlany Groth będzie budował ciaśniej i wyżej, kolejne “domy z betonu”. Polityka ugięła się znowu pod finansami.

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze i inne niszczące maszyny położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską dla mnie było wysianie słoneczników na wielkiej mogile po zdewastowanych i opustoszałych parcelach. Mija już drugi rok i na terenie dawnych odebranych nam 150 działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki. Jak w piosence: „To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni możemy iść.“ Ale takiej wolności nikt nie chciał.

Dopiero od dwóch lat jesteśmy gospodarzami naszej działki. Mieliśmy to szczęście w nieszczęściu, że nasz ogródek znalazł się, w tej części, której darowano życie. No cóż, niesprawiedliwość dziejowa (ale takich dużo) była dla nas przyjazna. Parcele musieli opuszczać działkowicze z ponad 50 letnim stażem.

Ogrodem zawiaduje dziadek Tomek i króluje tu niepodzielnie i chwała mu za to, bo nikt z nas nie włożyłby tyle serca i pracy w te niecałe 300 metrów kwadratowych zielonej oazy. Ale tylko dzięki Tomkowi ogród jest tym czym jest, pełnym kwiatów, owoców i warzyw, śpiewu ptaków, bzyczenia pszczół i zielonych jaszczurek, choć żadnej prawdziwej zwinki jeszcze nie spotkałam.

Dziadek Tomek zamienił równo przyciętą prosto z katalogu działkę poprzednika w ogród pełen wrażeń i niespodzianek i małej anarchii. Każde zielsko jest tu zielem i ma prawo bytu. Dziadek Tomek uprawia biodynamicznie, nie stosuje chemii. Korzysta z doświadczeń ogrodniczych sióstr Benedyktynek z klasztoru we Fuldzie; przede wszystkim przejął od nich metodę kompostowania.

Wzoruje się na starożytnej technice rolniczej “Trzy siostry”, w której fasola, kukurydza i dynia są uprawiane razem. Siostry pracują wspólnie: kukurydza ma sztywną łodygę, po której pnie się fasola; fasola dostarcza kukurydzy azotu mineralnego; kukurydza i fasola wspólnie zapewniają dyni cień i odpowiednią wilgotność; dynia chroni siostry przed chwastami i erozją gleby.
Około 3,5 tysiąca lat temu technika ta była już powszechnie stosowana w Mezoameryce. Te rośliny były ponoć specjalnym prezentem od Wielkiego Ducha Indian i zostawały pod ochroną trzech bogiń-sióstr, które razem zwano “De-o-ha-ko” (te które nas utrzymują).

Może Wielki Duch spojrzy na nas łaskawie i nasz ogród będzie cieszył następne pokolenia, a wnuki, a może nawet prawnuki będę pokazywać i opowiadać swoim dzieciom: „wiesz, to drzewo zasadził twój pradziadek.“

“Bluszczem ku oknom
Kwiatem w samotność
Poszumem traw
Drzewem co stoi
Uspokojeniem
Wśród tylu spraw

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście.”…

Powtórzmy za autorką:

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską było wysianie słoneczników na wielkiej mogile. Mija już drugi rok i na terenie odebranych działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki.

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…

W świecie podręcznych

Ewa Maria Slaska

Dałam temu wpisowi nadtytuł z numeracją, bo na jednym wpisie się nie skończy.

Przemoc i utrata zaufania

W dzisiejszym wpisie opieram się na doświadczeniach Zosi, Danusi i moich własnych. Jesteśmy w różnym wieku, mieszkamy w różnych miastach i krajach, spotkały nas różne przejawy agresji, to co nas połączyło, oprócz ewidentnego wspólnego mianownika, jakim jest bycie kobietą, to niezgoda na obowiązujący w naszym europejskim społeczeństwie przymus milczenia ofiar. Każda z nas opublikowała swoje doświadczenia na mediach społecznościowych, na Facebooku i na blogu, każda też spróbowała zainteresować swoją sprawą instancje i instytucje społeczne i polityczne. I to jest być może najważniejszy punkt na liście tego, co nas łączy. Bo dopiero to, co zachodzi na granicy prywatności i instytucji uświadomiło mi, jak bardzo świat, w którym żyjemy, jest wciąż jeszcze (a może znowu) strukturą stworzoną przez mężczyzn i dla mężczyzn. A my jesteśmy podręcznymi.

Opowiem o nas w kolejności chronologicznej. Pierwsza byłam ja, a to co się zdarzyło, zdarzyło sie dawno, bo w roku 2009. W Berlinie. W nocy wszedł przez okno do mojego mieszkania facet koło czterdziestki, Niemiec, żeby moi czytelnicy nie pomyśleli przypadkiem, że islamista i terrorysta. Wszedł do mnie do sypialni, zapalił światło i powiedział, że przyszedł mnie zabić, bo właściciel kamienicy, w której mieszkam chce się nas wszystkich pozbyć. Brzmiało to bardzo prawdopodobnie, bo rzeczywiście właściciel kamienicy, w której mieszkałam, zamierzał nas zgentryfikować i chciał się nas wszystkich pozbyć. A my się nie chcieliśmy wyprowadzić. Dodam, uprzedzając wypadki, że dzięki temu włamaniu udało mu się szybko i bez problemów uzyskać to, czego chciał. Wszyscy wzięliśmy odstępne i wynieśliśmy się z naszej wspaniałej posthippisowskiej kamienicy, którą zamieniono na pałac (nie żartuję, dom nazywa się teraz Palast am Riemershofgarten) i sprzedano bogatym, a w każdym razie bogatszym od nas.

Był Berlin, rok 2009.

Teraz Polska. Bo jest rok 2017.

Danusia mieszka w Warszawie. Miesiąc temu napisała na Facebooku:

Wczoraj zostałam okradziona. Wracałam wieczorem autobusem z pracy. Jak zwykle zajęłam miejsce stojące przy ostatnich drzwiach, bo jak zwykle nie było wolnych miejsc siedzących. Tuż za mną w ostatniej chwili wsiadł mężczyzna w wieku około 40-60 lat, postawny, ubrany na ciemno. Stanął za mną, tym samym uniemożliwiając mi stanie w autobusie plecami do szklanej ścianki z torbą za plecami. Autobus ruszył. Mężczyzna zatoczył się na mnie, ale przecież takie rzeczy w komunikacji miejskiej nie są niczym szczególnym, zwłaszcza w piątek wieczorem. Gdy autobus się zatrzymał, wysiadł. Ja wysiadłam na następnym przystanku. Chciałam zadzwonić do córki, by zapytać się kiedy wraca do domu. Nie mogłam. Z torby zniknął telefon. Był w wewnętrznej kieszonce zapinanej na rzep. Sam nie mógł wypaść. Gdy teraz o tym myślę, jestem przekonana, że rzeczony mężczyzna, czyli złodziej musiał widzieć jak go wkładam do torby, bo tuż przed przyjazdem autobusu dostałam zupełnie nieznaczącego sms-a.

Dlaczego o tym piszę. Bo mam poczucie straty, choć pewnie niektórzy powiedzą, że to tylko telefon, to tylko przedmiot. Tak, zgadzam się z nimi. Poczucie straty dotyczy raczej świadomości bezpowrotnej straty niektórych numerów telefonów zapisanych tylko na karcie i zdjęć, których nie zdążyłam zrzucić na komputer.

Bardziej bolesne jest uczucie utraty poczucia bezpieczeństwa w miejscach publicznych, a przecież będę musiała nadal wychodzić z domu, poruszać się komunikacją miejską oraz strata zaufania do innych ludzi, bo przecież każdy może być potencjalnym złodziejem, choć pewnie takie osoby – zawsze byłam o tym przekonana i nadal chcę w to wierzyć – stanowią mniejszość wśród uczciwego ogółu.

Najbardziej bolesna jest utrata poczucia prywatności, naruszenie sfery intymnej. Może zabrzmi to drastycznie, ale czuję się zbrukana jakby ktoś w autobusie wsadził mi rękę do majtek. Przecież ten ktoś, nim zablokowaliśmy kartę i wyczyściliśmy zdalnie pamięć, mógł obejrzeć moje zdjęcia, zobaczyć czyje numery mam w telefonie, sprawdzić z kim ostatnio rozmawiałam, przeczytać sms-y od mojej córki, przyjaciółki, siostry, sms-y informujące o umówionej wizycie u lekarza, o kupionej przez internet książce czekającej odbiór, nie wspominając o sms-ach służbowych. Złodziej mógł też wejść na moje konto na FB, a nawet umieścić tam jakiś wpis bez mojej zgody.

Zosia, Mazury, 11 lipca.

Przemoc jest groźna, ale to czego się szczególnie obawiam, i co jest niebezpieczne, to postawa władz.

Stałam się ofiarą przemocy fizycznej i instytucjonalnej.

Jak myślicie Państwo, jak w moim mieście reaguje się na przemoc? Wiem z doświadczenia, że bierność organów ścigania dotyczy wielu ludzi.

Nie bójmy się o tym mówić, bo w ten sposób takie zachowania policji prowadzą do tego, że ofiara staje się ofiarą jeszcze raz. A ja doświadczyłam tego na sobie i dlatego postanawiam przerwać milczenie.

Od urazów fizycznych bardziej bolą właśnie te wynikające z biernej, wręcz aprobującej zachowania przemocowe postawy organów ścigania.

Kocham moje miasto i nie rozumiem dlaczego nie można w nim normalnie żyć.

Bo jestem przekonana i wiem, że ta nienormalność dotyczy bardzo wielu osób.

Policja nie robi nic, aby pomóc ofiarom przemocy, a tym samym chroni agresorów. A przecież obowiązuje ustawa, dająca wszelkie możliwości ochrony i przeciwdziałania.

Tak się dzieje!

W związku z tym uruchamiam akcję „Moje miasto przeciw przemocy”. Jeżeli nie przyjmiemy zdecydowanej postawy i nie zaczniemy konsekwentnie stosować obowiązujące przepisy utoniemy w agresji, chamstwie i znieczulicy. Drodzy Państwo czekam na informacje od was od waszych problemach.

Strasznie się obawiam, mam siniaki na górnej części ramienia i od wewnętrznej strony. I nie chodzi tu tylko o przemoc fizyczną, gdy napastnik tak mnie złapał za ręce i przedramię, że widać ślady po jego palcach na moim ramieniu i wczepił się paznokciami, a ja mam również krwiaki, które są od uderzenia drzwiami.

Odbiłam się od muru instytucjonalnej znieczulicy, mam nadzieje, że Niebieska Linia mi pomoże! Policja widziała i nie reaguje… Niech to wystarczy za komentarz.

SPRAWCA PRZEMOCY GROZIŁ MI NOŻYCZKAMI. ZOSTAŁAM POBITA I MI GROŻONO, A PATROL POLICJI NIE PODJĄŁ DZIAŁANIA. NIE MA ZGODY NA PRZEMOC, NIE MA ZGODY NA PRZEMOC INSTYTUCJONALNĄ. ZAWIADOMIŁAM WKP I PROKURATURĘ, ZOBACZYMY CO BĘDZIE DALEJ – MOJA SPRAWA JEST PROSTA, JEST OBDUKCJA, A JA WYSTĘPUJĘ W SWOIM IMIENIU – BO TO MNIE NIE UDZIELONO POMOCY

Wszystkie trzy historie zostaną skomentowane, będą miały dalszy ciąg, i wyjaśnię też, dlaczego kojarzą mi się z historią podręcznych, pojedynczo, ale i wszystkie razem, bo każda z nich oświetla pozostałe i nadaje im innych wymiarów.

Jechać do Lwowa

Zbigniew Milewicz

Dumka na dwadzieścia serc

Było ich więcej, ale wolę zaokrąglić w dół, żeby jakiś pasjonat ochrony danych osobowych nie wytoczył mi procesu. Ferdynand powiedział, że pojechałby na Ukrainę nawet, gdyby miał tylko kilku chętnych na wyprawę, bo kto raz naszych dawnych wschodnich Kresów posmakował, ten na nie zwykle wraca. To takie uzależnienie, z którego się nie wychodzi, poza el comandante jadą po raz kolejny Jadzia, Iza, Krystian, Leon, Gosia, Włodek oraz Sławek z bratem Wieśkiem i jego żoną Elą. Debiutują zaś Maria, Ewa, Dorota, Krystyna, Asia, Irek, drugi brat Sławka, Stefan, mały Sławek z małżonką i Ela nr 2. Dla mnie jest to już czwarta wycieczka na Kresy z berlińskimi polonusami – po Bukowinie, Białorusi i Litwie. Zobaczymy, jak będzie.

Kwaterujemy się w hotelu

Wyruszamy z Przemyśla do Lwowa autobusem miejscowego PKS, z panem Adamem za kierownicą, starym znajomym z poprzednich wypraw na Wschód, cenionym za profesjonalizm i poczucie humoru. Jest sobota 1 lipca, imieniny obchodzą Halina i Marian, wypada wypić za zdrowie nieobecnych solenizantów, w ramach pierwszych podróżnych szczepień, które należą do najstarszych tradycji naszych wycieczek. Pogoda za oknem śliczna – słoneczna, klimatyzacja w autobusie działa, pogranicznicy nie marudzą z odprawą paszportową, więc gdyby nie te wyboje na drodze za szlabanem, stawiałbym na początek same piątki w dzienniczku podróżnym. Zła jakość dróg na Ukrainie to niestety reguła i wyjątków w niej doświadczymy niewiele. Pod względem wypadków drogowych i ich tragicznych skutków kraj ten zajmuje jedno z czołowych miejsc w Europie, lepiej nam więc poruszać się czasami w bardzo żółwim tempie, ale za to bezpiecznie. Do celu mamy około 100 kilometrów, to dwie godziny jazdy.

Na miejscu, pod hotelem George czeka już na nas Jurij, nasz przewodnik po Ukrainie, nieobcy paru osobom w grupie. Kwaterujemy się i idziemy na pierwszy spacer po mieście, później na kolację do afgańskiej restauracji. Nazajutrz mamy dużo Lwowa, zwiedzania jego cennych zabytków, będzie rozsądnie pójść wcześniej do numeru i dobrze wypocząć, tym bardziej, że zatrzymaliśmy się w miejscu owianym wieloma legendami, w najstarszym hotelu miasta, którego historia sięga końca XVIII w. Wskutek wielokrotnych przebudów i nadbudów gmach nie jest jednolity stylistycznie. Na pierwotną architekturę utrzymaną w stylu włoskiego renesansu nałożyły się elementy secesji i Art dèco. Fasady zdobią świetne płaskorzeźby – św. Jerzy autorstwa Antoniego Popiela oraz alegorie Europy, Azji, Ameryki i Afryki Leonarda Marconiego i Popiela. Trudno o lepszy symbol dla lwowskiego tygla kulturowego. W tym hotelu mieszkali m.in. Honorè de Balzac, Franciszek Liszt, Ignacy Jan Paderewski, Józef Piłsudski i Nikita Chruszczow, stąd śpiewał na balkonie dla tłumu wielbicieli Jan Kiepura swoje brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki… No, a teraz robimy to my.

Przed lwowską operą 

Niedziela, dzień pański, kilku osobom z grupy udaje się wstać wcześniej, żeby przed śniadaniem zdążyć na poranne nabożeństwo w języku polskim, odprawiane w pobliskiej katedrze łacińskiej p.w. Wniebowzięcia NMP. Ze względu na małą liczbę wiernych wiekowy ksiądz zaprasza nas do bocznej kaplicy. W katedrze tej, wzniesionej na przełomie XIV i XV w., z fundacji Kazimierza Wielkiego, król Jan Kazimierz złożył słynne śluby lwowskie, tu przyjdziemy całą grupą pod koniec naszej wyprawy.

Autor u św. Onufrego

W programie zwiedzania dziś jednak najpierw grekokatolicka katedra św. Jura, później Wzgórza Wuleckie, tragiczne miejsce kaźni profesorów lwowskich uczelni, rozstrzelanych przez niemieckie gestapo w lipcu 1941 r. W 70 rocznicę mordu, z inicjatywy wrocławskich i lwowskich władz miejskich, odsłonięto tu pomnik ku czci 46 ofiar. Monument jest prosty i surowy, przedstawia zbiór kartek dekalogu, z jedną, która wypada ze środka, co sprawia, że pozostałe się rozsypują. Nosi ona liczbę 5, nie zabijaj! Pod pomnikiem i tablicą z nazwiskami pomordowanych zapalamy znicze, wsadzamy w ziemię biało – czerwone chorągiewki.


Tablica upamiętniająca zamordowanych profesorów

Na Cmentarzu Łyczakowskim, najlepiej zachowanej polskiej nekropolii na Ukrainie i jednym z najważniejszych miejsc pochówku w dziejach kultury polskiej, na 42 hektarach spoczywa około pół miliona zmarłych, różnych narodowości i wyznań, w tym około 20 tysięcy naszych wybitnych rodaków. Zasłużeni dla nauki, literatury, sztuki, bohaterowie wszystkich narodowych zrywów, dzielą to miejsce z postaciami ważnymi dla historii Ukrainy oraz grobami Austriaków, Niemców, Ormian i Greków, którzy zostawili we Lwowie swój ślad. Szczególnym miejscem tutaj jest cmentarz – pomnik Orląt Lwowskich, Obrońców Lwowa. Spoczywa tu 2859 żołnierzy poległych w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej, w latach 1918-1921 oraz zmarłych późnieJ. W 1971 r., na polecenie władz sowieckich, zdewastowano kwatery, dziś w wyniku ogromnych starań ludzi dobrej woli, już prawie wróciły do dawnego stanu. Przy grobie generała Tadeusza Rozwadowskiego gromadzi się spora grupa ludzi różnych generacji, od dzieci po osoby w podeszłym wieku, polski przeplata się z angielskim i francuskim. Uczestniczą w dorocznym zjeździe familijnym rodu Rozwadowskich i do tradycji należy spotkanie przy symbolicznej mogile ich przodka, który od jesieni 1918 r. do wiosny 1919 r. dowodził obroną polskiego Lwowa przed atakującymi go wojskami ukraińskimi.
Powrót autobusem do miasta, gdzie wieczorem mamy w programie spektakl Pajace w pięknej operze lwowskiej. Przejeżdżamy koło polskiej szkoły im. św. Marii Magdaleny, mieszczącej się niefortunnie przy skrzyżowaniu ulic Stepana Bandery i generała Szuchowycza. Ci dwaj Ukraińcy są współodpowiedzialni za rzeź około 100 tysięcy Polaków na Wołyniu w latach 1943-1944 i w oczach nacjonalistów ukraińskich, szczególnie aktywnych w zachodniej części kraju, mają status bohaterów narodowych. Dla ich uczczenia władze miejskie umieściły na gmachu polskiej szkoły pamiątkową tablicę, a kiedy dyrekcja zaprotestowała, skwitowano to krótko:nie jesteście u siebie.

A ja bym powiedział: może i nie jesteśmy, ale czujemy się, jak w domu. W przeciwnym razie tak licznie nie odwiedzalibyśmy Lwowa i jego okolic, polskich turystów słychać tutaj na każdym kroku, na pewno nie tak często, jak przed wybuchem wojny w Donbasie, ale są. Każdy z własnego powodu, jedni z racji rodzinnych korzeni, inni chcieliby n.p. pójść tropem bohaterów sienkiewiczowskiej Trylogii, pana Wołodyjowskiego, Kmicica, Zagłoby; my z Krystianem uczęszczaliśmy do chorzowskiego liceum im. Juliusza Słowackiego, który urodził się w Krzemieńcu, w dzisiejszym obwodzie tarnopolskim i sentyment do Kresów wyssaliśmy niejako z mlekiem programu naszego polonisty, profesora Paprockiego. Nosił on nawet modne wówczas koszule z kołnierzem à la Słowacki, więc Testament mój musieliśmy wykuć na blachę. Dla Gosi ta wycieczka jest szczególnie ważna, ponieważ jej mama urodziła się niedaleko Lwowa, ma adresi skrycie liczy na to, że może uda się jej, choćby na chwilę tam skoczyć. Szanse są małe, bo ze Lwowa pojedziemy w kierunku Kamieńca Podolskiego inną drogą, ale… jak się czegoś bardzo pragnie, to się spełnia. Trakt, po którym podążamy robi się tak wyboisty, że Jurij postanawia zmienić trasę i nasza koleżanka się cieszy, bo trasa będzie jednak wiodła przez Złoczów, skąd pochodzi jej mama.

Kanikuła na Dniestrze

Znajduje się tu zamek zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III Sobieskiego, ale kupił go jakiś Austriak i ochrona nie chce nas wpuścić nawet na dziedziniec. Gosi nie udaje się odnaleźć starego adresu, nikt z miejscowych nie wie, gdzie była ta ulica, ruszamy dalej. Po drodze Trembowla, Skała Podolska, zamkowe ruiny ze śladami dawnej świetności magnackich rodów Lanckorońskich, Tarłów. Zatrzymujemy się przy Okopach Świętej Trójcy, upamiętnionych w Nie-Boskiej Komedii Zygmunta Krasińskiego, a zbudowanych z polecenia Sobieskiego.
Tu rzeka Zbrucz uchodzi do Dniestru. Miejsce ważne strategicznie, w XVIII wieku na Zbruczu biegła granica między Rzeczpospolitą i Austrią, później między Imperium Rosyjskim i Cesarstwem Austro-Węgier a po zawarciu niekorzystnego dla Polski pokoju ryskiego w 1921 r., między II Rzeczpospolitą a Ukraińską SRR, która niebawem weszła w skład Związku Radzieckiego. Stąd sowieci 17 września 1939 roku ruszyli na Polskę i po czterech dniach opanowali połowę jej terytorium. Miejsce tragiczne, przez środek Zbrucza sowieci przeciągnęli drut kolczasty, żeby zapobiec ucieczkom przez rzekę, wielu ludzi straciło tutaj życie.

Muzykowanie na murach twierdzy

Jurij, który opowiada nam o tym wszystkim, później dla poprawienia nastroju dodaje jakąś pogodniejszą relację, otwiera nam oczy na piękno zaklęte w starej architekturze, w twarzach patrzących z kościelnych obrazów i ikon, w galicyjskich i podolskich krajobrazach. Jest z pochodzenia Rosjaninem, od wielu lat zadomowiony we Lwowie, mówi piękną polszczyzną z tym charakterystycznym, śpiewnym, kresowym akcentem. Pracuje w redakcji miejscowego Kuriera Galicyjskiego, gdzie zajmuje się pisaniem i redagowaniem tekstów z pogranicza historii i sztuki, choć już jest na emeryturze. Kiedy mu pozwala czas, oprowadza także wycieczki po Lwowie i Zachodniej Ukrainie, ma ponadto na swoim koncie szereg publikacji książkowych. Prywatnie zaś jest mężem uroczej kobiety, którą poznamy na pożegnalnej kolacji we Lwowie, ojcem i dziadkiem.

Madonna wieńcząca minaret tureckiego meczetu w Kamieńcu Podolskim

Trochę idę już na skróty w swojej opowieści, jednak inaczej się nie da. Każdego dnia działo się coś ciekawego i nie było lania wody w programie, jeżeli nie liczyć wycieczki statkiem po Dniestrze, więc trudno to wszystko szczegółowo i po kolei opisać w jednym tekście. 

Każda podróż to przede wszystkim ludzie, których spotykamy po drodze, a do nich mieliśmy wyjątkowe szczęście. W Trembowli ugościł nas domowym obiadem ksiądz Anatol Zajączkowski, proboszcz parafii p.w. świętych Piotra i Pawła. W Kamieńcu Podolskim, najsłynniejszej polskiej twierdzy nad rzeką Smotrycz, uwiecznionej w Trylogii i zwanej przedmurzem chrześcijaństwa, przez dwa dni byliśmy gośćmi księdza Alojzego Kossobudzkiego od św. Mikołaja. W Jazłowcu schronienia udzieliły nam w pomieszczeniach klasztornych siostry Niepokalanki Szymona i Tatiana. Nigdzie nikt nie wstawał głodny od stołu, łóżka były wygodne, choć nasze przemiłe siostrzyczki nie doceniały leczniczego działania szczepionek Ferdynanda i ciut rumieniły się, kiedy śpiewałem hej dziewczęta w górę kiecki, jedzie ułan jazłowiecki, ale to było przecież tylko jedno ziarenko pieprzu w ich smacznej zupie w refektarzu.

W drodze powrotnej do Lwowa zatrzymujemy się w Buczaczu, w którym to po upadku kamienieckiej twierdzy i przegranej wojnie z Turkami, podpisano w 1672 r. niesławny traktat pokojowy i skąd rządził w XVIII wieku niepodzielny władca Podola Mikołaj Bazyli Potocki. Był Czortków, Zaleszczyki, dawne słynne uzdrowisko II RP, gdzie austriacka baronowa nie chciała ugościć Józefa Piłsudskieg u schyłku jego życia, Zarwanica z największym sanktuarium obrządku grekokatolickiego na Ukrainie, a na koniec Rohatyń i dawny Stanisławów, dziś Iwanofrankiwsk.

Proboszczem kościoła p.w. świętych Anny i Mikołaja w Rohatyniu jest ksiądz Jan Wójcik rodem z Sopotu, lat 30, z wyglądu sportowiec. Zero namaszczonego plebana ze starych portretów, ma dla nas dosłownie chwilkę, bo zaraz przyjedzie zapowiedziana polska grupa i musi sprawdzić, jak tam ziemniaki na obiad. W jego parafii obrządku rzymsko-katolickiego brak wiernych tego wyznania, nie ma nawet grekokatolików, sami prawosławni i dla nich celebruje msze święte. W ich języku, po ukraińsku, po polsku zrozumieliby, bo wielu ludzi stąd pracuje w Polsce, ale miałby mniejszą frekwencję w kościele. Poza pracą duszpasterską ksiądz Jan zajmuje się działalnością charytatywną, kwestuje w Polsce na rzecz pomocy dla swoich ukraińskich duszyczek, a skala potrzeb jest ogromna, bo na terenie jego parafii jest duże bezrobocie, wielu ludzi pozostaje bez środków do życia i bieda aż piszczy. Jego kościół został odnowiony i wyremontowany także z datków polskich wiernych, podobnie, jak wszystkie inne, które nawiedziliśmy w czasie naszej wycieczko-pielgrzymki, każdy z nas na ile mógł i chciał, dorzucił do tej wspólnej kasy. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych, w czasie politycznej odwilży, na postsowieckiej Ukrainie miejsca kultu religijnego zaczęły wracać do wiernych, większość z nich znajdowała się w opłakanym stanie. W jednych były fabryki, w innych magazyny, albo archiwa. W odbudowie świątyń na ziemi lwowskiej ogromnie pomogła miejscowa, polska baza Energopolu, z dyrektorem Józefem Bobrowskim na czele, co warte by było odrębnego tekstu.

W uroczystej, pożegnalnej kolacji towarzyszyli nam przedstawiciele miejscowych organizacji polskich i kapela Wesoły Lwów, prowadzona szykownie przez pana Zbigniewa Jarmiłkę. Niestety, żadni dwaj cywili si ni zjawili, ale nic to… Wszystkim, którzy doprowadzili do zorganizowania tej kolejnej i ze wszech miar udanej wyprawy na Kresy, pod patronatem Polskiej Rady – Związku Krajowego w Berlinie, serdecznie dziękuję i proszę o bis.